Dwa kółka i ja 2/2

Dzień dobry Państwu
Pani na scenie mocno przeciąga słowa, mówiąc lekko przez nos. Witamy w Malińcu. Między słowami zęby zaciska, co by „Ee” się nie przedostało albo nie daj Boże wstydliwe w tym fachu „Yy”. Swojsko się robi, a jednocześnie tak profesjonalnie.
Dla Pana mam coś mocniejszego. Gdzieś za uchem dobiega. I jeszcze: Dekoracji Kochani nie zjadamy! Słyszę od obrotnej Pani i zerkam nieco w górę na ozdoby z gałęzi, na których wiszą grona i czerwona jarzębina. Dalej: Ta kasza umaszczona z boczusiem to palce lizać. Niezła jest. Szkolenia z zaradności w codziennym życiu na tysiąc procent ma zaliczone. Oj! Sprzedawać kobitki to tu umieją i ta z różowymi paznokciami co całą noc piekła i ta z perłowymi, długimi koralami.

Dzień Karpia
W Malińcu króluje ponoć Karp. Jak dla mnie to gryczaki i jaglaki, ciasta ze śliwką i żubr, ale ten bardziej na obrazkach. Zjadam i dokładkę biorę. Brzuch mi nadyma jak balon. Wodę piję, bo gorąc. Ludzie degustują, oj degustują dużo mocniejsze trunki. Chociażby żurawinówki na bimbrze ważone. Obok grzecznie przetwory sprzedają i napis „Polska smakuje”. Oj jak ona smakuje tylko tam za zakrętem.
Wokół rowery. Są wszędzie. Te pod płotem, na ziemi od przypadku rzucone i te pod tujami. Bo nie jeden co moja grupka wpadł na przejażdżki pomysł.
Krótka rozmowa o dziecięcych zabawach z takim co pół życia na rowerze spędza i spacer po straganach. Pistoletu, rewolweru metalowej zabawki o nazwie „Precyzja”, gdzie z dzieciństwa nieco więksi chłopcy pamiętają, nie wypatruję. Za to kolorowe wiatraczki balony z helem i pierścionki prawie jak zaręczynowe błyszczące w promieniach słońca, a i owszem.
Czerwone wielkie wozy zjechały się z okolic. Bez chłopców ognia znawców, nie obejdzie się. Nie na takiej imprezie. Stojący na środku drogi strażak, na przekupkę w jasnym kapeluszu spogląda. Głos niesie się na obrzeża: Jeszcze nic nie wypiła, a już ją nogi noszą. Znają się jak nic i w żart wiele potrafią obrócić.
Ów Pani pod jarzębinami, tańczy do słów: Czarodziejko czaruj, czaruj i miłości mi nie żałuj. Tańczy również dla strażaka.

Marvel
Jestem sama, żądna tańca, a tutaj przy stole męskie rozmowy o trunkach i alkomatach co wiele mają z nimi wspólnego. Dobrze, że jeszcze taneczne Bieszczady w pamięci. Na scenie Marvel króluje. Okularki lustrzanki błyszcza we wszystkich kolorach. Niebieskie portki. Taki wręcz „helegancki” i ułożony. Dla wielu przystojniak. Przy stoliku zwykłe rozmowy:
On śpiewa.
– Nie on! To playback.
A nigdy w życiu.
– Na żywo jak nic.
O jak ja lubię to męskie przekomarzanie. Dopatruję się. Marny ze mnie znawca małego kłamstewka. Odpuszczam. Playback nie playback co to za różnica. Muzyka dudni na środku nieużytków. Jest moc. Smutno, gdyby jej nie było.

W Malińcu w wielu miejscach GPS nie działa. Wszystkie inne cywilizacyjne dziady podobnie. Komary pod parasolami milkną, bo im gorąco. Cale ławeczki ruszają się i to nie przez owsiki. Bardzo głośno.
Mało jeszcze tych, co po niedzielnym obiedzie przyszli, i co kościół wcześniej zaliczyli. Sami mieszkańcy zejdą się, podejrzewam dopiero wieczorem. Na razie królują w głównej mierze rowerzyści, znawcy motorów, strażacy i jeden traktorzysta.
Ludzi mało. Na środku miejsca, które polem jest na co dzień sąsiada, Harley tańczy i jego dziewczyna. Czarne skórzane spodnie i twardy wysoki but i ten specyficzny zapach zdobywców szos. Jest tutaj ich kilkanaścioro. Ile oni mają luzu w sobie. Wiek niejednemu włosy już popiołem przyprószył a oni ciągli marzyciele w kurzu i decybelach spełniają swoje marzenia.

Malińcowe widoczki
Pytam kolegi, bo nie w głowie mi liczenie. 34 km mam już za sobą. Jeszcze powrót. Rozkładam się na trawie. Niebo płynie. A może to raczej chmury się przemieszczają? Jeden pieron. Marvel dalej śpiewa. Przekręcam lekko głowę. Pomiędzy źdźbłami traw w oddali linia drzew i rzeczka płynie. I las chłopaków co stróżką żółtego płynu znaki kręcą w powietrzu, aż ten na ziemie upadnie. Albo równym rytmem. Na tym się nie znam, ale ile facetów tyle technik. Uwaga: Nie podglądam. To oni mi w plan weszli. Sikać właśnie tam przyszli. Toi Toia nie wypatrzyłam. Radzą sobie, więc jak mogą. Zamykam oczy. Na scenie buzia prowadzącej się nie zamyka. Po to tu jest. Troszkę ciszą lasu się zachwycam. O cholibka, zapomniałam. Tak wiem, miało być o rowerach. No to na nich czas teraz.

Czas powrotów
Wstrzelić się w termin. To najważniejsze. Nie zawsze się udaje. Dzisiaj tak i ani sekundy nie żałuje. Zanim dotarłam do miejsca, gdzie zaczynałam, nowe trasy i plany kłębiły się już w głowie. Wróciłam do domu. Zsiadłam z roweru. Ups! Nogi odmówiły posłuszeństwa. Jak z waty! Tyłek miałam wrażenie, wyglądał jak ziemia, zanim Eratostenes pomierzył jej obwód. Popatrzyłam w lustro. Dobrze, że to tylko złudzenie. Siku. Ledwo doszłam do toalety. Zwieracze mówiły: Proszę! Nogi – Ani kroku dalej. W końcu ciało się dogadało. Padłam na długo. Rower pokochałam nie od pierwszego wejrzenia, ale małymi krokami. Nawet za bolący tyłek. Ponoć po jakimś czasie się przyzwyczaja. Sprawdzę. A Wy?

Dwa kółka i ja 1/2

Nieopodal w lubelskim
Nieopodal w lubelskim jest mała miejscowość przy drodze. Maliniec ma na imię. Docieram do niej na niczym innym jak na rowerze. A oto cała historia.

Troszkę wspomnień
Rowery mnie mało kręciły. No może połowę dzieciństwa, przejeździłam na pomarańczowym dziecięcym składaku. Drugą połowę przewisiałam głową w dół na trzepaku. Często głową w dół dodam. Beztroskie chwile. Potem długo, długo, dłuuuugo nic nie było przygód z rowerem. Była też wycieczka nie do końca chciana i niefortunny upadek do rowu razem ze sprzętem oczywiście, bo jakże inaczej. Nauczka? Nie. Nauka: Krótka wyprawa w dzień, kiedy dzień do najlepszych nie należał no i masz ci los. Jeśli za czymś radość nie idzie, to idzie frustracja, a za nią niezadowolenie i kontuzje. Potem znów dłuuugo nic nie było i niesmak. Minął rok. Na rower znajomi namawiali. Pojechałam. No całkiem, nawet powiem bajer, bo cóż za towarzystwo. Następnie przez przypadek poznałam takiego, co rowery jego pasją są. Jazda? Też, ale również składanie. Nie miał czasu, na to, co lubi? No tu powód znalazłam. Usłyszał: Złóż mi rower. I tak się znowu zaczęło i dla mnie i mniemam dla niego. Minął rok i jeszcze jedna zima. Cierpliwość popłaca. Wsiadłam. Prosty, troszkę więcej niż składak, a do tego taki od serca i na zawsze. Jak ulał. Rowerowożenie tyłka wróciło. Przełamałam się. A potem przyszło już prawdziwe lato i wakacje.

Dzisiaj, czyli niedziela, ale jaka!
Czas goni. Za długo się kręciłam. Rower jest. Samochód również. Rozwiązanie wydawało się proste. Pierwszy odcinek 10 km podjadę samochodem. Potem 50 km pokręcę się na dwóch kółkach z innymi po okolicznych lasach. To cyfra bezpieczna i sprawdzona. Samochodem wrócę.
Proste? Wydaje się bardzo. A jednak figa z makiem. Rower do samochodu w żaden sposób nie wlizie. Upycham, skręcam, wciskam. Na koniec się zblokował pieron. Ani w te, ani we wte. Nawet ładnie prosiłam. Wystaje za bardzo z bagażnika bestia. Moja mina różne formy przybiera. Włącza się funkcja pomysłowego Dobromira. Chwila zastanowienia. Zerkam na inny samochód. Wręcz pluszowe siedzenia. Szkoda? Nie mam litości. Nie dzisiaj. Limuzyna czy nie limuzyna jest potrzebny i basta. Niska, lecz za to dłuuuga bestia. Znowu wydaje się, że będzie dobrze. A tu drzwi nie mogę domknąć. No to mam naprawdę zagrychę. Przydałby się Van. Rozglądam się. Wokół tylko trawa i drzew kilka. Nie zawsze człowiek osiąga to, czego by chciał. Wtedy pozostaje pokora. Pozostaje zasuwać jak najszybciej, włączając do pracy własne mięśnie głównie nóg. Inni, albowiem czekają. Nie ma co kląć ani się obrażać. Czapka jest. Woda. Paluchy z butów wystają? Nic nie szkodzi. Sprawdzam chęci. Nadal są. To najważniejsze.

Rowerowi kompani
Jacy
są? Różni. Zależy, jaką sobie postawisz poprzeczkę, takich szukaj. Na tej wyprawie mam i prawdziwych znawców i takich co pierwszaczki. Znajome i całkiem to nowe twarze. Radośni to ważny element wyprawy. Tego, co na liczniku 0 i 5000 nie odróżnisz. Jeden za drugim albo obok jadą w równym tempie. Rozmowy o wszystkim. W parach i trójkątach.
Patrzę po sprzęcie. Różny, różnisty. Jednemu jakoś tak koło na boki ucieka, innemu kierownica na lewo znosi. Duży rower a mały właściciel. Małe sprzęcicho i duży człowieczek. Ciekawe zestawienia. Za mną dwukółka innego skrzypi jakby coś powiedzieć chciała typu: Ja już nie taka młoda. Gdzieś w przerwach ciszy dostaje od lasu odpowiedź: Ale taka stara też nie. Dasz radę Złociutka. Dasz radę. Bez narzekania.
Czy rower ma tu więc znaczenie? Żadnego. To odpowiedź dla tych, co wymówka jest: Ja nie mam dobrego sprzętu. Ja się z takim wstydzę. Ma mieć dwa napompowane kola i hamulec. Ma jechać przed Siebie i w drogę. Słyszę mały wdzięczny trzask, Ti dit. Ti dit, operacja zmiana. Słyszycie to? Ktoś przerzutki przerzucił, inny po chwili na szybko wyskoczył na siku do lasu. Jadę i słucham. Jadę, gdzie droga z horyzontem się spotyka, czyli prosto ujmując przed Siebie.

Przez las i drogi kręte
Jadę do innych, a potem z innymi. Równe tempo. Chce zrobić zdjęcie, zatrzymuję się a łobuzy już daleko. Mają moc. Doganiam. Zaglądam w licznik kilometrów kolegi. On ma, więc po co koszty zbędne? Drogi nie pamiętam. Nie muszę, jednak — Jak nie znasz trasy, reszty się trzymaj — tego nauczyłam się podczas pierwszej z takich wypraw. Dzisiaj się pilnuję, bo w grupie raźniej i na pomoc w razie czego można liczyć. Ciepło i pachnie lasem. Kilkanaście osób kręci i, kręci i kręci. Dojechaliśmy wszyscy. Zsiadam a z nieba lampa. Odpoczynek. No bo ileż można tak bez picia.
Wyciągam butelkę ze szlachetną wodą.
c.d.n.

Babskie 6 + 1 cz.8

Bieszczady pachną. Mam katar, ale mimo to do mojego nosa dochodzi sympatyczna woń. Słodkawa jakby z zielonego mchu drzew się wydostawała. Rześka jakby co chwilę ktoś powietrze z rosą mieszał. Jakby pszczoły to wszystko z nektarem tutejszych ziół subtelnie wymieszały. Do tego zapach gliny, która skrywa się pod tutejszą trawą, z której soki czerpią liczne w tym miejscu brzozy. Ja się ogadam, a moja psiapsiuła podsumowuje to w dwóch słowach: Pachnie latem. Woda rano stoi w bezruchu, ryby urządziły sobie polowanie, a ja
Kaczki na wodzie zrobiły zamieszanie. Zaburzyły ciszę. Jak w życiu. Trwanie w jednym stanie nie zawsze nam służy.

Przed powrotem
W samo południe na jeziorze gwarno i ciasno. Różowe, wielkie, pompowane flamingi po wodzie snują się niemrawo. Lekko wieje. Żaglówka przy żaglówce. Mimo chmurek na niebie, jak to mówią lampa. Wraz z upływem godzin inne klimaty. Ranek dla tych, co pragną spokoju chcących popatrzyć na ryby, które chcą się właśnie teraz wybawić. Na ptaki żywiące się właśnie nimi i czatujące na ich jedną małą pomyłkę czy zapatrzenie. Część łańcucha pokarmowego. Kiedy słońce wysoko czas dla dzieciaków, wodne, kajaki i pływające wanny leniwie i bezdźwięcznie poruszające się po wodzie.
Na rowerki ludziska powsiadały. Skrzypiące rytmiczne odgłosy pedałów niesie ze środka jeziora wiatr, aż po sam brzeg gdzie siedzę. Ktoś twierdzi, że to skrzypią ludzkie stawy. Moje czasami strzelają, dlaczego więc miałoby i tak nie być. Jakby narzekały. Ojoj. O Jezuśku. O Matulu. Jak odgłosy osoby z zatwardzeniem, która od godziny nie może opuścić tronu. Odgłosy niemożności zaburzają dziecięce śmiechy i radości. A co z niewiastami? Dziewczyny po dobrze przespanej nocy w oddali nogi moczą w wodzie, na pomoście siedząc. Jakby zawisły w bezruchu. Tylko stopy lekko zanurzone pod taflę wody mieszają ją delikatnie, tworząc charakterystyczne kręgi. Małżonkowie już dzwonią, chcą pomagać, przyjeżdżać, a one łapią ostatnie promienie słońca.

Ponoć: Kto się dużo śmieje, ten jest inteligentny. Zaraz powrót a ja słyszę podsumowanie całej wyprawy: Chyba przesadziłam z tą inteligencją. Bo mnie aż mózg rozbolał. Dobrze się znowu pośmiać. Do diaska z mądrościami. Radość niech nam towarzyszy co dzień.

 

Babskie 6 + 1 cz.7

Z każdym dniem ciekawiej. Słońce znowu wzeszło. Dla niego to codzienność. A co u naszych dziewczyn słychać? Jedna drugiej zimną lokówką włosy niestrudzenie kręci. Inna sprawdza i nie wierzy. Kolana drugiej nie takie jak wczoraj. Czy to oby faktycznie jej są te kolanka? Jeszcze inną pupa boli. Kark jakiś taki niesprawny i napięty. Co jednak wieczorem głowa w tańcu wyczyniała to głowa mała. A może przewiało? Zastanawia się niewiasta.

Dzisiaj wyjazd
Z rana plotki, ploteczki wszechobecne. Kobiety wiedzą wszystko, zanim facet jeszcze zdąży powiedzieć. Oj chłopcy, przecież wy też plotkujecie. Wspomnienia. Słucham, śmieję się do rozpuku i myślę: Czy facet potrafi się tak zabawić? Jestem baba – chłop po budowlance i ponoć z każdym się dogadam. Mam znajomych facetów i stwierdzam fakt: Facet potrafi, tylko w innych nieco klimatach.

Że to i że tamto
Słucham i układam w głowie ciekawostki z ostatnich dni. Czego przesiadując w babskim, gronie nowego można się dowiedzieć?
– Że słowo Bum Bum we wszystkich językach świata od czasów Arki Noego oznacza bez owijania w bawełnę bzykanie.
– Że odpalanie gazów bąkami potocznie zwanych grozi bez dwóch zdań poparzeniem.
– Że mocz dobry na zastrzały więc bez obawy w lesie po nogach można, a nawet trzeba sikać.
– Że jak się za bardzo mentalnie przygotowujesz do opery, to możesz ją po prostu przekimać.
– Że słowo „wnieść” i „wynieść” to dla niektórych mężczyzn niezły orzech do zgryzienia, więc, zamiast wynosić, wnoszą, a potem Vice Versa.
– Że inne słowo: „CIE KAWE” może równie dobrze oznaczać: „CHCĘ KAWĘ”.
– Że ejakulat na co dzień zwany spermą na wysypkę pomaga i dużo, dużo więcej. Cenna wiedza, aczkolwiek nieco rzadziej używana. Sprawdzona przez opowiadające, dotknięta, nie żadna tam dalej podsłuchiwana.
Znalazłam też odpowiedzi na pytania:
W jakich pozycjach nie do opisania kobieta potrafi zasnąć i jak w najprostszy bezinwestycyjny sposób poradzić sobie z hemoroidami. Jednak tu już nie będę głęboko wchodzić. W temat oczywiście.

Boże czy tak się da?
Złapałam się za głowę. Widocznie ludzkie szaleństwa nie mają granic i końca.
Prześmieszne sytuacje, rzeczy, o których słyszymy: Tak nie przystoi, nie wolno, a jednak robimy, to one sprawiają, że wiemy, że naprawdę żyjemy. Dzielenie się nimi z innymi pozwala na niezłą zabawę przez całą noc czy wieczór. Głupotki. Sytuacje nie do wyobrażenia sprawdzone na żywym ludzkim materiale. Kocham je. Tak samo, jak zwykłe opowieści o wnusiach właśnie co świeżo upieczonych babć czy te z podróży, o których tak często przypominamy na FB, nawet jeśli tylko w dwóch zdaniach. To, co usłyszałam tego wieczora to życie zza kulis. Tylko w takich miejscach tylko w spontanie mają swoją prawdziwą leczniczą moc.

Babskie 6 + 1 cz.6

Dzisiaj o babach i facetach wywodów. Tak troszkę tylko o Was dla Was. Tak troszkę w Bieszczadzkich klimatach.

Pytania bez końca
Czy my płci przeciwne potrzebujemy troszkę oddechu od Siebie? Czy da się ciągle tak razem blisko? Czy rozstania wzmacniają, czy cementują? Oj ile ja z rana mam pytań? Ujmę to tak. W życiu za każdym razem stawiam na równowagę. Kiedyś usłyszałam mądre słowa: Kto zrozumie kobietę jak nie druga kobieta? Kto lepiej rozwiąże męskie zagwozdki jak nie tej samej płci przyjaciel? Dlatego warto być razem, a czasem bywać osobno.

Różnice i podobieństwa
Jakie
te baby są? Frustrujące, okropne, a jednocześnie nurtujące i przyciągające. To się da odczytać, chociażby przy pierwszych rozmowach przy piwie. A co z podobieństwami? Jest wcześnie rano. Wchodzę do przyczepy. Spod kołdry wystają znowu jakieś stopy, a kostkę łańcuszek zdobi. Delikatniejsze niż poprzednie z 3 części. Nieco brudne pięty świadczą, że dobrze zabawowe. Od facetów odpoczywają. Inne, a jednak takie podobne. Nawet męskie i żeńskie odgłosy chrapania jakoś takie sobie bliskie. Chrr, Zzzzz, Chrrr. Śpią niewiasty i ci, których przodkiem sam Adam. Jedno w jednej przyczepie, inne w innej. Nawet podobnie się przekręcają, różnią się nieco, dopiero jak wstaną.

Po co i na co
My kobiety w czystej naturze gdzieś wewnątrz mamy dużo do powiedzenia. Nie raz chcemy rządzić. Dlaczego? Ileż to przecież razy pozostawione sobie musimy być w życiu zaradne. Delikatność zastępujemy w końcu siłą, która pozwala nam niejednokrotnie przetrwać. Tłumaczę kobiety? Staram się raczej temat naświetlać.
Kiedy już zaradność ogarniemy, następne kwestie na nas czekają: Która tak ciągle nadąży za Wami? Za męskimi wyzwaniami? Która jest w stanie zrozumieć, jak proste jest myślenie faceta, czy jego postępowanie. Prawdę widzimy tylko tą, co na zewnątrz, reszta przed nami ukryta. Nieliczne mogą usłyszeć od boya zdania, w których słowa — Czuję to i to. No i tak w kółko.
Chowamy się w głuszy, aby od wyzwań naszych, waszych i od samego naszego zawiłego gdybania uciec poniekąd. Bardziej niż od przewijania, sprzątania czy gotowania. Po to te wyjazdy. Dziewczyny, przytaknijcie, że mam, chociaż troszkę racji.

No i ciągnę dalej
Tak. My baby spotykamy się. Zbieramy czasami do kupy. Żeby jedna baba do drugiej mogła troszkę popsioczyć, bo tak się często rozładowujemy. Na koniec często mocnym męskim alkoholem przypieczętować co tylko dobre i to najlepsiejsze w życiu.

O tematach tabu kobiety mówią otwarcie
Również to, że facet nie zawsze jest ok. Podsłuchuję rozmowę dziewoj. Oho. Poleciało troszkę przekleństw. Tak odreagowujemy. Stresy dnia codziennego i męskie niezrozumiale dla nas zachowania. Oj zdziwilibyście się też niejednej silnej kobiecej głowie. Właśnie wstaje kobieta: Uśmiechnięta. Wsuwa porządne śniadanie. Czyżby nam kobietom alkohol pomagał, zamiast szkodzić?

Zakończę moim ulubionym tekstem, który usłyszałam poprzedniego wieczoru od bardzo pozytywnej i otwartej na życie kobitki:
„Pocę się tylko w tańcu i w seksie”. Jakie my potrafimy być dosłowne. Właśnie co oglądnęłam „Sztukę kochania Jakbym Michalinkę Wisłocką słyszała. À propos. O niej też kiedyś będzie. Bo to warta uwagi kobieta z jajami.

Babskie 6 + 1 cz.5

Wieczór. Tańce, wygi bańce, hulańce, czyli: Biesiada taneczna dla wszystkich. Znowu zapytacie? A no znowu. I dziewczyny. Wyobraźcie sobie jeszcze do tego tysiące drobnych przeźroczystych i lżejszych od puchu baniek, na których zielone, żółte czy magentowe promienie świateł się załamują. Delikatne aż nie do opisania, muskające ciało. I dłonie, które pragną je wszystkie wyłapać. Ręce dorosłych ludzi, którym wypada być już tylko poważnym, którzy w tym momencie dziećmi są w 100 procentach. Wznoszą oczy do góry i czekają jak w transie. Tu i teraz. Bez rywalizacji, bo wystarczy dla wszystkich. Bez myślenia o wczoraj czy jutrze. Pod stopami parkiet a po nim stopy drepczą. Podłoga przejmuje drgania a muzyka dźwięki stóp dotykających podłoża, tłumi. Mnóstwo stóp i bańki. Muzyka nie pozwala im się zatrzymać.
Zgaga towarzyszy tego wieczora 6 wybranym. Po smalczyku, a może po trunkach diabelskich? Jedna z nich drapie się po gardle pieszczotliwe. Przejdzie. Czas zrobi swoje, a taniec pozwoli, o drobnej przypadłości zapomnieć. Obok tego wieczoru jedna z na świeżo poznanych matek do piersi czterolatka tuli. Nie pierwszy syn i może nie ostatni. Śpi słodziak, a ona wpatrzona słucha. Chłonie klimat nieco z boku. Tak też można czerpać chwile szczęścia. Przecież mogła je przespać, a jednak i jej się przecież troszkę luzu należy. Bycie matką i godzenie tego, co „moje” to nie lada sztuka, ale zachodu warta.

Jestem tu i mnie nie ma. W tańcu się zapominam. Nie ja jedna.
Kiedy muzyka milknie, radocha z twarzy znika. To miejsce uzależnia, o czym wiedzą właściciele. Dzisiaj miejsce przypominające mrowisko idzie spać powoli, ale ta bajka wraca każdego wieczora, jeśli tylko ktoś ma ochotę.
Jestem w miejscu uzdrowiskowym. Potańcówki, dyskoteki są tutaj jak nieodzowna część terapii. Większość wie o tym. To terapia muzyką i śmiechem nietypowa, ale jak ważna, aby przesłaniać i rozświetlać naszą codzienność.
Wybawiłam się, a moje ciało rozluźniło. Wygrywały endorfiny. Terapia tak naprawdę dopiero nabierała tempa. Bo po dyskotece „6+1” tak szybko nie idą do łóżka.

Pogaduchy po północy
Uwielbiam te chwile, gdy słyszę słowa: A pamiętacie? A u mnie? A rok temu, dwa lata. I opowieści zaczynają płynąć. Te, w które niejeden by nie uwierzył. Te, które wydają się tylko dobrym żartem czy te spoza krawędzi realności. A jednak. Te na wskroś wstydliwe, jak i pełne fantazji i przedziwnych sytuacji. Jak w komediach Monty Pythona czy mojego ulubieńca Rowana Atkinsona. Realne potwierdzone zdjęciami i nie do powtórzenia.

Zerkam już jednym okiem, bo dawno po północy. Z kolumny wydobywają się najpierw piosenki mych lat prawie dziecięcych. Wodecki z jego puentą „Lubię wracać w strony, które znam”. Dziewczyny nucą delikatnie. Sprawdziłam i potwierdzam, że lubią i wracają. Niebawem ranek odkryje tajemnice dnia następnego. Panny po wydaniu podśpiewują coraz ciszej i ciszej: Mydło wszystko umyje i idą spać nieumyte. Takie te moje fajne dziewczynki. Uchichrane posnęły, jakby każdej kroplówkę z procentami zapodał.
Pośmiałam się tego wieczora za wszystkie, a to wszystkie czasy. Mój poziom radości podniósł się do poziomu maksymalnej wesołości. Trzymając się za brzuch, ja również dotarłam do sypialni. Zestaw dla zdrowotności powinien wystarczyć co najmniej na tydzień.
Zasnęłam jak dziecko. Do rana mnie nie było widać, chociaż ja co nieco widziałam. W nocy na twarzy współlokatorki ciągle widniał banan. Tego nam dziewczynom nam potrzeba. Tego brakuje nam ludziom. Odpuścić czasami, wyluzować.

Babskie 6 + 1 cz.4

Niejednego ciekawość zżera. Niejeden chciałby zdjęcie z człowiekiem, który znany ze stroju Adama sobie zrobić. Zaistnieć dzięki temu na chwilkę na portalach czy mieć co opowiadać na najbliższej imprezie. Wielu osobom nie jest doświadczane. Mnie dwa razy w różnych warunkach spotkać człowieka głuszy dano. Zapytał: Lubisz robić zdjęcia? Przytaknęłam. Pozwolił.

Juliusz I Król Świata Włóczęgów. Retrospekcja
Chcesz zobaczyć pustelnika, co tak jak go Bóg stworzył, hasa i mieszka nieopodal? Taką propozycję kilkanaście lat temu dostałam. Skorzystałam. Byłam widziałam. Potem było: Ach. Och, Ech i wiele komentarzy. Byłam młodsza i nie ukrywam, że potraktowałam faceta jak jedną z atrakcji. Dzisiaj jestem dojrzalsza. Dzisiaj jak już mam okazję, chcę spotkać faceta, który wybrał to miejsce i życie, bo miał jeden ważny powód albo małych powodów dużo, dużo więcej. Który dzisiaj stał się legendą, ciekawostką, ale również częścią obecnego wszech pojętego marketingu.
Jak wiele jest iluzją, z tego, co się o nim mówi? Ile ludzi tyle interpretacji? Ja lubię fakty. Wielu osób go żałuje. Wielu uważa za idiotę. O, jaki on biedny! I patrzy z oddali na porozstawiane dookoła ogniska słoiki i pojemniki po tym, co pozostawiają tu dla niego turyści. Na drewniane zmurszałe miejscami trony, które są zlepkiem desek, patyków i tego, co natura dała. Na stare pledy i podarte kawałki materiałów, których trudno doszukać się poprzedniej ich funkcji. Na egipskie symbole, bo Juliusza świat faraonów jeden z ulubionych. I wreszcie na chatkę, w której dach wydawałoby się, że przecieka, ale kto go wie, czy faktycznie? Tylko chyba Juliusz. Ta już dosyć poważnych rozmiarów. Oj litują się ludziska. A jak on sobie tu w zimie radzi? To jeden z częstych komentarzy, kiedy opuszczasz tę krainę.
Tak ogólnie spójrzmy. Jak trudno nam uwierzyć, że w takich warunkach żyliśmy przez setki lat. Że przetrwaliśmy. Że mieliśmy swoje sposoby. Że było nam trudno, a jednak całkiem dobrze. A teraz? Strach się pisze, gdy bezpiecznik wybije w domu, bo przecież kto chodzi spać razem z kurami. Niepokój, gdy sklepy na niedzielę zamykają. Robimy wielkie jak na zimę zapasy, chociaż to tylko 24 godziny. Zbyt duży szok, że można nie mieć na chłodne dni puchowej kołdry czy ciepłej kurtki. Zbyt dużo gadżetów wymyślili, aby z nich nie skorzystać. Wiele oczywiście potrzebnych. Nadmienię. Do epoki z Flinstonów nie czas wracać, z nowinek warto korzystać, ale różne rzeczy się dzieją, gdy przekraczamy granice. Gdy za dużo, czy za szybko.
My cywilizację pragniemy doganiać, uaktualniając co rusz w kompie oprogramowania. Juliusz pustelnik tymczasem z roku na rok trwa w swej głuszy, na bieżąco mam wrażenie, z wiedzą co w świecie będąc. Prawda jest taka, że szybko do zmian jesteśmy przywyknąć zarówno w jedną, jak i w druga stronę.
Patrzę na zadbane jak na to miejsce dłonie człowieka, któremu kilkanaście raptem lat zostało do setki. Rumiane policzki i srebrną, długą, zdrową, błyszczącą w słońcu brodę. Złoty nalot słońce na niej zostawia. Lukam na zmarszczki, których na ten wiek wyjątkowo mało. Gdzie on zimą i czy czasami on idzie do ludzi, a nie ludzie do niego przychodzą? Pod jakim śpiworkiem sypia i czy korzysta z komputera? Niech tajemnicą pozostanie dla wielu.

„Człowiek żyje, póki żyje w ludzkiej pamięci”.
Dziewczyny na łódce biodrami kręcą. Juliusz w cętkowanym czarno białym stroju, przypominający młodziutkiego lamparta z daleka a z bliska zebrę, zapraszającą rękę unosi. Wysiadamy na ląd. Słyszę typowo męski, ciepły spokojny głos: Będziemy razem tańczyć. 6+1 robią wielkie oczy.
Siadam na jednej z ławeczek. Do rąk dostaję wydruk. Jeden z marketingowych prezentów dla Juliusza od cywilizacji. W oko wpada cytat: Człowiek żyje, póki żyje w ludzkiej pamięci.
On, żyje na pewno, dzięki swojej inności. Król Świata Wszystkich Włóczęgów. Świat okrzyknął Juliusza Królem czy pomysł na przydomek do Juliusza należy? Na to nie znam odpowiedzi. Znam na inne: Być królem nie jest łatwo. Taką odpowiedź dostałam.
Ci, którzy się nie śmieją twierdzą: Juliusz prowadzi teatr jednego aktora. Daje wiedzę niezależną. Sam właściciel imienia wspomina delikatnie, że Cambridge o nim słyszało co nieco. Do Hagi jak twierdzi, wysyłał swoją definicję słowa „Pokój”. W IPN ponoć twierdzą, że ma za dużo czasu. Zazdroszczą?
Cisza i nagle od jednej z niewiast pytanie: Czy jesteś szczęśliwym człowiekiem? Łatwe pytanie trudna odpowiedź – Juliusz po chwili rzecze. Sam porównuje się do Jano, czyli Jana Odareckiego. Ten bieszczadzki włóczykij i poniekąd też pustelnik, powiada, iż czuje się spełniony. Wyszedł z nałogu i dał misję. Udało się. Słucham bacznie Juliusza: Ja też jestem spełniony. Jesteśmy podobni. Tylko że ja zacząłem pić, a on przestał. Uśmiecha się buzia siedzącego na Tronie. Siedzi na tronie a za nim widok na wodę. Inny Tron – Wszechświata czeka na lepsze jutro.

Juliusz ma odpowiedzi, przy których głowa nie odpoczywa: Czy wierzysz w zmiany? Nie wierzę, bo nie jestem wierzący. Ja robię. Odpowiada, a jednocześnie zerka, czy ktoś do jego chaty nie zagląda. Bardzo mocno podkreśla, że tam właśnie wsuwać nosa NIE WOLNO. Kto zaglądnie, ten zostaje na zawsze i plewi i sprząta. Ma dzisiaj poczucie humoru. Lubię słuchać takich ludzi. Lubię jasne zasady. Szanuję chociaż kusi. Oj a Ciebie by nie kusiło? Przecież tak właśnie słowo „Nie” działa. Wypowiedz go, a nie zapomnisz na długo całego zdania.
Pytań coraz więcej, bo rozmowa z tym człowiekiem wkręca. Na tyle rzeczy ma inne spojrzenie, a jednocześnie jest bardzo na czasie. O własnej komórce nie zaprzecza i nie mowa tu o starej malutkiej szopce. Z tym, co w świecie mam wrażenie, że jest na bieżąco. Rozmawiamy i stoimy razem w deszczu, gdy inni już poszli. Kap, kap. Kapie mi na głowę. On w dłoniach dzierży drewnianą laskę, w której las się odbija. Słodkie chwile, bez słodyczy.

Zatoka Suchego Dębu
Krople deszczu uderzają o wodę. Jestem w Zatoce Suchego Dębu. Ów drzewo wystaje tu z wody samotnie. Czy jest świadectwem dawnej wsi Horodek, która teraz pod wodą czy może symbolem samotności? Może własnych wyborów. Odwagi. Symbolem tych, co wybierać potrafią?
Stoję lekko na wzgórzu. Oj, jaki stąd jest widok. Patrzę na Anioła, który już na łodzi przy brzegu. Co jak trzeba Juliuszowi, pomaga niejednokrotnie i w zupełności nie uważa do rozpowiadania tego za powód. Po prostu pomaga jak wielu innych. Mała ludzka rzecz, która cieszy.
Dochodzę prawdziwego imienia tego, co na co dzień ma piękny z okna widok. Ludomir. Łepski facet. Pedagog i andragog, doktor na wyciągnięcie ręki. Stąd też mądra składnia i gesty ręki. Obraca nią w te i we wte na wysokości wzroku, dopowiadając historie słowami opowiadane. Ogólnie jak nic nauczanie. Zaglądam do internetu. Czytam, że androlog z niego. Zabawne, jak łatwo przez ludzkie pomyłki zostać od męskich spraw lekarzem. Podsumowując: Jeśli zobaczycie Juliusza w stroju bardziej skromnym, nie dziwcie się i pomyślcie czyja to po części tego faktu zasługa?

Jaką maksymę stąd wywożę?
Bez względu na czas, miejsce i posiadłości mam wrażenie, że liczy się nasze na życie pozytywne spojrzenie.

 

Babskie 6 + 1 cz.3

Kiedy słońce jeszcze w piżamie
Spacer. Szukam doznań. Żart oczywista sprawa. Dziewczyny pochrapują. Ja odpoczywam, wypatruję, nadsłuchuję. W jednej z przyczep typu holenderka drzwi na oścież uchylone. W drugim planie spod czerwonego śpiworka tylko stopy finezyjnie wystają. Wyglądają na jegomościowe jakieś takie. Każda w innym rytmie zakręca nieduże koła. Reszta ciała jakby już na tamtym świecie. Ciekawość zżera, do kogo należą. Prywatność jak to ja szanuję, więc nadal skupiam się na dolnych partiach ciała. Kiedy lewa łapka w jedną stronę zawija druga jej na przekór. Jakby poranne ćwiczenia już wykonywały. Relaks czystych jak na te warunki kościstych stóp przy dźwiękach budzących się właśnie ptaków. Patrzę na korony wysokich brzóz. Tam się stworzenia pochowały. Na białym łaciatym pniu, po którym spływają ostatnie krople rosy, ruda wiewiórka siedzi. Jeszcze chwilę temu obserwowałam ją z okienka malutkiej toalety. Ona będąc tego nieświadoma, błyszczące zamarłe w bezruchu oczy zawieszała gdzieś w oddali. Biały brzuszek przytulała do drzewa. Ogon dłuższy od całego ciała stroszyła, jakby ktoś go mocno natapirował. Teraz jest dużo szybsza. Oj! I już znikła.
Tyle na razie o tutejszej przyrodzie.

Kiedy słońce już wysoko na niebie
Poranna kawa. Śniadanie. Przeciąganie. Dłuższe dochodzenie do Siebie i trochę na siedząco ploteczek. I Ola Boga już samo południe.

Po wodzie w deszczu
Mówią Anioła na Festiwalu Bieszczadzkich Aniołów nie spotkasz. Dlatego właśnie jadę poza Festiwalem. No i masz ci los. Spotykam faceta, co tak na niego wołają, a potem zaraz płynę z nim do Króla Juliusza wodną kilkunastoosobową taksówką, chociaż o tym, gdzie płynę, dowiedziałam się dużo później. Cel był zupełnie inny. „6 plus 1” mi towarzyszą. Płynę porozglądać się po okolicy, na wodzie pobyć nieco i wrócić. Przygoda się zaczyna, bo przecież każde wyjście nawet z domu jest życiowym epizodem. Wsiadam na łódź, która bardziej wielką lektykę przypomina. Płynę. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Chcę wsłuchać się w silnik, który zazwyczaj dźwięk mocny, przypominający chrypiący męski niski głos, przy rozruchu wydaje. Ucho nadstawiam. Głucho jakoś. Ten motor ani drgnie. No może raz mu się udało i koniec, basta. Ponownie krótkie pociągnięcie. Patrzę w oczy anielskie. Spokojne. W gardło silnika zagląda, a może w tyłek. Nie ważne gdzie, ważne, że przyczyna już znana. Przymusowy postój, zanim nurek liny nie odplącze. Patrzę po twarzach kobitek. Jak myślicie, co często robią dziewoje, gdy nic się nie dzieje i w oczekiwaniu na jakąś akcję? Kiedy nic się nie dzieje dziewczyny jedzą. Chleb ze smalczykiem z takiej prawdziwej najprawdziwszej świnki i większość tego, co wzięły na drogę, chociaż do drogi jeszcze daleko. Do tego śmieją się, żartują, a głos po całej solińskiej wodzie się niesie, docierając nawet do tutejszych zatoczek.
Płynę w głąb jeziora. Tam, gdzie statki już nie dopływają. Tam, gdzie dzika zieleń i pierwsi osadnicy zostali na dłużej. Bieszczadzcy brodacze, pustelnicy, zakapiory na nich wołają. Tam, gdzie tylko głos natury wzywa. Bieszczadzkie szczyty mocno zarośnięte zielenią, otaczają mnie dookoła. Gliniasto — skaliste brzegi z mocno ubitą nawierzchnią brzegowych dzikich plaż, mienią się, zarysowując mocną granicę między lasem a wodą. Wśród ciszy, pni i koron nie tak mała chata i jeden człowiek macha na dzień dobry. Zaprasza na swoje włości. Wiele o nim historii krąży. Jaka będzie moja? O tym, jak otworzycie oczy jutro, gdy dzisiaj będzie już wczoraj.

 

Babskie 6 + 1 cz.2

Całkiem na temat. Co mi po poprzednim wieczorze zostało? Sławomira „Miłość w Zakopanem” i kilka kawałków w głowie, którymi się dzisiaj dzielę. Big Cyc i „Facet to świnia” do dzisiaj gra mi w uszach. Inne kawałki również, które za dnia nie dałoby się chyba słuchać. A może jednak. Dzisiaj więc niech Wam tez w uszach swojsko szumi:

Kobiety o facetach:

Faceci o kobietach:

Pamiętacie Ich Troje? Ich już jakby nie było, a jednak są, choć ich mało. Starsze kawałki trwają i trwają. Zapomniałam, a lubiłam. Są dla mnie ewenementem. Zespołem, który daje do myślenia jak szybko można zaistnieć, jak szybko idziemy w zapomnienie.

Czy dzisiaj tylko tyle? Tak. Bo czasami lubię dzielić włos na czworo. Wczoraj było dużo, dzisiaj będzie mało. Jutro znowu się rozpiszę. Za to, póki jeszcze gdzieś grają, zamiast czytać, polecam potańczyć. Tak porządnie. Tak do upadłego. Na dyskotece, potańcówce, poprawinach czy wiejskiej biesiadzie. Nawet na sztywnej imprezie pod krawatami. Nawet w domu tak bez nikogo. Disco polo, house, rock, jazz i każda inna. Słuchawki na uszy, podkręcić potencjometry w aucie lub tak tylko cichutko, tyci, tyci. Bo warto co by utrzymać humor.

Babskie 6 + 1 cz.1

Gdzie tym razem? Hmm. A może Ciechocinek? Żartuję oczywiście. Nie ten wiek jeszcze i nie ta pora. Inny temperament i nie wyjechałam na polowanie. Jestem nad Soliną. Gdzieś w lesie, jednak cywilizacja nieopodal. Trochę tam gdzie takie małe białe kółeczka z czerwoną wokół ramką obowiązują, a ja jakby ślepą udaję, bo — Jedź dalej. Jedź! – mówią! No to jadę. Tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie, no, chyba że komuś wytłumaczę.
Na co dzień w biznesie to na męskie grono trafiam. Na budowach, w banku czy rozmowach z managerami. Tam gdzieś facetów więcej, kobiet ciągle mało. Baby to co innego. Baby i zero faceta. Przynajmniej tak mi się wydawało. Chcecie posłuchać?

Jadę
W radio atakują informacjami.
Uwaga! Dziś w nocy burze, grad, silny wiatr i ulewny deszcz. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz rzeczy cenne. A ja baba nad jezioro jadę. Super. Jedyny mój dobytek teraz to podusia, szczoteczka do zębów dla zdrowotności i kilka letnich koszulek. Żar z nieba. Jadę więcej o kobietach się dowiedzieć. Tak wiem. Ja też kobieta. Słyszeliście, jednak że kobiety są nieodgadnione? Ciągle poznaję wśród innych nowe kobiece prawdziwe oblicza.
Wtrącę: Zauważyliście? Jedne kobiety są silne, walą prosto z mostu. Inne nie odezwą się słowem, bo stłamszone są już od małego. Jedne odważne, bo dano im poznawać i nie mówiono, że to bee a tamto ładne. Nie narzucano im nic. Mogą więc doświadczać, poznawać, dotykać. Inne przestraszone, przyglądające się, nieufne i pełne sprzeczności, ale od środka ciekawe i pełne niespełnionych ukrytych głęboko marzeń. Mieszanka tych, co szukają recepty na życie, a nie u lekarza.

Mój pierwszy raz
To mój pierwszy babski wyjazd. Same kobity. Wybywam z babami tam, gdzie one zaplanowały. Ja mam zawieźć. Układ jak najbardziej mi odpowiada. Jadę z takimi co już wiedzą co to dom i pracę jednocześnie ogarniać i dziecko jeszcze w trakcie urodzić. Każda z nich jest inna. Przyjechały na chwilę od codzienności się oderwać. Oj powiadam Wam: Oderwą się, aż wióry będą lecieć z parkietu i nie tylko, tak mi intuicja podpowiada.
7 dziewczyn z Albatrosa tyś jedyna
Dojechałam. Późnym popołudniem. Ktoś wita, ktoś wpada i wieczór już zapowiada. No i masz Ci, ląduję na tutejszej potańcówce. Szybko się dzieje?
Patrzę, jak grupka niewiast tańczy. Tańców końca nie ma. W zabawie drzemie siła. Z kolumn wydobywają się dźwięki: Jesteś szalona zespołu Boys, Żono moja Mastersów. Nawet Big Cyc z kawałkiem „Facet to świnia” zaplątał się gdzieś między Disco Polo. Z parkietu refren niesie się po lesie. Zaraz potem dziewczyny nucą: A wszystko to bo Cię Kocham.
No i już mam w głowie namieszane. Kochają więc czy nie kochają, dziewczyny tych wspaniałych facetów? No pewnie, że tak! Oj jak one potrafią ich kochać. Tylko czasami się na nich nieludzko wkurzają.
Ponownie zerkam. Pięknie dzisiaj wyglądają. Jedyneczka z kruczymi włosami, kręconymi jak u Cherubinka, chociaż diabelska moc w niej drzemie, oj piekielna nieludzko, jednak nic a nic niegroźna. Muzyka. Jej ciało płynie. Sprowadza w ruch kręcone złociste włosy. Loczki nie do policzenia jedyneczki. Jak sprężynki, wśród których różne kolory się zaplątały i próbują wydostać. Wielkie oczy, nieco mniejszy, chociaż ponad swoją miarę charakterystyczny nos, z którym żal by było coś robić, bo wyjątkowy. Wielki uśmiech. Usta, które opowiadają, kiedy tylko muzyka umilknie. Nogi błyszczące podpalanym piaskiem pustyni niechowane pod spodnie i biel bluzki, która podkreśla resztę ciała. Kompozycja unikatowa. Po prostu kobieta. Każdą, która tańczy w transie, nie da się inaczej opisać. Wyjątkowa przechowalnia ludzkich doświadczeń, marzeń czy wspomnień, które potrafią rozbawić w wielu przypadkach.
A co z resztą? Jasnoróżowa sukienka innej niewiasty wtapia się w gładkie jak atlas ciało. To dwójeczka, faceta po wielu głębszych skupiona dłuższą chwilę słucha. Anielska cierpliwość, oj anielska. Taka dla wszystkich „ciepła mama” nie do wyczerpania.
Delikatne damskie dłonie trójeczki dzierżą kufel piwa pełnego, takiego całkiem chłopskiego. Pastelowa bluzka okrywa piersi karmiącej matki i babci. Ach te dzieci jak szybko porosły. Jej piersi nadal jędrne. Ach. Westchnęłam. Energiczną czwóreczka dziwny taniec odstawia. Drobna piąteczka o postawie jak wojak, z boczku ruchy próbuje odtworzyć, te jednak nie do powtórzenia. Szósteczka nie dojechała. Nadrobi. Tego jestem pewna. Podsumowując, przyszedł czas dla babeczek, aby zadbać troszkę o Siebie.

ZaczynaMY się znowu ruszać
Tak. Tak. Dołączyłam. Przecież chcę być blisko. Przyglądam się z bliska. Ich biodra płynne ruchy w rytm dźwięków wykonują. Oczy marzą, reszta ciała porusza się we wszystkie strony. Kobiety w ekstazie. Tworzą magiczny, energetyczny krąg. Jeden „ON” zerka czy drugi. Przykro mi chłopaki. Tutaj nic. Posucha. Czyżby podziwiać wam dzisiaj tylko dane? A jednak. Jednemu się na chwilę udało. Jedna ona. Jeden DJ. Tańczą, a muzyka jakby tylko dla nich grała. No i czmychnęła, jak to kobieta potrafi. Masz Ci los z tymi babami.
Obok kilka zakochanych par pokątnie podpatruje. Piękna młodziutka dziewczyna w mini takiej mniej nawet niż króciutkiej, nogi gdzieś pod stołem zaciska. Sukienkę na długie zgrabne nogi naciąga. Za modą nie nadążam, za wygodą na pewno. Inna parka ociera się o Siebie przy stoliku następnym. Jakby ich do siedziska ktoś przykuł. Stop. Stop. Czar młodziutkich par to inna bajka. Zastanawiam się tylko mimochodem: Dlaczego to „młodzi” siedzą, a „młoda dorosłość” tańczy?
Na chwilkę odrywam wzrok od rozrywkowych jupiterów. Analizuję troszkę. Jakie to nasze życie, gdy już lat nie mamy kilkanaście? Jedna po przejściach, u drugiej mąż w ciągłych rozjazdach. Jeszcze inna już babcią została, chociaż po ruchach i twarzach hmm: No kto by powiedział? No kto śmiałby? Wszystkie powabne. Zmysłowe. O tak!
I nie ma co wątpić, wiecznie młode. Patrzę na zmarszczki. Jak nic mimiczne. Ile one mają sił. Tylko nie ślinić mi się chłopaki. Jeszcze nie.

00.00
Północ. Muzyka ucichła. Kto się wybawił, to się wybawił. Pora spać. Dziewczyny z parkietu wojskowym krokiem do legowisk wracają. Do 7 po harcersku odliczyły. Idą przed Siebie. No prawie przed siebie. W głowie niejednej szumi. Woda z Soliny? Też. Jutro przechodzimy do wątków, gdzie dojrzałość życia króluje. Dzisiaj już cicho sza. Dajmy już niewiastom, co czadu dały na parkiecie, pospać.

 

A gdyby tak wakacje trwały wiecznie?

Letni poranek
Wyszłam właśnie z wody. Nie morza jakiegoś i z żadnych tam ogromnych turkusami opływających oceanów, a raczej z wody basenowej co chlorem pachnie i skórę mocno wysusza. Jest mi „prosto” i jestem szczęsliwa. Bo jak powiada Maia Sobczak:
„Miłość mieszka w codzienności, w drobnych gestach, uśmiechu, dobrym jedzeniu, dzieleniu się i prostocie”.

Obok mnie znana mi, miła postać co lubi pytać to pyta:
Wakacje. Czy jesteś już po?
Tak. Nie. Hmm. Nie wiem.
Nie wiem co powiedzieć. Dlaczego? Dlatego, że aby życie bardziej przyjaznym mi było, troszkę inaczej buduję swój świat. Liczenie upływających lat od daty do daty niewiele mi daje. Za to uważam, że prezent bardziej do potrzeb i marzeń niźli dat jest przypisany. Każdy ranek czy dzień, w którym wygospodaruję kilka chwil tylko dla siebie, wakacjami jest poniekąd, bez dwóch zdań. Wtedy nie czekam od zimy do lata, od lata do zimy. Po co na drugi plan stawiać to, co pomiędzy skoro tam też tyle się dzieje dobrego?

Późne słoneczne popołudnie
Siadam spokojnie na huśtawce. Hu siu. Hu siu. Delikatnie, nawet powiewu wiatru nie czuję. Patrzę w dal. Osiadłam. Uziemiłam się. Na jak długo? Nie wiem. Chcę zaglądnąć na „Opowiem” i coś poczytać. Oj Matulu jak dawno mnie tu nie było. O Litości, Jezusicku, Najświętsza Panienko.
Koniec tego husiania. Nie ma na co czekać. Jak chce się czytać to, co najpierw nakreślić trzeba. Podsumowuję ostatnie tygodnie. WAKACJE? No niech wam będzie. Jakie były?
Niezbyt dalekie, a nawet powiem bliskie. Najczęściej takie babskie, sielskie i proste wbrew wielu innym. Bez palm, lotów międzykontynentalnych i kokosów wielkich. Czasami w polu, w kuchni pełnej jabłek i śliwek. Bywały też w prawie pustym kinie. Niektóre na piechtę inne na rowerze. Czy ciekawe? Każde są wbrew pozorom.
Dla siebie, bo lubię pisać. Dla wszystkich cierpliwych, którzy zaglądają i czekają. Dla Was. Zamiast pięciu gwiazdek hotelowych nad drzwiami, tysiące pod gołym niebem. Zamiast tropikalnych upałów, deszczyk emocji za rogiem.
Właśnie o takich moich wakacjach będzie.
A jakie Wasze były? Dzisiaj pozostawiam wam czas do refleksji. Moje wspomnienia już jutro.

A SKĄD TY CZERPIESZ MOC?

Słowa nie po raz pierwszy słyszę typu: Nabierasz Yodowej składni. Dzisiaj stwierdziłam, że bliżej się temu przyglądnę. Jako że będzie o Mistrzu, co Mocą włada, postanowiłam też o wątpliwościach i sile napisać nie mało, zasmucona ostatnimi spostrzeżeniami, gdzie wiary i siły wokół u ludzi brakuje.

„Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej”. Yoda
Nieco zielonkawy, skromne szaty i niecały metr wzrostu. Zmarszczek mądrości na ciele nie zliczy, a wśród nich włos niejeden siwy. Delikatny jak anielski. Siła w nim, którą mocą nazywają i nie jest fizyczną. I te oczy pod kolor do skóry. Jakby słuchały. Są jak wrota myśli. Mistrz Jedi — Yoda. O nim właśnie mowa. Yoda to ciekawa osóbka. Pochodzenie jego okryte jest tajemnicą. Robi się ciekawie. Rok urodzenia: 896 BBY. O kurcze. Główna umiejętność to korzystanie z Mocy. No pięknie. W sumie też ze swojej korzystam, ile wlezie. Chociaż u mnie bywają przerwy w mocy dostawie, u Yody się to raczej nie zdarza. Zajęcie? Wielki Mistrz Jedi. No. No. Profesja nietuzinkowa. Z taką ofertą pracy nie spotkałam się nigdzie. Podsumowując: No niby jakieś podobieństwa są, ale tym, co mnie porównują, bardziej o moją składnię i język pisania chodzi.
Paranoją jest, że Gwiezdne Wojny znam jak przez mgłę. Yodę tyle, co ociupinkę, a jednak jakbym znała go od zawsze. Fikcją On jest a rzeczywistością ja. A może odwrotnie? Może ja jakąś mocą władam i jej nie jestem świadoma? Ja Mistrza Jedi języka OSV używam lub to może mój pierwszy w czasoprzestrzeni zawisł. Ja. On. On i ja.
Zastanawiacie się może: O czym ona pisze?!
OSV to bardzo rzadki typ języka, w którym zdanie zaczyna się od dopełnienia, potem następuje podmiot, a na końcu orzeczenie. W przebadaniu wszystkich języków na kuli ziemskiej szyk OSV jako podstawowy stwierdzono w 0% języków. Do mnie samo przyszło. Totalny odlot. Kusi, żeby sprawdzić, czy da się tylko tak z OSV. Oj kusi, ale tego nie zrobię wam. Teraz o Mocy troszkę.

„Niesamowity Wszechświat jest”
Patrzę na grupkę osób – sportowy team. Dla mnie to taka Załoga G z Zoltarem na czele. Razem od lat. Niektórzy doświadczenie życiowe już wielkie ze względu na wiek. Co rusz mocy u nich wypatruję, bo ta mnie często do działania w sporcie motywuje. Dzisiaj jednak czuję na plecach dreszczyk kryzysu. Zerkam na nieco skulone postacie. Wsłuchuję się w głos, w którym siły brakuje. Gdzie ta postawa godna tych, co cele jak mało kto mają? W zamian widzę smutne twarze, a na nich pisze się posucha. Powodem nie są właśnie odbywające się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Przyczyna tkwi dużo głębiej. Zwątpienie co do przyszłości zawisło w ciepłym powietrzu. Gdzie ci, co jeszcze niedawno szli jak burza? Tyle wiary w nich było. Wszystkim zależało. Życie im spłatało psikusa, czy coś umknęło mimo woli? Myślę o Mistrzu. Tym, co na wszystko ma odpowiedź. Co mogę dla nich zaczerpnąć ze złotych myśli Yody? Może te 3 wybiorę:

Pierwsza: „Aby dotrzeć do celu, prostą ścieżką nie pójdziemy”.
Szczera prawda. Czy aby wygrywać, zdobywać, rozwijać wystarczy ciężka praca? Może warto pamiętać, że wysiłek to jedno. Mocy, nie w sile, tylko szukać. Z czasem wpadamy w rutynę, ćwiczymy systematycznie a wyniki coraz lepsze. Rutyna mam wrażenie o krok od nudy mieszka. Motywacja zawsze jest wyzwaniem. Szczególnie kiedy jeden w grupie zaczyna z jakiegoś powodu rezygnować, za nim idzie cała reszta. Jak jeden mąż jak drużyna. Wtedy może trochę wiary się przyda? A co gdy nie wierzy ten, co kapitanem? Bycie Leaderem to ciężki kawałek chleba, ale to również szacunek i uznanie. Moje na pewno.

Druga: „Oszukać was oczy mogą. W Mocy każdy z was bardzo inny jest. […] Moc jest w każdej żywej istocie”.
Bo zapytam Was Chłopcy drużynowi Radarowcy: Czy nie w jedności potęga tkwi wielka? Co 10 głów to nie jedna. Z włosami czy bujną czupryną nie ma znaczenia.

Trzecia: „Strach to ciemna strona Mocy. Strach wiedzie do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia”.
Strach przed jutrem. Przed tym, że już nic z tego. To tutaj zaczyna się łańcuszek nieszczęść. Ten zaniemógł. U tamtego w życiu coś się zmieniło. Inny zniknął nie wiadomo dlaczego. Pewnie miał swoje powody. Niby tłumaczymy drużynowego sąsiada, a jednak jakiś ślad żalu zostaje. Wyzwaniem jest trzymać się ciągle razem, gdy coś się po drodze dzieje. Nie łatwym jest cierpliwym być i najgorsze przeczekać. Sprawdzianem utrzymać Moc i jeszcze dawać ją innym co w potrzebie. Trzymać w ryzach energię. Nieść pogodę ducha, gdy garstka została i deszcz za oknem.

„Niesamowity Wszechświat jest”
… a i owszem. Nowe nie musi być gorsze. Czasami życia nie przeskoczymy, czasami życie narzuca zmiany. Czy tego chcemy, czy nie? Co wtedy? Nie zaszkodzi przez chwilkę troszkę pokory i optymistycznego spojrzenia na to, co strasznym się wydaje. Potem już pozostaje pole na świeże pomysły. Bo często wyjście z sytuacji jest gdzieś blisko, a jeszcze bliżej są niespodzianki, które za nowym podążają. Nowe to drugie życie. Troszkę więc wiary Załogo G. To od waszej Mocy i inicjatywy wasza przyszłość zależy.
Kiedy staniecie na rozdrożu, przypomnijcie sobie słowa Yody: „Nie próbuj, rób albo nie rób”. Stare w ryzach cały czas trzymajcie, nowego się nie bójcie. Ważne, aby trzymać się razem. Bo po latach przyjaźń bezcenna. Na rozglądanie się, zastanawianie i smutaski życia i czasu szkoda. Wspominać, planować, spotykać się, zdobywać razem szczyty zawsze warto.

KTO SIĘ MYLI A CZYJA JEST RACJA?

On: „Ty się mylisz” Ona: „Nie to Ty nie masz racji”. A potem już jest przebijanie piłeczki. Ping. Pong. Ping. Pong. On: „To Ty widzisz, tak jak chcesz widzieć”. Często zwykła rozmowa przeradza się w walkę o ogień. No i tutaj „Onemu” chwała za to, że zauważył, że troszkę się jednak różnimy.
Kochani. Dzisiaj króciutko będzie.
Nie jesteśmy powtarzalną matrycą. Każdy z nas przecież to zbiór miliona przekonań, wzorców własnych i narzuconych. Doświadczeń wszelakich i obserwacji różnorakich. W każdym z nas inne marzenia i inne strachy na lachy. Nie ma więc dwóch podobnych istot o myślenie podobne równie trudno.
Kto więc ma rację? Każdy swoją. Każdy prawdziwą. Każdy z nas pracuje na emocjach i mówi, co czuje. Zamiast się obwiniać, może warto uszanować? Wsłuchać się, uważność poruszyć. Czasami po prostu zapytać: Co sprawia, że Ciebie boli i boli teraz mnie? Co jest przyczyną, że ja się z Twoim nie zgadzam, a Twoje tez jest inne?
Zagłębienie się w tym, co nas podzieliło. Dojście do pierwotnej przyczyny to naturalne lekarstwo na małe spory. Medycyna na kłótnie, z których niejednokrotnie rodzą się pokoleniowe walki. Czy warto zacząć rozmawiać u zalążka? Czy jest sens zdystansować się i zamiast oskarżania nową przyjazną przyjąć strategię? Zostawiam do przemyślenia.

TYLKO O TYM NIE MYŚL

Nie myśl o tym, nie mów o tym. Dwie sytuacje podobne do Siebie jak krople wody, chociaż w nieco inne ramy ujęte. Szukam ojca słowa o imieniu „Nie”: Strach najbardziej mi leży. Matki nie ma. Cudowne poczęcie.
Takie tematy, nie puszczam bokiem. O takich piszę, bo gdyby umknęły, byłaby musztarda po obiedzie.

Nie myśl o tym
No tak. Bo to pierwszy raz z taką prośbą się spotykam? Czasami w ramach pocieszenia rodzica skierowanego do dziecka słyszymy: Nie myśl o tym kochanie. Chcemy zamknąć pociechę pod szklaną kopułą z napisem: Raj. Odeszła ukochana babcia, a my nie bierzemy na pogrzeb. Po co ma na to patrzeć? Czy boimy się o to, aby strachu nie dotknęło? A co z doświadczeniami. Co z nauką na przyszłość. Ktoś przed smutkami, wydarzeniami, które nam nie leżą, chce nas chronić przez całe życie? Co jednak gdy Ktosia zabraknie? Czy mamy nadal chronić się potem sami, przywykli, że przed innością daleką od zabawy i radości chronić się trzeba?

Tak wiem: Zadaję dużo pytań. Tak mam ostatnio. Wróćmy do tematu.

Tematy trudne typu: śmierć, ból, choroba i tak nas wcześniej czy później dopieszczą. Nie zawsze bezpośrednio uraczą, mogą dopaść, chociażby ukochanego kota czy chomiczka.
Powrócę na chwilkę do dzieci. Zdumiewa mnie, jak one na życie patrzą inaczej. Również na śmierć. Z wielkim poszanowaniem, zrozumieniem, stoickim niekiedy spokojem. Bez strachu, który u nas dorosłych dużo większy za to z ciekawością i chęcią zrozumienia tego, co zupełnie ludzkie.
Inny przykład? Zdarza się również, że ktoś chce odwrócić naszą uwagę, mówiąc: Nie myśl o tym, to moje. Ja Sobie poradzę. Ja silny jestem. Ja sam, bo ja nie znam co to wsparcie innych. Nikt mi go nigdy nie dał. Nauczyłem się radzić sam, dlatego nie myśl o tym. Czy ten Ktoś nie wie jak słowo „nie” działa? Takie prośby działają jak magnes. Przyciągają, szczególnie tych, którzy nie potrafią przejść obok. Tacy z wrażliwości, zrobią dla innych wiele. Z miłości wszystko, co tylko możliwe. A o czym ja mam nie myśleć? Myślą, gdy słyszą: Nie myśl. W prośbie o „niemyślenie” doszukują się intencji drugiej osoby. Czy chce ich ten ktoś chronić? A może, chce udowodnić, jak poradzi sobie, nawet gdy już wszystko ponad siły? U kobiety odzywa się gen poświęcania zapoczątkowany, chociażby za panowania Li Houzhu w Chinach, gdzie dziewczynkom zniekształcało się przez lata stopy dla ponoć pięknego wyglądu. No tak kobiety nie raz udowodniły, że potrafią zacisnąć zęby. U faceta znowu budzi się wpojone od małego przekonanie: Chłopaki nie płaczą. No tak. Mężczyźni powinni być jak bohaterzy filmów, których żadne rany cielesne, a nie daj Boże duchowe, nie imają się przecież. Często nie zdajemy sobie sprawy, że mówiąc: Nie myśl o tym, już dawno podzieliliśmy się z bliską nam osobą, tym co nas boli, mocno rani czy trapi. Jaki morał? Nauczmy się dzielić nie tylko radościami. Nie chowajmy po kątach, gdy jest już za późno. Płakać przy innych nie jest ujma na honorze. Przyjmować pomoc w postaci fizycznej lub dobrego słowa z serca płynącego również.
Co gdy, ktoś na naszym punkcie przewrażliwiony i nasz problem wyolbrzymia? Chce pomagać, a Ty faktycznie radzisz sobie z wyzwaniem? Niech Twoje sygnały niewerbalne i słowa, za prawdą idą. Nie za małe są i nie za duże. Kiedy smutny jesteś troszkę, pokazuj chandry ksztynę. Kiedy jesteś w stanie zamienić problem w żart, przekuj, ale tylko, gdy nie będzie to udawane. Co gdy z tym co nasze, faktycznie chcemy zostać sami? O wtedy trzeba jasno mówić: Szanuję, cenię pomoc, jednak chcę być sam, a jak tego nie uszanujesz będzie zębów szczerzenie a jak trzeba gryzienie. Tylko skąd tu wiedzieć co u kogo w głowie siedzi? Życie kochani to jedna wielka łamigłówka. Niektórzy mają sposób. Nie przejmować się.

Nie mów o tym
Czyli zróbmy tak, żeby było dobrze. Tylko kiedy jest dobrze. W kuluarach słyszę niezadowolenie. W tym, co niesprawiedliwość odczuł, budzą się emocje i zachowania. Żal, krzywda, zdziwienie, zaskoczenie, czasami nuta pogardy. Ktoś poszedł po bandzie i zrobił tylko po łepkach. Inny na łatwiznę bo stwierdził, że i tak się nikt nie kapnie. Jeszcze inny oszukał, chcąc sprzedać coś mało wartościowego za nie tak małe pieniądze. Wiedział o tym doskonale.
Znowu strach przed czymś chce nas uchronić i wychodzą takie cudaki? Znalazł się dobroczyńca. Potem już są tylko słowa: Jak tutaj powiedzieć, żeby wszystko i wszystkich pogodzić i nie urazić. Żal w sercu jednego i zamazanie krzywdy aby nie zranić przy tym drugiego, nie idą mi w parze.
Bo: Czy chcąc przykryć przypalone ciasto słodką bielutką kuszącą masą, nie stajemy gdzieś na rozdrożu naszych wątpliwości? Kto traci, kto korzysta? Jak postąpi następnym razem ktoś, kogo zgodność rzeczywistości ominie? Zrobi podobnie przekonany o słuszności sprawy lub co gorsze z myślą: udało się raz, uda się i drugim. Po linii najmniejszego oporu. Ręce będzie do tego zacierał. Strach przed mówieniem pozostawia niesmak czy goryczy. Kiedy o własnej krzywdzie mówimy do ludzi postronnych, przychodzi chwilowa ulga. Nie liczmy jednak, że usuniemy tym samym przyczynę naszej niestrawności.
Stoję w sklepie. Ktoś wcisnął komuś badziew. Wykorzystał technikę manipulacji. Drugi czuje to, ale przecież już zapłacił. Przecież tamten był taki miły. Pewnie chciał dla mnie dobrze. Może jednak przyda się mi to barachło. No i wstyd zrobił swoje. Twierdzimy, że nam nie wypada lub jest już za późno. Zgadzamy się własnowolnie na takie traktowanie.
Co z tym fantem zrobić? Mówić. Mówić prawdę.
„Ja wiem i Ty wiesz. Ja się staram, ty się staraj podobnie. Jeśli mnie mierzi w żołądku, znaczy, że coś jest nie tak”.
Równowaga w przyrodzie. Prawda ponad fałsz. To moje życiowe motta.
Jak wy to widzicie? Życzę Wam w życiu odwagi do mówienia, bo słowa czasami potrafią zdziałać cuda.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 3/3

PODŚWIADOMOŚĆ NA TAPECIE
Późnym popołudniem siadam i biorę do ręki literaturę. Doczytuję o umyśle świadomym i nieświadomym. Piszą o nich liczni: Anaksagoras, Kartezjusz (René Descartes), Sigmund Freud, Carl Gustaw Jung John Locke, Francis Crick, Paul Churchland, Thomas Nagel, Colin McGinn, Dawid Chalmers czy J. John Rogers Searle, Wszystkie ich badania prowadzą do jednego: Umysł człowieka składa się z dwóch części: umysłu świadomego i nieświadomego. Czytam wypowiedzi o trzecim poziomie, tych co bliżej duchowości. O źródle czystej świadomości, Nienazwanym, Pierwotnym Istnieniu. Skupiam się na podświadomości, bo to ona potrzebna mi jest tak naprawdę. Za co tak naprawdę odpowiada podświadomość? Jest tego troszkę. Przechowuje wspomnienia. Łączy podobne myśli i rzeczy tworząc asocjacje. Szybko się uczy. Chroni, tłumiąc wspomnienia wynikające z negatywnych uczuć. Porządkuje je. Zapewnia sprawne działanie ciała, czego świadectwem są nasze nieświadome odruchy. Posiada pierwotny plan naszego zdrowia (w wyższym poziomie „Ja”). Jest domeną uczuć i emocji. Determinuje je. Lubi zaspokajać potrzeby i odczuwa konieczność jasnych poleceń. Kontroluje nasze codzienne, jak i intuicyjne postrzeganie. Generuje, przechowuje i rozprowadza energię, w co nie wszyscy wierzą. Zachowuje instynkty i tworzy nawyki, ale potrzebuje do tego powtarzania. Jest zaprogramowany do ciągłych poszukiwań, dlatego jesteśmy ciągle świata ciekawi. Działa jako całość, więc nie ma co go rozbierać na czynniki pierwsze. Bierze wszystko do siebie, co oznacza, że postrzega przez obrazy, dźwięki i pozostałe znane nam kanały. Nie lubi się przemęczać więc działa na zasadzie: Im mniejszy trud do osiągnięcia i mniej energii potrzebnej do działania, tym lepiej. Jest zasobnikiem, więc nie przetwarza negatywnych, emocji a jedynie je gromadzi.
Wpadam w zadumę. Same plusy. Zamykam książkę. Zastanawiam się. Gdzie znajduje się granica między tym, co świadome a tym, co nieświadome? Granicy nie szukam. Jedno zależne dla mnie od drugiego. Każde po coś. Chociaż dopuszczam myśl iż jest coś jeszcze więcej.

MOŻLIWOŚCI
Wieczorem zamiast telewizora, ostatnie na Linię Czasu spojrzenie. Do czego i jak ją wykorzystać, żeby tylko zabawą w lesie nie była? Czego już mogłam na niej doświadczyć?
Rano na poziomie świadomości miałam okazję po raz kolejny mieć wgląd do związanych z czasem wspomnień przechowywanych. Pomagały mi w tym obrazy. Poczuć drobiazgi, których nie byłam w stanie zlokalizować.
Po raz kolejny dzięki moim wewnętrznym zasobom i wyobraźni stworzyłam wśród drzew dzieło, dzięki któremu odkryłam i poznałam następny kawałek siebie. Mało, a jednak dużo. Linia Czasu pozwoliła mi na jaśniejszy ogląd „co” i w jakiej kolejności. Nie po raz pierwszy wnętrze mojej wyobraźni pozwoliło mi spojrzeć na własne życie dużo głębiej niż zwykle. Na życiowe zwroty obrazowane zakrętami lub załamaniami. Na emocjonalnie przeżycia w postaci niekończącej się zagęszczonej ilości punktów. Mój byt na co dzień, gdzie uwaga skupiona na zewnątrz często kojarzył się bezkresnym chaosem. Dzięki przekierowaniu uwagi do wewnątrz poczułam ład i prządek odczuć i wspomnień.
Przede mną dzięki linii uchylają się wrota do zmian. Jakich?
Jutro z pomocą innych na Linii Czasu mogę popracować na tłumionych przez moją podświadomość wspomnieniach (celem podświadomości jest przecież ochrona nas). Tych związanych z negatywnymi uczuciami spowodowanymi nierozwiązanymi problemami, czy jak niektórzy wolą określać wyzwaniami. Jak zwał, tak zwał, są i u mnie, bo kto ich nie ma.
Zaraz potem mogę na Linii Czasu poszukać pierwotnych przyczyn moich zachowań w życiu doczesnym, jak również w przeszłym i wśród własnych przodków. Wgłębienie się w genealogię i różne życia „przed”, czy to nie jest ekscytujące?
W wolnej chwili usunę decyzje, która nie pozwala mi pójść naprzód, albo popracuję z przekonaniami. Bo ileż to razy łapałam się na słowach: Nie jestem wystarczająco dobra, czy: Jaka ze mnie matka. Może czas już z tym skończyć?
Zbliża się weekend. Żeby nie wszystko na raz przeramowanie, gdy świadomość nie pozwala się mi uwolnić od negatywnych decyzji, pozostawię na sobotę. A może przeprogramuje przy okazji przekonania przekazywane w mojej rodzinie od pokoleń, które i mi wprogramowano za młodu?
Po skopaniu grządek w ogródku uwolnię się od negatywnych emocji typu gniew, smutek, strach, zranienie, poczucie winy, które są częścią mnie a narosły w wyniku niedomkniętych w przeszłości spraw. Kopanie grządek nie zawsze pomaga wyrzucić je do końca.
A co w niedzielę? Hmm. Koniec tej pracy na sobie. Mając już pewną wiedzę na temat funkcjonowania ludzkiej psychiki z poziomu osobowości, przy pomocy Linii Czasu popracuję z innymi. Dotrę, chociażby u kogoś kto będzie miał potrzebę do miejsc powstania obrażeń emocjonalnych. Miejsc, gdzie bolesne doznania przekształciły się w traumatyczne urazy. Poprowadzę go wstecz do kolejnych wydarzeń życiowych, gdzie jeszcze raz będzie przeżywał wszystkie emocje związane z tymi doznaniami. Do miejsc urazów emocjonalnych, wypartych do podświadomości. Wejście w tego typu doznania przywołują bolesne doświadczenia, zdystansuję więc na tyle mentalnie i fizycznie, żeby na owo zdarzenie osoba umiała patrzeć z innej pozycji. Przekieruję uwagę do wnętrza, żeby mogła zmierzyć się z tym, co ją spotkało.
I tak zacznie się moja praca z Linią Czasu. Codziennie może mnie spotkać coś nowego. Bo praca na Linii Czasu wydawałoby się, końca nie ma. Pod „nóż” mogą iść nasze wspomnienia, motywacje, fobie, nawyki, obsesje, tożsamości. A wszystko po to, aby lepiej się nam żyło.
Również instynkty i nawyki, zapisane przez naszą podświadomość jak na twardym dysku. Linia Czasu daje mi możliwość wgrywania ich na nowo. Kiedy znudzi mi się czas przeszły, w obroty wezmę przyszłość. Popracuję z niepokojem o przyszłość i z określaniem i wyznaczanie celów możliwych do osiągnięcia. Na wizerunku przyszłości, ustaleniu rezultatów, ich korzyściach i atrakcyjności.
Za oknem ciemno a mój mózg wokół Linii Czasu błądzi myślami co jutro. Może przy tworzeniu przyszłości i ustalaniu celów technikę SMART dodatkowo wykorzystam? A może zaglądnę do Fritsa Pearlsa i terapii Gestalt? Przypatrzę się działaniom parateatralnym, w których pacjenci odgrywają sceny ze swojego życia, starając sobie przypomnieć, co dokładnie wtedy czuli. Przyglądnę się, jak chodzą po własnej Linii Czasu nieświadomi tego? A może zatrzymam przy Bercie Hellingerze? W ustawieniach przy pomocy reprezentantów przecież też odchodzimy od racjonalnego umysłu, wchodzimy w przestrzenie dotąd nam nieznane, korzystamy z pamięci między pokoleniowej, przeżywamy stany z przeszłości, o których nie mamy zielonego pojęcia. Czyż nie chodzimy wtedy po Linii Czasu naszych przodków, nie odkrywamy tego, co nam dotąd znać nie było dane? Nie pracujemy z tym potem, aby jutro było bardziej nam przyjazne i zrozumiałe? Jeden dzień z Linią Czasu a pod koniec dnia tyle pytań, planów, tyle możliwości.

KU KOŃCOWI
Dość już tych rozmyślań. Spać, albowiem pora. Zanim jednak zamknę oczy, podsumuję to wszystko w kilku słowach.
Książkowa Linia Czasu jest metaforyczną reprezentacją przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Jest tylko i aż tym. Dla mnie jest techniką, która daje niesamowite możliwości, o ile jesteśmy w stanie, wbić się na poziom podświadomości. Terapia Linii Czasu, jako model, pozwala nam nie tylko zrozumieć nasze doczesne doświadczenia, Daje jasne wskazówki co do tego, jak stworzyć przyszłość, która nada sens naszemu życiu.
Linia Czasu wraz z historią danej osoby, jej radościami i obawami, z jej szczęściem i smutkiem, z obiektami jej miłości i nienawiści, z decyzjami zarówno ograniczającymi, jak i dającymi poczucie siły, stanowi znaczącą część naszej osobowości. Zmiany na Linii Czasu za pośrednictwem terapii, to zmiany związane z najgłębszymi jej pokładami. Czy to znaczy, że możemy ją zmieniać? A i owszem. Jak? Jedno jest pewne. Dość szybko.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 2/3

SUBMODALKI
Przysiadam na chwilę pod drzewem. Na tapetę biorę submodalności. To przecież one pozwalają mi ująć wszystko chronologicznie, zróżnicować obrazy. Zobaczyć jaki kształt ma moja i tylko moja Linia Czasu. Znów ją widzę, a na dodatek próbuję się w nią wsłuchać. Znam już jej położenie, wiem, w jakich odległościach się znajduje, jaki kształt obrała i co przypomina. Na jakiej jest wysokości. Patrzę na zbiór obrazów, które gdybym tylko w ruch wprowadziła, pełnometrażowym filmem by się stały, z nie lada fabułą. Wygląd pozostawia wiele do życzenia, ale co tam. Nie czas, aby patrzyć na nią okiem architekta. Moja linia gra, jak długa struna, a do jej cichych wyraźnych dźwięków ptaki wtórują. Czuję, jak leśny wiatr wprowadza ją w ruch, a ona od czasu do czasu muska moje ciało. Moja linia pachnie lasem, bo i w lesie często przy niej przysiadam. A może to ona przy mnie? Przypominam sobie czasami o niej, gdy do ust wkładam łyżkę z sosem ze świeżych borowików. I jak tu jej nie lubić?
Siedzę. Kwadrans minął. Słońce zdążyło opalić mi stopy. Myślę o tych piętnastu minutach. Jakie były? Przywołuję obraz. Porównuję. Zastanawiam również, jak wyglądała poprzednia wizyta w lesie, chociażby ta wczorajsza.
Ten sam kwadrans dobę wcześniej minął mi tak szybko, iż wydawało się, że upłynęło dopiero minut kilka. Dzisiaj dłuży się w nieskończoność, sprawiając wrażenie, ciągnących się leniwie godzin. Wczoraj było inaczej. Inne kolory, inne dźwięki. Inne myśli zatrzymywały. Inny kształt miały drzewa, inna wielkość polany. Dzisiaj obraz jest bardziej wyrazisty. Dzisiaj wszystko jakby było bliżej. Wczoraj znajduje się w innym miejscu na mapie, dzisiaj jest trochę przesunięte. A co gdy dopuszczę marzenia o jutrze? Zamykam oczy. Idę po Linii Czasu. Zatrzymuję. To miejsce jest już zupełnie inne. Barwy, zarysy, dźwięki i nawet zapach odmienny. Mam przed oczami cały obraz. Miejsce, które odpowiada za jutro. Przywołuję inne błogie chwile. Umiejscawiają się różnie w przestrzeni, a do tego cechują ich istotne różnice.
Przechodzę do czynności, które mogłyby się tutaj wydarzyć. Ludzi, z którymi, chciałabym przebywać w podobnych miejscach. Jutro, za tydzień, za rok.
Wszystko układa się według określonego schematu. Wszystko połączone ma swoje miejsce. Każde z wydarzeń w bezruchu jak gruzełki na długiej linie. I ja, która dzierży ją w dłoni. Spoglądam na obraz najdawniejszy i ten, który wybiega najdalej w przyszłość. Moja mapa wypełnia się raz za razem. Zauważam, jak wszystkiemu towarzyszą odczucia czy marzenia. Moje ciało na wszystko reaguje. Przy jednych submodalnościach jestem spięta innym razem rozluźniona. Pochodziłam sobie troszkę więc teraz czas na refleksję.
Sytuacje, które miały miejsce w przeszłości, albo dopiero się wydarzą, mają w moim umyśle odpowiednią, specyficzną dla mnie, reprezentację przestrzenną. Przeszłość po jednej, przyszłość po drugiej stronie, wyobrażenia poza nią. Jedne z nich odpowiadają za wczoraj, drugie za jutro. Niesamowite. Czuję się, jakbym na tak wiele miała wpływ. Jakbym układała puzzle z moimi obawami, przekonaniami, emocjami czy decyzjami. Czuję, jak przełożenie jednego ma wpływ na całą resztę. Na obrazy, czas, postawę czy zachowanie.

SKOJARZENIA
Koniec tego dobrego. Koniec włóczenia, gdy praca czeka. Wsiadam do samochodu. Jestem tu i teraz, bo w aucie skupienie potrzebne. Włączam radio, a w nim? Piosenka Rafała Brzozowskiego „Linia Czasu” i słowa: „Czas na chwilę cofnąć chcesz, wyświetlić to jeszcze raz”. Myślę: Chcę i mogę. Z moją świadomością i nieświadomością? – Tak.
Zastanawiam się, gdzie jeszcze spotkałam się z Linią Czasu lub czymś, co ją przypomina. No tak: Był rok 1985, a na dużych ekranach właśnie wyświetlali „Powrót do przyszłości”. Znakomity przykład wymiarów przestrzeni i czasu, w których fajnie się podróżuje.
Jeden człowiek: scenarzysta i producent Bob Gale, który zaczął się zastanawiać, czy przyjaźniłby się ze swoim ojcem, gdyby razem chodzili do szkoły? Zanim powstała ekranowa trylogia Gale wraz z reżyserem Robertem Zemeckisem (chcącym sprawdzić, czy jego matka, która twierdziła, że nigdy nie pocałowała chłopca w szkole, prawdę mówiła) już wtedy biegali po Linii Czasu. Czy byli świadomi tego? Możliwe.
Kilka dni temu do moich rąk trafiła powieść Michaela Crichtona „Linia Czasu” (Timeline). Powieść przedstawia losy grupy studentów historii, którzy udają się do XIV- wiecznej Francji, by uratować swojego profesora. Oprócz rysu historycznego powieść zawiera odniesienia do takich teorii jak: mechanika kwantowa czy teoria wieloświata. Crichton pokazuje, jak „elastyczna” potrafi być Time Line.
Tyle, co wczoraj wyszłam z grupką młodzieży z kina, gdzie na ekranie wyswietlali „Avengers” Marvela. Film robi obecnie furorę. Marvel sobie liczne części sagi na Lini Czasu ustawia, a twórcy kina tworzą swoją własną kolejność. Swoją linię dla sagi Marvela tworzy również Internauta Ghost Rider. Jego linia zawiera nie tylko informacje z filmów kinowych, ale również seriali, produkcji krótkometrażowych, komiksów. Nowe wątki, miejsca, postaci i historie. To samo, a jednak w innej kolejności niż sam autor. Kto był pierwszy, zastanawiają się wszyscy, Iron Man czy Captain America? Inna kolejność u każdego inaczej toczą się losy bohaterów.
W kościołach linia czasu prowadzi mnie przez setki wydarzeń biblijnej historii zestawionej wraz z historią świata oraz tą Bliskiego Wschodu. Od mojżeszowej Księgi Rodzaju do Apokalipsy. Wszystko znowu uporządkowane.
W mediach można przeczytać o Linii Czasu afer finansowych. Czy nazwa trafna? Uśmiecham się sama do siebie. Ciekawie w tym przypadku może wyglądać tworzenie przyszłości.
Stojąc na światłach, biorę do ręki telefon. Google nie chce być gorszy. Mapy z Linią Czasu i podróż po wcześniejszych trasach i odwiedzanych przeze mnie miejscach? Dlaczego by nie? O głowę bije wyszukiwarkę aplikacja web.archive.org, dająca możliwość wrócić do stron internetowych, stworzonych wiele lat temu. Powinno ich już nie być, bo w ich miejscu były już i są następne, a jednak: Przeszłość jak na dłoni. Ta sprzed dwóch dni, miesiąca czy dekady.
Więcej przykładów nie mnożę. O prawdziwych korzyściach Linii Czasu czas pomyśleć.

CZEGO POTRZEBUJEMY
Wracam myślami na leśną ścieżkę. Wiem, jak skonstruować moją Linię Czasu w wyobraźni. Wiem do uzdrawiania których elementów psychiki, może być przydatna. Co potrzebuję, aby faktycznie praca z nią była efektywna? Powraca do mnie Milton Ericson i jego hipnoza. Z jakich pokładów mózgu korzystał, że odnosił takie sukcesy? Gdzie musimy dotrzeć, aby Linia Czasu nie była już tylko zabawą a głęboką pracą, która pociąga za sobą wielkie zmiany? Zacznę od zadania sobie pytania: Czym jestem?

Psychologowie twierdzą, iż zbiorem wspomnień. Przeszłymi doświadczeniami wyznaczającymi tym, kim jestem i w jaki sposób działam. Ja dodałabym również zbiorem planów i marzeń, energią. Wszystko to rejestrowane „gdzieś” i „jakoś”, w miarę upływu lat wywiera na mnie coraz większy wpływ. Zbiór wszystkiego w chronologii odsyła mnie do zaszyfrowanej pamięci mojego Umysłu. No właśnie, która jego część tak naprawdę za nią odpowiada. Do której muszę się odwołać. O Świadomym i Nieświadomym Umyśle słyszałam już co nieco.

SZUKAM SPRAWCY
Tego, który dał nam taką moc i możliwości zmieniać na Linii Czasu nasze przekonania i dużo, dużo więcej. Czas wgłębić się w wiedzę o Nieświadomym Umyśle.
Myślę i łapię się za głowę. „Głowa mała” jak wiele rzeczy robię nieświadomie. Oddycham, ruszam ręką, która trzyma właśnie kierownicę, podnoszę automatycznie nogę i przesuwam z pedału na pedał. Siedząc za kierownicą samochodu „odpływam” na chwilę o Nieświadomym Umyśle myśląc, a jednak dalej jadę czy zatrzymuję na światłach. Dojeżdżam wreszcie na miejsce. Patrzę na zegarek. Znowu spóźniona. Znowu myślę. Jak to jest? Im bardziej chce się pozbyć nawyku spóźniania, tym mniej mi to wychodzi. Tyle razy mówię, koniec z tym, przestawiam zegarek. Na następny dzień znowu robię to samo. Jak trudna jest zmiana i jak sporo czasu będę jeszcze na to potrzebowała? Sama nie wiem. No, chyba że po napisaniu tego artykułu na Linię Czasu wskoczę i wreszcie coś z tym zrobię. Rok za rokiem narzekam na tę sytuację a jednocześnie akceptuję bo jest mi z nią dobrze. Gaszę silnik. Za oknem mocne słońce. Uchylam okno. Zamykam oczy. Wracam znowu wspomnieniami. Tym razem do duchowych wykładów Satsang:
„Nie bycie świadomym czegoś, nie przekreśla faktu istnienia tego, lecz powoduje brak doświadczania tego, jako tego, czym to naprawdę jest”.
No dobrze a co o tym piszą mniej uduchowieni naukowcy?

c.d.n.

DZIEŃ Z LINIĄ CZASU 1/3

Stoję przy sklepowej kasie. Schylam się do koszyka. Wyciągam rękę i … mam deja vu. Znacie to odczucie, gdy przeżywana właśnie sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości? Ciekawe doświadczenie, gdy nie można znaleźć konkretnego w czasie odniesienia. Wsiadając do samochodu, już wiem, o czym dzisiaj będzie. Otwieram tekst, który raptem widziała jedna osoba. Mało troszkę, więc stwierdzam: Niech dalej w świat idzie. A co tam. Słyszeliście o Linii Czasu? Do lektury nieco innej zapraszam.

LEŚNA LINIA
Jestem w lesie. Życiem się bawię. Idę przed siebie. Wracam się na chwilę. I ponownie idę do punktu zero. Obracam nagle. I co wtedy? Powrót przeszłością się staje. Zerkam pod nogi. Po mojej lewej stronie na ziemi pisze się długa linia – cień belek w płocie. Gdzie koniec? Jest na tyle daleko, że u skraju jak cieniutka nić wygląda. Zerkam w prawo. Wyobrażam sobie moją przyszłość, ale wystarczy, że zrobię krok, ta już znowu przeszłością będzie. Moja zdysocjowana i metaforyczna Linia Czasu pisze się jak na dłoni.
Patrzę na moją przyszłość i przeszłość. Widzę siebie i zaczynam planować. Potrafię określić ile za chwilę zajmie mi powrót  i czy coś może stanąć moim planom na drodze. Może i nie stoję w środku wydarzeń i nie odczuwam ich tak mocno, jak bym chciała. Nie „żyję chwilą”, za to więcej widzę i wiem, że wszystko dzieje się Od – Do i ma jasny początek i koniec. Patrzę na życie z zewnątrz. Stoję na europejskiej Linii Czasu, bo i z krwi i kości ze mnie dziewczyna z Europy. Jestem Through Time, gdy inni, chociażby południowcy arabscy In Time nie prowadzą pewnie tak dogłębnej analizy przeszłości, jak ja. Żyją chwilą i troszkę jutrem, chociaż „jutro” nie do końca jest dla nich jasnym pojęciem.

W TĘ I Z POWROTEM
Stoję i z Linią Czasu zaczynam zabawę. Ustawiam się tak, aby mieć do wszelkich przeszłych i przyszłych zasobów dostęp. Już nie przypomina linii. Przybiera formę litery V o miękkim przejściu i kształcie. Patrzę i szukam w przyszłości tego, co nowe mnie dzisiaj spotka. A może wpadnę zaraz na pomysł jak na co dzień przestać skupiać się na zadaniach, celach i terminach na rzecz po prostu w lesie bycia?
Tutaj w lesie tworzę moją własną mapę. Model, który jest symulacją działania, tego, co zrobiłam, zrobię czy będę robić. Rozkładam najpierw moją główną Linię Czasu a zaraz potem kilka następnych. Zasocjowaną również. Dlaczego by nie? To tylko kwestia wejścia w inny stan, przyzwyczajenie. A co gdy jeszcze pewne rzeczy na mojej linii zakotwiczę? A co jeśli z submodalnościami obiektów i zdarzeń znajdujących się na Linii, jednostkowo lub hurtowo popracuję? Wraz ze zmianą, przestawieniem, zamianą, ustawieniem bardziej z boku lub z tyłu, zmienia się mój stosunek do przeszłych wydarzeń. A co gdybym chciała pobyć gdzieś dłużej? Co, jeśli przyszłość nieco rozciągnę, tylko po to, aby stracić poczucie czasu? Albo, chociażby stworzę następną równoległą Linię Czasu, gdzie wrzucę na chwilę wszystko, co zbędne? Na następnej umieszczę rzeczy, których właśnie nie chcę przeżywać, bo chce skupić się na Tu i Teraz?
Próbuje zamieniać miejscami przeszłość z przyszłością. Wyższa szkoła jazdy? Warto próbować. Przecież zawsze można powrócić do „ustawień fabrycznych”. Patrzę w przyszłość. Niektóre plany widzę jak przez mgłę. A co jeśli je przybliżę? Próba nie strzelba. Teraz są tuż przede mną. Submodalnościami znowu podkręcam. Unoszę się lekko jak chmurka.  Patrzę. Przecież nie wszystko tutaj z góry jest takie, jak wydawało nam się z dołu. Kiedy poznałam bliżej i mi nie pasuje? Po prostu odstawiam na bok. A co jeśli plany okazały się strzałem w dziesiątkę, a przed nimi są inne? Wiem, czego chcę, ale jeszcze nie pora na nie? Odsuwam i układam w miejscu wygodnym. Były i nadal istnieją. Czekają w kolejce, ale wiem o nich teraz dużo więcej. Eksperymentów na Linii Czasu jakby nie ma końca. Bawię się na tyle, o ile wyobraźnia pozwala. Na tym etapie to tylko zabawa, ale co dalej?
Patrzę w błękitny nieboskłon i wsłuchuję się w ćwierkot ptaków. Na ziemi podstawowa linia ciągle w miejscu zakotwiczona. W mojej wyobraźni stworzyłam kilka następnych A co gdybym teraz wzniosła się w górę i jak motyl czy ptak poleciała, wyżej lub niżej? Przysiadła gdzieś w dalszej przyszłości, aby jakiejś emocji, która we mnie drzemie od dawna przypatrzyć się bliżej ? A potem zbliżyć się do niej, aby zrozumieć? Tyle pytań a na wszystkie jedna odpowiedź. Latanie jeszcze będzie. Na razie siadam na trawie i próbuje dociec, jak na Linię Czasu trafiłam. Z czym mi się kojarzy, Kiedy i za co pokochałam.

GDZIE SZUKAĆ POCZĄTKU ISTNIENIA LINII CZASU I CZY GO SZUKAĆ
Patrzę na nazwę „Time Line Therapy” a przy niej symbol „TM”, Oho! Już ktoś opatentował. To takie nowoczesne. Niejaki Tad James. Kto tak naprawdę pierwszy odkrył Linię Czasu i o wyłączności nie myślał, a po prostu wdrażał w życie? Zaglądnijmy w przeszłość. W końcu na Linii Czasu jesteśmy, do Tu i Teraz wrócimy wkrótce. No może nie do tego samiutkiego, bo przecież czas płynie, jednak tego tuż nieopodal.
Skoczmy do starożytnej Grecji, gdzie mieszkańcy posiadali sprecyzowane poglądy na temat doczesności i potrafili odróżniać przeszłość od przeszłości. Przypatrzmy się pracy hipnoterapeucie Miltonowi Ericsonowi gdzie swoją „hipnozą z ukrycia” czy pseudo wprowadzaniem do przyszłości również „bawił się” po swojemu na co dzień. Jedno zjawisko hipnotyczne indukowało następne, a klient z wykorzystaniem wizualizacji ekranu filmowego oglądał swoją przeszłość, zatracał swoją tożsamość i obserwował swoje urazy psychiczne. Patrzył spokojny i opanowany na to, co już było. Na innym ekranie wyobrażał sobie przyszłość. Zdawał sobie sprawę ze swoich oczekiwań i tego, co będzie dla niego ważne.
W necie czytam wzmianki o Arystotelesie, który jako pierwszy wspominał w notatkach o Linii Czasu. O Wiliamie Jamesie, który twierdził, iż: „Przypisujemy daty pewnym zdarzeniom, po prostu przerzucając je w kierunku przyszłości lub przeszłości”. Wczytuję we Freuda– o nim nie można nie wspomnieć. I jeszcze troszkę w Junga. Zastanawiam się, co odkryłabym, zaglądając do inkaskich kapłanów na Machu Picchu, czy w źródłach ponadczasowych Azteków w prekolumbijskim Meksyku. Szkoda, że czasu tak mało.
Wróćmy na chwilę do teraźniejszości. Szkoda czasu, aby doszukiwać się, kto odkrył samą metodę, która umożliwiałaby dokonanie właściwego opisu ludzkich doznań związanych z upływem czasu. Dla mnie ważny jest fakt, że każdy, kto do przeszłości i przyszłości potrafił się odnieść, dopisał i dopowiedział coś nowego. To, z czym spotykamy się teraz, to śmiem twierdzić ich wspólne dzieło, chociaż nigdy nie spotkali się tak naprawdę. Chociaż? Kto wie. W końcu każdy z nich z Linią Czasu miał do czynienia. I jak zwał tak zwał, ale w czasoprzestrzeni umieli się poruszać.

c.d.n.

MAKSYMA RÓWNEJ WAGI

Patrzę na porzuconą w kącie Równowagę. Leży tam często, w przytłumionym świetle w kłębuszek zwinięta. Żal mi jej za każdym razem, gdy na nią spoglądam. Dzisiaj więc przytaczam maksymę równowagi dotyczącą, którą w wielu przypadkach sprawdziłam na mej bladej cienkiej, bądź co bądź własnej skórze. Sprawdza się w małżeństwach i w relacjach rodzic – dziecko. W organizacjach, gdzie pracodawca i pracownik zastanawiają się nad tym, kto ile będzie z tego miał, ile dostanie i ile będzie musiał włożyć.

KTO NA DŁUŻSZĄ METĘ DAJE ZA DUŻO I ZA MAŁO BIERZE, ODCHODZI.
KIEDY ZOSTAJE, WTEDY DOCHODZI DO JEGO WYPALENIA SIĘ.
„KTO NA DŁUŻSZĄ METĘ ZA MAŁO DAJE I ZA DUŻO BIERZE, MUSI ODEJŚĆ”.
B. Hellinger.

Sprawdzam, jak to działa w realu. Dzisiaj nadsłuchuję. Jak jeden twierdzi: To wyłącznie wina tamtego! W kolejce sklepowej szeptem ktoś do ucha drugiego mówi (teraz nadstaw ucho) cyt.: Przecież złoty z niego chłopak. To ona wszystkiemu winna. À propos oceny wtrącę. Działają na mnie jak płachta na byka. Przypatruję się i wyobrażam, jakby wielu z nas całe życie jakieś liny przeciągało, byle na swoją stronę. Jak na prostej huśtawce wagowej odbijają się niektórzy, żeby zawsze być na górze.
Innym razem, patrzę jak życie człowieka, ma wpływ na spokojny żywot ich bliskich. Jak egoizm, zmienność nastrojów, niedojrzałość, wybryki, brak uważności czy wrażliwości, przekładają się na emocje i zdrowie innych. Jak jeden z miłości do drugiego kosztem własnego szczęścia potrafi oddać całego siebie, gdy w tym samym czasie ten drugi bierze i daru wagi nie docenia.

Kiedy nie ma równowagi?
Przykład zaczerpnijcie z własnego doświadczenia. Mniemam, że każdy chociaż raz to w życiu poczuł. Gdy ktoś lub coś wyprowadziło go z równowagi. Czasami podczas drobnych smuteczków. Innym razem, gdy ciarki przeszły. Podczas łez ocierania lub złości wybuchu. Gdy serce zabolało, a ból fizycznym nie był.

Kiedy dawać, kiedy brać? Jak dużo?
W relacjach równowaga ego ma tutaj ogromne znaczenie. Dawać z miłości, ale dbać również o siebie. W biznesie patrzyć na samopoczucie. Płacić i wymagać, a jednocześnie pracować i nie czuć się wykorzystywanym.

Jak do równowagi dążyć?
Intuicyjnie powiadam. No i oczywiście działać. Równowaga sama z kącika nie wyjdzie, warto jej w tym pomóc.

Osobiście maksymę równej wagi rozumiem na wiele sposobów. To samo, a jednak w inne słowa ujmuję. Przykład z życia? Chociażby perfekcjonizm:

ZDOBYĆ CAŁĄ WIEDZĘ SAMEMU NIE TRUDNYM SIĘ WYDAJE.
WIĘKSZYM WYZWANIEM ZAAKCEPTOWAĆ NIEPERFEKCYJNEGO SIEBIE I ZAUFAĆ DRUGIEMU, KTÓRY BRAKI NASZEJ NIEDOSKONAŁOŚCI BEZINTERESOWNIE UZUPEŁNI.
J. Piotrowska

Tak się rodzi zaufanie. Tak wspólne cele skrzydeł dostają. Tak uczymy się dawać dobro, które powraca, zamiast brać ze strachu, że tego, co nam się należy, zabraknie. To jeden z przykładów równowagi. A co z resztą? Pozostawiam Wam pole do popisu.

TANUKI * BAJKA DLA DOROSŁYCH

Zastanawiam się czasami, dlaczego mówi się, że bajki są dla dzieci i dlaczego czyta się je zazwyczaj wieczorem na dobranoc. Chcąc złamać nieco zasadę, jedną z bajek postanowiłam napisać. O życiu jest i do czytania przez 24 na dobę. Dla dorosłych jest jak najbardziej i terapeutyczną ją nazywam. Morałów i alegorii raczej w niej nie znajdziecie. Z żartami też raczej uważałam. Czy długa jest, czy treściwa, sami po przeczytaniu stwierdzicie. Pozostawiam duże pole do domysłów, przemyśleń i miejsce na refleksję.

TANUKI
Gdzieś w czasoprzestrzeni nie do opisania, w pewnym gęstym buszu gdzie zagrożeń nie brakuje, rodzi się śliczne Tanuki. Ciekawe świata przygląda się bacznie szaremu otoczeniu. Świat wszystkimi zmysłami chłonie.
Wokół tylko ciemne drzewa i wysokie skały. Na niebie często gęste chmury. Wokół ciągle to nowe niebezpieczeństwa się pojawiają. Opiekunowie dają Tanuki to, co do życia potrzebne, ale też ciagle mają jakieś swoje żądania. Wielu, widzi u Tanuki liczne niedoskonałości, wielu ma mu coś do zarzucenia. Czego oni ode mnie chcą? Myśli sobie wtedy Tanuki, a potem znowu ciekawskie rozgląda się dookoła. Grzeczne jest, a czasami niegrzeczne jak to mówią najblizsi. Nie do końca rozumie co słowo „niegrzeczność” znaczy. Ono takie małe. Rośnie i jest tylko sobą.
Mijają lata. Tanuki swojej płci zaczyna być świadome. Czasami widzi, jak dookoła jedno Tanuki z drugim parami gdzieś dziwnie z oczu znikają. Zaczyna się mała nerwówka. Patrzy Tanuki na resztę. Mamy już blisko nie ma. Tata też sobą zajęty. Nagle Tanuki staje jak większość Tanuk w specjalistycznym supermarkecie w jeszcze bardziej fachowej kolejce. Troszkę mama tam pchnęła, trochę z ciekawości. Jest „zielone” tego, co się z nim dzieje. Robi jednak jak reszta. Szuka też tego, do czego natura namawia. Nie chce być samo, więc idzie po prostu za tłumem.
Sklep wygląda wyjątkowo. Puste półki i jedna wielka zimna lada. Mniejsza mniejszość ze sklepu nie korzysta. Ci, co tutaj nie bywają, kojarzą się z beztroską i matczyną miłością. Tutaj raczej ciekawskie Tanuki o sercach nierozgrzanych można zobaczyć. Po dwóch stronach kontuaru dwie kolejki. Pośrodku czarna postać, którą Tanuki „Rozdającym” nazywa. Rozdający bierze jakieś młode Tanuki z jednej strony lady, a po drugiej dla niej następne do pary dobiera. Nasze Tanuki również dostaje jakiś egzemplarz. To przeciwne Tanuki takie nawet ładne i miłe się wydaje. Ważne, że jest. Hurra! Trafiło się do pary. Chłopczyk Tanuki i Tanuki dziewczynka. Biorą się za rękę i wspinają razem na pobliskie skały z nadzieją, że razem będzie im łatwiej. Zapatrzeni w siebie jakby ktoś ich na chwilę zaczarował.
Mijają lata. Tanuki z drugim Tanuki założyło rodzinę. Ich pociechy Tanuczki już nie są takie małe. Za chwile same w świat wyjdą. Zobaczmy. Nasze dorosłe już Tanuki jakieś takie smutne. A co na to drugie Tanuki ze sklepu co do pary było? Jakieś takie nieobecne. Życie wpadło w rutynę. Toczy się jak stare koło. Dzień za dniem. Zardzewiałe. Niepielęgnowane „trwa”.

Pewnego dnia „Wszechmocny Pan Wiatr” niespodziankę ma dla Tanuki. W powietrzu tuż za oknem Tanuki czuje jakąś woń. Pełne ciekawości dziecka uchylone białe okno na oścież otwiera. Łapie głęboki oddech. Zaciąga zapachem jak narkotykiem. Dużo piękniejszy jest niż ten, którym pachniała okolica z dzieciństwa. Ładniejszy niż ten, co w specjalistycznym sklepie czarował i miał tylko przez chwilę miejsce. Otwiera szeroko drzwi. Na wycieraczce stoi wielka tęczowa butla perfum. Tanuki traktuje ją jak dar od losu. Bierze delikatnie gładki przedmiot do ręki. Dokładnej instrukcji nie ma. Zmęczone życiem odkręca butlę powoli. Takim zapachem pachniało kiedyś jakieś inne dziecko, kiedy Tanuki było małe. Dobrze pamięta. Skuszone po latach znudzenia i spragnione wielkich rozkoszy dopuszcza myśli: Wyleję na siebie całą. A może? Będę korzystać, dozując i pielęgnując dar, całą resztę swojego życia? A może właściciela poszukam? Myśli się kłębią. Tanuki chce biec gdzieś. Szukać czegoś. Wzięło butelkę do ręki. Podniosło ją wysoko. Dookoła nikogo nie ma. Chwila zawahania się i …