TYLKO O TYM NIE MYŚL

Nie myśl o tym, nie mów o tym. Dwie sytuacje podobne do Siebie jak krople wody, chociaż w nieco inne ramy ujęte. Szukam ojca słowa o imieniu „Nie”: Strach najbardziej mi leży. Matki nie ma. Cudowne poczęcie.
Takie tematy, nie puszczam bokiem. O takich piszę, bo gdyby umknęły, byłaby musztarda po obiedzie.

Nie myśl o tym
No tak. Bo to pierwszy raz z taką prośbą się spotykam? Czasami w ramach pocieszenia rodzica skierowanego do dziecka słyszymy: Nie myśl o tym kochanie. Chcemy zamknąć pociechę pod szklaną kopułą z napisem: Raj. Odeszła ukochana babcia, a my nie bierzemy na pogrzeb. Po co ma na to patrzeć? Czy boimy się o to, aby strachu nie dotknęło? A co z doświadczeniami. Co z nauką na przyszłość. Ktoś przed smutkami, wydarzeniami, które nam nie leżą, chce nas chronić przez całe życie? Co jednak gdy Ktosia zabraknie? Czy mamy nadal chronić się potem sami, przywykli, że przed innością daleką od zabawy i radości chronić się trzeba?

Tak wiem: Zadaję dużo pytań. Tak mam ostatnio. Wróćmy do tematu.

Tematy trudne typu: śmierć, ból, choroba i tak nas wcześniej czy później dopieszczą. Nie zawsze bezpośrednio uraczą, mogą dopaść, chociażby ukochanego kota czy chomiczka.
Powrócę na chwilkę do dzieci. Zdumiewa mnie, jak one na życie patrzą inaczej. Również na śmierć. Z wielkim poszanowaniem, zrozumieniem, stoickim niekiedy spokojem. Bez strachu, który u nas dorosłych dużo większy za to z ciekawością i chęcią zrozumienia tego, co zupełnie ludzkie.
Inny przykład? Zdarza się również, że ktoś chce odwrócić naszą uwagę, mówiąc: Nie myśl o tym, to moje. Ja Sobie poradzę. Ja silny jestem. Ja sam, bo ja nie znam co to wsparcie innych. Nikt mi go nigdy nie dał. Nauczyłem się radzić sam, dlatego nie myśl o tym. Czy ten Ktoś nie wie jak słowo „nie” działa? Takie prośby działają jak magnes. Przyciągają, szczególnie tych, którzy nie potrafią przejść obok. Tacy z wrażliwości, zrobią dla innych wiele. Z miłości wszystko, co tylko możliwe. A o czym ja mam nie myśleć? Myślą, gdy słyszą: Nie myśl. W prośbie o „niemyślenie” doszukują się intencji drugiej osoby. Czy chce ich ten ktoś chronić? A może, chce udowodnić, jak poradzi sobie, nawet gdy już wszystko ponad siły? U kobiety odzywa się gen poświęcania zapoczątkowany, chociażby za panowania Li Houzhu w Chinach, gdzie dziewczynkom zniekształcało się przez lata stopy dla ponoć pięknego wyglądu. No tak kobiety nie raz udowodniły, że potrafią zacisnąć zęby. U faceta znowu budzi się wpojone od małego przekonanie: Chłopaki nie płaczą. No tak. Mężczyźni powinni być jak bohaterzy filmów, których żadne rany cielesne, a nie daj Boże duchowe, nie imają się przecież. Często nie zdajemy sobie sprawy, że mówiąc: Nie myśl o tym, już dawno podzieliliśmy się z bliską nam osobą, tym co nas boli, mocno rani czy trapi. Jaki morał? Nauczmy się dzielić nie tylko radościami. Nie chowajmy po kątach, gdy jest już za późno. Płakać przy innych nie jest ujma na honorze. Przyjmować pomoc w postaci fizycznej lub dobrego słowa z serca płynącego również.
Co gdy, ktoś na naszym punkcie przewrażliwiony i nasz problem wyolbrzymia? Chce pomagać, a Ty faktycznie radzisz sobie z wyzwaniem? Niech Twoje sygnały niewerbalne i słowa, za prawdą idą. Nie za małe są i nie za duże. Kiedy smutny jesteś troszkę, pokazuj chandry ksztynę. Kiedy jesteś w stanie zamienić problem w żart, przekuj, ale tylko, gdy nie będzie to udawane. Co gdy z tym co nasze, faktycznie chcemy zostać sami? O wtedy trzeba jasno mówić: Szanuję, cenię pomoc, jednak chcę być sam, a jak tego nie uszanujesz będzie zębów szczerzenie a jak trzeba gryzienie. Tylko skąd tu wiedzieć co u kogo w głowie siedzi? Życie kochani to jedna wielka łamigłówka. Niektórzy mają sposób. Nie przejmować się.

Nie mów o tym
Czyli zróbmy tak, żeby było dobrze. Tylko kiedy jest dobrze. W kuluarach słyszę niezadowolenie. W tym, co niesprawiedliwość odczuł, budzą się emocje i zachowania. Żal, krzywda, zdziwienie, zaskoczenie, czasami nuta pogardy. Ktoś poszedł po bandzie i zrobił tylko po łepkach. Inny na łatwiznę bo stwierdził, że i tak się nikt nie kapnie. Jeszcze inny oszukał, chcąc sprzedać coś mało wartościowego za nie tak małe pieniądze. Wiedział o tym doskonale.
Znowu strach przed czymś chce nas uchronić i wychodzą takie cudaki? Znalazł się dobroczyńca. Potem już są tylko słowa: Jak tutaj powiedzieć, żeby wszystko i wszystkich pogodzić i nie urazić. Żal w sercu jednego i zamazanie krzywdy aby nie zranić przy tym drugiego, nie idą mi w parze.
Bo: Czy chcąc przykryć przypalone ciasto słodką bielutką kuszącą masą, nie stajemy gdzieś na rozdrożu naszych wątpliwości? Kto traci, kto korzysta? Jak postąpi następnym razem ktoś, kogo zgodność rzeczywistości ominie? Zrobi podobnie przekonany o słuszności sprawy lub co gorsze z myślą: udało się raz, uda się i drugim. Po linii najmniejszego oporu. Ręce będzie do tego zacierał. Strach przed mówieniem pozostawia niesmak czy goryczy. Kiedy o własnej krzywdzie mówimy do ludzi postronnych, przychodzi chwilowa ulga. Nie liczmy jednak, że usuniemy tym samym przyczynę naszej niestrawności.
Stoję w sklepie. Ktoś wcisnął komuś badziew. Wykorzystał technikę manipulacji. Drugi czuje to, ale przecież już zapłacił. Przecież tamten był taki miły. Pewnie chciał dla mnie dobrze. Może jednak przyda się mi to barachło. No i wstyd zrobił swoje. Twierdzimy, że nam nie wypada lub jest już za późno. Zgadzamy się własnowolnie na takie traktowanie.
Co z tym fantem zrobić? Mówić. Mówić prawdę.
„Ja wiem i Ty wiesz. Ja się staram, ty się staraj podobnie. Jeśli mnie mierzi w żołądku, znaczy, że coś jest nie tak”.
Równowaga w przyrodzie. Prawda ponad fałsz. To moje życiowe motta.
Jak wy to widzicie? Życzę Wam w życiu odwagi do mówienia, bo słowa czasami potrafią zdziałać cuda.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 3/3

PODŚWIADOMOŚĆ NA TAPECIE
Późnym popołudniem siadam i biorę do ręki literaturę. Doczytuję o umyśle świadomym i nieświadomym. Piszą o nich liczni: Anaksagoras, Kartezjusz (René Descartes), Sigmund Freud, Carl Gustaw Jung John Locke, Francis Crick, Paul Churchland, Thomas Nagel, Colin McGinn, Dawid Chalmers czy J. John Rogers Searle, Wszystkie ich badania prowadzą do jednego: Umysł człowieka składa się z dwóch części: umysłu świadomego i nieświadomego. Czytam wypowiedzi o trzecim poziomie, tych co bliżej duchowości. O źródle czystej świadomości, Nienazwanym, Pierwotnym Istnieniu. Skupiam się na podświadomości, bo to ona potrzebna mi jest tak naprawdę. Za co tak naprawdę odpowiada podświadomość? Jest tego troszkę. Przechowuje wspomnienia. Łączy podobne myśli i rzeczy tworząc asocjacje. Szybko się uczy. Chroni, tłumiąc wspomnienia wynikające z negatywnych uczuć. Porządkuje je. Zapewnia sprawne działanie ciała, czego świadectwem są nasze nieświadome odruchy. Posiada pierwotny plan naszego zdrowia (w wyższym poziomie „Ja”). Jest domeną uczuć i emocji. Determinuje je. Lubi zaspokajać potrzeby i odczuwa konieczność jasnych poleceń. Kontroluje nasze codzienne, jak i intuicyjne postrzeganie. Generuje, przechowuje i rozprowadza energię, w co nie wszyscy wierzą. Zachowuje instynkty i tworzy nawyki, ale potrzebuje do tego powtarzania. Jest zaprogramowany do ciągłych poszukiwań, dlatego jesteśmy ciągle świata ciekawi. Działa jako całość, więc nie ma co go rozbierać na czynniki pierwsze. Bierze wszystko do siebie, co oznacza, że postrzega przez obrazy, dźwięki i pozostałe znane nam kanały. Nie lubi się przemęczać więc działa na zasadzie: Im mniejszy trud do osiągnięcia i mniej energii potrzebnej do działania, tym lepiej. Jest zasobnikiem, więc nie przetwarza negatywnych, emocji a jedynie je gromadzi.
Wpadam w zadumę. Same plusy. Zamykam książkę. Zastanawiam się. Gdzie znajduje się granica między tym, co świadome a tym, co nieświadome? Granicy nie szukam. Jedno zależne dla mnie od drugiego. Każde po coś. Chociaż dopuszczam myśl iż jest coś jeszcze więcej.

MOŻLIWOŚCI
Wieczorem zamiast telewizora, ostatnie na Linię Czasu spojrzenie. Do czego i jak ją wykorzystać, żeby tylko zabawą w lesie nie była? Czego już mogłam na niej doświadczyć?
Rano na poziomie świadomości miałam okazję po raz kolejny mieć wgląd do związanych z czasem wspomnień przechowywanych. Pomagały mi w tym obrazy. Poczuć drobiazgi, których nie byłam w stanie zlokalizować.
Po raz kolejny dzięki moim wewnętrznym zasobom i wyobraźni stworzyłam wśród drzew dzieło, dzięki któremu odkryłam i poznałam następny kawałek siebie. Mało, a jednak dużo. Linia Czasu pozwoliła mi na jaśniejszy ogląd „co” i w jakiej kolejności. Nie po raz pierwszy wnętrze mojej wyobraźni pozwoliło mi spojrzeć na własne życie dużo głębiej niż zwykle. Na życiowe zwroty obrazowane zakrętami lub załamaniami. Na emocjonalnie przeżycia w postaci niekończącej się zagęszczonej ilości punktów. Mój byt na co dzień, gdzie uwaga skupiona na zewnątrz często kojarzył się bezkresnym chaosem. Dzięki przekierowaniu uwagi do wewnątrz poczułam ład i prządek odczuć i wspomnień.
Przede mną dzięki linii uchylają się wrota do zmian. Jakich?
Jutro z pomocą innych na Linii Czasu mogę popracować na tłumionych przez moją podświadomość wspomnieniach (celem podświadomości jest przecież ochrona nas). Tych związanych z negatywnymi uczuciami spowodowanymi nierozwiązanymi problemami, czy jak niektórzy wolą określać wyzwaniami. Jak zwał, tak zwał, są i u mnie, bo kto ich nie ma.
Zaraz potem mogę na Linii Czasu poszukać pierwotnych przyczyn moich zachowań w życiu doczesnym, jak również w przeszłym i wśród własnych przodków. Wgłębienie się w genealogię i różne życia „przed”, czy to nie jest ekscytujące?
W wolnej chwili usunę decyzje, która nie pozwala mi pójść naprzód, albo popracuję z przekonaniami. Bo ileż to razy łapałam się na słowach: Nie jestem wystarczająco dobra, czy: Jaka ze mnie matka. Może czas już z tym skończyć?
Zbliża się weekend. Żeby nie wszystko na raz przeramowanie, gdy świadomość nie pozwala się mi uwolnić od negatywnych decyzji, pozostawię na sobotę. A może przeprogramuje przy okazji przekonania przekazywane w mojej rodzinie od pokoleń, które i mi wprogramowano za młodu?
Po skopaniu grządek w ogródku uwolnię się od negatywnych emocji typu gniew, smutek, strach, zranienie, poczucie winy, które są częścią mnie a narosły w wyniku niedomkniętych w przeszłości spraw. Kopanie grządek nie zawsze pomaga wyrzucić je do końca.
A co w niedzielę? Hmm. Koniec tej pracy na sobie. Mając już pewną wiedzę na temat funkcjonowania ludzkiej psychiki z poziomu osobowości, przy pomocy Linii Czasu popracuję z innymi. Dotrę, chociażby u kogoś kto będzie miał potrzebę do miejsc powstania obrażeń emocjonalnych. Miejsc, gdzie bolesne doznania przekształciły się w traumatyczne urazy. Poprowadzę go wstecz do kolejnych wydarzeń życiowych, gdzie jeszcze raz będzie przeżywał wszystkie emocje związane z tymi doznaniami. Do miejsc urazów emocjonalnych, wypartych do podświadomości. Wejście w tego typu doznania przywołują bolesne doświadczenia, zdystansuję więc na tyle mentalnie i fizycznie, żeby na owo zdarzenie osoba umiała patrzeć z innej pozycji. Przekieruję uwagę do wnętrza, żeby mogła zmierzyć się z tym, co ją spotkało.
I tak zacznie się moja praca z Linią Czasu. Codziennie może mnie spotkać coś nowego. Bo praca na Linii Czasu wydawałoby się, końca nie ma. Pod „nóż” mogą iść nasze wspomnienia, motywacje, fobie, nawyki, obsesje, tożsamości. A wszystko po to, aby lepiej się nam żyło.
Również instynkty i nawyki, zapisane przez naszą podświadomość jak na twardym dysku. Linia Czasu daje mi możliwość wgrywania ich na nowo. Kiedy znudzi mi się czas przeszły, w obroty wezmę przyszłość. Popracuję z niepokojem o przyszłość i z określaniem i wyznaczanie celów możliwych do osiągnięcia. Na wizerunku przyszłości, ustaleniu rezultatów, ich korzyściach i atrakcyjności.
Za oknem ciemno a mój mózg wokół Linii Czasu błądzi myślami co jutro. Może przy tworzeniu przyszłości i ustalaniu celów technikę SMART dodatkowo wykorzystam? A może zaglądnę do Fritsa Pearlsa i terapii Gestalt? Przypatrzę się działaniom parateatralnym, w których pacjenci odgrywają sceny ze swojego życia, starając sobie przypomnieć, co dokładnie wtedy czuli. Przyglądnę się, jak chodzą po własnej Linii Czasu nieświadomi tego? A może zatrzymam przy Bercie Hellingerze? W ustawieniach przy pomocy reprezentantów przecież też odchodzimy od racjonalnego umysłu, wchodzimy w przestrzenie dotąd nam nieznane, korzystamy z pamięci między pokoleniowej, przeżywamy stany z przeszłości, o których nie mamy zielonego pojęcia. Czyż nie chodzimy wtedy po Linii Czasu naszych przodków, nie odkrywamy tego, co nam dotąd znać nie było dane? Nie pracujemy z tym potem, aby jutro było bardziej nam przyjazne i zrozumiałe? Jeden dzień z Linią Czasu a pod koniec dnia tyle pytań, planów, tyle możliwości.

KU KOŃCOWI
Dość już tych rozmyślań. Spać, albowiem pora. Zanim jednak zamknę oczy, podsumuję to wszystko w kilku słowach.
Książkowa Linia Czasu jest metaforyczną reprezentacją przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Jest tylko i aż tym. Dla mnie jest techniką, która daje niesamowite możliwości, o ile jesteśmy w stanie, wbić się na poziom podświadomości. Terapia Linii Czasu, jako model, pozwala nam nie tylko zrozumieć nasze doczesne doświadczenia, Daje jasne wskazówki co do tego, jak stworzyć przyszłość, która nada sens naszemu życiu.
Linia Czasu wraz z historią danej osoby, jej radościami i obawami, z jej szczęściem i smutkiem, z obiektami jej miłości i nienawiści, z decyzjami zarówno ograniczającymi, jak i dającymi poczucie siły, stanowi znaczącą część naszej osobowości. Zmiany na Linii Czasu za pośrednictwem terapii, to zmiany związane z najgłębszymi jej pokładami. Czy to znaczy, że możemy ją zmieniać? A i owszem. Jak? Jedno jest pewne. Dość szybko.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 2/3

SUBMODALKI
Przysiadam na chwilę pod drzewem. Na tapetę biorę submodalności. To przecież one pozwalają mi ująć wszystko chronologicznie, zróżnicować obrazy. Zobaczyć jaki kształt ma moja i tylko moja Linia Czasu. Znów ją widzę, a na dodatek próbuję się w nią wsłuchać. Znam już jej położenie, wiem, w jakich odległościach się znajduje, jaki kształt obrała i co przypomina. Na jakiej jest wysokości. Patrzę na zbiór obrazów, które gdybym tylko w ruch wprowadziła, pełnometrażowym filmem by się stały, z nie lada fabułą. Wygląd pozostawia wiele do życzenia, ale co tam. Nie czas, aby patrzyć na nią okiem architekta. Moja linia gra, jak długa struna, a do jej cichych wyraźnych dźwięków ptaki wtórują. Czuję, jak leśny wiatr wprowadza ją w ruch, a ona od czasu do czasu muska moje ciało. Moja linia pachnie lasem, bo i w lesie często przy niej przysiadam. A może to ona przy mnie? Przypominam sobie czasami o niej, gdy do ust wkładam łyżkę z sosem ze świeżych borowików. I jak tu jej nie lubić?
Siedzę. Kwadrans minął. Słońce zdążyło opalić mi stopy. Myślę o tych piętnastu minutach. Jakie były? Przywołuję obraz. Porównuję. Zastanawiam również, jak wyglądała poprzednia wizyta w lesie, chociażby ta wczorajsza.
Ten sam kwadrans dobę wcześniej minął mi tak szybko, iż wydawało się, że upłynęło dopiero minut kilka. Dzisiaj dłuży się w nieskończoność, sprawiając wrażenie, ciągnących się leniwie godzin. Wczoraj było inaczej. Inne kolory, inne dźwięki. Inne myśli zatrzymywały. Inny kształt miały drzewa, inna wielkość polany. Dzisiaj obraz jest bardziej wyrazisty. Dzisiaj wszystko jakby było bliżej. Wczoraj znajduje się w innym miejscu na mapie, dzisiaj jest trochę przesunięte. A co gdy dopuszczę marzenia o jutrze? Zamykam oczy. Idę po Linii Czasu. Zatrzymuję. To miejsce jest już zupełnie inne. Barwy, zarysy, dźwięki i nawet zapach odmienny. Mam przed oczami cały obraz. Miejsce, które odpowiada za jutro. Przywołuję inne błogie chwile. Umiejscawiają się różnie w przestrzeni, a do tego cechują ich istotne różnice.
Przechodzę do czynności, które mogłyby się tutaj wydarzyć. Ludzi, z którymi, chciałabym przebywać w podobnych miejscach. Jutro, za tydzień, za rok.
Wszystko układa się według określonego schematu. Wszystko połączone ma swoje miejsce. Każde z wydarzeń w bezruchu jak gruzełki na długiej linie. I ja, która dzierży ją w dłoni. Spoglądam na obraz najdawniejszy i ten, który wybiega najdalej w przyszłość. Moja mapa wypełnia się raz za razem. Zauważam, jak wszystkiemu towarzyszą odczucia czy marzenia. Moje ciało na wszystko reaguje. Przy jednych submodalnościach jestem spięta innym razem rozluźniona. Pochodziłam sobie troszkę więc teraz czas na refleksję.
Sytuacje, które miały miejsce w przeszłości, albo dopiero się wydarzą, mają w moim umyśle odpowiednią, specyficzną dla mnie, reprezentację przestrzenną. Przeszłość po jednej, przyszłość po drugiej stronie, wyobrażenia poza nią. Jedne z nich odpowiadają za wczoraj, drugie za jutro. Niesamowite. Czuję się, jakbym na tak wiele miała wpływ. Jakbym układała puzzle z moimi obawami, przekonaniami, emocjami czy decyzjami. Czuję, jak przełożenie jednego ma wpływ na całą resztę. Na obrazy, czas, postawę czy zachowanie.

SKOJARZENIA
Koniec tego dobrego. Koniec włóczenia, gdy praca czeka. Wsiadam do samochodu. Jestem tu i teraz, bo w aucie skupienie potrzebne. Włączam radio, a w nim? Piosenka Rafała Brzozowskiego „Linia Czasu” i słowa: „Czas na chwilę cofnąć chcesz, wyświetlić to jeszcze raz”. Myślę: Chcę i mogę. Z moją świadomością i nieświadomością? – Tak.
Zastanawiam się, gdzie jeszcze spotkałam się z Linią Czasu lub czymś, co ją przypomina. No tak: Był rok 1985, a na dużych ekranach właśnie wyświetlali „Powrót do przyszłości”. Znakomity przykład wymiarów przestrzeni i czasu, w których fajnie się podróżuje.
Jeden człowiek: scenarzysta i producent Bob Gale, który zaczął się zastanawiać, czy przyjaźniłby się ze swoim ojcem, gdyby razem chodzili do szkoły? Zanim powstała ekranowa trylogia Gale wraz z reżyserem Robertem Zemeckisem (chcącym sprawdzić, czy jego matka, która twierdziła, że nigdy nie pocałowała chłopca w szkole, prawdę mówiła) już wtedy biegali po Linii Czasu. Czy byli świadomi tego? Możliwe.
Kilka dni temu do moich rąk trafiła powieść Michaela Crichtona „Linia Czasu” (Timeline). Powieść przedstawia losy grupy studentów historii, którzy udają się do XIV- wiecznej Francji, by uratować swojego profesora. Oprócz rysu historycznego powieść zawiera odniesienia do takich teorii jak: mechanika kwantowa czy teoria wieloświata. Crichton pokazuje, jak „elastyczna” potrafi być Time Line.
Tyle, co wczoraj wyszłam z grupką młodzieży z kina, gdzie na ekranie wyswietlali „Avengers” Marvela. Film robi obecnie furorę. Marvel sobie liczne części sagi na Lini Czasu ustawia, a twórcy kina tworzą swoją własną kolejność. Swoją linię dla sagi Marvela tworzy również Internauta Ghost Rider. Jego linia zawiera nie tylko informacje z filmów kinowych, ale również seriali, produkcji krótkometrażowych, komiksów. Nowe wątki, miejsca, postaci i historie. To samo, a jednak w innej kolejności niż sam autor. Kto był pierwszy, zastanawiają się wszyscy, Iron Man czy Captain America? Inna kolejność u każdego inaczej toczą się losy bohaterów.
W kościołach linia czasu prowadzi mnie przez setki wydarzeń biblijnej historii zestawionej wraz z historią świata oraz tą Bliskiego Wschodu. Od mojżeszowej Księgi Rodzaju do Apokalipsy. Wszystko znowu uporządkowane.
W mediach można przeczytać o Linii Czasu afer finansowych. Czy nazwa trafna? Uśmiecham się sama do siebie. Ciekawie w tym przypadku może wyglądać tworzenie przyszłości.
Stojąc na światłach, biorę do ręki telefon. Google nie chce być gorszy. Mapy z Linią Czasu i podróż po wcześniejszych trasach i odwiedzanych przeze mnie miejscach? Dlaczego by nie? O głowę bije wyszukiwarkę aplikacja web.archive.org, dająca możliwość wrócić do stron internetowych, stworzonych wiele lat temu. Powinno ich już nie być, bo w ich miejscu były już i są następne, a jednak: Przeszłość jak na dłoni. Ta sprzed dwóch dni, miesiąca czy dekady.
Więcej przykładów nie mnożę. O prawdziwych korzyściach Linii Czasu czas pomyśleć.

CZEGO POTRZEBUJEMY
Wracam myślami na leśną ścieżkę. Wiem, jak skonstruować moją Linię Czasu w wyobraźni. Wiem do uzdrawiania których elementów psychiki, może być przydatna. Co potrzebuję, aby faktycznie praca z nią była efektywna? Powraca do mnie Milton Ericson i jego hipnoza. Z jakich pokładów mózgu korzystał, że odnosił takie sukcesy? Gdzie musimy dotrzeć, aby Linia Czasu nie była już tylko zabawą a głęboką pracą, która pociąga za sobą wielkie zmiany? Zacznę od zadania sobie pytania: Czym jestem?

Psychologowie twierdzą, iż zbiorem wspomnień. Przeszłymi doświadczeniami wyznaczającymi tym, kim jestem i w jaki sposób działam. Ja dodałabym również zbiorem planów i marzeń, energią. Wszystko to rejestrowane „gdzieś” i „jakoś”, w miarę upływu lat wywiera na mnie coraz większy wpływ. Zbiór wszystkiego w chronologii odsyła mnie do zaszyfrowanej pamięci mojego Umysłu. No właśnie, która jego część tak naprawdę za nią odpowiada. Do której muszę się odwołać. O Świadomym i Nieświadomym Umyśle słyszałam już co nieco.

SZUKAM SPRAWCY
Tego, który dał nam taką moc i możliwości zmieniać na Linii Czasu nasze przekonania i dużo, dużo więcej. Czas wgłębić się w wiedzę o Nieświadomym Umyśle.
Myślę i łapię się za głowę. „Głowa mała” jak wiele rzeczy robię nieświadomie. Oddycham, ruszam ręką, która trzyma właśnie kierownicę, podnoszę automatycznie nogę i przesuwam z pedału na pedał. Siedząc za kierownicą samochodu „odpływam” na chwilę o Nieświadomym Umyśle myśląc, a jednak dalej jadę czy zatrzymuję na światłach. Dojeżdżam wreszcie na miejsce. Patrzę na zegarek. Znowu spóźniona. Znowu myślę. Jak to jest? Im bardziej chce się pozbyć nawyku spóźniania, tym mniej mi to wychodzi. Tyle razy mówię, koniec z tym, przestawiam zegarek. Na następny dzień znowu robię to samo. Jak trudna jest zmiana i jak sporo czasu będę jeszcze na to potrzebowała? Sama nie wiem. No, chyba że po napisaniu tego artykułu na Linię Czasu wskoczę i wreszcie coś z tym zrobię. Rok za rokiem narzekam na tę sytuację a jednocześnie akceptuję bo jest mi z nią dobrze. Gaszę silnik. Za oknem mocne słońce. Uchylam okno. Zamykam oczy. Wracam znowu wspomnieniami. Tym razem do duchowych wykładów Satsang:
„Nie bycie świadomym czegoś, nie przekreśla faktu istnienia tego, lecz powoduje brak doświadczania tego, jako tego, czym to naprawdę jest”.
No dobrze a co o tym piszą mniej uduchowieni naukowcy?

c.d.n.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 1/3

Stoję przy sklepowej kasie. Schylam się do koszyka. Wyciągam rękę i … mam deja vu. Znacie to odczucie, gdy przeżywana właśnie sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości? Ciekawe doświadczenie, gdy nie można znaleźć konkretnego w czasie odniesienia. Wsiadając do samochodu, już wiem, o czym dzisiaj będzie. Otwieram tekst, który raptem widziała jedna osoba. Mało troszkę, więc stwierdzam: Niech dalej w świat idzie. A co tam. Słyszeliście o Linii Czasu? Do lektury nieco innej zapraszam.

LEŚNA LINIA
Jestem w lesie. Życiem się bawię. Idę przed siebie. Wracam się na chwilę. I ponownie idę do punktu zero. Obracam nagle. I co wtedy? Powrót przeszłością się staje. Zerkam pod nogi. Po mojej lewej stronie na ziemi pisze się długa linia – cień belek w płocie. Gdzie koniec? Jest na tyle daleko, że u skraju jak cieniutka nić wygląda. Zerkam w prawo. Wyobrażam sobie moją przyszłość, ale wystarczy, że zrobię krok, ta już znowu przeszłością będzie. Moja zdysocjowana i metaforyczna Linia Czasu pisze się jak na dłoni.
Patrzę na moją przyszłość i przeszłość. Widzę siebie i zaczynam planować. Potrafię określić ile za chwilę zajmie mi powrót  i czy coś może stanąć moim planom na drodze. Może i nie stoję w środku wydarzeń i nie odczuwam ich tak mocno, jak bym chciała. Nie „żyję chwilą”, za to więcej widzę i wiem, że wszystko dzieje się Od – Do i ma jasny początek i koniec. Patrzę na życie z zewnątrz. Stoję na europejskiej Linii Czasu, bo i z krwi i kości ze mnie dziewczyna z Europy. Jestem Through Time, gdy inni, chociażby południowcy arabscy In Time nie prowadzą pewnie tak dogłębnej analizy przeszłości, jak ja. Żyją chwilą i troszkę jutrem, chociaż „jutro” nie do końca jest dla nich jasnym pojęciem.

W TĘ I Z POWROTEM
Stoję i z Linią Czasu zaczynam zabawę. Ustawiam się tak, aby mieć do wszelkich przeszłych i przyszłych zasobów dostęp. Już nie przypomina linii. Przybiera formę litery V o miękkim przejściu i kształcie. Patrzę i szukam w przyszłości tego, co nowe mnie dzisiaj spotka. A może wpadnę zaraz na pomysł jak na co dzień przestać skupiać się na zadaniach, celach i terminach na rzecz po prostu w lesie bycia?
Tutaj w lesie tworzę moją własną mapę. Model, który jest symulacją działania, tego, co zrobiłam, zrobię czy będę robić. Rozkładam najpierw moją główną Linię Czasu a zaraz potem kilka następnych. Zasocjowaną również. Dlaczego by nie? To tylko kwestia wejścia w inny stan, przyzwyczajenie. A co gdy jeszcze pewne rzeczy na mojej linii zakotwiczę? A co jeśli z submodalnościami obiektów i zdarzeń znajdujących się na Linii, jednostkowo lub hurtowo popracuję? Wraz ze zmianą, przestawieniem, zamianą, ustawieniem bardziej z boku lub z tyłu, zmienia się mój stosunek do przeszłych wydarzeń. A co gdybym chciała pobyć gdzieś dłużej? Co, jeśli przyszłość nieco rozciągnę, tylko po to, aby stracić poczucie czasu? Albo, chociażby stworzę następną równoległą Linię Czasu, gdzie wrzucę na chwilę wszystko, co zbędne? Na następnej umieszczę rzeczy, których właśnie nie chcę przeżywać, bo chce skupić się na Tu i Teraz?
Próbuje zamieniać miejscami przeszłość z przyszłością. Wyższa szkoła jazdy? Warto próbować. Przecież zawsze można powrócić do „ustawień fabrycznych”. Patrzę w przyszłość. Niektóre plany widzę jak przez mgłę. A co jeśli je przybliżę? Próba nie strzelba. Teraz są tuż przede mną. Submodalnościami znowu podkręcam. Unoszę się lekko jak chmurka.  Patrzę. Przecież nie wszystko tutaj z góry jest takie, jak wydawało nam się z dołu. Kiedy poznałam bliżej i mi nie pasuje? Po prostu odstawiam na bok. A co jeśli plany okazały się strzałem w dziesiątkę, a przed nimi są inne? Wiem, czego chcę, ale jeszcze nie pora na nie? Odsuwam i układam w miejscu wygodnym. Były i nadal istnieją. Czekają w kolejce, ale wiem o nich teraz dużo więcej. Eksperymentów na Linii Czasu jakby nie ma końca. Bawię się na tyle, o ile wyobraźnia pozwala. Na tym etapie to tylko zabawa, ale co dalej?
Patrzę w błękitny nieboskłon i wsłuchuję się w ćwierkot ptaków. Na ziemi podstawowa linia ciągle w miejscu zakotwiczona. W mojej wyobraźni stworzyłam kilka następnych A co gdybym teraz wzniosła się w górę i jak motyl czy ptak poleciała, wyżej lub niżej? Przysiadła gdzieś w dalszej przyszłości, aby jakiejś emocji, która we mnie drzemie od dawna przypatrzyć się bliżej ? A potem zbliżyć się do niej, aby zrozumieć? Tyle pytań a na wszystkie jedna odpowiedź. Latanie jeszcze będzie. Na razie siadam na trawie i próbuje dociec, jak na Linię Czasu trafiłam. Z czym mi się kojarzy, Kiedy i za co pokochałam.

GDZIE SZUKAĆ POCZĄTKU ISTNIENIA LINII CZASU I CZY GO SZUKAĆ
Patrzę na nazwę „Time Line Therapy” a przy niej symbol „TM”, Oho! Już ktoś opatentował. To takie nowoczesne. Niejaki Tad James. Kto tak naprawdę pierwszy odkrył Linię Czasu i o wyłączności nie myślał, a po prostu wdrażał w życie? Zaglądnijmy w przeszłość. W końcu na Linii Czasu jesteśmy, do Tu i Teraz wrócimy wkrótce. No może nie do tego samiutkiego, bo przecież czas płynie, jednak tego tuż nieopodal.
Skoczmy do starożytnej Grecji, gdzie mieszkańcy posiadali sprecyzowane poglądy na temat doczesności i potrafili odróżniać przeszłość od przeszłości. Przypatrzmy się pracy hipnoterapeucie Miltonowi Ericsonowi gdzie swoją „hipnozą z ukrycia” czy pseudo wprowadzaniem do przyszłości również „bawił się” po swojemu na co dzień. Jedno zjawisko hipnotyczne indukowało następne, a klient z wykorzystaniem wizualizacji ekranu filmowego oglądał swoją przeszłość, zatracał swoją tożsamość i obserwował swoje urazy psychiczne. Patrzył spokojny i opanowany na to, co już było. Na innym ekranie wyobrażał sobie przyszłość. Zdawał sobie sprawę ze swoich oczekiwań i tego, co będzie dla niego ważne.
W necie czytam wzmianki o Arystotelesie, który jako pierwszy wspominał w notatkach o Linii Czasu. O Wiliamie Jamesie, który twierdził, iż: „Przypisujemy daty pewnym zdarzeniom, po prostu przerzucając je w kierunku przyszłości lub przeszłości”. Wczytuję we Freuda– o nim nie można nie wspomnieć. I jeszcze troszkę w Junga. Zastanawiam się, co odkryłabym, zaglądając do inkaskich kapłanów na Machu Picchu, czy w źródłach ponadczasowych Azteków w prekolumbijskim Meksyku. Szkoda, że czasu tak mało.
Wróćmy na chwilę do teraźniejszości. Szkoda czasu, aby doszukiwać się, kto odkrył samą metodę, która umożliwiałaby dokonanie właściwego opisu ludzkich doznań związanych z upływem czasu. Dla mnie ważny jest fakt, że każdy, kto do przeszłości i przyszłości potrafił się odnieść, dopisał i dopowiedział coś nowego. To, z czym spotykamy się teraz, to śmiem twierdzić ich wspólne dzieło, chociaż nigdy nie spotkali się tak naprawdę. Chociaż? Kto wie. W końcu każdy z nich z Linią Czasu miał do czynienia. I jak zwał tak zwał, ale w czasoprzestrzeni umieli się poruszać.

c.d.n.

MAKSYMA RÓWNEJ WAGI

Patrzę na porzuconą w kącie Równowagę. Leży tam często, w przytłumionym świetle w kłębuszek zwinięta. Żal mi jej za każdym razem, gdy na nią spoglądam. Dzisiaj więc przytaczam maksymę równowagi dotyczącą, którą w wielu przypadkach sprawdziłam na mej bladej cienkiej, bądź co bądź własnej skórze. Sprawdza się w małżeństwach i w relacjach rodzic – dziecko. W organizacjach, gdzie pracodawca i pracownik zastanawiają się nad tym, kto ile będzie z tego miał, ile dostanie i ile będzie musiał włożyć.

KTO NA DŁUŻSZĄ METĘ DAJE ZA DUŻO I ZA MAŁO BIERZE, ODCHODZI.
KIEDY ZOSTAJE, WTEDY DOCHODZI DO JEGO WYPALENIA SIĘ.
„KTO NA DŁUŻSZĄ METĘ ZA MAŁO DAJE I ZA DUŻO BIERZE, MUSI ODEJŚĆ”.
B. Hellinger.

Sprawdzam, jak to działa w realu. Dzisiaj nadsłuchuję. Jak jeden twierdzi: To wyłącznie wina tamtego! W kolejce sklepowej szeptem ktoś do ucha drugiego mówi (teraz nadstaw ucho) cyt.: Przecież złoty z niego chłopak. To ona wszystkiemu winna. À propos oceny wtrącę. Działają na mnie jak płachta na byka. Przypatruję się i wyobrażam, jakby wielu z nas całe życie jakieś liny przeciągało, byle na swoją stronę. Jak na prostej huśtawce wagowej odbijają się niektórzy, żeby zawsze być na górze.
Innym razem, patrzę jak życie człowieka, ma wpływ na spokojny żywot ich bliskich. Jak egoizm, zmienność nastrojów, niedojrzałość, wybryki, brak uważności czy wrażliwości, przekładają się na emocje i zdrowie innych. Jak jeden z miłości do drugiego kosztem własnego szczęścia potrafi oddać całego siebie, gdy w tym samym czasie ten drugi bierze i daru wagi nie docenia.

Kiedy nie ma równowagi?
Przykład zaczerpnijcie z własnego doświadczenia. Mniemam, że każdy chociaż raz to w życiu poczuł. Gdy ktoś lub coś wyprowadziło go z równowagi. Czasami podczas drobnych smuteczków. Innym razem, gdy ciarki przeszły. Podczas łez ocierania lub złości wybuchu. Gdy serce zabolało, a ból fizycznym nie był.

Kiedy dawać, kiedy brać? Jak dużo?
W relacjach równowaga ego ma tutaj ogromne znaczenie. Dawać z miłości, ale dbać również o siebie. W biznesie patrzyć na samopoczucie. Płacić i wymagać, a jednocześnie pracować i nie czuć się wykorzystywanym.

Jak do równowagi dążyć?
Intuicyjnie powiadam. No i oczywiście działać. Równowaga sama z kącika nie wyjdzie, warto jej w tym pomóc.

Osobiście maksymę równej wagi rozumiem na wiele sposobów. To samo, a jednak w inne słowa ujmuję. Przykład z życia? Chociażby perfekcjonizm:

ZDOBYĆ CAŁĄ WIEDZĘ SAMEMU NIE TRUDNYM SIĘ WYDAJE.
WIĘKSZYM WYZWANIEM ZAAKCEPTOWAĆ NIEPERFEKCYJNEGO SIEBIE I ZAUFAĆ DRUGIEMU, KTÓRY BRAKI NASZEJ NIEDOSKONAŁOŚCI BEZINTERESOWNIE UZUPEŁNI.
J. Piotrowska

Tak się rodzi zaufanie. Tak wspólne cele skrzydeł dostają. Tak uczymy się dawać dobro, które powraca, zamiast brać ze strachu, że tego, co nam się należy, zabraknie. To jeden z przykładów równowagi. A co z resztą? Pozostawiam Wam pole do popisu.