OBLICZA DWA

Są miejsca, w których nie dociera ludzka pazerność, a natura utrzymuje wieczną równowagę. Ptaki, ryby, psy, ludzie, roślinność, wirusy i bakterie, wszystko, co na tej ziemi ma tu swoje prawa i godne miejsce.
Tam, gdzie się chce żyć. A wiecie ponoć: „Jak się chce żyć, to nawet medycyna jest bezsilna”.

Tam, gdzie drogi już nie z betonu
Śródleśna osada w powiecie lubelskim. Ludzi jest tu garstka, za to wody dużo. Drewniany pomost, ja i duży przedmiot zwany łodzią chybocący się w te i we wte. Odwiązuję cumę i wsiadam. Nad gładką połyskującą w słońcu taflą ruj komarowy przeleciał. Owady są, bo też mają tutaj swoje zadanie do spełnienia.
Nad powierzchnię jeziora wyskoczyła ryba. Srebrne łuski i żółtawo brunatne ciało. Karpiem zapachniało. Zanurzam prawie bezszelestnie wiosło. Kiedy wsłuchasz się w wodę i poczujesz jej gęstość, łódź sama płynie, a H2O jest ci przychylna. Płynę ku zachodzącemu słońcu. Kremowe palki przeglądają się jak w lustrze. Chmury gdzieś przed siebie płyną, ja dołem a one góra. Nie wchodzimy sobie w przestrzeń. Wkładam do chłodnej substancji dłoń. Mam je prawie na wyciągniecie ręki. Patrzę w niebo. To, co na powierzchni płynu życia uwiecznione to tylko nasze złudzenie.

Woda.
Lubię ją za jej szczerość. Pokazuje prawdę. W niej ujrzysz lepszą kopię oryginału. Polecam czasami przeszyć ją wzrokiem na wskroś. Ostrość, kolory i głębia prawdy. Niejednokrotnie możemy się zdziwić, jak dużo w życiu możemy przeoczyć. Czasami wystarczy zwykła kałuża i już jesteś w innym świecie.

Uroczo i milusińsko
Następna ryba rozprostowała ości. Gdzieś w oddali słychać odgłosy przypominające toki głuszca. Czy to możliwe? W innej części zaklekotał bocian. Wśród tych dźwięków nie zabrakło też zwykłych ludzkich śmiechów. Drobny wietrzyk posmyrał po plecach. Resztki promieni nadal ciepłego słoneczka spłynęły po policzku. Uroczo i milusińsko.
Zatrzymałam wodny pojazd. Poczekałam aż ostatnie kręgi, będące efektem moich ruchów znikną gdzieś przy piaszczystym brzegu. Wokół świat odbijał się w wodzie jak w lustrze. Dwie polanki, dwie kępy palki wodnej, dwie wiązki gałęzi otaczających brzeg. Moje dwie twarze.

Wszystko, co na tym świecie ma dwa oblicza. Wierzymy w to, co na wysokości naszego wzroku i w to, co dopuszcza nasza świadomość. To, co mówią nam inni i to, co możemy dotknąć. A co z całą resztą? Jak dużo dzieje się tam, gdzie nasz wzrok nie sięga zbyt często?

LEKARZ PIERWSZEGO I OSTATNIEGO KONTAKTU

Jak obdarowują się i świętują inni, w dobie, gdy na ulicach, królują pustki, ale też i gdy życie pędzi, a my biegamy za rzeczami materialnymi po sklepach?
Pomysł, którego koszty można przeliczyć na minut kilka i wspomnienia, jakie kolekcjonujemy w głowie. Nagrać filmik, powiedzieć coś od serca. Ot cała filozofia. Ja zaczynam pierwsza:

Epizody:
Pierwsze epizody z Sebastianem? Pamiętam. To była Sri Lanka, Jego Hania i on, facet w ciemnym kaszkiecie z perfekcyjnie przycięta brodą, zanim jeszcze brody weszły w modę. Egzotyczne kwiaty zatykały dech w piersiach. Patrzyliśmy pod nogi, aby nie mieć bliskiego spotkania z gruboskórnymi waranami. Staliśmy w kilka osób pod zieloną pergolą i chowali przed mocnym azjatyckim słońcem. Nasze buzie nie zamykały się, on w dzień mówił najmniej. Pamiętam zjawiskowe pływanie w otwartym basenie, w mocnym ciepłym deszczu. Był w siódmym niebie. Nie miałam żadnych szans na dorównanie. A bieganie? Chłopak szukał kompana. Wierzyłam, że dam radę. Wymiękłam przy pierwszym zakręcie. Przeliczyłam się, a bestia miała kondycję. Są także chwile, które wybiegają daleko poza przyjemności, za to dużo wnoszą.
To, co najbardziej utkwiło w pamięci? Rozmowa na tarasie w małym gronie. Prawie zastał nas ranek. Długie opowieści o życiu, ale głównie o śmierci. O tym, jak się zachować i jak nie wstydzić zagubienia. Jak rozmawiać z chorym, bez słów i jak nie dać się zwariować. Ile w nim było empatii, pasji, miłości i ciepła. Wierzę, że jest tak do dzisiaj. Ile ja się wtedy dowiedziałam. Dzięki niemu dzisiaj potrafię się odnaleźć w chwilach, kiedy inni wymiękają. Strach ma teraz inny wymiar. Bezcenna wiedza, której on jest twórcą.
Środkiem nocy na wyspie Cejlon śmialiśmy się i mówili w żartach: „Nigdy nie ufaj lekarzowi”. Tak wpisałam kontakt w telefonie, a jak jest w rzeczywistości? Ufam i słucham z otwartą buzią na bezdechu.

Takich ludzi uzdrawiaczy życzę wam w pobliżu. Przy narodzinach, w trakcie wakacyjnych szaleństw i kiedy będziecie łapać ostatni ziemski oddech.

ENRIQUE 3/3

Co w drugim podejściu po ze sceny zejściu?
Najdłuższy bis, jaki oglądam. „Subeme la radio” i wiele innych. Iglo tańczy z panienką z tłumu. Wyciąga na platformę jej chłopaka. Zanika różnica widz – artysta. I jak tu go nie kochać? Co tam śpiew mniemam, wielu tu obecnych powie. Spontan się liczy. No i fotka. Ktoś chętny do selfie? Wielu się udaje. No i noszą go na rękach. Kaptur na chwilę ubrał. Zimno mu się zrobiło, bo maj u nas chłodny? Nic z tych rzeczy. Widziałam zdjęcia. Enrique często nosi bluzy. Taki jego styl. Kinestetyk, dla którego dotyk delikatnej bawełny jest przyjemnością, a zmorą sztuczna materia. Naturalna biała koszulka rzuciła mi się w oczy. Przebrał nie wiadomo kiedy.
Bailando. Czy ktoś mógł tego nie słyszeć? Stacje radiowe puszczały lat kilka temu aż do zmęczenia i znudzenia. Żeby wiedzieć, o czym piszę, polecam teledysk. Płonące seksowne piękne „One”. Kobiety. Stwierdzam: Każda z nas bez względu na wzrost czy wagę, chociaż raz powinna przywdziać czerwoną sukienkę i zatańczyć tango. Poczuć swoją moc.

Ku końcowi
Wchodząc na arenę, zerknęłam w sufit. Wielkie balony ukryte pokątnie wśród czarnej jak smoła konstrukcji. Teraz właśnie ich czas nastał. Bielutkie jak kartka papieru, lekkie jak gęsi puch spadają, spadają, spadają … Kiedy ostatni znalazł się na ziemi, mieszając się z milionami kawałeczków błyszczących, foliowych konfetti, pomyślałam: Dobrze było zrobić cos innego w przeciętny zazwyczaj znaczony w kalendarzu na czarno drugi dzień tygodnia wtorkiem zwany.

Po
Wracam do domu i zastanawiam się, w czym faktycznie ten ewenement? Jedni są na czas, on się spóźnił, jednych sam śpiew zapiera dech w piersiach, on po ludzku dla ludzi śpiewa. Jedni mają wyszukane oprawy, on po prostu jest dla ludzi, przekraczając często granice własnego bezpieczeństwa. U niego fani krzyczą, skaczą, ekscytują się i prawie na zawał czasami nie padną. Przypominam sobie z innych miejsc relacje. Jak tu śpiewać, gdy dziewczyny ze sceny rzucają się, ściskają, całują, on odwdzięcza się od razu za to, że są takimi fankami. Że wpatrzone i w niego wierzą. Kocha je wszystkie.

Co zrobić z tym „umie” czy „nie umie”? Kiedy złapiecie się na stronniczości i własnych ocenach tego, co żywe, zamiast zrażać się, włączcie taśmę, płytę lub ulubioną aplikację. Tam fachowców ręka sprawna poprawki nanosi, aby muzyka przyjemnością się dla wszystkich stała. Częścią naszego życia i radością codzienną. Masa ludzi obok artysty jest od tego, aby „ładnie podać na talerzu”. Każdy z twórców z darów tych korzysta. Więc do dzieła Kochani. Łapcie za tę muzę, którą lubicie, jeśli ta wam nie odpowiada.

Czy wyczerpałam temat? Ten mam wrażenie aż nadto. Gratulacje dla tych, co przebrnęli, chociaż to nie ich świat. W nagrodę za trud dla wszystkich coś z bajki zupełnie innej. Ponoć muzyczna perełka. Dimash Kudaibergenov, Opera 2, The best voice in the world.

Balladowo i na spokojnie, dla tych, którym Iglo towarzyszy w domu, pracy, samochodzie. Cały on w sentymentalnym z klimatami koncertu „Maybe”:

ENRIQUE 2/3

Światła sceniczne. One mnie zawsze zachwycają. Mistrzostwo szczególnie tutaj. Dzięki nim siedzę z otwartą buzią. Jest ogniście na scenie. Niebieskie świetlne promienie smyrają po moich łachmanach. Zmykać z mej twarzy. Miliony na aparaturę wydane. Patrzę na obsługę. Niezłą robią chłopaki robotę. Przestawiam uważność na kanał dźwiękowy. Iglo śpiewa a ja? O rany Julek! Dialog prowadzę bez rozmówcy jednego.
Słowa z piosenki Takin’ Back My Love płyną: „Proszę bardzo, wyjdź, nie mogę Cię trzymać, jesteś wolna […]”.
– Ładnie tak Iglo? Wiesz, że jak Ty tak to ja pod włos często. Wyjdź, mi mówisz?! Jak ja czekałam i doczekałam? Lubię Cię. Masz na mnie sposób. Tyłka już teraz nie ruszę, choćby nie wiem, co się działo.

Troszkę o genach
Wyłapuję nutki i to, co artystę wyróżnia. Nieco chwilami stękający lub syczący jak zaraz po przebudzeniu głos. Pamiętam go z kawałków kręconych w studio. Liczę jego lata. No nie wierzę! Tajemnicę wiecznej młodości rozkminiam. Hiszpan mówią, bo przecież ojciec Latynos, a kto dostrzeże po miss mamie filipińską krew w genach? Mieszanka wybuchowa, mix nie do powtórzenia. Zniewalający uśmiech, cera złotym pyłem sypnięta, dużo miłości jak aura wokół się rozchodząca. Nawet jeśli w młodości mogło jej trochę brakować. Muzyka przesiąka całą wymienioną resztą.

Piosenka za piosenką
Leci cover zespołu Coldplay. Pamiętam oryginał. Działo się. Odtwarzanie tego, co nie do poprawienia bywa mega wyzwaniem. Ściskam pięści i proszę Boga: Niech mu się uda, niech tylko mu się uda. Jest dobrze. I oczywiście ballady. Gitary dużo. Taka jest i siaka i jeszcze owaka. Ta drewniana klasyczna bestia brzmi bosko. O! Rytmy flamenco! Babeczka o śniadej cerze i włosach jak makaron świderki obraca pupką zgrabną. Rozkręca się zabawa. „Te quiero amor mio Bailamos” ludzie śpiewają. Iglo trochę też. Ach ile w tym miłości żaru, którego na co dzień często nie potrafimy rozpalać.
Idzie Król, idzie do przodu przez tłum. Doszedł na środek płyty i oznajmia: Cztery godziny do moich urodzin. Na zdrowie kieliszek bezbarwnego płynu na oczach wszystkich wypija. Z sali Sto lat. Sto lat poleciało. Do tego misia dostał słodkiego, białego i z czerwoną kokardką. Ojej! To takie słodkie, nasze polskie. Myślę: Dużo mamy w sobie niedowartościowania, niewiary i smuteczków wszelakich, a jednocześnie tyle w nas w takich chwilach ciepła, życzliwości i bezgranicznej serdeczności. Polska publika. Warto jej posłuchać jak śpiewa.

„Myślę, że tajemnicą dobrego występu jest to, by rozkoszować się byciem na scenie”.
Enrique Iglesias

Koncertu połowa. Enrique na kucaka. Jeśli trunek był prawdziwy, to może po prostu zaczął działać? Myśl odrzucam szybko. Autor bardzo wiernie przenosi emocje z utworu. Taki jest. Wczuwa się.

„Oni są ważni: ich reakcje, sposób, w jaki okazują miłość – to mnie napędza jak narkotyk”
Enrique Iglesias

Odwieczne dywagacje. Z Playbacku czy nie? Dla wszystkich co na ten moment czekają, odpowiadam na pytanie: Iglo śpiewa teraz na żywo. Playbacku nie ma. Jeśli kiedykolwiek był to zmienił to z jakichś powodów. Czy na lepsze, czy na gorsze? Odwagę cenię. Jaki poziom samego głosu? Liczbę oktaw liczcie gdzie indziej. Jeśli na to stawiacie, warto posłuchać Dimasha z zakresem wokalnym 6 oktaw, diamentowego głosu Vitasa czy chociażby naszego rodaka Janusza Radka. Pomyślicie może również: A czy tutaj jest przynajmniej poprawnie? Nie męczcie. Jest poczucie rytmu, słuch muzyczny. Podparcie oddechowe? A licho tam wie. Enrique oczarowuje całą resztą. Lubi mówić do ludzi, klaskać nawet jak mikrofon trzyma w ręce, biegać po scenie i z niej zeskakiwać. Zwyczajnie po swojemu się ubierać i uśmiechać od ucha do ucha, kiedy popadnie. Przytulać kobiety, które tego potrzebują.
W takich chwilach warto zadawać sobie pytania. Czy gdyby chociaż trochę głosu chłopak nie miał, śpiewałby w duetach z Whitney Houston, Kylie Minogue czy Jennifer Lopez? Czy tamci ryzykowaliby dla niego swoją reputację? c.d.n.

ENRIQUE 1/3

„Do tej pory, żaden ze współczesnych artystów, nie miał na swoim koncie tylu hitów, w tak krótkim czasie.”
Gazeta Wyborcza

Drapią się znawcy muzyki, niektórzy włosy prawie z głowy rwą: Jaki z niego artysta? W ostateczności piszą: Enrique Iglesias — Performer. Czy z „materią sztuki” się zgodzę? Nie powiem, zanim nie dotknę. Piosenkarz, przystojniak, bardzo ciepły człowiek a może kilka w jednym? Sprawdźmy.

Drugie podejście
Nie jedna osoba układa usta w asymetrii i z wielkim zdziwieniem pyta: Na niego jedziesz!?! Ja na to rzecze: A HA! Ciekawi mnie, dlaczego ludzie po Kopenhadze, Lublanie, Oslo, Atenach czy Lizbonie się za nim rozbijają. Ktoś inny zapytuje: Na tego młodego?!? A NO! Dlaczego by nie? Przy Hulio Iglesiasie uczyłam się, jak faceci podbijają kobiety — O rany! Ile to lat minęło! – przy jego dziedzicu napatrzyć się w teledyskach nie mogę jak wiele w kobietach uroku. Dwa lata temu miałam bilet w kieszeni. Śpik, ból i niemoc. Spod głównego wejścia wracałam w te pędy. Ponoć: Co się odwlecze to nie uciecze. Dzisiaj cel ten sam, bo odpuszczanie nie w modzie. Tauron Arena Kraków, koncert „All the hits live” Enrique Iglesiasa.

Przed
Pan przy bramkach kontroluje torebkę mą. Nie może uwierzyć. No co? Lubię jeść, chociaż po mnie nie widać. Zapasów ociupinkę zabrałam. Przezorny chomik, wiewióra.
No i siedzę. Wejście przez VIP. Mówią: Nie planuj, a będzie Ci dane. Żadnych oczekiwań. Zaskoczenie? A jakże. Czerwone dywany i kibelek bez kolejki, chociaż cena jak dla przeciętniaka. Tylko ognie gdzieś przy wejściu mnie ominęły.
Patrzę po twarzach. Ci na płycie co blisko będą mogli po stopach całować. Jest ich jak mrówek w kopcu. Łypię wzrokiem dookoła: Średnia wieku? Średniej nie ma. Dzięki gabinetowym poprawkom czy odpowiedniemu podejściu do życia wszyscy tutaj wyglądają na tyle samo. A propo: Wiecie, że muzyka i dobra zabawa remedium jest na młodość?
Ogólnie każde miejsce zajęte. Zanim Król przybieży, do ucha wpadają taneczne kawałki. Troszkę dymu na środku i światełka do nieba, czyli ostatni sprawdzian sprzętu.
Ciemno jak … po prostu ciemno. Tylko na środku coś pobłyskuje. Scena? Skromniutko. Jakiś facio w miejscu tupta i muzę puszcza. Czekam. Kto powiedział, że początki są łatwe? Wypatruję. Nic. Nuda. Siku się zachciało. Trzymam. Tyłka przecie nie ruszę? A co jakby mnie początek ominął? Nie ma mowy. W zapomnienie siusiu pójdzie, mózg przypomni sobie o płynach, gdy koncert będzie dobiegał końca. O Ho! Różowy balonik uciekł komuś z ręki. Jeden. W Sali dużo głów niewieścich. Dziewczyny trudno rozróżnić. Wszystkie blond włosy i do tego długie. Klony XXI wieku. Co druga w naturze to szatynka brunetka czy zupełnie krucza. Już wiem, dlaczego fryzjerki mają pełne ręce roboty. Wzdycham. No! Wychodź Iglo, wychodź, bo mnie senność bierze. Ja po pracy a jutro znowu robótka czeka i na pewno nie jest to szydełkowanie. Pamiętaj, że przyjemność bycia tutaj, w środku tygodnia upycham między obowiązki.

Oczekiwanie
Słucham muzy: „Nie ma nas, nie ma nas”. Czy to jakaś aluzja? Ktoś mopem przeleciał po głównym parkiecie. Ostatnie spóźnione szlify. Chyba prosto do pracy pomknę albo urlop na żądanie? Czekam. Jadę z koksem dalej. Pustkę wypełniam. Szukam z nudów przyczyn. Może jutrzejsze urodzinki obchodzi i zapomniał, a może w kibelku się zaciął? A co gdy nerwy puściły przed występem? Zostańmy przy opcji: Drzwi się nie chcą otworzyć. Byle tylko nie w tej wygódce, do której ja się zaraz wybiorę. Patrzę do torebki. Połowę zapasów wyjadłam. Zaczyna mnie to bawić. Uśmiecham się sama do siebie. Głowa z pomysłami zasuwa. A może w korku stoi? Bo był nie lada wielki. Sama jadąc, doświadczyłam. Sama byłam ociupinkę spóźnioną. Pomysły już się kończą. Słyszę podpowiedź niewiasty: Może to on za konsolą na scenie? Wgapiam się. Wgapiam się. Nie z dłuższym „e” – niemożliwe. Wącham. Obok w ruch idą domowe kanapki. Towarzystwo zgłodniało, więc zapachniało wędlinką. Idziemy z psiapsiółką poszukać. Dziewczynom obok oznajmiamy: Pogonimy chłopaka i tyle.
Wiecie? Oczekując ponad godzinę, można złościć się co niemiara. Ile z tego jednak pożytku? Mnie dzięki dobremu towarzystwu wszystkie mięśnie twarzy bolą. Poziom DHEA dosięgnął zenitu. Dzięki spóźnieniu Iglo mit chwilowo obalam, że ponoć po czterdziestce niedobory hormonu szczęścia dokuczają.

Minutę później
Król na scenie a ja na tronie. Pięknie. Dołączam szybciutko do reszty. No nareszcie! Jest. Ciemne spodnie z kieszeniami, troszkę srebrnego łańcucha dopasowana koszula. Góra rozpięta, podwinięty rękaw, powtarzalny schemat. Charakterystyczna czapeczka z daszkiem, miast z teledysków nieco rozwianej czupryny z uczesaną na bok grzywką. Mięśnie? Z daleka widać. Z figurą nie polemizuję. Zęby? Umyte na tysiaka. Z ostatniego rzędu widać jak biel z buzi tryska. Koniec żartów. Wyłączam na chwilkę głupawkę.
c.d.n.

U+RODZINKI

Dzień
Jadę przez las. Ti dit. Ti dit. Facebook, SMS – y, Messenger. Telefon w szwach pęka. Przypomina mi się stukot pociągu z dzieciństwa. Zerkam. Tak wiem. Podczas jazdy nie wolno. Niepokorna ze mnie bestia. No to zatrzymuję się na chwilę. Dodaję: 100 lat + 100 lat + 100 … policzyć łatwo. Przecież ja końca świata doczekam! Byle tylko w zdrowiu. No i rekord pobiję. A co jak go przeżyję? Litery wielkie więc okulary zbędne. Są balony, świeczki i kwiaty. Czuję prawie ich zapach.
Zerkam w kalendarz. Urodziny, jednak nie u rodziny. Moje. I tylko moje. Ojej! To już! Jak nic roczek przybył. Chwila zadumy. Dłuższa. Cisza taka chwilowa. Milczenie z mojej strony. Chyba się lekko z wrażenia pod pachami spociłam. Żart. Wstyd leciutki. Przecież ja ostatnio skromna w tych tematach. W myślach dużo Wam życzę dobrego a co w najnowszych wynalazkach? Mało udzielania, mało komentarzy, nieraz tylko krótkie odpowiedzi serdeczne w pośpiechu pisane. Oj macie ludziska do mnie cierpliwość. Uparciuchy z was niesamowite. Życzliwe, pamiętliwe i dużo w was ciepła. Każde dwa słowa i te, co litanią są prawie. Wartość wszystkie mają dla mnie w tabele nie do ujęcia. Poczuć się ważnym, potrzebnym, chcianym, lubianym. Poczuć w sercu, że gdzieś u kogoś zostawiło się w głowie cząstkę siebie. To chyba najpiękniejszy podarunek.
Dziękuję, że jesteście.

Wieczór
Chwila dla siebie. „Ti dit” coraz mniej. W ustach czuję słodki posmak, mimo iż paszczęcha przeszła wieczorny procesik dezynfekcji i dezynsekcji. Jeszcze chwilę temu malutkie płomyki dziesiątek świeczek przytulonych do siebie zamieniły się w wielką łunę światła. Zjawiskowo było i szybko. Marzenie! Marzenie! Bez marzenia się nie liczy! Czułam się prawie jak strażak gaszący pożar. Udało się. Chmurka dymu ulotna zniknęła. Kreatywności nie zabrakło.

Noc
Niedługo sen. Spoglądam na małe pudełeczko leżące tuż obok mnie. Napis z błędami a w środku jeden z najdziwniejszych prezentów, z jakim miałam dotychczas do czynienia. Para używanych skarpetek, znalezionych pod łóżkiem, w okresie, gdy na onuce w moim otoczeniu ogólnie wielki deficyt. Dla tych, co w chłodne dni lubią otulić czymś stopy, wiedzą, że słowo „para”, czyli dwie, jest odpowiednikiem wykwintnej potrawy spożywanej w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. Rarytasem. Diamentem już oszlifowanym. No dobrze. Ociupinkę przesadziłam.
Dziecięce pomysły, które zawierają nutę zrozumienia. Takie co z uważności stworzone i według dostępnych zasobów. Bawią, zaskakują, potrafią wycisnąć łzę z oka. Warto z dziecięcych pomysłów brać przykład.

Północ
Czytam, jak widzą mnie inni. W moje ręce wiersz wszak wpadł w formie prezentu. Głowa zatrzymała myśl na chwilkę. Dziękuję Ci mamo. Kocham Cię. Kiedy już wszystkie płatki z kwiatów spadną, okruchy ciasta psiak strawi, materialne prezenty kurz przykryje, wiersze do nas wracają. Gdy już autora blisko nie będzie, pozostają słowa. Ich czas się nie ima.

(…) Chodź kobietką zabieganą:
z telefonem, samochodem, nic nie czyniąc mimochodem
nie odpuszcza, gdy potrzeba by osiągnąć pułap nieba. (…)

Ti dit. Ti dit. Ti dit. Północ się zbliża. Ostatnie życzenia. Jutro może i Ty usłyszysz coś miłego?

SIERŚCIUCHY

Kociaki. Ponoć najbardziej marketingowy produkt po dzieciach. Wykorzystaj jego zdjęcie na reklamie a sprzedaż każde najgorsze badziewie. No może troszkę przesadziłam. Wybaczcie wszyscy Ci, co świata bez kotów nie widzą. Do dzisiaj nie miałam na ich temat zdania. Są, to są, myślałam nie raz, nie dwa. Niejednokrotnie patrzyłam w ich oczy i pytałam sama siebie: To ja za nimi nie przepadam czy raczej one za mną? Pazura nie raz pokazały. Dzisiaj sprawdzam, jaka jest prawda. Biorę pod pachę jednego. Drugiego płci przeciwnej pod drugą, żeby równowagi przypadkiem nie stracić. Uczę się ich na nowo. Sprzątam po „gnojach” i przytulam, bo inaczej się nie da. Uzależniają.

Początek
Jak się u mnie znalazły? To tak w wielkim skrócie. Najpierw zapierałam się nogami i rękami. Potem miał być jeden, tylko trudno było się zdecydować, bo przecież każde małe to cudo piękne. Następnie była pokerowa zagrywka, a po niej „on” i „ona”. Dwoiły się i troiły, żeby wkupić troszkę. Ja cztery widziałam i za głowę łapałam: Co to będzie, co to będzie? Dzisiaj jestem spokojna, bo jak mówią, strach ma wielkie oczy. One mają większe, więc po co bać się tak w ogóle?

Świt
Patrzą na mnie. Toćka w toćkę kot w butach z filmu Shrek. Dwa takie. Czekają bestie. Wampirze czerwone patrzałki z wieczora, kiedy dzień nadchodzi, w błękitne przechodzą. Gapią się tymi swoimi ślepiami boskimi i nie odpuszczą, mowy nie ma. Proszą bez słów. Przykucnęłam. Zeszłam do parteru. Kurczę, wypada drapieżców nakarmić. Patrzę na małe pudełeczko. Otwieram. Wow! Zapachniało, oj zapachniało wysokiej klasy konserwą z czasów, gdy w puszki szlachetne mięsko pakowano. W składzie jagnięcina, wołowinka, kurczaczek, ryby śródziemnomorskie, dziczyzna z krajów niedźwiedzi, wodorosty i warzywka pierwszej klasy. Sosik i kawałki mięska, nie tam żadnej fastfoodowej mielonki. Czego to na rynku nie wymyślą? Wsuwają łobuzy. Kusi i mnie. No cóż, jednak kociego jeść nie wypada. Głodna, bo przed śniadaniem. Górę wzięła silna wola. Słowo harcerza. Kto wierzy?

Zmrok
Spać się chce, ale nie im. Wielkie gały znowu wpatrują się we mnie bez mrugnięcia okiem. Puchate stwory pragną miłości, przytulasków i troszkę po prostu pobyć razem. A zapytały, czy mam czas? Powiadam więc: No dobrze. Dam wam chwilkę maluchy. Ich ciała wiotczeją, gdy tylko biorę na ręce. Są bezbronne i elastyczne w korpusie jak przysłowiowa szmaciana lalka. Rusza się tylko główka i ciemniejszy od całej reszty ogonek. Pierwsza część świata ciekawa, druga mówi: Dobrze mi, oj dobrze. Miękkie łapki z poduszeczkami jak u pluszowej dziecięcej różowej maskotki, oplotły moje przedramię. Dotknij ich lub stopy niemowlęcia a dowiesz się, o czym piszę. Dłonie wtopiłam w futro. Czy jest coś delikatniejszego? Może w niebie. Są jak słodkie pociechy. Ależ one będą się lenić! Po co jednak w przyszłość wybiegać. Cieszę się chwilą. Mięknę. Wkurzam czasami, kiedy nocą chodzą po głowie. Oj pozwólcie tak dzieciom, a całe życie tak będą. Wsłuchuję się, gdy rano traktorzą bezczelnie. Odgłos silnika kultowego Ursusa niesie się po ścianach. Słodki objaw zadowolenia. Futrzaki ląduje tuż obok. Nie przeganiam. Chyba się starzeję. Taki żart oczywista sprawa.
Sprawdzam w opisie. Kot — osobnik przyjacielski, ufny i rozbraja. Zwierz doskonały? Każdy myszołap i czworonóg nim jest. Bez względu na pochodzenie. Każdy, którego zrozumiesz i któremu dasz troszkę swobody. Koci świat odkrywam, wrócę do niego, jak dranie masy trochę nabiorą. Zostawiam Was ze zdjęciami i nauką własną z życia płynącą: Pobądź ze zwierzakiem dłużej, a każdy skradnie twoje serce.

MAGIA CZYNI CUDA 2/2

Kojarzycie Dawida Copperfielda czy nieco młodszego Dynamo?  Tego drugiego dano mi w życiu raz spotkać. Nie opisałam? Cóż. Jeszcze bloga nie było. O ich bystrym spojrzeniu wiem tyle, co nic. Dzisiaj o tym, co wiem dobrze jakie ma oczy. Dzisiaj o Damianie co Spętany z nazwiska. Czy faktycznie skrępowanie go jest możliwe? Tak, z małym „ale”. Tylko gdy na to pozwoli i tylko na małą chwilę.

Wybałuszam oczy. Gdzieś w zaciszu balowej sali ktoś skrupulatnie wyciąga swoje magiczne rekwizyty — zabawki. Ile w nich czarnoksięstwa a ile sprytu? W tajemnice nie wnikajmy, dla dobra zabawy. Damian sprawdza taflę grubej szyby i ściereczką robi ostatnie po niej szlify. Drobna buzia chłopaka ma w sobie coś zadziornego. Czujne oczy świecą jak płomyki świeczek stojących na tutejszych stołach. Błyszczące niebieskie „węgielki” to sygnał jak nic dla mnie: Kobieto popatrz na tego człeka! Drugiego takiego z latarnią szukać. Nie mówię o kobiecych serc łamaniu, a o skradaniu serc ludzi, którzy, aby przeżyć, magii w szarym życiu potrzebują jak wody. Zaglądam za filar, za którym delikwent się schował. Uśmiech? Bozia dała. Do niego magii nie trzeba. Zdążył wymienić z konferansjerem wizytówki. O marketingu warto pamiętać. Przywdział czerwoną marynarkę i na środek wyszedł. Patrzę na dłonie iluzjonisty. Magia w dłoniach się nie skrywa. Za chwilę poszukam gdzie indziej. Dłonie delikatne. Skóra jasna jak u japonki co w Okinawie czy Sapporo przechadza się wśród kwitnących wiśni. I te palce. Jeszcze szybsze niż oczy. Karty i lewitujący stolik. Powiecie to już było i oklepane. Oj „Kochani”! Może inaczej było, ale nie tak. Nie tak. On też się bawi. Bawi się tym, co dla nas nie do wyobrażenia. Kawałkiem sznurka i słowem, bo język giętki ma i składny. Jego opowieść płynie do ludzi. Bo wszystko ma swoją historię, a on potrafi swoją w słowa bez dwóch zdań ubrać.

Czaruje, czaruje, czaruje. Coś było i czegoś nie ma. Coś do nas wraca, coś się mnoży bez końca. Wow! I jak tu się nie gapić. Kiedy widziałam go w „Mam Talent”, był dla mnie jednym z wielu. Powiadam: Mów, dopiero gdy sam na żywo zobaczysz. Tego w życiu nauczyłam się gdzieś po drodze.

Pół godziny dobrej zabawy zleciało jak z bicza. Damian zbierał manatki, a w powietrzu krążyły teksty: Ja przecież …! Przecież ja … Zerknęłam na dziewczyny, które mag wywoływał i zapraszał na środek. Pokazują dłonie z kartami opisanymi własnoręcznie ich imieniem. Bo przecież. Jak on to zrobił? I kiedy? Inny uczestnik zamiast w talię kart, którą przed chwilą na przechowanie dostał, wpatruje się właśnie w kawałek sztucznego szkła i ogląda bez końca. Tylko tyle mu zostało. Był pewny, że posiada coś cennego, tak pewny, że nie wierzy teraz, jak łatwo to co wartościowe można przez nieuwagę stracić. Pomyślałam o naszym życiu. Czy magia jest wszędzie gdzie uważności ludzkiej mało? Oh! No i westchnęłam sobie. Wróćmy jednak do Damiana.

Talie kart. Głównie karty. Jego atrybuty, które pozostały mi w głowie. A do tego szczery uśmiech, lekki jak chmurka  obrus na latającym nad ziemią stoliku, czerwone zabawne piłeczki i słowa w życzeniach ukryte: Mieć przyjaciół bardzo ważna rzecz. Jutro między innymi o niej. Dzisiaj polecam zerknąć na zdjęcia. Może tam prawdziwą magię sami wyłapiecie?

https://www.youtube.com/watch?v=4aeC2SyL60o

NIECH ŻYJE BAL

Jak podsumować dobrą zabawę? Po uśmiechach czy po tym, jak czas na niej szybko mija? A może po tym, jak długo trwa? Sprawdźmy.
Mój wzrok czasami zawodzi, dzisiaj uważność kieruję do wewnątrz siebie. Siedzę przy śniadaniu. Zamykam oczy. Dzień wcześniej balowałam. W tle muzyczka spokojna a mnie chce się tańczyć. Najpierw góra ciała mikro ruchy wykonuje, zaraz potem prawa nóżka drgać zaczyna. Odpływam. Czuję, jak ciepłe powietrze wokół mnie faluje. Czyżby jakiś niedosyt? Oj tak. Dobra zabawa to głównie chęć, aby było czegoś więcej i więcej. Potrzeba ponownego zaspokojenia tego, co miłe nam się w życiu przydarza. Chcecie, posłuchać jak było? No to cofamy zegary.

21.00
Będzie, będzie zabawa.
Światła i reflektory włączone. Mikrofony sprawdzone. Winko na stołach schłodzone. Ostatnie poprawki obsługi. Goście zaczynają się schodzić. Na tle białych ścian sali dominuje elegancka czerń, ale są też kolory, którym trudno się oprzeć. Moje oczy skupione są na szafirowym sweterku i kolii gdzie niebieski i szary we wszystkich odcieniach, króluje na ciele przemiłej właścicielki. Za moimi plecami przy stole blond długie włosy z lekkimi lokami. Przy innym nakryciu kucyk jak u samuraja. Ludzie. Różni wyglądem, a jednak coś ich łączy. Co? Teraz biznes a za chwilę wspólny parkiet, dobra muzyka i śmiech.

22.00
Najpierw pokaz Damiana. Jemu oddzielny wpis poświęcę, bo warto. Tytuł? Magia czyni cuda. Teraz skupmy się bardziej na dźwiękach.
W srebrnych szpilach odbija się cała przestrzeń. W okularach tancerek światła reflektorów. „Niech żyje bal” jak śpiewała Maryla Rodowicz. Jeden z kieliszków odurzony swoją zawartością fiknął nie wiadomo kiedy. Czerwone wino (o dźwięcznej nazwie In Situ), „in”, a jednocześnie „tu” zrobiło wokół wzór jak na minimalistycznych obrazach. Mówią: Na szczęście! Ktoś się tłumaczy niepotrzebnie, ktoś drugi prawdę mówi: To nic. Wszystko jest do naprawienia. Podsumujmy sytuację: Po co płakać nad rozlanym winem? Drobiazgi życia codziennego. Rajstopy się kupi, a spodnie wypierze. Koszul w sklepie nie brakuje. Warto przerobić w humor i zacząć bawić się, dopóki zdrowie szlachetne pozwoli. Na zdrowie więc, kielichy wznieśmy. „Wódz imprezy” ludzi na środek powoli wyciąga. Prosić się zbytnio nie musi. Po co dłużej czekać.

23.00
Minęła niespełna godzina. Kilka wolnych kawałków, a potem w głowie DJ-a myśl diabelska przemknęła: Nie może na początku zabraknąć Sławomira. Puścił w kolumny „Miłość w Zakopanem”. Tego ewenementu nie rozumiem do dzisiaj. Wrzucam go do folderu kawałków zatytułowanych „Niezła rzeźnia”, gdy wszystko na imprezach dobiega końca. Na początku służy bardziej jako rozgrzewka. „Lambada” jest po krótkiej przerwie, a potem „Wyginam śmiało ciało”. Muzyka zaczyna biec. Wystarczy tyle, aby jeden, drugi i dziesiąty tancerz już pod poprzeczką przechodzili sprawnie. Kto niżej? Kto pod a kto nad? Zabawa toczy się już na całego. Sprawnie tym razem poszło. Niektórych już ciało rozluźnione i tylko brzuchy wystają. Do rana mimo woli część zrzuci, jeśli pójdzie tak dalej. Ludziska po ziemi się tarzają, chociaż przecież trzeźwi. Balują piękne dziewczyny na szpilach i również urokliwi faceci. Garnitury już nieco pomiętoszone wylądowały na oparciach krzeseł.

00.00
Rączki do góry proszę! Wszyscy dłonie jak do modlitwy unieśli. Ten, co prym wiedzie, wie jak sprawdzić poziom zmęczenia. Spocone towarzystwo? Spocone. Gadane ma nasz wodzirej. Długi i wiotki Michał z fryzurką postawioną na baczność. Bez żadnej przerwy na oddech. Bez względu na czas i miejsce mikrofon jak miecz dzierży w dłoni. Jakby się z nim urodził. A jak jemu nóżki chodzą! Czuje rytm, bo kto jak nie on. I zachęca. Ach, jak on ten „Let’s Twist again” tańczy. No i nauczył tych, co nie umieli. Jakie to proste.

01.00
Troszkę Boney M. „Brown Girl in The Ring”, żeby zrobiło się tak po jamajsku, a potem nagle hiszpańskie kawałki. Przy „Hey DJ” ściągam buty. Temu się już nie oprę.
Wodzirej na chwilę z oczu zniknął. Szukam oczyma. O! Jest, są. Nagle jest ich już dwóch. DJ od kawałków odkrył swoje prawdziwe oblicze. I nie chodzi tu o ćwiartowanie na kawałki a o naprawdę dobrą muzykę. Teraz kiwają się już obaj. Wodzirej i DJ za pan brat. Reszta przytupuje na środku. Nad nimi wielkie białe kule, huśtają się w te i we w te. Gołym okiem tego nie widać, bo kto tu o kulach teraz myśli. Zadzieram głowę do góry. Cień na sufit krąglaczki rzucają. Wyglądają jak planety, które właśnie dzisiaj zmieniły swoją własną trajektorię. Jest i moja ulubiona przypominająca Wenus, boginię miłości i płodności ponoć również w biznesie. Ona i cała reszta przyszły się pobawić. Na niebie tylko gwiazdy pozostały.

02.00
Daleko już po północy. Świece tlą się i dopalają w wielkich przeźroczystych słojach. Wosk topi się i zsuwa powoli po cienkich ściankach. W kolumnach muzyka disco z lekkim przyjemnym jazzowym nowojorskim „Sommertime” w przerwach. Miło. Nogi odpoczywają.
Przy stolikach pogaduchy. Tego wieczoru na sali wrażenie jednej wielkiej rodziny. Jutro Ci, co chcą to samo sprzedać i być dobrzy, lepsi i nigdy nie być gorsi, powrócą do swoich biznesów. Przeżyć. Udowodnić sobie. Innym pokazać. Takie są rynku zasady. Wieczorem polska tradycja zbliża. Nie tylko ona. Przecież każdy z tu obecnych to człowiek, który lubi, ceni, kocha, wspiera i rozumie, chociaż podatki i chęć życia godnie próbują zamieniać ich serca w kamień. Pierwotny instynkt przetrwania na co dzień kontra pierwotny instynkt życia w stadzie. Dwa światy. Ludzie zawsze Ci sami.
Zapachy uciekające ze świec uniosły się w górę, zmieszały z wonią wina. Palec jednego z uczestników przesunął się lekko po stopce z boskim trunkiem kieliszka. Właściciel palca jakby zamyślony i rozanielony. Wypił łyk i wpatrzył w salę. To moment na refleksję. Takimi chwilami też warto życie przeplatać.

03.00
Ewenementem jest, że im bliżej końca, tym więcej ludziska siły mają. I ten, co mówi, że mu taniec nie wychodzi, chociaż pupą miękko właśnie zakręcił. I ta drobina w czerwieni co po kolei każdego na parkiet wciąga, bez wyjątków.
Pierwsze słowa o tym, kiedy pora do łoża, padły, gdy wskazówki obie stanęły na baczność pionowo. Gdy ulotniły się już zapachy zupki, która rosołkiem delikatnym pachniała, chociaż nim nie była, bo jej konsystencja bardziej delikatny pomarańczowy mus przypominała. Z dyni ona czy z marchewki? Rozmyślań było chwilę. Ważne, że smakowała. Zanim następne tańce nastały, o potrawie już nikt nie pamiętał.
Dzisiaj które było wczoraj, jakby mi przemknęło. Chłopcy radarowcy przy konsoli przyjęli taktykę „na wyciszenie i uśpienie”. Nie udało się? Prawie jedna czwarta doby minęło a zamiast dobitków, istot ludzkich żądnych tańca namnożyło się obok centrum dowodzenia muzą. Ola Boga! Co tu robić! Dobrze grać i skończyć, zanim się następna zabawa zacznie przy takiej ekipie to nie lada gratka. Usłyszałam: Męczymy? Pomyślałam: Dajmy czadu. I tak się zaczął początek końca. Koniec pisał się jednak daleko.

04.00
Ups! Silna drużyna. Zerkam spod powiek: Fryzury już nie takie jak z okładki magazynu Vogue. Makijaże już od perfekcji dalekie, ale co tam. Świat i bez tego potrafi się bawić. Bo przecież nie o ideały w zabawie chodzi a po prostu o dobra zabawę. Nie wiadomo kiedy większość obcasów spać poszły. Nad ranem nowa moda nadeszła. Balerinki i parady na boso. Dwóch takich co jakby księżyc razem kradli, objęli się i zorbę tańczą. W kole jeszcze kilkanaście osób, ale to właśnie ich dwóch moją uwagę przykuło. Zorba ma to coś, co serca nasze porusza. Całe ciało drży. Jak już zaczniesz nogi, same się nie zatrzymają, no, chyba że muzyka jakimś cudem zamilknie. Jednak tutaj się to „nagle” nie zdarzy. Mowy nie ma. Nóg nagle dużo się zrobiło. Dwoją się i troją. Od reszty ciała zależne, a głównie od głowy. Taki ich żywot. DJ podśpiewując, już następny kawałek szuka: „A ty pokaż swoje nogi, nogi”. Nogi górą. Nogi w dole. Popatrzyłam na swoje stopy. W podbiciu straciły moc. No cóż, jak dla mnie czas kończyć.

05.00
„Będzie, będzie zabawa” śpiewają Piersi. No będzie. Za rok. Dzisiejsza dobiega końca. Wieczór zamykam, obserwując seksowne ciała businesswoman i męskie brzuszki businessmanów, które faktycznie skuliły się troszkę. Nie żartuję. Z ręką na sercu. Przynajmniej u tych, co więcej, na środku niż przy stole. Jak wszystko się zakończyło i czy biesiadnicy sami zeszli z pola tańców i hulańców? Z opowieści wynika, że z dbałości trzeba było po prośbie, bo za kilka godzin czekały następne atrakcje.

Poranek
Wstaję. W Hotelu cisza. Jak makiem zasiał. Ba taka, że ja nawet jej nie słyszę. Nic. Zupełna pustka. O to, to lubię. Obudziły się matczyne odruchy. Pomyślałam: Grzeczne dzieciaczki bardzo grzeczne. Pojadły robaczki, brzuszki płynami różnorakimi wypełniły. Pośmiali się i poprzytulali po przyjacielsku podczas taniu taniu. Nawet te kilka minut snu teraz dla nich zbawienne. Myśl zatrzymała się przede mną: Dla takich to tylko bale organizować. Frajda i przyjemność. Zamknęłam jeszcze na chwilę oczy, zaraz potem nakreśliłam te słowa. Co by nie umknęło, bo o tym, co mile i dobre przecież lubię dla Was pisać.

Dla tych, co chcą poczuć moc wieczoru, chociaż ich tam nie było i dla tych, co chcą do wspomnień wrócić w chwilach, gdy smuteczki codzienności przyjdą, kawałek z tego wieczoru:

 

Charakterni 2/2

Zakładałam, że będzie nudno, bo przy ziemi i po ziemi się tarzają. Nic bardziej kochani mylnego. Pomyślałam — Oj postukaj się Jolu w główkę! Wszystkim o tym imieniu tłumaczę, że do siebie tylko kieruję te słowa. Cztery maty na Ogólnopolskich Zawodach BJJ to poczwórne mega emocje. Tyle powiem.

Zachód słońca i wschód. I jeszcze tylko kilka po tym, jak miałam okazję przyglądać się dzieciakom ćwiczącym w Klubie Kaito na co dzień. Słoneczny poranek. Dawno takiego nie było. Moje stopy dotykają błyszczącego od lakieru i pasty parkietu. Śledzę zmagania Charakternych na sali, gdzie na co dzień inni w kosza tną. To tak jak bym jeszcze kilka dni temu kogoś w piżamie oglądała, a dzisiaj odświętnie do kościoła przed weseliskiem ten ktosik wystroił się na maksa. Czujecie różnicę? Dzisiaj posłuchajcie. Jutro może sami sprawdzicie, co w trawie piszczy.

O co w tym sporcie chodzi?
Nie będę popisywać się nazewnictwem ani łamać sobie języka. W wielkim skrócie wytłumaczę prosto, na czym „zabawa” polega, bo prosta ze mnie kobita. Ktoś ma być na ziemi a ktoś drugi na nim. Drugi ma nie pozwolić pierwszemu się wypsnąć, bo wtedy może sam niestety polec. Ten, co pod spodem ma przez chwilę udawać umarlaka. Bez względu na miejscówkę, ma się człowiekowi chcieć i koniec basta. Zawodnik powinien ważyć, chociażby cokolwiek, ale podobnie jak jego przeciwnik. Do tego akceptować zapach wszystkiego, czym na co dzień szorujemy podłogi. No co? Chyba pisałam, że to sport bardzo „przyziemny”?

Zawody czas zacząć
Mata to świętość. Miejsce dla sędziego. I tych, co po wyjściu na nią są już zwycięzcami. Na macie na razie on jeden. Prezes. Sprawca całego zamieszania. Kawał zwinnego faceta. Dzisiaj w barwach biało czerwonych. Charakterny podobnie jak mały Pędziwiatr biegający po sali, którego wszędzie pełno. Dzieciaki w białych lub czarnych strojach typu kimono. Bose stopy i zero ozdób. Zespoły odróżniają jedynie naszywki na ubraniu i kolory pasów. Dużo dziewczyn. Na treningach jakoś tak nie rzuca się ich tyle w oczy. Na co dzień drobiny z blond włosami chodzące po chodnikach małego miasta. Dzisiaj kucyk to ich broń powszednia. Koka małolaty nie pozwalają zrobić, chociaż dla nich samych bardziej wygodny. Smyra koński ogon po twarzach przeciwników. Oj łaskocze. No cóż. Nikt nie zabrania chłopakom również włosy zapuścić.

Emocje
Z tym że
są, będę powtarzać jak mantrę. Radują się raz jedna płeć raz druga. Jak to jednak w rywalizacji bywa, kiedy wygrany jest, przegranego również nie brak. Czy faktycznie przegranym jest ten, co już na macie stanie? O tym później. Czy mali chłopcy płaczą? Tak. Tutaj się łez nie wstydzą. Przegrana z dziewczyną to tylko chwilowy cios i jeszcze większa motywacja na przyszłość z jednoczesnym szacunkiem do płci pięknej. Świadome doświadczanie i wielka nauka pokory. Zerkam. Trener małego klęka i tłumaczy. Również ojcu. Wspiera. Na widowni ktoś palcem pokazuje i nawet tego, co łzy ma w oczach podziwia, jak długo chłopak wytrzymał. Mały otarł łzę i strój poprawił. Podniósł głowę do góry. Może w następnym podejściu kolega mu się trafi?
Niektórzy widzowie wiercą się, jakby na szpilkach siedzieli. Inni jakby ich do ławek przykuł. Rodzice, dziadkowie, trenerzy. Jest też taki, co paznokcie prawie obgryza. Czeka na bezdechu na wynik wydarzeń z następnej walki. Przesadzam? Mówię, co widzę.

Jeszcze większe emocje
Prezes zdjął buty. Odsłonił skarpety. Sędziuje. Przygląda się walce bacznie. Stoicki spokój. Trener z drużyny przyjezdnej z rękami pełnymi tatuaży pozycję polującego jaguara przyjął. Czarny ubiór scenę podkreśla. Na głowie związany kucyk (oczom nie wierzę), chociaż chłop z krwi i kości. Guma w buzi. Krzyknął jak lew. Nie pomogło. Koniec walki. Trener oddał mocny uścisk dla przegranej. Czerwone pucka na buzi i włosy jakby piorun w nie strzelił. Szybki oddech. Następna łza otarta. Smutków szybko koniec. Dziewczęce smuteczki do chłopięcych dołączyły. Oj ile tu się słonych cennych płynów przeleje. Ile wsparcia przy tym i pocieszania. Ile po głowach głaskania. Ile ciepłych uścisków. Od sędziego jednego i drugiego. Od wielu tu obecnych. Patrzę, jak wszystko szybko się dzieje. Chwila w samotności pod ścianą i już dziecka gotowe na nowe wyzwania.
Następny trener w akcji. Ten w postawie opiekuńczego goryla, u którego obudził się opiekuńczo zachęcający instynkt. Przykucnął przy swoich pociechach. Umięśnione mocno wyprostowane z palcami w kierunku korpusu ręce, oparły się, stabilizując ciało. Kostki dłoni, na których często liczę miesiące w kalendarzu, wbiły się w miękką gąbkę. Głowa wysunięta dużo przed nimi zaczęła poruszać się w rytmie wyciętych z filmu wybranych klatek. Stróżuje zaraz przy krawędzi żółto niebieskiego kwadratu, na którym toczy się pojedynek. Uważności tutaj jak nigdzie.

Maluchy
Jeśli
ktoś pomyśli, że przy nowicjuszach można się tutaj nudzić, polecam być i zobaczyć. Może i techniki jeszcze brakuje, ale waleczność samego Gladiatora. Przegrana nieprzegrana opowieści pełne wrażeń się mnożą. Drugoklasistka stojąca w pobliżu kroplę krwi przy ustach chusteczką otarła. Aparat ortodontyczny przy tym sporcie raczej nie pomaga. Przeszkodą też nie jest. Padają słowa: Nawet nie czułam. Widać po zachowaniu jak hormony szczęścia wzięły górę. Ciągnie dalej: „Ona trzy belki miała, a ja nie mam jeszcze żadnej”. Przyglądałam się. Trzeci już raz tego dnia wyszła stawić innym czoła. Walka długo trwała. Walczyła jak lwica.

Dziewczyny
To one na mnie największe robią na zawodach BJJ wrażenie. Równość płci bez względu na to, co pod ciuchem, bo przecież w każdej męskiej i damskiej głowie myśl o wygranej podobna.
Na matę co rusz wraca dziewczynka z czarnym długim końskim ogonem. Cyganeczka o oczach jak węgielki. Palce wychodzą z różowych basenowych klapek. Sprytna i gibka. Opanowana i wie dobrze, o co chodzi. Idzie jak burza. Osoby walczące wypadły z maty? Powrót i walka trwa. Bo nie o chodzenie tu chodzi i spacerowanie przecież a położyć przeciwnika w wymaganej pozycji. Sekund kilka. Ruchów niewiele więcej. Kilka podskoków jeden chwyt i już mały chłopiec pod dziewczynką leży. I już sędzia ogłasza zwycięstwo. Oj po minie widać, że sam lubi takie zasadnicze akcje.

Połowa
Patrzę po twarzach. Usta uczestników czerwone jak jarzębiny. Opowieści o wrażeniach płyną w powietrzu. Mimo łez i przegranych poza matą rodzą się szybko nowe znajomości. Dodatkowych kalorii przed następną walką nigdy nie za wiele. Poszły w ruch banany, zaraz za nimi jabłka i ryżowe roladki. Kimona inaczej Gi nazywane przewiązane szerokim bawełnianym pasem w niezłym już są rozgardiaszu. W połowie zawodów na matach robi się dużo bardziej kolorowo. Czerwone, pomarańczowe i popielate akcenty stroju dominują nad białymi świeżakami. O tym ile tutaj poruszenia świadczą słowa płynące z głośników: Wszyscy rodzice pod barierki! Proszą co rusz prowadzący. W hali jak na mój gust chłodno. Na widowni betonowe posadzki. Gołe stopy obok mnie przebiegły. Najpierw jedne potem drugie i trzecie. Zima jest. Oj niejedna by matula za głowę się złapała, mówiąc: O matulu moja. Warto przyglądnąć się tym dzieciakom ile z nich tak naprawdę choruje. Gdzie zerkać? Na treningach. Osobiście spadków zachorowalności nie zanotowałam.

Walka o finały
Jedna z mam spokojnie przykucnęła przy macie. Cichutko jak myszka. Jej córka wygrywa. Tajemnicą pozostaje, co jest kluczem do dobrego kibicowania. Refleksja dla rodziców? Czasami nie trzeba słów. Czasami bycie czyni cuda. Ostatnia walka tego dnia za nami. Stres opuścił salę. W oczekiwaniu na medale i błyszczące złotem puchary pociechy dorwały smartfony. Inne noszą się na barana i grają kapciem w kosza. Pomysłowość maluchów nie ma granic.
W moim własnym kadrze Pędziwiatra ponownie uwieczniam. Żywiołowego chłopczyka w za długich portaskach, który ubrał skarpetki i bawi się w ślizganego. Nadal uśmiecha się od ucha do ucha. Charakterny nad charakternymi żuje gumę. To chyba jakaś moda. Zaopatrzyć się warto. Ogólnopolski Turniej Jiu-jitsu dla dzieciaków dobiegł końca. Dobrze się bawiłam. Powiem przednio. Wiele mnie tu zaskoczyło. Udzieliły mi się łzy szczere i emocje wszechobecne. Starania, które warto doceniać. Wyszłam z rozdziawioną buzią, długo jeszcze milcząc.

Charakterni 1/2

Dzisiaj o miejscu, gdzie dużo spotkasz animuszu. Klubie gdzie dorośli mogą wyrzeźbić swoje ciało lepiej niż sam Michał Anioł. Gdzie dzieci uczą się kultury walki, ćwicząc brazylijskie Jiu – jitsu. Język można sobie połamać? Nie przejmuj się, BJJ też jest dobrze.
Gdzie mało jest na pokaz, a za to dużo od serca. Gdzie duch walki zaraża, a za tobą, przed i tuż obok mężczyźni o sile Louisa Cyra, No prawie, bo podnoszą wiele, ale jak konia dźwigają, to nie widziałam. Jeszcze, Pewnie konia nie mają. Urodę chłopa w tym miejscu zostawiam w spokoju, bo to rzecz względna. Skupie się na wszystkim innym co z tym miejscem jest związane. No to kochani moi do dzieła.

Kaito Team dla dorosłych
W powietrzu słowa ulotne: „To nie ja. Ja? Ja też nie!” Ucho dźwięki lokalizuje szybko. Dwóch umięśnionych osobników o brodach dwu czy trzydniowych dochodzi prawdy. Zapisana jest męską prawie krwią w zeszycie, który zgoła już przeszedł. Na co dzień ćwiczą walkę w parterze. Stojąc teraz naprzeciwko siebie, są jednak ciepli jeden wobec drugiego jak — rozglądam się przez chwilę — jak żółte światło padające ze świątecznych lampek wiszących za ich głowami. Jeśli sami wieszali to szacun dla chłopaków. W lodówce chłodne energetyki. Takie w kolorze płynów do mycia naczyń czy dawnej oranżady. Rozglądam się za wodą. Woda też jest. Dużo wody. Bo woda to podstawa. Poza chłodziarką twórczy męski bałaganik. Wieszak na ubrania przy drzwiach, na czas świąt zrobił miejsce zielonej choince. Wylądował biedak w przeciągu. Nie narzeka ani troszkę. Charakterny jak cała reszta?
W radio disco Polo: „Naj na na na. Cały wiruje świat […]”. Szybko łapię słowa. Nie ma nic prostszego. Muzyka o mury się obija.
Siedzę. Ktoś pedałami zakręcił. Z wiatraka Air Bike’a po plecach powiało. Moje stopy zaczynają tańczyć. Czy nie powinny jak reszta ćwiczyć? Ruszają się. Jest dobrze.
Za ladą facet słowa nuci: „W Tobie jestem zakochana, cały wiruje świat. Od miłości pijana”. Głos miesza się z męską energią tego miejsca. Bo tej tutaj co niemiara, Oj siku się zachciało.
Kaito to duża powierzchnia i jeszcze więcej sprzętu. Do toalety trzeba poczekać, bo ktoś akurat ciężary przy drzwiach wyciska. Gość w sportowych lekko rozciągniętych portkach bez logo wyszukanego, sapie i dyszy mocno. Drugi go asekuruje. Podnosi 30, 50, 70, a potem Bóg wie jeszcze ile ciężkiej stali. W innym kącie ktoś na stojąco sztangę podciąga. Co jakiś czas moje ciało lekki dreszczyk przeszywa, gdy ćwiczący spuszcza powietrze, zaraz po zrobieniu czegoś, co martwym ciągiem zowią. Ucha nadstawiam. Ów ciąg dalej nie żyw. Naturalna sprawa. Człek po sekundzie znowu rytmicznie oddycha. Żyw jak nic i nawet się uśmiecha od ucha do ucha. Gloria in excelsis Deo.
Moja potrzeba natury ludzkiej ogarnięta. Wracam znowu do poczekalni polukać. Ruch w Klubie jak na Marszałkowskiej. Wchodzą, ćwiczą, wychodzą, wracają. Muskularna płeć męska i drobne kobiety. Zdarzają się oczywiście. No i dzieci. Dużo dzieci. Bo przecież wiele przygód ze sportem zaczyna się już za małego.

Kaito Team dla dzieciaków
Głownie dla nich. Wsunęłam się głębiej w fotel. Zaciągnęłam wilgotnym powietrzem. W nosie zakręciło od ludzkiego potu i mydlano kwaśnej pasty BHP do podłóg. Takiej z warsztatów samochodowych i sklepów, gdy wszystko było na kartki. Zapach charakterny bez dwóch zdań. Dziwił na początku, teraz innego sobie w tym miejscu już nie wyobrażam. Patrzę na blat w „à la” recepcji. Dzisiaj przyglądam się mu bliżej. O litości wysoko co dla niektórych. Po drugiej stronie meblowego założenia co rusz jakiś maluch na palcach staje, tylko po to, aby rękę trenerowi podać. W głowie szumi wierszyk z dzieciństwa: „Mam 3-latka. Trzy i pół. Sięgam głową ponad stół”. Tutaj jednak o troszkę starszych bajtlach piszę. Mój młoteczek w uchu środkowym odbiera drgania: Klaps! Klaps. Jedna piąstka drugą piąstkę charakternie dotyka. Do tego przyjazny uścisk. Ręka tyci za krótka, a jednak przywitał się szkrab ze wszystkimi. Poleciał ćwiczyć i już go nie ma. Podchodzę do całej grupy. Myśl przyszła: To jedyny Klub, gdzie nie słyszę od właścieciela: Dzieciakowi nie wolno, bo to nie dla niego. Czy od rodzica: Nie, bo może krzywdę sobie zrobić. Tutaj dzieci na pierwszym miejscu. Tutaj miękkie maty, żeby bieda się nikomu nie stała. Do tego ludzka uważność trenera. Jednym słowem: Kultura i bezpieczeństwo większe niż w niejednym domu. Do tego towarzystwo i motywująca praca w grupie z dala od popularnych komputerów. Dziewczynki i chłopcy równi ponad wszystko. Razem ćwiczą, razem walczą i piony sobie podają. Na matach od małego pocą się i sapią. Karne pompki robią i wiedzą dobrze, za co i po co. Chuderlaczki niektóre, ale za to jakie zwinne bestie. Warto stanąć i zamiast patrzyć w smartfony zerknąć na żywe całkiem za darmo widowisko.
Klubu Kaito czapeczkę, dziecko na głowę ubrało. Wyszło przez drzwi z dumną miną. Przezaje — fajny widok.

Czym jest dla mnie Kaito?
Światem wymyślonym przez mężczyzn, ale nie koniecznie tylko dla nich. Dużym klubem, który wyrósł z malutkiego kiedyś sadzonego męską dłonią nasionka. Gdzie chęci są i mocne zasady. Aby ktoś mógł uwierzyć niejednokrotnie w siebie. Aby drugi mógł spożytkować nadmiar własnej energii.
To tutaj niejednokrotnie klubowi faceci oprócz uczenia techniki zastępują dzieciakom zabieganych czy brakujących ojców. Pomagają odciąć matczyną pępowinę, aby chłopcy w naturalny sposób mogli wejść w dorosły stan motylego imago. Wyciągają dziewczęcy potencjał i drzemiącą w kobietach siłę, która przyda się w dorosłości, aby sprostać wszechobecnemu równouprawnieniu.
Klub Kaito to miejsce, gdzie wśród trenerów dużo się daje od Siebie, żeby jeszcze więcej dobrego wracało. Gdzie dzieci znajdują przystań i gdzie aż chce się pomagać, bo widzi się szczytne cele. Gdzie nie robi się wielkiego halo z rozlanej wstrząśniętej wcześniej Pepsi. Bez zastanowienia wspiera wymarzonym napojem spragnione dziecię, gdy jego mama tymczasem nieświadoma i mocno skupiona na telefonie. Małe ludzkie rzeczy a cieszą. Prezes gumę żuje. Mnie dostała się krucha „krówka”. Pychota. Cukierka wsunęłam. No i jak tu nie lubić tego miejsca?

Dzisiaj ciężko jak mniemam niejedno w tym miejscu ogarnąć. Ludzisk coraz więcej. Dają kolesie, jak widzę radę. Powiem tylko: Tak trzymać.

Jak daleko troska leży od przyjaźni

Zacznę od dni gorszych, bo przecież nie tylko na dobrych świat stoi. Tam, gdzie smutków więcej i gdzie ręce opadają. Wyglądamy wtedy, jakby ktoś nas ściągnął z wieszaka. Skąd wiem? Przecież jestem też i tylko człowiekiem. Nam ludziom takie rzeczy się przytrafiają, Nawet jeśli nad sobą pracujemy. Nawet jeśli mamy wiele wspaniałych technik w kieszeni.
Tkwimy sobie w tych smuteczkach i co wtedy? Czasami podnosimy się sami jak na filmach akcji: Zabili go, ale powstał z popiołów. Często też nagle pojawia się ten ktoś. Kto. Anioł, Dobra Duszyczka a może potocznie Przyjaciel? Poszperajmy na temat.

Znaczenie słowa przyjaźń
Pokusiłam się poszukać. Długo go szukałam. Zawężone było najczęściej do obrazków dwóch siedzących przy kawie kobiet czy więzi często stawianej obok miłości. Do zrozumienia i do słów: Będzie dobrze.
Serdeczne stosunki oparte na wzajemnej życzliwości – to było dla mnie za płytko i za mało. Co faktycznie oznacza, znalazłam po latach, bazując na doświadczeniach, bo one dla mnie miarą są ponad. Czytajcie i pamiętajcie jednocześnie, że wy możecie widzieć tak samo albo troszkę inaczej. Każde spojrzenie dobre, bo Twoje. Czym więc jest dla mnie ta przyjaźń?

To troska o drugiego człowieka. To zrozumienie, że ktoś ma w danym momencie gorzej, gdy Ty masz akurat dobrze. To współczucie i chęć niesienia pomocy i wyciągnięcie ręki, gdy jest się daleko. Nie ważne, że ręka krótka. Przyjaźń potrafi być chwilą akcji, potem niczym duch i chwilą znowu, gdy zajdzie potrzeba. Nie potrzebuje wielkich podziękowań, nagrodą dla niej jest często zwykły uśmiech. Jest intuicyjna jak nauka chodzenia. Energią czystą.

On
Równa północ. Ktoś dyszy w telefonie. Biegnie sprawdzić, czy wszystko w porządku, gdy ty sprawdzić nie możesz. Najpierw przepraszam za całe zamieszanie, a potem dziwię się i środkiem nocy pytam: Dlaczego tak? Odpowiedź dla żon, które mężów mają, ów człowiek ma jedną prostą:
Bo też mam żonę. Włączyła się moja funkcja wrażliwości. Po zaspanym policzku łza poszła.

Ona 1
Innego dnia Osóbka, co zamiast odbiciem, jest moim zupełnym przeciwieństwem. Oczy mi na świat co rusz otwiera, a te robią mi się dwa razy większe. Same pytają. Ojej! To tak też można? Historyjkami stara się pomóc i rysunkami. Czasami z czujności przez dni kilka. Po to, aby mieć pewność czy faktycznie zadziałało, czy chociaż może troszkę. Skąd ona te obrazki bierze?

Ona 2
Jest też Ona, co w gorszych mych chwilach do Duszka petycje składa:
Dobry Duszku, odczaruj jej Dzień! Ja to odpracuje. Więcej o nic cię nie poproszę przez miesiąc, To tyle! A do tego dorzuca życzenia kaukaskiego zdrowia 100 lat.

Oni
Jakiś czas temu pomocą służyła Ta, która przypomina mi co dzień, że nie ma większej ponoć świętości niż uważność na rodzinę. Z tą oczywiście różnie bywa, tak na marginesie. Potem był wrażliwiec, co pisał: Nie pogodzę się z tym. Na głowie stanę i razem damy radę. Na głowie nie pozwoliłam stawać.
Wszyscy oni pomagają. Dlaczego? Ot tak, po prostu. W genach mają i osobowości. Natychmiast i z troskliwością o drugiego, dobrodusznie, bez patrzenia w tym momencie na Siebie. Ze świadomością, że nic ich to nie kosztuje. Zostawiają ważną resztę lub umieją tak dwa w jednym.
Macie blisko takich ludzi? Jeśli nie, pamiętajcie: Po szczęście, które z pomocy się rodzi, nie leci się do sklepu. Do takiego szczęście albo ma się dużo szczęścia, albo trzeba sobie zasłużyć. Jak? Podumajcie.

Jak można zmierzyć własne szczęście?
Mnożąc je i potęgując przez ilość takich właśnie chwil. Przez ilość ludzi, którzy te chwile tworzą. Wszystkim, co często pod miotłą cichutko siedzą, lecz są, gdy zajdzie potrzeba słowa: Dziękuję, że jesteś.
Jutro przypowieść o Rabinie, która do mnie wraca. Toćka w toćkę przelana tak jak usłyszana.

Mućka na wybiegu

Znalazłam ją! Znalazłam! No. Uff. Warto było czekać. Będzie mleko na prawdziwy jogurt i osełka co by ukręcić z niej esencje zdrowia, czyli złociste masło klarowane.
Stoi Mućka. Na środku łąki w piękny letni dzionek. Łaciata i żadna tam fioletowa a prawdziwa wiejska krowa na obrzeżach średniej wielkości miasta. Kilka minut pieszo od drogi, którą przejść przez cały dzień przez przejście dla pieszych ciężko. Wącham. Dookoła łąką pachnie i wymionami, z których może jeszcze ostatnie krople mleka kapią po porannym dojeniu. Wysiadam z samochodu. Podchodzę. Mam do niej raptem kilkanaście metrów. Wielka. Zadbana. Ma w sobie spokój, o którym niejedno z nas marzy. Miele trawę. Ależ ona ma jęzor! Dorodna, chociaż kości wystają, bo przecież każdej wystają. Te w kształtach okrągłe to dla mnie podróbki. Ogonkiem macha w te i we wte. Zadowolona bestia. Dotykam. Miła, ciepła i łasi się jak pies. Nawet łeb tuli. Olbrzymi i ciężki, lekko zwisa. Oczy szperają w trawie. Głaskam i głaskam. Aż się wracać nie chce. Jej też się nie chce. Podziwiam każdy kawałek jej ciała. Rogi, nochal. Jak ktoś mówi, że ma duży nos, niech kinol krowy z bliska oglądnie. Świat wtedy innych realiów nabiera. À propos: O tym, jak świat widzimy, będzie w następnym wpisie.

Rozglądam się dookoła. Stoję ja a przy mnie „moja” krowa. Kominy elektrowni rzut beretem, ale reszta to łąki i pola. Zaraz na sąsiednim zagonie szparagówka, ogórki i ziemniaki. Tutaj tak naprawdę droga się kończy. A wzdłuż płotów rosną śmierdziuszki i olbrzymie słoneczniki. Ten, kto wsi nie doświadcza, traci, a może nie traci. Ja nie odpuszczam. Uwielbiam.

Krowę na chwilę w spokoju zostawiam. Zaglądam, gdzie pomieszkuje.
Tutaj brama zawsze otwarta. Dodam, że na słowo zawsze jestem wyczulona, jednak tutaj jak ulał pasuje. Mały domek, a obok drugi. Ten wielkości chatki z bajki. Taki na miarę skrojony. Obok stolik a przy nim dwie kobiety. Takie co mówię, wiecznie młode, chociaż wiekiem znacznie się różniące. Przysiadam na schodkach przed wejściem. Przyglądam się ich dłoniom. Jedna para chleb drobi, druga kukurydzę. Dla zwierzątek. Od serca. Wszystko, co stąd wywożę, ma energię miłości. Z mleka gospodarność, stoicyzm, pracowitość się sączy. Tutaj wszystko ma swój rytm, powtarzalność. Przyroda, zwierzęta, wschody i zachody słońca, życiem mieszkańców rządzą. Pachnie zbożem, bo właśnie pora żniw, pyłki kręcą w nosie. Niziutka, energiczna osóbka do obory niebawem zaglądnie, tam zawsze jest coś do zrobienia. Nie usiedzi na miejscu. I to proste myślenie. Już prościej być nie może. Od wielu lat na planach tego miejsca widniała obwodnica. Coraz więcej się mówiło o tym. Wysiedlenie zapukało do drzwi. Usłyszałam rok temu: Będzie, to będzie. Wtedy będziemy się martwić. Trzeba będzie sprzedać, to się sprzeda. Dzisiaj mam ziemniaki do zebrania i w pole trzeba jeszcze pójść.
Pomyślałam: No tak. Strach po mieście gdzieś się szwenda, bo kto tutaj miałby czas dla niego. Można było o tym mówić, można było panikować. Dzisiaj już wiadomo, że droga nieopodal pójdzie a dom się cały i zdrów uchowa.
Przez jakiś czas krowy nie było. Tęsknota ponoć się wdarła. Teraz jest Mućka, co ją bardzo polubiłam i co będzie się pasła po wsze dni jej żywota. Wróciła równowaga.
Wstałam ze schodów. Niesamowite jak ja tutaj odpoczęłam. Kilkanaście minut, które na zegarze jakby w czasie jak gumę rozciągnął. Aż żal wracać tam, gdzie ciągle szybciej i szybciej. Gdzie szacunek do pielęgnowania tego, co nam zdrowie daje, zniknął. Gdzie od jednego spotkania biegniemy do drugiego, mało nóg nie łamiąc. Jak dobrze, że potrafię się czasami zatrzymać. Jak dobrze, że znam miejsca, gdzie można się na nowo naładować. Wsunęłam butlę ciepłego swojskiego mleka pod pachę.

A teraz zmykam w wir pracy. Samo życie Kochani. Samo życie. Różnorodne i na wskroś co rusz inne.

Oko w oko z Kurą Nioską

Lubię pomagać, dlatego nawet czasami się nie pytają. Dają klucze do ręki i płacą ładnym uśmiechem. Dzisiaj dostaję zadanie: Zagrody przez 7 dni doglądniesz. Pies, kilka kotów i kury co jajka niosą. Przedzieram się przez pokrzywy. Ostatnie wytyczne.
A tę kurę to trzeba za tyłek złapać i przenieść. A potem jajka zebrać. Głowa główkuje: Wielka kura to pewnie wielkie jaja daje. Jaja będą. Jeszcze większe będę, jak za tyłek kura mi się złapać nie da. A potem podsumowanie: Ogarnę. Będzie krótka piłka, a na pewno ciekawie.

Dzień później
Patrzy na mnie i głową rusza. Kto? A duża kura. I do tego Ko – ko – ko na całą wieś się niesie, zamiast jaj. I jeszcze inne kury kurka są, a ja sama.
Gospodarki się uczę. Łatwo nie ma. Zadziobią mnie, jak tylko dotknę. Raz się żyje. Wedle słów właściciela, biorę za tyłek i nieładnie odkładam, bo mój strach chyba większy niż jej. Są jaja. Oj są. Skrzętnie zbieram te, co pod tyłkiem kury jakiś czas tkwiły, a kurkę przepraszam pięknie za nieludzkie traktowanie.
Zła na mnie oj zła. Boczy się. Cała jej robota na nic. Nawet się nie zdążyła rozsiąść, a tutaj masz Ci los. Kochana rzecze do niej z wyrzutami jak to u mnie sumienia: Zrozum, jak ja się potem z dzieci wyspowiadam? Jak o 500+ w papierach poproszę, gdy się kilka na raz na świecie piskląt się pokaże? Do tego jeszcze bez ojca i tylko Pi – pi – pi mówiących?
Patrzę na psinę, psina na mnie. Troszkę chuda nieboga. Może ze zmartwień, bo się temu wszystkiemu przygląda. Ciepłe stworzenie, przyjazne, we wsi zakochane.
Chodź mój miły kompanie! Teraz Twoja kolej, wołam.

Dwa dni później od dnia pierwszego
Próbuję nowych sposobów. Takich bez przemocy, bo ona nie w mojej mocy. Kura podejrzanie patrzy. Przykładam palec do buzi, przesuwam i marszczę wargi. Oczami obracam w te i we wte. Kombinuję na wszystkie sposoby. A co jak nie będzie widzieć? Jej ciornyje, małe oczka wytłoczką na jaja przykrywam, a potem lekko nioskę przesuwam. Poszła sobie. Hiphip hurra! Już jej lepiej, no i moje samopoczucie inne. Za brak stawiania oporu dostała dużo cukinii.
Uuuu! Powiedziała i głową pokręciła. Reszta za nią powtórzyła. Poczułam zwątpienie lekko wymieszane z krytyką. No trudno. Przynajmniej nie czuła się aż tak urażona, jak dzień wcześniej. Jest nadzieja. Następnym razem system jeszcze bardziej dopracuję. Dla wspólnego dobra.

Dzień trzeci i kilka następnych
Na rozgrzaną patelnię z masełkiem prosto ze wsi, wrzucam dwa wielkie jajeczka od kury nioski. Przeźroczysty płyn o galaretowatej konsystencji, bardzo spójny w swej strukturze rozpływa się, tworząc malutkie jeziorko, w którego środku ląduje zaraz za nim żółtko, które raczej pomarańczowymi kolorami błyszczy i urodą promienieje. A za nim? O jeszcze jedno. Ewenement? Szczęściara ze mnie, trafiłam na fakt, gdzie jajnik opuściły dwie komórki. Białko, dwa żółtka i lekko brązowa delikatna tylko z wrażenia otoczka. Wszystko tworzy nieodzowną całość. Jajecznica czy sadzone? Mieszać czy zostawić w spokoju. Cóż za dylematy człowiek ma z rana.
Pojedzona na wieś uderzam. Dzisiaj kur siedzi dwie. Cwana bestia, do obrony mienia pomoc sobie wzięła. Sposób nowy na kury znalazłam. W oczy jednej długo popatrzyłam. Potem zaraz drugiej. Chyba zgłupiały trochę i tak z głupiego z grzędy grzecznie zeszły. A co w dni następne? Ta jedna jedyna co dzień w oczy patrzyła i mówiła Ooo! Znowu ona. Jaja zabierze, ale grzędy posprząta i coś dobrego przyniesie. Chyba stwierdziła, że to dobry dla niej układ. To mi się podoba.

Dzień na grzędzie
Czas oddać to, co na chwilę doświadczać mi dano. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła jak to kurą być. Grzędy bardzo czyste, przysiadłam na chwilę. Na dolnej żerdzi i na tej nieco trochę wyżej. Patrzyły kury na mnie wszystkie. Co o mnie myślały, nawet myśleć nie chcę. Proste to życie kury. Chyba jednak wolę być istotą ludzką zamiast „taśmy produkcyjnej”.

Wracam. Stoję na środku skrzyżowania w centrum miasta. Samochód dostawczy z dwoma przyczepami wielkie bele siana ciągnie zaraz za sobą. Za nim następny. Za plecami Jan Kochanowski do ucha mi szepcze: Wsi spokojna, wsi wesoła! Który głos twej chwale zdoła?
Fajne, naprawdę fajne klimaty. No i tak mi się spodobała, ta wieś co wsią pachnie, że jeszcze jeden wpis tak specjalnie dla niej będzie. Skoro wsi już coraz mniej pisać o niej warto.

Wakacje z Kubusiem Puchatkiem 3/3

Możesz odwrócić się do dołu nogami? Kubuś Puchatek

Zastanawiam się, dlaczego zarówno w kolorowym filmie, jak i naszym codziennym życiu świat jest niejednokrotnie tak czarno białym. Tak wiele nas omija. Dlaczego my widzimy coś tak, a inni zupełnie inaczej? Wracam do sceny, jak Kubuś dynda głową w dół niesiony przez „Dorosłego Krzysia” i prosi: Możesz odwrócić świat?
Potarłam tyłkiem po fotelu, poobracałam głowę w te i we w te i zapytałam samą Siebie: Co jest grane? Moja głowa jak wszystkie inne w pionie tkwi, chociaż przecież nie zawsze koniecznie musi. W głowie mi się zakręciło.

„Kapiesz mi na głowę”. Kubuś

Czarny ekran. Sprawdzam, czy resztki łez wyschły, czy jak powiada Kubuś, nikomu na głowę nie skapnęły czy spodnie. Wychodzę z kina. Pachnie chłodnym wiatrem wymieszanym ze spalinami pojazdów. Powracam do rzeczywistości, ale jakże inna. Kubuś powtarzał, jadąc pociągiem: Drzewo, owca, krowa, most. Ja w głowie wyliczam: Chmura, psiak, drzewo, pociecha. Świat gna a ja łapie głęboki oddech. Krzysiu, spójrz! Ja też tak miałam, jak Ty. I on i Ona. W myślach paluchem pokazuję na każdego, co po Centrum Handlowym biega jak w amoku.
Krzysiu, Kubusiu – dziękuję. Na marginesie. Do wieczora wszystko, co w pracy nadrobię. Z innym spojrzeniem i nastawieniem. Spoko.

„Bo już jest jutro, a zawsze było dzisiaj”. Kubuś

U mnie również wczoraj, kiedy dziś jutrem było, za dużo było dnia w dniu.
Teraz wiem, że: Żeby gdzieś się znaleźć, trzeba się gdzie indziej zgubić. Wtedy, życie nabiera zupełnie innego oblicza.
Chwała temu, co w mądre słowa głupiutkiego Kubusia ubrał. Podziękowania za głupiutkiego misia mądre teksty. Wszystkim powodzenia, w odnajdywaniu się i gubieniu.

Wakacje z Kubusiem Puchatkiem 2/3

„Bardzo tu bzyczy, ale to nie jest takie miłe bzyczenie”. Kubuś

O co biega w filmie „Krzysiu, gdzie jesteś?” ? W krótkim skrócie. Christopher Robin Milne (na tym skończę popisywanie się nazwiskami) potocznie zwany Krzysiem — no to już łatwiej zapamiętać — dzieciństwo spędza z przyjaciółmi w Stuwiekowym Lesie. Błogi okres bez telefonów z patyczkami rzucanymi do wody. W towarzystwie pluszaków, które niewielki ponoć rozumek mają, serducho a do tego ruszające się całkiem sprawnie ciałka. Potem na szybko przewinę wam kilka życiowych scenek typu szkoła, rodzice, którzy chcą dobrze dla syna, śmierć ojca, wojna i twarde życie, gdzie Krzyś szybko Krzysztofem się staje. Zostawia to, co chłopięce, oddając urokom wszechobecnej dorosłości. Rezygnuje z beztroski. Wkracza w świat, gdzie jak twierdzi: Nic nie jest za darmo, a marzenia swoją cenę mają. Świata rezygnacji i ciężkiej pracy, tak szybko i dużo jak się tylko da. Miejsca, gdzie ludzie nie lubią, jak coś jest inne, gdzie właśnie z tego powodu nie można być często sobą. Łapiecie klimat?

„Idę donikąd To moje ulubione miejsce”. Kubuś

Ciarki przeszły i chłód. Pomyślałam w tym momencie o grudniowych sześciolatkach w szkolnych ławkach, ciągle popychanych do samodzielności, o korporacyjnych opowieściach, o zapisach do przedszkoli gdzie dobrze, gdy opiekunki władają językiem obcym. Zapisywanych, gdy to jeszcze, w brzuszku się wierci, dając sygnał: Mamusiu! Puk. Puk! Wkrótce na świecie się pojawię. Chcemy jak najlepiej. W życiu i w filmie.

„Kim jest Madlaine?” Kubuś

Rodzi się córeczka. Sumienność ojca i jego przekonania wyniesione z domu, wystarczają, aby historia życia się powtórzyła. Różnica? On mógł być dzieckiem. Dziewczynkę omija to, z czego czerpał przez chwile życiodajną moc za młodu jej tata. Mama? Jest. Kochająca i cierpliwa.
Po jednej stronie dziupli symbolicznego drzewa rzeczywisty świat Krzysztofa, z poczuciem odpowiedzialności za bliskich i prawie cały wszechświat. Po drugiej mali mieszkańcy, którzy snują się po mglistym lesie i bez Krzysia po latach poradzić sobie nie mogą. Zagubione dwa światy, gdzie jeden, gdy dopiero drugi go uzupełni, prowadzą do równowagi. Gdzie potrzeba sprawia, że tak dużo się w filmie dzieje. To zaledwie początek.

„Stary niedźwiedź mocno śpi”. Krzyś

Uśmiecham się pod nosem i porównuję filmowo – bajkowe postacie:
– Krzysia, co ciągle Krzysiem jest dla nas, chociaż lat na ekranie mu nie mało przybyło. Krzysztof stwierdza po wielu latach: Byłem tatą o bardzo małym rozumku. Mądrość wygrywa.
– Kubusia oczywiście, co zaraz obok Krzysia. Pluszowego małego gadającego misia, lubiącego gdybańce, ćwierkanie i hukanie, który czasami czeka aż „Gdzieś” znajdzie jego.
– Prosiaczka. Chudziutkiego, malutkiego, co go świat przeraża, chociaż na dwóch nogach jak człowiek mocno wydawałoby się stoi. Kojarzycie tę różową postać?
– Te Y i Grys — a, czyli Tygrysa co lubi ciemność i smutek. No cóż, każdy ma swoje, widzi mi się. W sytuacjach, od których reszta stroni, ten mówi z wielkim żalem: Piękna katastrofa a mnie nie zaprosili. Tygrys niejednego wkurza na Sali. Taka jego rola.
– Kłapouchego co, okropnie ponurym jest osiołkiem. Co różnicy między rewolucją a rezolucją nie widzi. Co nie boi się powiedzieć: Wszystko się wyjaśni albo po prostu wyciemni. Co na Krzysztofa słowa wytłumaczenia: To moja żona Evelin, odpowiada grzecznie: Witaj moja żono Evelin. Dziękuję żono moja.
Wuzeli i Hefalumpów, bo bez nich by historii nie było. Strachy, które w głowach niektórych siedzą. Obyśmy tylko takie mieli.
– no i całą bajkową resztę.
Wesoło mi jest na Sali kinowej, z tymi, co smutni i tymi, co dziwią się wszystkiemu, co nam ludziom logiczne na co dzień się wydaje.

„Nie jest mi potrzebny, ale bardzo chciany”. Kubuś

W scenach filmu i mojej głowie angielskie zastawy, ciasto marchewkowe – pychota, dziecięce rysunki i miodek. Błyszczące oczy Kłapouchego i żołędzie. Lubicie? Ja kocham podobnie jak kasztany. Zanim się oglądnęłam, już czułam smaki, już prawie zbierałam dary jesieni, które z dzieciństwa pamiętam.
Co rusz rozbawia mnie czerwony balonik, który nie był potrzebny, ale za to bardzo chciany, czy skórzana teczka Krzysztofa. Bardzo, ważna teczka. Według już dorosłego Krzysia. W pamięci tekst mi zapada:
– Kim jest Madlaine? Moją córką.
– Czy jest ważniejsza niż ta teczka? Tak?
– To, czego jej tutaj nie ma?
Czujecie klimaty? Jesteście tu ze mną? Jeśli nie ciągnę dalej.

„Brakuje drzwi. Widocznie nie są potrzebne”. Kubuś

Siedzę, patrzę, wgapiam się i piję wodę. Teksty Kubusia rozwalają mnie doszczętnie. Mózg przestawia się o 180 stopni.
– Masz popsutą drabinę.
– Ale to jest półka.
– To tłumaczy, dlaczego tak ciężko się po niej wspinać.
Praktyczny miś. Nic więcej nie dodam.
c.d.n.

Wakacje z Kubusiem Puchatkiem 1/3

„Życie to coś więcej niż baloniki i miodek”. Duży Krzyś

Poniedziałek. Weekend, jakby go nie było. Zabiegany następny dzień, kiedy człowiek zaczyna się zapętlać. Chciałam unikać, ale co gdy jeden obowiązek dogania drugi? Zadania małe i duże. Wyzwania dnia codziennego. Praca. Dom. Jeść coś trzeba i ogarnąć w czterech ścianach. Zwierzaki do nakarmienia. Klucze podrzucić gdzie trzeba. Do tego oczywiście mnóstwo telefonów, cała reszta i słowa z ust innych: Zmęczenie, robota, obowiązki. Co ze mną?
Jak zwykle otwierając oczy, planowałam niech będzie dużo, ale bez stresu i z uważnością. Pół dnia wytrzymałam. Dlaczego znowu daje się w to wciągnąć? Przecież wiem, że da się spokojniej, prościej i w ostateczności tyle samo. Odpowiedź: Jestem tylko stworzeniem, żyjącym w grupie innych stworzeń.
W końcu wpadłam w cykliczne niejednokrotne nieirracjonalne działanie i powtarzanie bez pomyślunku, Zabiegana codzienność i zjadanie jak u uroborosa. Jakbym na własne życzenie, działała na swoją szkodę. O nie! Macie tak? Ilu jest w stanie powiedzieć: Ja nie mam?

Ale z ciebie głupiutki Miś. Krzyś

Są bajki, które bajkami tak naprawdę nie są. Dużo więcej w nich pouczeń niż zwykłe dobro i zło, gdzie dobro wygrywa. Czym są zatem? Życiową mądrością. Drogowskazem. Dla nas dorosłych, kiedy przestajemy być nie wiadomo czemu dziećmi. Mały Książę a zaraz za nim Kubuś Puchatek, któremu przypinamy znaczek głupiutkiego. A jak z nim jest naprawdę?
Przyznaję, że Kubuś był u mnie jakoś tak w odstawce. Może nie było nam obojgu po drodze? Może za szybko z niego wyrosłam? Był sobie. Gdzieś na półce wśród książek. Do chwili, kiedy nie usiadłam w kinowym fotelu.

Pogodny dzień będzie dziś, bo bawią się Kubuś i Krzyś. Kubuś Puchatek.

Napis kino. W repertuarze „Krzysiu, gdzie jesteś?”  Miało mnie tu nie być. Miałam tylko dzieciaczki, co bajki lubią, podrzucić, zostawić i dalej w transie pchać dolę do przodu. Wszystko skrupulatnie co do minutki wyliczone. Nagle …? Rzuciłam wszystko. Siadłam obok całej reszty. Dla siebie, dla dzieci. Z nimi. Jak wiele mi to dało, opisać trudno. Siedziałam jak przykuta na własne życzenie i wiecie co? Było mi dobrze. Obok, ktoś namiętnie popcorn pachnący masłem buzią mielił, chociaż koło masła ten nawet nie leżał. Pochłaniał raz za razem, wyciągając po kilka nadmuchanych ziarenek z wielgaśnego pudła. Ciemność. Ciemność zobaczyłam i „Jego” na ekranie. Czułam tylko swój oddech. Dziecko obok wierciło się nieprzeciętnie, w końcu dzieckiem było. Słuchałam od początku. Jak się okazało z otwartą buzią.

To nie miała być moja bajka. Moją została na zawsze. Trafiłam do mglistego, o jak często deszczowego miejsca co go Stuwiekowym Lasem zowią. Tam, gdzie Hefalumpy straszą, dla tych, co chcą w nie wierzyć.
Za ściana mój świat pędził, a na ekranie jeden z bohaterów siedząc w pociągu, który gnał przed siebie, gdy świat stał w miejscu, pytał: Czy ten świat musi tak pędzić? Co w końcu w ruchu jest? Nadszedł czas, żeby odpuścić do końca.
Rozluźniłam mięśnie, na dobre wtopiłam w atłasy siedzenia.
c.d.n

Kopę lat a dokładnie 10 2/2

Mania
Nie zawsze się o niej mówi, bo często głęboko ukryta w podświadomości. Nawiążę znowu do miłości. Do czego lub kogo? Do życia, ciała, elementu, narzędzia, przedmiotu, pozwalającego realizować nasze pasje. Konie, psy, kociaki, które są dla nas parą w zmaganiach o medale. Kochamy i bez nich nie wyobrażamy sobie często dnia następnego.
Kite, rower, rura, wokół której ciało jak wąż się owija, cyrkowe piłeczki, woda. Kawałek tkaniny w postaci ciucha na modelce, kawałek innego materiału, z którego uszyto spadochron czy baletki baletnicy. Gruboskórny garnek kucharza, smukłe nożyczki w ręce fryzjerki, która z zawodu prawnikiem miała zostać. Ciepła w dotyku piankowa deska do pływania w rękach tego, co w wodzie jak ryba. Nawet serdeczna szmatka w dłoniach tej, co lubi sprzątać. Uczłowieczam? Tak. Niejednokrotnie, bo wszystko żyje swoją energią i chociaż serca w przedmiocie nie dopatrzysz, są nam serdeczne.
Nieodzowny atrybuty. Patrzymy na nie jak w oczy kochanka. Pielęgnujemy. Dotykamy inaczej. Rozmawiamy z nimi, czasami wkurzamy na nie. Chcemy, żeby pomagały, a nie były przeszkodą, chociaż one też czasami mają swój dzień.
Jeśli obchodzisz jubileusze, prawdopodobnie doświadczasz tego. Zmagań, przezwyciężania własnych słabości, chcenie lub niechcenia, gdy pogoda za oknem niemrawa i „witaminy M” ponadto wszystko. Miłości do tego, co robisz. Bo ona pozwala brnąć, w to, co nas wyróżnia dalej.

Co łączy joginkę z fachowcem od szyb
Zacznę od sportowców. Wiedzą, że będzie ciężko i to, że będzie wszystko bolało. Zakwasy i dochodzenie do siebie przez następnych dni kilka. A jednak to robią. Narzekają a we wnętrzu radość i duma. Skończę na tych, u których też pole do świętowania również dostrzegam.
Słucham joginki i patrzę w jej oczy, w których widać jak podjęła już ostateczną decyzję. Już wybrała. Czy z lekkim żalem? Cóż. Kto nie ma dylematów.
– Dopłacałam. Długo dopłacałam, ale zajęcia prowadziłam.
Why? No to się angielskim popisałam. Ciągnę dalej. Bo to jej było i robiła. Chociaż koniec z końcem trudno czasami było i jest związać. Dla siebie i grupki ludzi, którzy do końca byli jej wierni. Nadal są. I czekają, aż nóż narodzi się nowa myśl, nowa szansa, żeby dopłacać, nie trzeba było. Patrzę wstecz, na 4 lata. Uzbierało się do świętowania. Próbuję wracać wspomnieniami i rozbierać na części pierwsze. Jak dobrze, że po każdych zajęciach potrafiłam cieszyć się po trosze.
Patrzę przez okno, siedząc na piętrze własnego biura. Na zwyżce, po drugiej jego stronie, młody dżentelmen w pracowniczym stroju, przeciąga wg własnego wypracowanego systemu myjką po szybkie. Poszukuję ostatnich zacieków. I tak w tym miejscu regularnie dwa razy do roku. Okno błyszczy w słońcu. Biceps widoczny pod koszulką. Który to raz, będzie mógł spojrzeć na dziesiątki metrów semistrukturalnej szklanej elewacji i powiedzieć: No pięknie. Znowu zrobiłem kawał dobrej roboty. Ja na niego od 3 lat tak patrzę. Ten sam rytuał. Wart świętowania? Sami powiedźcie.

Zauważać i nic więcej
Budzę się dnia następnego.
Podsumowuję: U jubilatów kolejne medale z poprzedniego wieczoru dołączyły do reszty kolekcji. W pamięci pozostały słowa:
„Za marzeniami trzeba podążać i je zdobywać – bo inaczej nie byłoby nic przed nami”. Czy trzeba? Na pewno warto.
Najbardziej ucieszyły te, co na samym dole grubą czcionką: I tego, życzymy sobie nawzajem. Bo przecież kto tak doceni, jak nie ten, co podobnego doświadcza?

Na koniec
Tak wiem, wrzuciłam wszystko do jednego wora. Bo wszystko, co kochamy i powtarzamy z przyjemnością, jest dla mnie czymś, co warte uwagi i pochwał.
Wszystkim, co małych i dużych Jubileuszów doczekali, pełny szacunek i ukłon w ich stronę. A do tego słowa: Warto pamiętać o codziennym celebrowaniu. Za każdym razem, kiedy w niepogodę wcześnie rano, czy późnym już wieczorem chce nam się wyjść z domu i zrobić „to coś”, powód jest do radowania. Po co lata czekać? Małe też cieszy.