PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 12

Pierwszy banan.

Koniec Narayao. Koniec diety.
Chwilę myśl przeszła że, również koniec duchoty i upału. Chciało by się. Nadal powietrze ciężkie. Otwieram oczy.
Na wprost mnie szafka. A na niej leży banan, na którego patrzę od 3 dni. Wkładam do ust. Jem z namaszczeniem. Rozpływa się w ustach. Słodycz niesamowita. Najlepszy jakiego jadłam. A może to tylko złudzenie ?.
Jem powoli, bo wtedy, tak szybko nie skończy się ta niebiańska rozkosz.
Ale to nie koniec. Za chwilkę śniadanie. Dietetyczne. Bez soli. Bez cukru. Zasiadam do stołu. Kilka osób ze mną. Reszta nadal głoduje. Z własnej nieprzymuszonej woli.
Pijąc Narayao, nie czujesz głodu. Czujesz za to zmęczenie. Osłabia słońce, stojące ciężkie powietrze i wysokie temperatury. I oczywiście medycyna jeśli takową bierzesz.
Śniadanie zjedzone. Miód w gębie, choć miodu nie podano. Za to jajecznica od kur, które się w dżungli pasą. Przynajmniej tak myślałam zanim nie zobaczyłam sklepowych wytłoczek. Ale jeśli nawet. W Peru raczej nie ma kurzych farm. Jaja ekologiczne bez dwóch zdań. Piję sok z papai. Na sam kolor ślinka leci. Na stół wjeżdża coś „a la” placek bananowy. Pyszny. Mlaskam nie tylko ja.

Mija godzinka. Może dwie. Nie liczę. Jestem w saunie. Tutejszą saunę lubię. Jest tania, prosta i efektywna.
Pod wiatą bez ścian palą się dwa ogniska. Na nich olbrzymie kotły. W środku wywar z ziół. Co najmniej po 100 litrów w każdym. Dużo tego. Mieszanka ma bardzo przyjemny zapach. Obok kawałek pniaczka do siedzenia i drążek, o który możesz się oprzeć, aby móc wdychać dobroczynne opary. Do tego drewniana łopatka z długim trzonkiem do mieszania w garze. Mieszając sam regulujesz Sobie jak chcesz mieć ciepło w środku. Pełny zakres temperatur.
Schładzam się więc najpierw zimną wodą. Wylewam na Siebie dwa wiadra.
Siadam Sobie na pieńku. Za mną prosta konstrukcja. Zbita z pali. Na nią naciągnięta niebieska plandeka. Całość wygląda jak karoseria bez otworów ściągnięta z Malucha. No może przód przypomina trochę starszy model Porsche. Nakładając na Ciebie takie ustrojstwo, pozostajesz sam na sam: Ty, szufla i bulgoczący kocioł. W tle słyszę prawdziwe odgłosy dżungli.Takiej sauny parowej trzeba mi było.
Przez nacięcie nad głową proszę o polanie zimną wodą i chowam się dalej w mroku i gorącej mgle. Maniana.
Wychodzę. Po mnie następny. Wymieniają gar i jazda. Teraz przez dwie godziny zakaz kąpieli, aby ciało przyjęło co mu natura dała.
Chwilkę odpoczywam aby uspokoić serducho.

Siedziałam już w saunach za dziesiątki tysięcy złotych. Ze światełkami, muzyką, i pełną automatyką. Ale ta tutaj pobija wszystkie na głowę. To prawdziwa sauna ziołowa. Ma bardzo dużo leczniczych właściwości.
Po południu rozglądam się dookoła. Pogoda zrobiła swoje. Zamieniam się w leniwca. Powoli odzyskuje siły. Ludziska też polegują. Maloka to idealne miejsce. Jest chłodniej. Moskitiery chronią przed wszystkim co gryzące i latające. Osobiście wybrałam hamaczek. Jeden z kilku tu wiszących. Inne leniwce leżą na materacach. Niektórzy czytają.

W oddali słychać agregat. Jego odgłosy źle na mnie działają. Do tego nuda i parno jak to w tropikach. Czekam końca dnia. Uzbrajam się w cierpliwość.
Zaczynam odliczać dni do powrotu. I wiem że w Polsce minus 16 stopni C. Ja tęsknię za chłodnym rześkim powietrzem nartami i białym puchem.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 11

O tutejszej medycynie słów kilka.

Dżungla uczy akceptacji. Tego że nie wszystko wygląda tak jakbyśmy tego chcieli. Tego że nie wszystko pachnie po naszemu. Tego że często dźwięki nie są tymi, które lubi nasze ucho. Tego że jedzenie smakuje jak smakuje.

Zaczynam doceniać to co daje mi miejsce w którym mieszkam. Miejsce z którego wyruszyłam w tę podróż. Zaczynam tęsknić za naszą zimą. Za mrozem na drzewach. Za rześkim, mroźnym powietrzem. Za świeżością, która wypełnia moje wnętrze przy każdym oddechu.
Tutaj powietrze jest ciężkie, wilgotne, ciepłe. Przesycone mnóstwem zapachów. Jakbym wylała na Siebie mnóstwo korzennych perfum, które nie mogą się ulotnić, a ja je ciągle zaciągam nosem i ustami.
Czasami deszcz pomaga. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj cały dzień tylko grzmi. Jest duża wilgotność i słońce. Człowiek chodzi cały dzień mokry. Brakuje powietrza. Nawet ptakom się nie chce śpiewać.
Wtedy zaczynam doceniać co moje. Zazdrość umyka, gdy na własne oczy doświadczę. Wtedy krzyczę: ” Mogę być tu jakiś czas, ale potem ja chcę do domu ! ”

Przyjechałam do wioski, wraz z innymi, traktując ją jak lokalne SPA. Często śmiejemy się z tego jak smakuje następny z płynów, który nam podają. Czasami smakuje dobrze, ale czasami …
Radzę sobie.
Kiedy popatrzę na kolor i konsystencję i kojarzę z czymś co mi smakuje, wchodzi dużo lepiej.
Dzisiejszy napój smakował jak rozrzedzona Metaxa. Nie piję alkoholu ale wolę to niż smak kropli żołądkowych. Ja wybrałam wersję z alkoholem. Myślałam też o rozrzedzonym soku pomidorowym. Wizualizacje bardzo mi pomagają.

Reakcje po szklaneczce ziołowej mieszanki są różne. W zależności co Ci danego dnia podają. Raz się śpi cały dzień. Innym razem wszystko Cię bawi. Raz wymiotujesz i się pocisz. Innym razem chce Ci się tańczyć i energia Cię rozpiera.
Wszystko dla zdrowotności.

Dzisiaj ostatni dzień głodówki. Na tym zakończę przygodę z nie jedzeniem. Dwa dni. Niektórzy założyli że będzie ich pięć. Moje ciało mówi, że wystarczy. Że trzeba nabrać sił przed wyjazdem. Słucham mojego ciała i intuicji.

Zapytacie po co mi to ?. Oczywiście żeby sprawdzić na własnej skórze. Żeby się więcej dowiedzieć. O Sobie. O tym jak reaguje mój organizm. O nowej medycynie. Nie tracę nic. Zyskuję wiedzę, zdrowie i doświadczenie.

Przyjechałam w to miejsce nieuświadomiona jego mocy i wiedzy tutejszych szamanów.
Słyszałam o takich miejscach i myślałam co mogą zdziałać rośliny, gdy nie radzi Sobie nowoczesna farmacja.
Zobacz a uwierzysz. Patrzę. Mam możliwość przyglądać się temu. Słuchać.
Ziołowa kuracje, które wywołują wymioty i biegunkę, ziołowe sauny, ceremonie.
Wiem. Wiem. Brzmi okropnie. Nie jest prosto. Ale czy chemia nie robi z nami gorszych rzeczy ?
Ludzie przyjeżdżają tu w poważnym stanie. Zjeżdżają z całego świata, aby po 6 tygodniach pobytu, opuścić to miejsce zdrowi. Nowotwory, choroby autoimmunologiczne, bakterie i pasożyty, które niszczą nas od środka. Tutaj mają na to lekarstwa. Biorą je z lasu. Dużo się osłucham.
Mam pełny szacun dla dżungli, która jest wielką Apteką. Czuję wielki respekt do tutejszych lekarzy bez tytułów nadawanych przez uczelnie.

My mówimy na nich Szamani. Boimy się samej nazwy. Bo nie znamy.
Ja wołam na nich Reformatorzy Medycyny Konwencjonalnej. Brzmi przyjaźniej. Ale czy nazwa ma tak naprawdę znaczenie, czy liczy się efekt ?

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 10

Codzienność w zielonej krainie.

Cały dzień poszczę. Piję tylko wodę. Eksperyment. Jestem zwolenniczką postów, chociaż nigdy nie robiłam. Czyszczą brzuchole z wszystkiego co w środku zalega. Ale rozjaśniają też umysł. Ważne aby robić je z głową i długo potem trzymać dietę.

Wyszło słońce. Ale czy to coś zmieniło ? To miejsce jest piękne samo w Sobie. Bez względu na pogodę. Daje spokój. Pozwala się zatrzymać. Spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Tu czas nie ma znaczenia. Liczy się wschód i zachód słońca. Bo on reguluje naszym snem.

Okazało się że tutejsze tarantule nie są toksyczne. Dla Shili, są to wręcz pupile. Ma swoją ulubioną całą rodzinkę.
W domku w którym mieszkam, okazało się że jest jeszcze maleństwo. Czasami wychodzi z kryjówki nad głównym wejściem.
Kwestia przyzwyczajenia. Przestało mi to przeszkadzać. Warto tylko pamiętać, aby przed wkładaniem butów porządnie je wytrzepać. Perspektywa spotkania stopy z puchatym pajączkiem, sprawia że ta czynność szybko wchodzi w nawyk.

Nie wiem jaki jest dzień tygodnia. Straciłam na chwilkę rachubę. Ale to dzień lenistwa. Dzień odpoczynku od picia medycyny, która ma nam dać zdrowie i siły. Bo oprócz Narayao, co jakiś czas dostajemy coraz to inne medykamenty.

Dzisiaj dzień prania. Wyobraźcie Sobie środek Lasu Deszczowego, kilka chatek i mnóstwo sznurków. Gdzie się nie rozglądniesz. Wszystko rozwieszone wśród palm i drzew bananowych. Multum koszulek, skarpetek, kolorowych majtek.
Część piorę sama. Ale jest też miejscowa kobieta, która pomaga. Siedzi i cały dzień przerzuca z miski do miski dziesiątki ubrań. Patrząc na kolor wody wiem że dopiero w domu ciuchy odzyskają kolor.
No i znowu nuta cywilizacji. Śmieszne. W domu używam proszków bezzapachowych. Tutaj w rozwidleniach Amazonki moje ciuchy pachną proszkiem typu Ariel.
Robię pranie dla zabicia czasu. Dla przypomnienia sobie jaka to przyjemna czynność. Powtarzalna. Łopatologiczna. Daje satysfakcje że coś się zrobiło samemu. No i co tu dużo mówić. Hand made jest teraz w modzie więc robię pranie ręczne. Tylko.

Dzień upływa leniwie. Potem robi się ciemno. No cóż. Pozostaje iść spać.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 9

Amazonia. Adres znany, ale nie do końca.

Na kartce mamy napisane: wioska Inkan Kena. Gdzieś około 71 kilometrów od Iquitos. No to w drogę.

Rano pobudka. Na śniadanie zamawiam średnią porcję soku z papai. Pół litra w dzbanku jest tylko dla mnie. I to jakiego. Soki wyciskane są tutaj ze świeżych owoców. Jak słomka stoi, to znaczy że jest idealny. W Iquitos soczki manianka. Nic wody nie dodają. No może troszkę, żeby mus nie powstał. Najbardziej popularne owoce to ananas, papaja, mango, pomarańcza. A potem czarna magia. Nazw nie znam, wyglądu nie kojarzę. Ale jaki mix by nie zrobił, wychodzi bardzo smaczne.
A więc opiłam się tego soku, spakowałam i w drogę.
Pod hotelem czeka taksówka. Starszy model samochodu. Nawet nie wiem jaka marka. W bagażniku kierowca jakieś smary wozi. Małomówny. I co ?. Od razu uprzedzenie. Nie będzie fajnie. Cóż za myśl przyszła.
Bee. Nie dobra myśl. Bo przecież najpierw trzeba doświadczyć, a potem cokolwiek mówić. A najlepiej nic nie komentować. Ja powiem tak.
Podróż minęła spokojnie. Młody taksówkach jechał bezpiecznie. Pokazał jedną z odnóg Amazonki. I puścił muzykę. Roy Orbison, Neil Sedaka, Elvis Presley, The Beatles, Paul Simon, Beach Boys, John Travolta. Jedna piosenka fajniejsza od drugiej. Idealna. Relaksująca. Dobrze nastraja. Dużo utworów, bo i droga długa.
Pytam czy to z radia. Okazuje się że CD. Kierowca zatrzymuje samochód. Uśmiecha się. Czekamy na inne taksówki, bo jest nas 15 osób. Zagaduję. Po chwili rozmowy płyta ląduje w moim plecaku. Tubylec chętnie płytę odsprzedał. Chciał grosze za nią. Dałam nieco więcej. Patrzę na opakowanie. Na płycie 100 piosenek. Będzie czego słuchać.
To przemiła pamiątka. Takie uwielbiam. Kiedy zamknę oczy i będę jej słuchać, wspomnienia z podróży same wrócą.

Wysiadamy. Dalej samochód nie pojedzie. Żadnego przystanku. Zero zabudowań. Jakaś tam tylko dróżka w bok.
Duży plecak zarzucam na plecy a podręczny, nie taki mały zakładam z przodu. Równowaga jest. Ktoś na nas czeka.
Tubylcy mówią niedaleko. 3 kilometry w 15 minut i jesteśmy na miejscu.
Tak. Tak myślę Sobie. Ale wyłączam myślenie. Co mam być to będzie.

W nocy padało. Gliniasta ziemia ma piękny pomarańczowy kolor. Świeci się i do butów przykleja. Crocs – y sprawdzają się idealnie. Polecam. Raz w dół, raz w górę i trochę zakrętów. Moje pierwsze wrażenie. Wpuścili tutaj spycharkę, żeby dosyć szeroką drogę utorowała. Jak najmniejsza ingerencja człowieka. Patrzę na boki. Faktycznie dżungla. Ręki się nie da włożyć. No to idę dalej drogą. Skrótów to tu na pewno nie ma.
Nogi coraz bardziej się zapadają. Ślisko. Za mną motor brnie dzielnie. Na motorze uśmiechnięty właściciel wioski. Zwany tutaj Maestro. Widzę go pierwszy raz, ale już słyszę jak wszystkich za mną miło wita. Mija nas. Jedzie dalej.
Z naprzeciwka, od strony wioski żwawym krokiem podąża dziewczyna. O Kochani gdybyście ją zobaczyli. Młoda, rozwiane jasne długie i lekko kręcone włosy podskakują we wszystkie strony. Opalona buzia a na jej tle uśmiech od ucha do ucha. Biała sukienka. Bose nogi stąpają i miękko zapadają się w podłoże. Glina masuje jej stopy. Wygląda jak Anioł. I woła głośno po angielsku: „Bawcie się dobrze, miłego pobytu”. Nie zatrzymując się ściskamy Sobie rękę. Cóż za energia. Potem okazuje się że spędziła tu miesiąc. Przyjechała leczyć raka piersi.

Ona już wraca do domu. Wygląda na bardzo szczęśliwą. Nie ma ze Sobą ” bagażu ” z którym tu przyjechała. I nie chodzi mi tylko o plecaki czy walizki. Czy domyślacie się o czym mówię ?
Jedno Sobie obiecałam. Jak skończy się moja przygoda w tym miejscu, również wracam tą trasą bez butów na nogach. Na bosaka przez dżunglę. To musi być mega uczucie.

Idę i idę. I tak już 40 minut. Ze mną znajoma. Mijamy motor Maestro. Dalej już nie mógł jechać. Jeszcze 3 zakręty i jesteśmy na miejscu.

Buty oblepione gliną. Jestem cała mokra. Kilka osób przede mną dotarło i jeszcze kilka za mną. Wilgotność wysoka. To nie góry, to Amazonia.
Pierwszy budynek do jakiego wchodzę to „a la” stołówka.
Jedzenie czeka. Właściciel już wsuwa obiadek. Wielki stół. Wszyscy zasiadamy.
Wszędzie moskitiery. Komarzyce dokuczają. Bo wiecie że komary są grzeczne ? To baby tak dają popalić.
Każdy marzył o prysznicu. Marzenie zostało spełnione. Wszyscy rozlokowani po pokojach. Czekamy na wieczór i Ceremonię, którą poprowadzi Maestro.

Już po kilku godzinach pobytu tutaj, zauważam ile mam czasu dla Siebie. Tu nie gonię ciągle przed Siebie. Nie staram się sprostać. Zatrzymuję się. Myśli są, ale jest ich mniej. Słyszę ptactwo i zwierzynę. Czuję jakbym była ich gościem i nie miała nic do powiedzenia. Toczą zaciekłe rozmowy. A ja ? – na razie słucham.

Leżę Sobie pod moskitierką. Komarzyce nie mają żadnych szans. Ale poza nią. Jestem na ich terenie. Potrafią zjeść mnie w całości. Unikam ich. Warto mieć na nie oko.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 8

Kierunek dżungla, robale i dzika zwierzyna.

Dzień w podróży. Powrót pociągiem z Machu Picchu. Potem busem na lotnisko. No i dwa loty wewnętrzne. Pulsometr pokazuje „Kobieto rusz się bo się zasiedziałaś”. Tłumaczę mu, że tak czasami trzeba. Żegnam Andy. Jestem coraz niżej. Góry coraz mniejsze i więcej zieleni. Na polach uprawnych zielono. Zbliżamy się do Cusco. Miasto tętni życiem. Przez okno widać bazary i handlujące kobiety. Bardzo często towarzyszą im dzieci. Bawią się nieopodal. Czekają. Stoimy w korku. Po chodniku żwawym krokiem podąża Peruwianka. Niska ale dosyć konkretna. Czarne grube i długie za pas włosy, splecione są w dwa warkocze. Na głowie okrągły kapelusik, który wydaje się dużo mniejszy od głowy. Spódnica bardzo charakterystyczna. W bardzo żywych kolorach. Kilka warstw i falbany powiększają wizualnie brzuch i pupę. Obcisły sweterek zapięty na guziczki. Na plecach chusta. Przerzucona przez jedno ramię, wiązana z przodu. Chusta to odpowiednik torby na zakupy, albo dziecięcego wózka. Chodniki nie są w miasteczkach przystosowane do kółek a w chuście dziecko jest bezpieczne jak w kokonie. Na chudych nóżkach czarne rajstopy i mokasyny. Dość zaburzone proporcje wszystkiego. Idzie jakby płynęła po chodniku.
Znika mi z oczu ale pojawia się następna i następna.
Na lotnisku pustki. Można spać, czytać albo dłubać w nosie. Swoje trzeba odczekać. Nos wydmuchany. Wyspałam się w pociągu, pozostaje książka.
Loty były bardzo przyjemne. Cieszy mnie że kobiety również pilotują samoloty. Leciałam z taką jedną. Bardzo miękkie lądowanie, bo kobiety z reguły to dobrzy kierowcy. I są delikatne.
Jeszcze tylko pół godzinki taksówką i docieram na miejsce. Kilkunastogodzinna podróż dobiega końca. Uff.

Iquitos to miasto szalone. Wieczorem impreza bo dzisiaj ma miasto ma rocznicę istnienia. Jem i zmykam szybko spać bo zmęczenie wychodzi duże.
Wieczorem i w nocy ulewa. W końcu jestem w Lesie Deszczowym. A mówili że teraz pora sucha.
Więcej o tym miejscu w następnych wpisach. Ale teraz
… 7 dni przerwy. Będę w miejscu gdzie nie dociera technika, internet i brak zasięgu.
Tak. Tak. Są takie miejsca.
Wszystkich gorąco pozdrawiam i przytulam. Jadę w dżunglę Peru aby z niej powrócić do Dżungli Miejskiej – do domu. Trzymajcie się ciepło.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 7

Machu Picchu – Magiczna Góra.

Ranek. Idziemy do pociągu. Jedyny środek transportu na Machu Picchu – 2 godziny drogi. No można jeszcze pieszo – 4 dni. No tyle czasu to ja kochani nie mam. Kolej to dobry wybór.
Na stacji rosną kwiaty. Obsługa jak w Mariocie. Porządek niemiecki. Ludzie angielska uprzejmość i klasa. Miejsca numerowane. Zostaję przyjęta z honorami. Tylko czerwonego dywanu brakuje.
W środku fotele. Wygodne jak u babci. Stoły dla każdych z 6 siedzących osób. Pojawiają się obrusy. Wjeżdża poczęstunek na ceramicznych talerzykach. Żadnych plastików. Nad głową szklany dach. Całą drogę dbają o nasz komfort. Wagonów 2 a w każdym po 4 osoby z obsługi. Dojechałam. To nie był sen. To działo się naprawdę.

Kolejny odcinek autobusem. No bo jakoś na tą wielgaśną górę trzeba się wspiąć. Autokar robi wrażenie. Podobnie jak pociąg. Dziesiątki serpentyn. Droga twa pół godziny. Niektórzy zaniemówili i mocno się siedzeń trzymają. Po jednej stronie góra po drugiej przepaść. Tak to jest jak się po zboczu jedzie. Dla tubylców norma. A kierowca znudzony. Przemierzył tę trasę pewnie setki razy. Jedzie szybko bo co się będzie ślimaczył. Prawidłowo. Ludzie chcą zwiedzać.

Potem kawałek pieszo.
Wlazłam. Weszłam. Jestem. Machu Picchu. Przybiłam Sobie pieczątkę na ręce. Po co ? Dla zabawy. Przypomniały mi się dyskoteki z lat młodzieńczych.

Potem dużo schodów. Pod koniec dnia stwierdzam: same schody. A jak nie ma schodów to są stopnie. Uspokajam. Tam gdzie się nie chodzi jest dużo trawy. Można odpoczywać i podziwiać.
Idzie się szybko przyzwyczaić.
Widać ruiny i góry. Jak w przewodnikach.
Nie jestem tu sama. Jest nasza grupa. Z nami Leticia. Poznaliście ją już troszkę. No i multum turystów żądnych fotografowania. Dajemy się wciągnąć. Idą w ruch wszystkie sprzęty. Od profesjonalnych lustrzanek z mega teleobiektywami po telefony komórkowe. Patrzę na Siebie. Obie ręce zajęte.
Mater jedyna. Co się ze mną dzieje.
Natalka pilnuje stada. Na razie trzymamy się razem. Stado zjadło proszek wiadomego pochodzenia. Medycyna. Dla zdrowotności, lepszego postrzegania świata i sił Spiderman – a.
Siedzimy chwilę na trawie. Ktoś z naszej grupy za moimi plecami krzyczy:
„Czy ktoś chce jeszcze liście koki” ?
Już tłumaczę o co chodzi.
Dla tubylców koka to świętość i jednocześnie lekarstwo. Używają w trakcie uroczystości. Piją herbatę z liści. Jest obecna w cukierkach i czekoladzie. Podwyższa ciśnienie. Warto pamiętać że tu jest wysoko. Machu Picchu na ponad 2400 m n.p.m.
Chodzimy wśród skalnych półek i ruin. Tu jest dużo ścieżek ze schodkami i zakrętów. Jeden idzie za drugim w kolejce. Jestem jakby mnie ktoś wrzucił w tryby. Następny zakręt i następny.
Zdjęcia mnie nudzą. Zaczyna mi przeszkadzać tutejszy gwar.

Aż nagle robi się troszkę wolnego miejsca. Ludzie rozchodzą się. Nagle opamiętuję się. Patrzę na kobietę, Peruwiankę. Starsza kobieta o kręconych kruczych włosach. Na jej twarzy pisze się spokój. Siedzi w bezruchu. Patrzy na jedną z najpiękniejszych budowli, w postaci pólek skalnych, zbudowanych na stromej górze, której wierzchołek chmur sięga. Obok niej dosiada się organizator naszej wyprawy – Paweł. Ja jestem następna w kolejce. Mamy troszkę cienia. Resztę oświetla mocne słońce. Patrzę i zamieram w bezruchu. Otwieram oczy i serce na to miejsce. Trzeba iść dalej a ja mogłabym tam tkwić bez końca.

Zbieramy się razem grupą. Znajdujemy dogodne miejsce na kontemplację, medytację, ćwiczenie uważności. Zapada decyzja za którą jestem wdzięczna. Świadomie chowamy wszystkie aparaty. Zaczynamy cieszyć się tym miejscem i chwilą. Korzystamy z tego co nam Machu oferuje. Uruchamiam zmysły. Zaczynam słuchać, czuć, dotykać. Ile tu symboli, znaków, pozytywnej energii. Słońce które oświetla zbocza, wiatr który szumi i szaleje między drzewami, chmury które okrywają szczyty. Patrzę. Góry tętnią życiem. Często o górach słyszę: nieruchome głazy, pomniki przyrody. A ja mówię bujda. Kiedy będziecie kiedyś w górach polecam schować wszystkie sprzęty, ściągnąć słuchawki i przestać rozmawiać. Zatrzymać się. Doświadczyć.

Dla mnie góry są jak ludzie. Jedne młodsze inne starsze. Te drugie są większe i mają zmarszczki. Grube i chude. Wysokie i niskie. Niepowtarzalne i wyjątkowe. Z dbałością podchodzą do wyglądu. Zmieniają swój makijaż w zależności od pory dnia i pory roku. Mają swoje nastroje. Opiekują się sobą. Większe otaczają mniejsze aby chronić przed żywiołami. Jednych się boimy a inne chcemy dotykać i się po nich wspinać. Dla mnie to nie bezduszne bryły skalne a żywe dzieła Matki Natury. Góry mają niesamowitą energię.
Kiedy zaczyna się obserwacja świat zwalnia.
Dostrzegasz to czego inni nie widzą.
Dostajesz odpowiedzi na nurtujące Cię pytania. Uciążliwi szwędacz i gaduły. Słyszysz ich w oddali. Ty podziwiasz piękno, zamykasz oczy aby poczuć to miejsce, wsłuchać się w niego. Oni patrzą na Ciebie i biegną dalej aby zaliczyć wszystkie miejsca na mapkach, pstryknąć fotkę i powiedzieć zaliczone. Głuptasy. Ja też do dzisiaj takim osiołkiem byłam.
Gdybym się nie ocknęła, pewnie przywiozłabym i pokazała setki zdjęć krajobrazów. Podobnych do Siebie. Na których niemożliwe dopatrzyć się szczegółów i poczuć mocy Machu Picchu. Takie znajdziecie w albumach i na pocztówkach.
Nie ma zdjęć za to są spostrzeżenia, którymi mogę się z Wami dzielić.
Zachłysnęłam się powietrzem. Dzięki uważności zajrzałam w miejsca tajemne, których inni nie widzą.
Góry przypominały pisklę albo małpę. Pojawiały się symbole. Znajomy wpatrywał się w Indianina, leżącego na szczycie. Bo to w jednemu ? Trzy szczyty. Trzech różnych Indian. Tyle o magii tego miejsca.

A teraz codzienność.
Na Machu Picchu mieszkają Alpaki. To ich dom. Nie są żeby zabawiać turystów. Po prostu koszą tu trawę. Znają każdy zakamarek. Idę ze znajomym – tych co Indian widział. Jedna zachodzi nam drogę. Potem dumnie kroczy przed nami. Nagle pusto. Zero turystów. Jakby zniknęli nagle. Alpaka zatrzymuje się, patrzy na nas, skręca. To nie przypadek. Idziemy za nią. Labirynt korytarzy. Mnie zaprowadziła do ( … ) Nie dziwcie się, po 5 godzinach chodzenia w słońcu i picia wody, bardzo mi się chciało. Ona wiedziała gdzie i pozwoliła zrobić to na swoją trawę. Znajomemu znalazła nowe miejsce do kontemplacji. Tak kochani. Nie ukrywam. Sikałam na Znamiennej Górze i miałam pełne od Matki Ziemi i Lamy pozwolenie.
Tyle o rzeczach przyziemnych.
Wracamy spotykam medytującą Peruwiankę z lokami. Zaczepiam. Patrzymy Sobie w oczy. Rozkłada ręce. Są przytulaski. Jakbyśmy się znały od dawna. Ja mówię. Masz w Sobie dużo ciepła. Ona do mnie. Jesteś wspaniałą kobietą. Potem Siedzi w Autobusie. Jakby znała dobrze naszą grupę a przecież podczas medytacji miała zamknięte oczy. Macha i puszcza całusa na do widzenia.

Na Machu Picchu wiszę dzisiaj często z nogami w dół a przede mną przepaść. Ona mi daje przestrzeń, wolność, pole do przemyśleń. Ale ja tu nie myślę. Podziwiam, medytuje, kontempluje, zapatruje. Zakochałam się w tym miejscu po uszy. Gdzie tam. Po czubek głowy. A gdzie tam. Kocham to miejsce bez granic.
Magia i energia tego miejsca zostaje we mnie. Kiedy tylko zajdzie potrzeba, zamknę oczy i wrócę w to miejsce.

Wieczór. Pogaduchy z Leticią. Leniwie siedzimy na kanapie. Ktoś przynosi gitarę. Dziewczyna gra. Ayuhuaska’s songs idą na początek. Jedna w języku Lakota. Inna w języku Keczua. Pojawia się też angielski.
Wenezuela i Polska integruje się w Peru.
Leticia chętnie podzieli się gitarą.
Jeden z uczestników mówi:
Ja nie grałem tak dawno. Musiałbym sobie przypomnieć
„It’s OK”. Słyszymy słodki głos Letici. Wzdryga lekko ramionami i wysyła przemiły uśmiech. Znajomy zaczyna grać.
No i się rozkręcił. „Whisky moja żono”, Wehikuł czasu – Dżemu. Potem znowu kojący głos naszej słodkie Wenezuelki.
To był niezwykły dzień.

Czego się dziś nauczyłam ?
Że warto złamać nawyki. Że w pogoni i naśladowaniem innych, nie słyszałam często co mają nam cennego do przekazania przyroda i przodkowie. Że są miejsca na Ziemi w których możesz się „podładować”. Są jak gniazdka. Wystarczy się zatrzymać, usiąść, poczuć moc i cierpliwie z uważnością poczekać. Uwaga: Ładowanie solarne, żadnych kabli nie trzeba.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 6

W drodze na Machu Picchu.

Najpierw bus. Jest wysoko. 3500 m n.p.m. Czuje się rozrzedzone powietrze. Mijamy urokliwe miasteczko Moray. Widoki ciągle się zmieniają. W oddali na najwyższych szczytach snieg. Jedziemy po płaskim wśród pól, aby za chwilę znaleźć się na stromym zboczu. Z nami jedzie młoda dziewczyna Leticia z Wenezueli, Szaman z gór „Dziadkiem” przez wszystkich zwany, oraz jego wnuk. Fajne klimaty.

Zwiedzamy Świątynię Inków. Tłumaczy Leticia. To ona Dziadka mówiącego w języku Keczua z gór sprowadziła. Szaman ma 83 lata. Jest tu znany i ceniony, bo nowotwory leczy ziołami.
Słuchamy o tym miejscu.
Jest ciekawie.

Szamana tłumaczy na język hiszpański jego wnuk. Leticia tłumaczy to na angielski, po to żeby jeden z naszych mógł opowiedzieć nam historię Inków w języku polskim.

To tutaj jestem świadkiem Ceremoni Despacho. Prowadzi Dziadziu. Trwa dwie godziny. Polega na wypowiedzeniu intencji i złożenia darów Bogom i Matce Ziemi.

W busie ludziska muzyki się domagają. Bo fajniusia. Bo dobrze nastraja.
Amigo. La musica !
Gracias Amigo.
Słyszę gdzieś za mną.
Hiszpański to nader sympatyczny dla ucha język. Powoli łapię słówka.
Za oknem deszczyk. Góry w deszczu też mają swój klimat. Odcienie bieli, niebieskiego, granatów, grafitów biorą górę. Ciemne kanciaste szczyty wyróżniają się na tle jasnego nieba. Słońce przez deszczowe chmury przebija. Oświetla doliny.

Czas na lunch. Dobre rzeczy podają. Dużo warzyw i owoców. To mi pasuje. Dziadziu wcina. My Polacy gościnni więc dziewczyny tylko mu donoszą. Kończy się na słodkościach. Zjadł wszystko. Dużo. Smakowało bo widać po jego minie. Dziadzio jest pogodny i ciepły. Potrafi cieszyć się z tego że poprawnie wypowiada polskie nazwisko. Jest z nami do wieczora. Potem nas opuszcza. Szkoda bo go bardzo polubiłam.

Zanim się ściemni zwiedzamy ruiny miasta Inków. Ale nie nie, to jeszcze nie Machu Picchu. Założenie miejskie. Wspinaczka po kamiennych schodkach konkretna. Trochę tych kamieni znieśli Sobie tutaj. A kamiory wielkie. Co oni w tych głazach widzieli. Jedno im trzeba przyznać. Wybierali miejsca bardzo urokliwe. Tam gdzie słońce pięknie za górą się chowa. Tam gdzie rzeki płyną i widoki piękne.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 5

WIEM WIEM …
że już 2 stycznia 2016. Zasiedziałam się. Zamyśliłam. W góry zapatrzyłam.
Z małym opóźnieniem Witam Was Wszystkich w Nowym Roku.

Ten za chwilkę stanie się powszednim. Bez względu na dzień, rok, miesiąc, bez względu na to gdzie w tym momencie jesteście i która u Was godzina, życzę Wam tego co mnie spotkało w Sylwestra.

W nocy trakcie Ceremoni Ayuhuaski, podszedł do mnie wspaniały człowiek, którego darzę wielkim zaufaniem. Usłyszałam słowa: „Nie jesteś sama.To iluzja. Masz wokół nas Wszystkich”. Paweł patrzył prosto w oczy i uśmiechał się pokazując białe ząbki. Mówił zupełnie odwrotnie niż to co mówiła mi głowa i to co widziałam przed oczami.
Ufałam tej osobie a jednak nie wierzyłam.
Byłam w pomieszczeniu z wieloma ludźmi, których prawie nie znam.

W południe usiedliśmy wszyscy na kocach, na trawie, aby podzielić się spostrzeżeniami i tym co czuliśmy pamiętnej nocy.
O tym co się działo w nocy z moim ciałem wszyscy widzieli. O tym co się działo w środku opowiedziałam.

Od Daniela, podczas gdy opowiadał swoją historię usłyszałam: „Kiedy patrzyłem na Ciebie, jak się zmagasz, wspierałem Cię, byłem z Tobą. Sam byłem słaby, a jednak zbierałem siły dla Ciebie”.
Usłyszałam to od osoby, którą znam od kilka dni. Niewiele o nim wiem, dopiero co się poznaliśmy. Potem usłyszałam to samo, od kilku innych. Wspierali po cichu. Nie chcieli profitów.

Życzę Wam abyście kiedyś usłyszeli to co ja. Od ludzi, którzy mają w Sobie empatię. Serce nie służy im tylko jako organ, a dusza jest czysta jak kryształ.

Życzę uważności. Abyście mogli wypatrywać takich ludzi w tłumie. To nie takie trudne. Takim błyszczą się oczy. Nie boją się płakać, a jak widzą smutek przytulają, nawet jeśli nie znają.

Ponad to wszystko, życzę abyście nie czuli się samotni ze samym sobą. Byli świadomi że pojawiliście się na tym świecie po coś lub dla kogoś. Czuli że macie swoją wartość i jesteście częścią czegoś. Dużo dużo miłości tej ze środka własnego wnętrza płynącej i tej którą potrafią dać inni ludzie.

Życzę podróży do własnego wnętrza, w którym – wierzcie albo nie wierzcie – dzieją się rzeczy niesamowite, których na Ziemi nie doświadczycie.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 4

Jest ranek.
Wyruszam z Paz y Luz Hotel Healing Center do pobliskiej Świątyni.
Jedę poznać tutejsze żabki – Phyllomedusa Bicolor. Śliczne zieloniutkie. Dają ludziom najpierw w tyłek. A potem ludzie im za to dziękują.
Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi wystarczy w necie wpisać „Kambo żaba”. To część tutejszej medycyny. To naturalne szczepionki podawane dzieciom i dorosłym. To medycyna wywodząca się jeszcze z czasów antycznych Brazylii i Peru. A ja ciekawska, chce poznać tutejszą tradycję od podszewki.
W busie obok mnie młoda śliczna dziewczyna – Tamara. Z pochodzenia Hiszpanka. Zna się na żabkach. To tutejszy „lekarz medycyny”, „uzdrowicielka”, „szamanka”. Jak zwał tak zwał. Dla mnie nazwa nie ma znaczenia. Pomaga. Czyni cuda. Odprawia piękne ceremonie. Leczy choroby z którymi nie radzi sobie nasza medycyna. Dla mnie to się liczy. A na dodatek Tamara pięknie śpiewa i nosi ozdoby przed którymi Apart się chowa.
Opowiada po angielsku.
Słucham z otwartą buzią. Podziwiam i cieszę się że tu nie dotarły koncerny farmaceutyczne. W głośnikach hiszpańska ludowa muzyka.
Za oknem słońce. Już się nie chowa za szczytami. Oświetla doliny. Na niebie nad górami piętrzą się białe baranki. Aż chce się tańczyć.
Docieram na miejsce. A tu ? Jak w bajce. W dolinie pachnie świeżo ściętą trawą. Zapach unosi się w czystym górskim powietrzu. Urokliwa ścieżka prowadzi do miejsca Ceremoni. Po drodze kolorowe domki w kształcie krasnalkowej czapeczki. Krasnalkowe okienka. Drzwi z tutejszego naturalnego drewna wykonane z wielką starannością. Te już w normalnym rozmiarze.
Bo przecież mieszkają tu ludzie. Wygląd domkow, ich kształt, zachwyca. Patrzę oczami architekta i zwykłego człowieka który lubi być zaskakiwany.
Wchodzimy do środka świątyni. Zbudowana na kształcie koła. Dwa poziomy na których można siedzieć. Czekają na nas materace i ciepłe koce z Alpaki. Siadamy w kręgu. Nad nami wielki okrągły świetlik przez który wpada słońce. Wraz z porą dnia przemieszcza się po świątyni. O nikim nie zapomni. Tamara czyni cuda.

Jest wieczór.
Nie zdawałam Sobie sprawy, jak dużo darów daje Matka Ziemia aby nas uzdrowić i jak ludzie Ameryki Południowej potrafią to docenić. Naszą Słowiańską zaprzepaściliśmy po drodze. To co u nas tępione, tutaj jest świętością. Osobiście nie mówię ani dobrze, ani źle dopóki nie poznam. A chcę poznawać. I zawsze jestem mile zaskoczona. Wtedy dostaję odpowiedzi na wszystkie pytania. To co dowiecie się w Peru czy innych częściach świata od rdzennych mieszkańców nie przeczytacie w żadnym przewodniku. To czego dotkniecie będzie najprawdziwszą prawdą. Waszą prawdą. A nie podsłuchaną. Polecam doświadczać na własnej skórze.

W Peru mam okazję słuchać, przyglądać się, poczuć. Jestem wdzięczna tym, którzy dają mi szanse aby tego doznawać.
Paweł, Tamara, Ramzes, Jarek, Karolina. To dzięki nim tyle już wiem.
Jest nas 16 osób. Uważam że nic tak w podróży nie łączy jak wspólne przeżycia, które wychodzą poza ramy zwykłego zwiedzania. Jestem tu z ludźmi, którzy Sobie nawzajem pomagają. Dzielą się swoimi doświadczeniami i wrażeniami. Każdy tak różny i w tak różnym wieku. A jednak. Wszyscy bardzo zgodni. Tak samo ciekawi świata jak ja. A może jeszcze bardziej ?

Dostałam pytanie jak pachnie Peru ? Niech pomyślę.
Pisac i okolice Cusco pachną mieszanką tego co pod Ziemią, na niej i nad nią.
Z wnętrza ziemi i ze szczytów wydobywa się zapach metali. Miedź, ołów, cynk, żelazo. Czuć ich ciężar. Na targach i w sklepach prym wiedzie tabaka i koka. Dokłada się więc zapach tytoniu. Ciężkie zapachy łagodzą mieszanki wszelakich ziół wykorzystywanych w medycynie. Nadają lekkości. Dochodzą też zapachy tartych korzenni oraz wełny z Alpaki.
Ta ostatnia dominuje na tutejszych targach.
A to wszystko unosi się w czystych cząsteczkach rzadkiego górskiego czystego chłodnego powietrza, które tworzy mieszankę nie do kupienia. Bo takich zapachów nie da się zamknąć w butelce.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 3

Lima – Cusco – Pisac.

Lima nocą pusta. Słuchy chodzą że niebezpieczna. Coś w tym jest. Czuję że dziwna cisza i wysokie mury to potwierdzają.
Za to słodkawy zapach oceanu zatrzymany w wilgotnym powietrzu czuć dookoła. W stolicy duża mieszanka ludności. Metropolia jest tylko punktem przesiadkowym. Bo ja szukam tubylców, ale takich prawdziwych.

Następny lot – Cusco.
Przy kontroli bagażu podręcznego zainteresowała mnie duża skrzynia z przeźroczystej pleksi. Przyglądam się z ciekawością. Zaglądam co w środku. A tam … zabrane rzeczy których nie można przewozić. Człowiek się zastanawia, czy przez przypadek nie wrzucił do torebki nożyczek do paznokci, a tam …
Po co ludziom w bagażu podręcznym wielki drewniany używany wałek do ciasta, nóż do ciecia kartonów czy tarcze do piły tarczowej ?
Wszystko ma swoje wytłumaczenie. Dojdę do tego tylko potrzebuję czasu.

Czekam na wejście do samolotu. Patrzę po ludziach. A stricte na ich nogi. Jedni w plażowych klapkach, inni w butach do wspinaczki, sandałach czy butach sportowych. Jeszcze inni w kozakach. Ja osobiście wietrzę nogi. Cóż za różnorodność.
To akurat łatwo wyjaśnić. Wystarczy popatrzyć na położenie geograficzne i typologię terenu. Wszystko będzie zrozumiałe.

W Cusco inny świat. Są tubylcy w swoich kolorowych strojach. Dzieciaki się na drogach bawią. Psy, których tu bez liku, chodzą bez pomysłu. Brak w wielu miejscach asfaltu. Zaczynają się klimaty. Widok gór wychodząc prosto z lotniska zachwyca.
Teraz do busa. Jeszcze godzina i osiedlę się na kilka dni w miejscowości Pisac.

Z Cusco do Pisac droga wiedzie przez góry. Z każdym kilometrem jest wyżej i wężej. Coraz więcej serpentyn a mnie coraz bardziej mdli.
Docieram na miejsce. Hip hip hurra. Wysokość n.p.m. 3000 m. To dlatego w głowie się kręci. Przyzwyczaję się a w następnych dniach przeistoczę się w peruwiańską góralkę. 🙂
Ubieram trapery, bluzy i czapki, bo tu lekki chłodek. A tam chłodek. Zimno mi.
I znowu patrzę na nogi. Mija mnie mieszkanka w gumowych klapeczkach. Nieśmiertelna i wytrzymała bestia. Klimat widać że jej służy. Dostrzegam piękne uliczki gdzie słychać mix odgłosów. Biegają dzieci, jeżdżą „tuk tuki”, wysiadują leniwie handlarze.
To miejsce poczuję jutro. Dzisiaj wieczorem tylko „liznęłam” kultury. Zasypiam zmęczona podróżą. Jestem spokojna. Będzie super.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 2

Patrzę przez okno samolotu i na monitory. Stwierdzam fakt. Zakochałam się. W wodzie.

Już jako dziecko. Choć wtedy, nie zdawałam Sobie z tego sprawy. Całe życie ją poznaję. I ciągle odkrywam na nowo.

– Najpierw była rzeka.
Dzieciństwo z nią spędziłam. Pod modrawą taflą wody, krył się czysty piasek i senne grubaskowate pijawki. Nad taflą latały, mieniące się w słońcu, szafirowe ważki. Goniłam je. Uciekały. Woda czasami była dla mnie „oziębła”. Ale i tak mnie do niej ciągnęło. Rzeka ograniczona brzegami a jednak wolna. Płynęła przed Siebie.

– Potem był zalew.
Był bardziej stateczny. Poznałam go powierzchownie. To co kryło jego dno, było dla mnie zagadką. Podziwiałam spokój przyglądają się z brzegu. Miałam do niego respekt. Podobnie jak drzewa na brzegu rosnące. Razem z nimi, przeglądałam się w niebieskawo – szarawej tafli. Jak w lustrze.

– Pewnego dnia poznałam największe Mazurskie Jezioro.
Tańczyło z wiatrem. A Ja, trzymając żagle tańczyłam razem z nim. Zawsze w rytmie. Nigdy pod prąd. Wiatr i woda to żywioły których słucham. Jest jeszcze trzeci ogień – ale to inna historia.
Wieczorem jezioro milkło. Zaczynało swoją codzienną medytację. Uderzało rytmicznie o brzeg. Jakbym słyszała bicie jego serca.
Mimo że był wieczór w środku jeziora tętniło życie. Roślinność. Zwierzęta. One posłuszne były wodzie. Bo dawała im życie i schronienie. Nie widziałam ich, ale czułam jak dużo głębia kryje.

– Jakiś czas temu dostałam od wody propozycję – Naucz się pływać w basenie. Pomogła i nadal pomaga. Nie jest jej dużo. Zamknięta w niedużej niecce. Nie sprzeciwia się że taki los ją spotkał. Przejrzysta. Ma swój smak i zapach. I nie piszę tu o chlorze a innych tam. Jest coś więcej. Kiedy wchodzę spięta coś mi podpowiada: Nie siłuj się z wodą a przytrzymuj ją. Działa. W ciągu dnia pozwala ludziom na wszystko. Kiedy dzień dobiega końca i światła na basenie gasną zastyga w bezruchu . Usypia zmęczona.

– Kiedy nauczyłam się pływać przyszedł czas na morze.
Tu poznałam głębię. Zrobiłam wielkie oczy. Nowy świat. Przyjął mnie z otwartymi rękami. Chciałam coś powiedzieć. Zaniemówiłam. Notabene, tam nie ma zbędnego gadania. Cisza. Urzekła mnie. Zachwyciło tempo życia, kolory, różnorodność raf i zwierząt wodnych. I przyjazne nastawienie. Głębia wciągała. Głębi nie było końca. My ludzie nie mamy tam wglądu.

– A dzisiaj ?. Lecąc nad lazurowym Oceanem, czuję jego bezkres. Moc którą w Sobie kryje. Gdzie nie spojrzę. W każdą stronę. Wszędzie jej pełno aż po horyzont. Majestatyczna, okazała i niezwykła. Ma swoje humory. Bywa wpieniona. Przyglądam się jej wtedy z brzegu. Ma moc. Ale teraz już wiem że w głębi zachowuje niesamowity spokój.

Woda ma swoje tajemnice. Głębia to jej mekka. Jestem jej wdzięczna, że dała mi się poznać w tak wielu odsłonach.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 1

Wpisy z wyprawy dedykuję Wszystkim których nie mogłam zabrać ze Sobą.

 

Lotnisko Chopina – Warszawa.
Przed bramkami, atmosfera znudzenia. Kiedy jedni smacznie śpią, tutaj istotki zaspane, a jednak w gotowości. Czekają na wejście do samolotu. Telefony komórkowe, laptoty mają branie. Czasopisma ? Tych mniejszość, bo technika bierze górę.
Jedni „Francja elegancja” inni w swetrach do których mniemam bardzo są przywiązani . Wysocy, niscy, biali, ciemni i mulaci. Choć ludzisk jest ku mojemu zdziwieniu, niezbyt dużo. Patrzę na główny korytarz. Tu ludzie śmigają, szukają swojej bramki, bez szmernie stawiają kroki. Kobieta w głośnikach pogania. Zaczynam podróż. Daleką. Te zawsze zaczynają się od samolotu. Lecę z wyjątkowymi ludźmi. Już to wiem, choć wszystkich jeszcze nie znam.

Lotnisko Amsterdam
Przyjazne. Nawet powiem bardzo. Wi – Fi za darmo. I dużo gniazdek. W dobie elektroniki bardzo przydatne. Szczególnie gdy przed Tobą kilka godzin oczekiwania. I kawa. Są tacy co bez niej żyć nie mogą.
I długie korytarze. Końca nie ma. Jak ktoś lubi długie spacery polecam. Szczególnie teraz gdy nad głowami i wokół mnóstwo lampek miga. Tutaj Święta się czuje. Pełny szacun dla tubylców.

Sklepy. A w nich ludzie. Kręcą się. Wąchają, oglądają, przymierzają a na koniec kupują. Każdy zabija czas jak może.

Jedzenie. Przyzwoite. Zielenina i jogurty. Na lotniskach to rozpusta. Zawiesił się czytnik kart. W gratisie posiłek dostałam. I jak tego miejsca nie lubić.
Przez okno słońce świeci. Nie czuje się zimy. A zapachy nie zapowiadają też wiosny.

Słychać pogaduchy i śmiechy. Ludziska z mojej grupy puszczają muzykę. Sprawdzają nowe sprzęcicho. Fajniusio gra. Guru naszej grupy woła na nas ” Kaczuchy „. Dobra. Zgoda. Na dwa tygodnie mogę nią zostać. Ale. Kto wie. Może wrócę jako …” Puma ” hi hi ?.

Samolot zaprasza. Następny cel. Lima.
Czeka mnie ponad 12 godzin lotu. Ale co tam. Samolot zrobi dużo więcej bo leci z Muscat – u. Ten to dopiero ma. Tak Sobie wokół naszej Matki Ziemi beztrosko lata. Wsiadam i tracę zasięg. Jak odzyskam piszę dalej. Tylko czy Wy to wytrzymacie hi hi ?