Kopę lat a dokładnie 10 1/2

Miał być cykl o wakacjach i tak będzie. Z małym oddechem, bo co dzień też się dzieje. Do ciepełka i wspomnień wracamy wkrótce, a tymczasem … O naszych zamiłowaniach. Hobby, obsesji, zdrowych nałogach codziennych czynnościach, na które patrzymy inaczej. Są częścią naszego życia. Dają wypełnienie i spełnienie. Niejednokrotnie są jak naturalne lekarstwo. Dzisiaj o świętowaniu tego, co z dnia na dzień w lecie się zbiera.

Cynowe gody
Przytłumione światło i garstka ludzi. Tylu dotrwało po 10 latach. Razem. W domu skrzętnie gdzieś w pudełkach zabezpieczone przed kurzem, dziesiątki zdobytych latami medali się piętrzy. Uczestnicy uśmiechnięci w towarzystwie lekkiego napięcia, bo i dzień troszkę bardziej okazjonalny. Dla nich, bo dla innych za oknem zwykła sobota. Mnie również się udziela. Jedni Francja elegancja garniturowa, inni bardziej na luzaka. Lubię, gdy ludzie potrafią być sobą. Wiek? Ach tam. Ten nie ma znaczenia. Słyszę: Jesteśmy w podobnym. Och myślę, przecież Ty jeszcze jak dzieciak wyglądasz. Zarost powagi tylko nieco dodaje. Za chwilę rozmawiam z tym, co w budowaniu Polski od dziesięcioleci, olbrzymie ma doświadczenie. Poprawia, co w zdrowiu szwankuje i nadal płynie przez życie przed siebie.
Stoły suto zastawione. Dzisiaj zamiast pierogów na szybko, dużo bardziej finezyjnie. Telewizyjna kamera, która uwieczni moment, słów, a tych nie brakuje miłych i pochwał dużo. Te upchane drobnym druczkiem na pamiątkowych dyplomach, bo i zasług się przecież nazbierało. Pamiątkowe foldery i uściski dłoni. Wspomnienia. Większych fanfarów z zewnątrz nie ma. Sami dla siebie, bo o zauważenie przez innych w dzisiejszych zabieganych, czasach dużo trudniej. Otwieram broszurę. Zdjęcia tych, co po latach tatuaże podorabiali, brody pozapuszczali i ci, którym włosów na głowie ubyło. Małe pomyłki nazwisk. Jak wielkie ma to znaczenie? Papier wszystko przyjmie. Ważne, że inni pamiętają, jak było naprawdę. Jeszcze ważniejsze, że ten, co faktycznie na podium stawał, nie zapomniał. O tym, gdzie wartości szukać nieco później.

Jubileusze i co celebrować
Kojarzą nam się ze słowem „długo”. Skupię się na pływaniu, bo sama do wody dość często wchodzę. Przenieśmy się na moment na basen. Woda. Biorę w dłoń. Przelewa się między palcami, dzisiaj jest nieco rzadsza i mam wrażenie, jakby ktoś wsypał do niej o taczkę chloru za dużo. Garść przeźroczystej substancji, z niebieską poświatą od basenowej nawierzchni, łączy się z pozostałymi kroplami zamkniętymi w tysiącach litrów basenowej niecki. Delikatny odgłos jakby pocałunek najbardziej znanego nam w świecie płynu. Mocze stopę. Zanurzam. Daje lekki opór, chociaż nie jest w stanie nas w pionie unieść. Co innego w poziomie, gdy się na niej położymy i rozluźnimy. Odpuścimy cały strach. Muska, pieści wręcz. Miłość? Prawie. Natura odwdzięcza się.
Dlaczego jest tak, że spotykam po latach pływaka i słyszę: Pływanie jest nudne, zna się wszystkie płytki na suficie i jeszcze ile jest ich na dnie. Już nie pływa. Jubileuszów nie doczekał. Pływał, ale coś poszło nie tak. Teraz są inne może pasje?
Rozglądam się. Patrzę na innego. Tego, który z dumą mówi: To już lat 10? Następnych wiele już w głowie pełnej planów. Nie pamięta, jak często z ust przekleństwo poleciało, bo miał już dosyć przez moment. Co różni tych dwoje?

Przywołajcie w tym momencie własne zamiłowanie. Nawet jeśli jest to wasz własny rytuał kąpieli w wannie. Poczujcie to przez chwilę. Kiedy wchodzicie na sam szczyt ulubionej góry, biegniecie, nawet jeśli jest to codzienny bieg do szkoły z dzieckiem.. O czym piszę? Czyż nie wszystkie nasze upodobania, szajby, rodzą się z małego?
c.d.n.

„OVO”, CZYLI JAJA Z JAJEM 2/2

Spójrzcie oczami duszy na świat, w którym jesteśmy mali i delikatni, jak komar, którego zaraz człowiek ręką „ciach” i już go nie ma, kiedy on chce tylko zjeść następny posiłek. Jak mała pszczółka, która umiera, gdy chcąc się tylko bronić, swoje żądło w jakiś obiekt wbije. Świat, o którym ludzie mówią, tego zabić, a tutaj z samolotu chemią posypać, a jednocześnie z którego podbierają zapachy, aby potem zamknąć w butelkach z najdroższymi perfumami. Miejsce, gdzie człowiek ze swoim ego chce żyć idealnym wygodnym świecie. Świat o stokroć piękniejszy od betonowego, który stworzył homo sapiens.
Wciel się na chwilkę w postać ważki o bystrych oczach, która potrafi zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Bezgłośną, pełną urody i gracji. O długich odnóżach, które pozwalają się uchwycić każdej wymyślnej powierzchni. Bohaterem, którego faktura oczu zachwyciła twórców karbonu. Władcą przestworzy z ciałem dopracowanym do perfekcji.
Wiele pułapek cię otacza, ale również tak wielka różnorodność. Inne owady skrzydlate i te, które wolą skakać. Te o skorupkach twardych jak skała i te o skrzydłach, których delikatności ludzie im zazdroszczą. Nie czarnej karnacji i białej czy żółtej, ale te, które mienią się wszelkimi możliwymi kolorami. W paski i w groszki i te o tonacjach przechodzących jedna w drugą jak barwy w tęczy. Ostre kształty i odcienie, bliskie ideału? Raczej takie, które są nim. Czasami mam wrażenie, że „ten na górze” tak skupił się na dopracowaniu owadów, iż dla ludzi czasu mu zabrakło.
Patrzę na ciebie – ważkę i ciągle dostrzegam nowy szczegół. Ich końca nie widzę. Misternie na skrzydłach sieci żyłek tkane przez Boga i cała reszta drobiazgów po całym ciele porozrzucana. Podziwiam z otwartymi ustami.

POD KOPUŁĄ
Zerkam na scenę i parę innych ważek fruwającą w przestworzach. Świat owadów zamknięty w Arenie
On trzyma się jej, ona jego. Taniec miłosny dwóch istot, płynny i skoordynowany. Dotykają się ledwo, a jednak fruną razem. Tylko widownia i ściany ich ograniczają. W przytłumionych światłach reflektorów cudowne chwile z życia ważek wiernie oddane. Moje powieki przestają mrugać. Tak działa na mnie Cirque du Solei.
Patrzę. Znowu. I znowu chichram się z zalotów obcego przybysza do biedrony. Zmieniają w tym czasie scenę. Tylko wtedy jestem w stanie bliżej przyglądnąć się dookoła. Oj, gdyby nasz mózg umiał więcej bitów kodować, gdybyśmy widzieli jak owady co jeszcze za nami i na ultrafioletowo. Korzystam z tego, co Bogu zostało. Może miał w zamiarze, że nie możemy wszystkiego widzieć? Przede mną podziwiam podziemny świat wyświetlany na jednej ze ścian. Pajęcze sieci na suficie zwisają nade mną. Kolorowy kwiat w kształcie dzwonu o dziesiątkach barwnych płatków, który pulsuje płynnie. Jakbym oglądała go budzącego się do życia. Wokół mnie ludzie a ja widzę tylko ich zarysy, słyszę oklaski i śmiech. Na widownię dzisiaj nie patrzę. Nie dzisiaj. Za to analizuję artystów.

TRZY W JEDNYM
Czy próbowaliście kiedyś chodzić po linie rozciągniętej pomiędzy drzewami? Siedzieć na monocyklu, czy próbowaliście stać na rękach? Dla przeciętnego człowieka myślę, że każde z osobna do dopracowania. A co gdy połączysz wszystko w jednym, wisząc gdzieś wyżej w powietrzu, a lina nie do końca jest mocno napięta, a wręcz powiem, że luźno zwisa. Stawiasz na niej monocykl, a potem jeszcze stajesz na nim na głowie. Oklepana sztuczka? To dlaczego, tak bardzo biją tutaj na Arenie brawo?
Czy próbowaliście podrzucać nogami prawie dziesięciokilowy walec przypominający szeroki plaster kiwi? Dodam w idealnej synchronizacji z kilkoma innymi zapaleńcami? Oczywiście tak, aby wszystko wyglądało na zabawę. Warto spróbować jak trzeba mieć silne mięśnie i jak oczy dookoła głowy.
Występ dobiega końca. Na wielkiej pionowej ścianie malutkie okienko a w nim biedroneczka uśmiechnięta, co lubi kwiaty wąchać. Swoim ciałkiem wypełnia je całe. Na ścianie wisi nasz przybysz. Ściana duża o ten taki malutki.
Jak on na nią patrzy. I co z nimi teraz? No są razem, są na koniec, są nieboraki i nawet całusa kawaler dostaje. „Śmiszna” ta para. Niby urodą i temperamentem nie pasują, a tak razem pięknie życiem się bawią. Inne owady ich radość świętują. Tańczą po pionowej ścianie i skaczą i latają, co rusz zmieniając trajektorię lotu. Cirque du Solei prawa fizyki lubi łamać. Człowiek, który poziomo przemierza bezkresy, to popisowy numer, który przewija się w wielu występach w różnych odsłonach. Widownia siedzi cichutko, oczy w akrobatów wpatrzyła. Ach poskakałoby się, a tutaj tyłek na krześle musi spoczywać.

CYRK CZY NIE CYRK?
Czy Cirque du Solei to słuszna nazwa? Z cyrku niewiele tu zostało. To sportowcy z całego świata, którzy odkryli w sobie talent aktorski, a ich kariera niejednokrotnie dobiegała końca. To ci, co lubią przekraczać normy. Wrażliwcy, pasjonaci, perfekcjoniści. Za każdym razem, kiedy jadę ich oglądać, wiem, że będzie inaczej, chociaż wiele z akrobacji się powtarza. Każda przedstawiona w nowym świetle, nowego wyrazu nabiera. Ilu ich jest wszystkich? Trudno mi zliczyć. Są ci, co w Las Vegas występują i trupy z Montrealu. Również artyści występujący w Orlando czy na Riviera Maya w Meksyku. Artyści z Chin i Europy. Choreografowie z Brazylii i najlepsi twórcy muzyki, którzy nieważne gdzie mieszkają. Tylko w Cirque du Solei nie wszyscy artyści to wyrzeźbione Fidiaszowe ciała. Tutaj spotkasz potocznego grubaska i osobę, która ma już swoje lata. Namierzysz operową artystkę i kobietę, której brzuszek zaokrągla się już nie co bo w środku nosi potomka. To tutaj też zdarzają się wypadki, mimo największych zabezpieczeń. Ryzykują dl nas. Dla nas dążą do perfekcji. Warto doceniać tych, co ryzykują, jak również tych, którzy w świat kolorów, dźwięków i pięknych historii nas zabierają.

CO DALEJ?
Dzisiaj wracam zmęczona, ale pełna wrażeń. Czytam gdzie jeszcze i co jeszcze zobaczę. Nie może, nie pewnie, ale zakładam, że na pewno, bo tak jest bliżej do celu już na samym początku.
TORUK? O tak! Bo Avatara wchłonęłam jak gąbka. Strojów i świętego drzewa nie mogę się doczekać. Pierwszy rząd? Tylko. Sprawdzam następne show: CRYSTAL — bo na lodzie. Znając życie, nie będą ich ograniczać zasady jak te na Olimpiadzie. Gdzie!? W Orlando!? Jasna ciasna. No dobrze, coś się wymyśli.

„OVO”, CZYLI JAJA Z JAJEM 1/2

Zamyśliłam się tak porządnie. W lesie patrzę na przyrodę. Srebrne nitki pajęczyn rozciągają się
licznie między drzewami. Srebrzą się w zachodzącym słońcu. Wśród nich setki małych owadów lata, jakby drżąc w miejscu. W powietrzu mniejsze i te większe jakby odwieczny taniec tańczyły. Inne wyglądają na bawiące się w berka, a jeszcze inne bieg z przeszkodami uprawiają. Zaciekawiony „słoneczny reflektor” również skupia Całą swoją uwagę na tym miejscu. Ta cisza i świat zamknięty w dwóch przygaszonych kolorach – żółtym i szarym. Takie miejsce do wypłakania się i wyżalenia, takie tylko dla jednej co najwyżej dwóch osób. Fajnie tutaj, ale dzisiaj nie to miejsce jest moim celem. Do lasu pójdziemy kiedy indziej, gdy tylko będziecie tego chcieli. Tego dnia zabiorę Was do kolorowego świata owadów, które robią więcej zamieszania i hałasu. Tam, gdzie kolorów pełna paleta. Gdzie pasikoniki, cykady czy świerszcze, śpiewają, dając niepowtarzalny pokaz emisji głosu. Biedronki kuszą swoim zachowaniem. Ważki dają lekcje latania, a chrząszcze i inne liczne stawonogi nieźle broją.
Do Cirque du Solei zapraszam.

Pytam kilkulatkę, która otwiera szeroko oczy, bo te ze względu na porę chcą snu: Co cię tutaj urzekło?
Odpowiedź jak to u dziecka, nigdy nie do przewidzenia:
– Super rzucali dziewczynami.
Potwierdzam.

CO JUŻ BYŁO
Widziałam już wiele z ich występów. Myślę, że nawet już większość. W Las Vegas było plemienne „KA”, gdzie miłość z pędem zwycięstwa się przeplatała. Gdzie ziemia niebem się stała. Tam w Cirque du Solei się zakochałam.
Potem było „O” w Bellagio, na którym przysnęłam. Było pięknie, surrealistycznie i teatralnie a ja po prostu byłam bardzo zmęczona. Woda. Wszędzie była woda. Płonęła. I łódź, która nad nią się unosiła. Pamiętam tylko czerwień. Mam po co wracać.
Do tego ALLEGRIA, której już nie grają, a szkoda. Muzyki do dzisiaj słucham. DRALION gdzie skakali, w dół i w górę i w boki. Wszędzie były smoki. Dzięki niemu liznęłam troszkę chińskiej kultury. Już go nie ma.
KOOZA, którą najmniej pamiętam, bo nie było w niej historii.
Quidam! Tak. Dziewczynka o imieniu Zoe, która chciała uciec od monotoni życia, do świata gdzie rządziła kapryśna postać bez głowy. Na QUIDAM jechałam bez entuzjazmu. Ujęły mnie podniebne akrobacje na szarfach. Cały świat huśtał się i fruwał. To było takie moje. Alegria, Dralion i Qiudam zakończyły już trasę koncertową. Pamięć o nich to skarb, który pielęgnuję. Nie na nich jednak świat się kończy.

TU I TERAZ
Siedzę i czekam. Światła przygaszone jak zwykle. Na scenie wielkie białe jajo. Wygląda jak prosto od kury gigant. Kilka postaci przypominających owady wije się i kica między tymi, co przyszli ich podziwiać. Akrobatów mam na wyciągnięcie ręki. Są nimi, ale również dobrymi aktorami. Pozują do zdjęć, dzieci wzrokiem przyciągają. Patrzę na dokładne precyzyjne makijaże. Wracam wspomnieniami do Art. Body Painting. Wiem, ile to wymaga czasu i cierpliwości. Skupiam się na stroju. Przemyślany każdy szczegół, każde szew, bo przecież tutaj nic nie może uwierać. Wszystko ma przylegać, gdy artyści wiją się i kręcą na różne strony. Ma wyglądać efektownie, ale strój ma nie zagrażać bezpieczeństwu. Jedwabie, satyny, organzy prawie że filamenty pajęcze. Wszystko błyszczy się i mieni. Kolory gustownie dobrane. Przyglądam się charakterystycznej twarzy i skośnym oczom jednego z koników polnych. Ostrym rysom i śniadym policzkom. Nie wyczytasz w nich czy zaczął dzień dobrze, czy dużo lepsiej. Teraz jest owadem z krwi i kości i w niego się wciela. Prawdziwy „on” został za kulisami.
Wracam na swoje miejsce. Dlaczego ja siedzę tak daleko? Wielkie jajo – O! Powietrze z niego nagle uszło, a byłam pewna, że jest plastykowe. Cirque du Solei lubi już na początku zaskakiwać. Fabuła liryczna. Jakbym oglądała klasyczną komedię romantyczną. Najeżony insekt, którego trudno mi, jeśli o gatunek chodzi rozkminić, umizguje się do dość mocno kurpulentnej biedroneczki. No dobrze. Niech Wam będzie. Konkretnej biedrony co kształtami wabi i go uwodzi, a potem zwodzi. Chuderlaczek zapatrzony w nią traci duże złote jajo, które ze sobą na plecach nosi. Inne insekty łobuzy przez całe przedstawienie przekomarzają się z nim i jaja za boga nie chcą oddać. Wyzwania? Odbić jajo i wywalczyć względy z pewnym siebie żukiem. Wśród rozrabiaków przewijają się mrówki, pająki, skoczne świerszcze czy ważki, które tańczą taniec motyli. Jedna postać potrafi wygiąć się nieludzko, inna chodzić po pionowych ścianach. Jeszcze inna wirować w powietrzu.
Jest piątek. Jestem po pracy, podróży i zeźlona na życie. W głowie czuję, jakby ktoś kilofem rozdrabniał moje skamieniałe części mózgu, a jednak zdobywam się na śmiech. Cirque du Solei ma na mnie pozytywny wpływ. Po prostu zapominam. Wchłania mnie. Również muzyka z okolic Rio de Janeiro. Patrzę na huśtające się na cienkich kilkumetrowych źdźbłach trawy koniki polne. Wprowadzają mnie w trans. Rozbrajają. Husiu – huusiu – hu u u siu. Nie zasnę, nie ma mowy. Nie tym razem. Za uchem jakby komar przeleciał a wraz z nim inne insekty. Ile dźwięków. Jak na łące polnej w samo słoneczne południe. Kolory szafiru są wszędzie. Jakby ktoś atrament na scenę rozlał. Jak ja to wszystko wam opiszę?
c.d.n.

KARAIBY DELUXE 25/25

Wersja deluxe? Dlaczego nie? Skoro płyty takie wydają.

Przemierzając Karaiby, usłyszałam słowa, które w pamięci zapadły:
W życiu powinniśmy wszystko wiedzieć, połowę umieć, nic nie robić.
Czy tym sposobem bylibyśmy szczęśliwi? Ja powiem tak.
Dobrze, gdy jesteśmy ciekawi świata. Dobrze, gdy lenistwo nas nie ogarnia. Dobrze, gdy staramy się go poznać nieco, ze świadomością, że wszystkiego w życiu się nie da. Dobrze, gdy znamy swoje cele i mamy marzenia. Dobrze, gdy bierzemy, co nam życie daje i potrafimy się z tego cieszyć. Dobrze jest, gdy mamy odwagę wyciągać rękę, po to, co niesie nam radość.

 

Modern Talking dla ludu

Zabieram Was w podróż do przeszłości. Nie tak dalekiej dla jednych, bardzo odległej dla innych a dla niektórych nieznanej. Czasy mojej młodości. Któż by nie chciał zatrzymać ją na zawsze.
O la Boga
Na plakacie napis Modern Talking. Przecieram oczy. Że co? W moim miasteczku słynącym głównie z koncertów lokalsów a przy większym święcie rodzimych sędziwych wiekiem wykonawców? Ten Dieter Bohlen? Ten Thomas Anders?
To za ich plakatami dołączanymi do znanego niemieckiego kolorowego dwutygodnika Bravo, rozglądałam się jako nastolatka. Była piąta nad ranem, a w kiosku nieopodal mojego bloku długa kolejka i gazet tylko kilka. Po niemiecku były, a ja niemieckiego nie znałam. Pamiętam. Ja ciągle ich pamiętam. Śpiewali dużo o miłości, a ja w wieku byłam, gdzie dziewczyny na chłopaków polują.
Bardziej złośliwi powiedzą: To Oni jeszcze żyją? Ja powiem, troszkę lat upłynęło i siwych włosów im przybyło. O la Boga! Nie aż tyle. Teraz chłopaki po pięćdziesiątce dobrze, ale nie starsi.
Dzisiaj do Modern Talking kroków kilka, a stricte do samego wokalisty Thomasa. Iść więc czy nie iść? Niektórzy ręką machnęli, niektórzy mówią, że już stary. Nie idę. Ja po prostu podjadę samochodem. Sprawdzę, co w trawie piszczy. Takiego wydarzenia nie opuszczę. Zakładam, że będzie się działo, chociaż wiecie? Czasami lepiej się nie nastawiać.

Epizod 1
Sznur pojazdów zjeżdża się cała okolica. Dwupoziomowy autobus z grupą fanów szuka sobie miejsca. Łatwo mu nie będzie. Ja mam dużo szczęście. Idę za muzyką. Koncert na stadionie.
Tak. Tak. Tu gdzie mieszkam, jest stadion, taki zielony, wystrzyżony, wypieszczony dla piłkarzy. Co tam trawa. Przecież w pola Modern Talking zapraszać nie wypada.
Na jednym z końców boiska scena. Przyznać muszę niczego sobie. Tak dużej w tym mieście jeszcze nie widziałam. Powiem – wypasiona. Główny bohater wita wszystkich dookoła. Wsłuchuje się. Głos już nie ten, co ze znanych mi przebojów. Jest nieco niższy, lekko przytłumiony, już nie taki dźwięczny jak kiedyś. Pierwsze kroki są raźne. Uśmiech od początku gości na jego twarzy. Schludnie zaczesane dość bujne jak na ten wiek włosy. Bardzo ciepły i życzliwy człowiek tylko mówi troszkę cichutko, jakby głosu się wstydził.
Stoję daleko od sceny. Na płycie ulokowali się młodsi oraz starsi fani nad fanami. Na trybunach siedzą Ci bardziej stateczni z poważnym wyrazem twarzy. Ciągle w ruchu są tacy, których zowiem szwędaczami. Sympatyczni, chodzą w kółko, jakby się im siku chciało. Siedzą, podpierają barierki, stąpają z nogi na nogę i czekają, co się dalej wydarzy. W powietrzu czuć zapach perfum i trunków wszelakiego rodzaju, zapodanych przez niektórych przed wyjściem dla nieco lepszej zabawy. Specyficzne klimaty. Thomas zaczyna śpiewać. Porusza się dość asekuracyjnie. No cóż, przyznam, że pierwszy kawałek zbytnio fanów nie porywa. Nie ma aplauzu, rąk w górze, a o euforii nie wspomnę. Patrzę po twarzach, Brakuje emocji. Wszyscy tacy jacyś zastani i zrezygnowani nieco. Nastawienie zrobiło swoje. Wiary, że będzie lepiej, zrobiło się mało.
Będę z wami szczera. W pierwszych kilkunastu minutach poddałam Thomasa ocenie. Wielkich szans nie dawałam. Moja głowa pomyślała: Dlaczego niektórzy nie potrafią dać pożegnalnego koncertu i powiedzieć sobie i światu: Tak to już koniec? Dlaczego nie pójdą na ryby czy nie zaczną czytać książek? Dlaczego nie przestaną śpiewać, skoro słyszą co się z ich głosem dzieje? Dlaczego upadają tak nisko? Why?
Lekko oparta o poręcz odsłuchałam jeszcze trzech poprawnie wykonanych z playbacku piosenek. Potem miałam dwa wyjścia. Wrócić do domu albo dać Modern Talking jeszcze jedną szansę.

Epizod 2
Blisko sceny kilka podniesionych rąk pochyla się jak zboże na wietrze. Tam jest potencjał i moc. Wierzę, że tam się coś zmieni. Po kilku minutach wszystko mam jak na wyciągnięcie dłoni. Od Thomasa dzielą mnie barierki i ochroniarz, który stoi w bezruchu jak woskowa w muzeum postać.
Na scenie i wokół niej przepiękna gra świateł, godnych muzyki disco i pop. Dominuje niebieski, nie brakuje też innych kolorów z palety tęczy. Odcienie szarości przenoszą nas przy jednym z kawałków w czasie. Po bokach sceny na tle nocnego nieba setki drobnych baniek leci śmiało ku górze. Moje serce bije w rytm mocnych dźwięków dochodzących z wielkich stojących na scenie kolumn. Wprowadzają w drgania całe moje ciało. Decybele i powtarzalny rytm nadawany przez przystojniaka walącego w talerze zrobiły swoje. No nareszcie. To miejsce w sam raz dla mnie.
W trakcie robienia zdjęć masywny kawaler uderza mnie łokciem, bo żyje mocno właśnie tą chwilą. Za złe mu nie mam. Inna Pani rozanielona giba się i pupą huśta w te i we w te. Teraz delikatnie, ale wierzę, że się rozrusza. Czasami dostaje mi się po bioderkach, na zasadzie podaj dalej.
Wokalista co rusz uśmiechem obdarowuje. Prosta grafitowa marynarka i spodnie w kolorze morskim lekko luźne na pupie dodają mu uroku. Siły już u niego nie te, ale z czasem scena coraz bardziej jego. Ma wieloletnie doświadczenie. Miłe słowa i opowiastki płyną co rusz z ust. Kontakt z publiką jest, a ta w różnorakim przypominam, jest wieku. Im bliżej jestem sceny, tym lepiej. Wpatruję się w ciemne oczy Thomasa. Z młodości pozostał charakterystyczny ruch ręką i wielka chęć śpiewania. Tak do końca świata i o jeden dzień dłużej.

A ja na to, jak na lato
Wybaczyłam uciekający czas, brak głosu dźwięcznego, który z płyt pamiętam. Wybaczyłam playback. Dla mnie te drobiazgi przestały mieć w ogóle znaczenie. Zobaczyłam tych, którzy angażują się na całego. Modern Talking Band i samego dawnego guru muzyki discodance. Bo takim Thomas kiedyś był, sprzedając ze swoim kompanem dziesiątki milionów płyt. Wypuszczał na rynek raz za razem, coraz to nowy przebój. „Wczoraj” wraz z mocnym w rytmach Roxette i przystojniejszymi o niebo Bad Boys Blue grali i śpiewali na największych scenach świata, dzisiaj w mało znanym na kuli ziemskiej miasteczku. Taka kolej rzeczy. Ważnym jest fakt, że starają się bez względu na miejsce, pogodę czy rodzaj publiczności. Grają, bo kochają. Śpiewają, bo bez tego tęsknota za muzyką miałaby swoje miejsce. Bronię? Nie. Staram się znaleźć pozytywy.
Wpatrywałam się w najmłodszego z członków grupy perkusistę. Długie włosy ruszały się w rytm muzyki. Czarne okulary skrzętnie zakrywały oczy. Ręce chodziły jak najęte. Cóż on nie poczynał ze swoim instrumentem. Inny szczupły muzyk z gitarą wczuwał się w każdy najmniejszy dźwięk. Napinał całe ciało, jakby miało mu to w czymś pomóc. Wsłuchiwał się we własną muzykę przy zamkniętych często oczach. Uśmiechał się sam do siebie, kiedy stwierdzał, że mu wychodzi to grajkowanie. Przebój za przebojem. Powracały wspomnienia. Słowa znane starszym, nucili również nastolatkowie. Rąk w górze po godzinie nie brakowało, a bisów było kilka.

Koniec koncertu
Na elektrycznym wózku uzbrojonym w szereg udogodnień mocno niepełnosprawny chłopak jeździ w rytm muzyki, zakreślając po murawie ósemki i koła. Uśmiech od ucha do ucha świadczy o jego stanie. Jemu tak niewiele potrzeba.
Wyszłam szczęśliwa, że mogłam z bliska, że chciałam, że zrozumiałam. Wsiadłam w samochód. Włączyłam muzykę. No zgadniecie jaką? W głośnikach Modern Talking z czasów największej kariery. Chłopcy o czystym głosie i refren śpiewany falsetem. Czy za złe mieć wokaliście, że czas przemija? Wszystkich nas to czeka.

W miejscu, kiedy doszukujący powiedzą, że kicha, ja oddaję szacunek za chęci, miły wieczór, uśmiech, szczere spojrzenia, odwagę. Wszystkie przyjazne rytmy, do których nogi same chodzą. Motywujące i pełne miłości słowa piosenek. Takie Modern Talking zapamiętam.
Jeśli kiedyś z daleka przekreślicie coś na szybko czy poddacie pochopnie ocenie, pamiętajcie: Czasami, a nawet zawsze warto podejść bliżej i lepiej się wszystkiemu przyglądnąć. Wejść w samo centrum. Zobaczyć szczegóły. Poczuć. Dotknąć. Doświadczyć dłużej. Doczekać do końca. Nie oczekiwać za dużo, cieszyć się tym, co się właśnie otrzymało.

Oddech smoka

Co tym razem? Kwintesencja tego, co działo się przez pięć kolejnych dni w sąsiedztwie mazurskich Jezior. Wraz z większą grupą osób, dla których język nie jest przeszkodą, bawiłam się, krzyczałam, płakałam, smuciłam, radowałam, tańczyłam, odkrywałam no nowo samą siebie. Doświadczałam i przyglądałam się własnym emocjom. Czasu na przerwy i pisanie mniej było niż mało. Za to pracy z oddechem, sercem, ciałem i duszą bez liku i więcej by się chciało. O oddechu dzisiaj będzie, jedynym w swoim rodzaju. Nie ważne czy hiszpańskim, meksykańskim, polskim wszak dla oddechu nie ma granic. Oddechu, który bez względu na to, z jakiego końca świata niesie tę samą ze sobą dla każdego wartość. Życie. Wraz z nim jego jakość.

Urodzinowe klimaty
Na środku pomieszczenia stolik i wielki tort urodzinowy. Palce lizać. Na torcie świeczki małe zgrabne a wokół ściśnięte urokliwe białe teelighty. Jest ich nieskończenie dużo. No przesadziłam. Tyle ile konkretnej wielkości stolik kawowy pomieści. Ledwo zauważalna poświata dymu czystego jak poranna mgła unosi się spokojnie w górę. Ogień poruszony przez stojące wokół osoby delikatnie kołysze się i rzuca na ścianę żółte odblaski. Te z kolei mieszają się z pomarańczowo — czerwonym kolorem ścian dużego pomieszczenia. Homo sapiens obu płci ubrani jak anioły, dzierżą w dłoni białe jak śnieg róże i tego samego koloru balony. Wszyscy zatrzymali na chwilę oddech i czekają, co się zaraz wydarzy. Solenizant zamarł w skupieniu na chwilę. Nabrał powietrza. Płomienie przechyliły się i nagle wszystkie świeczki jednocześnie zgasły. Jakby po sali przeszło potężne tsunami. Wielki podmuch, jaki można spotkać u smoka, sprawił, że wszystkie światełka posłuchały się bez mrugnięcia oka. Wszyscy zamarli. Gdybym napisała, że to był oddech pełną piersią, skłamałabym. Wychodził z całego ciała, z wszystkich zakamarków gdzie wewnątrz nas zaglądać może życiodajne powietrze. Ten moment to potwierdzenie, że trafiłam na niepowtarzalnego nauczyciela, który praktykuje bez końca. No cóż, szczęściarz. Materiał, na którym pracuje ma przecież zawsze pod ręką.

Warsztaty oddechowe
Ktoś powie śmiech na sali. Przecież oddychanie zostało nam dane i mamy do niego odwieczne prawo. Jest i uznajemy to za zupełnie normalne. Po co tak w ogóle głowę sobie tym zawracać. W czasach gdy tyle mamy na głowie. Czyżby?

Oddychanie
Czy zauważyliście, jak jego jakość spada, z każdym dniem im jesteśmy starsi i starsi? Wyobraźcie sobie noworodka. Słodkiego bobasa leżącego w łóżeczku. Rozgląda się spokojnie. Ma rozluźnione ciało odwiedzione na boki nóżki i rączki, które odpoczywają. Co jakiś czas tylko unoszą delikatnie do góry i bawią się z przestrzenią. Jego klatka piersiowa, brzuch i przepona unoszą się w odpowiedniej kolejności. Oddech jest rytmiczny i głęboki. Powietrza maluch sobie nie żałuje. Wypełnia nim po brzegi wszystkie wewnętrzne organy odpowiedzialne za oddech. Ładuje się, aby mieć siłę kopać i ruszać rączkami, kiedy na zabawę przyjdzie ochota. Brzuch unosi się, przypominając ruch meduzy. Piękny widok. Jeszcze piękniejsze jego doznania.
A teraz przyglądnij się sobie. Jaki jest Twój oddech? Czy jest płytki i bez życia? Jak mocno trzeba się wsłuchiwać, aby go usłyszeć? Popatrz na swoją klatkę piersiową i całą linię od gardła aż do okolic, gdzie zaczyna się strefa intymna. Co tam się dzieje? Czy przypomina to ruch łagodnych fal na morzu? Czy czujesz, jak pod pokładem skóry powietrze przepływa jak krew w żyłach? No tak różnie to z nami bywa. Powiem nawet, że często kiepsko to widzę. Zgarbieni, w wyniku wielokrotnego strachu zaciskający klatkę piersiową, z napiętymi mięśniami w jej okolicach, pełni obaw, traum, zamykający serce przed tym, co piękne kroczymy z tym przez życie. Z oddechem, który kończy się w okolicach piersi, bo dalej nie dajemy mu dojść do słowa. Dziwimy się, że sił przy ćwiczeniach fizycznych nie ma, że poblokowane w nas emocje spać nie dają i że seks nie wychodzi. No Kochani moi drodzy: Z pustego i Salomon nie naleje. Dalej powiecie E tam?
Dziwicie się, że wybieram lekcje oddychania zamiast SPA? Tak. Wybieram, bo wiem, co w życiu jest ważne.

Zatracenie
Nabieram wielki łyk powietrza. Rozkładam szeroko dłonie, jakbym miała wzbić się do długiego lotu. Czuję powietrze muskające mnie pod pępkiem. Czuję go, jak schodzi dużo niżej. Mam wrażenie, jakby moja tchawica miała średnicę rury od odkurzacza. Ładuję się. Gdybym tylko miała skrzydła.
Oddech. Jak wiele ma wspólnego z naszymi blokadami, smutkami, strachem, bólem, złością i innymi emocjami. Jak wielkim może być lekarstwem w walce z naszym kiepskim samopoczuciem i wszystkim, co nie pozwala żyć pełnią życia. Jak dalece odpowiada za jakość naszego życia, niewielu zdaje sobie sprawę. Wiedzą to ci, którzy są tutaj ze mną dzisiaj.

Dobrze po północy
Z dużej sali ćwiczeń do mojego pokoju sznur korytarzy. Wchodzę po stromych schodach. Mijam wielki zbiór książek poustawianych w gablotach i uśpioną kuchnię, gdzie jutro znowu będzie pachniało ciepłą owsianką. Zaraz potem jadalnię i rudego kocura, który zapadł na stole w głęboki sen. W wielkim pokoju dziennym z kominkiem pośrodku grupki rozanielonych ludzi polegują na wielkich miękkich kanapach. Przytuleni, uśmiechnięci z błyszczącymi oczami, którym spanie nie w głowie teraz. W większości poubierani na biało wyłożyli się, celebrując ostatnio spędzone w tym miejscu dni. Jest dobrze po północy. W pokoju przytłumione światło rzuca na ścianę żółtą poświatę. Warsztat oddechowy, nie mój pierwszy dobiega końca. Trudno ująć go w kilku słowach: Miłość, praca nad sobą, satysfakcja.
Patrzę na twarze. Policzki rumiane jakby muśnięte słońcem, radość w oczach, mocno ukrwione wargi i zaróżowione ciało, które właśnie dostało potężną dawkę tlenu. Zero frustracji i mimo że nie wszystko przepracowane, wielka wiara na przyszłość. Zerkam na głowy, które znalazły na wiele pytań odpowiedzi i otwarte serducha, które mają chęć do dalszego działania po dniu pełnym pracy nad samym sobą. Moje serce się cieszy. Kocham przebywać wśród takich ludzi.
Mijam wszystkich, nie zatrzymując się. Cenię ich bliskość, ale czasami lubię też być sama. Wszyscy tak mamy. Jutro po śniadaniu wiem, że znowu dostanę w prezencie „prysznic miłości”, że zupełnie za darmo ludzie, których dopiero co poznałam, wesprą mnie zastrzykiem wspaniałej energii. A wszystko dzięki pracy z oddechem.

Wątpisz, w to, co piszę? A może pojawiła się ciekawość?
Jeśli znalazłeś czas na czytanie, wierzę, że znajdziesz jeszcze kilka minut, na sprawdzenie ile w tym prawdy co piszę. Dla chętnych, którzy lubią doświadczać wskazówka. Zrób ćwiczenie dokładnie bez oszukiwania samego siebie. Sprawdzaj.
Połóż się wygodnie. Zostaw na chwilę wszystkie płynące myśli a wraz z nimi codzienne bolączki. Idealnie, jeśli jesteś po jakiś wysiłku fizycznym, ale niekoniecznie. Rozluźnij ciało. Odchyl lekko głowę. Zamknij oczy i otwórz szeroko usta. Oddychaj tylko ustami. Bez obaw nikt nie patrzy. Nabierz głęboko powietrza. Powoli, powolutku. Poczuj, jak Twój korpus unosi się rytmicznie. Trudne? Z każdym oddechem jest lepiej. Powtórz kilka razy. Baw się tym i sprawdź, jak reaguje Twoje ciało. Luknij, co się dzieje z brzuchem. Połóż delikatnie na mim rękę. Czy brzuch drży? A może zrobił się cieplejszy? Spróbuj pomasować, poklepać, oddychaj głęboko. Poczuj, to zanim podejmiesz decyzję, że wstajesz, bo to nie działa. Daj sobie chwilkę.
To, co poczułeś to kropla w morzu. Namiastka. To dopiero z oddechem początek przygody.

Kładę się spać. Przed oczami mam jeszcze wielkie stopy Trenera i człowieka, dzięki któremu mogę dzisiaj o magii oddechu pisać. Mają wysokie podbicie i są mocno uziemione. Prowadzący stoi stabilnie. Na Sali stóp dużo więcej. Czuję jeszcze energię, którą obdarzają mnie pozytywnie nakręceni ludzie. Mieliście okazję przebywać z takimi? Dotykam własnej przepony. Unosi się wysoko. Chcę więcej i więcej. Chcę rozkładać ręce. Masy pochłoniętego dzisiaj powietrza rozluźniły moje mięśnie. Zasypiam jak dziecko. Rączki w górze. Pozycja z wczesnego dzieciństwa, w którym nieznane nam były złe doświadczenia. Gdzie drzemała w nas ciekawość, zaufanie i miłość do świata. Do samego Siebie. Mruczę jak kot. Wiem, że żyję. Zasypiam. Zostawiam Was z nową wiedzą. Do Was należy decyzja, co z nią zrobicie.

Wstaję, bo warto

Wydłuża się lista moich bezcennych słów. Co tym razem?
Otwieram oczy. Biorę do ręki telefon. Czytam:
Wstaję, bo WARTO.
Miłe słowa. Noc u mnie była krótka, a dzień poprzedni należał do tych, co zmęczenie za sobą niosą. Takie słowa w tym momencie całkiem są na miejscu. Kojące i dające do myślenia. Pozytywnie nastawiają. Albowiem warto sprawdzić, co nowy dzień niesie. Po co? Bo można coś naprawić, co w naszym mniemaniu zepsuło się wcześniej, zmienić to, z czego byliśmy nie do końca zadowoleni. Móc pocieszyć się życiem dzisiaj, gdy poprzedni dzień nie należał do tych najlepszych. Warto, by coś nowego zobaczyć, spróbować, dotknąć czy zaplanować, powspominać to, co akurat przyjemnego nam się przydarzyło.
Pamiętajcie: Każdy dzień jest inny od poprzedniego. Nie lepszy. Nie gorszy. Po prostu inny.
Miłe słowa na dzień dobry cieszą. Dostajesz takie? Jeśli tak, to szczęście Ci sprzyja.
Nie? Zastanawiające.
No ale nie powiesz mi, chyba że nie wysyłasz od czasu do czasu? W to nie uwierzę.
Słów dobrze nastrajających Ciebie i innych każdego ranka życzę.

Znalezione nie kradzione w lodowych klimatach

Rodzinne firmy bardzo sobie cenię. Te z dziada, pradziada. Takie z tradycją. Gdzie w dobie nadchodzących czasów zachłanność i wygoda, nie sprowadza ich na manowce. Z tą jedną, którą opiszę, wiąże mnie przygoda. Dzisiaj będzie słodko, lodowo i unikatowo. Dzisiaj o ludzkiej uczciwości i o niżańskiej lodziarni U SUCHOJADA. O tym i o tamtym.

Lody
Czy jest ktoś taki, co ich nie lubi? Który przejdzie koło nich i nie zaślini się na ich widok choć troszkę? Nie wszystkie dobrze smakują, ale są takie, których smak trudno jest zapomnieć. Po które ludzie potrafią jechać dziesiątki kilometrów i które z Polski do Stanów drogę w termosach i walizkach wraz z ciuchami w luku bagażowym przemierzają. Takie od, których uzależniamy się, bo towarzyszą nam od dziecka i naszym dzieciom również.
Wyobraź Sobie lody. Takie słodkie w chrupiącym wafelku szczególnie w dzień, kiedy z nieba żar się leje. Te, co czasami rozpuszczają się od słońca, spływając nam po palcach jak letni deszcz po gładkiej szybie, łaskocząc lekko i dając nam o swojej obecności sygnał. Chłodne oblizujesz z każdej strony, żeby żadna kropla niżej nie upadła. Żeby w Twojej buzi wylądowała, przedłużając podniebienia rozkosz. Trzymasz je jak cenną zdobycz i chcesz ich wartości jeszcze na długo zapamiętać.
Jeszcze przed chwilką widać było zwartą jasną, zimną masę, która powoli wpadała z dyszy maszyny w miejsce docelowe. Pani wafelkiem kręciła. Ruch spiralny sprawiał, że na górze powstała zgrabna forma w postaci stożka. Cacko, któremu żadna lodowa gałka nie dorówna. Teraz trzymasz je w ręce.
Kombinacji kolorystycznych w lodach od Suchojada nie ma, bo nie są po prostu potrzebne. Jeden kolor od lat niezmienny, gdzie biały z odrobiną żółtego i ociupinką słonecznego pomarańczowego miesza się, dając subtelną barwę ecru, lekko błyszczącą w świetle. Patrzysz ile w tym kolorze przyjemnego ciepła, chociaż sam obiekt zainteresowania na przekór barwie jest zimny. A co ze smakiem?
Wyobraźcie Sobie lody, w których smak z zapachem się miesza, tworząc jedność. Jak Yin Yang. Pierwotne i przeciwne, lecz uzupełniające się siły. Takie, które można pokochać, bo dają nam błogie chwile. Dzięki nim przez minutę czy dwie możesz poczuć rozluźnienie. Jesteś tylko Ty i troszkę zamrożonego magicznego słodkawego lekko tłustawego płynu. Siedzisz Sobie na ławeczce, liżesz jęzorem raz za razem i nic więcej dookoła Cię nie interesuje. Tu i teraz w najprostszym wydaniu.
Wyczuwalny smak mleka i żółtek jajek w tutejszych lodach przypomina mi dzieciństwo, kiedy z babcią trzymając w ręce pustą kankę, podążałam po swojskie smakołyki do kobiety, która krowy i kury w centrum innego małego miasteczka hodowała. Czasy beztroski.

Wszystko jest po coś
Jestem w drodze z pracy. Jestem na lodach, chociaż było mi zupełnie nie po drodze. Tak miało być. Wszystko jest po coś. Dzisiaj w kolejce nie stoję. Wiele osób jeszcze w pracy, pusto jednak też nie jest. Przede mną znajoma mi osoba. Wpadam na chwilę na obiecane lody. Temperatura osiąga zenitu. Duszno. Obsługuje mnie miła Pani. Jej twarzy nie zapamiętuję a szkoda. Dopiero wieczorem poznam jej prawdziwe uczciwe oblicze. Większość chodzi, jakby ktoś im dał obuchem w głowę. Ja również po ostatnich dniach jakaś taka nieobecna. Skupienia brakuje. Do tego chcę szybko. Macie takie dni? Ja od czasu do czasu. Kupuję małego loda z maszyny. Zagadałam się. Na ladzie portfel zostaje. Rarytas kończę w samochodzie. Jadę dalej.

Różne spojrzenia
O braku małego, aczkolwiek przydatnego co nieco, dowiaduję się niewiele później. Faktu nie pamiętam. Rodzą się podejrzenia. Kiedy przydarza mi się coś takiego, staram szukać się pozytywów. Po co? Zawsze to lepsze od biadolenia i paniki. Moja głowa podpowiada: Może to nowy rozdział w Twoim życiu? Może przy wyrabianiu nowych dokumentów po urzędach, znowu wydarzy się coś, co zmieni Twoje życie? Może poznasz kogoś nowego? Takie myśli mają na mnie zbawienny wpływ.
Kiedy poprzednim razem ten sam przedmiot zawieruszyłam (dobrze słyszycie, proszę się nie śmiać) doświadczyłam ludzkiej życzliwości, bezinteresowności. Wyobraź sobie sytuację, że odzyskujesz nadzieję, bo komuś zależy, gdy Ty zaczynasz już wątpić. Bo komuś zależy na Tobie. Cóż to jest w perspektywie tych kilku złotych?

U mundurowych.
Chcę zgłosić fakt o zaginięciu lub kradzieży. Na Policji miły funkcjonariusz kieruje mnie do poczekalni. Cicho i pusto. Tylko ja, krzesła i małomówny Benjamin. Mowa o dość pokaźnym kwiatku ficusem nazywanym. On na mnie patrzy a ja na niego. Czy coś mi chce powiedzieć? Jakby chciał pocieszyć. Mam wrażenie, że wie więcej niż nie jeden tutaj stróż prawa. Telefon na rozładowaniu. Dzwoni. Z małego wbudowanego głośnika dochodzą dźwięczne kobiece słowa: Mamy Pani portfel. Numer sczytaliśmy z wizytówki. Znowu nie zapamiętałam imienia. Co za dzień. Jadę. Benjaminie, jesteś kochany. Wszystkim, którzy przyczynili się do odnalezienia zguby w tym właśnie miejscu dziękuję.

Między starymi drzewami
Podjeżdżam pod Suchojada. Miejsca przed wejściem niewiele, ale znalazło się na kilka ławeczek. Wielkie drzewa dają cień, chroniąc często przed słońcem oczekujących tutaj niejednokrotnie. Reklamy ze świecą tu można szukać. Czy jest potrzebna? O tym miejscu wie każdy lokalny, a przyjezdny znajdzie po ustawiających się kolejkach. Pytanie, na co komu wyklejki potrzebne? Kiedy zakładano to miejsce, jakość i człowiek były najlepszą reklamą. Tak jest do dzisiaj. Tylko dzisiaj główny bohater już nie stoi na plantach z niewielkim wózeczkiem, ale godzinami na zapleczu się chowa. Inny zasięg, chociaż ciągle łac. manus, manufactura, czyli rękodzieło.
Mam okazję poznać samego właściciela i jak się potem okazuje dużo z historii tego miejsca. Teraz już wiecie, po co gubi się portfele? Sympatyczny mąż i ojciec półtorarocznej pociechy, której smak lodów nie jest jej obcy, stoi i macha do mnie. Portfel oddaje i zaczyna opowiadać. Jego buzia się uśmiecha. Nie zdążył się jeszcze przebrać. Wygodne ubranie w postaci prostej koszuli zwisającej na luźne spodnie, oprószone jest delikatnie mlekiem w proszku, jednym z tajemnych składników tutejszych lodów. Oczy wpatrzone gdzieś daleko. Obecny, ale jakby gdzieś myślami błądził. Jakby odpoczywał po całym ciężkim dniu pracy. Jest późny wieczór, powietrze nadal ciężkie, ale od kiedy słońce zaszło, zrobiło się o niebo przyjemniej. ON zaczyna opowiadać.

O tym i o tamtym
O tym, że nazwisko Śnieżek dla tego miejsca nie przyjęło się i o tym, że to nie ma znaczenia. O tym, jak pierwsze produkty chłodziły się w bryłach wielkiego lodu wycinanego na rzece San. O perypetiach dziadka, który co rusz musiał zmieniać miejsce handlu, bo działalność własna w tamtejszych czasach była tylko dla wybrańców. O skomplikowanym procesie tworzenia smakołyku i jego skrupulatnie dobieranych składnikach, które zmieniają się na przełomie lat, przez co trzeba być ciągle czujnym. O podgrzewaniu i schładzaniu do odpowiednich temperatur. O dziesiątkach kilogramów mikstury, która przechodzi przez ludzkie ręce, bo bez tego ani rusz. O tym, że stare sprawdzone maszyny ciągle są na chodzie oraz że nowe kosztują krocie, a i tak trzeba je przerabiać, żeby tradycyjny lód miał swój naturalny ciężar. O tym, że lody smakują, gdy słońce na niebie i nie koniecznie musi być wtedy ciepło. I dużo więcej.
Słuchałam i nasłuchać się nie mogłam, o tym, jak Pan Paweł każdego dnia przed świtem wstaje. O krótkich nocach. O życiu bez wakacji. O tym, jak niektórzy daliby dużo, aby tajemnice składu suchojadowych lodów poznać. Jestem pełna podziwu, że na wielkie pieniądze właściciel się nie kusi, tylko dlatego, żeby dziadek nie przewracał się w grobie. Dzięki takiemu myśleniu wiem, że lody, które mam przyjemność co jakiś czas jadać, przez długo pozostaną niepowtarzalne.
Dzisiaj dowiedziałam się, że od drzewa rosnącego po prawej stronie wejścia, do kasy stoisz około 7 do 9 minut. Długo? Nie widziałam nikogo, kto by ze stania zrezygnował, a są tacy, co minuty liczą, bo stałym klientem są prawie od zawsze. Dziwisz się?

Czym dla mnie jest obecnie SUCHOJAD?
To miejsce niestandardowe, które pamiętam z dzieciństwa. Bez reklamowej pompy, przyjazne z każdej strony. Miejsce, gdzie nie stawia się na wygodę, a na ciężką pracę. Nie miesza wody ze sztucznym proszkiem i we włoskich maszynach lodów nie napowietrza. Maszyna, chociaż zewnątrz wyglądem zagraniczną przypomina, serce w środku po przeróbkach ma już zupełnie inne, bo suchojadowe.
W tym miejscu wśród załogi spotykam ludzi którzy znają słowa wyrozumiałość, szlachetność, prawość czy uczciwość. Wśród lodowych zjadaczy obserwuję tych, którzy całokształt dostrzegają, którzy nie mówią, było lepiej, jest gorzej. Delektują się nie tylko smakiem, ale widzą inność tego miejsca. Wracając z pracy, zatrzymują się na chwilę, aby zwolnić. Osłodzić sobie trochę życie. Zakosztować tego, co od lat niezmienne w czasach gdzie za zmianami trudno nadążyć. Odpoczywają kilka minut od zgiełku.
Dzisiaj właśnie w tym miejscu, spotkałam się z uśmiechem na twarzy. Z uczciwością, w którą zawsze wierzę. Mam kilka upatrzonych lodziarni, jednej wierna nie jestem, jednak tutejsze lody są dla mnie czymś więcej. Przesycone miłością do tego, co się robi, przekazywaną z pokolenia na pokolenie jak na razie nie mają pod tym względem sobie równych.
Czytając moje wpisy, możecie czasami mieć wrażenie, że słodzę albo reklamuję na życzenie. Nic bardziej mylnego. Doceniam dobre, kiedy inni słabości rozdmuchują. W czasach gdy ma być szybko, łatwo, opłacalnie. Piszę, gdy coś mnie pozytywnie zaskakuje. Tak jest również tym razem.

Konkluzja
Słyszałam o tym miejscu mniej przychylne opinie. Pamiętajcie: Łatwo jest krytykować, dużo trudniej chcieć poznać prawdę. Może i smak lodów na przełomie tych wielu lat się zmienił, ale czy w życiu chodzi o porównywanie? Możesz testować, próbować, oceniać, krytykować, jak to niejednokrotnie spotykam się na forach. Tylko po co? W czasach gdy nic nie jest wieczne, smakuj, przyglądaj się, dociekaj, przysłuchuj. W dobie gdzie lodziarni na każdym rogu nie brakuje, znajdź po prostu swojego SUCHOJADA. Polecam takiego z duszą. Bo smak zależy również od tego, co kryje się w środku.

 

Baloniku nasz malutki rośnij duży okrąglutki

Tak w ogóle to zdarzenie nie miało mieć miejsca. Nie było planowane. Przytrafiło się nagle. Samo przyszło. W dniu, gdy już myślałam, że nie przytrafi się nic miłego. Wzięłam z otwartymi rękami, to co mi życie dało. Powiadam Wam, było przefajnie.

Balonowe lato
Dzień zbliża się ku końcowi. Miałam wracać do domu. Wsiadam w samochód. Tuż obok mnie impreza pt. Balonowe lato. Baloniki lubię. Tutaj mam okazję popatrzyć na te powietrzne. Te o których, twierdziłam, że sympatyczne, lecz do życia niewiele potrzebne. Wdzięczne okrągłe, ulotne coś. Wielka powłoka — dawca reklamy.
Na widowisko dałam się zaprosić. Na wielkim miejskim placu obok stadionu zbiorowisko statków powietrznych. Setki metrów materiału leżące na ziemi. Ludzi troszkę, ale przestrzeń jest. Można podejść bliżej. Tam, gdzie nie bronią, często podchodzę.
Gondolki, czy jak nazywają niektórzy kosze, stoją blisko siebie. Niektóre czasze wypełniają się powietrzem. Bydlaki rosną jak na drożdżach na moich oczach. Następne samochody z aerostatami zjeżdżają się zaraz za mną. Jest szybko. Tak ciach — prach i po sprawie. Nie nadążam kodować.
Jakbym akcję ratowniczą strażaków oglądała.
Stoję obok jednego z samochodów. Z wielkiego wora ktoś ładnie złożoną wielometrową płachtę rozwinął. Dobre 20 metrów będzie. Obstawiam, że trochę więcej. Inni kosz z czterema wielkimi butlami z gazem w jego narożnikach położyli na boku. Nikt mnie nie zna, a czuje się, jakbym była częścią grupy. Nikt mnie nie przegania. Dookoła miłe spojrzenia. Stoję bardzo blisko.
Tuz obok mnie wielki wirnik włączono. Pomyślałam: Ale suszara. Na basenie wszystkich na raz by migiem obskoczyła.

W środku akcji
Nagle słyszę męski głos: Może Pani tutaj nogą przytrzyma? Dmuchawa ma tylko nie odjechać. Oczywista sprawa, że się zgodziłam. I już moja noga wózek wirnika, który czasami lubi uciekać przytrzymywała. Czasza zaczęła się szybko powietrzem napełniać, a ja czułam się, jakbym zaliczała siłownię, chcąc okiełznać urządzenie. Oj! Wczułam się w rolę. Tkanina zamieniła się w wielki parasol. Od czubka balonu, dalej ode mnie następna istotka na długiej grubej linie trzymała wszystko w ryzach. Gdyby ten grzeczny, ułożony, piękny balonik, chciał zrobić psikusa, nie byłoby gadania. Nagle do środka jakaś pociecha będąca z załogą wleciała. Jeden z urzędujących sprawdził w środku materiał. Kiedy wyszli, w ruch poszła zapalniczka. Pojawiła się łuna ognia. Bajer. Sekundami robiło się jak w Mordorze gorąco. Taka sauna na świeżym powietrzu. Bajer jeszcze większy.
Podczas całej akcji przesympatyczna z buzi kobieta, uśmiechała się przy każdej nadarzającej się okazji. Jakby chciała zapytać: Dobrze się Pani bawi? Jakby chciała potwierdzić, że jestem tu mile widziana. Jakby chciała rzucić słowa: Zobacz. To mój świat. Piękny. Nieprawdaż?
Bardzo miło jest, czuć się częścią takiej grupy. Bardzo miło zaznać czegoś nowego. Liznąć świata bez silników, przemierzanego w wiklinowym koszu, gdzie można wczuć się w postać Calineczki.
Na czole pilota ubranego w czarny kombinezon, pojawiła się kropla potu. Nie pamiętam do końca wszystkich twarzy, nie przypominam sobie, kto jak był ubrany. Zbyt mało było na to czasu. Zapamiętałam tę jedną kroplę potu i wszystkie uśmiechy na twarzy. Pełną werwy kobietę i równie aktywnego, aczkolwiek emanującego spokojem pilota. Łuny światła dookoła. Mocne odgłosy ulatniającego się z wielkich dysz gazu. Niskie dźwięki jakby smok z jaskini ogniem co jakiś czas zionął. Mnóstwo kolorowego materiału. Uderzenia ciepła w i tak już ciepłym nagrzanym po całym dniu od słońca powietrzu. Emocje związane z samym rozkładaniem oraz zaangażowanie i organizację do pozazdroszczenia. Radości tych, co latają, że pogoda dopisała. Tym ludziom tak niewiele do szczęścia potrzeba. Stałam zaskoczona. Nagle wirnik przestał się kręcić. Balon już stał grzecznie w pionie. Kosz kilka centymetrów nad ziemią unosił się z gracją. Aerostat był gotów do lotu. Wszystko to raptem w kilka minut. Byłam tam w samym centrum. Uwierzycie? Tak nagle, tak nieplanowanie, tak zjawiskowo. Wiecie? Ja już nawet nie musiałam lecieć, mnie już było dość dobrego. Spanie i ziewanie odeszło. Pojawiły się endorfiny.

Wpis ten dedykuję miłej Pani o imieniu mi nieznanym, która potrafi rozmawiać, uśmiechając się tylko. Która podzieliła się w trakcie całej akcji wiedzą mi dotychczas tajemną. Tej, co balon ma zawsze pod ręką i własnym zamiłowaniem potrafi innych zarażać.
Piszę o tym, aby zachęcić wszystkich:
Łapcie szczęście za ogon. Szanse wykorzystujcie, nowego próbujcie. Szukajcie osób, które kochają inne, które przyjmą Was z otwartymi rękami, dadzą dotknąć i nieznanego życia pokosztować. Tak za drobną pomoc czy po prostu zupełne free.

Zanim zaczniemy robić cokolwiek, warto zapoznać się z całą oprawę. Przekonałam się o tym dzisiaj. Zanim dotknę nieba, doświadczyłam równie wielkich radości. Sam lot balonem można porównać do wisienki na torcie. To szczytny cel. Inauguracja. Pamiętajcie jednak, że to w torcie najlepsze smaki i doznań przy nim najwięcej. Wisienka jedna a tort po drodze duży. Do wisienka czasami droga daleka. Nią również warto się cieszyć.
Czy kiedyś polecę balonem? Rano powiedziałbym: Nie ciągnie mnie. Wieczorem oznajmiam: Oczywiście. Zanim jednak to się stanie, w przygotowaniach osobiście poproszę o udział. Tego, co przyjemne nikt mi już po dzisiejszym dniu nie odbierze.

Noc mnie tu zastała. Wracam. Będąc już w większej odległości, obracam się za Siebie. Jeden balon przy drugim, ocierają się delikatnie o siebie. Każdy innego koloru. Wszystkie wypełnione naturalnym pomarańczowo — żółtym światłem. W nocy robią na mnie dużo większe wrażenie niż w dzień. Fukają i zioną ogniem, żegnając w ten sposób. Nie zostają mi od dzisiaj obojętne.

Coldplay na Narodowym bawi się w kolory

Późną nocą czytam z rockowego koncertu recenzje. Zamykam oczy. Moje wspomnienia wracają. Zabieram Was na show, którego powtórzyć rzeczą wręcz jest niemożliwą. Zapraszam na przedstawienie widziane, podsłuchane i obwąchane. Obiecuję, że nudnych tytułów nie będzie wiele, za to dużo o kolorach, przystojnym ponoć wokaliście i najmłodszej uczestniczce. O Stadionie Narodowym troszkę, bo tez zrobił miłe na mnie wrażenie.

3 godziny przed koncertem
Leżę na poddaszu w jednej z warszawskich kamienic. Do starówki stolicy piechotką raptem kilka minut. Przez małe białe okienko wpadają promienie mocnego letniego słońca. Wyłapują je sprytnie wszystkie białe zwisające luźno rolety. Wpatruję się w równie bielutki sufit. Wsłuchuję się w odgłosy dobiegające z tutejszej uliczki. Od granitowej kostki odbija się dźwięk końskich podkutych kopyt. Wyglądam ciekawa na zewnątrz. Liczne knajpki wyszły na ulicę. Przy stolikach rozmowy takie o wszystkim i niczym jak to w niedzielne ciepłe popołudnie. Pachnie kawą i rozgrzanym miejskim powietrzem. Za chwilkę wyruszam UBER-em, bo tak szybko i przyjemnie. Nie słyszę na jedno ucho. Chwilowy defekt. Czy będzie to miało jakiś wpływ na odbiór samego koncertu znanej brytyjskiej grupy Coldplay? Nie sądzę.

O Narodowym słów kilka
Mimo że
przejeżdżałam tędy wielokrotnie, w środku Stadionu Narodowego w stolicy nad samym brzegiem Wisły jestem po raz pierwszy. Jakoś tak wcześniej nie było okazji zaglądnąć bliżej. Sympatyczne miejsce. Pamiętam moc protestów i krytyki, gdy założenie powstawało. Wewnątrz w pierwszej kolejności urzeka mnie konstrukcja. Tony żelastwa wiszące w powietrzu nad głowami zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Pamiętajcie: Nawet jeśli coś wygląda na delikatne, przy tak wielkich rozpiętościach ma swoją wagę i przekroje. Mocnych nie ma. Wierzcie lub nie wierzcie, sprawdzić zawsze można.
W górze moją uwagę przyciągają również materiałowe żagle na części zadaszenia. Mają w sobie tyle ciepła i delikatności a w dodatku jak niewielu sposoby, aby utemperować światło.
Przez otwarty dach widać niebo a po nim delikatne jak mgiełka przemieszczające się chmury. Patrzę niżej. Czerwone wygodne fotele pięknie komponują się z jasnym materiałem nad głowami, grafitem pokrowców nieaktywnych sektorów za sceną, czarnymi masztami z nagłośnieniem, żółtymi kamizelkami służb informacyjnych i kolorowym tłumem. Ten zlał się w całość. Dziesiątki tysięcy malutkich główek wygląda jak końcówki od szpilek.
Scena wyważona. Po bokach fikuśne ekrany, przypominające starożytny kwiat życia, który pojawia się często w twórczości zespołu. Począwszy od logo po motywy na ciuchach i instrumentach. Na środku kolorowo i bąblowo. Zerkam na centrum. Płyta główna już prawie pełna. Ktoś zdjęcia robi, ktoś inny nagrywa, chociaż na scenie nic się jeszcze nie dzieje. Przecież trzeba dać znak tym, co nie wiedzą, że się jest akurat w takim miejscu. W dobie Internetu, telefonów typu smartphone i SNAP-chatów to wręcz nieodzowny element.

Wielkie oczekiwanie
Tak sobie siedzę i czekam. Półmrok. Pierwsze reflektory poszły w ruch. Nie dość, że głucha jestem, to jeszcze mnie oślepiły. Pięknie. Kaleka ze mnie coraz większa. Nie szkodzi. Podobno wokalista Chris Martin jest przystojny. Trzeba to sprawdzić. Czucie jeszcze jest i węch. Wierzę, że wzrok poprawi się lada moment.
Ja czekam, a tymczasem technicy sprawdzili efekty mgły. Osobniki różnej płci, narodowości i w różnym wieku zaczynają pogwizdywać. Emocje rosną. Zachodzi słońce. Na najwyższych trybunach pojawia się pierwsza tak zwana fala i oklaski tych, co akurat fali nie robią. Teraz na mnie kolej. Opuszczam Was na sekundę. Wstaję z rękami do góry. Siadam. Jakoś trzeba sobie czas oczekiwania zabić. Do opisu wracam.
Rozhulała się tutejsza publika. Fale się zgrały. I to wszystko bez słów. Zaczęło się od jednego człowieczka, a skończyło na dziesiątkach tysięcy. To jest jak zaraza. Gdyby tylko takie nas nękały epidemie. Na koniec dołączyła Płyta. Znaczy ci, co na samym środku będą oglądać na stojąco. Pierwsza fala, druga, końca nie widać. Czy kiedyś nastąpi? Tak. Gdy na scenę wyjdzie czterech wspaniałych: Chris, Jonny, Guy i niejaki Will.

Godz. 20.45
Nad płytą nagle zaczynają latać kamery. Na niewidzialnych wręcz linkach śmigają we wszystkie strony i obracają się wokół własnej osi. Tańczą, wręcz jakby chciały zwrócić na siebie uwagę. Nadaremnie. Ludziska patrzą w inną stronę. Zaczyna się Kochani.
Wow! Szacunek dla Coldplay za punktualność. Co do minutki! Wielcy Niezepsuci. Tak nazywam tych, co szanują Uzdolnionych inaczej. Mgły na scenie i aria operowa otwierają przedstawienie.
Po minucie stadion pokrywa cała paleta kolorów. Po dwóch minutach wszyscy stoją. Wychodzi on. Chris. Główna postać tego zamieszania. Pod szafirowym T — shirt biała bawełniana koszulka z rękawem ¾. Obie mniemam, posłużą do przecierania mokrej głowy i czoła. Na nogach kolorowe charakterystyczne trampki. Pomarańczowe podeszwy, różowe sznurówki, dużo niebieskiego. Dodatki w postaci kolorowego paska i równie kolorowej rzemykowej bransoletki. Cacy. Na tyłku jeansy. Dziury równomierne po bokach. Jakby ktoś dziurkaczem w równych odstępach zrobił. Takie inne niż zwykle. Na portkach również troszkę kolorowych kwiatowych akcentów. Słowo kolor będzie się często dzisiaj powtarzać. Czuję to.
Pachnie mgłą i powietrzem znad Wisły. Podłoga zaczyna tętnić. Stwierdzam, iż wokalista niczego sobie.
Czy Chris jest faktycznie przystojny? Kwestia gustu. Na pewno wysportowany. Już na samym początku wybiega sprintem ze sceny prawie do połowy płyty głównej. Na trzecim kawałku pot go oblewa. Nie dziwne, bo rusza się, wije i skacze. Młodzież twierdzi, że: Jak na swój wiek, nieźle Sobie radzi. Że co myślę? Ach te nastolatki, nie wiedzą, że niedługo i ich dopadnie.
W powietrze w tym czasie wypuszczają „ptaki”. Niebieskie, zielone, fioletowe. Miliony drobnych papierowych osiadło na głowach tych, co na środku. Na wielkich ekranach również skrzydlata zwierzyna. Oczy mam dookoła głowy.
Wyobraźcie Sobie, że ktoś obok Was, do worka wyzbierał czystą nieskażoną tęczę, a teraz obdarza nią w różnej postaci wszystkich co dookoła. Dzieli się z wami kolorami, a wraz z nimi wielką radością. Upajam się chwilą.

Pierwsze pół godziny
Cóż mogę powiedzieć? Efekty wizualne zaskakują od początku. Z ust wokalisty pada spontaniczne, polskie: Dziękuję. Już wiem, dlaczego na wejściu zaobrączkowali mnie na fioletowo. Na kolejnym kawałku zrobiło się ciemno. Widownia zaświeciła całą barw paletą.
Już wiem, że kolorowo będzie, być musi, bo takie jest całe Colplay.
A co z dźwiękiem? Stwierdzam, że wszystkie barwy tego świata nie są w stanie zdominować dobrej muzyki. Do mojego sprawnego ucha wpadają słowa piosenki „Paradise”, wypływające z ust znanego na całym Świecie faceta. Ten tytuł akurat łatwo mi zapamiętać. Tytułów tyle. Nad tytułami nie panuję. Ciężko mi je spamiętać, ale czy one mają takie znaczenie? Cała sala śpiewa. Ja nucę. Cała sala skacze. Wszyscy w rytm muzyki i kolorowych nitkowatych laserów. Taki jest efekt dobrego utworu.
W połowie koncertu Stadion nieco cichnie. Ze środka płyty słychać słowa następnej piosenki.

Wolno, szybko, szybko, wolno
Szybko, wolno. Wolno szybko. Pogubiłam się. Chłonę ogólnie klimat tego miejsca.
Wyobraźcie sobie tysiące rąk podniesionych w górze. Na każdej kolorowe ledy migające jak na świątecznych choinkach. Popatrzcie na właścicieli tych rąk podskakujących w rytm mocnej muzyki. Zerknijcie na dłonie, które przy wolnej melodii falują jak puchate owoce mleczy poruszane lekko przez wiatr. W nocy białe, drobniutkie światełka migające na dłoniach publiczności przypominają świetliki. Odbijają się w częściowo przeszklonym dachu.
A teraz rozluźnij się, proszę. Zamknij oczy na chwilkę. Teraz jest wolno. Na niebie gwiazdy. Pasują jak ulał do tego miejsca. Wiedziały, kiedy przyjść. Dołączyły do całej reszty świecących na Narodowym.
Nagle światełek nie ma. Nie śpij. Na scenie jeden mocny kolor, różne odcienie przybiera. Było biało, teraz czerwone smugi piszą się na żaglach dachu. Piekło? Nie. Teraz jest szybko. Wróciły mocne rytmy, tym razem z gitarą. Nadążasz? Mnie jest trudno.

Chris Martin
Chris gra na wielu instrumentach. Gitara to jego siostra przyrodnia zaś pianino jest jak brat bliźniak. Uzdolniony? Tak twierdzę. Oprócz głosu, sprawnych palców i całego ciała, potrafi wprowadzić ludzi w pozytywny stan. Umiejętność do pozazdroszczenia. Nawet nie wiem, kiedy zmienił koszulkę na białą. Na niej wydruki przypominające kwiatowe hafty. Ze spodni wystaje polska biało — czerwona flaga. Cała stadion śpiewa, cały również tańczy. Chris skacze, tupie i kopie w powietrzu. Na drugą połowę zostawił te weselsze kawałki. Piszę tylko o nim, ale pamiętajcie, bez pozostałej trójki z zespołu nie byłoby tego wszystkiego.

Bliżej końca
Następny utwór. Nie liczę, który to już. Na płycie pojawiają się w następnej kolejności, setki olbrzymich jak piłki do ćwiczeń balonów dodatkowo rozświetlonych przez reflektory. Fruwają nad głowami odbijane przez ludzi. Poczułam się jak na wesołym miasteczku. Potem na Narodowym robi się znowu ciemno. Bardzo ciemno a do tego cicho. Wszyscy nasłuchują, ale mało kto widzi, jak artyści przechodzą przez płytę wśród masy fanów i fanek. Sprytnie. Znaleźli się w zupełnie nowym miejscu na zupełnie nowej scenie. Na koniec grają jeszcze kilka kawałków. „In My Place” to drugi tytuł, który utkwił w pamięci. Efektów nie ma. Jest gitara, lekkie żółte światło i Ich czterech. Czuję się jak w kameralnej Sali gdzieś w małym miasteczku, z tymi, co do małych przyjeżdżali, ale pewnie dawno temu.
Odwracam się. Za mną malutka pucata dziewczynka o blond nieodczesanych włoskach z jaskrawo zielonymi słuchawkami na uszach. Trzymając małego brązowego misia pod pachą, prawie cały koncert wpatrywała się w kolorowy show. Dzielna mała bestia.

Finał
Płytę zaśnieżyło. Ot tyle. Konfetti jak śnieg jest wszędzie. Mała istota ze swoim misiakiem zasnęła słodko. Słów zabrakło. Wyszłam ze wszystkimi, oddając wcześnie należące się grupie brawa. Bisy były niepotrzebne. Jakby ludzie wiedzieli, że nic im nie było żałowane, że było dużo, nawet w nadmiarze. Coldplay dał z siebie wszystko. Wydał mnóstwo na to, żeby było bajkowo.

Wstaję rano. Za oknem cicho. Promienie znowu roletę atakują. Ona się nie daje. Jakby nic nie było, a jednak tyle się wydarzyło. Zapamiętam. Spisałam ten wieczór na karty bloga, bo warto. Do koncertów na żywo na Narodowym i nie tylko zachęcam.

 

Rozdarte podarciuchy

Z zasady nie lubimy, gdy nam się psuje coś, co nasze ulubione. Tak jest często z ciuchami. Kiedy zafarbuje coś w pralce, skurczy, podrze przez przypadek, uśmiech na twarzy znika i na długo pojawia się smuteczek. Czy tak być musi zawsze? Czy można więc chociażby podrzeć najlepsiejsze spodnie i z tego powodu nie lamentować? W przypadku podarciuchów owszem. I za to je kocham.

Opowiem, podpierając się moim przypadkiem. Miałam spodnie. Takie z dziurą. Ulubione, bo ogólnie warto lubić, to co się kupuje, albo odwrotnie, kupować to, co się lubi. Przy wciąganiu na tyłek było tylko: Ups! A potem jeszcze większa dziura. Hmm. Popatrzyłam i stwierdziłam spokojnie: Większa czy mniejsza, przecież i tak była. Sama się sobie dziwię tej mojej reakcji.

Już wiem, dlaczego te podarte są tak długo w modzie. Mniej naszego stresu, gdy coś im się stanie. Zastanawialiście się, dlaczego im większa dziura lub dziur więcej tym są w sklepie coraz droższe?

Zapięłam zamek i poszłam dalej. Najważniejsze znaleźć korzystne dla nas wytłumaczenie. Większa dziura większa spodni wartość. Jak tak dalej pójdzie, moje portki będą bezcenne. Dzień zaczęłam dobrze.

Majtki w centrum uwagi

Na dworze parno. Niektórzy chodzą osowiali. Sprawdzam co tam mamy dzisiaj w kalendarzu. To jeden ze sposobów, jak w dobrym nastroju przeżyć dzień, kiedy powietrze ciężkie, a po plecach nawet w bezruchu pot się leje. Co zastaję dzisiaj 31 maja?

Dzień bez tytoniu — To nie takie trudne.
Dzień Bociana Białego — Lubię.
Dzień bez majtek — O! Dobrze nastraja. Nad nim się chwilkę pochylę.

Nadmienię, że wczoraj był Dzień bez stanika. Na jutro przez chwilę boję się zaglądnąć. Ogólnie zabawa jest przednia. Święto niby nowe, a sam fakt jakoś mi tak od dawna znany. Bo co ja od kilku lat o majtaskach powtarzam? To, że nie zawsze wygodne, Również, że są jedną z przyczyn bezpłodności. Moda tego ustrojstwa się co rusz zmienia. U facetów najpierw opaski. Z czasem zabudowane, ciepłe szorty, potem przez długo tradycyjne na gumce. U kobiet najpierw było tak mało seksownie. Następnie jakoś tak zaczęto na materiale oszczędzać. Pojawiły się piękne koronkowe stringi. Nie ważne, że gryzące, ale jedna z drugą zaczęły je nosić. Im mniej materiału tym cena wydawała mi się wyższa. Sprytne. Potem doszły nowe pomysły. Bezszwowe, tam już praktycznie niewiele przy nich było co robić. Podsumowując, kobiety zaczęły nosić sznureczki w pupie a niejednemu facetowi śliczne, seksowne, dopasowane bokserki ograniczyły wolność.

Ja wiem, że majtki nosili już ”Człowiek lodu” – Ötzie, Gladiatorzy czy Mongołowie Czyngis-chana, ale to nie znaczy, żeby być w nich ślepo zapatrzonym. Wystarczy wczytać się w historię Słowianek, które podczas gimnastyki czarownic, chodziły bez bielizny, aby nie blokować przepływającej energii. Chodzenie bez majteczek jest proste. Już prościej się nie da. Próbowaliście kiedyś, jak to jest? Znam nielicznych, co preferują. Wyzwaniem dla nich jest jedynie moment, kiedy nagle trafiają do szpitala. Mnie zainteresowali dzisiaj Ci, co z chodzeniem bez majtasów się nie zetknęli. Patrzę na ich miny. Jeden się tłumaczy, że w tym wieku nie wypada, a inny czerwieni ze wstydu. Są tacy, co najpierw zapewniają, a potem wycofują się w ostatniej chwili.
Powodów do nieściągnięcia i niespróbowania nowego, niezliczona ilość. Głowa mała, ile my mamy oporów w Sobie. Jak wiele nabytych przyzwyczajeń, gdzie trudno złamać jest wzorce. Ludziska kochane! Toż to tylko zabawa. Nie bierzcie tego tak na poważnie. Pomyśleliście może o baśni „Nowe szaty Cesarza” H. Ch. Andersena? To nie ta bajka. Tu wszystkie sekretne miejsca nadal są pod okryciem.

Zastanawiam się, dlaczego jesteśmy często, jak trzonek od miotły sztywni. Przejmujemy się, że ktoś nam się będzie przyglądał, podejrzewamy, że wszyscy dookoła będą wiedzieć. W rzeczywistości jest zupełnie na odwrót. Nawet jeśli powiemy, że nasze majtochy w szufladzie zostały, większość popatrzy na nas ze zdziwieniem i po prostu nam nie uwierzy. Po co patrzyć na ludzi, sprawdzajcie, testujcie. W dzień bez majtek do innych dołączcie lub zróbcie to sami po cichaczu.  A nuż się pomysł spodoba? Jeśli posuniecie się dalej, każdy dzionek świętem będzie. Zaoszczędzicie kilka złotych i czas, który spędzaliście, piorąc własne pantalony.

Lubię święta, które wprowadzają w dobry nastrój, kocham majtki, ale jeszcze bardziej wygodę. Dzisiaj spotkałam dwie osoby, które nawet nie wiedząc o święcie, dla własnego komfortu gatki zdjęły. Dodam do tego, że byli to faceci. Chłopcy, jesteście niesamowici. Zdumiewa mnie również fakt, że potraficie o tym mówić. Super.

Co oferuje nam następny dzień 1 czerwca?
Dzień Bułki — Kto lubi, niech wsuwa ile wlezie.
Dzień bez alkoholu — Dla niektórych nie lada wyzwanie.
Dzień Dziecka — Pamiętajcie: Każdy z nas jest czyimś dzieckiem. Każdy ma w sobie coś z Dziecka. Myślcie o pociechach, ale o Sobie nigdy nie zapominajcie.

Udanego co dzień świętowania. W razie braku pomysłów do Kalendarza świąt nietypowych polecam zaglądać. Tam każdy znajdzie coś dla Siebie.

Dozwolone od 0 do lat 100 i więcej

Jest ich multum, ale z nich nie korzystamy. Mam na myśli miejsca, gdzie możemy znowu poczuć się dziećmi. Są sytuacje, kiedy o dorosłości zapominamy, wciągając się w zabawę. Okoliczności, kiedy odkrywamy swe prawdziwe oblicze. Wszystko zaczęło się od lekcji pokazowej przedszkolaków. To ona ukazała mi jak dużo w nas z dziecka, gdy o wszystkich „wypada i nie wypada” zapominamy.

Figle radosne
Na dywanie ubrany tak po codziennemu siedzi facet. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Wokół niego gromadka dzieci. Wrzucają mu zabawkowe jedzenie za sweter. On chichocze i udaje, że smaczne. Domaga się więcej. Prawdziwa gra aktorska, a scenariusz wymyślany na miejscu. Myślami jest „tu i teraz”, na tak długo, jak trzeba. Pokazuje światu, jak dalece zostało mu z dziecka. Piękny seans radości nieudawanej, tej prawdziwej do szpiku kości. Hormony szczęścia czuć w powietrzu. Tak niewiele trzeba. Tylko troszkę chęci. Sytuacja daleka od tej, gdy na placu zabaw tato w telefon wpatrzony, a mama myślami na drugim końcu globu krąży.
Nieopodal inna dorosła osoba przy małym domku przysiadła do zabawy. W ręce obraca lalkę. Potem drugą. W dzieciństwie zakładam, że miała podobne. Wpatrzyła się w zabawkę. Sentymentalna chwila. Inna kobieta na dywanie leży, świata nie widzi, w sufit nie patrzy, wciągnęła się w figle i harce. Tak. To ja.
Kilka osób stoi przy stole z piłkarzykami. Popularna gra. Słychać znowu ten sam męski głos. Teraz mecz relacjonuje. Mężczyzna woła o pomstę do nieba i o pomoc, bo bramkarz mu potrzebny. Jakieś dziecko podbiega łapie za figurkę i bramki broni. Pozostałe maluchy wniebowzięte. Dziewczynki też czynnie biorą udział. „Ludź” co ze skóry dorosłego wyszedł, taniec odstawia. Rusza biodrami, a ręce ma w górze. Nóżki śmiesznie przytupują. To na cześć małego zwycięstwa, albowiem bramkarz wybronił. Mała piłeczka w otwór nie wpadła. Gra toczy się dalej. Plastikowi bohaterowie umieszczeni na sztywnych drążkach, którymi operują dorośli, są malutcy jak liliputy, ale za to emocje wielkie. Prawdziwej piłki i wielkiego boiska nie trzeba. Jest fun bez dwóch zdań. Teraz „ludź” i dzieci są jednym. Różnicę wieku może tylko na twarzy widać. Na nią nie warto jednak zwracać uwagi, po stokroć bardziej warto patrzeć w głąb człowieka.
Kilka osób uciekło szybko. Zaliczone. Musieli biec dalej. Musieli? A co gdyby jednak tę chwilę dłużej zostali? Czy świat by Sobie bez nich te pół godzinki nie poradził? Zyskali Ci, co zostali. Wyszli pełni energii, skorzy do wielkich nowych wyzwań. Dzieciństwo szybko jest na zabierane. O dzieciństwie szybko zapominamy. Im starsi, tym większe prawdopodobieństwo stawiania sobie granic, ograniczeń wszelakich, coraz mniej naturalności. Chowamy ją skrupulatnie gdzieś głęboko. Nie przyznajemy do niej. Zachowujemy jednak podświadomie tam, gdzie nikt jej nie znajdzie, bo dobrze nam z nią. Infantylność przychodzi, gdy się zapominamy. Czyli kiedy?

ZOZ, czyli Zdrowe Objawy Zdziecinnienia
Dwóch dorosłych facetów w sile wieku, w wodzie się przekomarza. Jeden drugiego chlapie na dowód rzekomego niezadowolenia. Bawią się słowem i wodą. Bawią innych dookoła. Potrzebują odskoczni. Stają się na chwilę dziećmi, zanim przepłyną na poważnie kilometry. Lubię takie widoki.

Wielki magazyn i mały podręczny elektryczny wózek do przenoszenia palet. Zastosowanie jedno, ale pomysłów na niego dużo więcej. Słyszę: Pokażę coś Pani i już widzę dziecięcą iskrę w oczach. Oho! Myślę: Odezwało się wewnętrzne dziecko. Operator zasiada za sterem. Zapytaj tego, co ma w sobie dużo z dziecka, czy można się powstrzymać. Czasami wystarczy sekunda, aby nudna praca zabawą na chwilkę się stała, aby uśmiech na buzi zawitał i zarażał innych dookoła.

Mała imprezka. Troszkę wódeczki się polało. Potem budzisz się i przypominasz sobie: Do jasnej ciasnej, ale czad! Zapomniałeś się w tym, co robisz a w tym, co mówisz to już na pewno. Pamiętasz takie chwile? Brak panowania nad swoim wewnętrznym dzieckiem. Jakie to piękne. Drobna sugestia. Bez procentów też się da. Wystarczy odrzucić wstyd i powagę tam, gdzie są niepotrzebne.

Wesołe miasteczko i samochodziki na prąd. Takie dla dzieci, bo siedzonka niewielkie i kierownica dwa razy mniejsza. Takie błyszczące w słońcu i w brokatowym lakierze. Niebieskie, zielone, różowe i jeszcze czerwone. Takie co ciągle w siebie wjeżdżają i kręcą w kółko. Miałam okazję przyglądać się całej zabawie. Wiecie, kto pierwszy tyłek do nich pcha? Dorosły już tatuś. Szczęściarz, posiadacz cudownej pociechy. Kolor samochodu mu nie przeszkadza. Wolny jest różowy? A co tam — wsiada. Startują. Maluch, chociaż zapięty pasem podskakuje sobie bezwiednie i z uśmiechem. Tatuś zauroczony stery na chwile przejął i wiraże robi. Chwila wiecznością się staje. Omija, uderza w drugiego, bo tutaj tak wolno. Wycofuje i do przodu znowu krecha. Iskry po metalowej siatce, która siłą napędową jest dla małego pojazdu, tylko lecą. Znowu czad. Jakie przy tym odgłosy odchodzą, jakie zapomnienie o wyzwaniach i ile emocji z tej chwili płynących. To wszystko trudno opisać.
Przyglądałam się jak ten sam mężczyzna, wysiadał z prawdziwego samochodu. Zadowolony, a i owszem, ale to, co tutaj na małym samochodziku się dzieje to nawet trudno niebo z ziemią porównać. Zatracenie się. Korzystanie pełnią życia przez 3 minuty, bo tyle trwa jeden przejazd. Dziecko przez ten czas bacznie mu się przygląda i myśli: Baw się tatusiu, ja mam jeszcze cały dzień na zabawę.
Patrzę a w co drugim samochodziku dzieje się to samo. Tu tatusiowie pod przykrywką, że dziecko trzeba asekurować, korzystają w pełni z życia. Uroczy widok.
Sama wsiadłam na mały roller coaster, rozłożyłam ręce. Wiatr we włosach. Takich chwil jak najwięcej.
Polecam. Oczywiście nie tylko patrzyć, bo ci, co przy barierkach zazdroszczą. Zachęcam samemu spróbować. Jak wstyd jest przeszkodą, podpowiem: Dziecko zawsze od rodziny można pożyczyć. Maluch ma frajdę, a jego rodzice po rękach całują. Widzicie już korzyści? Apel. Wesołym miasteczkom nie dajmy pójść w zapomnienie, nie dajmy ich wyprzeć nowinkom, które zamkną nas samych w pomieszczeniu z magicznymi okularami i iluzją. Spędzajmy czas wśród dzieci, od nich czerpiąc na radość pomysły.

Uwalniajmy jak najczęściej swój dziecięcy potencjał dla dobra swojego i aby innym udzielać się mogło. Nawet tym, co w szoku i twierdzą: Co to za maniery, przecież nie wypada. Pamiętajmy, że nie zawsze byliśmy poważni, a lata bez powagi bywały najpiękniejszymi. Osobiście dziękuję tym, którzy pozwalają mi się zapomnieć w zabawie.

Osobliwa pamiątka z podróży

Czym jest dla Was pamiątka? Dla niektórych to gama wspomnień, dla innych przymus, bo jak to tak wrócić bez niczego. Dla jednych nawyk, a dla innych jeszcze chęć kupowania. Dla wielu jest więcej niż zakurzonym przedmiotem postawionym na półce. Niejednokrotnie jednak nie jest w ogóle przedmiotem. Dzisiaj o nowo poznanej Karolci i innych nieszablonowych souvenirach. Moich własnych.

Pamiątki z dzieciństwa
Pierwsze prezenty dla Siebie przywoziłam z dawnego ZSSR. Będąc dzieckiem, wyjeżdżałam na obozy harcerskie. Dzieci mogły przemycić złoto, na którym zależało ich rodzicom a do tego maskotki dla niepoznaki. Złota nie woziłam, maskotek miałam multum, bo wszyscy wozili. Dużych, małych i w różnych kolorach. Nie mieściły się nigdzie, więc wisiały na ścianie. Czy miałam do nich sentyment? Nie koniecznie. Ot tyle.

Podarunki półkowe
Zapytacie pewnie, jak ja podchodzę do pamiątek, chociażby tych kolekcjonowanych pod telewizorem? Od kiedy przestałam być frywolną nastolatką i przybyło mi obowiązków, te drobne pamiątki ze straganów zaczęły być zbieraczem kurzu. Pewnego dnia z ust hinduskiego nauczyciela usłyszałam w jednej z jego historii o pamiątkach ustawianych nad kominkiem. Takich, jakie obserwujemy w angielskich domach. Jedna do drugiej, a potem następna, aż nie dla wszystkich jest już na półeczce miejsca. Ściskane jedna obok drugiej i nie wiadomo, która ważniejsza. Czy, którąś usunąć, aby zrobić dla kolejnej miejsce? Przypowieść czego innego dotyczyła, o niej kiedy indziej, tymczasem nawiążę do motywu ciasnoty. Moje pamiątki mają przestrzeni dużo.

Co jest dla mnie największą pamiątką?
Największa oczywiście nie w kontekście liliputa czy olbrzyma a wartości. Dla mnie pamiątką jest poznany człowiek i relacje, które jestem w stanie z nim nawiązać.
Wyjeżdżając, zazwyczaj spotykamy na swojej drodze nowych ludzi. Zaczynamy rozmawiać przypadkiem, a potem się tak miło robi. Wystarczy czasami kilka słów lub gestów a czasami uścisk dłoni i już wiesz, że coś Was łączy. Wspólne podróże, życiowe zawirowania, książki czy zawód. Ktoś robi coś, o czym Ty marzysz, Ty robisz coś, co zachwyca Ktosia. Zaskakuje Cię opowieściami, których słuchasz z otwartą buzią. Jesteś z kimś godzinę albo 3 tygodnie i nie możesz się nagadać. Czujesz więź, która Was łączy. Wiesz, o czym mówię?

Uwielbiam z podróży przywozić ludzi. Ich mentalną obecność. Prezenty, które zamiast stawiać na półkach, zapisuję w pamięci. Tak rodzą się piękne znajomości i przyjaźnie. To pamiątki, z którymi potrafisz przegadać pół nocy, kiedy zajdzie potrzeba. Również z nimi potrafisz robić wspaniałe rzeczy. Czasami napiszą do Ciebie z rana, z nie nacka i bez okazji: Hejka! Miłego dnia życzę. Dodadzą serducho lub serducha dwa, żeby jeszcze cieplej się zrobiło, nie wiedząc nawet, że właśnie wstałeś z fatalnym nastawieniem. Moje pamiątki porozrzucane są po całej Polsce, chociaż poznałam je na drugim końcu świata. Tak przywiozłam Kasię, Dorotkę, Jagódkę czy Hanię. Nie wymieniam wszystkich, bo nie o to tutaj chodzi. Każdy wie, czy jest, czy nie jest moją pamiątką z podróży, bo ma dokładnie takie same odczucia.

Cenne bez ceny
Są pamiątki, których wycierać z kurzu nie trzeba i nie kosztują mnie nic, a mają dla mnie niesamowitą wartość. Zbierane są pod wpływem emocji, a kierunkowskazem są serce i intuicja. Spotykam je w każdej podróży. Przywożę jedną lub dwie. Bywa również że kilka, chociaż zdarza się to rzadziej. Nie mieszczą się w kieszeniach ani żadnych walizkach. Prezenty, które się nie stłuką i takie bez terminów ważności. Nie trzeba ich zgłaszać na granicy, martwić się gdzie znajdzie się dla nich w domu miejsce. Nie trzeba ich podlewać i bać się, że ktoś może ukraść. Nie można dać ich w prezencie, są Twoje i często na zawsze. Moje pamiątki wożę wszystkie zawsze ze Sobą i są lekkie jak piórko.
Moje pamiątki są wypadkową serca, a tam miejsca zawsze jest pod dostatkiem i nigdy nie zabraknie. Co najwyżej czasami czasu brakuje, ale wtedy wystarczy jedna myśl i już pamiątka jest blisko.

Karolcia o twarzy Naytiri
Pojawiła się przede mną jak duszek. Przypomniała mi się postać z filmu James Camerona Avatar. Humanoidalna postać Na’vi z planety Pandora wpatrywała się z niepewnością i ciekawością przez krótką chwilkę. Lekko skośne oczy i kształt buzi jak u głównej bohaterki filmu Naytiri, przyciągnęły moją uwagę. Brakowało tylko makijażu. Kolor oczu nieco inny, ale za to spojrzenie! Identyczne. Minęłyśmy się kilka razem wzrokiem podczas pierwszego dnia warsztatów, o których niedawno pisałam. Potem była krótka rozmowa w przejściu, następnie dłuższa w trakcie obiadu.
Po 3 dniach wspólnie spędzonych z resztą grupy na sali strzelałyśmy do Siebie z łuku i boksowały razem. Żadnej nic się nie stało, bo nie było strzał i rękawic. Wpatrywałyśmy się w oczy, wyczytując z nich emocje. Raz patrzyły na siebie groźnie, innym razem ze zdziwieniem. Zabawa była przednia. Przytulanie i całusy szczególnie przed wyjazdem były naprawdę i takie prawdziwe.
Poznałam skrawek historii jej ciekawego życia, ona skrawek mojego. Wisłocka, Penderecki, podróże po Meksyku i Guatemali. To bardzo bliskie jej tematy, a moje ulubione. Karolcia przypadkiem spotyka na swojej drodze ludzi, o których spotkaniu mogą niektórzy pomarzyć. Resztę zachowam dla Siebie.
Nienasycone opowieściami o nas, musiałyśmy wracać do domu. Zapamiętałam jak stoi przed drzwiami. Miała niebieską czapeczkę a na szyi czerwony wypleciony na drutach gruby komin. Wyglądała zjawiskowo. Czy przesadzam? Nie, ponieważ jest zima. Rozejrzyjcie się po ludziach. Wokół większość na czarno i szaro. Czasami brązy i beże się wkradną oraz bezpieczne ciemne zielenie. O żywe kolory, które niosą ze sobą radość bardzo trudno. Karolcia wśród odważnych kolorów promieniała i zarażała optymizmem. Nie mogłam się napatrzyć.
Miłe słowa po powrocie już dostałam. Będą następne. Bo Karolcia, to osóbka, która pojawia się i znika. Pozostawia po sobie troszkę słoneczka. Nigdzie się nie spóźnia i nie śpieszy i ma głos kojący. Ma na mnie dobry wpływ.

Przygoda z Karolcią dopiero się zaczyna. Czy Karolcia potwierdza? Duże prawdopodobieństwo, że nie zaprzeczy.
A czy Wy macie Swoją Karolcię? Czy jesteście czyjąś pamiątką?

Zupełnie za free niekonwencjonalna lekcja nauki jazdy na nartach

To nie są marzenia. Wyobraź Sobie, że na nogach masz już buty narciarskie. Nie ważne czy ubrali Ci je kiedyś na siłę, czy trafiłeś na nie czystym przypadkiem. Dzisiaj włożyłeś je, bo kochasz, a nie z żadnego przymusu. Wpiąłeś do nich narty. Wjechałeś krzesełkiem na wysokość około 2000 m. Wow. Na trasach bielutki śnieg bez skazy i pięknie wyratrakowany. Śniegu jest naprawdę dużo i jest wszędzie. Żadnych zabudowań, kominów i nic, co rozprasza Twoją uwagę. Przed Tobą jedynie niebieskie krzesełka dostojnie przesuwające się po grubych linach. Dzielnie i bez przerw na drugie śniadanie, wynoszą ludzi w górę. Po innym szczycie wspinają się czerwone gondolki. A w każdej po kilkanaście ludziaczków. To narciarze i snowboardziści żądni wrażeń. Gondolek jest ze trzydzieści, a może jeszcze więcej. Kto by liczył, gdy wokół tak pięknie. Wielkie korony drzew, osadzone na długich smukłych pniach, pokryte są białym puchem. Jest ich mnóstwo. Nie liczysz drzew. Nie dzisiaj. W oddali śnieżne szczyty połyskują w słońcu i pną się ku górze, jeszcze wyżej i wyżej. Prześcigają się, który będzie pierwszy. Nad głową nieskazitelnie czyste niebo. Dopiero z upływem dnia pojawi się kilka cirrusów, które przyniosą zmienną pogodę jutro. Na dworze -10 stopni C, ale mrozu nie czujesz. Jesteś ciepło ubrany i dobrze zacząłeś dzień. Na śniegu miliardy świetlików. To efekt promieni słonecznych, które chcą dotknąć śniegu. Tych na zdjęciu nie uwiecznisz. Je trzeba samemu wypatrzyć.
Stoisz chwilkę, chociaż inni zaczęli już zabawę ze stokiem. Pochylasz się lekko i już Cię nie ma. Osiągasz wygodne i bezpieczne prędkości. Bawisz się wszystkim, co dookoła. Tak niektórzy mają. Tak może każdy. Po prostu wiatr we włosach. Wróć. Przesadziłam. Kask obowiązkowo na głowie.
Tak może być, jeśli tylko zrobisz pierwszy krok.

Preludium
Początki jak to początki. Obawiasz się, bo to Twój pierwszy poważny zjazd. Inni zasuwają. Ślisko a nogi się rozjeżdżają i jeszcze te krzesełka. Krzesełka to nic. Jeszcze gorszy orczyk. No ale jakimś cudem wyjechałeś na górę. Nieznany Ci instruktor, nieopodal Ciebie, uczy grupkę ludzi w jaskrawych kamizelkach podstaw narciarstwa. Po raz kolejny przypadkiem słyszysz: Aby zjechać w dół ustaw nogi równolegle, zegnij lekko w kolanach i pochyl się w przód. By skręcić w prawo, obie narty przesuń w prawą stronę poprzez podniesienie pięt i przenieś ciężar ciała bardziej na nogę prawą. Czujecie to? Pomyślałam: O Jezus? O co mu chodzi?
Szczerze to ja nigdy nie czułam tych lekcji, bo nudno i książkowo, ale jazdę na nartach kocham. Jest dla mnie czymś więcej niż przesuwaniem się ruchem niejednostajnym na dwóch deskach w dół zbocza. Wtrącę, że lekcji miałam 3 i na tym skończyła się moja standardowa edukacja. Osobiście polecam na ten sport spojrzeć nieco od innej strony a przy tym zaufać Sobie. No i pamiętajcie, że czas jest Waszym sprzymierzeńcem.
Oto krótka lekcja jak bawić się tym, co może sprawiać na początku trudność. Jak próbować i odkrywać przy tym Siebie, nawet jeśli na pytanie: Jak jeździsz? Odpowiadasz: Profesjonalnie.

Krok 1 – Wszystkie negatywne emocje zostaw na bramkach.
Przy pierwszym podjeździe, na dole zostaw to wszystko, co na stoku przeszkadza.
– Strach przed zjazdem, wstyd przed innymi. Nikt nie zabierze. Odbierzesz z powrotem, jeśli oczywiście jeszcze będą Ci potrzebne.
– Nie porównuj się do innych. Bo inni lepiej ubrani, bo inni lepiej jeżdżą. To nie jest też miejsce na popisywanie się. Po co?
– Nie gdybaj. Bo ja tak albo tylko tak a inni to inaczej i lepiej im wychodzi. Odpuść. Nie ma lepszych i gorszych. Każdy upada. Nie patrz na innych, baw się tym.
– Myślisz, że inni patrzą na Ciebie? Bujda. Szkoda im czasu.
– Jeśli trzeba, inni pomogą. Tacy są narciarze. Tak jest w każdym sporcie. Zapaleńcy mają dużo empatii i zawsze dwie ręce, żeby pomóc.
– Każda narta zjeżdża w dół, wcześniej czy później i każda jest Ci przyjacielem.
Z takim myśleniem łatwiej zaczynać.

Krok 2 – Nie jesteś kukiełką.
Twoje nogi, ręce i cały korpus potrafią naprawdę wiele. Kiedy byłeś małym dzieckiem, ruszałeś nimi we wszystkie strony, zginałeś się i przekręcałeś wokół wielu osi. Wystarczy, że narty są nieco sztywne, Ty jesteś taki 5D i o tym na stoku nie zapominaj. Jak wykorzystać te umiejętności? Patrz krok 3.

Krok 3 – Nie piłeś? Udawaj pijanego
Zaczynasz zabawę z jazdą na nartach? Poszalałeś już nieźle i jazda zaczęła Cię nudzić? Znajdź łagodniejszy stok i zabaw się z nim. Zawsze możesz spróbować po stoku pochodzić, nie tak jak na co dzień, ale lekko po pijaku. Każdy z nas tego doświadczył albo był takiego stanu świadkiem. Czuć pod nogami grunt warto, żeby trzymać fason. Raz w prawo, raz w lewo lekko, tutaj nie będzie postrzegane jako nic złego, a nawet wskazane. Jesteś jakby pijany, ale w pełni wszystkiego świadomy. Inaczej przecież nie wypada. Reszta się dopasuje, daj jej tylko szanse. Panujesz nad nogami. Tutaj mięśnie trzymają i chronią stawy, więc kontroluj je. To jedyna różnica między Tobą a człowiekiem na rauszu. Jeśli zaczęło Ci wychodzić i trzeźwość wraca, przejdź do kroku 4.

Krok 4 – Poszukaj Swojej drugiej połowy.
Wyobraź Sobie, że na stoku kogoś ukochanego szukasz. Ktoś ukochany zniknął Ci na chwilę z oczu albo go jeszcze w Twoim życiu nie było, ale wiesz, że się pojawi, a wtedy Twoje życie się zmieni.
Chłopak, mąż, partner, osoba, z którą chcesz spędzić resztę życia.
Jadąc po stoku, możesz zaglądnąć w każdy zakamarek. Rozejrzeć się dookoła. Lekko przykucnąć w odpowiednim momencie. Rozglądaj się, poszukuj, na zakręcie bądź bardziej uważny. Poczuj, jakby wiatr chciałby Cię przechylić w kierunku stoku, bez zrobienia jakiejkolwiek krzywdy.
Kiedy stok łagodniejszy wróć do poszukiwań. Zgubiłeś rytm i chcesz go dogonić? Nie zapomnij się nieco schylić do przodu z czystej ciekawości, jakbyś pod niewidzialną poprzeczką miał przejechać.
Sprawdź, czy Ktosiek nie schował się przypadkiem pod białym puchem? Tam również warto go wypatrywać. Tak nauczysz się jeździć szybciej i wolniej. Tak nauczysz się zakrętów przy lekkim spadku.

Krok 5 – Zacznij na śniegu tańczyć.
Chcesz jeszcze nieco płynniej i szybciej? Usłysz muzykę płynąca z Twojego wnętrza. Coś w rytm walca. Nie chcesz dla kogoś, to taniec zadedykuj Sobie. Rozglądnij się dookoła, a potem zacznij. Najpierw spokojnie. Podczas jazdy Twoje kolana uginają się lekko, przechodząc z nogi na nogę. Najpierw dociskasz lekko tylko jedną, za chwilkę, zanim się zorientujesz, przyciśniesz drugą. Wiesz, że jest pochylenie, więc robisz to subtelnie. Z miłością. Tam wszystko jest z wyczuciem. Nigdy w dół zawsze troszkę boczkiem. Jak w życiu. Nie od razu tak natrętni i bezpośredni. Nie od razu na krechę, bo wtedy wiele umyka. Spokojnie człowieczku, będzie i prosto, Kiedy? Kiedy ucichnie muzyka albo włączysz bardziej energiczną melodię.
Złap rytm, kiedy tylko masz wrażenie, że muzyka Cię przegoniła lub dogonić jej nie możesz.
Chcąc zmienić kierunek, pomyśl o obrocie, bo zakręt na śniegu jest jak obrót w walcu na parkiecie. Pochylasz się lekko w kolanach, ręka jakbyś chciał dotknąć w dole ośnieżonego stoku. Układasz ręce zgodnie z jego pochyleniem. To on jest przez chwilkę Twoim partnerem. Woła Cię i zaprasza do tańca. Nie jest tylko zimną skałą, ale żywym stworem natury. Dla Ciebie ubrał się w biały garnitur, najładniej jak potrafił. Podaj mu więc rękę. I drugą. Za nimi podąży cały górny korpus, skręcając się lekko. Delikatny ruch przeciwległego biodra pozwali pokonać zakręt, a jednocześnie wyeksponuje krągłości.
Kiedy już poczujesz się pewniej, nie zapomnij o jednym. Zarówno w tańcu, jak i na stoku trzymaj nogi blisko. Wyglądają pięknie, lubią się i pewniej się czują razem.
Kiedy znudzi się taniec, a góra łagodności nabierze, zatańcz coś wolniejszego, zmieniając ciężar z nogi na nogę. Pamiętasz? W kroku 3 uczyłeś się tych kroków à la po pijaku. To już nie walc, a raczej takie raz na raz, takie dwa na jeden po małej korekcie. Na stoku jesteś w stanie zatańczyć wszystko.
Skup się na ciele, porusz każdą jego część i w każdą stronę. Rozluźniaj i napinaj mięśnie, aby utrzymać równowagę. Zanim się zorientujesz, będziesz już na dole zadowolony, że to nie był taki zwykły zjazd. Ten jeden niepowtarzalny, bo następny to będzie do innej melodii.

Wielu z Was nie cierpi zimy. Marzy, aby zamieszkać tam, gdzie przez cały rok ciepło. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Mieszkaliście dłużej w miejscu, gdzie cały rok ciągle tak samo? Tydzień, dwa, miesiąc można, ale całe życie? Nuda. Są tacy, co w życiu śniegu nie widzieli, marzą o nim, ale im niepisane. Doceniaj. Jeśli w tym czasie nie wybierasz się, do żadnych ciepłych krajów, poszukaj gdzieś blisko zimy prawdziwej. W mieście bywa okropnie, wiem coś o tym, ale poza metropolią jest już o niebo lepiej. Zimą pokochaj kuligi i spacery po lesie. Zaprzyjaźnij się z nartami. Stań z nimi na stoku. Boisz się wysokości? Ubierz narty biegowe. Chcesz latać wysoko? Spróbuj na Małysza. Denerwują Cię dwie plączące się deski, załóż jedną snowboardową. Sporty zimowe gorąco polecam spróbować.

A może zasługujemy jednak na coś więcej?

Temat będzie się kręcił wokół nas samych. Chcemy być dobrze traktowani i rozpieszczani. Pragniemy być zauważani, ale jak traktujemy sami Siebie? Może warto tak troszkę od Siebie i tylko dla Siebie? Zacząć od tego, co zwykłe i na co dzień, a nie tylko od święta. Dzisiaj o tym, jak można, w prosty sposób, rozpieszczać się samemu i dlaczego warto.

Wszystko zaczęło się od smarków inaczej gila czy gluta. Jak zwał tak zwał. Do nich porównuję dzisiaj życie.

Glut to nie to o czym teraz myślicie
Glut to mikstura, którą często pijają porankiem ludzie, dbający o Siebie. Piją dla zdrowych jelit, lśniących włosów i nieskazitelnej cery. Bywa nieludzko mdły i glutowaty. Jak sama nazwa wskazuje, ma niesamowitą konsystencję płynnego kisielu. Powiedz komuś, kto nie pił, jak to smakuje, a możesz być pewien, że siemienia w sklepie nie wykupi. Będzie omijał szerokim łukiem. Nawet słowo „zdrowe” go nie przekona. W waszych oczach widzę lekkie zdziwienie. Robią się ciekawe i większe. O co jej chodzi? Wychodzą zmarszczki mimiczne, których nie widać na co dzień. Kobiety mogą się wtedy doszukiwać, w których miejscach botox wstrzyknąć. Faceci zresztą również, Na buzi ogólnie dużo się dzieje. Nie ma się co krzywić ludziska, nawet glut potrafi być sympatyczny. Nawet glut jest po coś.

Życie jak kisiel
Kiedyś robiłam gluta na szybko. Dwie płaskie łyżki ciemnego siemienia lnianego zalanego w kubku gorącą wodą i jak to mówią: Chlup w dziób. Kupowałam gotowy mielony, cena nie miała znaczenia. Siemię to siemię mówiłam. Nieprawda.
Dzisiaj obserwuję, że tak wygląda wiele z naszych posiłków. Zrobię coś na szybko i prosto z gara, bo nie ma co zastawy rozstawiać, a potem myć, wycierać i znowu chować. Przystrajanie potrawy i ładne podanie nawet nam przez myśl nie przejdzie. Co gorsze, tak podchodzimy często do całego naszego życia, a potem narzekamy.

Jak można inaczej
Usiądźcie kiedyś spokojnie, nie myśląc już o następnej czynności. Połóżcie na stole coś białego i jeszcze coś, co pachnie. Zapalcie najzwyklejszą świeczkę w dzień całkiem powszedni. Popatrzcie przez okno na niebo. Usiądźcie na krześle jak król czy królowa. Nie zgarbionym i bez wiary, ale z myślą jak wiele jesteśmy warci, że zasługujemy na coś więcej. To jak zabawa w księcia lub księżniczkę, kiedy było się dzieckiem. Dzieci wiedzą, jaką mają wartość, jak są piękne, chociaż każde różne.
Zasługujemy na więcej, nawet jeśli samotnie zasiadamy do stołu. Zasługujemy na dobre i na to, co przyjemne. Często zapominamy o tym w pogoni dnia a często i nocy.
Nie liczmy tylko na innych, że zrobią nam dobrze. Że tylko szczęście jest, wtedy gdy od innych go dostaniemy.

Zamiast brązowego lnu kup złocisty. Zamiast mielonego, zblenduj sam aż proszek będzie pulchny. Uwolni się z niego zapach pól falujących na ciepłym wietrze. Wsyp do ulubionej szklanki dwie płaskie łyżki stołowe. Resztę pozostaw na potem. Zalej przegotowaną wodą. Dodaj kilka kropel cytryny, miodu lub cukru brązowego. Tyle, aby było słodkie po Twojemu. Zblenduj jeszcze raz aż uzyskasz efekt pianki. Zrób to z sercem. Wlej do szklanki Otrzymasz konsystencję roztopionych lodów waniliowych, jeśli dodać wanilii będzie smakowało jak te roztopione na słońcu w środku lata. Szczypta cukru po wierzchu. Obok lśniąca łyżeczka. Gotowe. Delektuj się, póki ciepłe. Na zdrowie.

A co jak nie posmakuje?
Bo tak też może być. Co wtedy? Sięgnij po coś, co lubisz. Rozsiądź się, rozprostuj nogi, napij herbaty z naciętym płatkiem cytryny włożonym w brzeg swojego ulubionego kubka lub filiżanki. Obowiązkowo podaj na spodeczku. Przedmioty nie muszą być porcelaną z dynastii Joseon, bo na taką mało kogo stać. Albowiem, nie o pieniądze tutaj chodzi. Niech będą całe i czyste. Uszczerbione? Wymień. Ciemne? Spróbuj w białym. W jasnym wszystko się eksponuje i nabiera kolorów. Odsuń wszystkie zbędne przedmioty ze stołu, które zakłócają widok. Poczujesz się jak w restauracji. Jeśli uwielbiasz kawę, na jej wierzchu narysuj śmietanką serduszko. Drugie narysuj na serwetce. Dla Siebie. A jak masz ochotę, zrób komuś jeszcze taką kawkę czy herbatkę. Ktosia zaskoczysz. Wypij, trzymając obiema rękami. Na minutę zamknij patrzałki. Nie dumaj o niczym. Jak to, zapytasz: Nie myśl? I tylko jedną minutę? Minuta przy zamkniętych oczach, bez myśli krążących, potrafi się dłużyć. Nie wierzysz? Ustaw zegarek i sprawdź. A potem otwórz ślepka i dokończ kawę. Miłego dnia powszedniego, który nie musi być taki.

20170112_080021   20170112_07525420170112_074936

NIECO O BYCIU RAZEM PLUS ODROBINA SZCZERYCH ŻYCZEŃ

Poczucie bezpieczeństwa. Mniemam podejrzewać, że od wieków jest podstawową potrzebą człowieka. Dążymy do niego w różnych sferach. Chcemy zabezpieczyć siebie, aby bieda nie sięgnęła nam do garnka. Ci, co są wojownikami i kochają myślą wtedy o bliskich im osobach. Aby nikomu i nigdy nic nie zabrakło. Szukamy w życiu swojego miejsca. Bezpiecznego kąta i przyjaznych nam czterech ścian. Tam, gdzie nam będzie ciepło i gdzie nas nie okradną. Chcemy bliskości, miłości i tego, aby ktoś się nami interesował. Chcemy wsparcia, gdy zajdzie taka potrzeba. Dobrze nam, gdy mamy w zanadrzu inne przyjazne dusze. Lubimy pobyć sami, ale w ostateczności jesteśmy jak zwierzęta stadne.

Patrzę na kalendarz. Koniec jednego roku a początek drugiego. Symbol odejścia i jednocześnie narodzin. Nie zamykając się w datach, a licząc od dzisiaj, na wszystkie dni, które będą nam jeszcze dane, życzę Wszystkim bliskości i ciepła. Aby w momentach bezsilności, znalazł się zawsze ktoś, kto poda Wam pomocną dłoń.

W dniu, który nazywamy Sylwestrem, niech świat się bawi, a samotność niech się z boku przygląda. Niech każdy wśród tłumów, znajdzie swoją drugą połowę, swojego Anioła Stróża, swoją miłość czy przyjaciela. Bliskości, zrozumienia, bezpieczeństwa, spokoju w tę magiczną noc życzę, wspaniałej zabawy do rana wśród radosnych ludzi lub chwili wytchnienia w zaciszu swojego domowego ogniska. Bo każdy z nas jest nieco inny i każdy ma swoje potrzeby. Wszystkiego Najlepszego na przyszłość.

BOŻONARODZENIOWE HOCKI KLOCKI

Jeśli już naoglądałeś się obrazków z błyszczącymi choinkami i rodzinnych zdjęć ze smartfonów z modnymi minkami dziubkami, zabiorę Cię w świat klimatów, o których na co dzień się nie pisze. Tych, które pozostawiają moc wspomnień, nieplanowanych i wychodzących poza babcine tradycje, przygody XXI wieku w przeciętnej zagrodzie.

Uwielbiam święta oglądane oczami dziecka. Są takie prawdziwe. Bez owijania i słodkości w słowach. Bez powtarzalnych hurtowych życzeń, od których, tu pocieszenie niektórzy już odchodzą, ponieważ zorientowali się, że to nie o to chodzi, że co dla wszystkich to dla nikogo. Dorośli czasami koloryzują. Dzieci widzą często absurdy, a o niedorzecznościach mówią wprost. A już najbardziej dosłowne są zwierzęta. Te podsumują wszystko działaniem.

Boże Narodzenie i co najpierw?
Wczesne popołudnie. Fryzjer zaliczony, czas na kuchenne zabawy. Dzyń. Dzyń. Odbierasz telefon. W słuchawce męski głos. Pani córka jest na policji. Ta! Jasne! — odpowiadasz i odkładasz słuchawkę. Głowę zawracają, a Ty nie masz czasu. Zaczyna się jednak dobrze. W Wigilię szczęście przynosi mężczyzna. W progu, czy nie w progu. Ważne, że zadzwonił. Potem dowiadujesz się, że głos jednak mówił prawdę.

Wielkie przygotowania.
Stół przykryty białym obrusem, kwiaty na stole, a obok opłatek, który życzeń nie może się doczekać. Mały gipsowy Jezusek leżący sobie spokojnie w żłóbku, nóżki stracił i jeszcze troszkę gipsowych włosów, które złotem były muśnięte. Czworonóg zjadł. Psiakowi pewnie wapna w organizmie brakowało. No cóż, sam sobie uzupełnił braki. W końcu zwierzęta mówią ludzkim głosem tylko w noc wigilijną. A tu do nocy jeszcze daleko. Opłatek smutny, bo dlaczego nie on, przecież to jego jedzą zazwyczaj. Cierpliwie czeka. Z pieskami nie ma dyskusji. Ty się cieszysz, bo nie musisz przynajmniej martwić się, gdzie nowy opłatek zdobyć.
Kupno karpia zostawiłeś na ostatnią chwilę. Żeby świeży był. Karpia nigdzie w okolicy nie ma. Nawet w Katowicach. Do Katowic masz 300 km. Może byś i pojechał, ale nie ma po co.
Kupujesz mrożoną. Na Wigilii będzie ryba. Hip hip hurra.

Prezenty.
Wigilijna kolacja zbliża się wielkimi krokami. Mały szkrab, którego wszędzie jest zawsze pełno, po mieszkaniu biega, prezenty psiakość wypatrzył. Już od jakiegoś czasu się domyślał, że te pod choinką to miłe gesty ludzi. Bo i skąd ta gorączka świąteczna po sklepach i przed samymi świętami puste półki? Prezenty kupujemy, o prezentach myślimy i mówimy. Pytasz potem dzieciątko, co w święta najważniejsze. Chcesz usłyszeć: miłość, wspólnie spędzony czas przy stole, 12 posiłków, ubieranie choinki, ogólnie — tradycja. Dzieciak jednak skacze do góry, rączki podnosi i krzyczy wniebogłosy: Prezenty! Od rana o nich słyszysz, chociaż krzątasz się już od dni kilku dni w kuchni, chcąc być na koniec doceniona. Jesteś, będziesz za chwilkę, nawet przez własnego czworonoga.

Ciastka rzecz ulotna.
Patrzysz, a ze stołu zniknęły najlepsze ciasteczka. Z tegorocznych własnoręcznie obieranych orzechów, na najdroższym sklepowym maśle. Psina całą michę zjadła. Dzieci obok komentują: Biedna psina, żeby tylko brzuch jej nie rozbolał i sprawdzają w necie czy pies orzechy jeść może.

Wstrzemięźliwość od pokarmów.
Starsza pociecha otwiera lodówkę i chwytając świeżo zrobioną sałatkę jarzynową, która jest królową świąt rzecz oczywista, mówi o zwykłych niedorzecznościach. W niektórych domach najpierw cały dzień dzieci od jedzenia się odpędza, żąda wstrzemięźliwości od potraw, nie da placka spróbować, kiedy ciepły najlepszy, żeby co? Żeby w następne dni, kiedy już wszystko zimne i mniej smaczne, gonić do jedzenia co by się nie popsuło i nie trzeba było wyrzucać. Bo wtedy szkoda. A potem na siłę po rodzinie się rozwozi. A tam sytuacja bardzo podobna. A gdzie duch postępu? Nawet prawo kanoniczne wie, że zmiany są potrzebne. Pozwalasz jeść. W końcu pies już jadł, to dziecko nie może? W trakcie rozmowy z piekarnika dobiegają piękne zapachy marynaty do mięska: cebulki, czosnku, skórki cytrynowej, warzyw i masełka. Kiedy zostanie zjedzone? Kto to przewidzi. Przesłodki, bo wypchany ciasteczkami czworonóg znowu niucha i czeka.

Uczta.
Do stołu zasiada rodzina. Babcia Mini Freda albo każda inna, ale babcia. Dziadek co w chórze śpiewał albo taki co śpiewać nie umie. Dzieci na prezenty czekające, wiecznie głodne, bo dorastające. Albo bez dzieci, ale wtedy mniejszy ubaw. Przy stole nieparzysta ilość osób, czyli niezgodnie z tradycją, ale przynajmniej pechowej trzynastki nie ma. Och ten Judasz, nieźle namieszał. Gdyby nie on – przecież to taka wdzięczna cyfra. Opłatek nadal czeka na zjedzenie. Lekko nie ma.

Życzenia.
Nadchodzi chwila, kiedy łza radości w oku się kręci. To czas szczerych życzeń, gdy dziecko wisi na Tobie i składa życzenia od serca. Już samo wiszenie to nagroda od dziecka. Często, kiedy chcesz go dotknąć, tak z miłości do piękna, uśmiecha się i mówi: Swoich nie ma, to za cudze się łapie, co? Oj, są takie. Uwierzcie. Dzisiaj samo dotyka. Kocham nastolatki i czas buntu. Przemija. Kocham, jak się przekomarzają. To mają w naturze, to nie przemija. Wróćmy do życzeń. Słyszysz słodkie: Wiem, czasami jestem nie do zniesienia i wiem, że pyskuję i dokuczam i się złoszczę, ale kocham Cię mocno. Jest czas, kiedy dzieci składają życzenia pocztówkowe, ale przychodzi, kiedy własnymi słowami potrafią powiedzieć to, co szczere i najpiękniejsze. Były życzenia, był barszcz, prezenty i dużo słodkiego. Nawet ciasteczka orzechowe, których ostało się kilka. Opłatek też się doczekał. Tradycji stało się zadość.

Święta na wsi.
W pierwszy dzień świąt jedziesz na wieś. Jeśli tradycji zabrakło w mieście, tam znajdziesz ją na pewno. Tak myślisz. Na ścianie obraz. Jeśli na ścianie widzicie „Jezusa na łodzi” autorstwa Giovanni lub „Zaślubiny Polski z morzem” Kossaka, możesz być pewien, że trafiłeś na polską wieś z tradycjami, taką od dziada pradziada.
Zasiadasz do stołu, a tam sałatka jarzynowa. A nie mówiłam, że królowa świąt? Jest mięsko, dużo mięska, swojska świnka. Modne słówko i bardzo w dzisiejszych czasach pożądane. Jest też sarnina, bo wokół wsi lasów nie brakuje. No i słodkości wszelakich wiele. Pamiętajcie, jarzynówki z majonezem kieleckim nic nie przebije. No i jest wesoło. W tle leci Disco Polo. Na wsi jak to na wsi. Bez kotów i psów wsi nie ma. Pod nogami biega coś nowego. Czworonóg wystrojony w brązowy kubraczek renifera, z czerwonym polarowym porożem. Ratlerek. Przesłodka psina. No może nie aż tak, bo szczeka, czyli pies obronny. Obserwujecie, jak wieś też idzie z duchem czasu.
Przy stole możesz odpocząć od codziennych tematów. Spotkała się grono tubylców więc rozmowy podsumowujące rok. Kto zmarł, kto żyje, gdzie się coś urodziło, no i jakie i komu ksiądz kazał dzisiaj głośniej śpiewać. Kocham wieś za to, że tu każdy każdego zna. Kiedyś było nawet wiadomo kto z kim, ale wiecie, czas zrobił swoje.
Przy wyjeździe patrzysz do zagrody. Krów już nie ma. Szkoda. Jak były można było dzieciom uświadamiać, że mleko od krówki się bierze, że trzeba wydoić i że ciepłe i tłuste najlepsze. Dziwiły się te, które myślały, że mleko z kartonów sklepowych a zero tłuszczu znaczy smukła figura. No i trzeba będzie dalej gdzieś krówek poszukać rogatych. Są jednak świnki. Te uchowały się dziwnym trafem. Nie dorosły. Dożyją więc stycznia a może nawet lutego. Dostały dłuższe życie w prezencie pod choinkę. Zachęcam odwiedzać wieś, chociażby po to, żeby sprawdzić, jak się zmienia. Wracasz do miasta.

Wyjazdy.
Późne popołudnie. W drzwiach z walizką stoi pełnoletnie dziecię i powiada do Ciebie: Fajnie mi z Wami było, ale długo tu nie wytrzymam. Słyszysz i cieszysz się, dlatego że go nosi, że samodzielności nabrało, że świat chce poznawać, swoje życie układać.

Ponadczasowe bańki.
W same święta przekonać się możesz, że oprócz wieszania baniek na choince można je jeszcze stawiać na plecach. Choroby nie wybierają. Trafiło również na Ciebie. Bańki święta lubią. Jest wesoło. Bańki w jednym purpurowo fioletowym kolorze zdobią Twoje ciało. Za to choinka pstrokata. Przynajmniej jest różnorodność.

Drugi dzień świąt.
Siedzisz, pojadłeś i nuda. Lampki na choince nie świecą, bo dziecię przedłużacz zabrało. Tych, co aktywni już mdli. Oglądasz po raz kolejny Shreka, bo lubisz. Bo bez niego jakby tradycji nie stało się zadość. Przy jednej ze scen wysłuchujesz „Hallellujach” w wykonaniu Johna Cale. Możesz nawet nie wiedzieć, że piosenka jest oryginalna, niepowtarzalna, nawiązująca do biblijnych scen niepokalanego poczęcia, prostytutki Rachab z Jerycha, Dawida czy posiadającego nadludzką moc Samsona. Jest w niej magia świąt i czuje się ją z każdej strony. Podobnie jak w ponadczasowej „Wham — Marry Christmas”, George’a Michaela. Mówią, że właśnie w te Święta odszedł. Dziwimy się, a przecież śpiewał do dziewczyny: „W ostatnie Święta, oddałem Ci moje serce […] w tym roku, żeby uchronić się od łez, dam je komuś innemu. Może za rok, dam je komuś wyjątkowemu”. Słowa dotrzymał. Przez wiele lat oddawał je swojemu chłopakowi, a kto otrzymał je w tym roku? Niech to zostanie jego tajemnicą. Nam zostawił piosenkę. Bez niej święta świętami by nie były.

Świąteczna zaduma.
Za oknem chlapa. Samochód myłeś przed świętami. W ogóle nie widać. Brakuje dawnych śniegów. Coraz więcej ludzi w ten wyjątkowy czas wyjeżdża w cieplejsze miejsca. U mnie na plecach ślady po bańkach. Kto widział biedronkę w środku zimy? Porobiło się. Z nudów jajka znoszę od wielu dni. W odpowiedzi na słowa „jajka” usłyszałam odpowiedź: Założymy farmę. Jaja będą ekologiczne, będziemy sprzedawać. Nie będzie to takie proste, pomyślałam, ponieważ po świętach wszyscy przejedzeni, jeszcze długo będą dojadać resztki. Słowa oczywiście rozbawiły.

Po co więc te święta?
Wiecie? Jakie by te święta nie były, bardziej czy mniej świąteczne, wymarzone czy nieco wkurzające, ważne, że są. Potrzebujemy ich, aby przetrwać zimowy okres, kiedy słońca mało i chandra nas dopada. Potrzebujemy podobnie jak sztucznych ogni w Sylwestra, na które wydajemy krocie, chociaż ich życie trwa tylko moment. To małe radości tradycją zwane, wybijają nas z codzienności i to jest ich największa moc.

Święta, święta i po świętach.
I tak się stało. Były, minęły. Będą następne. A jakie? Nasze. Cudowne. Z chorobami, wpadkami, albo jak na obrazku wymarzone słodkie rodzinne. Poczekamy, zobaczymy. Pamiętajcie: Wszystko od nas zależy, jednak nie wszystko możemy przewidzieć. Po co gdybać jednak teraz, skoro przed nami następny ubaw: Sylwester.

Życzenia.
W ten poświąteczny czas życzę, abyś na przekór przeciwnościom, nudzie, wszelkim świątecznym niespodziankom czy przygodom, potrafił śmiać się z tego wszystkiego, co nie po Twojej myśli. Aby do śmiania się nie zabrakło Ci towarzystwa. Abyś dostrzegał nieuchronne zmiany. Aby w święta nigdy nic nie było na siłę, aby święta zawsze były po Twojemu. Do życzeń załączam piosenkę. Wesołych Świąt, każdych następnych.

TAJEMNICA TRAFIONYCH UPOMINKÓW

Wiedzieć co, kiedy i komu. Wiedzieć z jakiego powodu. Czy ważne za ile i jak duży? Dzisiaj o tym, jaką wartość niesie za sobą prawdziwy prezent.

Trochę o dostawaniu prezentów:
Czy dostałeś kiedyś prezent, wziąłeś do ręki, popatrzyłeś i pomyślałeś: Co ja z tym zrobię. Wyrzucić nie wypada i do niczego nie pasuje. Czy dostajesz pod choinkę zestawy mydeł i perfum bez liku, chociaż tak naprawdę czysty chodzisz, zawsze pachniesz i często się myjesz i tak naprawdę masz już swoje sprawdzone kosmetyki? Nie ma nikogo, za co obwiniać. Nawet Mikołaj może się pomylić. Po prostu ktoś nie miał pomysłu, czasu mu zabrakło, albo bardzo mało Cię zna, bardzo jednak, a to bardzo chciał. Czasami przecież masz tak samo. Pamiętaj, intencje zazwyczaj są dobre. Dobrym obserwatorem i słuchaczem ten, co w Twoje potrzeby potrafi się wstrzelić. Jeśli dostajesz prezenty trafione, z którymi nie chcesz się rozstać, które wspomnienia przywodzą niezapomniane, jesteś szczęściarzem.

Trochę o dawaniu prezentów:
Kiedyś usłyszałam: Ja prezentów nie daję. Nie umiem dawać i nie wiem co. Osoba szczera. Leniwa? A może nie chce dać plamy?
U większości obserwuję powtarzające się scenki. Przychodzi ten dzień. Pamiętamy o nim, ktoś nam przypomina, a czasami przypominamy sobie sami w ostatniej chwili. Urodziny, imieniny, Dzień Chłopaka. Mikołaj czy Gwiazdka. Powodów kalendarzowych do celebrowania nie jest brak. Wtedy stajemy przed faktem dokonanym. Mogę, chcę czy trzeba? Jakie są powódki zakupów? Różne. Skupię się na jednej.
Trzeba. Tak uwielbiam to słowo. Trzeba kupić prezent, bo święto niedaleko, bo choinka już stoi a my bez darów materialnych. Już nawet Trzej Królowie w darze nieśli. Rodzi się wyzwanie: Co i gdzie. Czasu mało. W dzień wigilijny po sklepach widzę nieboraczki lub nieboraków, którym głowy się gotują. Rozmowę głowy z ciałem obserwuję:
– A może kosmetyk kupię ? I już ręka po kolejną wodę toaletową sięga. A głowa podpowiada: Nie. Nie. Obok sklep ze skarpetkami. Te właśnie promocję mają. Albo czekolada. Ta największa z półki. Słodkie na prezent. Słodkie jest w miarę bezpieczne i popularne. Ciągłe dylematy. Ciężka dla niektórych praca. Wyzwania jeszcze większe. Warto zadać Sobie pytanie: Dajemy dla Siebie czy żeby innym dorównać, a może ważny jest ten, który prezent ma otrzymać?

Jak kupować?
– Kupuj z myślą o innych nie o Sobie. I nie chodzi mi o innych, którzy powiedzą: O ten to dał za mało albo nie wysilił się zbytnio. To nic niewarte opinie i oceny. Kupuj z myślą o tym, co prezent dostaje.
– Kup to, co Ci serce podpowiada. To, co Twoim zdaniem uszczęśliwi drugiego. Nie patrz na to, co dyktuje rynek, ani na wielkie przeceny w sklepach. Chyba że chcesz, żeby Twój prezent szybko wylądował w kącie lub był następnym identycznym otrzymanym w takim samym opakowaniu, bo inny darczyńca w tej samej sieciówce kupował.

Kiedy kupować?
– Wyłapuj potrzeby dużo wcześniej. Naucz się słuchać. Nie czekaj na Mikołaja, Imieniny, Dzień Babci, Matki czy Wujka. Schowaj do „szufladki niezapomnienia”, tak na przyszłość. Zastosuj PZP, czyli: Przygotuj — Zapakuj — Przechowaj. Przyjdzie pora, prezent będzie jak ulał. Bo po co zostawiać wszystko na ostatnią chwilę i po co główkować. Często przewidywanie to oszczędność pieniążków i czasu.
– Kupowanie w ostatniej chwili często kończy się prezentem nietrafionym, a jeszcze częściej Twoim zmęczeniem. Jeśli nie masz pomysłu, nie kupuj na siłę. Złóż życzenia od serca. Daj dużego całusa. Będą jeszcze do dawania prezentów następne okazje.

Kiedy obdarowywać?
– często wg wszystkich świąt wyłapanych w kalendarzu, jeszcze częściej, gdy masz specjalne zaproszenie. To logiczne.
– A może obdarowywać bez okazji? Czemu nie? Przecież od samej okazji ważniejsze są potrzeby. Jeśli bliska Ci osoba mówi: Ojej, jakie nowe garnki widziałam, a wiesz, że ona emerytka, a te, które używa, pamiętasz jeszcze z dzieciństwa, czy warto czekać na okazję? Można wesprzeć, kupić lub pieniążków dodać i powiedzieć, że ten prezent pokrywa wszystkie przyszłoroczne rocznice i święta. Taki kredyt, który nie trzeba spłacać. Dla niektórych to bajer, dla innych wielka pomoc i spełnienie marzeń. Dla Ciebie spokój na długie miesiące.

Gdzie kupować?
Jeśli chcesz kupować, to odpowiedź jest prosta. W sklepie lub w necie. Pamiętaj, że prezent nie zawsze krocie kosztuje. Dla kogoś, kto ćwiczy jogę, zwykły kalendarz tematyczny. Dla Ciebie bez wartości, dla niego będzie czymś niezwykłym i przez cały rok bardzo praktycznym. Ba. Duże prawdopodobieństwo, że nawet jeśli rok się skończy na ścianie, na długo jeszcze zostanie. Sprawdzone. Działa. Tyle o kupowaniu.

Czy w ogóle kupować?
Wyobraźcie Sobie zajęcia tańca. Przesympatyczne pląsy latino. Niektórzy nazywają je zumbą. Duża sala szkolna. Na sali kicających fanów tańca dużo. Jest ciasno, a obok Ciebie kica osoba, która przestrzeni nieco więcej potrzebuje i wymachy robi z większą siłą. Tańczy własnym stylem. W tym momencie dostajesz nieco więcej miejsca od miłej znajomej tańczącej obok. Przechodzi do innego rządka cichaczem, a Ty, masz więcej przestrzeni i jesteś bezpieczna. Zrobić komuś miejsce. Co tam, powiecie, taki drobiazg. Na tych samych zajęciach dostajesz w prezencie taniec. Coś kiedyś wpadło Ci w ucho. Prowadzący zapamiętał i zrobił do tego układzik. No i tańczysz w rytmach, które kochasz. Na koniec dnia dostajesz SMS, a w nim tekst: „Dobrze, że jesteś”. Robi Ci się tak ciepło. Zastanawiasz się i stwierdzasz: Mam Swoją wartość.
Jest środek tygodnia. Nie masz urodzin, nie ma żadnych rocznic. Nawet w kalendarzu wszystko na czarno, a do czerwonych świąt daleko.

Warto pamiętać, że są prezenty bezcenne i takie bez kosztowe. Są takie, co w bagażniku samochodu się nie mieszczą, bo nie muszą i te, które miejsca nie zajmują nic, bo są poza materią daleko.
Piękne gesty, które cieszą. Pamiętajcie, nie dla wszystkich materia jest ważna czy wielkość. Częściej i od serca, z uśmiechem na twarzy. W postaci piosenki, uścisków, pocałunków, przytulasów, ciasteczka upieczonego z intencją. Prezenty w postaci dobrego słowa i każdego dnia, warte są uwagi.

Tajemnica trafionych prezentów?
Dostawać i dawać małe podarunki, każdego dnia, z zaskoczenia i bez oczekiwania. Te z zerami po przecinku i takie bez cyferek. Z sercem i od serca.

PIOSENKA DAREM POZA MATERIĄ

Jest okres świąteczny, więc kilka moich tematów, wokół prezentów się kręci. Nietypowych podarunków. Dzisiaj o piosenkach. Bo czy kiedyś przyszło Ci do głowy, aby w prezencie rozdawać melodię a z nią słowa dobrane odpowiednio?

Mały obiekt użyteczności publicznej. Kulturalny taki. Osiedlowy. Sympatyczny z każdej strony. W holu wygodne modre jak moje logo, fotele. Kilka osób zamyślonych czeka na swoje pociechy, które za chwilkę z zajęć wyskoczą. W przerwach słychać chrupanie. Młoda Pani w cyklamenowym berecie, idealnie pasującym do jej blond włosów, paluszki słone Lajkonik wcina jeden za drugim. Sięga, nie patrząc na opakowanie. Błądzi myślami w chmurach. Obok Drzwi. A za nimi muzyka spokojna i refleksyjna. Po raz kolejny słyszę słowa piosenki niedokończonej „Kiedy mnie już nie będzie”. Melodia koi serce i duszę, dopóki dziewczyna się nie pomyli. Próba. I następna, i następna. Muzyka płynie w szczelinach drzwi. Dziewczyna głos szlifuje. Dzisiaj śpiewa ją do ścian, sufitu, podłogi. Dzisiaj czasami zafałszuje. Kiedyś będą ją słuchać setki albo tysiące. Po wielu ćwiczeniach będzie śpiewać czysto. Wracają wspomnienia.

Pewnego dnia piosenkę dostałam. Nie całkiem tak dawno. Ballada, ale mocno rockowa, nie do końca pasowała mi tego wieczoru. Słowa po angielsku. Szybko głowa na polski przełożyła. Jakby o mnie była. Metafora życia, które akurat prowadziłam. Serce drgnęło.
Jakiś czas potem dostałam drugą. Zaczęłam kolekcjonować. Żaden tam hit osłuchany. Przez wielu zapomniana. Słodka, wpadająca w ucho i zachęcająca do bujania. Samochodem wtedy jechałam. Pamiętam jak dzisiaj. Za oknem było bardzo ciepło. Słońce szyby rozgrzewało prawie do czerwoności. Stanęłam na krzyżówkach. Czerwone światła wymusiły, aby nacisnąć pedał hamulca. Jedna minuta dla mnie. Pokrętło potencjometru podkręciłam i wsłuchałam się W chwili kiedy na buzi gościł smutek, a radości nie wiadomo gdzie było szukać, piosenka wnętrze rozświetliła. Wysłuchałam ją jeszcze 6 razy. Raz za razem humor się poprawiał. Pogoda ducha wróciła, a wychodząc z samochodu, chciało się tańczyć. Słowa dawały nadzieję i wspomnienia przywołały.
Kilka dni temu dostałam piosenkę następną. Odsłuchałam ją na szkoleniu. Jednym z tych, które na długo w głowach i w sercu zapadają. Piosenka zainspirowała do serii wpisów, które pojawią się wkrótce. Teksty zawierały słowa wulgarne, ale też mówiły o świecie, w którym takie słowa są na porządku dziennym, świecie, którego nie znamy, którego świata czasami doświadczamy. Zapraszam i wracam do meritum.

Dostać w prezencie piosenkę, gdzie słowa akurat mówią o Tobie. Dla tych, co lubią słuchać to prezent bezcenny. Ich muzyka potrafi zniewalać.

Jeśli piosenek nigdy nie dostałeś, a chciałbyś, zacznij je najpierw rozdawać, tylko przemyślanie. Może wrócą do Ciebie, w najmniej niespodziewanym momencie? A nawet jeśli nie wrócą, pamiętaj, że wśród milionów utworów każdy znajdzie coś dla Siebie więc warto się czasami wsłuchać. Warto poszperać samemu.
Czy macie swoją ulubioną muzykę? Słuchacie czasami? Wyłapujecie co wasze? Blues, Country, pop, rap, folk, jazz, reggae, szanty. A może muzyka plemienna albo medytacyjna, dyskotekowa czy w rytmach salsy? Poezja śpiewana, a może arie właśnie teraz? Jest tego multum.
Jedziesz samochodem, włącz ulubioną płytę. Jesteś w domu, otwórz na YouTube. Kiedy widzisz, że coś jest Twoje i że chętnie do tego wracasz, zachowaj, zapamiętaj, zakotwicz. Zapytasz jak? Wyłap za pomocą aplikacji Shazam. Zapisz na Spotify. Zrób wszystko, aby nie umknęło. Wracaj do Twoich melodii, gdy tylko poczujesz potrzebę. Popraw Sobie humor, gdy go nie ma. Wycisz się, gdy przyjdzie potrzeba. Dobierz odpowiednią melodię do chwili.

Za oknem biało. Białe wielkie płaty śniegu jak malowane, przeplatają się z tymi całkiem malutkimi, w które wpatrywać się trzeba. Jasność na drogach nastała, zniknęły szarości. Wróciłam z Osiedlowego Domu Kultury. W radio klubowa muzyczka Orquestra Raiz pasuje mi do dzisiejszej pogody. Z muzyką dzień zaczęłam i przy muzyce kończę. A w jakim towarzystwie Wy zaczynacie i kończycie dzień?