W ponury poranek słowa mnie rozbawiły: „Prawdziwy mężczyzna nie boi się różu i pomponów”.
Jak więc jest z tymi męskimi upodobaniami? Na szybko odpowiedzi dwóch się doszukałam. Przy pierwszej u faceta wysokie poczucie wartości się kłania, a za nim myślenie: Przecież co tam z całym obok ludzkim gadaniem i plotkowaniem. Wystarczy, że ja czuję się z tym dobrze. Opcji pierwszej często promienne nastawienie do życia towarzyszy. Różowe koszule od kilku lat w modzie.
Opcja dwa? Przy spotkaniu z tym, co nieco inne ma upodobania, możecie być pewni, że nuda was nie ominie. Ciekawa osobowość, która przy bliższym poznaniu, bez dwóch zdań potrafi zmienić nasze na świat spojrzenie. Bo magią jest nie krytykować, a zrozumieć istotę rzeczy, dlaczego niektórzy faceci wolą jednak przystojniaka zamiast kobiety.
Miesiąc: maj 2019
MARNOTY I GŁUPOTY
Dlaczego nie być „złym”, jeśli jest się w tym dobrym?
Co mam na myśli: Czasami mówimy o naszej głupocie, o tkwieniu w błędzie czy byciu w czymś po prostu najgorszym. Do bani, do kitu, wybrakowanym. Powolnym, marnym, jednym słowem słabym.
Oj Robaczki, robaczki. Jak nam coś nie wychodzi, to nie wychodzi. Możemy sobie rwać włosy z głowy. Czy bycie gorszym w jednym nie oznacza, że w drugim jesteśmy fantastic?
Zauważcie, że natura nie obdarza równo za to sprawiedliwie. Jeśli tego nie widzicie, czy to znaczy, że wzrok słaby? Warto szukać swoich plusów, tych ukrytych i tych nieuświadomionych jeszcze. Powodzenia w poszukiwaniach. Ot tyle.
STRASZYDEŁKO
„To nie ja ją straszę. To ona się boi”. Uśmiecham się pod nosem. Różne spojrzenia na jedną sytuację i różne reakcje. Kto ma rację? Straszący czy bojący się czegoś? A może oboje? Do kłótni niedaleko czy blisko do dowcipu? Dobrze, gdy takie scenki tylko w żartach, gorzej, gdy różnica zdań niezgodę buduje. Pamiętajcie o tym, będąc w związku lub go tworząc.
JAK ZŁAPAĆ SZCZĘŚCIE ZA ROGI?
W związkach bywa i tak: Na początku twierdzimy, że jesteśmy szczęściarzami. Łudzimy się nadziejami, że szczęście raz za rogi złapane będzie nam już towarzyszyło na zawsze. Oczywiście bez żadnego z naszej strony wkładu.
Po latach kilku słyszę: Gdybyśmy wiedzieli! Na co mi to było i gdzie mieliśmy oczy?
Z jakiego powodu w życiu zazwyczaj robimy na odwrót? No cóż. Może warto o wzrok już od najmłodszych lat zadbać, żeby z „naszym szczęściem” móc do końca życia obcować bez narzekań i wyrzeczeń?
FACET CONTRA MĘŻCZYZNA
Ja nie jestem facet, mężczyzna jestem! Powiedziała młoda istota, dokręcając imbusowym kluczem wielką śrubę.
W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Może jest w tym troszkę prawdy?
Dziewczyny do Was należy decyzja czy będziecie szukać faceta, czy z krwi i kości mężczyznę. Czego się dzisiaj nauczyłam? Facet to płeć. Mężczyzna potrafi przykręcić nogi do stołu. Pierwszego na pęczki dookoła o drugiego coraz trudniej w dzisiejszym świecie.
ENRIQUE 3/3
Co w drugim podejściu po ze sceny zejściu?
Najdłuższy bis, jaki oglądam. „Subeme la radio” i wiele innych. Iglo tańczy z panienką z tłumu. Wyciąga na platformę jej chłopaka. Zanika różnica widz – artysta. I jak tu go nie kochać? Co tam śpiew mniemam, wielu tu obecnych powie. Spontan się liczy. No i fotka. Ktoś chętny do selfie? Wielu się udaje. No i noszą go na rękach. Kaptur na chwilę ubrał. Zimno mu się zrobiło, bo maj u nas chłodny? Nic z tych rzeczy. Widziałam zdjęcia. Enrique często nosi bluzy. Taki jego styl. Kinestetyk, dla którego dotyk delikatnej bawełny jest przyjemnością, a zmorą sztuczna materia. Naturalna biała koszulka rzuciła mi się w oczy. Przebrał nie wiadomo kiedy.
Bailando. Czy ktoś mógł tego nie słyszeć? Stacje radiowe puszczały lat kilka temu aż do zmęczenia i znudzenia. Żeby wiedzieć, o czym piszę, polecam teledysk. Płonące seksowne piękne „One”. Kobiety. Stwierdzam: Każda z nas bez względu na wzrost czy wagę, chociaż raz powinna przywdziać czerwoną sukienkę i zatańczyć tango. Poczuć swoją moc.
Ku końcowi
Wchodząc na arenę, zerknęłam w sufit. Wielkie balony ukryte pokątnie wśród czarnej jak smoła konstrukcji. Teraz właśnie ich czas nastał. Bielutkie jak kartka papieru, lekkie jak gęsi puch spadają, spadają, spadają … Kiedy ostatni znalazł się na ziemi, mieszając się z milionami kawałeczków błyszczących, foliowych konfetti, pomyślałam: Dobrze było zrobić cos innego w przeciętny zazwyczaj znaczony w kalendarzu na czarno drugi dzień tygodnia wtorkiem zwany.
Po
Wracam do domu i zastanawiam się, w czym faktycznie ten ewenement? Jedni są na czas, on się spóźnił, jednych sam śpiew zapiera dech w piersiach, on po ludzku dla ludzi śpiewa. Jedni mają wyszukane oprawy, on po prostu jest dla ludzi, przekraczając często granice własnego bezpieczeństwa. U niego fani krzyczą, skaczą, ekscytują się i prawie na zawał czasami nie padną. Przypominam sobie z innych miejsc relacje. Jak tu śpiewać, gdy dziewczyny ze sceny rzucają się, ściskają, całują, on odwdzięcza się od razu za to, że są takimi fankami. Że wpatrzone i w niego wierzą. Kocha je wszystkie.
Co zrobić z tym „umie” czy „nie umie”? Kiedy złapiecie się na stronniczości i własnych ocenach tego, co żywe, zamiast zrażać się, włączcie taśmę, płytę lub ulubioną aplikację. Tam fachowców ręka sprawna poprawki nanosi, aby muzyka przyjemnością się dla wszystkich stała. Częścią naszego życia i radością codzienną. Masa ludzi obok artysty jest od tego, aby „ładnie podać na talerzu”. Każdy z twórców z darów tych korzysta. Więc do dzieła Kochani. Łapcie za tę muzę, którą lubicie, jeśli ta wam nie odpowiada.
Czy wyczerpałam temat? Ten mam wrażenie aż nadto. Gratulacje dla tych, co przebrnęli, chociaż to nie ich świat. W nagrodę za trud dla wszystkich coś z bajki zupełnie innej. Ponoć muzyczna perełka. Dimash Kudaibergenov, Opera 2, The best voice in the world.
Balladowo i na spokojnie, dla tych, którym Iglo towarzyszy w domu, pracy, samochodzie. Cały on w sentymentalnym z klimatami koncertu „Maybe”:
ENRIQUE 2/3
Światła sceniczne. One mnie zawsze zachwycają. Mistrzostwo szczególnie tutaj. Dzięki nim siedzę z otwartą buzią. Jest ogniście na scenie. Niebieskie świetlne promienie smyrają po moich łachmanach. Zmykać z mej twarzy. Miliony na aparaturę wydane. Patrzę na obsługę. Niezłą robią chłopaki robotę. Przestawiam uważność na kanał dźwiękowy. Iglo śpiewa a ja? O rany Julek! Dialog prowadzę bez rozmówcy jednego.
Słowa z piosenki Takin’ Back My Love płyną: „Proszę bardzo, wyjdź, nie mogę Cię trzymać, jesteś wolna […]”.
– Ładnie tak Iglo? Wiesz, że jak Ty tak to ja pod włos często. Wyjdź, mi mówisz?! Jak ja czekałam i doczekałam? Lubię Cię. Masz na mnie sposób. Tyłka już teraz nie ruszę, choćby nie wiem, co się działo.
Troszkę o genach
Wyłapuję nutki i to, co artystę wyróżnia. Nieco chwilami stękający lub syczący jak zaraz po przebudzeniu głos. Pamiętam go z kawałków kręconych w studio. Liczę jego lata. No nie wierzę! Tajemnicę wiecznej młodości rozkminiam. Hiszpan mówią, bo przecież ojciec Latynos, a kto dostrzeże po miss mamie filipińską krew w genach? Mieszanka wybuchowa, mix nie do powtórzenia. Zniewalający uśmiech, cera złotym pyłem sypnięta, dużo miłości jak aura wokół się rozchodząca. Nawet jeśli w młodości mogło jej trochę brakować. Muzyka przesiąka całą wymienioną resztą.
Piosenka za piosenką
Leci cover zespołu Coldplay. Pamiętam oryginał. Działo się. Odtwarzanie tego, co nie do poprawienia bywa mega wyzwaniem. Ściskam pięści i proszę Boga: Niech mu się uda, niech tylko mu się uda. Jest dobrze. I oczywiście ballady. Gitary dużo. Taka jest i siaka i jeszcze owaka. Ta drewniana klasyczna bestia brzmi bosko. O! Rytmy flamenco! Babeczka o śniadej cerze i włosach jak makaron świderki obraca pupką zgrabną. Rozkręca się zabawa. „Te quiero amor mio Bailamos” ludzie śpiewają. Iglo trochę też. Ach ile w tym miłości żaru, którego na co dzień często nie potrafimy rozpalać.
Idzie Król, idzie do przodu przez tłum. Doszedł na środek płyty i oznajmia: Cztery godziny do moich urodzin. Na zdrowie kieliszek bezbarwnego płynu na oczach wszystkich wypija. Z sali Sto lat. Sto lat poleciało. Do tego misia dostał słodkiego, białego i z czerwoną kokardką. Ojej! To takie słodkie, nasze polskie. Myślę: Dużo mamy w sobie niedowartościowania, niewiary i smuteczków wszelakich, a jednocześnie tyle w nas w takich chwilach ciepła, życzliwości i bezgranicznej serdeczności. Polska publika. Warto jej posłuchać jak śpiewa.
„Myślę, że tajemnicą dobrego występu jest to, by rozkoszować się byciem na scenie”.
Enrique Iglesias
Koncertu połowa. Enrique na kucaka. Jeśli trunek był prawdziwy, to może po prostu zaczął działać? Myśl odrzucam szybko. Autor bardzo wiernie przenosi emocje z utworu. Taki jest. Wczuwa się.
„Oni są ważni: ich reakcje, sposób, w jaki okazują miłość – to mnie napędza jak narkotyk”
Enrique Iglesias
Odwieczne dywagacje. Z Playbacku czy nie? Dla wszystkich co na ten moment czekają, odpowiadam na pytanie: Iglo śpiewa teraz na żywo. Playbacku nie ma. Jeśli kiedykolwiek był to zmienił to z jakichś powodów. Czy na lepsze, czy na gorsze? Odwagę cenię. Jaki poziom samego głosu? Liczbę oktaw liczcie gdzie indziej. Jeśli na to stawiacie, warto posłuchać Dimasha z zakresem wokalnym 6 oktaw, diamentowego głosu Vitasa czy chociażby naszego rodaka Janusza Radka. Pomyślicie może również: A czy tutaj jest przynajmniej poprawnie? Nie męczcie. Jest poczucie rytmu, słuch muzyczny. Podparcie oddechowe? A licho tam wie. Enrique oczarowuje całą resztą. Lubi mówić do ludzi, klaskać nawet jak mikrofon trzyma w ręce, biegać po scenie i z niej zeskakiwać. Zwyczajnie po swojemu się ubierać i uśmiechać od ucha do ucha, kiedy popadnie. Przytulać kobiety, które tego potrzebują.
W takich chwilach warto zadawać sobie pytania. Czy gdyby chociaż trochę głosu chłopak nie miał, śpiewałby w duetach z Whitney Houston, Kylie Minogue czy Jennifer Lopez? Czy tamci ryzykowaliby dla niego swoją reputację? c.d.n.
ENRIQUE 1/3
„Do tej pory, żaden ze współczesnych artystów, nie miał na swoim koncie tylu hitów, w tak krótkim czasie.”
Gazeta Wyborcza
Drapią się znawcy muzyki, niektórzy włosy prawie z głowy rwą: Jaki z niego artysta? W ostateczności piszą: Enrique Iglesias — Performer. Czy z „materią sztuki” się zgodzę? Nie powiem, zanim nie dotknę. Piosenkarz, przystojniak, bardzo ciepły człowiek a może kilka w jednym? Sprawdźmy.
Drugie podejście
Nie jedna osoba układa usta w asymetrii i z wielkim zdziwieniem pyta: Na niego jedziesz!?! Ja na to rzecze: A HA! Ciekawi mnie, dlaczego ludzie po Kopenhadze, Lublanie, Oslo, Atenach czy Lizbonie się za nim rozbijają. Ktoś inny zapytuje: Na tego młodego?!? A NO! Dlaczego by nie? Przy Hulio Iglesiasie uczyłam się, jak faceci podbijają kobiety — O rany! Ile to lat minęło! – przy jego dziedzicu napatrzyć się w teledyskach nie mogę jak wiele w kobietach uroku. Dwa lata temu miałam bilet w kieszeni. Śpik, ból i niemoc. Spod głównego wejścia wracałam w te pędy. Ponoć: Co się odwlecze to nie uciecze. Dzisiaj cel ten sam, bo odpuszczanie nie w modzie. Tauron Arena Kraków, koncert „All the hits live” Enrique Iglesiasa.
Przed
Pan przy bramkach kontroluje torebkę mą. Nie może uwierzyć. No co? Lubię jeść, chociaż po mnie nie widać. Zapasów ociupinkę zabrałam. Przezorny chomik, wiewióra.
No i siedzę. Wejście przez VIP. Mówią: Nie planuj, a będzie Ci dane. Żadnych oczekiwań. Zaskoczenie? A jakże. Czerwone dywany i kibelek bez kolejki, chociaż cena jak dla przeciętniaka. Tylko ognie gdzieś przy wejściu mnie ominęły.
Patrzę po twarzach. Ci na płycie co blisko będą mogli po stopach całować. Jest ich jak mrówek w kopcu. Łypię wzrokiem dookoła: Średnia wieku? Średniej nie ma. Dzięki gabinetowym poprawkom czy odpowiedniemu podejściu do życia wszyscy tutaj wyglądają na tyle samo. A propo: Wiecie, że muzyka i dobra zabawa remedium jest na młodość?
Ogólnie każde miejsce zajęte. Zanim Król przybieży, do ucha wpadają taneczne kawałki. Troszkę dymu na środku i światełka do nieba, czyli ostatni sprawdzian sprzętu.
Ciemno jak … po prostu ciemno. Tylko na środku coś pobłyskuje. Scena? Skromniutko. Jakiś facio w miejscu tupta i muzę puszcza. Czekam. Kto powiedział, że początki są łatwe? Wypatruję. Nic. Nuda. Siku się zachciało. Trzymam. Tyłka przecie nie ruszę? A co jakby mnie początek ominął? Nie ma mowy. W zapomnienie siusiu pójdzie, mózg przypomni sobie o płynach, gdy koncert będzie dobiegał końca. O Ho! Różowy balonik uciekł komuś z ręki. Jeden. W Sali dużo głów niewieścich. Dziewczyny trudno rozróżnić. Wszystkie blond włosy i do tego długie. Klony XXI wieku. Co druga w naturze to szatynka brunetka czy zupełnie krucza. Już wiem, dlaczego fryzjerki mają pełne ręce roboty. Wzdycham. No! Wychodź Iglo, wychodź, bo mnie senność bierze. Ja po pracy a jutro znowu robótka czeka i na pewno nie jest to szydełkowanie. Pamiętaj, że przyjemność bycia tutaj, w środku tygodnia upycham między obowiązki.
Oczekiwanie
Słucham muzy: „Nie ma nas, nie ma nas”. Czy to jakaś aluzja? Ktoś mopem przeleciał po głównym parkiecie. Ostatnie spóźnione szlify. Chyba prosto do pracy pomknę albo urlop na żądanie? Czekam. Jadę z koksem dalej. Pustkę wypełniam. Szukam z nudów przyczyn. Może jutrzejsze urodzinki obchodzi i zapomniał, a może w kibelku się zaciął? A co gdy nerwy puściły przed występem? Zostańmy przy opcji: Drzwi się nie chcą otworzyć. Byle tylko nie w tej wygódce, do której ja się zaraz wybiorę. Patrzę do torebki. Połowę zapasów wyjadłam. Zaczyna mnie to bawić. Uśmiecham się sama do siebie. Głowa z pomysłami zasuwa. A może w korku stoi? Bo był nie lada wielki. Sama jadąc, doświadczyłam. Sama byłam ociupinkę spóźnioną. Pomysły już się kończą. Słyszę podpowiedź niewiasty: Może to on za konsolą na scenie? Wgapiam się. Wgapiam się. Nie z dłuższym „e” – niemożliwe. Wącham. Obok w ruch idą domowe kanapki. Towarzystwo zgłodniało, więc zapachniało wędlinką. Idziemy z psiapsiółką poszukać. Dziewczynom obok oznajmiamy: Pogonimy chłopaka i tyle.
Wiecie? Oczekując ponad godzinę, można złościć się co niemiara. Ile z tego jednak pożytku? Mnie dzięki dobremu towarzystwu wszystkie mięśnie twarzy bolą. Poziom DHEA dosięgnął zenitu. Dzięki spóźnieniu Iglo mit chwilowo obalam, że ponoć po czterdziestce niedobory hormonu szczęścia dokuczają.
Minutę później
Król na scenie a ja na tronie. Pięknie. Dołączam szybciutko do reszty. No nareszcie! Jest. Ciemne spodnie z kieszeniami, troszkę srebrnego łańcucha dopasowana koszula. Góra rozpięta, podwinięty rękaw, powtarzalny schemat. Charakterystyczna czapeczka z daszkiem, miast z teledysków nieco rozwianej czupryny z uczesaną na bok grzywką. Mięśnie? Z daleka widać. Z figurą nie polemizuję. Zęby? Umyte na tysiaka. Z ostatniego rzędu widać jak biel z buzi tryska. Koniec żartów. Wyłączam na chwilkę głupawkę.
c.d.n.
MIODEK
Zasłuchałam się minut kilka, w poranny program z prof. Janem Franciszkiem Miodkiem Dzierżąc w dłoniach ciepłą herbatkę ze szlachetnym krupcem oczywista sprawa. Taki facet co od kiedy pamiętam, mądrze mówi o naszym zawiłym języku. Zrobił charakterystyczny dla niego gest ręką, głowę lekko w lewo przechylił i co ja słyszę?
Można powiedzieć dwojako: Człowiek niepełnosprawny. Człowiek z niepełnosprawnością. Poddaję słowa głębszej analizie. Oba poprawne, ale cóż w tożsamości za różnica? Wokół mnie nikogusieńko a ja do siebie gadam.
W pierwszym przypadku coś nie tak z nami całymi, w drugim zaś członie po prostu tylko mała część nas choruje. Wolę faktycznie to drugie. Po co wrzucać wszystko do jednego wora? Mówimy o tym, co widzimy i co odbiega. Może zauważać w nas tę dużą część, na którą nieskierowane akurat wszystkie na scenie reflektory. Tę, której leczyć nie trzeba? Zerknijcie na siebie. Mankamenty pozostawcie z boku. Ideały to fikcja. Perfekcja? Oj dłuższy temat.
I tym akcentem płynnie przejdę do następnego wpisu. Skoro wspomniałam o scenie i światłach zobaczmy jutro kto na jakiej, gdzie i jak zaśpiewa. Następne wpisy dla tych, co lubią muzykę.
U+RODZINKI
Dzień
Jadę przez las. Ti dit. Ti dit. Facebook, SMS – y, Messenger. Telefon w szwach pęka. Przypomina mi się stukot pociągu z dzieciństwa. Zerkam. Tak wiem. Podczas jazdy nie wolno. Niepokorna ze mnie bestia. No to zatrzymuję się na chwilę. Dodaję: 100 lat + 100 lat + 100 … policzyć łatwo. Przecież ja końca świata doczekam! Byle tylko w zdrowiu. No i rekord pobiję. A co jak go przeżyję? Litery wielkie więc okulary zbędne. Są balony, świeczki i kwiaty. Czuję prawie ich zapach.
Zerkam w kalendarz. Urodziny, jednak nie u rodziny. Moje. I tylko moje. Ojej! To już! Jak nic roczek przybył. Chwila zadumy. Dłuższa. Cisza taka chwilowa. Milczenie z mojej strony. Chyba się lekko z wrażenia pod pachami spociłam. Żart. Wstyd leciutki. Przecież ja ostatnio skromna w tych tematach. W myślach dużo Wam życzę dobrego a co w najnowszych wynalazkach? Mało udzielania, mało komentarzy, nieraz tylko krótkie odpowiedzi serdeczne w pośpiechu pisane. Oj macie ludziska do mnie cierpliwość. Uparciuchy z was niesamowite. Życzliwe, pamiętliwe i dużo w was ciepła. Każde dwa słowa i te, co litanią są prawie. Wartość wszystkie mają dla mnie w tabele nie do ujęcia. Poczuć się ważnym, potrzebnym, chcianym, lubianym. Poczuć w sercu, że gdzieś u kogoś zostawiło się w głowie cząstkę siebie. To chyba najpiękniejszy podarunek.
Dziękuję, że jesteście.
Wieczór
Chwila dla siebie. „Ti dit” coraz mniej. W ustach czuję słodki posmak, mimo iż paszczęcha przeszła wieczorny procesik dezynfekcji i dezynsekcji. Jeszcze chwilę temu malutkie płomyki dziesiątek świeczek przytulonych do siebie zamieniły się w wielką łunę światła. Zjawiskowo było i szybko. Marzenie! Marzenie! Bez marzenia się nie liczy! Czułam się prawie jak strażak gaszący pożar. Udało się. Chmurka dymu ulotna zniknęła. Kreatywności nie zabrakło.
Noc
Niedługo sen. Spoglądam na małe pudełeczko leżące tuż obok mnie. Napis z błędami a w środku jeden z najdziwniejszych prezentów, z jakim miałam dotychczas do czynienia. Para używanych skarpetek, znalezionych pod łóżkiem, w okresie, gdy na onuce w moim otoczeniu ogólnie wielki deficyt. Dla tych, co w chłodne dni lubią otulić czymś stopy, wiedzą, że słowo „para”, czyli dwie, jest odpowiednikiem wykwintnej potrawy spożywanej w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. Rarytasem. Diamentem już oszlifowanym. No dobrze. Ociupinkę przesadziłam.
Dziecięce pomysły, które zawierają nutę zrozumienia. Takie co z uważności stworzone i według dostępnych zasobów. Bawią, zaskakują, potrafią wycisnąć łzę z oka. Warto z dziecięcych pomysłów brać przykład.
Północ
Czytam, jak widzą mnie inni. W moje ręce wiersz wszak wpadł w formie prezentu. Głowa zatrzymała myśl na chwilkę. Dziękuję Ci mamo. Kocham Cię. Kiedy już wszystkie płatki z kwiatów spadną, okruchy ciasta psiak strawi, materialne prezenty kurz przykryje, wiersze do nas wracają. Gdy już autora blisko nie będzie, pozostają słowa. Ich czas się nie ima.
(…) Chodź kobietką zabieganą:
z telefonem, samochodem, nic nie czyniąc mimochodem
nie odpuszcza, gdy potrzeba by osiągnąć pułap nieba. (…)
Ti dit. Ti dit. Ti dit. Północ się zbliża. Ostatnie życzenia. Jutro może i Ty usłyszysz coś miłego?




