KOBIETA SPRAWCZA

Porównujemy się z facetami, różnic szukamy, a w nas kobietach również przedziwne rozbieżności drzemią. Tak nas Bóg stworzył. Odmienność każdego z nas wśród facetów i bab, po to, aby nudy nie było. Aby się wzajemnie uzupełniać. Dzisiaj o kobietach mocy w których dużo jednocześnie wrażliwości. Najbardziej sprawczych, bo ich siła i empatia jest na co dzień w równowadze.

Rodzi się. Z potrzebą miłości tak od zaraz i ciekawością tegoż świata. Z małej pociechy, która zdążyła po drodze znaleźć czas na zbieranie kwiatków, wyrasta ta, dla której nie ma przeszkód. Potem idzie jak burza. Pisze się na każde postawione jej zadanie. W radości, gdy jej to tylko przyjemność sprawia, wśród łez, gdy nad nią silna ręka wcale nie Boska. Często kosztem własnych marzeń robi coś dla innych. Klepana po ramieniu jest w stanie i jeszcze bardziej w stanie, pokazać, na co ją stać. Rewolucjonistka, Amazonka, Bogini. Wypełniona bardziej miłością do innych niż wielokroć do siebie. Przenosi góry. Zaraża emocjami. Swoje marzenia przy dobrych wiatrach spełnia, a gdy pod wiatr własne potrzeby chowa do wielkiego magicznego woreczka ukrytego gdzieś w przestworzach własnej wyobraźni.

Kiedy lata liczy się w dziesiątkach, kobieta sprawcza ma już niejednokrotnie partnera, dzieci czy ludzi dookoła, którzy po drodze wręcz do niej przylgnęli. Kiedy była panienką, byli dla niej wzorcem, pociechą, kierunkowskazem lub natrafili po prostu na moment jej emocjonalnych słabości czy potrzeb. Przytulił na chwilę. Kto? Ten, który kochał, bo jakże inaczej. Ten zagubiony, który potrzebował wiecznej opieki albo ten, co sprawczy co najmniej jak ona. Wiedzący, że zawsze za nim nadąży. Ten, któremu życie dużo mniej wrażliwości dało lub własna jego wrażliwość po drodze mu umknęła. Ona pełna ciepła Indiana Jones w spódnicy, dla bajtli a szczególnie swojego wybrańca chce dobrze. Matkuje bez względu na wiek lub udowadnia swoją moc, co dzień mówiąc: Dam radę. Dam. Świat na barkach przenosi z miejsca na miejsce. Daje bezpieczeństwo, pozwala zwierzać się, przejmuje i ratuje, to, co inni uważają za stracone, Kobieta z wadami, a jednak szczęściarz ten, który na swojej drodze spotka kobietę sprawczą.

Czy czujecie się Kobietą sprawczą a wasze życie to „nic dodać, nic ująć”? Jeśli tak warto zatrzymać się i powiedzieć: Jestem spełniona. Wszechświatom dziękować.

A co jeśli coś w tym udowadnianiu i nadążaniu za innymi zatraciłyście się po drodze, dla kogoś lub czegoś zapominając o sobie? Co, gdy czujecie, że gdzieś w środku tęsknota za zbieraniem kwiatków, dziecięcym szaleństwem, seksem, dozą lenistwa itp.?
Jeśli macie ochotę, zagłębcie się w tym momencie w siebie. Dajcie nura do głębin, tam, gdzie inni wglądu nigdy mieć nie będą. Poszperajcie we własnych marzeniach, tęsknotach i strachach. Ostatnio usłyszałam słowa: Ale to będzie bolało. Pomyślałam: Skoro i tak już boli? Samoświadomość to najlepsze lekarstwo na nasze bolączki. To otworzenie rany, żeby zobaczyć, co było przyczyną w samo zatraceniu. To bycie lekarzem bez papierów, dla najważniejszego pacjenta – Siebie. Kto odważny?

HOP HOP CHOPOK 4/4

O! Słoneczko wyszło. Dzisiaj ambitnie. Jestem jedna z pierwszych na stoku. Przeglądam na szybko Facebook’a. No. No!. Nie tylko ja na widok białego mam bzika. Ktoś tęsknił za białym i już zdjęcie z białym puścił. Inny widoczkami się chwali. Chwali się, że ludziom chce się, o każdej porze (jeździć po białym oczywiście).
Pierwsze zjazdy z rana to czysta przyjemność na tacy podana. Równiutko i gładziutko. Trzeba korzystać. Za kilka godzin, no wiecie już co: Muldy, muldy, muldy. Przyzwyczajajcie się. Gdy ma się świadomość, że to kolej rzeczy naturalna, łatwiej zaspy przełknąć.
Pod nogami drobne paseczki po przejeździe ratraka. Ciągną się wzdłuż stoku i na całej jego szerokości, Końca nie widać. Widok maniana. Myśl przyszła: Przejadę, zniszczę, pierwsza będę, jak nie ja to przyjdą inni. Co za uczucie. Przede mną zdążył jeden, po nas byli następni.
Czekam w kolejce. Jak ktoś chce sobie przypomnieć czasy komuny, zapraszam tutaj. Kolejka to czas na rozglądanie się, czy refleksję. Skupienie jest, więc medytację odkładam na kiedy indziej. Przede mną dziewczyna na luzaka, czyli bez rękawiczek, za to z patentem pierwsza klasa. Poducha na tyłku, bo jeździ na desce.

W połowie stoku uwagę mą zwraca starszy elokwentny pan. Z otwartą buzią analizuje matematyczne wyliczenia przepisami objęte: Narciarz, aby zapewnić mu bezpieczeństwo, powinien mieć 20 metrów wzdłuż i 20 metrów w poprzek puściutko puściuteńko. Patrzę na „śnieżną autostradę”. A tam? Jakby ktoś mrowisko rozgrzebał. Jadą „mrówy” jedna obok drugiej i trzymają się w miarę razem. Zsuwają się, pozostawiając za sobą mnóstwo krętych śladów. Nawet się nie powybijają. Jadą skupieni, w zgodzie, w pogodzie i niepogodzie. Kiedy ludziska śniegu spragnione przepisy a rzeczywistość nijak się raczej mają do siebie.
Dwie godziny później, skończyło się. Po gładkim stoku postało tylko wspomnienie. Lubię ten niedosyt i lekki zawód. Wtedy? Patrzę w niebo. Wypatruję niebieskiego. Pięknie się z białym prezentuje, nawet jeśli białe odbiega od marzeń. Zaraz potem znowu z garbami na trasie się dogaduję, a co innego mi mam czynić skoro: Garby, wyboje i wystające cycole na śniegu to po części też moja zasługa.

Przemiła rozmowa przed ostatnim zjazdem z panią, która wciąż się łamie. Jeździ sama, bo dla znajomych i męża wyrozumiała. Wie, że każda trasa będzie dla niej najlepsza, bo przez nią wybrana i do niej dopasowana. Wiele razy słyszałam, jak to ludzie na stokach nie mogą się dopasować. Ach te żony, co ciągle zrzędzą: Teraz twierdzą, że za szybko, a innym razem, że tam za stromo. No i śmignął właśnie obok mnie z krwi i kości facet. Bo oni kochane kobiety muszą się wyszaleć, wiatr we włosach mieć, nawet kiedy włosów już nie ma. Często się zasiepać, zmęczyć tak na maksa. Tacy są, a my przy nich ostrożne, albo boimy się często przyznać, że po prostu się boimy. Lądujemy po każdym zjeździe w knajpie albo w końcu zwożą nas ze stoku. I po co to i na co? A gdyby tak po swojemu co jakiś czas?
Jak ten mały szkrab, na którego właśnie patrzę. Zatrzymał się, przycupnął przy śniegu, jakby kwiatka pod białą pierzynką szukał.

Wieczorem podsumowuję cały wyjazd. Ważne, że się chciało. Zjeżdżać, wjeżdżać, przeciskać w kolejkach. Również, że satysfakcja była, chociaż technika ktoś by powiedział nie ta. Tego, co tutaj się nauczyłam, nikt mi nie zabierze. Tego, co zobaczyłam, usłyszałam i mogłam wam opisać również.

 

HOP HOP CHOPOK 3/4

Wiatr ustał. Cóż za radość. Wsuwam na tyłek po raz kolejny portki. Kominiara na łepetynie ląduje, już nie wiem po raz który. Gdzieś za daleko pojechałam, a to okazją jest do odkrycia nowych tras. Czego się nauczyłam, odkąd jeżdżę na nartach? Czasami jak nie możesz na mapie się odnaleźć, jedź w górę, a potem w dół, a potem w innym kierunku w górę, a potem znowu w dół gdzie nogi poniosą, byle wzdłuż stoków. Numerki ważne, ważniejsze, żeby się nie powtórzyć. No i kolory. Niebieski dla tych, co chcą lekko, czerwone jak już wiary w siebie nabierzesz. Czarne? Czarne na zasadzie. Jedź, tylko nie połam się. Szukasz. Szukasz. Szukasz. Za którymś razem lekki napięcie puści i powiesz: O tę drogę znam. Niesamowite uczucie odnalezienia się w przestrzeni.

Sunę w górę na linach podwieszona w sześcioosobowej prawie huśtawce. Jestem kilkanaście kilometrów nad ziemią. Komuś biały kijek z dłoni wyleciał i stoi jak wryty gdzieś w śniegu nad przepaścią. Faceci mu zazdroszczą. Obok mnie nietypowa załoga. Brodacz, pokazując najwyższy z tutejszych szczytów, twierdzi, że musi jeszcze dzisiaj szczytować, tak dla dobrego samopoczucia. Młoda kobieta z lekkim wąsem, z piersióweczki pociąga. Zapach już wcześniej się niósł. Obstawiam na alkohol typu wiśnioweczka na spirytusie, który nie zdążył dojść, bo przecież zima przyszła. Zastanawiałam się, dlaczego ona bez rękawic, skoro mi by palce odpadły. Teraz już o jej krążeniu płynów w żyłach wiem dużo więcej. Koniec lenistwa, teraz chwilkę kolankami, ramionkami i dupką popracuję. Jadę. Słyszymy się za chwilę.

Następny wjazd. I języków kilka. Ludzie zjechali z wszystkich krajów ościennych i spoza. Nawet Azjatę spotkasz. Część zrozumiesz więcej, część mniej, przy innych wielkie gały zrobisz. Ile się nauczysz to twoje. Rosyjski, angielski, słowacki, niemiecki, fiński? Może. Wszystkie narody świata łączcie się razem.

Odpoczynek. W „przystani”, w której ciepłe i zimne trunki podają, czas na gorące kakao. Już sam zapach zniewala, dopieszcza na wierzchu bita śmietana. Obok przy stoliku matula karmi dziecię malutkie. Oczywiście między jednym zjazdem a drugim. Obok niej reszta gromadki. Pięcioro dziatw naliczyłam, niewielkie takie, następne właśnie ze stoku zjechało. Do tego tato i babcia. Wszyscy na nogach buty narciarskie i przyszli się rozgrzać. Dziadek dzisiaj od pilnowania, tej dzieciny co ostatnia na świat przyszła. Na kogo trafi jutro? Dla takich ludzi nie ma przeszkód. Tacy narty na nogach mają, zanim nauczą się słowa „narty” pisać. Domyślacie się, które pociechy w życiu radzą sobie potem najlepiej?

Wracam na górę. Dzisiaj na stoku ktoś by brzydko powiedział … , przeklinać nie będę, bo dzieci mogą czytać. Muldy, mgła, wiatr, słońca jak nie ma, tak nie ma. I co? Wrócę tutaj jutro. Dlaczego? Bo przy tych ludziach lata do tyłu się cofają, przy nich czuję, że nie tylko trwam.

HOP HOP CHOPOK 2/4

Niebo? Niewiele się zmieniło. Szaro, buro i ponuro. A do tego pięknie śnieg pada. Dla kogo cudownie to cudownie. Dla narciarza niekoniecznie. Dodatek specjalny? Wietrzysko. Uszy bolą. Przedziera się przez szczeliny, świszczy i drażni małżowinę uszną i całą resztę ustrojstwa. Będzie dobrze. Zakładam kominiarkę, kask, gogle, o wełnianych gatkach nie wspomnę. A propo: Wiecie, że wełna przechodzi druga młodość? Tym razem na merynosy trafiło. Takie włochate barany o poważnej ciągle twarzy co im nieźle rogi powyginało.
Wieje. Jestem dopiero u podnóża, a tutaj już chce nóżki i raczki z korpusu powyrywać. Obok mnie dziecię jedno i drugie. Dziesiątki pociech, a dorosłych setki. Krecha w górę. Na górze jeszcze śmieszniej. Kto ze sportów zimowych korzysta, zasadę zna, wszystkim przypomnę:
Najpierw się wjeżdża orczykiem, krzesełkami, gondolką, czym tylko się da wyżej i wyżej. Potem wedle fizyki w dół, bo przy tym największa frajda.
Dzisiaj fizyka nie działa. Ja Ci w dół chcę, a tu wiatr do góry spycha. Buzia pełna wiatru, wiatru we włosach nie ma. Jak już wspomniałam na głowie to i owo. No i jadę na nartach pod górę. Bajer. Chyba jednak warzywka na obiad mało. Mięso by się przydało. Inni co mięsożercami są, też lekko nie mają. Zatrzymałam się na chwilę, bo warto. Rozglądnęłam się dookoła. Widok jak z bajki J. CH. Andersena. Po szerokim stoku, do wysokości kolan gonią drobne wiry śnieżne. Między nimi cień sukni Królowej Śniegu, próbuje za nią nadążyć, gdy ta wraz z małym chłopcem o dźwięcznym imieniu Kay do swojej krainy na białych saniach powraca. W nosie świeżym suchym powietrzem zakręciło.

Dzisiaj zamiast od stoku do stoku, ludzie jeżdżą od knajpy do knajpy. A mnie od wiatru ciągle pędzi do toalety. Zamiast kieliszków z trunkiem co rusz WC zaliczam. Oj Wietrze, Ty Mój Wietrze!
Zjeżdżam w miejsce, gdzie przygody początek. Na dole znowu długa kolejka. Im gorsze warunki, tym „pucholubnych” więcej. Uśmiechniętych i krzyczących wręcz: Jeszcze chcemy. Chcemy jeszcze! Trudno Wam to zrozumieć? Ja już przestałam dochodzić. Dałam się wciągnąć.
Nagle? O jakie ciepełko w paluszki, jakby żarem ktoś je pomuskał! Pupka ciepło miała od podgrzewanych kanap, raczki i nóżki były pomijane. Tylko dlaczego one takie sztywne?
Na koniec sprawdzam, co ludziska jedzą. No jakże by mogło być inaczej. Toć to Słowacja. „Cycek” za „cyckiem” sprzedaje się pierwsza klasa. Lub jak kto woli „buchta”. Tak najbardziej po ludzku: bułka na parze ze śliwkowym nadzieniem, posypana od słowackiego serducha makiem lub kakao. O maśle, w którym pływa, nie wspomnę, czyli tłusta pychota, która każdego narciarza przetrzyma z pełnym brzuchem do końca. Podana przez młodego kawalera o uśmiechu z reklam past do zębów, który zupę z grzankami nakłada w rytm unoszącej się w powietrzu żwawej i głośnej muzyki. Jeśli ktoś się zapyta jeszcze: Po co innych na tę górę ciągnie? To powiadam: Chociażby po to, żeby takie chwile chłonąć. Muzyka, dobre jedzenie, ludzie pełni pasji. Niebo, żywioły i góry, niejednokrotnie wyjątkowe jak Olimp służący mitologicznym Bogom. Szczyty w chmurach. Piękne, nieprzystępne, nieodgadnione o każdej porze roku. Nie wszystkie.

Jest wieczór. Pod moim ciałem leżaczek, nad głową tylko niebo. Jestem w tapidarium, gdzie strażnikiem jest cisza. Tylko jednej muzyce pozwala wejść sobie w słowo. Tej, która duszę koi, która zabiera w świat zapomnienia. Staram się odpowiedzieć na pytanie: Po co jechać w te góry i szczyty zdobywać, ubierać na siebie to wszystko, przez śniegi się przedzierać, z wiatrem toczyć boje skoro można w cieple i przed telewizorem?
Patrzę na płatki śniegu, które znalazły tu na szklanym dachu azyl. Na puch leżący na gałązkach pobliskiej sosny, który stał się dla nich obecnie pierzynką. Na sople lodu, które zwisają jedna przy drugiej jak w wojsku. Błyszczą się w świetle ciepłych promieni niewielkiej stylowej lampy. Każda sopelka innej długości, będzie żyć, dopóki słońce nad górami nie zagości. Powiecie: Tak leżeć to można i bez tych wszystkich zmagań. Owszem — powiadam. Można, tylko satysfakcja nie ta. Świadomość, że cos się zrobiło po to, by ciało mogło żyć dłużej, aby serce z dumy biło, że się reszcie naszej ludzkiej materii chciało. To dopełnienie tego, co przyjemnością zwiemy. Jedno z drugim daje to, co sensem życia czasami nazywamy. Wszystkim Wam życzę utrzymać równowagę w tym, co ze zmaganiem się kojarzy i pozytywnym lenistwem.

Wiatr dzisiaj pokazał, co potrafi. Jakie jutro szykuje niespodzianki?

 

HOP HOP CHOPOK 1/4

2000 metrów w górę, 2000 w bok, 2000 metrów w dół. Łatwo zapamiętać. Czyli mówiąc prościej: Dość wysoko a trasy długie i szerokie. Chopok wita. Pierwszy wjazd.
Szczyt góry znikł wśród chmur w kolorze dymu, który pamiętam z kuchennych widoków, gdy cosik się przypalało za mych młodzieńczych czasów, czyli jeszcze tak niedawno. Do tego ponury widok, który odpala myśl: Oho! Katastrofa. Bida. I na co i po co ja tutaj. Do tego zza góry zapach smażonej kiełbasy z dużą zawartością papryki.
Patrzę pod nogi. Biało, bardzo biało. Patrzę przed stopy odziane w ciężkawe buty. O cholibka czyżbym królika przejechała i tylko długie jego uszy ocalały? Nie. Nie. Na moich nogach spoczywa sprzęt z dawna już zwany narciarskim. Zaczyna się biała frajda. No powiedzmy. Gdzieś obok rozmowa dwóch kawalerów. Jeden wielkie oczy robi, drugi jeszcze większe. Pilnowałeś mi deski? Pilnowałem jak swojej. Ktoś podszedł i z deską odszedł. Pilnowałeś nie mojej? I już obaj się śmieją.

Kocham te klimaty. Kiedy patrzę na młodzież i dzieciaki w niedopiętych kurtkach, podwiniętych spodniach od nogawek i rękawiczkach ubranych na opak. Śmigają bestie, aż trudno ich dogonić. W śnieg, mróz, deszcz, zawieje. Po muldach miejscami lodzie a miejscami błocie. Białych świeżych zwałach puchu, który właśnie napadał i prawie po trawie, bo i tak bywa. Dorośli oczywiście w niczym nie ustępują.

Na krzesełkach gdzieś pod niebem toczą się rozmowy o ulubionych okularach czyjejś żony, które nie koniecznie narciarskie, jednak długo rozmówczyni służyły. Ulubione i takie z teledysku kultowego zespołu Kombi. Pamiętacie co niektórzy? Przyglądam się reszcie gawiedzi. Oczywiście są tutaj i tacy co przywiązują wagę do sprzętu i marki, jednak większość to Ci, u których myślenie: Byle w tyłek zimno nie było, nosy nie poodpadały i dawaj w dół, chociaż w dół nie zawsze tak lekko. Czasy na pokaz jakby się skończyły.

Pierwszy zjazd, drugi i trzeci. Kolejki i pełne kanapy. Na stokach starsi, młodzi i takie coś małe co dopiero od ziemi odrosło, zamiast pionu się trzymać już pochyłego żądny. Nieopodal stoku ciekawy widok. On i ona. Para. Ona na „jabłuszku zjeżdża” i śnieżne kule na bałwana toczy. Radosna, dużo w niej z dziecka. On w tym czasie zdziwiony i w telefon na mrozie wpatrzony. Kto więcej skorzysta? W innym miejscu sanki prym wiodą. Przypomniały mi się moje początki przygód i dochodzenia, jak to na górę wjechać i jak z niej z największą frajda zjechać.

Dzisiejszy dzień podsumowuję: Muldy, muldy, muldy. Tak ich było dużo, że zamiast narzekać, przyjemnością się stały i jednym wielkim wyzwaniem, a w ostateczności satysfakcją. A potem padłam i już nie powstałam, aż do dnia następnego. No może jeszcze na chwilę dla słów tych nakreślenia.

RODZICIELSKIE ZAGWOZDKI

Przyglądam się, rozglądam, podpatruje, kibicuje z lekka życiu. Znowu? Powiecie. Oj tak. Znowu. Podglądam studniówkowe balowanie. Z podziwem i zachwytem.

Polonez i setki sukien. Długich, koronkowych i w eleganckich kolorach. granatu, ecru i czerwonego. Pięknych jednym słowem. W nich rozporki a pod nimi nogi. Gładkie jak atłas, cellulitu, jeśli doświadczyły to jeszcze nieświadomie. Na jednych buziach tancerek prawdziwe uśmiechy widnieją, na innych przejęcie małe, po którym za kilka godzin nie będzie śladu. Obok dam kawalerzy. Panowie w białych koszulach jak u D’agtagnana. Co jeden to przystojniejszy. Co drugi brzuch do zdjęcia wciąga. Muszkieterów cała plejada. Obejmują swoje panny. Młodzi panowie do towarzystwa plus milejdy, hrabiny i księżniczki w jednym miejscu. Dodam miejsce piękne, bo w pocie czoła przez rodziców głównie i dzieci do balu przygotowane. Ja już z wrażenia spocona.

W głośnikach muzyka płynąć zaczyna. Niejedna matka ślini się na widok swojego syna. Łza w oku. Każdy z zainteresowanych przyszedł, chociaż na chwileczkę. Trudno wygonić zgredów z sali, na której zaraz bal się zacznie. Ten staruszek co sprytniejszy do ochrony czy pomocy się zgłosił. Z ciekawości czy z miłości do piękna? Ważne, że mogą i chcą.
Wszyscy maturzyści na parkiecie dla swoich matek i ojców to jeszcze dzieci. Dzisiaj świat zabiera ich w dorosłość. Jak dobrze na nich popatrzyć. Zostaję. Nie ma mowy, żebym to przegapiła.

Czas leci. Dziewiąta, jedenasta, północ wybija. Młodzież u schyłku szkoły średniej niezapomniany widok. Patrzę, gdy tańczą w dymach. Myślę, która to bym ja była, gdyby mi nagle lat odjęło. Ta, co tańczy lekko jak Anioł, a może O! Tamta, co w skupieniu, każdy krok analizuje? Obie mają dobrze jak u Pana Boga za piecem. Jedna i druga takie oryginalne a przed nimi całe życie.

Ile te dzieci na co dzień wyzwań nam przynoszą? Tyle że niejednokrotnie rwiemy sobie z głowy włosy. Żeby na co dzień były takie jak w tej chwili! Bez obciążeń, wolne, swawolne i dla nas rodziców wyrozumiałe. Dodam, że są, tylko nie po naszemu to okazują. Rodzice chcieli tu być za wszelką cenę. Inny świat, inne spojrzenie i podejście. Pełna integracja pokoleń. Dzisiaj nikt nikomu nadto nie przeszkadza. Rodzic „strażnik porządku”? A co tam, niech sobie będzie, Jeśli kocha, to na zakazane oko przymknie. Życie.

Trudno mi zasnąć. Nie tylko mnie. Gdzieś w powietrzu krążą marzenia rodziców, którzy już do domów trafili o tym, aby studniówkowej magii doświadczyć chwilkę dłużej. Już w łóżku leżą, już zmęczenie dokucza a tutaj dylematy: Wracać nie wracać do córy czy syna? A może jednak sukienkę zarzucić czy portki i pobiec jeszcze i pobyć? A może drugą turę na dyżurze rodziców wymienić dla tych kilku cennych nie do powtórzenia minut?

Żal, że się poszło. Doświadczyłam, dotknęłam, czy mam na smętki rozwiązanie?
Czasami można wrócić, wyciągnąć rękę po szczęścia jeszcze troszkę. Czasami zamknąć oczy i powiedzieć: Dziękuję, że tego dnia życie dało mi więcej, niż można się spodziewać. Powroty też bywają rozczarowaniem. Wracamy, a tam? Koniec, nie ma, pełnoletnia pociecha gdzieś umknęła. Jakiejkolwiek decyzji w tym dniu nie podejmiecie, bądźcie spokojni. Troszkę cierpliwości i pokory. Nawet jeśli teraz czegoś nam mało, świat to wypełni. Warto odpuścić, nie spodziewać się, bo często zachłanność nie popłaca. Piękne samo przychodzi. Jeśli oddamy światu nasze oczekiwania, on wróci nam z nawiązką to, co dla nas cenne. Tak jak mnie dzisiaj. Chwile, których nie kupię w żadnym sklepie. Nieplanowane a jakże cudowne.

Dziękuję wszystkim, którzy przymknęli na mnie oko, gdy ja oczy na bawiących się wybałuszałam. Wszystkim rodzicom, których spotkałam na swojej drodze, gratuluję takich dzieci i takich życzę więcej. Czy draniami są na co dzień w naszych głowach, leniami, czy aniołami bez skazy? Życzę podrostków, którzy nie wstydzą się swoich staruszków, przytulają ich na oczach innych, nieoczekujących od nas bycia idealnym rodzicem. I vice versa oczywiście.

CZTERY PORY ROKU, ZIMA

Tęsknimy za wiecznym słońcem, a tymczasem tam, gdzie byt nasz codzienny, śnieg pochłonął większość zapachów. Pod grubą warstwą skrył letnie dźwięki i smaki, przykrył resztki nadziei na krótkie rękawki. Wkurzamy się. Złościmy, marząc o Teneryfie i Dubaju czy chociażby za lipcowym ciepłym piachem nad rodzimym morzem. Zima. Sprzyja nam czy nie sprzyja?

Scenka 1:
Samochód mknie przez wieś. Taką gdzie jeszcze czasami dziadkowiny kochane na ławeczkach przed domem w drogę się wpatrują. Niejeden powiedziałby, że bez sensu. Rozglądam się dookoła. Białe niebo jeszcze śpi a słońca od miesięcy nie widać. Słońce wschodzi, a w nocy przyprószyło porządnie. Mocno starsza pani w chustce ukwieconej, z plastikową wielką szuflą odgarnia przydomowy chodnik. Chodzi starowinka w te i we w te, skupiona i pełna wigoru.

Scenka 2:
Przemierzam basenową nieckę. Po wodzie wieść niesie. Ludziska o resztkach noworocznych postanowień opowiadają. Znowu. Co rok tak mają i zarażają. Ile w tym werwy i chęci i siły i nie wiem jeszcze czego, tylko wielu z nich czasu brakuje. Plany zadbania o Siebie. Same na kartce skrzętnie spisałam. Kalendarz zapełniony ręce opadają. Po co to mi i na co? Pierwsza wymówka i druga. Wszystko po dwóch tygodniach wraca do normalności. Chyba jednak wolę spontanicznie. Tak z lekką dozą zaciekawienia i chęci. Odpuszczania co nie moje i szukania czegoś więcej. Dużo przyjemniej i prościej cel osiągnąć. Wiem, wiem: Łatwo się mówi.

BIAŁE
Kiedy
na ziemi robi się biało, nie trzeba planów. Śnieg sam wymusza działanie. Bierzemy w dłonie łopaty, szufle czy chociażby samochodowe skrobaczki. Jeden człek, bo przepisy mówią, drugi, bo by do pracy nie wyjechał. Już pisząc o tym, wracam do wspomnień z dnia poprzedniego i zaczynam się pocić. Znacie ten objaw, kiedy mózg już na samo wspomnienie wyzwala w nas reakcje? Zgarniamy więc i przerzucamy śnieg z miejsca na miejsce, a ile przy tym odśnieżaniu radości? Zobaczcie! Gdzieś po drodze bałwan powstał. Przejść się nie dało, przechadzać się już można. Życie wymusza bez postanowień, zapał jest bez obiecanego. Kiedy na ziemi robi się biało u ludzi miny bardziej radosne. BIAŁE lepsze niż stagnacja, lepsze niż szare drogi i ponure niebo. Jeden wypadek na drodze i drugi, bo ślisko. Zima utarła komuś nosa. Więcej nie trzeba, żeby głowa nasza myślała o bezpieczeństwie. BIAŁE to zdrowie naszych dzieciaków, to pasje i spełniane się na stoku. BIAŁE to palce u nóg i rąk piekące tak na zdrowie. Ktoś rower po śniegu toczy. Wielki szacun. Inny próbuję pedałami kręcić, więc jeszcze większy wzbudza mój podziw.
Jadę a droga szeroka i pusta. Właśnie wygasły przydrożne lampy. Niebo pokryte jest chmurą przypominającą spód ogromnej bezy. Przy następnym z domów znów ktoś skrupulatnie odkrywa pielesze chodnika. Od godziny chłopina zasuwa. Zaraz za nim bieży już profesjonalny sprzęt. Wysprząta resztę w minutę lub dwie. Jakie to ma znaczenie? Ważne, że facet szczęśliwy, chociaż napracował się po pachy. Inny klnie? Nic nie szkodzi. Sam jeszcze nie wie, że może żywota sobie przedłużył.

Wracam do zimowych palących świątecznych postanowień i gdybam: Czy w zimie nie za zimno troszkę na to, co gorące? Może w ten zimowy czas po prostu dać się ponieść? Bez kalendarzy, konkretnych dat czy planów na zrzucenie kilogramów. Zacząć czynić swą powinność, bo aby móc się spełniać, odchudzać, ruszać, każdy dzień jest dobry. Warto się przyglądać, gdzie potrzeba zgarniania, odśnieżania, sprzątania. Ścinania czegoś, układania, szybkiego biegania do pracy, bo autobus właśnie się spóźnił. Czynienia wszystkiego, co w nas energię ruchu wyzwala i tego, co nauką jest dla nas.

MARZENIA MAŁEGO SZKRABA

Ach te czasy powiadam. Ciekawe, dziwne, ekscytujące i wymagające. Dzisiaj o tym, jak w moich oczach jawi się często dzień dużej grupy maluchów. Przycupniemy chwilę w świecie szkoły i cywilizacyjnej popędowości za mądrością. Dzisiaj też o prostych marzeniach pociech, które schodząc z huśtawki, usiadły prosto w szkolnej ławce.

Późnym wieczorem
W zimowy wieczór gwiazdy już na niebie, a jakiś mały berbeć błagalnymi oczami prosi swoją mamę: Mogę już, mogę? O co prosi smyk w ten nieświąteczny dzień jak co dzień? O możność pobycia dzieckiem. Rozkładam ręce.
Ono chce się tylko pobawić. Zapaść w stan flow, gdzie cała reszta liczy się dużo mniej. Gdzie głowa chwilę może pobyć bezmyślna. W świecie gimnastycznych gwiazd i wśród gwiazdek na niebie także. Marzy pobyć magiczną przylepką albo chwilkę popatrzyć w potocznie zwane pudło.
Analizuję pokrótce. No to jedziemy z tym koksem. Tylko nadążajcie.
Sprawdzian, egzamin, powtórzyć dyktando, lekturę przeczytać i słuchać bacznie uchem języków obcych. Zaraz potem tabliczka mnożenia. Angielski, którego mało w dzisiejszych czasach bez granic i francuski do powtórzenia. Uff. Dzisiaj patrzę na szkolne ankiety. W okresie mechatroniki, automatyki i robotyki ktoś proponuje troszkę ekonomii i programowania jeszcze ociupinkę zaraz na nauki początku. Sprytny maluszek umie już włączać i szperać za bajkami w komputerze. Teraz krok następny. Przyda się, a nie zaszkodzi. Oczywiście wszystko w formie zabawy. I to za darmo powiadam. Okazja goni okazję. Kusi, aby sprawdzić.

Wieczorne zabawy nie od parady
Patrzę na małą rozkojarzoną nieco, przesłodka radosną pociechę. Jak śmieje się do rozpuku. Telefon i net dorwała. Czy matka ma zabrać, bo to nie zdrowo? Może jednak cieszyć się, że malizna jeszcze potrafi się szeroko uśmiechać, w świecie naszych dorosłych smuteczków? Co rusz fikołek, gwiazda lub przysiad. Kręci się w 3D przestrzeni z krwi i kości gwiazdeczka. I opowiada, o tym, co dziecięce. Raduje się jak dziecko — chociaż ktoś dorosłością chce ją opatulać. A na koniec robi slime – a potocznie zwanego glutkiem*. Na twarzy pisze się pełne na czynności skupienie. Pytanie się nasuwa: Dlaczego przy nauce takiego nie ma? Oj niejeden by pragnął do nauki nie gonić i taki efekt uzyskać. Ideał, o którym marzy każdy, co miał okazję przy lekcjach z dzieciakiem siedzieć. Gdybyśmy tylko uzbroili się w cierpliwość.

Nowy dzień
Poranek od strachu w oczach się zaczyna. Czy jestem gotowa? Czy o niczym nie zapomniałam? Karteczkę zgubiłam. Maluch nerwowo wodzi oczami. A co gdy „rzołnież” błędnie napiszę? Mama uspokaja i po głowie ciepło głaska.
Osiem lat dzisiaj nie rozpieszcza. Dzieciństwo w XXI wieku – puste słowo? Podsumuję tak po swojemu, Was z własnymi myślami zostawiam. Wszystko jest po coś, a każdy wiek ma swoje prawa. Czy warto zbytnio naginać naturę, skoro każda gałąź ma swoją wytrzymałość?

Dodatek specjalny dla rozluźnienia tematu
Glutek (Slime) *
Wszystko zaczęło się od superlepkiej cieczy, mieszanki alkoholu poliwinylowego i boraksu, która wydostała się z laboratoriów badawczych. Ktoś sprytny pomyślał:
Dlaczego by na prostym glucie nie zarobić? Zapamiętajcie: Mieszanka kleju, pianki do golenia i Perwollu (troszkę barwnika czy brokatu w wersji full wypas). To już wersja po przeróbkach. Nie brudzi, nie przykleja się. Przelewa się przez palce, tworząc co rusz nową formę, a do tego jest tani jak barszcz. No cóż, więcej do szczęścia potrzeba? Slime to hit tego roku. Zdradzę, że sama uwielbiam. Polecam spróbować, rodzicom co się dziwują i bezdzietnym także. Wszystkim od momentu, gdy zaczynają mówić „Ja dorosły już przecież” oraz tym do lat 100 i więcej. Miłej zabawy, o której jeśli wstyd przecież nikomu nie trzeba mówić. Co wasze to wasze. Powodzenia w glutkowaniu życzę.

SIERŚCIUCHY

Kociaki. Ponoć najbardziej marketingowy produkt po dzieciach. Wykorzystaj jego zdjęcie na reklamie a sprzedaż każde najgorsze badziewie. No może troszkę przesadziłam. Wybaczcie wszyscy Ci, co świata bez kotów nie widzą. Do dzisiaj nie miałam na ich temat zdania. Są, to są, myślałam nie raz, nie dwa. Niejednokrotnie patrzyłam w ich oczy i pytałam sama siebie: To ja za nimi nie przepadam czy raczej one za mną? Pazura nie raz pokazały. Dzisiaj sprawdzam, jaka jest prawda. Biorę pod pachę jednego. Drugiego płci przeciwnej pod drugą, żeby równowagi przypadkiem nie stracić. Uczę się ich na nowo. Sprzątam po „gnojach” i przytulam, bo inaczej się nie da. Uzależniają.

Początek
Jak się u mnie znalazły? To tak w wielkim skrócie. Najpierw zapierałam się nogami i rękami. Potem miał być jeden, tylko trudno było się zdecydować, bo przecież każde małe to cudo piękne. Następnie była pokerowa zagrywka, a po niej „on” i „ona”. Dwoiły się i troiły, żeby wkupić troszkę. Ja cztery widziałam i za głowę łapałam: Co to będzie, co to będzie? Dzisiaj jestem spokojna, bo jak mówią, strach ma wielkie oczy. One mają większe, więc po co bać się tak w ogóle?

Świt
Patrzą na mnie. Toćka w toćkę kot w butach z filmu Shrek. Dwa takie. Czekają bestie. Wampirze czerwone patrzałki z wieczora, kiedy dzień nadchodzi, w błękitne przechodzą. Gapią się tymi swoimi ślepiami boskimi i nie odpuszczą, mowy nie ma. Proszą bez słów. Przykucnęłam. Zeszłam do parteru. Kurczę, wypada drapieżców nakarmić. Patrzę na małe pudełeczko. Otwieram. Wow! Zapachniało, oj zapachniało wysokiej klasy konserwą z czasów, gdy w puszki szlachetne mięsko pakowano. W składzie jagnięcina, wołowinka, kurczaczek, ryby śródziemnomorskie, dziczyzna z krajów niedźwiedzi, wodorosty i warzywka pierwszej klasy. Sosik i kawałki mięska, nie tam żadnej fastfoodowej mielonki. Czego to na rynku nie wymyślą? Wsuwają łobuzy. Kusi i mnie. No cóż, jednak kociego jeść nie wypada. Głodna, bo przed śniadaniem. Górę wzięła silna wola. Słowo harcerza. Kto wierzy?

Zmrok
Spać się chce, ale nie im. Wielkie gały znowu wpatrują się we mnie bez mrugnięcia okiem. Puchate stwory pragną miłości, przytulasków i troszkę po prostu pobyć razem. A zapytały, czy mam czas? Powiadam więc: No dobrze. Dam wam chwilkę maluchy. Ich ciała wiotczeją, gdy tylko biorę na ręce. Są bezbronne i elastyczne w korpusie jak przysłowiowa szmaciana lalka. Rusza się tylko główka i ciemniejszy od całej reszty ogonek. Pierwsza część świata ciekawa, druga mówi: Dobrze mi, oj dobrze. Miękkie łapki z poduszeczkami jak u pluszowej dziecięcej różowej maskotki, oplotły moje przedramię. Dotknij ich lub stopy niemowlęcia a dowiesz się, o czym piszę. Dłonie wtopiłam w futro. Czy jest coś delikatniejszego? Może w niebie. Są jak słodkie pociechy. Ależ one będą się lenić! Po co jednak w przyszłość wybiegać. Cieszę się chwilą. Mięknę. Wkurzam czasami, kiedy nocą chodzą po głowie. Oj pozwólcie tak dzieciom, a całe życie tak będą. Wsłuchuję się, gdy rano traktorzą bezczelnie. Odgłos silnika kultowego Ursusa niesie się po ścianach. Słodki objaw zadowolenia. Futrzaki ląduje tuż obok. Nie przeganiam. Chyba się starzeję. Taki żart oczywista sprawa.
Sprawdzam w opisie. Kot — osobnik przyjacielski, ufny i rozbraja. Zwierz doskonały? Każdy myszołap i czworonóg nim jest. Bez względu na pochodzenie. Każdy, którego zrozumiesz i któremu dasz troszkę swobody. Koci świat odkrywam, wrócę do niego, jak dranie masy trochę nabiorą. Zostawiam Was ze zdjęciami i nauką własną z życia płynącą: Pobądź ze zwierzakiem dłużej, a każdy skradnie twoje serce.

MAGIA CZYNI CUDA 2/2

Kojarzycie Dawida Copperfielda czy nieco młodszego Dynamo?  Tego drugiego dano mi w życiu raz spotkać. Nie opisałam? Cóż. Jeszcze bloga nie było. O ich bystrym spojrzeniu wiem tyle, co nic. Dzisiaj o tym, co wiem dobrze jakie ma oczy. Dzisiaj o Damianie co Spętany z nazwiska. Czy faktycznie skrępowanie go jest możliwe? Tak, z małym „ale”. Tylko gdy na to pozwoli i tylko na małą chwilę.

Wybałuszam oczy. Gdzieś w zaciszu balowej sali ktoś skrupulatnie wyciąga swoje magiczne rekwizyty — zabawki. Ile w nich czarnoksięstwa a ile sprytu? W tajemnice nie wnikajmy, dla dobra zabawy. Damian sprawdza taflę grubej szyby i ściereczką robi ostatnie po niej szlify. Drobna buzia chłopaka ma w sobie coś zadziornego. Czujne oczy świecą jak płomyki świeczek stojących na tutejszych stołach. Błyszczące niebieskie „węgielki” to sygnał jak nic dla mnie: Kobieto popatrz na tego człeka! Drugiego takiego z latarnią szukać. Nie mówię o kobiecych serc łamaniu, a o skradaniu serc ludzi, którzy, aby przeżyć, magii w szarym życiu potrzebują jak wody. Zaglądam za filar, za którym delikwent się schował. Uśmiech? Bozia dała. Do niego magii nie trzeba. Zdążył wymienić z konferansjerem wizytówki. O marketingu warto pamiętać. Przywdział czerwoną marynarkę i na środek wyszedł. Patrzę na dłonie iluzjonisty. Magia w dłoniach się nie skrywa. Za chwilę poszukam gdzie indziej. Dłonie delikatne. Skóra jasna jak u japonki co w Okinawie czy Sapporo przechadza się wśród kwitnących wiśni. I te palce. Jeszcze szybsze niż oczy. Karty i lewitujący stolik. Powiecie to już było i oklepane. Oj „Kochani”! Może inaczej było, ale nie tak. Nie tak. On też się bawi. Bawi się tym, co dla nas nie do wyobrażenia. Kawałkiem sznurka i słowem, bo język giętki ma i składny. Jego opowieść płynie do ludzi. Bo wszystko ma swoją historię, a on potrafi swoją w słowa bez dwóch zdań ubrać.

Czaruje, czaruje, czaruje. Coś było i czegoś nie ma. Coś do nas wraca, coś się mnoży bez końca. Wow! I jak tu się nie gapić. Kiedy widziałam go w „Mam Talent”, był dla mnie jednym z wielu. Powiadam: Mów, dopiero gdy sam na żywo zobaczysz. Tego w życiu nauczyłam się gdzieś po drodze.

Pół godziny dobrej zabawy zleciało jak z bicza. Damian zbierał manatki, a w powietrzu krążyły teksty: Ja przecież …! Przecież ja … Zerknęłam na dziewczyny, które mag wywoływał i zapraszał na środek. Pokazują dłonie z kartami opisanymi własnoręcznie ich imieniem. Bo przecież. Jak on to zrobił? I kiedy? Inny uczestnik zamiast w talię kart, którą przed chwilą na przechowanie dostał, wpatruje się właśnie w kawałek sztucznego szkła i ogląda bez końca. Tylko tyle mu zostało. Był pewny, że posiada coś cennego, tak pewny, że nie wierzy teraz, jak łatwo to co wartościowe można przez nieuwagę stracić. Pomyślałam o naszym życiu. Czy magia jest wszędzie gdzie uważności ludzkiej mało? Oh! No i westchnęłam sobie. Wróćmy jednak do Damiana.

Talie kart. Głównie karty. Jego atrybuty, które pozostały mi w głowie. A do tego szczery uśmiech, lekki jak chmurka  obrus na latającym nad ziemią stoliku, czerwone zabawne piłeczki i słowa w życzeniach ukryte: Mieć przyjaciół bardzo ważna rzecz. Jutro między innymi o niej. Dzisiaj polecam zerknąć na zdjęcia. Może tam prawdziwą magię sami wyłapiecie?

https://www.youtube.com/watch?v=4aeC2SyL60o

MAGIA CZYNI CUDA 1/2

Zabieram się do pisania o magii. Krok pierwszy — wybieram zdjęcie. Szperam, wyszukuje i kombinuje. Chce wybrać najlepsze. I nic. Az tu nagle samo przychodzi. Czary mary czy może dużo szczęścia akurat w tej chwili? Zerkam mimochodem na ekran jednego z komputerów. Jest! Bingo! Oryginalne. Naturalne. Prawdziwe. Zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia.
Na zdjęciu „Ona” wpatrzona. Na twarzy szczere emocje. Nieudawane jak to bywa często w dzisiejszym świecie napięć. Piękno naturalnych zachowań, które niejednokrotnie głęboko skrywamy na co dzień. Powiedziałam: Świat powinien to zobaczyć a „Ona” po prostu zaufała. Pisać dalej i więcej? Dzisiaj moje słowa nadaremne, wyzwanie podejmę jutro. Bo pisać o magii nigdy nie ma końca, a o tym, co magię tworzy, również warto wspomnieć. Dzisiaj wszystkim Wam życzę zawsze bycia sobą. W życiu codziennym, na zdjęciach oraz małych i dużych ekranach. Dwa zdjęcia o tytułach: „Było” i „nie ma”. Do jutra wszystkim tym, co ciekawi maga Damiana.

Panu Jackowi dziękuję, za to i inne zdjęcia. Że wyłapał to, co moim lukaczom poniekąd umknęło tego wieczora. Przemiłej Pani Anecie szacun za przełamanie strefy komfortu, której w granicach przekraczania niejeden ma niemałe wyzwanie.

NIECH ŻYJE BAL

Jak podsumować dobrą zabawę? Po uśmiechach czy po tym, jak czas na niej szybko mija? A może po tym, jak długo trwa? Sprawdźmy.
Mój wzrok czasami zawodzi, dzisiaj uważność kieruję do wewnątrz siebie. Siedzę przy śniadaniu. Zamykam oczy. Dzień wcześniej balowałam. W tle muzyczka spokojna a mnie chce się tańczyć. Najpierw góra ciała mikro ruchy wykonuje, zaraz potem prawa nóżka drgać zaczyna. Odpływam. Czuję, jak ciepłe powietrze wokół mnie faluje. Czyżby jakiś niedosyt? Oj tak. Dobra zabawa to głównie chęć, aby było czegoś więcej i więcej. Potrzeba ponownego zaspokojenia tego, co miłe nam się w życiu przydarza. Chcecie, posłuchać jak było? No to cofamy zegary.

21.00
Będzie, będzie zabawa.
Światła i reflektory włączone. Mikrofony sprawdzone. Winko na stołach schłodzone. Ostatnie poprawki obsługi. Goście zaczynają się schodzić. Na tle białych ścian sali dominuje elegancka czerń, ale są też kolory, którym trudno się oprzeć. Moje oczy skupione są na szafirowym sweterku i kolii gdzie niebieski i szary we wszystkich odcieniach, króluje na ciele przemiłej właścicielki. Za moimi plecami przy stole blond długie włosy z lekkimi lokami. Przy innym nakryciu kucyk jak u samuraja. Ludzie. Różni wyglądem, a jednak coś ich łączy. Co? Teraz biznes a za chwilę wspólny parkiet, dobra muzyka i śmiech.

22.00
Najpierw pokaz Damiana. Jemu oddzielny wpis poświęcę, bo warto. Tytuł? Magia czyni cuda. Teraz skupmy się bardziej na dźwiękach.
W srebrnych szpilach odbija się cała przestrzeń. W okularach tancerek światła reflektorów. „Niech żyje bal” jak śpiewała Maryla Rodowicz. Jeden z kieliszków odurzony swoją zawartością fiknął nie wiadomo kiedy. Czerwone wino (o dźwięcznej nazwie In Situ), „in”, a jednocześnie „tu” zrobiło wokół wzór jak na minimalistycznych obrazach. Mówią: Na szczęście! Ktoś się tłumaczy niepotrzebnie, ktoś drugi prawdę mówi: To nic. Wszystko jest do naprawienia. Podsumujmy sytuację: Po co płakać nad rozlanym winem? Drobiazgi życia codziennego. Rajstopy się kupi, a spodnie wypierze. Koszul w sklepie nie brakuje. Warto przerobić w humor i zacząć bawić się, dopóki zdrowie szlachetne pozwoli. Na zdrowie więc, kielichy wznieśmy. „Wódz imprezy” ludzi na środek powoli wyciąga. Prosić się zbytnio nie musi. Po co dłużej czekać.

23.00
Minęła niespełna godzina. Kilka wolnych kawałków, a potem w głowie DJ-a myśl diabelska przemknęła: Nie może na początku zabraknąć Sławomira. Puścił w kolumny „Miłość w Zakopanem”. Tego ewenementu nie rozumiem do dzisiaj. Wrzucam go do folderu kawałków zatytułowanych „Niezła rzeźnia”, gdy wszystko na imprezach dobiega końca. Na początku służy bardziej jako rozgrzewka. „Lambada” jest po krótkiej przerwie, a potem „Wyginam śmiało ciało”. Muzyka zaczyna biec. Wystarczy tyle, aby jeden, drugi i dziesiąty tancerz już pod poprzeczką przechodzili sprawnie. Kto niżej? Kto pod a kto nad? Zabawa toczy się już na całego. Sprawnie tym razem poszło. Niektórych już ciało rozluźnione i tylko brzuchy wystają. Do rana mimo woli część zrzuci, jeśli pójdzie tak dalej. Ludziska po ziemi się tarzają, chociaż przecież trzeźwi. Balują piękne dziewczyny na szpilach i również urokliwi faceci. Garnitury już nieco pomiętoszone wylądowały na oparciach krzeseł.

00.00
Rączki do góry proszę! Wszyscy dłonie jak do modlitwy unieśli. Ten, co prym wiedzie, wie jak sprawdzić poziom zmęczenia. Spocone towarzystwo? Spocone. Gadane ma nasz wodzirej. Długi i wiotki Michał z fryzurką postawioną na baczność. Bez żadnej przerwy na oddech. Bez względu na czas i miejsce mikrofon jak miecz dzierży w dłoni. Jakby się z nim urodził. A jak jemu nóżki chodzą! Czuje rytm, bo kto jak nie on. I zachęca. Ach, jak on ten „Let’s Twist again” tańczy. No i nauczył tych, co nie umieli. Jakie to proste.

01.00
Troszkę Boney M. „Brown Girl in The Ring”, żeby zrobiło się tak po jamajsku, a potem nagle hiszpańskie kawałki. Przy „Hey DJ” ściągam buty. Temu się już nie oprę.
Wodzirej na chwilę z oczu zniknął. Szukam oczyma. O! Jest, są. Nagle jest ich już dwóch. DJ od kawałków odkrył swoje prawdziwe oblicze. I nie chodzi tu o ćwiartowanie na kawałki a o naprawdę dobrą muzykę. Teraz kiwają się już obaj. Wodzirej i DJ za pan brat. Reszta przytupuje na środku. Nad nimi wielkie białe kule, huśtają się w te i we w te. Gołym okiem tego nie widać, bo kto tu o kulach teraz myśli. Zadzieram głowę do góry. Cień na sufit krąglaczki rzucają. Wyglądają jak planety, które właśnie dzisiaj zmieniły swoją własną trajektorię. Jest i moja ulubiona przypominająca Wenus, boginię miłości i płodności ponoć również w biznesie. Ona i cała reszta przyszły się pobawić. Na niebie tylko gwiazdy pozostały.

02.00
Daleko już po północy. Świece tlą się i dopalają w wielkich przeźroczystych słojach. Wosk topi się i zsuwa powoli po cienkich ściankach. W kolumnach muzyka disco z lekkim przyjemnym jazzowym nowojorskim „Sommertime” w przerwach. Miło. Nogi odpoczywają.
Przy stolikach pogaduchy. Tego wieczoru na sali wrażenie jednej wielkiej rodziny. Jutro Ci, co chcą to samo sprzedać i być dobrzy, lepsi i nigdy nie być gorsi, powrócą do swoich biznesów. Przeżyć. Udowodnić sobie. Innym pokazać. Takie są rynku zasady. Wieczorem polska tradycja zbliża. Nie tylko ona. Przecież każdy z tu obecnych to człowiek, który lubi, ceni, kocha, wspiera i rozumie, chociaż podatki i chęć życia godnie próbują zamieniać ich serca w kamień. Pierwotny instynkt przetrwania na co dzień kontra pierwotny instynkt życia w stadzie. Dwa światy. Ludzie zawsze Ci sami.
Zapachy uciekające ze świec uniosły się w górę, zmieszały z wonią wina. Palec jednego z uczestników przesunął się lekko po stopce z boskim trunkiem kieliszka. Właściciel palca jakby zamyślony i rozanielony. Wypił łyk i wpatrzył w salę. To moment na refleksję. Takimi chwilami też warto życie przeplatać.

03.00
Ewenementem jest, że im bliżej końca, tym więcej ludziska siły mają. I ten, co mówi, że mu taniec nie wychodzi, chociaż pupą miękko właśnie zakręcił. I ta drobina w czerwieni co po kolei każdego na parkiet wciąga, bez wyjątków.
Pierwsze słowa o tym, kiedy pora do łoża, padły, gdy wskazówki obie stanęły na baczność pionowo. Gdy ulotniły się już zapachy zupki, która rosołkiem delikatnym pachniała, chociaż nim nie była, bo jej konsystencja bardziej delikatny pomarańczowy mus przypominała. Z dyni ona czy z marchewki? Rozmyślań było chwilę. Ważne, że smakowała. Zanim następne tańce nastały, o potrawie już nikt nie pamiętał.
Dzisiaj które było wczoraj, jakby mi przemknęło. Chłopcy radarowcy przy konsoli przyjęli taktykę „na wyciszenie i uśpienie”. Nie udało się? Prawie jedna czwarta doby minęło a zamiast dobitków, istot ludzkich żądnych tańca namnożyło się obok centrum dowodzenia muzą. Ola Boga! Co tu robić! Dobrze grać i skończyć, zanim się następna zabawa zacznie przy takiej ekipie to nie lada gratka. Usłyszałam: Męczymy? Pomyślałam: Dajmy czadu. I tak się zaczął początek końca. Koniec pisał się jednak daleko.

04.00
Ups! Silna drużyna. Zerkam spod powiek: Fryzury już nie takie jak z okładki magazynu Vogue. Makijaże już od perfekcji dalekie, ale co tam. Świat i bez tego potrafi się bawić. Bo przecież nie o ideały w zabawie chodzi a po prostu o dobra zabawę. Nie wiadomo kiedy większość obcasów spać poszły. Nad ranem nowa moda nadeszła. Balerinki i parady na boso. Dwóch takich co jakby księżyc razem kradli, objęli się i zorbę tańczą. W kole jeszcze kilkanaście osób, ale to właśnie ich dwóch moją uwagę przykuło. Zorba ma to coś, co serca nasze porusza. Całe ciało drży. Jak już zaczniesz nogi, same się nie zatrzymają, no, chyba że muzyka jakimś cudem zamilknie. Jednak tutaj się to „nagle” nie zdarzy. Mowy nie ma. Nóg nagle dużo się zrobiło. Dwoją się i troją. Od reszty ciała zależne, a głównie od głowy. Taki ich żywot. DJ podśpiewując, już następny kawałek szuka: „A ty pokaż swoje nogi, nogi”. Nogi górą. Nogi w dole. Popatrzyłam na swoje stopy. W podbiciu straciły moc. No cóż, jak dla mnie czas kończyć.

05.00
„Będzie, będzie zabawa” śpiewają Piersi. No będzie. Za rok. Dzisiejsza dobiega końca. Wieczór zamykam, obserwując seksowne ciała businesswoman i męskie brzuszki businessmanów, które faktycznie skuliły się troszkę. Nie żartuję. Z ręką na sercu. Przynajmniej u tych, co więcej, na środku niż przy stole. Jak wszystko się zakończyło i czy biesiadnicy sami zeszli z pola tańców i hulańców? Z opowieści wynika, że z dbałości trzeba było po prośbie, bo za kilka godzin czekały następne atrakcje.

Poranek
Wstaję. W Hotelu cisza. Jak makiem zasiał. Ba taka, że ja nawet jej nie słyszę. Nic. Zupełna pustka. O to, to lubię. Obudziły się matczyne odruchy. Pomyślałam: Grzeczne dzieciaczki bardzo grzeczne. Pojadły robaczki, brzuszki płynami różnorakimi wypełniły. Pośmiali się i poprzytulali po przyjacielsku podczas taniu taniu. Nawet te kilka minut snu teraz dla nich zbawienne. Myśl zatrzymała się przede mną: Dla takich to tylko bale organizować. Frajda i przyjemność. Zamknęłam jeszcze na chwilę oczy, zaraz potem nakreśliłam te słowa. Co by nie umknęło, bo o tym, co mile i dobre przecież lubię dla Was pisać.

Dla tych, co chcą poczuć moc wieczoru, chociaż ich tam nie było i dla tych, co chcą do wspomnień wrócić w chwilach, gdy smuteczki codzienności przyjdą, kawałek z tego wieczoru: