Mućka na wybiegu

Znalazłam ją! Znalazłam! No. Uff. Warto było czekać. Będzie mleko na prawdziwy jogurt i osełka co by ukręcić z niej esencje zdrowia, czyli złociste masło klarowane.
Stoi Mućka. Na środku łąki w piękny letni dzionek. Łaciata i żadna tam fioletowa a prawdziwa wiejska krowa na obrzeżach średniej wielkości miasta. Kilka minut pieszo od drogi, którą przejść przez cały dzień przez przejście dla pieszych ciężko. Wącham. Dookoła łąką pachnie i wymionami, z których może jeszcze ostatnie krople mleka kapią po porannym dojeniu. Wysiadam z samochodu. Podchodzę. Mam do niej raptem kilkanaście metrów. Wielka. Zadbana. Ma w sobie spokój, o którym niejedno z nas marzy. Miele trawę. Ależ ona ma jęzor! Dorodna, chociaż kości wystają, bo przecież każdej wystają. Te w kształtach okrągłe to dla mnie podróbki. Ogonkiem macha w te i we wte. Zadowolona bestia. Dotykam. Miła, ciepła i łasi się jak pies. Nawet łeb tuli. Olbrzymi i ciężki, lekko zwisa. Oczy szperają w trawie. Głaskam i głaskam. Aż się wracać nie chce. Jej też się nie chce. Podziwiam każdy kawałek jej ciała. Rogi, nochal. Jak ktoś mówi, że ma duży nos, niech kinol krowy z bliska oglądnie. Świat wtedy innych realiów nabiera. À propos: O tym, jak świat widzimy, będzie w następnym wpisie.

Rozglądam się dookoła. Stoję ja a przy mnie „moja” krowa. Kominy elektrowni rzut beretem, ale reszta to łąki i pola. Zaraz na sąsiednim zagonie szparagówka, ogórki i ziemniaki. Tutaj tak naprawdę droga się kończy. A wzdłuż płotów rosną śmierdziuszki i olbrzymie słoneczniki. Ten, kto wsi nie doświadcza, traci, a może nie traci. Ja nie odpuszczam. Uwielbiam.

Krowę na chwilę w spokoju zostawiam. Zaglądam, gdzie pomieszkuje.
Tutaj brama zawsze otwarta. Dodam, że na słowo zawsze jestem wyczulona, jednak tutaj jak ulał pasuje. Mały domek, a obok drugi. Ten wielkości chatki z bajki. Taki na miarę skrojony. Obok stolik a przy nim dwie kobiety. Takie co mówię, wiecznie młode, chociaż wiekiem znacznie się różniące. Przysiadam na schodkach przed wejściem. Przyglądam się ich dłoniom. Jedna para chleb drobi, druga kukurydzę. Dla zwierzątek. Od serca. Wszystko, co stąd wywożę, ma energię miłości. Z mleka gospodarność, stoicyzm, pracowitość się sączy. Tutaj wszystko ma swój rytm, powtarzalność. Przyroda, zwierzęta, wschody i zachody słońca, życiem mieszkańców rządzą. Pachnie zbożem, bo właśnie pora żniw, pyłki kręcą w nosie. Niziutka, energiczna osóbka do obory niebawem zaglądnie, tam zawsze jest coś do zrobienia. Nie usiedzi na miejscu. I to proste myślenie. Już prościej być nie może. Od wielu lat na planach tego miejsca widniała obwodnica. Coraz więcej się mówiło o tym. Wysiedlenie zapukało do drzwi. Usłyszałam rok temu: Będzie, to będzie. Wtedy będziemy się martwić. Trzeba będzie sprzedać, to się sprzeda. Dzisiaj mam ziemniaki do zebrania i w pole trzeba jeszcze pójść.
Pomyślałam: No tak. Strach po mieście gdzieś się szwenda, bo kto tutaj miałby czas dla niego. Można było o tym mówić, można było panikować. Dzisiaj już wiadomo, że droga nieopodal pójdzie a dom się cały i zdrów uchowa.
Przez jakiś czas krowy nie było. Tęsknota ponoć się wdarła. Teraz jest Mućka, co ją bardzo polubiłam i co będzie się pasła po wsze dni jej żywota. Wróciła równowaga.
Wstałam ze schodów. Niesamowite jak ja tutaj odpoczęłam. Kilkanaście minut, które na zegarze jakby w czasie jak gumę rozciągnął. Aż żal wracać tam, gdzie ciągle szybciej i szybciej. Gdzie szacunek do pielęgnowania tego, co nam zdrowie daje, zniknął. Gdzie od jednego spotkania biegniemy do drugiego, mało nóg nie łamiąc. Jak dobrze, że potrafię się czasami zatrzymać. Jak dobrze, że znam miejsca, gdzie można się na nowo naładować. Wsunęłam butlę ciepłego swojskiego mleka pod pachę.

A teraz zmykam w wir pracy. Samo życie Kochani. Samo życie. Różnorodne i na wskroś co rusz inne.

Dodaj komentarz