ZDROWE LEKKO NACIĄGANE, CZYLI JAK BYŁO 1/1

Zabieram Cię na wycieczkę. Niedaleko. Do pobliskich sklepów. Tych, które niby tak się od Siebie różnią. Nazwami, wyglądem, godzinami otwarcia i cenami. Ja zaglądam na półki sklepowe i to, co na nich było, jest i będzie.
Należę do tych, co urodzili się w czasach gdy na ladach było mało i zza lady panie w białych fartuszkach obsługiwały. Ja w fartuszku granatowym z tarczą przyszytą na lewej piersi do szkoły dumnie kroczyłam. Z lekkim tornistrem, może nie kolorowym, ale lekkim, bo w nim tylko jeden elementarz był. Nie słyszało się o nowotworach, rota wirusach, a o cukrzycy bardzo rzadko.
W sklepie ekspedientka pakowała wędliny w zwykły szary papier. Pachniały każda inaczej. Szynki były dwie. Ta swojska i konserwowa. Kiełbasa jedna, ale za to jaka. Z mięsa się składała. Wiedziałam o tym i nie trzeba było mi pisać: 104% mięsa w mięsie. Był boczek, którym przy obsmażaniu obciekał tłuszczem i nie miał żadnej wody w składzie. Moja głowa nie musiała główkować co z tym zrobić, gdy na patelni zamiast tłuszczyku pojawia się piana. Wychodziłam ze sklepu, wkładałam zakupy do koszyka, bo reklamówek jednorazowych, plastikowych oczywiście, nie było.
Wodę z kranu się piło, więc rodzice nie musieli ze sklepu ciężkich zgrzewek nosić, a potem plastików tony segregować i płacić za to, że jeszcze, że ktoś to odbierze, bo przecież spalić nie wolno. Jeśli chciało się gazowaną, każdy w domu miał syfon i kilka naboi. Była napowietrzona. Aż nosem bąbelki leciały. Na ulicach z saturatora można było się soku napić, a największą chemią była oranżada, żółta albo czerwona. Ta akurat pakowana w foliowych woreczkach.
Był Pewex. I w nim dziwne parówki w zalewie w słoiku. Ale ponieważ tam za dolary, mało kto takie rzeczy jadał. Za to z gum Donaldów robiło się wielkie balony. Na gumy jakoś zawsze obcą walutę dzieci znalazły. Do dzisiaj nie rozumiem tego zjawiska.
Codziennie jadło się chleb na zakwasie, który nie był czymś wyjątkowym. A na chlebie była gęsta śmietana cukrem posypana.
Konsumowałam kurczaki co tylko z wolnego wybiegu były. A co za tym idzie, na jajkach nie było pieczątek, bo jajko miało jedną klasę. Na tych jajkach robiłam panierkę do schabowego, który królował na wszystkich polskich stołach. Prawie pływał w maśle kupowanym na kilogramy. Świnka, z której na kotleta schab pozyskano, nie miała zielonego pojęcia o GMO oraz antybiotykach dla zwierząt. Jej właściciel również. Nie miałam ani jednej koleżanki i ani jednego kolegi w szkole, u którego stwierdzono by wtedy nadwagę albo otyłość. A ile tych kotletów Polacy zjadali trudno zliczyć. Mimo deficytów i kartek każdy Sobie radził.
Dzisiejszy Bobofruit był rarytasem. Pomarańcze i banany jeszcze większym. Za to w modzie były czarne i czerwone porzeczki, morwy, agrest, jeżyny, wiśnie i obowiązkowo czereśnie z robaczkiem.
W aptekach był Vibovit, Pyralgina. Ale po Aptekach się nie chodziło za często, bo katar nie był chorobą i aptek było mało. Przy gorączce mama zimny okład robiła. Przy kaszlu na szybko syrop z cebuli lub mleko z żółtkiem i miodem aplikowano. Leków mniej a frekwencja w szkołach wyższa.
Buty. O tak. Wyzwania z butami pamiętam. Było ich trudno dostać i nie były za piękne. Ale to chyba tym brzydkim właśnie, zdrowe stopy zawdzięcza większość, która te czasy pamięta.
Nie było rzeczy markowych, wiec nikt nie porównywał. Ogólnie wszystkiego było mniej, ale smakowało jakoś tak lepiej. I ludzie byli zdrowsi. Mogłabym tak opowiadać bez końca.
Dzisiaj jest troszkę wspomnień, bo jak tu takich czasów nie wspominać. Jutro po sklepach się przejdziemy. Razem. Tych w necie i nie tylko. Na wspólny spacer w następnym wpisie zapraszam.

2 komentarze do “ZDROWE LEKKO NACIĄGANE, CZYLI JAK BYŁO 1/1”

  1. To też moje wspomnienia:) I pomyśleć, że najukochańszym moim sklepem był Żaczek wtedy na Nowotki. A w nim zeszyty 16-kartkowe w obrzydliwych szaro-niebieskich okładkach i pachnące gumki do mazania. Na dzisiejsze standardy sklep koszmar-ciemno tam było okropnie a i tak po lekcjach kupa dzieciaków leciała popatrzeć. Do dzisiaj uwielbiam sklepy papiernicze 🙂
    Pozdrawiam ciepło
    PS Oczywiście, że zaglądam i sprawdzam, czy napisałaś coś nowego:)

    1. Ach ten Żaczek. Pamiętam. Pamiętam. Sentyment został na zawsze. I na KEN papierniczy na piętrze. Tam też pachniało gumkami. Zapach był słodkawy, przypominał gumy do żucia. I gumka miała kolorowy nadruk. Dlatego zeszyt był szary. Żeby dzieciom w główkach się nie poprzewracało. Hi. Hi. Ale były kolejki. A obok na dole czasami pomarańczami pachniało. Mnie było pisane tylko wąchać.:)
      Kiedy dzisiaj w sklepie dzieciak szary zeszyt do ręki bierze łza mi się w oku kręci. On to robi dla ekologii. My nie mieliśmy wyborów. Ale życie było za to dużo łatwiejsze. Takie bez smartfonów. Ale my byliśmy samodzielni. Dziękuję za wpis.

Dodaj komentarz