A może zasługujemy jednak na coś więcej?

Temat będzie się kręcił wokół nas samych. Chcemy być dobrze traktowani i rozpieszczani. Pragniemy być zauważani, ale jak traktujemy sami Siebie? Może warto tak troszkę od Siebie i tylko dla Siebie? Zacząć od tego, co zwykłe i na co dzień, a nie tylko od święta. Dzisiaj o tym, jak można, w prosty sposób, rozpieszczać się samemu i dlaczego warto.

Wszystko zaczęło się od smarków inaczej gila czy gluta. Jak zwał tak zwał. Do nich porównuję dzisiaj życie.

Glut to nie to o czym teraz myślicie
Glut to mikstura, którą często pijają porankiem ludzie, dbający o Siebie. Piją dla zdrowych jelit, lśniących włosów i nieskazitelnej cery. Bywa nieludzko mdły i glutowaty. Jak sama nazwa wskazuje, ma niesamowitą konsystencję płynnego kisielu. Powiedz komuś, kto nie pił, jak to smakuje, a możesz być pewien, że siemienia w sklepie nie wykupi. Będzie omijał szerokim łukiem. Nawet słowo „zdrowe” go nie przekona. W waszych oczach widzę lekkie zdziwienie. Robią się ciekawe i większe. O co jej chodzi? Wychodzą zmarszczki mimiczne, których nie widać na co dzień. Kobiety mogą się wtedy doszukiwać, w których miejscach botox wstrzyknąć. Faceci zresztą również, Na buzi ogólnie dużo się dzieje. Nie ma się co krzywić ludziska, nawet glut potrafi być sympatyczny. Nawet glut jest po coś.

Życie jak kisiel
Kiedyś robiłam gluta na szybko. Dwie płaskie łyżki ciemnego siemienia lnianego zalanego w kubku gorącą wodą i jak to mówią: Chlup w dziób. Kupowałam gotowy mielony, cena nie miała znaczenia. Siemię to siemię mówiłam. Nieprawda.
Dzisiaj obserwuję, że tak wygląda wiele z naszych posiłków. Zrobię coś na szybko i prosto z gara, bo nie ma co zastawy rozstawiać, a potem myć, wycierać i znowu chować. Przystrajanie potrawy i ładne podanie nawet nam przez myśl nie przejdzie. Co gorsze, tak podchodzimy często do całego naszego życia, a potem narzekamy.

Jak można inaczej
Usiądźcie kiedyś spokojnie, nie myśląc już o następnej czynności. Połóżcie na stole coś białego i jeszcze coś, co pachnie. Zapalcie najzwyklejszą świeczkę w dzień całkiem powszedni. Popatrzcie przez okno na niebo. Usiądźcie na krześle jak król czy królowa. Nie zgarbionym i bez wiary, ale z myślą jak wiele jesteśmy warci, że zasługujemy na coś więcej. To jak zabawa w księcia lub księżniczkę, kiedy było się dzieckiem. Dzieci wiedzą, jaką mają wartość, jak są piękne, chociaż każde różne.
Zasługujemy na więcej, nawet jeśli samotnie zasiadamy do stołu. Zasługujemy na dobre i na to, co przyjemne. Często zapominamy o tym w pogoni dnia a często i nocy.
Nie liczmy tylko na innych, że zrobią nam dobrze. Że tylko szczęście jest, wtedy gdy od innych go dostaniemy.

Zamiast brązowego lnu kup złocisty. Zamiast mielonego, zblenduj sam aż proszek będzie pulchny. Uwolni się z niego zapach pól falujących na ciepłym wietrze. Wsyp do ulubionej szklanki dwie płaskie łyżki stołowe. Resztę pozostaw na potem. Zalej przegotowaną wodą. Dodaj kilka kropel cytryny, miodu lub cukru brązowego. Tyle, aby było słodkie po Twojemu. Zblenduj jeszcze raz aż uzyskasz efekt pianki. Zrób to z sercem. Wlej do szklanki Otrzymasz konsystencję roztopionych lodów waniliowych, jeśli dodać wanilii będzie smakowało jak te roztopione na słońcu w środku lata. Szczypta cukru po wierzchu. Obok lśniąca łyżeczka. Gotowe. Delektuj się, póki ciepłe. Na zdrowie.

A co jak nie posmakuje?
Bo tak też może być. Co wtedy? Sięgnij po coś, co lubisz. Rozsiądź się, rozprostuj nogi, napij herbaty z naciętym płatkiem cytryny włożonym w brzeg swojego ulubionego kubka lub filiżanki. Obowiązkowo podaj na spodeczku. Przedmioty nie muszą być porcelaną z dynastii Joseon, bo na taką mało kogo stać. Albowiem, nie o pieniądze tutaj chodzi. Niech będą całe i czyste. Uszczerbione? Wymień. Ciemne? Spróbuj w białym. W jasnym wszystko się eksponuje i nabiera kolorów. Odsuń wszystkie zbędne przedmioty ze stołu, które zakłócają widok. Poczujesz się jak w restauracji. Jeśli uwielbiasz kawę, na jej wierzchu narysuj śmietanką serduszko. Drugie narysuj na serwetce. Dla Siebie. A jak masz ochotę, zrób komuś jeszcze taką kawkę czy herbatkę. Ktosia zaskoczysz. Wypij, trzymając obiema rękami. Na minutę zamknij patrzałki. Nie dumaj o niczym. Jak to, zapytasz: Nie myśl? I tylko jedną minutę? Minuta przy zamkniętych oczach, bez myśli krążących, potrafi się dłużyć. Nie wierzysz? Ustaw zegarek i sprawdź. A potem otwórz ślepka i dokończ kawę. Miłego dnia powszedniego, który nie musi być taki.

20170112_080021   20170112_07525420170112_074936

JAKI JEST POŻYTEK Z WIELKICH AKCJI I DOTACJI?

W tym wpisie o uzębieniu i naszym kręgosłupie. O tym, co dzieci jedzą w szkołach, czyli nieco o mleku, warzywach, owocach i soli. Troszkę o świadomości. A na koniec o przesympatycznym panu o imieniu Albert, którego znacie wszyscy. Zapytacie co te wszystkie rzeczy ze sobą łączy? Łączą je akcje, które miały i mają na celu poprawiać jakość naszego życia. Dzisiaj więc o tym, jakie są i były, czemu i komu służą niektóre działania. Również o tym, jaki z nich pożytek. Do lektury zapraszam.

Ruch wszelaki.
W tym miejscu o akcjach, które pamiętam z dzieciństwa i dzięki, którym dzisiaj mam zdrowy prosty kręgosłup i robaki w tyłku, które każą mi się ciągle ruszać.
Pamiętam czasy PRL gdzie wyedukowany, zdrowy i sprawny fizycznie obywatel był niezbędny do obrony kraju oraz systemu. Brzmi siermiężnie, prawda? Miałam dwie godziny zajęć wychowania fizycznego w tygodniu oraz zajęcia pozalekcyjne dla zainteresowanych sportem. Biegałam w kółko po boisku, czego wtedy nie znosiłam. Dzisiaj za tym tęsknię. Lekkoatletyka nie była mi obca. Co roku zapisywałam się do sekcji lekkoatletycznej, żeby z nią iść w pochodzie pierwszomajowym. Tam nie sprawdzano obecności. W szkole miałam zajęcia korekcyjne, elementy gimnastyki i lekkoatletyki. Pamiętam liczne gry zespołowe, również te po lekcjach.
Pamiętam jak przez mgłę autorski projekt AWF w mojej szkole. Chciałam się wczytać, przypomnieć sobie, ale dzisiaj w necie nie ma o nim nawet wzmianki. Przyjeżdżali raz w roku, zbierali wszystkich na sali gimnastycznej. Prosili, aby chodzić wzdłuż ławeczek, skakać po nich w poprzek, podnosić stopą woreczki wypełnione ryżem, rzucać piłką lekarską w dal. Dziecinada. Wtedy się z tego śmiałam. Byłam szaloną nastolatką i inne rzeczy mi po głowie chodziły. Dzisiaj wiem, że sprawdzali wydolność organizmu, płaskostopie i stan mojej głównej podpory, czyli kręgosłupa. Wszystko zapisywali skrupulatnie. Bez odzewu nie pozostawało. Moi rówieśnicy nie nosili wtedy gorsetów i nikt nie mówił o jego implantach. Dzisiaj słowo skolioza mnie przeraża. Schorzenie zaczyna być plagą, dotyka dzieci znajomych. Lekarze jako coś naturalnego traktują włożenie nastolatkowi druta wzdłuż ciała, twierdząc, że po roku będzie w pełni sprawnym obywatelem. A gdzie ta dawna dbałość, zanim coś się stanie? Jak mi jej brakuje. Programów profilaktycznych po szkołach nie widzę. Za to popularne są bardzo zwolnienia całoroczne z zajęć fizycznych, bo dziecko musi dobrze testy napisać. Więc zwija się przy biurku lub na łóżku uczy. Na medycynę może zda, ale oby nie z drutem w plecach.
Dzisiaj dawny program doceniam. Dzisiaj się już nie śmieję.
Cieszą mnie również dzisiejsze Orliki. Popieram sport i dzieci w piłkę do późnego wieczora kopiące na osiedlowych boiskach. Orliki pochwalam, bo przypominają namiastkę tego, co było. Każdy nowy, który widzę w okolicy, jest powodem do radości.

Uzębienie.
20 lat temu ze szkół znikły gabinety lekarskie, a wraz z nimi szkolni dentyści.
Czy ktoś z Was pamięta szkolnego stomatologa? Ja tak. Kobieta wstawiała amalgamat. Miała wąsy i bardzo mało mówiła. Czyniła swoją powinność. Wiele zębów mi uratowała. Doczekały się białych wypełnień wraz z postępem. W tamtych czasach w szkole była kartoteka, regularne przeglądy stanu uzębienia. Jak trzeba było, to od razu zęby leczono. Co rusz wywoływano nas na przegląd.

Dzisiaj w szkołach mamy fluoryzację. Cel szczytny. Nawet szczoteczki nie trzeba przynosić. Robią nam dobrze i już nie musimy myśleć o tym. Zastanawialiście się jednak, ile fluoru jest w naszej wodzie i ile w powietrzu? Sprawdzałeś w Twojej okolicy? Mamy go często wszędzie i mamy go często przesyt. Jest więc dotacja, jest fluoryzacja. Kosztuje grosze. Każdy też wie, ile kosztuje dzisiaj wyjście do stomatologa. Zapytacie: Czy chciałabym, aby moje dziecko oglądało straszną Panią w białym fartuchu i miało w buzi amalgamat? Pamiętajcie, czasy się zmieniają. I Panie są już inne. Jeśli nie wierzycie, za przykład podaję pielęgniarki środowiskowe. Sprawdźcie sami. Wiele jest, do rany przyłóż, zamiast opatrunku.

Pij mleko, będziesz wielki.
Przyglądam się szkolnym akcjom, które poniekąd mają służyć dzieciom. No tak, sam cel szczytny. Nawet bardzo. Sprawdźmy, jak to jest w praktyce? Dzieci dostają mleko w dobie, gdy mnóstwo z nich ma alergię na białko i duża część nietolerancję laktozy. Niejedna mama wie, jak trudno wytłumaczyć szkrabowi, dlaczego on nie może pić białego płynu, a cała reszta tak. A mleko jest przecież słodziutkie. No i tutaj zaczynają się wyzwania. Bo nie zawsze wszystkich można tak do jednego wora.

Owocki i warzywka.
Na szkolnych ścianach plakaty. Dorosły przeczyta, ale pociecha z pierwszej klasy nie bardzo. Co najwyżej kolorowe obrazki poogląda, na których owoce wyglądają o niebo lepiej niż te wrzucone właśnie na dno plecaka.
Maluchy przynoszą do domu magiczne zawiniątko. W środku kilka rzodkiewek. Innym razem kawałek kalarepki ze skóry nieobrana. Zawartość nietknięta. To akcja, która ma przyzwyczaić dzieci do jedzenia tego, co zdrowe. Większości dzieciaczków jednak, do zielonego i czerwonego nieprzyzwyczajona, bo w domu się nie jada. Rzodkiewka na surowo przy swoim często ostrym posmaku nawet dla mnie jest wyzwaniem. Dziecko jest tylko dzieckiem. Nie zje jabłka z domu, które zapakujesz w przepiękne pudełeczko, a co dopiero nieobraną kalarepkę z woreczka.

Ryż i kukurydza.
W szkolnych sklepikach samo zdrowie. Akcja zdrowego żywienia w szkołach trwa. Wpadam głodna. Woda i wszystko gdzie bazą jest ryż preparowany lub mączka kukurydziana. Jakiś dziwny zdrowy przeźroczysty napój z naturalnym sokiem, którego nie dopiłam, bo gazowany i zemdlił mnie. A ja zdrowe przecież lubię i promuję często. Tak naprawdę nie było za bardzo co kupić. No cóż, jak to mówi moja znajoma: szału nie ma, czterech liter nie urywa. Nie popadajmy w skrajność, w skrajność. Nie oszukujmy się albo niech nas nie oszukują. Jak dziecko nie kupi w szkolnym sklepiku, kupi w kiosku obok szkoły. Zakonserwuje się po godzinach lekcyjnych lub już z marszu jego mama o to zadba, bo nie chce, żeby jego dziecko suchą sklepikową karmę jadło.

Sól.
Na szkolnej stołówce wycofano sól. Zarządzenie odgórne, z dbałości o zdrowie. W domu normalnie się gotuje, nawet jeśli na zdrowej jarzynce to soli w niej pełno. Sól jest wszędzie i przy dobrze zbilansowanej diecie soli potrzebujemy. Nasz organizm nie potrafi przestawiać się z godziny na godzinę, nie dopasowuje do miejsca, potrafi jedynie do pory dnia. W dzień je w nocy odpoczywa. Dziecku sól potrzebna, więc prosi o biały proszek. Nie dostaje. Sól ze szkół wycofano.

Najpierw świadomość.
Czasami w życiu nie wystarczą kolorowe plakaty. Pamiętajmy również że zakazy kusić będą zawsze. Na braki każdy znajdzie sposób, aby sobie wynagrodzić. Za to świadomość to już zupełnie coś innego. To prawo do wyborów. To wiedza, która daje do zastanowienia. Czyż nie lepiej najpierw uświadomić samych rodziców? Bo kto da najlepszy wzorzec jak nie mama. Ona przynajmniej warzywa obierze ładnie, a potem z nich uśmiechniętą buźkę ułoży na talerzu. Jeśli już korzystamy z dotacji, korzystajmy z nich mądrze. Zamiast wozić do szkół warzywa, może warto nauczyć rodziców, jak je mogą sprytnie we własnej kuchni przemycić, w postaci, chociażby smacznego ciasta marchewkowego. Warzywa na dnie plecaka znalezione po tygodniu, to wyrzucone pieniądze, wiedza w głowach narodu to kapitał.

Młody Einstein
Ten, kto o szkołę się obija, pewnie o akcji słyszał. Nie będę jej rozbierać na czynniki pierwsze. Nią jednak podsumuję cały ten wpis. Pamiętajcie, w dzisiejszych czasach dobry pomysł plus dotacja to sposób na trafiony biznes. Patrz na wszystko, co dają za darmo z lekkim przymrużeniem oka. Bądź ciekawy, wczytuj się i szukaj celowości.
Pamiętaj, że najpierw jest zdrowe ciało. Z implantami, nadwagą czy schorzeniami serca, na nic nam, ani naszym dzieciom, całe mądrości tego świata. Albert Einstein dożył sędziwego wieku z uśmiechem na twarzy, w pełni sprawny. Humanistą przy tym był słabym. Dbaj więc o Siebie i Swoje dzieci. Nie pozostawiaj zdrowia w rękach innych, bo możesz obudzić się z ręką w nocniku. Mens sana in corpore sano, jak powiedział rzymski poeta Juvenalis. W zdrowym ciele zdrowy duch.

Zdrowe lekko naciągane, czyli nie oszukujmy się, Eco jest inne 1/3

Dzisiaj troszkę o marketingu sprzedaży, który za produktem stoi. O kupowaniu świadomym, w świecie, gdzie wykorzystuje się fakt, iż często jemy oczami.
Zabiorę Was na pobliski targ, a potem do typowego hipermarketu. Troszkę o suszonych owocach, które akurat wpadły w moje ręce i złocistych miodach znanych nam od wieków. Opowiem o bliskich spotkaniach z rolnikiem. Nawet dwoma. Liznę temat rzekę, czyli jak wygląda Eco i gdzie go szukać.
Na początek nie będę owijała w bawełnę i powiem prosto z mostu, aby rozwiać nadzieje.
ECO jest mniej urokliwe. Eco się pod prysznicem nie pieni i nie pachnie czekoladą, gdy czekoladą nie jest. Eco do jedzenia w kolorach nie przebiera i jest też często trudniej dostępne. W typowym sklepie zazwyczaj stoi na tyłach lub po prostu go nie spotkasz. Tylko w sklepach ze zdrową żywnością wiedzie pierwszy prym. Cena tego, co zdrowe często odstrasza, podobnie jak niewyszukane opakowania, w które produkt jest zapakowany. Ogólnie to takie mało zachęcające, to ECO i BIO. Na pierwszy rzut oka. Nie w głowie mi jednak Ciebie straszyć, a raczej pokazać, z czym i jak to się je oraz że na ECO warto poświęcić chwilę lub dwie.

Popatrzmy na opakowanie.
Jego się nie je, ale warto na nie zerknąć. Na ECO nie musimy doszukiwać się długich tekstów ukrytych pod gwiazdkami. Dużo mniejszymi niż te na niebie. Tam po prostu gwiazdek nie ma. Nie ma też potrzeby zastanawiania się, czy coś z naszym wzrokiem nie tak, kiedy widzimy długie litanie pisane malutkimi literkami. Tu uspokajam, bo o grafice w reklamie co nieco wiem. Jeśli coś nie możesz na wielu produktach przeczytać to dlatego, że taki był cel. Dobrano mniejszą czcionkę, a dodatkowo zastosowano niekorzystny dobór barw. Taki chwyt marketingowy. Nie wydawaj więc na okulistę, aby sprawdzić, czy z Tobą wszystko dobrze. Bo jest. Sprawdź, co proponuje inny producent. Pamiętaj ! W Eco skład jest prosty jak budowa cepa.

Przykład na wyciągnięcie ręki.
Jeśli są suszone morele, to w składzie pisze: morele suszone i ani słowa więcej. Właśnie stoją przede mną. Wkładam jedną do buzi, jej zapach urzeka. Nieco straciła na objętości, odkąd ściągnięto ją z drzewa. Nawet dużo powiem. Bardzo dużo. Kolor brązowy to efekt suszenia, błyszczącego na co dzień odcieniami pomarańczowego, różowego, czerwonego i żółtego koloru dojrzewającego przez wiele miesięcy owocu. Nie ma przeproś, każda suszarka to złodziej objętości i kolorów, ale nie smaków. Suszarce nie mam za złe, że barwy lata zabiera. Na podniebieniu czuję jeszcze resztki promieni, które pozostały na skórce. Słodycz w ustach niczym niezaburzona. Sama natura. Bo morela, jak i większość owoców nadających się do suszenia cukrów dodatkowych oraz polepszaczy czy kandyzowania nie potrzebuje. Podobnie z bananem, który po wysuszeniu jakby siwych kolorów nabiera. Nadal jednak ma swój urok. Jakby wraz z suszeniem latek mu przybywało. Kolorami nacieszę oko gdzie indziej. Dzisiaj morelki jem zamiast słodkiego batona, banana zamiast chipsów, bo tak też można.
Koniec tego delektowania się.

Cel lokalny rynek.
Jesienne słońce między stragany i namioty zagląda. Pięknych równiutkich marchewek i zgrabnej pietruszki oraz jabłek bez skazy, co wszystkie jak z foremki, nie uświadczysz. Za to wszystko takie jakieś mimo swojej brzydoty godne zaufania. Widzę pory i selery. Tych, jeśli dobrze w domu nie domyjesz, piasek w zupie będzie zgrzytał między zębami. Ciekawe doznanie. Uroki owoców i warzyw z targu, które w żyznej ziemi wyhodowane. Zwykły deszcz je podlewa i czasami robaczek się do nich dobierze. I może nie są takie piękne i tak doszorowane, ale jedno jest pewne, w ziemi wyrosło, a oprysków dary ziemi widywały minimum. Bo którego rolnika na opryski stać ?
Czasami zapytam, chociaż wiem, że ludzie z prawdą się lubią mijać. Czasami pożartuję ze sprzedawcą, gdy widzę rzodkiewkę wielkości buraka. Tak dużą, że do buzi na jeden raz jej nie zmieścisz, chociażby chomika się udawało. Sympatyczny Pan w średnim wieku, którego resztki ziemi za paznokci zazwyczaj nie dadzą się domyć, powiada: Niektóre warzywa typu pomidory trzeba pryskać, ale tylko troszkę na początku. A rzodkiewka duża, bo przegapiłem, bo deszczu i słońca ponad miarę. W takich warunkach rośnie jak na drożdżach.
Jeśli kupować to świadomie i w miłej atmosferze, pomyślałam. Prawdomównego Pana polubiłam i często do niego wracam. Rzodkiewki oczywiście kupiłam.
Mijam stoisko innego z rolników. Na stoliku miody pachnące. Błyszczą się w słońcu w kolorach kasztanów. Jak szlifowany bursztyn w pierścionku mojej babci. Promienie światła docierają przez szklany przeźroczysty słoik w każdy zakamarek. Słoiczkom, jak i zawartości jest cieplutko. Czy to jednak dobrze ? Pamiętam opowieść znajomego, który opowiadał o miodowej pasji swojego dziadka. Jakie pszczoły są inteligentne i jakie wrażliwe. Jak miód trzymał dziadek w suterynie, bo szlachetny płyn chłód i ciemno lubi. Przypominam Sobie miłego Pana o imieniu Klemens. Człowiek ciekawy, jak i jego imię. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, wyglądał, jakby w pole zawsze szedł, albo inaczej, jakby z pola nigdy nie wracał. Luźna jasna, nieco rozciągnięta koszulka, spodnie robocze i gumiaki, które u każdego rolnika to No 1. Włosy rozwichrzone i wieczna pogoda ducha na twarzy wypisana. Pracy dużo, ale on emanował spokojem. Natknęłam się na niego podczas jednej z wypraw. Mała tabliczka na wsi a na niej MIÓD napisane. No to zaglądnęłam.
W małej piwniczce na drewnianych szafkach za płócienną zasłonką stały słoiki z pachnącą gęstą zawartością. Usłyszałam, że: Pszczoły, które miód zbierają, mieszkają w tradycyjnych ulach bez styropianu, pielęgnowane i bez żadnego leczenia antybiotykami. Cukrem w zimie dokarmiane w najmniejszych możliwych ilościach. Tam, gdzie nektar zbierają, pola nieskażone są pestycydami. Ot małe szczegóły a cieszą. Miód oczywiście zakupiłam. Ten wiosenny co ma najwięcej wartości i ten z późnego lata, bo na przeziębienia dobry. Kupuję go do dzisiaj. Takie miody nie potrzebują żadnych napisów. To, że zdrowie w ich wnętrzu ukryte, czuć po otwarciu wieczka zaraz po tym, jak słyszymy dźwięczne klik. To widać po konsystencji, gdy złocisty gęsty płyn, ze złocistą poświatą, po łyżce leniwie spływa. To widać po podejściu i wiedzy sprzedającego.
Z rynku wróciłam z torbą pełną zdrowych brzydactw. Miodów nie kupiłam wierna Panu Klemensowi. Rolnika uświadomiłam. Aby zmyć resztki pestycydów, owoce i warzywa umyłam w ciepłej wodzie z dodatkiem kwasku, a następnie zamoczyłam w równie ciepłej wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej. Przy środowiskach kwaśnym, a następnie zasadowym żaden pestycyd nie ma szans. Za taką kąpiel owocki i warzywa odwdzięczają się aromatem i smakiem.
Kierunek hipermarket.
W głowie hasło programu edukacyjnego „Od uprawy do potrawy” promowanego przez jedną z wielkich sieci sklepów w szkołach. Patrzyłam niedawno na plakat. Na górze widniało dobrze znane mi z reklam i wielkich bilbordów logo. Cel akcji szczytny, bo zdrowego odżywiania dotyczy. Na koniec dzieci mają nawet dostać zdrowe przekąski, sponsorowane przez placówkę. Ciekawe co bardziej zapamiętają treści książeczek edukacyjnych czy elementy graficzne sugerujące gdzie w przyszłości mają robić zakupy?. Sprawdzam, jak akcja ma się do półek sklepowych. Tu rozglądam się za zdrowym jedzeniem w zamiarze kupienia. Olejów na zimno tłoczonych w ciemnych butelkach znikoma ilość. Wypatrzyłam jedynie do sałatek oliwy z oliwek. Na nie moda przyszła już lata temu z Włoch, Grecji i Hiszpanii. Brakuje mi lnianego, co naszym polskim szlachetnym rodzimym produktem jest oraz rzepakowego do smażenia Do głowy przychodzi mi jeszcze masło klarowane, które jest znakomitym odpowiednikiem. Nie ma. Pod rafinowanymi, nieskazitelnie czystymi i przefiltrowanymi wiele razy oleistymi płynami, półki się uginają. O olejach polecam doczytać. Warto.
Idę dalej. Owoce, które tutaj pięknie popakowane i błyszczące, ja już na rynku zakupiłam. Pieczywo pięknie pachnące tylko z mrożonego ciasta wypieczone. Szkoda, bo chciałam Wam takie na zakwasie pokazać. W chipsach dużo soli i E — coś tam, a w sokach glukozy co niemiara. Chodźcie proszę dalej. Ziemniaki bez smaku, to sprawdziłam już kiedyś, również odpuściłam. Minęłam półkę z nabiałem, gdzie farbowanych jogurtów nie było końca i inną półkę ze słodyczami, gdzie producenci stwierdzili, że skoro w nazwie mają słowo SŁODYCZ, to ma być słodkie, ile Bozia da.
Końcem końca coś tam kupiłam. Wychodzę z pełnym koszykiem. W takich sklepach polecam zakup papierów toaletowych, chusteczek, ręczników kuchennych i patyczków do uszu. Dlaczego ? Bo mają bardzo dobre ceny. Chociaż wzorki słodkich niebieskich misiaczków i kwiatuszków w kolorze słońca kuszą, polecam wszystko, co białe, bo i na co ryzykować z rakotwórczymi kolorowymi farbami. Białe tak na wszelki wypadek i w trosce o biedne zwierzątka, bo żadne z nich nie chce podcierać czterech literek, nawet tych dziecięcych.
Wychodząc ze sklepu rozmyślam ile wokół nas podświadomej reklamy, ile kuszących kolorów, haseł i zapachów. Ile produktów tak podobnych, tylko w różnych opakowaniach, przekrzykujących się na półkach: Kup mnie ! Nie. Mnie kup !, bo tak ich zaprogramowano. Wielu z nas również podjęto programem. Tylko czy zdajemy Sobie sprawę ? Są jednak tacy co krzyków nie lubią. Dodatkowo nazwy BIO, ECO, PRODUKT NATURALNY czy BEZ GMO, które coraz częściej się pojawiają na opakowaniach, dają im do myślenia. Coraz częściej patrzymy na to, co jemy. Zaczynamy zerkać co naprawdę ląduje na naszych talerzach.

Dlaczego ludzie zaczynają się interesować zdrowym jedzeniem a co za tym idzie własnym zdrowiem?
BOIMY SIĘ ŚMIERCI. Ot tak po prostu. Usłyszałam to niedawno od statecznego i bardzo pogodnego Pana w okularach, ze starannie przycięta bródką, który zajmuje się badaniem rynku.
Warto pamiętać.
Zakupy, gotowanie i spożywanie posiłków to spora część naszego życia. I sporo czasu zajmuje. Przekonują się o tym Ci, co rezygnują z błyskawicznych zupek i dań z puszek i słoików. Życie w zdrowiu jest wyzwaniem i tego warto być świadomym, aby wytrwać, żywiąc się zdrowym. Aby wiedzieć, po co i na co. Pamiętajmy, że wielu rzeczy nie odwrócimy i że nie cofniemy czasu. Im wcześniej przyjdzie świadomość, tym szybciej jelita i reszta ciała nam za to podziękuję. Może dzięki temu nie odpalimy zapłonu, który w nas drzemie, rakiem nazywanym lub nowotworem jak kto woli. To zmora naszych czasów, która sieje zniszczenie i nas przeraża. Może dzięki zmianom wiele chorób przejdzie obok nas, a może będziemy mogli odstawić niektóre leki i suplementy diety, które są tylko zastępstwem ? Zastępstwa znamy przecież ze szkół. Wiemy, że na dłuższą metę nie ma to, jak oryginał.

Przez wiele lat jadłam margaryny i sosy z torebek, przez wiele lat wszystko, co przyniósł ze sobą Zachód. Obecnie jestem czujna, bo nie chcę, aby mną manipulowano. Obecne życie to ciągła nauka, odkrywanie, uświadamianie i testowanie. Dlatego zmieniam, sprawdzam, odrzucam, zostawiam co lepsze. Robiąc wpisy kieruje się jedną zasadą: Dziel się tym, czego sam doświadczyłeś, co sam skosztowałeś, czego dotknąłeś i co Ci służy. Może te kilka spostrzeżeń pomoże i Wam coś w życiu zmienić, jeśli uważasz oczywiście, że jest zmian potrzeba. Bo przecież nic na siłę. Każdy wie co mu służy.
Zaskoczę tych, co mnie znają i myślą, że taka konsekwentna. Wiem, że o zdrowiu piszę, ale dzisiaj mimo zdrowych zakupów, w pogoni życia i braku czasu, zjadłam w porze obiadowej, wielkiego, ciepłego, słodkiego napompowanego jak balon obwarzanka, obciekającego bielutkim lukrem, który obkleił każdy mój palec z osobna. Jego zapach czuć było na kilometr. Mienił się licznymi kolorami i wygrał rywalizację z równie kuszącym sąsiadującym pączkiem. Pychota, prawda?. Wygrał głód i obwarzanek. Więc może ten wpis to z wyrzutów, a może zadana sobie pokuta ?.
Nie popadam w skrajności. Zakonserwować się to nic złego. Dać Sobie forów też oczywiście. Powtórzę po raz kolejny. Świadomie. To moje ulubione słowo. Jeśli więc jesz patrz co masz na talerzu i dociekaj jak zostało zrobione. Jeśli idziesz do sklepu, nigdy nie na głodnego. Nakarm burczącego zwierzaka co się jeść dopomina. W sklepie niech głowa o zakupie decyduje. Świadomych zakupów życzę i jak zawsze po wszechczasy: ZDROWIA.

 

Zdrowe lekko naciągane, czyli jak jest dzisiaj 1/2

O tym jak wyglądało dawniej, było już w poprzednim wpisie. Dzisiaj będzie o tu i teraz. Chodzę tak sobie czasami po necie. Po sklepach czasami biegam a czasami spaceruję, gdy czasu mam więcej albo coś potrzeba i nadziwić się nie mogę jak dużo do powiedzenia ma dzisiaj komercja. Wszystko takie masowe. I w sklepach mam wrażenie to samo. Tylko w innych opakowaniach.

Słodyczki za każdym zakrętem
Na początek patrzę na dzieci. Wołają coś do picia. To, co ładnie wygląda, bo na etykiecie bohaterowie najnowszych bajek. No tak. Najpierw ich nieźle rozreklamowano, żeby dzieci zachęcić do oglądania, a potem słodkiej wody kupowania. Sok stoi na półkach przed samym nosem. Zwykła woda nieco głębiej. Rodzice kupują więc napój spragnionym pociechom, chociaż w butelce picia niewiele a cukru tyle jak dalece chemia jeszcze pozwala, żeby się rozpuścił. O ! I tu wkrada się moja mała pomyłka, bo cukier przecież niezdrowy. Zapomniałam. A przecież teraz zdrowe ma być. Na opakowaniu napis: Nie zawiera cukru. No i nie zawiera. Za to w składzie syrop glukozowo – fruktozowy. Ten w produkcji jeszcze tańszy od cukru, który białą śmiercią nazwano. Xylitol, chociażby z brzozy pozyskiwany w tym miejscu nie ma racji bytu. Produkt byłby po prostu za drogi. W produkcji oczywiście. W sklepie za małą buteleczkę, która pasuje do dziecięcej raczki i słodzonej sztucznym syropem, dosyć słono płacimy. Nie wspomnę o cenie przy wejściu do kina czy w szkolnym sklepiku. Jestem pełna podziwu dla koncernów i firm, które robią co roku coraz większą sprzedaż za ich wiedzę marketingową i pomysłowość.

Jedna łyżeczka cukru paraliżuje nasz system immunologiczny na godzinę. Warto o tym pamiętać szczególnie jesienią gdy o przeziębienie nie trudno. Dobrze być również świadomym, że cukier jest prawie w każdym produkcie. Jego ilość w wodzie o smaku cytryny mnie przeraża. Kiedy słyszę o kilkunastu łyżeczkach w butelce, włos na głowie mi się jeży. Cukier jest w jogurtach, ketchupach i nagminnie w musli. Nie wspomnę o ciastkach nawet jak piszą, że zdrowe. Cukrzycy miejcie to na uwadze. Ci co cenią zdrowie, również.
Kiedy jesteśmy całej prawdy świadomi, idziemy do sklepu i sypki cukier trzcinowy z półek ściągamy. Tylko nie wiemy, że często to ten sam biały co kupowany wcześniej tylko melasą zafarbowany. Bo i skąd mamy to wiedzieć. Oczy czytają a głowa mówi, że zdrowe. I ciach w sklepowym wózku niby to zdrowa słodycz ląduje. Do ręki biorę prawdziwy cukier trzcinowy. Wielka bryła w kolorze ciemnego bursztynu, z którą na początku nie wiadomo co zrobić. Wilgotna i w ręce się nieco klei. Można wydrążyć łyżeczką lub zetrzeć na tarce. Nieco mniej słodki, ale za to aromat piękny słodycz nadrabia. W formie sypkiej też się spotykam. Można nabrać łyżeczką. Jest ciężki i przelewa się prawie jak woda. Kilogram mniej miejsca zajmuje. Przelewa się przez palce jak mokry piasek na plaży.
Trudno przyzwyczaić się do tej formy. Dlatego słyszę: I co z tym zrobić ? A potem już tylko wraca się do starego białego z buraków, słodziutkiego sypkiego i tego, co łatwiej kupić. Na półkach „białej śmierci” jest dużo. W paletach w sklepach stoi, bo nie opłaca się na półki wyciągać. Zbyt jest, bez dwóch zdań.

Pachnące stoiska z pieczywem
Tutaj producenci prześcigają się, żeby wszystko wyglądało na zdrowe. Posypują chlebki owsem, dynią. słonecznikiem i twierdzą, że są na zakwasie, chociaż pieczywo specyficznym kwasem nie pachnie. Bochenki przyciągają odcieniami brązów. Większość osiąga piękny kolor w zależności od ilości dodanej, wspomnianej  już melasy. Białe bułeczki, bagietki, kajzerki. Wszystkie z mrożonego ciasta pieczone są na miejscu, bo do ciepłego pieczywa mamy słabość. Nie pamiętamy, że ciepłe nie jest zdrowe i z gorącym trzeba poczekać, aż wystygnie. Finezyjne kształty sprawiają, że długo zastanawiamy się co wybrać. Nie wszyscy zauważamy, że wszystkie te pieczywa smakują tak samo. Ich zapach roznosi się wszędzie. Nawet mało sprawny nos wyłapie. Okrągłe małe i wszystkie takie idealne. Z ziarna pszenicy dlatego tak pięknie wyrośnięte. Każdy chleb bez mąki pszennej nie będzie już taki pulchny i bielutki.
Pszenica dzisiaj wiedzie prym dzięki modyfikacji i manipulacjom hodowlanym. Bo mają być coraz wyższe plony, bo po niej każdy biszkopt ma wyjść bez względu jaka gospodyni się za niego zabierze. Pamiętam pszenicę z Kargulowych komedii czy filmu – Nad Niemnem. Wysokie kłosy, wśród których można było się schować tańczyły na wietrze, bo miały delikatne łodygi. Burza i grad były dla nich zagrożeniem. Dzisiaj nic im nie straszne, bo łodygi dużo niższe i nic ich nie ruszy. Pszenicy dałabym piątkę z plusem, gdyby nie genetyka i gluten oraz jego pochodne. Dzisiaj alergie na białka klejorodne to zmora, zarówno dzieci, jak i  i dorosłych. Bułeczki w sklepie są tanie, pieczywo razowe nieco droższe,  ale też skład inny i za wiele tego nie zjesz, bo syte. Sklepowe bułeczki ładnie pachną i wyglądają w sklepie, potem robią się gumowe. Chleby naszej babci pieczone w piecu leżały tydzień i ani były bardziej twarde, ani bardziej miękkie przez cały ten czas. Ot drobiazgi, ale chyba ważne.

Śniadaniowe specjały
Stoję przed półką z chrupkami. Crunchy, musli, płatki kukurydziane. Większość kusi rysunkami i niewielką ilością kalorii. Pełnym zbożem w składzie i owocami tropikalnymi. Jedno z opakowań szczególnie rzuca mi się w oczy. Rodzi się nadzieja. Opakowanie z szarego papieru, napisy nie biją po oczach, zielone więc z ekologią się kojarzą. Hasła kuszą. Zaglądam jednak na skład i szybko się zniechęcam. Owoce kandyzowane czyli nasączone cukrem, ilości owoców skromne. Podobnie maki pełnoziarnistej co kot napłakał. Lista dziwnych składników długa. Tu przestroga. Nie jemy opakowania. Nawet to najpiękniejsze wyląduje w koszu. Jego zawartość. To ona jest ważna. I to, co z tył pisze najmniejszym druczkiem.

Kiszonki
Półka z kapustą kiszoną. Tu idę z nadzieją, że przy produkcji kapusty nie ma co kombinować. Jest produktem fermentacji, więc konserwuje się sama. Jest jeden drobiazg. Musi mieć możliwość odprowadzania gazów. Dzisiaj kapustę kiszoną kupujemy w foliowych woreczkach a w nich wraz z kapustą nie omieszka zadomowić się konserwant. Podobnie jest z chrzanem w słoiczkach.

Produkty mleczne
Mleko. Dużo by o nim pisać. Wyjałowione przez proces homogenizacji, otłuszczone maksymalnie, bez bakterii i laktozy. Z witaminami sztucznymi. Kolor mleka został. Białe jest – więc bingo. Zastanawiam się jak po wypiciu w niepełnym składzie, mają zachodzić procesy chemiczne, które są odpowiedzialne za wchłanianie i rozkład w organiźmie. Stoi Sobie to mleko na półkach a my w każdym wieku je pijemy. Dzieciom w szkołach robi się z mlekiem akcje, chociaż wiele na mleko uczulone. Im się mówi pijcie, chociaż w ich wieku każde cielątko mleko matki odstawiło i na zielone się przerzuciło. Dlaczego ? Bo każde zwierzątko wie, że mleko od matki pije się przez chwilkę. Potem już się do niego nie wraca.
Zerkam na regał z jogurtami. Wszystko prawie jest: „o smaku” zamiast „z” – znaczy z zawartością w środku. Jogurt o smaku maliny przybiera kolory malin, ale mam wrażenie, że nawet sam barwnik obok malin nie leżał. Nawet naturalny jogurt potrafi być zagęszczany. Jakim specyfikiem ? Tego na etykiecie nie pisze. Ważne, aby konsystencję nadać. Skoro na jednym z nich piszą: „Nie zawiera mleka w proszku”, coś chyba musi być na rzeczy.

Rybki
Pstrąga chcę kupić albo łososia świeżego. Po kolorze wiem, że pochodzą z hodowli. A hodowla równa się ciasnota, czyli dużo ryb na małej powierzchni a co za tym idzie antybiotykoterpia, żeby rybki nie chorowały. Wpajane mamy, że im bardziej różowy łosoś, tym lepszy. Ale gdy się przyglądniesz tym, które naturalnie w morzach i oceanach pływają, mają piękne białe mięsko. Delikatną jak mgiełka i różową poświatę widać pod światło. Taka ryba ma swoją cenę i dostać jej dużo trudniej.

Szynki i szyneczki
No tak. Doszliśmy i do tego. Kiedy pytam Panie,  pracujące przy mięsie co o nim sądzą, spotykam się z przyjaznym uśmiechem. Co któraś nachyla się w moim kierunku i szepcze: Ja mięsa nie jadam albo bardzo mało. Te uczynne czasami podpowiedzą cichaczem: Tej szyneczki dzisiaj nie brać, a tamtą też lepiej zostawić w spokoju. Panie potwierdzają: wszystko dzisiaj smakuje tak samo. Sklepowe wędliny omijam a swojskie gdzie świnki parzonymi ziemniakami, pokrzywami, koniczyną i otrębami karmione, wszystkim Wam polecam. Bo to, co zjada prosiaczek, odkłada się w jego mięsku a my to mięsko potem zjadamy. Wy. Bo ja zwierzątek nie jadam.

Artykuły higieniczne
Szukam w necie pasty do zębów takiej zwykłej bez fluoru. Nie musi być bielutka ani mieć opakowania pięknego. Nawet nie musi pachnieć, ważne dla mnie co w środeczku. Przy okazji robię zakup szczoteczki, bo mnie zaskoczyła, mówiąc: Zobacz jestem całkiem Eco ! Zaduma i niemoc przyszła nieco później. Za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki, myśl jedna nie daje mi spokoju:
Zamierającym gatunkom lasy bambusowe wycinamy, żeby w sklepie ekologiczną szczoteczkę z bambusową rączką można było kupić. Bądź co bądź stwierdzam, że to jeszcze najmniej komercyjne w całej tej zabawie. Opakowanie papierowe. Minimalizm formy. Zużyte tylko tyle papieru ile potrzeba. Jest wrażenie, że szczoteczka niezniszczalna, więc posłuży dłużej. Bakterii i tego, żeby często wymieniać się nie boję. Mam wrażenie, że hasła o kształtach, które mają się niby w każdy zakamarek dostać, przyćmiewają ważny szczegół. W sklepowych wydziwianych plastikach o główkach kolorowych, włosie jest tak słabe, że wymieniać szczoteczkę trzeba często. No to wykorzystuje się, mam wrażenie biedne bakterie i historię o tych żyjątkach dorabia.
Są pociechy, które myją zęby nieregularnie, które nie myją prawie w cale. Znam takie. Ślina to naturalny środek przeciwbakteryjny. Dodaj do tego odpowiednią dietę, a wielu nieprzyjemnych zabiegów na fotelu dentystycznym unikniesz. Pozostawiam do przemyśleń.

Zakupy dla mnie w przeciętnym sklepie to nie lada wyzwanie, albowiem czasy dziwne nastały. Człowiek stracił zaufanie, a co za tym idzie, odebrano nam przyjemność bezstresowego kupowania. Ukierunkowano na sprawdzanie cen i analizowanie promocji. Kupowania dwóch, chociaż nawet jednego nam nie trzeba było, gdy wychodziliśmy z domu.
Jak łatwo jest nami manipulować. Jak łatwo mieszać nam w głowach.
Jednego dnia masło jest zdrowe. Innego margaryna. Następnie znowu masło do łask wraca, ale takie co jak na patelni rozpuszczasz, to pryska na wszystkie strony. Modę można sztucznie stworzyć, modę można do głów nam reklamami wtłoczyć. Kiedy troszkę zachowamy dystans możemy żyć zdrowo a ponadto środowisku pomagać. Warto więc może czasami w tym naszym pośpiechu zatrzymać się przy sklepowej półce i pomyśleć ile w tym wszystkim naprawdę jest zdrowe i Eco. Sprawdzić jak prawdziwe Eco wygląda, czym się różni i dlaczego producenci go tak nie lubią. Jeśli nie chce Wam się o tym główkować, zapraszam do następnego wpisu.

ZDROWE LEKKO NACIĄGANE, CZYLI JAK BYŁO 1/1

Zabieram Cię na wycieczkę. Niedaleko. Do pobliskich sklepów. Tych, które niby tak się od Siebie różnią. Nazwami, wyglądem, godzinami otwarcia i cenami. Ja zaglądam na półki sklepowe i to, co na nich było, jest i będzie.
Należę do tych, co urodzili się w czasach gdy na ladach było mało i zza lady panie w białych fartuszkach obsługiwały. Ja w fartuszku granatowym z tarczą przyszytą na lewej piersi do szkoły dumnie kroczyłam. Z lekkim tornistrem, może nie kolorowym, ale lekkim, bo w nim tylko jeden elementarz był. Nie słyszało się o nowotworach, rota wirusach, a o cukrzycy bardzo rzadko.
W sklepie ekspedientka pakowała wędliny w zwykły szary papier. Pachniały każda inaczej. Szynki były dwie. Ta swojska i konserwowa. Kiełbasa jedna, ale za to jaka. Z mięsa się składała. Wiedziałam o tym i nie trzeba było mi pisać: 104% mięsa w mięsie. Był boczek, którym przy obsmażaniu obciekał tłuszczem i nie miał żadnej wody w składzie. Moja głowa nie musiała główkować co z tym zrobić, gdy na patelni zamiast tłuszczyku pojawia się piana. Wychodziłam ze sklepu, wkładałam zakupy do koszyka, bo reklamówek jednorazowych, plastikowych oczywiście, nie było.
Wodę z kranu się piło, więc rodzice nie musieli ze sklepu ciężkich zgrzewek nosić, a potem plastików tony segregować i płacić za to, że jeszcze, że ktoś to odbierze, bo przecież spalić nie wolno. Jeśli chciało się gazowaną, każdy w domu miał syfon i kilka naboi. Była napowietrzona. Aż nosem bąbelki leciały. Na ulicach z saturatora można było się soku napić, a największą chemią była oranżada, żółta albo czerwona. Ta akurat pakowana w foliowych woreczkach.
Był Pewex. I w nim dziwne parówki w zalewie w słoiku. Ale ponieważ tam za dolary, mało kto takie rzeczy jadał. Za to z gum Donaldów robiło się wielkie balony. Na gumy jakoś zawsze obcą walutę dzieci znalazły. Do dzisiaj nie rozumiem tego zjawiska.
Codziennie jadło się chleb na zakwasie, który nie był czymś wyjątkowym. A na chlebie była gęsta śmietana cukrem posypana.
Konsumowałam kurczaki co tylko z wolnego wybiegu były. A co za tym idzie, na jajkach nie było pieczątek, bo jajko miało jedną klasę. Na tych jajkach robiłam panierkę do schabowego, który królował na wszystkich polskich stołach. Prawie pływał w maśle kupowanym na kilogramy. Świnka, z której na kotleta schab pozyskano, nie miała zielonego pojęcia o GMO oraz antybiotykach dla zwierząt. Jej właściciel również. Nie miałam ani jednej koleżanki i ani jednego kolegi w szkole, u którego stwierdzono by wtedy nadwagę albo otyłość. A ile tych kotletów Polacy zjadali trudno zliczyć. Mimo deficytów i kartek każdy Sobie radził.
Dzisiejszy Bobofruit był rarytasem. Pomarańcze i banany jeszcze większym. Za to w modzie były czarne i czerwone porzeczki, morwy, agrest, jeżyny, wiśnie i obowiązkowo czereśnie z robaczkiem.
W aptekach był Vibovit, Pyralgina. Ale po Aptekach się nie chodziło za często, bo katar nie był chorobą i aptek było mało. Przy gorączce mama zimny okład robiła. Przy kaszlu na szybko syrop z cebuli lub mleko z żółtkiem i miodem aplikowano. Leków mniej a frekwencja w szkołach wyższa.
Buty. O tak. Wyzwania z butami pamiętam. Było ich trudno dostać i nie były za piękne. Ale to chyba tym brzydkim właśnie, zdrowe stopy zawdzięcza większość, która te czasy pamięta.
Nie było rzeczy markowych, wiec nikt nie porównywał. Ogólnie wszystkiego było mniej, ale smakowało jakoś tak lepiej. I ludzie byli zdrowsi. Mogłabym tak opowiadać bez końca.
Dzisiaj jest troszkę wspomnień, bo jak tu takich czasów nie wspominać. Jutro po sklepach się przejdziemy. Razem. Tych w necie i nie tylko. Na wspólny spacer w następnym wpisie zapraszam.

PO CO PROSO CZYLI KILKA SŁÓW O KASZY JAGLANEJ

Stanęłam w kuchni. Patrzę co pod ręką. Co dobrze wygląda, co ładnie pachnie. Co świeże i się prosi żeby użyć. A w pierwszej kolejności słucham Siebie, Swojego Ciała i intuicji. Kolej pada na jagłę.

No tak. Kasza powiecie. I to jeszcze słodka. I jak się ugotuje to taka do wszystkiego i do niczego.

Też jeszcze całkiem niedawno tak myślałam i jagłę jadłam tylko z miodem i żurawiną. Żółte kulki miedzy zębami zostawały. Ale jadłam bo odkwasza i dobra dla jelit, a także przy przeziębieniach, dla sportowców oraz  dla tych co nie mogą glutenu. A kiedyś to w ogóle o niej nie słyszałam, bo kaszy mogły dla mnie nie istnieć. Dziwny zapach miały. Grysik kojarzył się z dziećmi i słodką wonią mleka, a gryka stołówką pachniała.  Ziemniaki były smaczne i kotlet schabowy na maśle. Pachniał i wyglądał jak złote duże dukaty. I skwierczał jeszcze na talerzu jak babcia podała. Mniam. Mniam. Stare jednak to czasy. Wróćmy do dzisiaj.

Stoję w kuchni i coś na szybkacza chcę zrobić. Taką bombę co łatwo wchodzi i w samochodzie można zjeść, gdy czas inaczej nie pozwoli. Przypomniała mi się książka Zaremby, co o jaglanej dużo pisze. Jak przez mgłę pamiętam przepis na koktajl. Konsystencja będzie ok. Wleję do bidonu. Smak się zobaczy co wyjdzie. Będzie dobrze. Robię pierwsze podejście.

Tego przepisu nie znajdziecie nigdzie. Czy kiedyś powtórzę, nie wiem. Będą podobne. Dzięki temu do kuchni nie wkrada się nuda. Kocham eksperymentować i tych co w kuchni robią doświadczenia. Bo kuchnia nie powinna być przymusem. Kuchni nie trzeba się bać. Nie wyjdzie coś, trudno. Nie smakuje, też nic się nie dzieje. Mała zmiana lub zmian kilka. Następnym razem wyjdzie lepiej, inaczej, smaczniej.

KASZA JAGLANA – podstawa. Szklankę ugotowanej do blendera wsypałam. MLEKO KOKOSOWE – dwie szklanki prawie. BANAN – jeden. Razem z kaszą i jogurtem konsystencji nadaje. KURKUMA –  duża szczypta. To taki żółty proszek. Oj pięknie wygląda i rozgrzewa i sprawia że potrawa wygląda jak słońce na moim obrazku z dzieciństwa, CYNAMON – oj tego to sypię bo pięknie pachnie, DAKTYLE – dwa. Dla słodkości i zdrowotności. MIÓD – łyżka, bo to samo zdrowie. CYTRYNA – nawet pół wleję wyciśniętej bo nadaje lekkiej kwaskowości i orzeźwia. Jest zasadowa jak kasza jaglana więc para z nich dobrana.

Na pierwszy raz wystarczy, chociaż jeszcze pestki dyni kuszą, ale niestety tutaj nadadzą brzydki kolor. Jogurt również, albo mango dojrzałe. Poczekają jednak na swoją kolej, na kiedy indziej. Włączam blender, aż mus powstanie. Jest super. No może trochę za gęste to mleka dolewam. O teraz ok. Do lodówki wkładam. Wyszło tego troszkę. Piłam cały dzień. Było bardzo syte. Samo zdrowie. Moje zdrowie. I moja niepowtarzalna mieszanka. Taki energetyczny detoks. Teraz kasza jaglana na dobre zawitała w mojej kuchni. Muszę tylko troszkę jeszcze w przepisach poszperać.

Czasami warto zrobić przegląd i pokusić się na to co nowe. Szukać to co nasze i to co nam służy. Stanąć przy innych półkach niż zwykle. Popytać innych ludzi  i poczytać innych książek. Dostęp do wiedzy, przepisów i produktów przeogromny. Jeśli masz potrzebę zmian wystarczy tylko chcieć.