WOŁAMY NA NIĄ STAROŚĆ

Boimy się jej. Jaka jest i skąd się o niej dowiedzieć ? Jak się z nią zaprzyjaźnić skoro wiemy, że codziennie jest nam coraz bliższa ?
W tym wpisie wiek podeszły idzie na tapetę.

Pierwsze światła. Przede mną będzie ich jeszcze kilka. Z samochodu rozglądam się po ludziach.
Tych na przejściu i tych na ławeczkach siedzących w bezruchu prawie. Zapatrzeni w jeden punkt na dłużej. Spokój widnieje na ich twarzach. Widzę białogłowy. I to nie te farbowane, ale te, których włosy w jesiennym słońcu błyszczą się na srebrno. Włosy niekiedy przybierają kolor śniegu, takiego co ledwo spadł na ziemię nietknięty jeszcze przez człowieka. Czasami delikatne jak zorza polarna lekko i spokojnie płyną za całą resztą ciała. Włosy zdradzają wiek. A wiek wojnę pamięta.

Następne światła. Przy skrzyżowaniu droga szeroka po 3 pasy w każdą stronę i wysepka dla przechodniów. Światła dla przechodniów nie mają litości. Szczególnie dla tych, co starsi. Miałam już skręcać. Pośrodku leży Pani. Upadła niefortunnie. Wygląda nieciekawie. Ktoś przy niej klęka. Ktoś drugi nad nią stoi. Włączam światła awaryjne, rzadko ich używam, wreszcie do czegoś się przysłużą.

Mija kilka minut. W zacisznym miejscu ławka z oparciem. Siedzimy na niej obie. Starsza kobieta, jeszcze lekko roztrzęsiona, sprawdza, czy wszystko na swoim miejscu. Powoli emocje opadają. Dla niej najważniejsze czy rajstopy niepodarte i czy fryzura prawidłowo, a także czy uzębienie jest, a jeśli go nie ma to dlaczego. Czy w domu zostawiła, czy może na przejściu dla pieszych pozostało?. Ręka lekko otarta, a ona o wygląd się martwi. Bo tak działa nasz organizm. Wysiadamy po wypadku ze złamaną ręką i szukamy torebki. Mówimy, że nic nam nie jest, a krew z nogi leje się strumieniem.
Tak również zachowują się osoby, których życie nie oszczędzało, które przeżyły wojnę, śmierć męża, straciły dzieci po drodze, tylko przeżyć samej siebie niepisane będzie.
Na taką kobietę trafiłam dzisiejszego ranka. I spędzę z nią chwilę, bo wierzcie lub nie wierzcie, warto.

Sędziwi wiekiem są jak motyle z poprzedniego wpisu. Spokojne, ciche istoty, przy których świat zwalnia. To mądre życiowo osoby, od których można się wiele nauczyć i wiele usłyszeć.

Moja rozmówczyni ubrana jest schludnie. Biała bluzka wystaje spod cienkiej wiosennej beżowej kurtki, dla której czas się zatrzymał. Ciemniejsza prosta bistorowa spódnica za kolana. Rajstopy i brązowe buty typu mokasyny z płaską podeszwą. Dopasowały się z czasem do stopy, która już nie taka kształtna jak za młodu. Halluksy i obrzmiałe stopy, opuchnięte nogi, problemy ze stawami, przygarbiona sylwetka to częsty widok u osób starszych. Do tego buzia, szyja, ręce pokryte licznymi zmarszczkami. Przypominają pnie starego drzewostanu. Pani, mimo wszystkich darów, które dostają nam się z wiekiem, trzyma fason. Osoba przesympatyczna w głosie.
Przyglądam się jeszcze buzi. Na buzi uśmiech i te oczy, chociaż zapadnięte jest w nich dużo życia. Siwe włosy lekko zaczesane i związane. Błyszczą się jak te wcześniej opisane. Buzia bez makijażu, gdyby nie zmarszczki byłaby jak atłas. Zmarszczki tylko uroku dodają.
W powietrzu unosi się zapach jesieni. Miesza się z prawie neutralnym lekko słodkawym zapachem kobiety. Z wiekiem nasz zapach się zmienia, staje się mniej intensywny. To wynik spadku hormonów. Pani pachnie czystością i to nie kwestia czystych ubrań.

Cel — Bank. Do celu niedaleko. Potowarzyszę jej trochę, chociaż pomocy nie chce. Tak dla bezpieczeństwa. Przypomniał mi się kurs KPP. Dzięki niemu człowiek nabiera nawyków i potrafi przestawiać priorytety. Ci, co są ratownikami coś o tym wiedzą. W tym miejscu wszystkich Ratowników pozdrawiam i chylę im czoła za wykonywany zawód.

Idziemy spacerkiem. Miła Pani, której 8 dekad już minęło, której sprawności i samodzielności jak na ten wiek można pozazdrościć, zaczyna opowiadać. O tych latach, kiedy przed najeźdźcami uciekali, o tułaczkach, o braciach i siostrach, o wnukach. O pracy w Banku, której poświęciła większość swojego życia. Tam właśnie idzie. To tam chce pokazać, że nadal jest silną kobietą i sprawną.
Po schodkach przy głównym wejściu do placówki nie dała sobie pomóc. Ludzie nie mogli widzieć, że ktoś ją prowadzi pod rękę. Rozstałyśmy się kilka metrów wcześniej. Honor a może wiara, że samodzielność jest, dopóki głowie nie pozwoli się inaczej pomyśleć? Wolno, przygarbiona, podnosiła z wysiłkiem nogi, powoli pnąc się do góry. Spoglądałam zza żywopłotu i kibicowałam. Dała radę. Bingo. Pokona te schody jeszcze wiele razy. Bo zaciętość jest jej przypisana.

Kiedy dorównasz kroku starszej osobie, wiele się o starości dowiesz. Dzisiaj gonisz i ciągle czasu Ci brakuje. Mimo tego pragniesz spotkań. Bawisz się, zapraszasz gości, szukasz atrakcji i różnych form sportu. Twoje ciało odbiera tysiące impulsów z zewnątrz. Chcesz tak wiele zrobić, a może nawet jeszcze trochę więcej. A jak nie chcesz, to życie o to zadba. Trudno usiąść na pupie. Szybko jedziesz samochodem i raźnym krokiem przez przejście przechodzisz. Góry możesz przenosić i duże zakupy ze sklepu. Przesuniesz sam na szybko mebel w domu, dziecko do góry podrzucisz. Możesz go wsiąść na rower lub narty w zimie zaplanować. Jadasz różności, bo organizm na to pozwala.

Tego dnia przeniosłam się o wiele lat do przodu. Starając się dopasować, liznęłam co to starość. Gdzie każdy krok jest przemyślany, bo stopy rozmówczyni sunęły blisko ziemi, a każdy krawężnik nawet ten dla niepełnosprawnych był wyzwaniem.
Pomyślałam jak dobrze, kiedy można nogi wysoko podnosić. Jak ze mnie szczęściara, że mogę. Dopasowałam się w dialogu. Dźwięki płynęły powoli i cicho, bo głośno nie było potrzeby. Unikałyśmy tłumów, bo starsi ludzie cenią spokój. Kiedy powoli odchodzą najbliżsi, uczymy się samotności. To ona staje się naszym kompanem. Kochamy przyjeżdżające wnuki, którym się właśnie potomek narodził. Kochamy, ale w myślach prosimy, aby już pojechali. Dlaczego ? Przywożą ze sobą tempo życia i niesamowite emocje, którymi żyją na co dzień. Kochają prababcię i do tańca by ją porwali, do sklepu samochodem na zakupy zabrali gdzie muzyka i harmider. Często nie zauważamy, że małym, aczkolwiek starszym istotom, którym czas wzrost powoli ujmuje, ciężko wsiąść do samochodu, że dla nich to wyzwanie, szczególnie gdy samochód wyższy. A co dopiero sklep gdzie muzyka, zapachy kolorowe reklamy i sprzedawcy atakują z każdej strony. Osoby starsze wiele nie potrzebują, nie idą już za modą, to raczej moda za nimi podąża.
Wolno mówiłam, bo mówiono do mnie wolno. Słuchałam o rzeczach, które smutek na myśl przywodzą, a jednak widziałam uśmiech na twarzy. Brałam przykład ze starszej Pani. Ona nie oczekiwała nic od życia, nie karciła go za to, że sił nie dało i dlatego upadła.
Wstała, otrzepując się i poszła dalej. Miała drobny cel dotrzeć do Banku. Widziałam, jak drzwi Banku otwiera.

Tego ranka spieszyło mi się. Tego ranka spędziłam pół godziny, dorównując kroku starszym, poznając rzeczywistość, która mnie czeka, jeśli będzie mi dane doczekać.
Mówią: Starość nie radość, a jaka jest naprawdę ? Spokojna, w zaciszu ulubionych czterech kątów, a może pełna obaw? Popytajcie starszych, obcujcie z nimi, póki jeszcze są blisko. Im więcej się o niej dowiecie, tym mniej będzie Wam straszna. Warto o starości wiedzieć, warto o śmierć bliskich się ocierać. Przyzwyczajać. Być na jedno i drugie przygotowanym.

„M” JAK MOTYLE

W nocy przymrozek. W dzień jesienne słońce ślizga się po liściach. Zrzuca niektóre. Przy innych lekki wietrzyk mu pomaga. Środek miasta. Na ławce usiadł poczciwina. Jemu wiatr również chce spłatać figla, ale zefirkowi nie udaje się ani razu. Patrzę na owada. Delikatność ramion i siła nóżek uzupełniają się jak elementy w symbolu Yin Yang. Skrzydła przesuwają się z jednego boku na drugi jak żagle przy zwrocie. Dzisiaj widzę motyla jednego. Wczoraj widziałam kilka w ogrodzie. Usiadły na żółtych główkach słoneczników. Wracam myślami do wakacji. Do zdjęć, na których kiedyś motyle uwieczniłam. Komu chłodno czy zimno, dzisiaj trochę ciepła poczuje.

Jestem w miejscu, gdzie cisza jest władcą a bezszelestnymi podwładnymi imago skrzydlate, znane potocznie motylem.
Budynek na rozjeździe dróg. Szklany dach pokryty kroplami rosy od wewnątrz. Na zewnątrz gorąco jak w klimacie tropikalnym. W hallu ledwo co słyszalna muzyka, dzięki której człowiek szybko zapomina o ostatnich przygodach dnia codziennego. Do tego w oddali dobiega odgłos, leniwie kapiących kropli wody. Na ścianach wielkie zdjęcia. W powietrzu zapach wilgoci. Czuć ją również na skórze. Mikroskopijne kropelki osiadają na drobnych niewidocznych prawie gołym okiem włoskach rąk, dłoni i wszystkich innych odkrytych częściach ciała.

Za ścianą ze zdjęciami zaczyna się magia. Obiekt nie jest duży, ale sprawia wrażenie, jakby kawałek młodej puszczy tu przeniósł. Wokół roślinność wilgotnych lasów równikowych. Gęsta i bujna miejscami. Wielkie listki konkurują z małymi. Wszystkie kolory zieleni. Słodki zapach kwiatów, które czasami z pni wyrastają, zatyka nos. Nie trzeba nawet go zbytnio do obiektu zbliżać. Z innej strony dochodzi zapach cytrusów. To pomarańcze i inne owoce porozkładane przy poidłach, aby przyciągać do nich motyle. Są miejsca, gdzie spotkać motyla to wielkie szczęście, gdzie długo trzeba wypatrywać, żeby na jeden egzemplarz trafić. Tutaj raptem dwa kroki zrobiłam, a już jeden usiadł na ramieniu. Inne na wyciągnięcie ręki, choć z dotykaniem się powstrzymuję. Czasami to dla nich śmierć oznacza, więc tego nie zrobię. Wiem, że ich skrzydła delikatne są. Nie dorówna im żaden stworzony przez ludzkość materiał, Żadne delikatne bawełny i jedwabie. Może sieć pajęcza tylko delikatniejsza jest na obecną chwilę, ale ją podobnie jak skrzydła motyli tworzy największy producent – natura.

W jednym z zaułków gdzie nieco mniej światła dociera a przy ziemi półmrok, patrzę pod nogi poza krawędź chodniczka, na którym stoję. Na ziemi jakby liście zrzucane na jesień. Dziwię się, bo przecież środek lata i tropiki, a tam rośliny liści nie zrzucają. Przyglądam się bliżej. Wśród pni stykających się z ciemnym podłożem cmentarzysko. To tu motyle trafiają do raju. Bez żadnych fanfar i rozgłosu. Nie zdążyły skrzydeł zwinąć. A może nie chciały. Jakby zostawiały nam jeszcze możliwość podziwiania wszystkich niepowtarzalnych wzorów i kolorów. Tu spotykają się w ostatnich minutach życia czasami poniekąd bardzo krótkiego. Odchodzą w ciszy bezgłośnie, w milczeniu. Za życia zachowują się podobnie.
Mimo tysiąca ruchów skrzydeł oraz wrażenia, że mają ADHD moje ucho żadnych szmerów nie jest w stanie wyłapać. Cisza jak makiem zasiał, chociaż czuje się ich obecność i widzi ich kreatywność.
Idę dalej właśnie takie podziwiać. Jeden przy mnie na dużym liściu przysiadł tuż nad pajęczyną. Długo tu nie posiedzi, bo to ruchliwe stworzenia, więc przyglądam się szybko. Wcześniej mój wzrok nie był w stanie za nim nadążyć. Teraz widzę, jak delikatne są nie tylko skrzydła dużo większe od korpusu, ale jak drobne są nóżki i reszta ciała. Jak cały korpus komponuje się z resztą. Tutaj nic nie jest od przypadku. Kolory misternie dobrane i połączone w jedną kompozycję. Patrzę na skrzydła. Zestawienie niebieskiego, pomarańczy i żółci jak w obrazach Salvador’a Dali, który potrafił wgłębić się w najdrobniejsze szczegóły, wyostrzając dodatkowo wszystko przy krawędziach. Podobnie natura szczegółami tego imago obdarzyła. Kiedy patrzę na kolejnego, inny artysta mi się przypomina. Skrzydła brązów i czerwieni jak w dziełach Rembrandta. Na tych skrzydłach kolory płynnie przechodzą, niezauważalnie zmienia się barwa z jasnej w ciemną. Pojawia się masa przejść tonalnych.
Następny motyl zupełnie inny. Temu kolorów nikt nie żałował. Jakbym biżuterię FreyWille z kolekcji Gustav,a Klimta oglądała. Masa kolorów świata i brył geometrycznych misternie zestawiona.
Za alejka przede mną Claude Monet. Ten jakby farby mu zabrakło. Skrzydeł nie domalował. A zamiast płótna używał folię przeźroczystą. Ile motyli tyle kompozycji różnych, tyle pomysłów wszelakich i technik niezliczonych.
Zastanawiam się nad wszystkimi artystami, gdzie nikt nikogo nie naśladuje. Skąd czerpali pomysły. Dlaczego ich ręka właśnie takie kolory wybierała i tak, a nie inaczej na płótnach rozkładała. Transmigracja człowiek – motyl czy może podpatrywanie przyrody ?
Podziwiać mogę bez końca, ale teraz chwila odpoczynku dla oczu. Tak pomyślałam, ale stało się inaczej. Siadam na małej ławeczce. W pobliżu roślina. Znowu liścia suchego widzę ? Suchy liść w tym miejscu. Znowu nie dowierzam. To motyl, który również stwierdził, że odpocznie. Niezły ma kamuflaż. Nieopodal na pniu ćmy jedna przy drugiej, jakby je sklonował. Duże jak dłoń dziecka. Siedzą w bezruchu. Urodziły się, by zaraz odejść, gdyż nie mają układu pokarmowego. Żyją tak długo, ile bez jedzenia są w stanie przetrwać. Natura ich tak ukarała, czy dała wybór, mówiąc: Albo na jeden dzień, albo w ogóle ?
Wzrok przenoszę na liścia dziwnie powcinany jak skrzydła niektórych motyli tu fruwających. Na liściu zielona w kolorach liści sałaty lodowej, gąsieniczka. Grubiutka we wzorki i bardzo zadowolona. Liść wygląda dzięki niej jak rękodzieło. Wgryza się w niego, tworząc jedno za drugim półkole. Jakbym oglądała serwetki wycinanki z papieru. Stworzonko ruchy ma energiczne, powtarzalne i rytmiczne. Jak na to miejsce przystało, robi to bezszelestnie. Te to mają apetyt. Tyle jadła, ile patrzyłam. Gdy przechodziłam drugi raz, liścia już prawie nie było, a ta tyła i tyła.
Kiedy wypatrzyłam poczwarki i się im przyglądnęłam, wiedziałam już dlaczego. To czas odpoczynku od wszystkiego. To czas, gdy zwisa się głową w dół i tylko oddychać można. To czas, gdy zapasy zrobione wcześniej są na wagę złota. Z pozoru można uznać poczwarkę za martwy organizm, tymczasem we wnętrzu formuje się dorosły motyl. Moment, gdy motyl z kokonu wychodzi, gdy zmięte, zwinięte i galaretowate skrzydła powoli rozwijają się i zamieniają w szkielet, jest niezapomniany. Warto wtedy poczekać aż stworzenie wysuszy skrzydła i odleci. To jak być przy narodzinach malej istoty, która w ciągu kilku minut się usamodzielnia, bo motyl w dorosłość w mig wskakuje. Na dzieciństwo czasu nie ma.
Dookoła ludzie. Nikt tutaj głośno nie mówi. Nawet dzieci się cicho zachowują. Co najwyżej szepty słychać. Wszyscy nad wyraz spokojni i nie wykonują żadnych niepożądanych ruchów. Niektórych jakby za hibernował. Życie zwolniło.
Świat imago wciągnął mnie i wielu innych obecnych bez reszty. Wonne zapachy, nieulotne barwy na ulotnych skrzydłach motyli, ciepło z wilgocią wymieszane, to wszystko zatrzymałam w pamięci.
Wiecie ? Jeden powie: Jest tyle miejsc na świecie, że nie ma potrzeby wracać do poprzedniego. Inny zaś: Są miejsca magiczne, do których wracać zawsze warto, a nawet trzeba.
Do świata motyli wróciłam na następny dzień. Wtedy już nie poganiana, że za długo, że iść już trzeba.
Chodziłam tymi samymi ścieżkami, ale twarze motyli inne oglądałam. Tych, co wczoraj wielu ich nie było. Byli nowi. Weszłam na antresolę. Tam dużo cieplej, ale za to widok na całe tropiki z góry. Tam też imago doleciało. Pod sam dach latały. Widziałam z daleka cały ten świat jak z bajki. Przesiedziałam i wpatrywałam się, dopóki moje serce nie powiedziało: Wystarczy. Owszem, wystarczy. Tylko na jak długo ?

Motyle potrafią być wszędzie. Osobiście nie tak dawno, jeden wleciał na kryty basen, chwaląc się swoją urodą. Pływałam. Za oknem chłodno, woda nie rozpieszczała, ale w sercu zrobiło się ciepło. Pomyślałam: Może nam ludziom los nie zafundował takich barw, skrzydeł nie dał, ale dał cieszyć się życiem przez wiele długich lat, podczas gdy latający Cytrynek, co najwyżej kilka miesięcy od świata dostał w prezencie.
Jeśli chcecie kiedykolwiek od życia odpocząć i dostrzec magię kolorów, rozglądajcie się za motylami. Spotkać ich wcale nie jest tak trudno.

DSC03061DSC03050DSC02768  DSC03027 DSC03013 DSC03007DSC02736 DSC03006 DSC02999 DSC02998 DSC02992 DSC02980 DSC02977 DSC02970 DSC02815 DSC02813 DSC02809 DSC02807 DSC02806 DSC02805 DSC02803 DSC02802 DSC02795 DSC02773  DSC02752 DSC02744 DSC02740  DSC02732 DSC02730 DSC02727 DSC02726 DSC02715 DSC02713 DSC02712 DSC02711 DSC02703 DSC02688

PĘDZĄCY CZAS

Ale ten Czas pędzi !
Takie słowa usłyszałam nie tak dawno. Patrzę na wskazówkę sekundnika. Coś mi się nie zgadza. Sekundnik rytmicznie sekundy odlicza. Godzina nawet o minutę nie chce przyśpieszyć.
Stwierdzam, że Czas za często w nos od nas dostaje. A on taki potulny, ustatkowany, niezmienny. On nie zna słów typu: szybko czy wolno. On zawsze tak samo. W przeciwieństwie do ludzi.
Obecny nowy dzień potomków neandertalczyków, często zaczyna się od pogoni.
Śniadanie. Prawda jest taka, że wieczorem już nie pamiętamy, co rano jedliśmy. Dlaczego? Jemy tak szybko, że nie czujemy smaków. Połykamy jeszcze szybciej. Kto pomyśli, aby przyglądnąć się, jak herbata w dzbanku się parzy, jak woda nabiera kolorów, jak zabiera powoli kolor liściom wysuszonym, które kryją w sobie cały smak i zapach lata? Nie przyglądamy się, bo często nie mamy czasu herbaty zaparzyć. O wypiciu już nie wspomnę. Mówimy sobie: To nic, herbata czy kawa będzie w pracy. Potem poranna toaleta. Zębiska mówią, żeby 2 minuty myć a nam się dłuży i dłuży, bo już następna rzecz czeka. Jeden obowiązek pogania od rana drugi. Mówimy podczas jedzenia, bo na rozmowy zwyczajne, nie ma czasu na tygodniu. Bywa, że na weekendzie również.
W kolejce kalendarza lub w głowie zadania liczne czekają. Jedziemy samochodem i kartę bankomatową wyciągamy, bo gdy podjedziemy pod bankomat, już wydaje nam się, że będzie szybciej pieniążki wybrać. Jedną czynnością chcemy szybko uprzedzić drugą.
Stoimy samochodem na światłach i nogi nerwowo chodzą, rozglądamy się dookoła i już chcemy, tak bardzo chcemy dalej. Zeźleni jesteśmy na to czerwone, co właśnie się nam zapaliło. Przed oczami strach, że z czymś nie zdążymy. W naszych dłoniach telefon ląduje, bo można na Facebook’a szybko zaglądnąć czy wiadomość odczytać. Stanie na światłach to marnowanie przecież czasu w naszym mniemaniu.
A to właśnie tu, na skrzyżowaniu, ten Czas, na który tak narzekamy, biegnie swoim tempem. Odlicza sekundy po swojemu i daje nam na wstrzymanie. Chce pokazać: to minuta dla Ciebie na złapanie oddechu. Bo jeśli tutaj go nie złapiesz to, gdzie i kiedy wśród tej codziennej pogoni?
Dlatego stojąc na światłach przy przejściu dla pieszych lub patrząc z samochodu na czerwone światło, nie tup nerwowo nóżkami w miejscu i nie poganiaj pedału gazu. Rozluźnij mięśnie spięte już od momentu, gdy z łóżka wstały. Rozglądnij ile się wokół dzieje. Zobacz drzewo kasztanowca, które w tym roku choruje i jak wiatr z kosza liście porywa. Przyglądnij się pani, co w kozakach już idzie i panu obok co jeszcze z sandałami nie chce się pożegnać. Złap głęboki oddech. Dwa. Trzy. Najgłębsze, jakie potrafisz. Włącz ulubioną muzykę. Otwórz okno. Nabierz powietrza (tak wiem, wiem, jakie jest powietrze w centrum miasta, ale wiem też, co mówię). Pamiętaj — ta minuta jest właśnie dla Ciebie. Czas jest Twoim sprzymierzeńcem i dba o Ciebie. Podziękuj mu za prezent. Jeszcze zatęsknisz za tą chwilą. Zamiast pod nosem przeklinać, pomyśl, jakim jesteś szczęściarzem: Ile minut od czasu dostaniesz, gdy jeszcze tego samego dnia, zamkną przed Tobą na kilka minut przejazd kolejowy? Nie przejmuj się, powtórz procedurę, a na dokładkę policz wagony, jak za dziecięcych lat. Po co? Dla zabawy. Ja ostatnio 36 naliczyłam. Kto da więcej ?.

Mimochodem wpadł mi w ucho dialog:
– Czeka cię wyścig z czasem. A jego nie chcesz mieć za wroga.
– Czas to osoba ?
To tekst z Alicji po drugiej stronie lustra.
Kimkolwiek lub czymkolwiek jest czas, warto go szanować, iść z nim jednym równym krokiem przez życie, i nie próbować wyprzedzać.

POKOLENIOWY MISZMASZ

Czasami spotykam się z nastolatkami, które uśmiechną się i na dwudziestokilkulatka powiedzą: ALE ON STARY! Nie mają jednak widełek, gdzie dzielą na starszych i młodszych, raczej proste dawne myślenie kategoriami ja, rodzice i dziadkowie, albo chłopak, który nie jest już tak młody, jak one. Za stary dla nich.

Obecnie przyglądam się trendom nazywania i wydzielania. Pokolenie Baby boomers, pokolenie X, Y czy Z, pokolenie Millennium. Młodsi różnic zbytnio nie zauważają. To dorośli, będąc już ustatkowani, oczytani w mądre książki i liczne naukowe artykuły przypisują Siebie mówiąc, my to już co innego, te są nowe czasy nie nasze. My inni a oni inni, bo kiedy indziej urodzeni.
Siedzę na kanapie a w radiu leci The Beatles – Yesterday.
Słyszę od znajomej:  Ja to się bardziej czuję jak pokolenie Y, chociaż X jestem.
Jak jest naprawdę ? Czy faktycznie aż tak się różnimy ?
Kilka dni wcześniej przyglądam się Pani. Farbowane na blond, półdługie włosy pięknie się kręcą. Jeden kręciołek podobny do drugiego. Ostre rysy twarzy i duże oczy, które przeżywają wszystko, co mówi. Kobieta unikalnej urody. Biała bluzka, a pod szyją kolorowa mucha. Równie wyjątkowa, jak ona. Jej twarz promienieje. Mówią, ktoś ma parcie na szkło. A ten ktoś po prostu urodził się, żeby mówić. Z mikrofonem w dłoni czasami się rodzimy. Pani z mikrofonem o pokoleniach mówi. Ja próbuję siebie gdzieś przyporządkować. Coś mi nie pasuje. Zbyt dużo mi się nie zgadza.

Słucham o Milleniajsach. Pokoleniu cyfrowym z rocznika 1980 i wyżej. Inni ponoć już do nich nie należą, bo inną nazwę im przypisano. Jacy są i jak nam do nich daleko ?
Milleniajsi lubią ponoć smartfony. Tylko kto ich teraz nie lubi.
– Robią Sobie tatuaże. A ja tatuaż u nie jednej babci również widziałam. Wiecie? Milleniajsem nie jestem. Samej niedawno mi jednak myśl przeszła: Ja też chcę, ja również. To była bardzo przemyślana decyzja. Potem natknęłam się na słowa Georga Clooney’a, który zapytany, dlaczego nie ma żadnych tatuaży, odpowiedział: A czy jest sens obklejać Ferrari? Przekonał mnie. Jeśli kiedyś zobaczycie u mnie ozdobę, znaczy, że stwierdziłam, że bliżej mi do Syrenki.
Milleniajsi mają holistyczne podejście do sportu i ruchu. Patrzę na dzisiaj. Kompleksowe spojrzenie przecież jest w modzie.
– Oglądają Netfix. Ten jednak na wiek odbiorcy nie patrzy. Dla niego klient w każdym wieku jest ważny.
– Kochają rowery i współdzielą się nimi. Patrzę na rowerzystów. Na ścieżkach spotkasz przekrój od 1 do lat 100. Dziadka osobno i małego szkraba. A także dziadka ze szkrabem razem. Z tym współdzieleniem się to faktycznie przyznaje nie każdy tak ma. Chociaż wszystko podąża ku dobremu.
– Rocznik „1980” lubi klimaty Green caffe nero. Zarówno jednak w tej sieciówce, jak i w Coffee Heaven czy Starbucks mało kto się oprze. Pierwsze klientki, jakie w takim miejscu spotkałam to emerytowane kobietki z pokolenia Baby boomers.
– Pokolenie Millenium koty uwielbia. Bo kot ma osobowość i jest łatwy w obsłudze. Od kiedy pamiętam to zwierzę, chwyta za serce prawie każdego. I każde małe dziecko chce mieć kota. A jak się na dużego kota nie zgodzisz, to chociaż malutkiego woła, bo ponoć mniej miejsca zajmuje.
– W pracy lubią przestrzenie otwarte, z domową stylistyką i w mniej obowiązujące strojach. O! Kto by tak nie chciał. Coraz więcej osób tak ma. Bez względu na wiek, bo takie obecnie myślenie projektantów, a co za tym idzie pracodawców.
– Obracają się w środowiskach cyfrowych, więc wszystko, co krótko, obrazowo i łatwe, to dla nich. Czy w dobie masy reklam, bilbordów i krzykliwych długich filmów sami wszyscy nie patrzymy, aby było łatwo i prosto ? Są wnuki oraz dziadkowie, którzy wiedzą, że myszkę można długo w ręce trzymać i sterować nią po blacie biurka, bo dla nich myszki nie tylko po stodole ganiają.
– W sferze emocjonalnej to lubisie absurdalnego humoru. Lubią wydarzenia spajające w grupach i robić coś dla świata. Wszyscy lubimy integracje. W dzisiejszych czasach koncerty charytatywne i pomoc innym jest na początku dziennym. Większość z nas chce pomagać. Pokazać ludziom tylko, jak i gdzie.
– Wszechobecnym ZDROWYM hejtowaniem wyrażają złość. Boimy się tego słówka, bo obce, ale krytyka również ta ostra, trzyma się nas od pokoleń.
– Natychmiastowość jest u nich na początku dziennym. Lubią, gdy rzeczy można nabyć od razu. Przykład? Chociażby książki ściągane od razu na smartfona. Poczta Polska to dla nich abstrakcja nawet ta po zmianach. Każdy z nas stojąc przed wyborem czekać czy nie czekać, wybierze tę drugą opcję. Wygoda to ulubienica nas wszystkich.
– Komunikują się przez Skype, bo mają od razu kontakt z drugą osobą. Znam babcie, dla których WhatsUpp, Viber, Skype czy inne aplikacje to coś powszedniego, bo tak się z koleżankami na całym świecie komunikują. Wymieniają telefony i to nie te dla seniorów, ale te z ekranem dotykowym i licznymi udogodnieniami.
– Lubią ulotność. Zapewnia im to Snap chat. W dobie gdzie tyle dociera do nas informacji, w czasach gdy wszystko dużo pamięci zajmuje, nie chcą, aby coś zostawało na długo.
– A zapytasz: co z nostalgią co było ? To zapewnia im FB. Sama używam. Bo z FB korzysta 60% ogółu.
Całe pokolenia wnuków, dzieci, rodziców i dziadków. Rozglądnij się wokół Siebie: Kto, otwierając oczy szybko łapie za komórkę i zamiast dzień dobry wszystkim powiedzieć dookoła, rozmawia najpierw z FB ? My rodzice czy może nasze dzieci ?

Bez względu na wiek i podziały stąpamy po tej samej ziemi. Cyfryzacja i postęp dane jest wszystkim. Tworzą ją i starsi i młodsi, tylko że Ci młodsi nieco szybciej ją łapią. Nowe techniki są dla nich czymś naturalnym jak złapanie pierwszego oddechu, gdy się rodzą. Dziecko łapie za zegarek i po ekranie chce małą rączką przesuwać, bo dla niego ekran dotykowy to coś naturalnego. Kilkulatek słucha muzyki przez bluetooth’a i ze smartfona, bo gramofonu z kablem na oczy nie widział. My już mamy porównania dlatego nam troszkę trudniej. Przyzwyczajeni do starego czasami poddajemy się i mówimy to nie dla nas, chociaż wiemy, że wiele elementów jest nam pomocna.

Pytam więc po co tak dzielić i na co? Po co nam w głowie mieszać. Przecież bez względu na wiek wszyscy mamy tak wiele wspólnego.

JUSTYNA STECZKOWSKA, PIĘKNE SUKNIE I SIELSKIE KLIMATY

Małe miasto, mały Miejski Dom Kultury i nie taka mała jedna artystka. Córka mężczyzny co księdzem być nie chciał i góralki. Dziewięcioro ich w sumie było grających i śpiewających. I wszyscy w muzyce zakochani. Justyna to dziewczyna co muzyką od małego się dzięki rodzicom bawiła. I nadal się bawi. Z małego miasta poszła w świat i tam już została. Justyna Steczkowska, bo o niej mowa, do małego miasta czasami powraca. Dlaczego ? Może w tym wpisie odpowiedź znajdziecie ?
Zacznijmy od początku.

Zasiadam w fotelu. Sala się zapełnia. Obok mnie znajomy, o którego w małym mieście nie trudno. W małych miastach znajomych spotyka się na każdym kroku. Osoby na sali raczej przeciętne. Duży przekrój wiekowy. Słychać młodzież, która przyszła tu ze swoją wychowawczynią. Czyżby dzieciaki z pobliskiej Szkoły Muzycznej, do której uczęszczała też artystka ?
Skupiam wzrok na nieco starszej Pani. Rozgląda się z niecierpliwością po sali, a po chwili czeka znudzona. Jej stan zmienny jak w kalejdoskopie. W ręce telefon. Bawi się nim. Drobniutka istota zapadła się w krzesło. Wtuliła w oczekiwaniu, aż coś zacznie się dziać. Na niej czarna, dopasowana, koronkowa, krótka sukienka z długimi rękawami. Niejeden powie, że odważna na taki wiek. Na ramionach rzuciły mi się w oczy fikuśnie odszycia. Nisko przy głowie, z kruczych włosów, koczek upięty, a na oczach okulary, które końcem końca podczas koncertu w dość dużej błyszczącej brązowej torebce, która cały czas spoczywała na kolanach Pani, wylądowały.
Pierwszy instrumentalista wyszedł z trąbką na scenę. Na Sali z każdą chwilą robiło się nieco ciszej. Instrument mówił: Teraz moja kolej, teraz cichutko, jeśli chcecie Justynę. Pani wzrok utkwiła w artystce, która lśniła na scenie dzięki sukni.
Ta suknia to dzieło siedzącej w pobliżu mnie kobiety. Wielkie dzieło drobnej istotki z małego miasta. Właśnie o tej kobiecie wspomniała Justyna między piosenkami. Skromnej krawcowej, która podniosła się po długim zastanowieniu z fotela, ale niewielu ten fakt zauważyło.

Na scenie pojawia się Justyna S., dojrzała już, a jednak nie boi się pomylić w słowach. Wspomniana suknia spływa aż do samych stóp. Reszta skromnie. Bez większości dodatków, które takim sukniom towarzyszą. Odkryty dekolt z daleka wygląda jakby atłasem pokryty. Żadnych wisiorków, jedynie długie kolczyki. Spod sukni długie nogi na szpilkach wystają. Dłonie bez pierścionków i bransolet, krótkie zadbane paznokcie bez dziwactw. Piękne dłonie, które tańczą, a za nimi reszta ciała włączana jest w ruch. A ruchy delikatne i seksowne. Delikatny makijaż i długie prawie po pas ciemne stopniowane włosy jakby lekko pofalowały się od wilgoci i deszczu, który dzisiaj za oknami przez cały dzień towarzyszy. Może tak, a może misternie ułożone ? Nie ma znaczenia. Justyna to piękna kobieta, z każdej strony. Jej buzia z wiekiem nabrała delikatności, ciało modelki podkreślają stroje. Już słyszę komentarze: To Botox, złote nici, sztuczne piersi i inne sztuczki. Może i trochę. Jakie to ma znaczenie. W końcu to świat celebrytów. Niewielu z nas go zna. Trudny do okiełznania dla dziewczyny z małego miasteczka. To element, który wymusza wykonywany zawód. Pamiętajcie, nasze podejście do życia, przekłada się w dużej mierze na to, jak wyglądamy. Widziałam Justynę kilka lat temu. Wtedy tez dała piękny koncert. Rodzinny, bo ona rodzinna bardzo. Dzisiaj jej rysy złagodniały, jak ona sama. Spokojna, wiedząca co chce i silna, ale skromna kobieta, która czuje się na scenie jak za dawnych dziewczęcych lat. Jest u Siebie.

Przez długi okres wielu miało jej za złe, bo kiedyś, gdzieś, raz, nie wspomniała, że z tego miasta pochodzi. Inne wymieniła. Sama byłam zdziwiona przez chwilę. Potem o incydencie zapomniałam. Dzisiaj wiem, że Justyna jest spontaniczna. Zawsze była. Prawdę mówiła, bo w moim mieście 10 lat szkolnych spędziła, tych jak twierdzi pięknych, bo szkolnych z młodzieńczymi miłostkami. W metryce inne miasto wpisane. Nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie będą następstwa jednego lub dwóch słów wypowiedzianych wśród tysiąca.

Ten koncert był inny niż wszystkie. Pomijam utwory: Dziewczyna szamana , Tu i Tu gdzie kunszt było widać, Daj mi chwilę, Leć, Grawitacja, Boskie Buenos, gdzie pokazała jak rzadką i szeroką ma skalę głosu.czy Sanktuarium, dedykowane rodzicom. Pomijam pięknie zaśpiewany utwór, w którym Justyna w czarnej koronkowej sukni z czarnym utkanym jak z pajęczej sieci równie czarnym wachlarzem, oświetlona białą łuną światła pokazała, ile ma siły w Sobie, doświadczenia, zaciętości, pomysłów i pasji w tym, co robi. Pomijam fakt, iż nie ma instrumentu, który u Justyny by się na koncercie nie pojawił. Dęte i smyczkowe na pierwszym planie. Skrzypce to podstawa. Muzyka zniewalała.
Było owszem pięknie instrumentalnie jak w tytule koncertu, ale to też nie o to chodzi.
Chodzi o korzenie zapuszczone daleko. O to, jak zachowuje się na scenie wielka artystka, która mimo profesjonalizmu wie, że chociaż kiedyś coś powiedziała może nie tak, tu w tym mieście wybaczy się jej niejedną gafę.

Każdy koncert piosenkarki, dany w tym miejscu ma swój niepowtarzalny urok. Ma w sobie dużo ciepła. Każdy jest inny i poświęcony bliskim.
Dzisiaj było kameralnie, rodzinnie i swojsko. Dużo wesołych opowiastek z dzieciństwa a co za tym idzie radość na sali. Wszystko, co Justynka na scenie powiedziała, było powiedziane od serca. Wszystkie pomyłki, braki w pamięci do wybaczenia. Wręcz pożądane, bo takie naturalne. To nie było wyuczone, jak to się zazwyczaj zdarza na koncertach w trasie. Jedno miasto, potem drugie. Niewiele mają z artystą wspólnego. Tam się jedzie, rzetelnie wykonuje swoją pracę, i jedzie dalej. Tam nie ma się znajomych. Tam są fani, którzy owszem kochają, ale nie przywodzą wspomnień.

W małym miasteczku Justyny wspomnienia są i ręce w górze jak w szkole, gdy Justyna pytała o przeszłość. Nie miałaby za złe, gdyby wyszedł nagle ktoś do niej i uściskał, chociaż nie zna, przytuliłaby, mniemam. Miałam bowiem wrażenie, jakby chciała powiedzieć: Przepraszam za to jedno słowo, wśród tysiąca innych, wiele lat temu, o którym jeszcze dzisiaj na forach internetowych można przeczytać. Kocham to miasto i ich mieszkańców.

Dookoła słychać było głosy przyjaciół z dawnego podwórka, czułam oddech krawcowej tej jedynej, ukochanej, najlepszej chociaż małomiasteczkowej. Piosenki dedykowane tym bliskim, ale i wszystkim z jej ukochanego miasta. Koleżankom z sąsiedztwa i dawnym nauczycielom. Justysia z ludźmi podczas koncertu rozmawiała, swoje słowa przez piosenki kierowała, zmieniając im słowa. Opowiadała historie i na scenę ludzi zapraszała. Wspólny taniec i śpiew w formie zabawy. Była wśród widowni, gdy scena jej się nudziła. Siadała na jej brzegu jak dziewczynka trzpiotka, chociaż kolejna z sukien wąska, w pięknym zestawieniu granatu, czerwonego i czarnego, dostawała samej ziemi, nie krępując jednak ruchów. Justyna machała nogami a jej słowa poniekąd pięknej piosenki wykonanej na bis „Wracam do domu”, odbijały się od wszystkich ścian, foteli i zasłon. A mała dziewczynka ciekawska w pobliżu Justyny się kręciła. Zakończenie godne wielkiej artystki z małego miasteczka.  Co chciała nam na koniec powiedzieć. Jaki był ostateczny przekaz. Czy to historia prawdziwa smutnego chłopaka, czy dziewczyny w której gdzieś zawsze drzemie tęsknota ?.

Nie jest pewnie łatwo odnaleźć się w świecie biznesu, nie jest łatwo być wielkim artystą. Skąd takie stwierdzenie ? Potwierdzają to liczne filmy dokumentalne. Chociażby weźmy pierwsze z brzegu: Celin Dion czy Jennifer Lopez.
Czy łatwo jest żyć bez korzeni w wielkim mieście stać na scenie, chociaż nie jeden zazdrości czy zagląda, co tu można w gazetach kompromitującego o artyście napisać? Jak myślisz?
Łatwo i przyjemnie jest do domu rodzinnego wracać, gdzie przyjaciel nie opuści żadnego koncertu. Gdzie przyjdzie rodzina i krawcowa, nauczyciele oraz koledzy ze szkolnej ławy. Gdzie koncertu posłuchają dzieci, które wierzą, że skoro chodzą do tej samej szkoły co artystka, im również się uda.
Zapomnijcie więc Justynie to jedno słowo, wśród tysiąca innych. Nauczcie patrzyć na ludzi, bez łapania za słówka i bez ocen. Doceńcie, że wielka artystka chce wracać do swojego małego miasta i tu dałaby najlepszy ze swoich koncertów, nawet kiedy sala byłaby pusta. Dzisiaj nie była.

Dlaczego Justyna S. powraca do korzeni ?
Zapytajcie Justyny podczas następnego pobytu w Twoim mieście. Ona najlepiej zna odpowiedź. Na pytania chętnie odpowie. Nawet podczas koncertu. Takiej otwartości u artystów i kontaktu z widownią nie widziałam. A o tym, że pytać warto jestem przekonana.

Skromnej Pani Krawcowej gratuluję kunsztu. Suknie, których materiały wymagały wiele precyzji, układały się przepięknie. Nie krępowały ruchów i podkreślały piękno ciała. Lśniły w blasku świateł. Główne bohaterki tego wieczoru wraz z wykonawczynią.

Justyno (za śmiałość kobiety z małego miasteczka przepraszam) z domu Steczkowska, która mimo kariery, nigdy nie zamieniłaś Swojego nazwiska na żadne krótsze nazwy, przy Swoim zostając, której słowa i dźwięki się słuchają i bez Twojej zgody nie robią kawałów, bądź piękna i Sobą tak jak byłaś dzisiaj. Naturalna, pełna serdeczności, spontaniczna. Powodzenia w dalszej karierze życzę.

Życzę Wam ludziska wieczorów w atmosferze, która udzieliła mi się dzisiaj. Życzę wielu wspaniałych koncertów, gdzie poczujecie, że to nie dla pieniędzy wychodzą artyści na scenę. Że cel często leży bliżej serca niż kieszeni.

DLACZEGO NISKO LEŻY WYŻEJ NIŻ SĄSIADUJĄCA MIEJSCOWOŚĆ I DLACZEGO ŚLIMAKI CHODZĄ W POPRZEK DROGI ZAMIAST WZDŁUŻ ?

Wcześnie rano. Tyle, co słońce wzeszło. Na polach wzdłuż drogi mgła pięknie się powykładała. Ulotna, bo za chwilkę już jej nie będzie. W powietrzu pachnie mlekiem, które beczkowóz wiezie do pobliskiej mleczarni. Słońce rozświetla asfalt drogowy. Chłodnawo jest. A może raczej użyję słówka rześko. Mijam rolnika na rowerze. Rozbawił mnie. Jedzie poubierany w rozciągnięty sweter, brunatne sprane spodnie, które nie raz w pole szły wraz ze swym panem, a zamiast gumiaków, których bym się spodziewała, basenowe klapki. Rower, który zaskakuje mnie swoją prostotą skrzypi nieludzko. Ma dwa koła, dwa pedały, kierownicę, siodełko i jedną ramę. Temu mistrzowi nic już więcej do szczęścia nie potrzeba. Uchwyty na bidony czy telefony, przerzutki czy pulsujące światełka, to rzeczy dla niego zbędne. Mimo ich braku jest jak w siódmym niebie. Wtrącę, że jadąc za kierownicą samochodu, warto na takich uważać. Rozanieleni i słabo często ich widać.
Na motorze ktoś na rynek podąża, przed sobą wiezie dwa wielkie wory wypełnione warzywami, kurtka na motor, ale spodnie cieniutkie i jakieś takie krótkawe, więc kostki wystają. Na nogach szmaciane trampki z rozwiązaną sznurówką. Swojskie widoczki z rana. Jestem w miejscu, gdzie jedno miasto się kończy, drugie zaraz zaczyna. Główna droga krajowa.

Patrzę pod nogi. Tam życie zwierząt podglądam. Na drodze widzę ślimaczka. Z daleka pomarańczowy. Z bliska na ciele różne faktury się pojawiają. Natura grafiką się na nim bawiła. Nieborak domek gdzieś zgubił. Zwija się, wyglądając jak beczka, a za chwilkę rozciąga, żeby chuderlaka udawać. I tak krok za krokiem zmierza tam, gdzie mu głowa podpowiada. Za chwilę napotykam drugiego. Jego domek lśni w słońcu. Dwukolorowa muszelka cała w paski, którymi ktoś nieźle zakręcił. Ten to umie dobierać kolory do karnacji. Model mi się na wiejskiej drodze trafił. Pierwszy egzemplarz mógłby mu pozazdrościć, ale u zwierząt z zazdrością się jeszcze nie spotkałam. Gąsieniczka mieszka chyba w ich sąsiedztwie. Jakiś kilometr będzie. Żółta w czarne paski. A może odwrotnie: czarna w żółte prążki ? Kto to odgadnie. Ważne, że odważna. Wszystkie te zwierzątka na jednej ulicy i wszystkie w poprzek drogi idą. Łamią drogowe zakazy.

Jestem na drodze, która w kierunku miejscowości o nazwie Nisko zmierza i jakoś mi tak pod górkę. Dlaczego Nisko leży wyżej niż sąsiadująca miejscowość i dlaczego ślimaki chodzą w poprzek drogi zamiast wzdłuż ? Pierwsze to iluzja. A co do muszlowców. Mają małe główki i proste myślenie. Idą po prostu przed siebie.

Nasz świat jest często irracjonalny. Często bardzo prosty i intuicyjny tylko nie dla nas. Idealni pojawiliśmy się na tym świecie. Każdy inny, ale każdy wyjątkowy i niepowtarzalny jak wzory, które zdobią ciała opisywanych zwierzątek. Szukamy jednak ciągle czegoś więcej. Staramy się być często tacy przykładni i jeszcze bardziej doskonali w przeciwieństwie do wspomnianych mięczaków. Staramy się idealnie zachowywać. I wszystko ma tak do Siebie pasować. Tworzymy Sobie zasady, coraz więcej zasad. Wmawiamy, że tak trzeba i szukamy złotych rozwiązań. A kto powiedział, że basenowych klapek na rower nie można ubrać ? Albo bez domku w poprzek drogi paradować ? Szczęśliwi Ci, co mają umysły otwarte. Nie patrzą na zasady, ale na wygodę. Mają proste cele i proste narzędzia, aby je osiągać. Dużo luzu w życiu Wam życzę. Jak u ślimaczka grubaska. Chodzenia wzdłuż drogi, a także w poprzek, ale zawsze ujętego w ramy bezpieczeństwa.

Dodam na marginesie. Jadąc na rowerze, można przecież ubrać klapki, a nawet pojechać na bosaka jak Ci wygodnie, ale o światełkach odblaskowych nie zapominajcie. Tak dla pewności, aby nikomu na drodze a szczególnie Wam nic złego się nie stało.

20160904_09090820160903_07111320160903_071340   20160903_07103720160903_071424

A JA MYŚLAŁAM

Znasz dobrze osobę. Wiesz, że lubi owsiankę. Wiesz również że mandarynki to jej ulubiony owoc.
Myślisz sobie. Zrobię owsiankę, dodam mandarynek i jeszcze bananów oraz miodu dla słodkości tak od serca oczywiście.
Wydaje Ci się, że będzie nie lada niespodzianka. Że dobrze Ci głowa podpowiada.
Czasami życie zaskakuje, kiedy myślimy za dużo, kiedy chcemy za kogoś. Kiedy zaczynamy dumać, a przestajemy słuchać drugiej osoby.
Uważaj, bo możesz usłyszeć: NIE MYŚL!
Jednego to oczywiście rozbawi, a drugiego zaboli. Zależy od sytuacji i Twojego nastroju. Dla niektórych i pogoda będzie miała znaczenie.

Kiedy słyszysz od dziecka: nie chcę, żebyś przychodziła na mój występ, zastanawiasz się: Co jest? Myślisz może Sobie, dlaczego inni mogą patrzyć, ale nie Ty ? Robi Ci się przykro. Co zrobić, aby przykro nie było? Warto poznać przyczynę. Warto rozmawiać i dochodzić szczegółów. Warto też wierzyć. Możesz usłyszeć: Kiedyś mnie zobaczysz. Gdy odniosę sukcesy. Zobaczysz w telewizji i usłyszysz w mediach. Nie rób wtedy podchodów, nie podglądaj. Uszanuj decyzje. Kiedyś niespodzianie możesz też usłyszeć: Przyjdź i zobacz, jak śpiewam, tańczę i gram. To będzie Twoja nagroda za oczekiwanie.

To, że ktoś lubi owsiankę i mandarynki z osobna, nie zawsze oznacza, że smakują mu razem. To, że dziecku nie przeszkadza, aby obcy patrzył, a przed bliskim się krępuje, to nic złego. Czasami coś dla nas jest nielogiczne i trudne do zrozumienia. U każdego w głowie co innego siedzi. Dlatego pytaj. Największą radość sprawisz, że zrobisz według potrzeb, a nie swojego widzimisię. Jeśli ktoś czegoś nie chce, ma swoje powody. Zaspokoić czyjeś, a nie swoje oczekiwania i nie przedobrzać to cenny dar.

Zdrowe lekko naciągane, czyli nie oszukujmy się, Eco jest inne 1/3

Dzisiaj troszkę o marketingu sprzedaży, który za produktem stoi. O kupowaniu świadomym, w świecie, gdzie wykorzystuje się fakt, iż często jemy oczami.
Zabiorę Was na pobliski targ, a potem do typowego hipermarketu. Troszkę o suszonych owocach, które akurat wpadły w moje ręce i złocistych miodach znanych nam od wieków. Opowiem o bliskich spotkaniach z rolnikiem. Nawet dwoma. Liznę temat rzekę, czyli jak wygląda Eco i gdzie go szukać.
Na początek nie będę owijała w bawełnę i powiem prosto z mostu, aby rozwiać nadzieje.
ECO jest mniej urokliwe. Eco się pod prysznicem nie pieni i nie pachnie czekoladą, gdy czekoladą nie jest. Eco do jedzenia w kolorach nie przebiera i jest też często trudniej dostępne. W typowym sklepie zazwyczaj stoi na tyłach lub po prostu go nie spotkasz. Tylko w sklepach ze zdrową żywnością wiedzie pierwszy prym. Cena tego, co zdrowe często odstrasza, podobnie jak niewyszukane opakowania, w które produkt jest zapakowany. Ogólnie to takie mało zachęcające, to ECO i BIO. Na pierwszy rzut oka. Nie w głowie mi jednak Ciebie straszyć, a raczej pokazać, z czym i jak to się je oraz że na ECO warto poświęcić chwilę lub dwie.

Popatrzmy na opakowanie.
Jego się nie je, ale warto na nie zerknąć. Na ECO nie musimy doszukiwać się długich tekstów ukrytych pod gwiazdkami. Dużo mniejszymi niż te na niebie. Tam po prostu gwiazdek nie ma. Nie ma też potrzeby zastanawiania się, czy coś z naszym wzrokiem nie tak, kiedy widzimy długie litanie pisane malutkimi literkami. Tu uspokajam, bo o grafice w reklamie co nieco wiem. Jeśli coś nie możesz na wielu produktach przeczytać to dlatego, że taki był cel. Dobrano mniejszą czcionkę, a dodatkowo zastosowano niekorzystny dobór barw. Taki chwyt marketingowy. Nie wydawaj więc na okulistę, aby sprawdzić, czy z Tobą wszystko dobrze. Bo jest. Sprawdź, co proponuje inny producent. Pamiętaj ! W Eco skład jest prosty jak budowa cepa.

Przykład na wyciągnięcie ręki.
Jeśli są suszone morele, to w składzie pisze: morele suszone i ani słowa więcej. Właśnie stoją przede mną. Wkładam jedną do buzi, jej zapach urzeka. Nieco straciła na objętości, odkąd ściągnięto ją z drzewa. Nawet dużo powiem. Bardzo dużo. Kolor brązowy to efekt suszenia, błyszczącego na co dzień odcieniami pomarańczowego, różowego, czerwonego i żółtego koloru dojrzewającego przez wiele miesięcy owocu. Nie ma przeproś, każda suszarka to złodziej objętości i kolorów, ale nie smaków. Suszarce nie mam za złe, że barwy lata zabiera. Na podniebieniu czuję jeszcze resztki promieni, które pozostały na skórce. Słodycz w ustach niczym niezaburzona. Sama natura. Bo morela, jak i większość owoców nadających się do suszenia cukrów dodatkowych oraz polepszaczy czy kandyzowania nie potrzebuje. Podobnie z bananem, który po wysuszeniu jakby siwych kolorów nabiera. Nadal jednak ma swój urok. Jakby wraz z suszeniem latek mu przybywało. Kolorami nacieszę oko gdzie indziej. Dzisiaj morelki jem zamiast słodkiego batona, banana zamiast chipsów, bo tak też można.
Koniec tego delektowania się.

Cel lokalny rynek.
Jesienne słońce między stragany i namioty zagląda. Pięknych równiutkich marchewek i zgrabnej pietruszki oraz jabłek bez skazy, co wszystkie jak z foremki, nie uświadczysz. Za to wszystko takie jakieś mimo swojej brzydoty godne zaufania. Widzę pory i selery. Tych, jeśli dobrze w domu nie domyjesz, piasek w zupie będzie zgrzytał między zębami. Ciekawe doznanie. Uroki owoców i warzyw z targu, które w żyznej ziemi wyhodowane. Zwykły deszcz je podlewa i czasami robaczek się do nich dobierze. I może nie są takie piękne i tak doszorowane, ale jedno jest pewne, w ziemi wyrosło, a oprysków dary ziemi widywały minimum. Bo którego rolnika na opryski stać ?
Czasami zapytam, chociaż wiem, że ludzie z prawdą się lubią mijać. Czasami pożartuję ze sprzedawcą, gdy widzę rzodkiewkę wielkości buraka. Tak dużą, że do buzi na jeden raz jej nie zmieścisz, chociażby chomika się udawało. Sympatyczny Pan w średnim wieku, którego resztki ziemi za paznokci zazwyczaj nie dadzą się domyć, powiada: Niektóre warzywa typu pomidory trzeba pryskać, ale tylko troszkę na początku. A rzodkiewka duża, bo przegapiłem, bo deszczu i słońca ponad miarę. W takich warunkach rośnie jak na drożdżach.
Jeśli kupować to świadomie i w miłej atmosferze, pomyślałam. Prawdomównego Pana polubiłam i często do niego wracam. Rzodkiewki oczywiście kupiłam.
Mijam stoisko innego z rolników. Na stoliku miody pachnące. Błyszczą się w słońcu w kolorach kasztanów. Jak szlifowany bursztyn w pierścionku mojej babci. Promienie światła docierają przez szklany przeźroczysty słoik w każdy zakamarek. Słoiczkom, jak i zawartości jest cieplutko. Czy to jednak dobrze ? Pamiętam opowieść znajomego, który opowiadał o miodowej pasji swojego dziadka. Jakie pszczoły są inteligentne i jakie wrażliwe. Jak miód trzymał dziadek w suterynie, bo szlachetny płyn chłód i ciemno lubi. Przypominam Sobie miłego Pana o imieniu Klemens. Człowiek ciekawy, jak i jego imię. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, wyglądał, jakby w pole zawsze szedł, albo inaczej, jakby z pola nigdy nie wracał. Luźna jasna, nieco rozciągnięta koszulka, spodnie robocze i gumiaki, które u każdego rolnika to No 1. Włosy rozwichrzone i wieczna pogoda ducha na twarzy wypisana. Pracy dużo, ale on emanował spokojem. Natknęłam się na niego podczas jednej z wypraw. Mała tabliczka na wsi a na niej MIÓD napisane. No to zaglądnęłam.
W małej piwniczce na drewnianych szafkach za płócienną zasłonką stały słoiki z pachnącą gęstą zawartością. Usłyszałam, że: Pszczoły, które miód zbierają, mieszkają w tradycyjnych ulach bez styropianu, pielęgnowane i bez żadnego leczenia antybiotykami. Cukrem w zimie dokarmiane w najmniejszych możliwych ilościach. Tam, gdzie nektar zbierają, pola nieskażone są pestycydami. Ot małe szczegóły a cieszą. Miód oczywiście zakupiłam. Ten wiosenny co ma najwięcej wartości i ten z późnego lata, bo na przeziębienia dobry. Kupuję go do dzisiaj. Takie miody nie potrzebują żadnych napisów. To, że zdrowie w ich wnętrzu ukryte, czuć po otwarciu wieczka zaraz po tym, jak słyszymy dźwięczne klik. To widać po konsystencji, gdy złocisty gęsty płyn, ze złocistą poświatą, po łyżce leniwie spływa. To widać po podejściu i wiedzy sprzedającego.
Z rynku wróciłam z torbą pełną zdrowych brzydactw. Miodów nie kupiłam wierna Panu Klemensowi. Rolnika uświadomiłam. Aby zmyć resztki pestycydów, owoce i warzywa umyłam w ciepłej wodzie z dodatkiem kwasku, a następnie zamoczyłam w równie ciepłej wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej. Przy środowiskach kwaśnym, a następnie zasadowym żaden pestycyd nie ma szans. Za taką kąpiel owocki i warzywa odwdzięczają się aromatem i smakiem.
Kierunek hipermarket.
W głowie hasło programu edukacyjnego „Od uprawy do potrawy” promowanego przez jedną z wielkich sieci sklepów w szkołach. Patrzyłam niedawno na plakat. Na górze widniało dobrze znane mi z reklam i wielkich bilbordów logo. Cel akcji szczytny, bo zdrowego odżywiania dotyczy. Na koniec dzieci mają nawet dostać zdrowe przekąski, sponsorowane przez placówkę. Ciekawe co bardziej zapamiętają treści książeczek edukacyjnych czy elementy graficzne sugerujące gdzie w przyszłości mają robić zakupy?. Sprawdzam, jak akcja ma się do półek sklepowych. Tu rozglądam się za zdrowym jedzeniem w zamiarze kupienia. Olejów na zimno tłoczonych w ciemnych butelkach znikoma ilość. Wypatrzyłam jedynie do sałatek oliwy z oliwek. Na nie moda przyszła już lata temu z Włoch, Grecji i Hiszpanii. Brakuje mi lnianego, co naszym polskim szlachetnym rodzimym produktem jest oraz rzepakowego do smażenia Do głowy przychodzi mi jeszcze masło klarowane, które jest znakomitym odpowiednikiem. Nie ma. Pod rafinowanymi, nieskazitelnie czystymi i przefiltrowanymi wiele razy oleistymi płynami, półki się uginają. O olejach polecam doczytać. Warto.
Idę dalej. Owoce, które tutaj pięknie popakowane i błyszczące, ja już na rynku zakupiłam. Pieczywo pięknie pachnące tylko z mrożonego ciasta wypieczone. Szkoda, bo chciałam Wam takie na zakwasie pokazać. W chipsach dużo soli i E — coś tam, a w sokach glukozy co niemiara. Chodźcie proszę dalej. Ziemniaki bez smaku, to sprawdziłam już kiedyś, również odpuściłam. Minęłam półkę z nabiałem, gdzie farbowanych jogurtów nie było końca i inną półkę ze słodyczami, gdzie producenci stwierdzili, że skoro w nazwie mają słowo SŁODYCZ, to ma być słodkie, ile Bozia da.
Końcem końca coś tam kupiłam. Wychodzę z pełnym koszykiem. W takich sklepach polecam zakup papierów toaletowych, chusteczek, ręczników kuchennych i patyczków do uszu. Dlaczego ? Bo mają bardzo dobre ceny. Chociaż wzorki słodkich niebieskich misiaczków i kwiatuszków w kolorze słońca kuszą, polecam wszystko, co białe, bo i na co ryzykować z rakotwórczymi kolorowymi farbami. Białe tak na wszelki wypadek i w trosce o biedne zwierzątka, bo żadne z nich nie chce podcierać czterech literek, nawet tych dziecięcych.
Wychodząc ze sklepu rozmyślam ile wokół nas podświadomej reklamy, ile kuszących kolorów, haseł i zapachów. Ile produktów tak podobnych, tylko w różnych opakowaniach, przekrzykujących się na półkach: Kup mnie ! Nie. Mnie kup !, bo tak ich zaprogramowano. Wielu z nas również podjęto programem. Tylko czy zdajemy Sobie sprawę ? Są jednak tacy co krzyków nie lubią. Dodatkowo nazwy BIO, ECO, PRODUKT NATURALNY czy BEZ GMO, które coraz częściej się pojawiają na opakowaniach, dają im do myślenia. Coraz częściej patrzymy na to, co jemy. Zaczynamy zerkać co naprawdę ląduje na naszych talerzach.

Dlaczego ludzie zaczynają się interesować zdrowym jedzeniem a co za tym idzie własnym zdrowiem?
BOIMY SIĘ ŚMIERCI. Ot tak po prostu. Usłyszałam to niedawno od statecznego i bardzo pogodnego Pana w okularach, ze starannie przycięta bródką, który zajmuje się badaniem rynku.
Warto pamiętać.
Zakupy, gotowanie i spożywanie posiłków to spora część naszego życia. I sporo czasu zajmuje. Przekonują się o tym Ci, co rezygnują z błyskawicznych zupek i dań z puszek i słoików. Życie w zdrowiu jest wyzwaniem i tego warto być świadomym, aby wytrwać, żywiąc się zdrowym. Aby wiedzieć, po co i na co. Pamiętajmy, że wielu rzeczy nie odwrócimy i że nie cofniemy czasu. Im wcześniej przyjdzie świadomość, tym szybciej jelita i reszta ciała nam za to podziękuję. Może dzięki temu nie odpalimy zapłonu, który w nas drzemie, rakiem nazywanym lub nowotworem jak kto woli. To zmora naszych czasów, która sieje zniszczenie i nas przeraża. Może dzięki zmianom wiele chorób przejdzie obok nas, a może będziemy mogli odstawić niektóre leki i suplementy diety, które są tylko zastępstwem ? Zastępstwa znamy przecież ze szkół. Wiemy, że na dłuższą metę nie ma to, jak oryginał.

Przez wiele lat jadłam margaryny i sosy z torebek, przez wiele lat wszystko, co przyniósł ze sobą Zachód. Obecnie jestem czujna, bo nie chcę, aby mną manipulowano. Obecne życie to ciągła nauka, odkrywanie, uświadamianie i testowanie. Dlatego zmieniam, sprawdzam, odrzucam, zostawiam co lepsze. Robiąc wpisy kieruje się jedną zasadą: Dziel się tym, czego sam doświadczyłeś, co sam skosztowałeś, czego dotknąłeś i co Ci służy. Może te kilka spostrzeżeń pomoże i Wam coś w życiu zmienić, jeśli uważasz oczywiście, że jest zmian potrzeba. Bo przecież nic na siłę. Każdy wie co mu służy.
Zaskoczę tych, co mnie znają i myślą, że taka konsekwentna. Wiem, że o zdrowiu piszę, ale dzisiaj mimo zdrowych zakupów, w pogoni życia i braku czasu, zjadłam w porze obiadowej, wielkiego, ciepłego, słodkiego napompowanego jak balon obwarzanka, obciekającego bielutkim lukrem, który obkleił każdy mój palec z osobna. Jego zapach czuć było na kilometr. Mienił się licznymi kolorami i wygrał rywalizację z równie kuszącym sąsiadującym pączkiem. Pychota, prawda?. Wygrał głód i obwarzanek. Więc może ten wpis to z wyrzutów, a może zadana sobie pokuta ?.
Nie popadam w skrajności. Zakonserwować się to nic złego. Dać Sobie forów też oczywiście. Powtórzę po raz kolejny. Świadomie. To moje ulubione słowo. Jeśli więc jesz patrz co masz na talerzu i dociekaj jak zostało zrobione. Jeśli idziesz do sklepu, nigdy nie na głodnego. Nakarm burczącego zwierzaka co się jeść dopomina. W sklepie niech głowa o zakupie decyduje. Świadomych zakupów życzę i jak zawsze po wszechczasy: ZDROWIA.

 

Zdrowe lekko naciągane, czyli jak jest dzisiaj 1/2

O tym jak wyglądało dawniej, było już w poprzednim wpisie. Dzisiaj będzie o tu i teraz. Chodzę tak sobie czasami po necie. Po sklepach czasami biegam a czasami spaceruję, gdy czasu mam więcej albo coś potrzeba i nadziwić się nie mogę jak dużo do powiedzenia ma dzisiaj komercja. Wszystko takie masowe. I w sklepach mam wrażenie to samo. Tylko w innych opakowaniach.

Słodyczki za każdym zakrętem
Na początek patrzę na dzieci. Wołają coś do picia. To, co ładnie wygląda, bo na etykiecie bohaterowie najnowszych bajek. No tak. Najpierw ich nieźle rozreklamowano, żeby dzieci zachęcić do oglądania, a potem słodkiej wody kupowania. Sok stoi na półkach przed samym nosem. Zwykła woda nieco głębiej. Rodzice kupują więc napój spragnionym pociechom, chociaż w butelce picia niewiele a cukru tyle jak dalece chemia jeszcze pozwala, żeby się rozpuścił. O ! I tu wkrada się moja mała pomyłka, bo cukier przecież niezdrowy. Zapomniałam. A przecież teraz zdrowe ma być. Na opakowaniu napis: Nie zawiera cukru. No i nie zawiera. Za to w składzie syrop glukozowo – fruktozowy. Ten w produkcji jeszcze tańszy od cukru, który białą śmiercią nazwano. Xylitol, chociażby z brzozy pozyskiwany w tym miejscu nie ma racji bytu. Produkt byłby po prostu za drogi. W produkcji oczywiście. W sklepie za małą buteleczkę, która pasuje do dziecięcej raczki i słodzonej sztucznym syropem, dosyć słono płacimy. Nie wspomnę o cenie przy wejściu do kina czy w szkolnym sklepiku. Jestem pełna podziwu dla koncernów i firm, które robią co roku coraz większą sprzedaż za ich wiedzę marketingową i pomysłowość.

Jedna łyżeczka cukru paraliżuje nasz system immunologiczny na godzinę. Warto o tym pamiętać szczególnie jesienią gdy o przeziębienie nie trudno. Dobrze być również świadomym, że cukier jest prawie w każdym produkcie. Jego ilość w wodzie o smaku cytryny mnie przeraża. Kiedy słyszę o kilkunastu łyżeczkach w butelce, włos na głowie mi się jeży. Cukier jest w jogurtach, ketchupach i nagminnie w musli. Nie wspomnę o ciastkach nawet jak piszą, że zdrowe. Cukrzycy miejcie to na uwadze. Ci co cenią zdrowie, również.
Kiedy jesteśmy całej prawdy świadomi, idziemy do sklepu i sypki cukier trzcinowy z półek ściągamy. Tylko nie wiemy, że często to ten sam biały co kupowany wcześniej tylko melasą zafarbowany. Bo i skąd mamy to wiedzieć. Oczy czytają a głowa mówi, że zdrowe. I ciach w sklepowym wózku niby to zdrowa słodycz ląduje. Do ręki biorę prawdziwy cukier trzcinowy. Wielka bryła w kolorze ciemnego bursztynu, z którą na początku nie wiadomo co zrobić. Wilgotna i w ręce się nieco klei. Można wydrążyć łyżeczką lub zetrzeć na tarce. Nieco mniej słodki, ale za to aromat piękny słodycz nadrabia. W formie sypkiej też się spotykam. Można nabrać łyżeczką. Jest ciężki i przelewa się prawie jak woda. Kilogram mniej miejsca zajmuje. Przelewa się przez palce jak mokry piasek na plaży.
Trudno przyzwyczaić się do tej formy. Dlatego słyszę: I co z tym zrobić ? A potem już tylko wraca się do starego białego z buraków, słodziutkiego sypkiego i tego, co łatwiej kupić. Na półkach „białej śmierci” jest dużo. W paletach w sklepach stoi, bo nie opłaca się na półki wyciągać. Zbyt jest, bez dwóch zdań.

Pachnące stoiska z pieczywem
Tutaj producenci prześcigają się, żeby wszystko wyglądało na zdrowe. Posypują chlebki owsem, dynią. słonecznikiem i twierdzą, że są na zakwasie, chociaż pieczywo specyficznym kwasem nie pachnie. Bochenki przyciągają odcieniami brązów. Większość osiąga piękny kolor w zależności od ilości dodanej, wspomnianej  już melasy. Białe bułeczki, bagietki, kajzerki. Wszystkie z mrożonego ciasta pieczone są na miejscu, bo do ciepłego pieczywa mamy słabość. Nie pamiętamy, że ciepłe nie jest zdrowe i z gorącym trzeba poczekać, aż wystygnie. Finezyjne kształty sprawiają, że długo zastanawiamy się co wybrać. Nie wszyscy zauważamy, że wszystkie te pieczywa smakują tak samo. Ich zapach roznosi się wszędzie. Nawet mało sprawny nos wyłapie. Okrągłe małe i wszystkie takie idealne. Z ziarna pszenicy dlatego tak pięknie wyrośnięte. Każdy chleb bez mąki pszennej nie będzie już taki pulchny i bielutki.
Pszenica dzisiaj wiedzie prym dzięki modyfikacji i manipulacjom hodowlanym. Bo mają być coraz wyższe plony, bo po niej każdy biszkopt ma wyjść bez względu jaka gospodyni się za niego zabierze. Pamiętam pszenicę z Kargulowych komedii czy filmu – Nad Niemnem. Wysokie kłosy, wśród których można było się schować tańczyły na wietrze, bo miały delikatne łodygi. Burza i grad były dla nich zagrożeniem. Dzisiaj nic im nie straszne, bo łodygi dużo niższe i nic ich nie ruszy. Pszenicy dałabym piątkę z plusem, gdyby nie genetyka i gluten oraz jego pochodne. Dzisiaj alergie na białka klejorodne to zmora, zarówno dzieci, jak i  i dorosłych. Bułeczki w sklepie są tanie, pieczywo razowe nieco droższe,  ale też skład inny i za wiele tego nie zjesz, bo syte. Sklepowe bułeczki ładnie pachną i wyglądają w sklepie, potem robią się gumowe. Chleby naszej babci pieczone w piecu leżały tydzień i ani były bardziej twarde, ani bardziej miękkie przez cały ten czas. Ot drobiazgi, ale chyba ważne.

Śniadaniowe specjały
Stoję przed półką z chrupkami. Crunchy, musli, płatki kukurydziane. Większość kusi rysunkami i niewielką ilością kalorii. Pełnym zbożem w składzie i owocami tropikalnymi. Jedno z opakowań szczególnie rzuca mi się w oczy. Rodzi się nadzieja. Opakowanie z szarego papieru, napisy nie biją po oczach, zielone więc z ekologią się kojarzą. Hasła kuszą. Zaglądam jednak na skład i szybko się zniechęcam. Owoce kandyzowane czyli nasączone cukrem, ilości owoców skromne. Podobnie maki pełnoziarnistej co kot napłakał. Lista dziwnych składników długa. Tu przestroga. Nie jemy opakowania. Nawet to najpiękniejsze wyląduje w koszu. Jego zawartość. To ona jest ważna. I to, co z tył pisze najmniejszym druczkiem.

Kiszonki
Półka z kapustą kiszoną. Tu idę z nadzieją, że przy produkcji kapusty nie ma co kombinować. Jest produktem fermentacji, więc konserwuje się sama. Jest jeden drobiazg. Musi mieć możliwość odprowadzania gazów. Dzisiaj kapustę kiszoną kupujemy w foliowych woreczkach a w nich wraz z kapustą nie omieszka zadomowić się konserwant. Podobnie jest z chrzanem w słoiczkach.

Produkty mleczne
Mleko. Dużo by o nim pisać. Wyjałowione przez proces homogenizacji, otłuszczone maksymalnie, bez bakterii i laktozy. Z witaminami sztucznymi. Kolor mleka został. Białe jest – więc bingo. Zastanawiam się jak po wypiciu w niepełnym składzie, mają zachodzić procesy chemiczne, które są odpowiedzialne za wchłanianie i rozkład w organiźmie. Stoi Sobie to mleko na półkach a my w każdym wieku je pijemy. Dzieciom w szkołach robi się z mlekiem akcje, chociaż wiele na mleko uczulone. Im się mówi pijcie, chociaż w ich wieku każde cielątko mleko matki odstawiło i na zielone się przerzuciło. Dlaczego ? Bo każde zwierzątko wie, że mleko od matki pije się przez chwilkę. Potem już się do niego nie wraca.
Zerkam na regał z jogurtami. Wszystko prawie jest: „o smaku” zamiast „z” – znaczy z zawartością w środku. Jogurt o smaku maliny przybiera kolory malin, ale mam wrażenie, że nawet sam barwnik obok malin nie leżał. Nawet naturalny jogurt potrafi być zagęszczany. Jakim specyfikiem ? Tego na etykiecie nie pisze. Ważne, aby konsystencję nadać. Skoro na jednym z nich piszą: „Nie zawiera mleka w proszku”, coś chyba musi być na rzeczy.

Rybki
Pstrąga chcę kupić albo łososia świeżego. Po kolorze wiem, że pochodzą z hodowli. A hodowla równa się ciasnota, czyli dużo ryb na małej powierzchni a co za tym idzie antybiotykoterpia, żeby rybki nie chorowały. Wpajane mamy, że im bardziej różowy łosoś, tym lepszy. Ale gdy się przyglądniesz tym, które naturalnie w morzach i oceanach pływają, mają piękne białe mięsko. Delikatną jak mgiełka i różową poświatę widać pod światło. Taka ryba ma swoją cenę i dostać jej dużo trudniej.

Szynki i szyneczki
No tak. Doszliśmy i do tego. Kiedy pytam Panie,  pracujące przy mięsie co o nim sądzą, spotykam się z przyjaznym uśmiechem. Co któraś nachyla się w moim kierunku i szepcze: Ja mięsa nie jadam albo bardzo mało. Te uczynne czasami podpowiedzą cichaczem: Tej szyneczki dzisiaj nie brać, a tamtą też lepiej zostawić w spokoju. Panie potwierdzają: wszystko dzisiaj smakuje tak samo. Sklepowe wędliny omijam a swojskie gdzie świnki parzonymi ziemniakami, pokrzywami, koniczyną i otrębami karmione, wszystkim Wam polecam. Bo to, co zjada prosiaczek, odkłada się w jego mięsku a my to mięsko potem zjadamy. Wy. Bo ja zwierzątek nie jadam.

Artykuły higieniczne
Szukam w necie pasty do zębów takiej zwykłej bez fluoru. Nie musi być bielutka ani mieć opakowania pięknego. Nawet nie musi pachnieć, ważne dla mnie co w środeczku. Przy okazji robię zakup szczoteczki, bo mnie zaskoczyła, mówiąc: Zobacz jestem całkiem Eco ! Zaduma i niemoc przyszła nieco później. Za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki, myśl jedna nie daje mi spokoju:
Zamierającym gatunkom lasy bambusowe wycinamy, żeby w sklepie ekologiczną szczoteczkę z bambusową rączką można było kupić. Bądź co bądź stwierdzam, że to jeszcze najmniej komercyjne w całej tej zabawie. Opakowanie papierowe. Minimalizm formy. Zużyte tylko tyle papieru ile potrzeba. Jest wrażenie, że szczoteczka niezniszczalna, więc posłuży dłużej. Bakterii i tego, żeby często wymieniać się nie boję. Mam wrażenie, że hasła o kształtach, które mają się niby w każdy zakamarek dostać, przyćmiewają ważny szczegół. W sklepowych wydziwianych plastikach o główkach kolorowych, włosie jest tak słabe, że wymieniać szczoteczkę trzeba często. No to wykorzystuje się, mam wrażenie biedne bakterie i historię o tych żyjątkach dorabia.
Są pociechy, które myją zęby nieregularnie, które nie myją prawie w cale. Znam takie. Ślina to naturalny środek przeciwbakteryjny. Dodaj do tego odpowiednią dietę, a wielu nieprzyjemnych zabiegów na fotelu dentystycznym unikniesz. Pozostawiam do przemyśleń.

Zakupy dla mnie w przeciętnym sklepie to nie lada wyzwanie, albowiem czasy dziwne nastały. Człowiek stracił zaufanie, a co za tym idzie, odebrano nam przyjemność bezstresowego kupowania. Ukierunkowano na sprawdzanie cen i analizowanie promocji. Kupowania dwóch, chociaż nawet jednego nam nie trzeba było, gdy wychodziliśmy z domu.
Jak łatwo jest nami manipulować. Jak łatwo mieszać nam w głowach.
Jednego dnia masło jest zdrowe. Innego margaryna. Następnie znowu masło do łask wraca, ale takie co jak na patelni rozpuszczasz, to pryska na wszystkie strony. Modę można sztucznie stworzyć, modę można do głów nam reklamami wtłoczyć. Kiedy troszkę zachowamy dystans możemy żyć zdrowo a ponadto środowisku pomagać. Warto więc może czasami w tym naszym pośpiechu zatrzymać się przy sklepowej półce i pomyśleć ile w tym wszystkim naprawdę jest zdrowe i Eco. Sprawdzić jak prawdziwe Eco wygląda, czym się różni i dlaczego producenci go tak nie lubią. Jeśli nie chce Wam się o tym główkować, zapraszam do następnego wpisu.

ZDROWE LEKKO NACIĄGANE, CZYLI JAK BYŁO 1/1

Zabieram Cię na wycieczkę. Niedaleko. Do pobliskich sklepów. Tych, które niby tak się od Siebie różnią. Nazwami, wyglądem, godzinami otwarcia i cenami. Ja zaglądam na półki sklepowe i to, co na nich było, jest i będzie.
Należę do tych, co urodzili się w czasach gdy na ladach było mało i zza lady panie w białych fartuszkach obsługiwały. Ja w fartuszku granatowym z tarczą przyszytą na lewej piersi do szkoły dumnie kroczyłam. Z lekkim tornistrem, może nie kolorowym, ale lekkim, bo w nim tylko jeden elementarz był. Nie słyszało się o nowotworach, rota wirusach, a o cukrzycy bardzo rzadko.
W sklepie ekspedientka pakowała wędliny w zwykły szary papier. Pachniały każda inaczej. Szynki były dwie. Ta swojska i konserwowa. Kiełbasa jedna, ale za to jaka. Z mięsa się składała. Wiedziałam o tym i nie trzeba było mi pisać: 104% mięsa w mięsie. Był boczek, którym przy obsmażaniu obciekał tłuszczem i nie miał żadnej wody w składzie. Moja głowa nie musiała główkować co z tym zrobić, gdy na patelni zamiast tłuszczyku pojawia się piana. Wychodziłam ze sklepu, wkładałam zakupy do koszyka, bo reklamówek jednorazowych, plastikowych oczywiście, nie było.
Wodę z kranu się piło, więc rodzice nie musieli ze sklepu ciężkich zgrzewek nosić, a potem plastików tony segregować i płacić za to, że jeszcze, że ktoś to odbierze, bo przecież spalić nie wolno. Jeśli chciało się gazowaną, każdy w domu miał syfon i kilka naboi. Była napowietrzona. Aż nosem bąbelki leciały. Na ulicach z saturatora można było się soku napić, a największą chemią była oranżada, żółta albo czerwona. Ta akurat pakowana w foliowych woreczkach.
Był Pewex. I w nim dziwne parówki w zalewie w słoiku. Ale ponieważ tam za dolary, mało kto takie rzeczy jadał. Za to z gum Donaldów robiło się wielkie balony. Na gumy jakoś zawsze obcą walutę dzieci znalazły. Do dzisiaj nie rozumiem tego zjawiska.
Codziennie jadło się chleb na zakwasie, który nie był czymś wyjątkowym. A na chlebie była gęsta śmietana cukrem posypana.
Konsumowałam kurczaki co tylko z wolnego wybiegu były. A co za tym idzie, na jajkach nie było pieczątek, bo jajko miało jedną klasę. Na tych jajkach robiłam panierkę do schabowego, który królował na wszystkich polskich stołach. Prawie pływał w maśle kupowanym na kilogramy. Świnka, z której na kotleta schab pozyskano, nie miała zielonego pojęcia o GMO oraz antybiotykach dla zwierząt. Jej właściciel również. Nie miałam ani jednej koleżanki i ani jednego kolegi w szkole, u którego stwierdzono by wtedy nadwagę albo otyłość. A ile tych kotletów Polacy zjadali trudno zliczyć. Mimo deficytów i kartek każdy Sobie radził.
Dzisiejszy Bobofruit był rarytasem. Pomarańcze i banany jeszcze większym. Za to w modzie były czarne i czerwone porzeczki, morwy, agrest, jeżyny, wiśnie i obowiązkowo czereśnie z robaczkiem.
W aptekach był Vibovit, Pyralgina. Ale po Aptekach się nie chodziło za często, bo katar nie był chorobą i aptek było mało. Przy gorączce mama zimny okład robiła. Przy kaszlu na szybko syrop z cebuli lub mleko z żółtkiem i miodem aplikowano. Leków mniej a frekwencja w szkołach wyższa.
Buty. O tak. Wyzwania z butami pamiętam. Było ich trudno dostać i nie były za piękne. Ale to chyba tym brzydkim właśnie, zdrowe stopy zawdzięcza większość, która te czasy pamięta.
Nie było rzeczy markowych, wiec nikt nie porównywał. Ogólnie wszystkiego było mniej, ale smakowało jakoś tak lepiej. I ludzie byli zdrowsi. Mogłabym tak opowiadać bez końca.
Dzisiaj jest troszkę wspomnień, bo jak tu takich czasów nie wspominać. Jutro po sklepach się przejdziemy. Razem. Tych w necie i nie tylko. Na wspólny spacer w następnym wpisie zapraszam.

Jesteś proszony, nie bój się prosić.

Dzisiaj o gestach bezinteresowności i o tym, że wielu ludzi nie ma problemu pomagać, choć nasze głowy myślą często inaczej. Są ludzie, dla których dobre drobne uczynki to codzienność tak samo jak mycie zębów.

Jest wieczór. Ubieram rolki. Nie ja jedna. Rowerzyści wyjeżdżają na drogę, bo się chłodniej zrobiło. Każdy, żeby się poruszać. Każdy w inną stronę. Wybrałam asfaltową ścieżkę rowerową ciągnącą się kilka kilometrów. Potem zakręt i jadę drogą, która należy już do innej gminy. Nie ma znaków pionowych. Brak wymalowanych granic. Nigdzie tego nie piszą. Nigdzie tego nie widać. Skąd to wiem? Z obserwacji ekip, które sprzątają. Pojazdy usuwające piach oraz rozsypany hasz i żwir, ślimaczą się tędy w szczytnym celu. Mają swoje rewiry i dalej ani rusz. Jeden nadjedzie z jednej strony inny z drugiej dojadą do pewnego punktu pomachają sobie i cofka. Szczotki jednego takiego, którego napotkałam tego wieczora obracają się tworząc ślady esów floresów na drodze. Za kierownicą sympatyczny konkretny Pan z konkretnym brzuszkiem. Jego twarz nie raz w tym roku złapało już letnie mocne słońce. Praktycznie słońce śledzi jego buzię każdego dnia, kiedy wyjdzie z domu i towarzyszy aż samo się dniem nie zmęczy. Leniwy pojazd jedzie wolniej niż ja. Zarówno on, jak i jego kierowca robią kawał dobrej roboty. Ktoś powie drobiazg. Taka praca nie praca. Sprzątanie chodnika. Nie. Nie. To nie tak.

Ci którzy jeżdżą na rolkach wiedzą o co chodzi. Rolkarze wiedzą co się dzieje, gdy drobny kamyk dostaje się między małe kółka Kiedy traci się równowagę. Kiedy trudno jedną rolką wyhamować, a druga staje nagle w miejscu. Rowerzyści też wiedzą co znaczy przebita opona. Kiedy chodnik wysprzątany jedzie się jak po maśle. Z małą różnicą, że nie jest ślisko. Właśnie do tego potrzebny jest Pan ze swoim małym pojazdem.

Przejeżdżam obok i myśl nagle wpada. Jak w bajce Pomysłowy Dobromir. Dlaczego by nie zapytać i nie poprosić, aby coś zmienił? Aby trochę swój rewir powiększył, bo akurat przed kilkoma minutami o mało co mój nos nie wyglądałby jak wygląda. Tam, gdzie Pan nie dojeżdża, jakiś ciężarowy samochód gubił swoją zawartość. Poprosiłam, aby podjechał w inne miejsce. Ot tak po prostu. Pan popatrzył. Kończył już pracę. Słońce jeszcze było ponad horyzontem. Uśmiechnął się i stwierdził, że kilka minut dłużej go nie zbawi. Że zmieni plany. Należał do tych co lubią pomagać. Pokazałam ręką ok. Wymieniliśmy uśmiechy. Każdy z nas pojechał w swoją stronę. I wiecie co? Przez chwilę przeszła mnie myśl: nie będzie Mu się chciało. Jaki ma w tym interes. Po co Mu to i na to. Jadąc tą samą trasą pół godziny później mojej radości nie było końca. Ani kamyczka. Czyściutka droga. Masełko.

W tym dniu pobiłam rekord przejechanych kilometrów. To miejsce odwiedziłam 4 razy. Jeśli jesteś proszony nie bój się prosić. Bezinteresowność, przychylność i pozytywne nastawienie leży w naszej naturze. Tylko czasami o nich zapominamy. Pamiętajmy, że te cechy służą innym, ale w pierwszej kolejności nam samym. Nie bój się, więc małych uczynków, bo większe do Ciebie wrócą. A Pana za chwilkę zwątpienia przepraszam. Za przysługę dziękuję z wiarą, że dobro szybko do niego wróciło.

Czy jest sens ?

W dobie komercji i pogoni za lepszym jutrem. W dobie gdy ciągle słyszysz kup coś lub sprzedaj. W dobie gdy ciągle coś jest lepsze lub gorsze, cały czas czuję w powietrzu jakiś przerost formy nad treścią. Przeliczę, więc, porównam, sprawdzę. Zapytacie: Po co ? Bez tego czasami może się okazać, że ciągle gonimy zajączka. Nie dajmy łapać się, więc w sieć lub pułapkę. Zauważajmy. A jeśli już podejmiemy jakieś kroki róbmy to świadomie, zadając Sobie pytanie. Czy ma to sens ? Po to, aby nie wpaść w pułapkę, gdzie ciągle coś człowiek ma dużo, a jednak jakoś tak mało.

Bo chociażby:

Czy jest sens budowania przy domu placu zabaw dla dzieci ?

Tak. Jeśli będziesz tam czynnie spędzał z nimi czas. Myślenie dorosłych jest proste. Postawię przy domu huśtawkę. Zrobię domek na drzewie. I może jakąś zjeżdżalnię jeszcze. Taki full wypas. A potem powiem: Zobacz malutki to dla Ciebie. Idź Kochanie i baw się. Dziecko idzie sprawdzi raz czy dwa, a potem zabawki idą w zapomnienie. Bo tam przecież życia brak. Towarzystwa nie ma. Nie ma na tyle pup co by kurz ciągle ze zjeżdżalni ścierało. Nie ma nikogo kto przez przypadek uderzy w nos i z kim można rywalizować. Koleżanki czy kolegi nie uraczy i raczej tak pusto i smutno. Za prawdziwym placem się dziecku tęskni. Za tym starym co można kolana poobdzierać razem z innymi.

Czy jest sens kupna samochodu w dużym mieście ?

Oczywiście. Jeśli masz dzieci małe i do szkoły mają nieco dalej. Gdy ciągle gdzieś bywasz. Jeśli posiadasz nieco więcej pieniędzy na wykupienie miejsca parkingowego i pamiętasz żeby mieć drobne na parkometry. Kiedy lubisz pamiętać o przeglądach na drugim końcu miasta i jeszcze ubezpieczeniach. Gdy lubisz przedzierać się godzinkę w korkach, żeby potem przesiedzieć 8 godzin w pracy i wracać godzin dwie, bo pech chciał wtedy całe miasto wraca. W dużym mieście pełny bak i cierpliwość to podstawa. Oj ile by się człowiek taksówkami rozbijał i woził jak król, gdyby umiał przeliczyć. Oj jakby środowisko na tym skorzystało gdyby człowiek w autobus co ma specjalne pasy wydzielone i szybciej jedzie wsiadł. Oj ile zdrowia zaoszczędził i ile książek przeczytał po drodze.

Czy jest sens posiadania wielu podobnych rzeczy zamiast jednej ?

Tak. Jeśli wszystkie używasz. Jeśli nadążysz o nie dbać lub jeśli nadążysz je myć czy sprzątać. Jeśli każda ma swoje miejsce czy swojego właściciela. Zatracamy się czasami w kupowaniu, a potem ? Biżuteria głęboko gdzieś w szafie schowana, bo wszystkim naraz nie jesteśmy się w stanie się obwiesić. Kolejna zabawka w garażu stoi, bo ilomaż na raz można jeździć.

Czy jest sens budowanie domu ponad miarę ?

Owszem. Gdy ma się dużą rodzinę. Tak jeśli lubisz ciągle sprzątać lub gdy masz kogoś, kto o dom pomoże zadbać. Dom to energia i ciepło po wszystkich kątach. Dom lubi gdy ktoś się w nim ciągle krząta. Gdy dzieje się w nim dużo. Gdy ciągle gwarno. Nie lubi pustki i nie lubi być sam. I żaden jego zakamarek. Kiedy zapomnisz na chwilę o jakiejś jego części, zaczyna nieładnie pachnieć. Jakby ze złośliwości przestał się myć. Pamiętaj dom lubi towarzystwo i lubi być dotykany. A gdy jest za duży nawet nie jesteś w stanie wszędzie zaglądnąć. O dotyku nie ma mowy. Dopasuj dom do własnych potrzeb. Jak ciucha w sklepie.

Czy jest sens robienia z dzieci „Barbie” ?

Tak. Z tych co strojenie mają w naturze. Bo dzieciom warto się przyglądać. Są takie co ich ziarnko piachu uwiera. Takie co włos ma im z głowy nie spaść. Z różową kokardką i mnóstwem falbanek. Są też takie zawsze czyściutkie co buciki na obcasiku i w poważnej sukience. Wszystko takie dopasowane. I krój i kolor. I to wszystko jest super. Tylko sprawdź czy Twoje to ten model. Inaczej możesz ujrzeć widok ciekawy. Pamiętaj, że są jeszcze takie co jak ich w prześliczną sukieneczkę ubierzesz to od razu mają pomysł jak ją wykorzystać. Chwytają za pięknie odprasowany dół dwoma rączkami tworząc z przodu nieckę. Wypełniają piachem, bo tak lepiej niż w garściach nosić. Te dzieci są pomysłowe i praktyczne. Takie uwielbiam. Barbie tak, ale gdy dziecko tego chce.

Czy jest sens płacenia w Centrum wodnym za basen z falami gdy akurat wakacje nad morzem spędzasz ?

Jak najbardziej. Jeśli lubisz towarzystwo. Tu, zanim falę puszczą rządny fal tłum ustawia się w rządkach. Owszem gdy lubisz czekać. Bo tu ruchem wody steruje człowieczek. 10 minut rozkoszy i 30 minut przerwy. Tutaj pod stopami gładko. Co najwyżej ktoś Ci na stopę nadepnie. Tłoczno, gwarno, szum morza zastępuje muzyka z głośników, bo tu morza nie ma, a, kiedy już się rozochocisz i zabawa przednia fala znika. Pan idzie na przerwę. Jeśli lubisz takie klimaty. Sztuczne fale są dla Ciebie.

Czy jest sens wyjeżdżania daleko ?

Naturalnie. Bez dwóch zdań. Jeśli jesteśmy kilka rzeczy świadomi. Jeśli nie męczą nas wielogodzinne i nocne jazdy samochodem, odprawy na lotniskach oraz wszystkie wyzwania gdy podróżujemy z dziećmi. Gdy latanie to dla nas czysta przyjemność. Kiedy potrafimy zjeść cokolwiek podczas drogi, a potem jesteśmy otwarci na całkiem nowe smaki i liczymy się z tym, że może nas spotkać w toalecie przygoda. Gdy nie przeszkadzają nam różnice czasowe, które czasami musimy odespać.

Przyglądam się ludziom. Słucham. Jak cieszą się urlopu i o egzotycznej wyprawie mówią. Cieszę się razem z nimi. Indie, Peru, Kambodża, Kuba. O rany myślę jak super. No i wracają ludziska z tego urlopu. Tydzień byli, bo urlopu więcej nie ma. Dwa dni podróży w jedną stronę i dwa w powrotną. A, że dużo zobaczyć się chciało, bo to wyprawa życia to jeszcze loty wewnętrzne i ciągłe wycieczki. Dużo zobaczyli. Wracają, a na buzi zmęczenie. Przygoda jednak niezapomniana. Egipt. Bo cieplutko, bo morze, bo baseny, bo owoce egzotyczne na drzewach. A potem codziennie to samo. Śniadanie, plaże i to samo ciepło przez cały rok, kiedy nie pojedziesz. Obszar ograniczony murem. A za murem pustynia. Jeśli nie jesteś zwolennikiem tego co piszę pamiętaj, że jest też wiele pięknych miejsc nieopodal, poczynając od pobliskiego lasu z dorodnymi jagodami. Potem polskie miasta. Wiele z nich ma swój urok. I góry i lasy. Jeziora i morze. Te na początek polecam. Wszystkim życzę podróży tych dalekich i tych bliskich. Takich, ze świadomością wszystkiego co po drodze. Takie potem cieszą.

Dlaczego złoty krążek idzie w zapomnienie

Wielu z Nas ma ją na dłoni. Niejeden z Was o niej marzy. Wielu ma z nią miłe wspomnienia i niejeden chce się pozbyć, bo mu nie leży. Złoty krążek obrączką zwany przez jakiś czas jest naszym obiektem pożądania. Wyniesiony ponad ołtarze. Historia obrączek na początku zaczyna się zawsze tak samo. Zazwyczaj mają być dwie. Złote lub wydziwiane. Ale zawsze w formie koła nie mające początku i końca. Biegamy po sklepach. Szukamy nerwowo. Decyzja nie jest prosta. Toć to przecież znak wielkiego uczucia i wierności. Takie im przypisano znaczenie. No i musi podobać się obojgu, bo przecież na całe życie. Grawerujemy coś na nich, aby jeszcze podkreślić wzniosłą chwilę lub wykładamy szlachetnymi kamieniami, żeby jeszcze bardziej nabrały oryginalności. Bez nich ani rusz. Bez nich panika w kościele lub Urzędzie Stanu Cywilnego. Kiedy już zdobędziemy cenny przedmiot, kamień z serca spada. Idziemy powiedzieć sobie historyczne „tak”. Jedno drugiemu na palec serdeczny obrączkę zakłada. Są wzruszenia, wiara, miłość i marzenia. Podczas ceremonii pięknie śpiewają, a potem gratulują z wiarą, że każdy dzień będzie wyglądał tak samo. Wtedy jeszcze zauroczeni chwilą nie wiemy, że emocje po jakimś czasie opadają. Bo jesteśmy zakochani i zapatrzeni. Nikt nam jeszcze nie powiedział jak szybko wpadamy w wir życia codziennego i pracy. Nikt nie przestrzega, że niepielęgnowany związek dwóch par może tracić kolory, choć obrączka wciąż widnieje na palcu. Jak z tego całego co jednością miało być na całe życie, może zrobić się połowa. Nie widziałam tego gdy byłam młoda, teraz spotykam się na każdym kroku. Tu sprostowanie. Teraz nadal jestem młoda tylko inaczej.

Biorę obrączkę pod lupę i badam zadając sobie podstawowe pytania. Po co nam symbole ? Po co biżuteria, na którą niektórzy są uczuleni ? Czy nie wystarczą słowa ? Rozglądam się po dłoniach i historii ludzi słucham. U niektórych widzę ręce splecione i oczy zapatrzone po latach, choć obrączka już dawno z upływem czasu blask straciła. Jedna dłoń muska drugą, czasami para idzie w objęciach chociaż już starsi i choć ludzie patrzą. Miły widok, choć rzadkość. W sklepie do kasy stoi Pan z Panią. Oboje ze złotem na palcu. Ona beszta męża bo się zamyśliił. On staje grzecznie i kuli uszy. To częsty widok. Potem nie ma co się zbytnio dziwić, że życie płata ludziom figle. Kiedy to obrączki lądują w koszu, w najlepszym razie w szufladzie. Złoty krążek staje się symbolem bólu i wszystkich żali, które przez lata się nazbierały. Szkoda mi się troszkę robi tej obrączki. Latami spoczywa na palcu i znosi dzielnie wszystko. A jak przychodzą gorsze chwile to ona właśnie winna. W niej kotwiczymy nagle wszystkie złe wspomnienia, Wszystkie krzywdy. A, gdzie wszystkie radości, wspólne wyzwania i wielka garść wspomnień ? Gdzie pochowane wszystkie piękne chwile, wspólne wyprawy, przygody, radości, wspólne wyzwania zakończone sukcesem? Warto czasami się zastanowić co dla nas jest ważne. Które chwile pozostawiać w pamięci. Gdzie wspomnienia przechowywać, w przedmiocie czy może w sercu.

A czym dla Ciebie jest obrączka ? Jest częścią Ciebie, czy może już nie spoczywa na palcu pod pretekstem spuchniętych palców. Popatrz na swoje dłonie. Spójrz na złoty krążek na sklepowej wystawie. Złote obrączki nasz cały majątek śpiewała Krystyna Giżowska. Owszem mają swoje zadanie do spełnienia, ale czy aż tyle faktycznie są warte ? Przecież jakiej wartości nabierze po latach ten urokliwy przedmiot zależy wyłącznie od Ciebie. Od nas tylko zależy czy w ogóle potrzebujemy go do szczęścia.

NATURALNY SPOSÓB NA ZMARSZCZKI

Przebywając z młodzieżą zawsze czuję dreszczyk emocji. Nadążyć za nimi, zrozumieć, znaleźć wspólny język. Jeśli Wam się uda jest cudownie. Przy nastolatkach zacierają się granice bycia młodym i starym. Przy nich moja energia wzrasta. Z nimi nadążam za tym, co modne i nie myślę czy coś mniej lub bardziej wypada. To oni wiedzą jaką muzykę puścić, żeby dobrze się bawić. Tylko małolat Ci powie: poćwicz pośladki, bo jeszcze mogą ładnie wyglądać. Obcując z młodzieżą często czas zaczyna się cofać. Może to tu tkwi tajemnica wiecznej młodości nauczycieli.

Czego się dowiedziałam i co dostrzegam przebywając z nastolatkami ?  Że nie tylko ja chodzę po sklepie w skarpetkach. Że w modzie cały czas są trampki i jeansy, a także długie włosy, aparaty ortodontyczne, niebieskie paznokcie i jeszcze kapelusze zarówno u chłopców, jak i u dziewczyn. Że kapelusz służy do ochrony przed zdjęciem a czasami można założyć go psu na głowę. Że włosy nadal się kręci, a nie tylko prostuje i że u młodzieży często uśmiech na twarzach gości, ale też i łzy młodzieńczej tęsknoty się pojawiają. Za czym ?  Wiem i Wy też wiecie. Bo każdy z nas jest albo był młody.

Przyglądnęłam się dzisiejszemu młodemu pokoleniu. Jedni tańczą albo grają w siatkówkę, z innymi na rolkach jeżdżę. Jedni lubią chemię, inni będą chcieli zostać informatykiem. Oni i One. Mają nieograniczone wybory. Czasy im na to pozwalają. Życzę im, aby miały otwarte umysły i nie bały się zmieniać zdania czy popełniać błędów. Aby szukały swojej drogi nie koniecznie podążając tylko jedną ścieżką. Życzę, żeby wchodząc w dorosłość pozostało w nich jak najwięcej z dziecka. Życzę im aby napotkali na swojej drodze wielką miłość.

Jeśli macie nastolatka w domu macie dużo szczęścia. W waszym domu wieczna młodość gości i niespożyta energia. Sprawdźcie gdy go na chwilę zabraknie. Nawet tego, co łobuz nazywacie. Spokój nastaje, a może nuda się wkrada ?

DSC00642 DSCF1112 DSCF1081DSC00629 DSCF1035

DSCF1121 DSCF1084 DSCF1119 DSCF1114

JAK DOSTRZEGAĆ TUŻ ZA ROGIEM NIEZAUWAŻONE

Czy widziałeś kiedyś kwitnąca wiśnię i miliony jej drobniutkich płatków, z których wiatr na asfalcie obrazy malował ?. Czy miałeś okazję poczuć słodkawy przyjemny zapach bzu, wymieszany z zapachem powietrza po deszczu ?. A może chodziłeś kiedyś po lesie i słyszałeś owady siadające na białych jak śnieg dzwoneczkach konwalii ?

Nie trzeba jechać do Japonii oglądać kwitnących wiśni. Nie potrzebujemy holenderskich tulipanów. Nie warto szukać pięknych kwiatów po świecie. Wystarczy przyjrzeć się wiośnie. Rozglądnąć po pobliskich polach i unieść głowę ponad horyzont. Wiosna zachwyca kolorami, zapachami i tym co się wokół roślin dzieje.

Nawet zwykłe mlecze o żółtych jak słońce główkach, które potem zamieniają się w puch, potrafią nas zachwycać. Dla tych co chcą mieć trawkę jak na obrazku, wiele roślin jest oczywiście zmorą ogrodu. Czasami przyglądam się jak toczą odwieczną walkę z naturą. Niektórzy nie walczą. Z mleczy miód robią. Natura dała to biorą. A zanim zbiorą podziwiają.

Za chwilę przed nami następne pory roku i następne niespodzianki. Żyjemy w kraju w którym każdy znajdzie coś dla Siebie. Gdzie narciarz doczeka się śniegu a serfujący słońca. Gdzie jeden czeka z utęsknieniem na pierwsze pierwiosnki, a drugi tęskni za kasztanami, których rudopomarańczowe mięsiste liście, mienią się w promieniach jesiennego słońca.

Zazdrościmy Egiptowi gorąca, ale spróbujmy pomieszkać cały rok skąpani każdego dnia w pustynnym skwarze. Podziwiamy Islandię gdzie przez większość roku wieje, kiedy u nas wiatr tylko od czasu do czasu zawita.

Zanim zaczniesz szukać swojego miejsca na ziemi, zauważ to czego nie zabierzesz do walizki ze Sobą. Kiedy wyjeżdżasz na wakacje pamiętaj o tym co zostawiasz. Zanim zaczniesz zazdrościć, pomyśl czego mogą zazdrościć Ci inni.

20160507_08494120160521_145834 20160521_145646 20160521_145541 20160516_185111 20160515_143339 20160515_143309_001 20160507_194658_001 20160507_085548 20160507_085455 20160507_085201 20160507_085140_001 20160507_085024 20160507_085007 20160507_084933

CZY PERFEKCJA SIĘ NAM OPŁACA

Czasami w uszach grają mi ludzkie myśli:

Coraz częściej chcemy być lepsi, mądrzejsi, i mieć figurę jak z obrazka. Zamierzamy wiedzieć wszystko. Pragniemy wygrać. Chcemy żeby było nas stać. Musimy być na czas i nad wszystkim panować.

Już sam fakt że nie zrobiliśmy wszystkiego co zaplanowaliśmy, nieźle potrafi popsuć nam humor.

Czy łapiesz się na tym, że chcesz być idealną istotą ?. Mieć idealny porządek. Perfekcyjny makijaż. Bez zarzutu przyciętą brodę. Chcesz ćwiczyć na medal i wygrywać zawsze. Genialne mają być Twoje dzieci, skoro Tobie się nie udało. Czyste wstawać od obiadu i mieć w szkole wyniki najlepsze. I chodzić do muzycznej i uczyć się języka. Co najmniej jednego. Wtedy jest dobrze. Choć mogłoby być jeszcze lepiej.

Czy nie masz wrażenia, że w życiu gonimy jakiegoś króliczka ?. Że dzieci nie mają dzieciństwa, a dorośli nie potrafią cieszyć się zwykłą chwilą ?.

Idę na basen. Po raz pierwszy w życiu przepływam 100 długości. W płetwach. Basen ma 25 metrów. Duma mnie rozpiera. Pierwsza napotkana osoba i jej słowa: W płetwach się nie liczy. A ja myślę – I co z tego. Osiągnęłam to co niedawno było nieosiągalne. Bo mnie naszło akurat teraz. Udało się. I jestem z Siebie dumna. Uśmiecham się i przypominam czasy, kiedy perfekcjonistką byłam. Teraz lubię wyzwania ale nie wszystkich się podejmuję. Albo podejmuję się, gdy mam na to ochotę. Liczę się z błędami i jest mi z tym dobrze.

Wracam z pracy. Małolatka pyta, czy my się łamiemy i dlaczego. Nóżki, rączki. Jesteśmy tylko ludźmi tłumaczę. Przydarzyć się może każdemu. Do ideałów nam w tym wypadku daleko.

Uwielbiam dzieci których mamy pozwalają popisać się mazakiem olejnym i nie wyciągają konsekwencji. Kocham ludzi, którzy stawiają Sobie i innym wysoko poprzeczki, ale wiedzą, kiedy zamiast przeskoczyć warto odpuścić i przejść pod nią.

Perfekcjonizm. Warto się mu przyglądać i nie pozwolić aby za nos nas wodził.

DSCF0215DSCF0222DSCF0234

TAJEMNICA DRUGIEJ MŁODOŚCI PŁYWAKÓW MASTERS

Choć wyniki są ważne, ta historia jest o tym, co nie widać na tablicach.

Jeszcze kilka lat temu o niczym takim nie słyszałam – Puchar Polski 2016 w pływaniu Masters. Ktoś powie, nuda. Też tak kiedyś myślałam. A teraz wszystko się zmieniło. Przydałoby się więcej oczu do patrzenia i więcej rąk do obsługi aparatów.
Wchodzę. Ludzi jak w filmie Zacka Snydara „300 ”. Rozglądam się po zawodnikach. Jakbym walecznych Spartan widziała. Do tego sędziowie, ratownicy, obsługa, kilka małych istotek, fotoreporterzy i ja.

Ruch i gwarno. Woda czeka zwarta i gotowa. Jej niebieski kolor mnie urzeka.  Rozpryskiwane w górę przez zawodników krople wody, muśnięte dodatkowo światłem, wyglądają jak kryształki Swarovskiego. Co rusz lądują na moim ubraniu. Zakładałam że sucha to ja tu nie będę. Ciuchy schną szybko. Powietrze jest wilgotne i ciepłe. Szybko robi się ciężkie. Faluje przed oczami. Coraz trudniej o świeże. Odczuję to wieczorem.

– Spoglądam na tych co czekają na swoją kolejkę.

Mięśnie u obu płci często wyrzeźbione, ale i brzuszki czasami się pojawią. Ćwiczenia robią swoje. Lata również. Słyszę od sympatycznej Pani i sympatycznego Pana: Brzuch przeszkadza, oj przeszkadza. I wskakują do wody. I płyną. I nawet wygrywają. Czyż to nie piękne ?
Robię szybki przegląd odzieży. Frotowe skarpetki. Jedna ubrana na lewą stronę, druga na prawą. Pośpiech, a może nerwy. Na innych stopach pięciopalcowe, kolorowe, zabawne. Najważniejsze że stopy grzeją. Obok Pani paraduje w różowym ponczo. Widać stroje profesjonalne startowe, ale są też mniej wyszukane.

Rozglądam się dalej. Tak wygolonych męskich nóg, pleców i torsów to ja dawno nie widziałam. Niektórzy nawet brody i wąsy pogolili na tę okazję. Dlaczego ? Bo w wodzie liczą się szczegóły. Szybciej się płynie i można zaoszczędzić sekundę. Możecie się pod nosem uśmiechać, ale to ważne.
Jeden taki mistrz biegnie na podium bez koszulki bo nie zdążył na siebie włożyć.
Czuje się różnorodność. Dyrektorzy, lekarze, nauczyciele, rolnicy, emeryci. Wszyscy marzyciele w jednym miejscu. Ukończone szkoły, profesje, zasoby pieniężne i wiek nie są tu ograniczeniem. Tutaj lata w tabele tylko wpisane.
Jedni ćwiczą od zawsze. Inni powrócili po długiej przerwie. Jeszcze inni tak naprawdę od niedawna, bo pokochali wodę. Zrzeszeni oraz Ci, co do żadnych sekcji nie należą, bo często nie mają możliwości.
Szanse nie do końca wyrównane. Ale jakie to ma znaczenie. Różnią się od Siebie, ale różne są też ich cele. Żyją wodą i tą właśnie chwilą. Wspierają się i podpatrują. Kibicują Sobie nawzajem. A pod wieczór razem dobrze bawią.
Słabość czy niedoskonałość, te słowa do nich nie pasują. To ludzie otwarci, pozytywnie nakręceni. Przebywanie wśród nich to czysta przyjemność.
Przed chwilę jeden z nich odebrał medal, wtula synka, drobnego kilkulatka. Obok dumna niewiele starsza córa.
Dzieciaki sprytne zaradne. Czekają na tatę. Na ławeczce kobieta z małą flagą. Ze swoim zespołem mocno się integruje. Uśmiech od ucha do ucha. Jedzie na drugi koniec Polski choć koszty wpisowego i noclegu nie raz mocno obciążają jej budżet.

– Zerkam na wodę i na tych co w wodzie.

Ostatnie ruchy ręką przed płytą rejestrująca wynik. Za każdym razem podobna reakcja. Zawodnicy dopływają do mety. Ręką łapią za słupek startowy. Wzrok wędruje na tablicę z wynikami. Pierwszy oddech za metą. Oddechu brakuje. Łapią powietrze jak ryba. Serca biją mocno robiąc delikatną falę przy brzegu. Kiedy się wsłuchasz, na pewno bicie serc usłyszysz. Spojrzenie na tablicę z wynikami. U wielu uśmiech na twarzy, która po wysiłku nie doszła jeszcze do Siebie. Twarz mówi wszystko. Ręka w górę. Nie muszę patrzyć na cyfry. Rekord pobity. Są Ci co dopływają dużo później. Oni mają inny cel. Dopłynąć. Również wygrywają. Z własnymi słabościami. Udowadniają, że w każdym wieku można. Wychodzą z wody, bo do skoku przygotowują się następni.
Kiedyś zastanawiałam się po co te drabinki. Z wody przecież można wyskoczyć. Teraz wiem po co. Po takim wysiłku nogi odmawiają posłuszeństwa. I nasz silnik sercem zwany również. I układ oddechowy. Wszystko przez chwilę na pełnych obrotach. Przegrzane. Wychodząc z wody nogi iść same nie chcą. Na twarzach uczestników pojawia się radość, zaskoczenie, zmęczenie i satysfakcja.

– Rzut oka na sędziów.

Sędziowie uprzejmi i rzetelni. Trudno ich nie zauważyć. Białe koszulki z dużym napisem na plecach. Jest ich tu masa. Bez nich żaden system nie da rady. Jednostka ludzka której nie zastąpi żadna maszyna. Widziałam jak kibicują i klepią w nagrodę po ramieniu.

Namierzam komentatora. Jego przyjemny głos prawie nie milknie. Miejsce niepozorne. Malutki stoliczek. Ale pełna profeska. Ja jestem z tych spóźnialskich, a on potrafi skończyć przed czasem. Komentował to co w wodzie na przemian z ogłaszaniem wyników. On cały czas mówi. Bez przerwy przez wiele godzin. Słowa pochwały docierają do mojego ucha z różnych stron. Zasłużenie powiadam.

– Rozglądam się po kątach.

Dzieci opanowały zapomniany w trakcie zawodów mały basen. Bez nich świecił by pustkami. Dzięki nim woda w tym miejscu odżywa co jakiś czas. Radzą Sobie same. Czekają, a w międzyczasie odbierają dumnie zdobyte przez rodziców dyplomy i medale. Gatki opadające. Siostra poprawia bratu. Cudownie szczęśliwe. Woda to dla nich żywioł. Bawią się. Tu nie ma rywalizacji. Zmagają się starsi obok.

Znam czy nie znam. Kibicuję wszystkim. Szczególnie tym, których co dzień widuję. Bo widzę z jakim zaangażowaniem ćwiczą i jak się przygotowują. Ile ich to stresu i czasu kosztuje. Czasami zabawni, jak morsy w wodzie wyglądają. Czasami w słowach nie przebierają. Sumienni, posłuszni, systematyczni. Dobrze życzę również kobiecie o niezłej figurze. Bo obok mnie stoi jej mąż z kilkumiesięcznym dzieckiem. Czekają dzielnie. Jest też kawaler, któremu przy wejściu na słupek sędzia pomaga. Dlaczego ? Bo nogi odmawiają posłuszeństwa. Ponieważ wiek zrobił Swoje. Gdyż to jego 3 konkurencja. Daje mu tak koło 70 – tki. Płynie i dopływa mety. I jestem z niego duma. I mówię Sobie jesteś dla mnie wzorem.

Jestem tu dzięki uprzejmości tego co ma moc decydowania.
Jestem po to aby uchwycić w wodzie emocje. Dla mnie jest to wyzwanie. Bo z pływakami to jest przechlapane. Żartuję. Ale prawda jest taka. Zasuwają szybciutko. Ślizgają się pod taflą. Czasami widać kawałek ręki, czasami czubek głowy. Nic więcej. I na nic prośby płyń wolniej. Nie słuchają, bo przecież oni po medal płyną. Woda do tego się dokłada. W obiektywie kolory zmienia. I rozmawiaj tu z takimi i z taką. Nie ma gadania.

Przerwy to czas na przemyślenia, odpoczynek czy przygotowanie taktyki. Czasami słyszę chwile słabości. Wiara gdzieś znika. Ktoś mówi: Nie dam rady. Zasuwaj w myślach powtarzam. Zaraz potem robię mu zdjęcie jak na podium staje. To niesamowite jak głowa potrafi nas oszukiwać.
Zbliża się wieczór. Do hali dociera coraz mniej promieni słonecznych. Zmęczenie u wszystkich wychodzi. Również u mnie.
Zostają wspomnienia. Nagle wszyscy zniknęli. W oddali słyszę tylko spokojne rozmowy pod prysznicem i szum suszarek.
Wychodzę prawie ostatnia. Tafla wody spokojna, gładka, nadal w tym samym intensywnym kolorze nieba. Odbijam się w niej jak w lustrze. Uśmiecham sama do Siebie i mówię: Nie masz umiaru w tym przyglądaniu się. Zmykaj Jolu do domu.

DSCF0754DSCF0731DSCF0677DSCF0615DSCF0561DSCF0537DSCF0531DSCF0513DSCF0478DSCF0471 DSCF0434DSCF0424DSC00423 DSCF0422DSC00439   DSC00369 DSC00364 DSC00362 DSC00335 DSC00330 DSC00246DSC00272   DSC00208  DSC00134  DSC00058 DSC00042  DSC00004 DSC00002

DLACZEGO OCZY CZASAMI BŁYSZCZĄ

Klubokawiarnia. To miejsce, które dla mojej pociechy jest drugim domem. Miejsce stworzone dla rodzin z dziećmi. I dla tych co lubią domowe ciacho oraz herbatkę zimową, taką z cynamonem pomarańczą i goździkami. I pogawędki z przemiłą właścicielką. To miejsce dla tych, co chcą usiąść i poczuć się jak w domu. Miejsce niezwykłe. Ogromny pokój zabaw dla dzieci. Druga sala wygląda jak wielki salon. Rozsiadam się na kanapie i wyciągam nogi. Po pracy tu wpadłam, razem z córcią.
Popijając herbatę przyglądam się. Twarze starszych, jakby znudzone. Małżeństwa, wujkowie, koleżanki, babcie.Tkwią w oczekiwaniu na pociechy. Dzieciaki oczywiście wesołe. Bo to przecież dzieci.
Dwie Panie siedzą obok Siebie każda myślami gdzie indziej. Mało uśmiechów. Powodem piątkowe popołudnie ? Nie sądzę. Mam wrażenie że taki nastrój trwa u nich nieco dłużej.
W oczach tych ludzi widzę … No właśnie. Widzę oczekiwanie. Słyszę myśli. Ach ta codzienność. Czuję jak brakuje bliskości. Przyzwyczajenie do przedmiotów, zdarzeń oraz drugiej bliskiej osoby. Nic więcej. Szukam zatraconej w codzienności miłości. Od której wszystko się zaczyna. Pięknej, którą zapominamy pielęgnować. 

Na salę wpada młoda dziewczyna. Nastolatka. Nie wpada. Ona prawie frunie. Dba o Siebie dla kogoś. Oczy błyszczą jakbym w żar ogniska patrzyła. W niej drzemie wielkie uczucie do drugiej osoby. Ja to czuję wszystkimi zmysłami. Chwilę pobyła. Rzuciła kilka słów. Rozpromieniona. I jest w niej tyle życia. Tyle chęci dawania. W torbie ma prezent dla chłopaka. Ale da mu dużo więcej
Da mu radosną Siebie.
Wyszła prawie tak szybko jak się pojawiła.

Mija kilka minut.
Przy narożnym stoliku plecami do mnie Sympatyczny Pan po trzydziestce od kilkunastu minut siedzi. Z córeczką przyszedł.
W drzwiach pojawia się kobieta. Różowa buzia. Patrzy na mężczyznę. Pan na nią. Oczy obojga iskrzą. Przytulasek był. A potem usiadła. Oboje szczęśliwi że się widzą, choć nie widzieli się raptem chwilę. W sali zrobiło się jakby jaśniej. Zapatrzeni w Siebie rozmawiali. Słuchali nawzajem. Wymieniali spojrzenia. Z każdą minutą wydawało mi się że młodsi.
Cóż za Energia.
Patrzyłam. Bo ja taki trochę podglądacz jestem.

W przeciągu pół godziny miałam szczęście obserwować prawdziwą miłość. Czytać ją. Patrzyć co robi z nami ludźmi. I co dzieje się z Tymi którzy ją zatracili.

Mina siedzących zagubionych w czasoprzestrzeni kobiet okazała się bezcenna. Panie zamarły. Patrzyły na parę. Buzie otwarte. Jakby ktoś wybudził ich ze snu głębokiego. Jakby ktoś otworzył im oczy i powiedział: Patrzcie.

Prawdziwa miłość. Czekajcie na nią. Rozglądajcie się. Jeśli poczujecie że to ona. Nie zmarnujcie. Pielęgnujcie. Bo pojawia się bardzo rzadko. Patrzcie ludziom w oczy.
Patrzcie na twarz, uśmiech. Często tam miłość pojawia się najpierw.
Kochania bez granic i bycia kochanym życzę.