NOSTALGIA GOŚĆ NIEZAPOWIEDZIANY

Nostalgia jest u nas gościem, ale czuje się często jaki u siebie. Przychodzi najczęściej bez pytania, jakbyśmy kiedyś dali jej pęk kluczy na naszą posesję, jak również do domu. A skoro już jest ? Szukam dzisiaj odpowiedzi na kilka z nią pytań związanych.
Nostalgia o drugim imieniu Tęsknota, na trzecie Melancholia sobie wybrała. Ona zazwyczaj nie jest samotna. Tak sobie to sama spryciula obmyśliła. Nostalgia parami chodzi i najczęściej towarzyszy jej uczucie, z którego się narodziła. Czasami idzie w parze z tęsknotą drugiego. Czasami jest to marzenie posiadania czegoś wyjątkowego albo chęć przywrócenia czegoś starego. Bardzo często tęsknimy za czymś, jeszcze częściej za bliską naszemu sercu osobą.

Zadałam pytanie: Za czym tęsknisz ?
Otrzymałam od ludzi różne odpowiedzi. Dobra kawa czy błogie chwile w miejscu, gdzie człowiek może zapomnieć o wszystkim i gdzie przyniosą do łóżka śniadanie. Ukochana ławeczka i jeszcze bardziej ukochane miejsce, w którym stoi. Bliska nam osoba, której nie możemy w danym momencie dotknąć czy przytulić, chociaż potrzeba przyszła. Tęsknimy za tym, co duże i małe. Za tym, co materią i za tym, co żywe.

Kto z nostalgią w parze chodzi ?
Tęsknota „że coś się mogło zrobić inaczej” — chodzi w parze z żalem. Tęsknota za osobą, która odeszła — kumpluje się z bólem. Tęsknota za ukochaną — zaprzyjaźni się z miłością.

Jak ją czujemy ?
Czasami delikatnie jakby muskała wnętrze Twojego ciała. Miejscami tylko. Jakby lekki wiatr tańczył i obracał się w klatce piersiowej zamiast pod koszulą. Upatruje sobie bardziej lewą stronę gdzie serce, które rytm jej wygrywa. Trwa i trwa. Towarzyszy nam i nie daje się skupić, gdy płacimy przy kasie sklepowej. Towarzyszy przy rozmowie z inną osobą, z którą jesteśmy, a w rzeczywistości jesteśmy zupełnie myślami gdzie indziej. Jest z nami w toalecie i kuchni gdzie czasami coś z braku uwagi, rozsypiesz albo rozlejesz — bo tęsknisz. Jest podczas ważnego wydarzenia i wzmaga stres, chociaż wtedy spokoju dużo potrzeba.
Często nostalgia zaczepi o koniuszki palców, poczujesz mrowienie. Gdy jest figlarna i ma więcej czasu, po całym ciele ciarki przechodzą. Jakby na kartce  świetliki niegroźne rozsypał i poprzyklejał, a potem tą kartką od nóg aż do głowy przeciągał przez wnętrze całego ciała, zatrzymując się w podbrzuszu sercu czy tchawicy. W tych miejscach dreszcze odczuwasz mocniejsze. Często nie patyczkuje się z nami, robi to bardzo sprytnie. Porusza się jak energiczny kierowca na drodze. Potrafi być szybka jak pędziwiatr. Wtedy przeszywa ciało na wskroś w sekundę. Zna każdy zakątek naszego wnętrza, więc przychodzi jej to z łatwością. Czasami znowu wróci symbolicznie. Jak niebiański motyl, muśnie i połaskocze w żołądku. Wtedy o coś drobnego prosi. Chociażby kawkę wspomnianą. Gdy jednak zaczepia o miejsca intymne, znaczy, że coś ma się na rzeczy. Wtedy w grę wchodzi jak nic druga osoba.
Czasami, gdy Tęsknica humoru nie ma, objada się i jest ociężała. Również my ten ciężar w tym samym miejscu czujemy. Bywa, że zamyka się przed światem, wtedy trudniej oddech głęboki złapać. Jej ciężko więc i nam się ciężko robi na sercu.
A co gdy tęsknota dwie bliskie osoby w tym samym czasie dopada ? Kiedy daleko są, a nawet blisko, tylko widzieć się nie mogą ? Tęsknota zaczyna chorować. Dostaje dreszczy, które również odczujesz. Twoje hormony nie są wtedy obojętne. W skrajnych przypadkach masz wrażenie, że cały świat zaczyna chorować. Zdarza się, że ludzie lądują wtedy w łóżku z myślą, że tylko sen będzie najlepszym rozwiązaniem.

Jaka jest tęsknota ?
Nieprzewidywalna. Zazwyczaj lubi jak się nią interesujesz. Nie lubi być samotna. Trudno się przy niej skupić na pracy, nauce czy ćwiczeniach. A jeszcze trudniej nic nie robić, bo wtedy na niej całkowicie skupisz uwagę.

Jak wygląda ?
Jest niewielkich rozmiarów, za to moc ma wielką.

Jak długo żyje Tęsknotka ?
Tyle ile potrzeba. Dopóki ją pielęgnujemy i dopóty nie dopnie swego.

Gdzie ją można spotkać ?
Mieszka często w Twojej głowie. Takie podaje miejsce stałego pobytu. Czasami, gdy jej lokalizacja nie odpowiada i życie w wielkim mieście nie przeszkadza, blisko serca zamieszka. Kiedy stwierdza, że lepiej jej będzie tam, gdzie ciepło, gniazdo uwije w brzuchu.

Czy nostalgia to coś złego ?
Po co ją od razu tak oceniać. Przy niej cele nowe sobie wyznaczamy, przy niej dążymy do niemożliwego, bo na końcu drogi gdzieś często szczęście widzimy w oddali. Motywuje nas niejednokrotnie. Zachęca do niemożliwego. Bo tak naprawdę nie chce być towarzyszem naszego życia przez cały czas. Ma następne ważne zadania. Czeka jednak, aż zrobimy jakiś ruch. Cierpliwie zachęca albo postraszy troszkę, żeby nie stać w miejscu. Cieszy się z nami, gdy wyzwania jest kres, gdy zaspokoimy potrzeby. Gdy na koncie zobaczysz wymarzoną cyfrę lub ktoś bliski wraca z podróży.
Czujesz, jaka jest spokojna ? Jakby jej nie było. Słyszę ciche uff ! Wypowiadane przez Tęsknotkę, gdzieś z wnętrza. Teraz mogę spokojnie zając się innymi sprawami, zrobić sobie wakacje lub zwyczajnie wtulić gdzieś i zasnąć.
Wewnętrzne „Ja” potwierdza: Dobrze mieć w tęsknocie przyjaciela, a nie wroga. Dobrze, że jest. Bo co gdyby jej nie było? Jest potwierdzeniem, że mamy marzenia, cele, o których wspominałam albo że kochamy lub jesteśmy kochani a może jedno i drugie na raz ?

BAJKA SKROJONA NA MIARĘ

BAJKA SKROJONA NA MIARĘ

Jestem w kinie. Obok kilka pociech. Kino to jedna z rozrywek w dzień, kiedy niebo spowite jest ciemnymi szaroburymi chmurami bez żadnych akcentów, a na ulicach wiatr włada. Kiedy ptakom trudno latać, a nas zimno przeszywa, bo wiatr ma swoje sposoby jak chłodne powietrze pod nasze ubrania wtłoczyć. Kiedy na drogach ciężko barwy jesieni dostrzec. To czas, gdy ludzie boją się przeziębień i kiedy nowoczesne nierdzewne zjeżdżalnie chłodzą mocno tyłki naszych pociech. Radzą Sobie z tym, na nogach zjeżdżając, tylko nie wszyscy dorośli o tym wiemy, więc dzieciaki w bezpieczne ciepłe miejsca zabieramy.
Na sali miejsc dużo. Mimo że przypisane, jest w czym wybierać. Widzów niewiele. Kilkoro z dzieci ostatni rząd wybiera. Idę za nimi. To ich dzień a ja jestem tylko obserwatorem. To mój pierwszy raz tak daleko od ekranu. Wydaje się mały. Te dzieci nie są w tym miejscu pierwszy raz. To stali bywalcy. Pierwsze rozważania. Dlaczego właśnie tutaj ? Czyżby intuicja im coś podpowiadała ? A może mają już jakieś doświadczenie ? A może uciekają od czegoś, tworząc bezpieczny dystans?
Gasną światła. Na nosie lądują okulary. Film 3D żeby było więcej realu. Żeby nawet, jak ktoś daleko, żeby bliżej było. Tak na wyciągnięcie ręki. Przy takim filmie rząd nie ma znaczenia. W reklamach wielkie oczy bohaterów przeszywają nas na wskroś. Wszystko się dookoła burzy i wali, jakby kataklizm miał lada chwila jakiś nastąpić. Reklama długa. Mówiłam do Siebie: No dobrze. Zacznie się film dla dzieciaków, to zrobi się spokojniej. Nie zrobiło. Wielkie oczy patrzyły na nas przez cały film. Mówiono głośno i szybko. Moja głowa za trudniejsze teksty nie nadążała na twardym dysku zapisywać. Pomyślałam: Dzieci młodsze, więc może u nich dyski lepsze. Co jakiś czas, żądna wataha wilków próbowała kogoś dopaść. Bociany, chociaż to spokojne zwierzęta krzyczały na całe gardło, aż się mury trzęsły. Te w bajce. Chociaż niewiele brakowało, aby mury kina tez wpadły w wibracje. Producenci zadbali o szczegóły. Co jakiś czas do gardła krzyczącego bociana można było zaglądnąć. Dzieci jadły smakołyki tak szybko, jak zmieniały się obrazki i jak szybko wypowiadali się bohaterowie. Chrupki, picie, cukierki zniknęły, nim się oglądnęłam. Same zaczęły krzyczeć, gdy już dna prawie sięgnęły. Już prawie zaczęła się walka o ostatni egzemplarz. No powiem ciekawe doświadczenie.

Chciałam uciec, ale za mną już była tylko ściana. Jedno dziecko zamarło w trakcie bajki na chwilę, inne na moich kolanach wylądowało w połowie bajki. Kolejnemu ciągle okulary poprawiałam, bo okulary wielkie a dziecko dużo mniejsze. Działo się. Zapamiętam.
Po wyjściu z kina usłyszałam pytanie: Czy ta bohaterka nie była podobna do tej z poprzedniej bajki ? W dobie bajek komputerowych co tydzień na ekranach kin pojawia się nowa. Z myślą o tym, że jak weekend nadejdzie, rodzinka uda się do kina. Bajki mają być uniwersalne, trochę dla dzieci i troszkę dla dorosłych, żeby nikt się nie nudził przypadkiem. Pełne emocji i scen bliskich śmierci.

Jakiś czas potem w małej, sympatycznej ciastkarni, na ekranie leci Wilk i Zając. Bajka mojego dzieciństwa. Pierwsze zwierzę niby straszne, ale jakieś takie da się lubić od pokoleń kilku. W tle charakterystyczna muzyka. Słów bardzo mało. Przypominam sobie i bacznie przyglądam się reakcjom dzieci. Maluch ma mięśnie rozluźnione, chłonie obrazki. Śmieje się i wielkich oczu nie boi. Nikt nikogo nie zjada, a wilk nawet zębów nie pokazuje, żeby dzieci nie straszyć. Nie ma walki na prawie śmierć i życie.
Z tego, co pamiętam, wilk nigdy zająca nie dopadł i pewnie już nie dopadnie, bo przez lata na zdrowiu podupadł. Wyparły go wilki z innych bajek. Czyżby ktoś stwierdził, że mało przekonujący też z byłego ZSRR ?.

Kiedy widzę gdy dzieci wracają do prostych bajek i zabaw moje serce się cieszy.
Nadchodzi kolejny dzień. Na dworze jeszcze ciemno. Wszystko co głośne jeszcze śpi. Telefony, komputery, kina, wesołe miasteczka, kierowcy którzy niedługo wsiądą za kierownice swoich mniej lub bardziej głośnych samochodów i maszyn budowlanych, produkcyjne zakłady pracy. Również kina. Słychać szum drzew za oknem. Wiatr wieje i zrzuca mocno już zżółknięte liście z drzew, przenosi śmieci z miejsca na miejsce w poszukiwaniu kosza, w zrozumieniu dla ludzi że czasami czasu nie mają albo cierpliwości. Mała dziewczynka zaświeca lampkę wiszącą nad głową. Składa rączki, a na ścianie pojawiają się cienie. Ludziki które śmiesznie buzią ruszają a ich ciałka się wiercą i kręcę. Trochę straszne ale tak słodkie jednocześnie. Jakiś ptak przeleci z wielkimi skrzydłami. Potem rączki w serce się układają. Małe serduszko, bo z małych rączek powstało, bije w rytmie serca dziecka. Zabawy z cieniem. Pamiętacie je ? Znacie ? Są twórcze. Jeśli w zabawie pojawiają się straszydła to są obrazami wyobraźni naszych pociech, dla nich nie takie straszne.

Jak znaleźć wśród tysiąca bajek taką skrojoną na miarę?
A może czasami nie warto szukać?. Wyłączyć urządzenia. Obok kina przejść bez odzewu. Takim troszkę staroświeckim być. Zabrać dziecko na wieś gdzie będzie miały styczność z prawdziwym zajączkiem. Wilka w zoo pokazać. Przejść się do lasu lub w pola, gdzie prawdziwego bociana zobaczy, z małymi oczkami i bez zaglądania mu w gardło. Zagrać w szachy, pobawić klockami lub upiec wspólne ciasto. A znacie zabawę w kanapkę? Pomysłów bez liku, co najmniej tyle co filmów w kinie. Do Was dorosłych należy wybór.

UPS! CZYLI NIEWIASTA ZA KIEROWNICĄ

Coś mi się wbiło. Ja to mam szczęście, pomyślałam. I patrzę na śrubę, której spodobała się moja opona. Toć znalazła sobie miejsce, znowu myśl przyszła. Skąd się wzięła, nie wiem. Wolę nie wnikać. Wygląda finezyjnie i nie pozwala bestia się ruszyć, bo syczy. No to nie ruszam i jadę dalej.
Myślicie sobie: Co zrobi teraz kobitka jak ja, w dodatku blondynka ? Nie powiem. Wyzwaniu podołam. Tak po kobiecemu to zrobię i bez przemocy żadnej. Przy okazji dwa czy trzy przykłady o niewiastach w samochodzie, napiszę. Bo przecież za kierownicą co najmniej tyle kobiet co mężczyzn. A i różne opinie o kobietach chodzą. A po co pytam, na co ?

Poznałam kiedyś młodą dziewczynę. Ma zawsze pozytywne nastawienie i wszystko przyjmuje na tak. Bliska mi jak córka, chociaż rzadko widuję. Najpierw ją zapytano: Jeździłaś dostawczym samochodem?. Przytaknęła głową twierdząco. Podstawiono jej pod nos najdłuższy z długich samochód dostawczych. Do tego bukmankę z koniem doczepiono, bo w samochodzie dla czworonożnego zwierzaka co pół tony waży, miejsce się nie znalazło. Byłam świadkiem, jak popatrzyła, uśmiechnęła się i wsiadła za kierownicę. Rondo objechała, a potem pół Polski i wróciła cało i zdrowo. Dowiedziałam się potem, że takim długim wcześniej nie jeździła, ale różnicy wielkiej nie widzi. Trzeba tylko większe łuki robić. Co prawda to prawda.

Przyglądam się nastolatce, która robi prawo jazdy i zdaje za pierwszym razem. Jeździ przez 3 miesiące, czym popadnie i nagle stwierdza, że potrzebuje dorobić dokumenty na przyczepę. Następny kurs na szybkiego robi i zdaje również za pierwszym podejściem. Znacie takie ? Ja tak.

Są kobiety, które nie mając blisko siebie mężczyzny, same robią przeglądy i koła zmieniają, jak trzeba. Znają budowę samochodu, bo zawsze może się wiedza przydać. Samowystarczalne.

Na drodze widuję kobiety na motorach. Płynnie zakręty pokonują. Prędkości się nie boją. Albo takie, którym za kierownicy prawie główek nie widać, bo one takie malutkie a samochód ogromny.

Mogłabym przypadków mnożyć i mnożyć. Nie o udowadnianie tu chodzi i nie o to, kto lepszy kto gorszy. Bardziej może po to, aby każdy się zastanowił chwilkę, czy wrzucanie do wspólnego wora to takie humanitarne ?
Na drodze każdy orze jak może. Za kierownica dużo zależy od podejścia i praktyki. Wszyscy mamy ten sam start. Za kierownicą każdy z nas ma mniej lub więcej szczęścia, bez względu na płeć i na to, z jakiego jest miasta. Jak ktoś się ślimaczy wg Ciebie, nie rusza od razu na zielonym, albo nie z tego pasa skręca. Cóż wyjątkowość co wyzwaniem dla nas jest, również na drodze się spotyka.

A co do opony i gwoździa.
No dobrze powiem Wam. Opony wymienię na zimowe. Gwoździa w spokoju zostawię. Skoro się tak polubili na drodze, do ich szczęścia stawać nie będę. Ona bez niego nic nie będzie warta. A on bez niej co bidula pocznie i nieszczęśnik co szczęścia miał troszkę, że ją spotkał ?
Takie tam myślenie. My baby czasami tak mamy.

20161016_090922

MAŁOLAT BEZ WYBORÓW

Dzisiaj usłyszałam pytanie: Kto daje wybór małolatowi? Na buzi osoby pytającej zobaczyłam lekki uśmiech. W powietrzu wirowały słowa niewypowiedziane: Postukaj się po głowie.
Zrozumiałam, że każdy, kto dopuszcza, aby dziecko miało coś do powiedzenia, a takich osób jest pewnie mało, jest nie lada odmieńcem.
Odpowiedziałam Sobie szybko.
Dzieciom nie daje się wyborów. Ten jednak, co kocha i szanuje, wysłucha kilkulatka cierpliwie. Posłucha argumentów. Bo nie jeden maluch logiczniej myśli od dorosłego. Niejeden proste ma myślenie. Nie jeden ma większą odwagę. Nie jeden nie wie, co to przed nowym strach. Dziecko ma niesamowite cechy. Między innymi ciekawość i chęć poznawania świata oraz tego, co jeszcze nieznane.

Przykład rozmowy mamy z dzieckiem:

– Dzieci są bardzo mądre.

Chwila zastanowienia i padają słowa:

– Ty też jesteś mądra.

– Dlaczego ?

– Bo jesteś dzieckiem. Dzieckiem swojej mamy.

Kiedy już wszystkiego się wysłucha i stwierdzi fakt, że w tym, co mówi dziecko, jest dużo logiki, podejmuje się decyzję. I to już jest wybór dorosłego.

Kiedy okazuje się, że decyzja, którą podjęto, nie była do końca słuszna, dorosłego ocenia się jako niepoważnego. A ilu dorosłych nie podejmuje w ogóle decyzji, żeby unikać porażek ? Ilu boi się wyjść ze strefy komfortu? Ilu podejmuje decyzje tylko na podstawie własnych doświadczeń lub – co gorsza – własnego widzimisię ?

W życiu każdy ma prawo powiedzieć, czego chce. W życiu może mylić się i dziecko i rodzic. Najważniejsze to próbować. Czyja będzie prawda i kogo na wierzchu? Nigdy nie wiemy. Jeśli cokolwiek pójdzie nie po myśli, pamiętajcie: MOŻNA ZMIENIAĆ, można ulepszać i poprawiać. Na nowo decydować. Bo liczy się komfort i dobro.

I to, co powtarzam często:
Każda decyzja jest dobra na dany moment. Najlepsza. Podejmując ją, zawsze chcemy jak najlepiej. A że życie płata nam czasami figla, to już swoją drogą.

Zdrowe lekko naciągane, czyli nie oszukujmy się, Eco jest inne 1/3

Dzisiaj troszkę o marketingu sprzedaży, który za produktem stoi. O kupowaniu świadomym, w świecie, gdzie wykorzystuje się fakt, iż często jemy oczami.
Zabiorę Was na pobliski targ, a potem do typowego hipermarketu. Troszkę o suszonych owocach, które akurat wpadły w moje ręce i złocistych miodach znanych nam od wieków. Opowiem o bliskich spotkaniach z rolnikiem. Nawet dwoma. Liznę temat rzekę, czyli jak wygląda Eco i gdzie go szukać.
Na początek nie będę owijała w bawełnę i powiem prosto z mostu, aby rozwiać nadzieje.
ECO jest mniej urokliwe. Eco się pod prysznicem nie pieni i nie pachnie czekoladą, gdy czekoladą nie jest. Eco do jedzenia w kolorach nie przebiera i jest też często trudniej dostępne. W typowym sklepie zazwyczaj stoi na tyłach lub po prostu go nie spotkasz. Tylko w sklepach ze zdrową żywnością wiedzie pierwszy prym. Cena tego, co zdrowe często odstrasza, podobnie jak niewyszukane opakowania, w które produkt jest zapakowany. Ogólnie to takie mało zachęcające, to ECO i BIO. Na pierwszy rzut oka. Nie w głowie mi jednak Ciebie straszyć, a raczej pokazać, z czym i jak to się je oraz że na ECO warto poświęcić chwilę lub dwie.

Popatrzmy na opakowanie.
Jego się nie je, ale warto na nie zerknąć. Na ECO nie musimy doszukiwać się długich tekstów ukrytych pod gwiazdkami. Dużo mniejszymi niż te na niebie. Tam po prostu gwiazdek nie ma. Nie ma też potrzeby zastanawiania się, czy coś z naszym wzrokiem nie tak, kiedy widzimy długie litanie pisane malutkimi literkami. Tu uspokajam, bo o grafice w reklamie co nieco wiem. Jeśli coś nie możesz na wielu produktach przeczytać to dlatego, że taki był cel. Dobrano mniejszą czcionkę, a dodatkowo zastosowano niekorzystny dobór barw. Taki chwyt marketingowy. Nie wydawaj więc na okulistę, aby sprawdzić, czy z Tobą wszystko dobrze. Bo jest. Sprawdź, co proponuje inny producent. Pamiętaj ! W Eco skład jest prosty jak budowa cepa.

Przykład na wyciągnięcie ręki.
Jeśli są suszone morele, to w składzie pisze: morele suszone i ani słowa więcej. Właśnie stoją przede mną. Wkładam jedną do buzi, jej zapach urzeka. Nieco straciła na objętości, odkąd ściągnięto ją z drzewa. Nawet dużo powiem. Bardzo dużo. Kolor brązowy to efekt suszenia, błyszczącego na co dzień odcieniami pomarańczowego, różowego, czerwonego i żółtego koloru dojrzewającego przez wiele miesięcy owocu. Nie ma przeproś, każda suszarka to złodziej objętości i kolorów, ale nie smaków. Suszarce nie mam za złe, że barwy lata zabiera. Na podniebieniu czuję jeszcze resztki promieni, które pozostały na skórce. Słodycz w ustach niczym niezaburzona. Sama natura. Bo morela, jak i większość owoców nadających się do suszenia cukrów dodatkowych oraz polepszaczy czy kandyzowania nie potrzebuje. Podobnie z bananem, który po wysuszeniu jakby siwych kolorów nabiera. Nadal jednak ma swój urok. Jakby wraz z suszeniem latek mu przybywało. Kolorami nacieszę oko gdzie indziej. Dzisiaj morelki jem zamiast słodkiego batona, banana zamiast chipsów, bo tak też można.
Koniec tego delektowania się.

Cel lokalny rynek.
Jesienne słońce między stragany i namioty zagląda. Pięknych równiutkich marchewek i zgrabnej pietruszki oraz jabłek bez skazy, co wszystkie jak z foremki, nie uświadczysz. Za to wszystko takie jakieś mimo swojej brzydoty godne zaufania. Widzę pory i selery. Tych, jeśli dobrze w domu nie domyjesz, piasek w zupie będzie zgrzytał między zębami. Ciekawe doznanie. Uroki owoców i warzyw z targu, które w żyznej ziemi wyhodowane. Zwykły deszcz je podlewa i czasami robaczek się do nich dobierze. I może nie są takie piękne i tak doszorowane, ale jedno jest pewne, w ziemi wyrosło, a oprysków dary ziemi widywały minimum. Bo którego rolnika na opryski stać ?
Czasami zapytam, chociaż wiem, że ludzie z prawdą się lubią mijać. Czasami pożartuję ze sprzedawcą, gdy widzę rzodkiewkę wielkości buraka. Tak dużą, że do buzi na jeden raz jej nie zmieścisz, chociażby chomika się udawało. Sympatyczny Pan w średnim wieku, którego resztki ziemi za paznokci zazwyczaj nie dadzą się domyć, powiada: Niektóre warzywa typu pomidory trzeba pryskać, ale tylko troszkę na początku. A rzodkiewka duża, bo przegapiłem, bo deszczu i słońca ponad miarę. W takich warunkach rośnie jak na drożdżach.
Jeśli kupować to świadomie i w miłej atmosferze, pomyślałam. Prawdomównego Pana polubiłam i często do niego wracam. Rzodkiewki oczywiście kupiłam.
Mijam stoisko innego z rolników. Na stoliku miody pachnące. Błyszczą się w słońcu w kolorach kasztanów. Jak szlifowany bursztyn w pierścionku mojej babci. Promienie światła docierają przez szklany przeźroczysty słoik w każdy zakamarek. Słoiczkom, jak i zawartości jest cieplutko. Czy to jednak dobrze ? Pamiętam opowieść znajomego, który opowiadał o miodowej pasji swojego dziadka. Jakie pszczoły są inteligentne i jakie wrażliwe. Jak miód trzymał dziadek w suterynie, bo szlachetny płyn chłód i ciemno lubi. Przypominam Sobie miłego Pana o imieniu Klemens. Człowiek ciekawy, jak i jego imię. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, wyglądał, jakby w pole zawsze szedł, albo inaczej, jakby z pola nigdy nie wracał. Luźna jasna, nieco rozciągnięta koszulka, spodnie robocze i gumiaki, które u każdego rolnika to No 1. Włosy rozwichrzone i wieczna pogoda ducha na twarzy wypisana. Pracy dużo, ale on emanował spokojem. Natknęłam się na niego podczas jednej z wypraw. Mała tabliczka na wsi a na niej MIÓD napisane. No to zaglądnęłam.
W małej piwniczce na drewnianych szafkach za płócienną zasłonką stały słoiki z pachnącą gęstą zawartością. Usłyszałam, że: Pszczoły, które miód zbierają, mieszkają w tradycyjnych ulach bez styropianu, pielęgnowane i bez żadnego leczenia antybiotykami. Cukrem w zimie dokarmiane w najmniejszych możliwych ilościach. Tam, gdzie nektar zbierają, pola nieskażone są pestycydami. Ot małe szczegóły a cieszą. Miód oczywiście zakupiłam. Ten wiosenny co ma najwięcej wartości i ten z późnego lata, bo na przeziębienia dobry. Kupuję go do dzisiaj. Takie miody nie potrzebują żadnych napisów. To, że zdrowie w ich wnętrzu ukryte, czuć po otwarciu wieczka zaraz po tym, jak słyszymy dźwięczne klik. To widać po konsystencji, gdy złocisty gęsty płyn, ze złocistą poświatą, po łyżce leniwie spływa. To widać po podejściu i wiedzy sprzedającego.
Z rynku wróciłam z torbą pełną zdrowych brzydactw. Miodów nie kupiłam wierna Panu Klemensowi. Rolnika uświadomiłam. Aby zmyć resztki pestycydów, owoce i warzywa umyłam w ciepłej wodzie z dodatkiem kwasku, a następnie zamoczyłam w równie ciepłej wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej. Przy środowiskach kwaśnym, a następnie zasadowym żaden pestycyd nie ma szans. Za taką kąpiel owocki i warzywa odwdzięczają się aromatem i smakiem.
Kierunek hipermarket.
W głowie hasło programu edukacyjnego „Od uprawy do potrawy” promowanego przez jedną z wielkich sieci sklepów w szkołach. Patrzyłam niedawno na plakat. Na górze widniało dobrze znane mi z reklam i wielkich bilbordów logo. Cel akcji szczytny, bo zdrowego odżywiania dotyczy. Na koniec dzieci mają nawet dostać zdrowe przekąski, sponsorowane przez placówkę. Ciekawe co bardziej zapamiętają treści książeczek edukacyjnych czy elementy graficzne sugerujące gdzie w przyszłości mają robić zakupy?. Sprawdzam, jak akcja ma się do półek sklepowych. Tu rozglądam się za zdrowym jedzeniem w zamiarze kupienia. Olejów na zimno tłoczonych w ciemnych butelkach znikoma ilość. Wypatrzyłam jedynie do sałatek oliwy z oliwek. Na nie moda przyszła już lata temu z Włoch, Grecji i Hiszpanii. Brakuje mi lnianego, co naszym polskim szlachetnym rodzimym produktem jest oraz rzepakowego do smażenia Do głowy przychodzi mi jeszcze masło klarowane, które jest znakomitym odpowiednikiem. Nie ma. Pod rafinowanymi, nieskazitelnie czystymi i przefiltrowanymi wiele razy oleistymi płynami, półki się uginają. O olejach polecam doczytać. Warto.
Idę dalej. Owoce, które tutaj pięknie popakowane i błyszczące, ja już na rynku zakupiłam. Pieczywo pięknie pachnące tylko z mrożonego ciasta wypieczone. Szkoda, bo chciałam Wam takie na zakwasie pokazać. W chipsach dużo soli i E — coś tam, a w sokach glukozy co niemiara. Chodźcie proszę dalej. Ziemniaki bez smaku, to sprawdziłam już kiedyś, również odpuściłam. Minęłam półkę z nabiałem, gdzie farbowanych jogurtów nie było końca i inną półkę ze słodyczami, gdzie producenci stwierdzili, że skoro w nazwie mają słowo SŁODYCZ, to ma być słodkie, ile Bozia da.
Końcem końca coś tam kupiłam. Wychodzę z pełnym koszykiem. W takich sklepach polecam zakup papierów toaletowych, chusteczek, ręczników kuchennych i patyczków do uszu. Dlaczego ? Bo mają bardzo dobre ceny. Chociaż wzorki słodkich niebieskich misiaczków i kwiatuszków w kolorze słońca kuszą, polecam wszystko, co białe, bo i na co ryzykować z rakotwórczymi kolorowymi farbami. Białe tak na wszelki wypadek i w trosce o biedne zwierzątka, bo żadne z nich nie chce podcierać czterech literek, nawet tych dziecięcych.
Wychodząc ze sklepu rozmyślam ile wokół nas podświadomej reklamy, ile kuszących kolorów, haseł i zapachów. Ile produktów tak podobnych, tylko w różnych opakowaniach, przekrzykujących się na półkach: Kup mnie ! Nie. Mnie kup !, bo tak ich zaprogramowano. Wielu z nas również podjęto programem. Tylko czy zdajemy Sobie sprawę ? Są jednak tacy co krzyków nie lubią. Dodatkowo nazwy BIO, ECO, PRODUKT NATURALNY czy BEZ GMO, które coraz częściej się pojawiają na opakowaniach, dają im do myślenia. Coraz częściej patrzymy na to, co jemy. Zaczynamy zerkać co naprawdę ląduje na naszych talerzach.

Dlaczego ludzie zaczynają się interesować zdrowym jedzeniem a co za tym idzie własnym zdrowiem?
BOIMY SIĘ ŚMIERCI. Ot tak po prostu. Usłyszałam to niedawno od statecznego i bardzo pogodnego Pana w okularach, ze starannie przycięta bródką, który zajmuje się badaniem rynku.
Warto pamiętać.
Zakupy, gotowanie i spożywanie posiłków to spora część naszego życia. I sporo czasu zajmuje. Przekonują się o tym Ci, co rezygnują z błyskawicznych zupek i dań z puszek i słoików. Życie w zdrowiu jest wyzwaniem i tego warto być świadomym, aby wytrwać, żywiąc się zdrowym. Aby wiedzieć, po co i na co. Pamiętajmy, że wielu rzeczy nie odwrócimy i że nie cofniemy czasu. Im wcześniej przyjdzie świadomość, tym szybciej jelita i reszta ciała nam za to podziękuję. Może dzięki temu nie odpalimy zapłonu, który w nas drzemie, rakiem nazywanym lub nowotworem jak kto woli. To zmora naszych czasów, która sieje zniszczenie i nas przeraża. Może dzięki zmianom wiele chorób przejdzie obok nas, a może będziemy mogli odstawić niektóre leki i suplementy diety, które są tylko zastępstwem ? Zastępstwa znamy przecież ze szkół. Wiemy, że na dłuższą metę nie ma to, jak oryginał.

Przez wiele lat jadłam margaryny i sosy z torebek, przez wiele lat wszystko, co przyniósł ze sobą Zachód. Obecnie jestem czujna, bo nie chcę, aby mną manipulowano. Obecne życie to ciągła nauka, odkrywanie, uświadamianie i testowanie. Dlatego zmieniam, sprawdzam, odrzucam, zostawiam co lepsze. Robiąc wpisy kieruje się jedną zasadą: Dziel się tym, czego sam doświadczyłeś, co sam skosztowałeś, czego dotknąłeś i co Ci służy. Może te kilka spostrzeżeń pomoże i Wam coś w życiu zmienić, jeśli uważasz oczywiście, że jest zmian potrzeba. Bo przecież nic na siłę. Każdy wie co mu służy.
Zaskoczę tych, co mnie znają i myślą, że taka konsekwentna. Wiem, że o zdrowiu piszę, ale dzisiaj mimo zdrowych zakupów, w pogoni życia i braku czasu, zjadłam w porze obiadowej, wielkiego, ciepłego, słodkiego napompowanego jak balon obwarzanka, obciekającego bielutkim lukrem, który obkleił każdy mój palec z osobna. Jego zapach czuć było na kilometr. Mienił się licznymi kolorami i wygrał rywalizację z równie kuszącym sąsiadującym pączkiem. Pychota, prawda?. Wygrał głód i obwarzanek. Więc może ten wpis to z wyrzutów, a może zadana sobie pokuta ?.
Nie popadam w skrajności. Zakonserwować się to nic złego. Dać Sobie forów też oczywiście. Powtórzę po raz kolejny. Świadomie. To moje ulubione słowo. Jeśli więc jesz patrz co masz na talerzu i dociekaj jak zostało zrobione. Jeśli idziesz do sklepu, nigdy nie na głodnego. Nakarm burczącego zwierzaka co się jeść dopomina. W sklepie niech głowa o zakupie decyduje. Świadomych zakupów życzę i jak zawsze po wszechczasy: ZDROWIA.

 

Zdrowe lekko naciągane, czyli jak jest dzisiaj 1/2

O tym jak wyglądało dawniej, było już w poprzednim wpisie. Dzisiaj będzie o tu i teraz. Chodzę tak sobie czasami po necie. Po sklepach czasami biegam a czasami spaceruję, gdy czasu mam więcej albo coś potrzeba i nadziwić się nie mogę jak dużo do powiedzenia ma dzisiaj komercja. Wszystko takie masowe. I w sklepach mam wrażenie to samo. Tylko w innych opakowaniach.

Słodyczki za każdym zakrętem
Na początek patrzę na dzieci. Wołają coś do picia. To, co ładnie wygląda, bo na etykiecie bohaterowie najnowszych bajek. No tak. Najpierw ich nieźle rozreklamowano, żeby dzieci zachęcić do oglądania, a potem słodkiej wody kupowania. Sok stoi na półkach przed samym nosem. Zwykła woda nieco głębiej. Rodzice kupują więc napój spragnionym pociechom, chociaż w butelce picia niewiele a cukru tyle jak dalece chemia jeszcze pozwala, żeby się rozpuścił. O ! I tu wkrada się moja mała pomyłka, bo cukier przecież niezdrowy. Zapomniałam. A przecież teraz zdrowe ma być. Na opakowaniu napis: Nie zawiera cukru. No i nie zawiera. Za to w składzie syrop glukozowo – fruktozowy. Ten w produkcji jeszcze tańszy od cukru, który białą śmiercią nazwano. Xylitol, chociażby z brzozy pozyskiwany w tym miejscu nie ma racji bytu. Produkt byłby po prostu za drogi. W produkcji oczywiście. W sklepie za małą buteleczkę, która pasuje do dziecięcej raczki i słodzonej sztucznym syropem, dosyć słono płacimy. Nie wspomnę o cenie przy wejściu do kina czy w szkolnym sklepiku. Jestem pełna podziwu dla koncernów i firm, które robią co roku coraz większą sprzedaż za ich wiedzę marketingową i pomysłowość.

Jedna łyżeczka cukru paraliżuje nasz system immunologiczny na godzinę. Warto o tym pamiętać szczególnie jesienią gdy o przeziębienie nie trudno. Dobrze być również świadomym, że cukier jest prawie w każdym produkcie. Jego ilość w wodzie o smaku cytryny mnie przeraża. Kiedy słyszę o kilkunastu łyżeczkach w butelce, włos na głowie mi się jeży. Cukier jest w jogurtach, ketchupach i nagminnie w musli. Nie wspomnę o ciastkach nawet jak piszą, że zdrowe. Cukrzycy miejcie to na uwadze. Ci co cenią zdrowie, również.
Kiedy jesteśmy całej prawdy świadomi, idziemy do sklepu i sypki cukier trzcinowy z półek ściągamy. Tylko nie wiemy, że często to ten sam biały co kupowany wcześniej tylko melasą zafarbowany. Bo i skąd mamy to wiedzieć. Oczy czytają a głowa mówi, że zdrowe. I ciach w sklepowym wózku niby to zdrowa słodycz ląduje. Do ręki biorę prawdziwy cukier trzcinowy. Wielka bryła w kolorze ciemnego bursztynu, z którą na początku nie wiadomo co zrobić. Wilgotna i w ręce się nieco klei. Można wydrążyć łyżeczką lub zetrzeć na tarce. Nieco mniej słodki, ale za to aromat piękny słodycz nadrabia. W formie sypkiej też się spotykam. Można nabrać łyżeczką. Jest ciężki i przelewa się prawie jak woda. Kilogram mniej miejsca zajmuje. Przelewa się przez palce jak mokry piasek na plaży.
Trudno przyzwyczaić się do tej formy. Dlatego słyszę: I co z tym zrobić ? A potem już tylko wraca się do starego białego z buraków, słodziutkiego sypkiego i tego, co łatwiej kupić. Na półkach „białej śmierci” jest dużo. W paletach w sklepach stoi, bo nie opłaca się na półki wyciągać. Zbyt jest, bez dwóch zdań.

Pachnące stoiska z pieczywem
Tutaj producenci prześcigają się, żeby wszystko wyglądało na zdrowe. Posypują chlebki owsem, dynią. słonecznikiem i twierdzą, że są na zakwasie, chociaż pieczywo specyficznym kwasem nie pachnie. Bochenki przyciągają odcieniami brązów. Większość osiąga piękny kolor w zależności od ilości dodanej, wspomnianej  już melasy. Białe bułeczki, bagietki, kajzerki. Wszystkie z mrożonego ciasta pieczone są na miejscu, bo do ciepłego pieczywa mamy słabość. Nie pamiętamy, że ciepłe nie jest zdrowe i z gorącym trzeba poczekać, aż wystygnie. Finezyjne kształty sprawiają, że długo zastanawiamy się co wybrać. Nie wszyscy zauważamy, że wszystkie te pieczywa smakują tak samo. Ich zapach roznosi się wszędzie. Nawet mało sprawny nos wyłapie. Okrągłe małe i wszystkie takie idealne. Z ziarna pszenicy dlatego tak pięknie wyrośnięte. Każdy chleb bez mąki pszennej nie będzie już taki pulchny i bielutki.
Pszenica dzisiaj wiedzie prym dzięki modyfikacji i manipulacjom hodowlanym. Bo mają być coraz wyższe plony, bo po niej każdy biszkopt ma wyjść bez względu jaka gospodyni się za niego zabierze. Pamiętam pszenicę z Kargulowych komedii czy filmu – Nad Niemnem. Wysokie kłosy, wśród których można było się schować tańczyły na wietrze, bo miały delikatne łodygi. Burza i grad były dla nich zagrożeniem. Dzisiaj nic im nie straszne, bo łodygi dużo niższe i nic ich nie ruszy. Pszenicy dałabym piątkę z plusem, gdyby nie genetyka i gluten oraz jego pochodne. Dzisiaj alergie na białka klejorodne to zmora, zarówno dzieci, jak i  i dorosłych. Bułeczki w sklepie są tanie, pieczywo razowe nieco droższe,  ale też skład inny i za wiele tego nie zjesz, bo syte. Sklepowe bułeczki ładnie pachną i wyglądają w sklepie, potem robią się gumowe. Chleby naszej babci pieczone w piecu leżały tydzień i ani były bardziej twarde, ani bardziej miękkie przez cały ten czas. Ot drobiazgi, ale chyba ważne.

Śniadaniowe specjały
Stoję przed półką z chrupkami. Crunchy, musli, płatki kukurydziane. Większość kusi rysunkami i niewielką ilością kalorii. Pełnym zbożem w składzie i owocami tropikalnymi. Jedno z opakowań szczególnie rzuca mi się w oczy. Rodzi się nadzieja. Opakowanie z szarego papieru, napisy nie biją po oczach, zielone więc z ekologią się kojarzą. Hasła kuszą. Zaglądam jednak na skład i szybko się zniechęcam. Owoce kandyzowane czyli nasączone cukrem, ilości owoców skromne. Podobnie maki pełnoziarnistej co kot napłakał. Lista dziwnych składników długa. Tu przestroga. Nie jemy opakowania. Nawet to najpiękniejsze wyląduje w koszu. Jego zawartość. To ona jest ważna. I to, co z tył pisze najmniejszym druczkiem.

Kiszonki
Półka z kapustą kiszoną. Tu idę z nadzieją, że przy produkcji kapusty nie ma co kombinować. Jest produktem fermentacji, więc konserwuje się sama. Jest jeden drobiazg. Musi mieć możliwość odprowadzania gazów. Dzisiaj kapustę kiszoną kupujemy w foliowych woreczkach a w nich wraz z kapustą nie omieszka zadomowić się konserwant. Podobnie jest z chrzanem w słoiczkach.

Produkty mleczne
Mleko. Dużo by o nim pisać. Wyjałowione przez proces homogenizacji, otłuszczone maksymalnie, bez bakterii i laktozy. Z witaminami sztucznymi. Kolor mleka został. Białe jest – więc bingo. Zastanawiam się jak po wypiciu w niepełnym składzie, mają zachodzić procesy chemiczne, które są odpowiedzialne za wchłanianie i rozkład w organiźmie. Stoi Sobie to mleko na półkach a my w każdym wieku je pijemy. Dzieciom w szkołach robi się z mlekiem akcje, chociaż wiele na mleko uczulone. Im się mówi pijcie, chociaż w ich wieku każde cielątko mleko matki odstawiło i na zielone się przerzuciło. Dlaczego ? Bo każde zwierzątko wie, że mleko od matki pije się przez chwilkę. Potem już się do niego nie wraca.
Zerkam na regał z jogurtami. Wszystko prawie jest: „o smaku” zamiast „z” – znaczy z zawartością w środku. Jogurt o smaku maliny przybiera kolory malin, ale mam wrażenie, że nawet sam barwnik obok malin nie leżał. Nawet naturalny jogurt potrafi być zagęszczany. Jakim specyfikiem ? Tego na etykiecie nie pisze. Ważne, aby konsystencję nadać. Skoro na jednym z nich piszą: „Nie zawiera mleka w proszku”, coś chyba musi być na rzeczy.

Rybki
Pstrąga chcę kupić albo łososia świeżego. Po kolorze wiem, że pochodzą z hodowli. A hodowla równa się ciasnota, czyli dużo ryb na małej powierzchni a co za tym idzie antybiotykoterpia, żeby rybki nie chorowały. Wpajane mamy, że im bardziej różowy łosoś, tym lepszy. Ale gdy się przyglądniesz tym, które naturalnie w morzach i oceanach pływają, mają piękne białe mięsko. Delikatną jak mgiełka i różową poświatę widać pod światło. Taka ryba ma swoją cenę i dostać jej dużo trudniej.

Szynki i szyneczki
No tak. Doszliśmy i do tego. Kiedy pytam Panie,  pracujące przy mięsie co o nim sądzą, spotykam się z przyjaznym uśmiechem. Co któraś nachyla się w moim kierunku i szepcze: Ja mięsa nie jadam albo bardzo mało. Te uczynne czasami podpowiedzą cichaczem: Tej szyneczki dzisiaj nie brać, a tamtą też lepiej zostawić w spokoju. Panie potwierdzają: wszystko dzisiaj smakuje tak samo. Sklepowe wędliny omijam a swojskie gdzie świnki parzonymi ziemniakami, pokrzywami, koniczyną i otrębami karmione, wszystkim Wam polecam. Bo to, co zjada prosiaczek, odkłada się w jego mięsku a my to mięsko potem zjadamy. Wy. Bo ja zwierzątek nie jadam.

Artykuły higieniczne
Szukam w necie pasty do zębów takiej zwykłej bez fluoru. Nie musi być bielutka ani mieć opakowania pięknego. Nawet nie musi pachnieć, ważne dla mnie co w środeczku. Przy okazji robię zakup szczoteczki, bo mnie zaskoczyła, mówiąc: Zobacz jestem całkiem Eco ! Zaduma i niemoc przyszła nieco później. Za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki, myśl jedna nie daje mi spokoju:
Zamierającym gatunkom lasy bambusowe wycinamy, żeby w sklepie ekologiczną szczoteczkę z bambusową rączką można było kupić. Bądź co bądź stwierdzam, że to jeszcze najmniej komercyjne w całej tej zabawie. Opakowanie papierowe. Minimalizm formy. Zużyte tylko tyle papieru ile potrzeba. Jest wrażenie, że szczoteczka niezniszczalna, więc posłuży dłużej. Bakterii i tego, żeby często wymieniać się nie boję. Mam wrażenie, że hasła o kształtach, które mają się niby w każdy zakamarek dostać, przyćmiewają ważny szczegół. W sklepowych wydziwianych plastikach o główkach kolorowych, włosie jest tak słabe, że wymieniać szczoteczkę trzeba często. No to wykorzystuje się, mam wrażenie biedne bakterie i historię o tych żyjątkach dorabia.
Są pociechy, które myją zęby nieregularnie, które nie myją prawie w cale. Znam takie. Ślina to naturalny środek przeciwbakteryjny. Dodaj do tego odpowiednią dietę, a wielu nieprzyjemnych zabiegów na fotelu dentystycznym unikniesz. Pozostawiam do przemyśleń.

Zakupy dla mnie w przeciętnym sklepie to nie lada wyzwanie, albowiem czasy dziwne nastały. Człowiek stracił zaufanie, a co za tym idzie, odebrano nam przyjemność bezstresowego kupowania. Ukierunkowano na sprawdzanie cen i analizowanie promocji. Kupowania dwóch, chociaż nawet jednego nam nie trzeba było, gdy wychodziliśmy z domu.
Jak łatwo jest nami manipulować. Jak łatwo mieszać nam w głowach.
Jednego dnia masło jest zdrowe. Innego margaryna. Następnie znowu masło do łask wraca, ale takie co jak na patelni rozpuszczasz, to pryska na wszystkie strony. Modę można sztucznie stworzyć, modę można do głów nam reklamami wtłoczyć. Kiedy troszkę zachowamy dystans możemy żyć zdrowo a ponadto środowisku pomagać. Warto więc może czasami w tym naszym pośpiechu zatrzymać się przy sklepowej półce i pomyśleć ile w tym wszystkim naprawdę jest zdrowe i Eco. Sprawdzić jak prawdziwe Eco wygląda, czym się różni i dlaczego producenci go tak nie lubią. Jeśli nie chce Wam się o tym główkować, zapraszam do następnego wpisu.

PODWYŻKI POWODEM RADOŚCI I SMUTKÓW

Pierwszy dzień kalendarzowej jesieni astronomicznej czuje się w powietrzu. Zewsząd słyszę: Ale zimno. Brr. Chusteczki idą w ruch, bo delikatne nochale pierwszy objaw przeziębienia wykazują. Ktoś obok kicha. A ja tak nie chcę. Jestem na basenie, gdzie w wodzie na początku również chłodno. Tu nabieram odporności. Niektórzy mówią, że wodą się bawię. I mają rację. To moja recepta na dni, które chciałabym, żeby były lepsze, a z jakiegoś powodu nie są. Wychodząc napotykam duszyczkę. Na twarzy zmęczenie z zadowoleniem się przeplata. Wyszła z wody. Jej ciało pachnie chlorem. Pada pytanie co z nowymi wpisami. Cicho jakoś się zrobiło. Wczoraj padło to samo z ust innej osoby. Oczy mi się szerzej otwierają.

Wiecie? Założyłam bloga z myślą, że od czasu do czasu coś napiszę. Może inni będą chcieli czytać. Kiedy słyszę zapytania o nowe posty lub słowa zachęty, za chmur słońce wychodzi, choć na dworze zimno i jeszcze przed momentem padało. Rośnie energia, a tematy rodzą się na miejscu. O czym, więc miałoby być dzisiaj? O czym pisać? Miało być o ksywach ale, w oddali wśród szatniowych wieszaków obwieszonych już kurtkami ze względu na pogodę, słyszę sympatyczny głos: „O podwyżkach”. Tak, więc będzie o tym, kiedy w portfelu więcej i jak się czujemy gdy pieniążków mniej.

Kiedy patrzymy na własne konto, na którym pojawia się większa niż zazwyczaj cyfra, na naszych buziach widać banana, a w sercach radość zakwita. No bo przecież pieniądze niby nie takie ważne, bo zdrowie i takie tam, a jednak jakoś tak się przydają. I o tym warto oczywiście pamiętać. Takie własne zapracowane i te niespodziewane lub ciężko jako premia wypracowane. A jak wygrane to jeszcze większe szczęście, że się takie szczęście miało. Podwyżki w takim znaczeniu cieszą. Są świadectwem, że jesteśmy czegoś warci, że nas doceniono, że coś nam znowu wyszło, mamy odwagę, aby coś w życiu zmienić i aby próbować.

Są też podwyżki, które dają do myślenia. Te fuj i be co powodują, że musimy za coś dopłacać, przepłacać chociaż jeszcze tak niedawno było taniej. I to taniej nam pasowało, drożej już nie bardzo. Stoisz w sklepie, a tam Twoje ulubione słodyczki o kilka groszy poszły w górę. Cukieraski owszem smaczne, ale inna kwota przy produkcie, więc jakiś niesmak się pojawia. Albo wydaje Ci się, że tanio kupiłeś, a zaraz potem inną lepszą cenę w innym sklepie znajdujesz. Okazuje się, że drożej już chyba nigdzie nie ma. Przepłaciłeś, więc tupiesz nóżkami. Tu drożej, tam jeszcze. I jeszcze tam przykręcają śrubę. Nie mają litości. I jak tu żyć.

Patrzę na ludzi. Jest podekscytowanie. Niesmak, złość, rozgoryczenie i wiele pytań. Często pieniążków brakuje choć jeszcze niedawno starczało. Jest załamanie rąk, bo nam niewiele pozostaje do gadania. A i owszem. Kiedy mamy wpływ to go mamy. Zazwyczaj jednak stajemy przed faktem dokonanym. Możemy wejść w posiadanie czegoś lub zrezygnować z tego na raz i zawsze. Może przesadziłam. Na jakiś czas, kiedy emocje miną.

Czy mając pasję i słysząc: „Opłaty drożeją”, zrezygnujesz z tego, co Ci służy? Czy raczej popsioczysz i przełkniesz, a na koniec przyzwyczaisz się do tej myśli? Czy mając przed oczami ulubionego batona oblanego słodką błyszczącą czekoladą, którego oczy już zaczęły jeść, a brzuch będzie chciał strawić za lada moment, jesteś w stanie przejść obok niego? Trudno jest gdy pierwszy raz musimy sięgnąć do kieszeni po więcej niż zwykle. Często sięgamy. Potem szybko się przyzwyczajamy aż do czasu następnej podwyżki.
Nie daj się ponosić złym emocjom. Niewiele w Twoje życie wnoszą. Zostaw tylko te dobre na wyjście do kina czy wspólne wypady. Warto pamiętać, że zawsze masz wybory. Możesz mieć to, co miałeś dawniej za nieco więcej lub nie mieć tego w ogóle. Dokonuj świadomych decyzji, doceniaj wartość. Jeśli zmieniasz to zmieniaj tylko na lepsze.
A co, kiedy Twój portfel nie jest w stanie unieść wszystkiego? Potrzeby rodzą działania. Nie rezygnuj z tego, co przynosi Ci radości czy sprzyja zdrowotności. Szukaj rozwiązań na lepsze jutro.

 

 

O dojrzałości dojrzałe rozmowy podróżne.

Słuchając ludzi uczymy się życia. Zdziwieni spoglądamy czasami inaczej. Mądre rozmowy dokładają się do naszych doświadczeń. Każdy nowy wyjazd z nowymi ludźmi to nie lada wiedza. Jeden wykorzysta to, aby móc plotkować inny, aby się czegoś cennego dowiedzieć i od życia nauczyć.

Na drodze spotykasz znajomego. Znasz go, ale raptem kilka razy było okazję go posłuchać. Wydawał się małomówny i nie taki po twojemu. Coś powiedział lub wykonał gest, który Ciebie obruszył. Szybka ocena. Potem jeszcze ktoś o nim coś dopowie i tak tworzy się historia człowieka. Twoja bajka w Twojej głowie. Ale jego historie są zupełnie inne. Jego nie wyglądają tak jak na Twoich obrazkach. Często to pasmo przygód i bólu. Kiedy go zaczynasz słuchać oczy Ci się otwierają. Odnajdujesz w jego poczynaniach decyzje, na które często Ty lub inni nie mogą się odważyć. Odkryjesz prawdę.

Płynę promem. Stanęłam w korytarzu. Miało być na chwileczkę okazało się, że rozmawialiśmy ponad godzinę. I nie było o pogodzie chociaż za oknem morze pokazywało co potrafi. Było o tym, co od życia w prezencie dostajemy. O tym jak w ferworze walki o lepszy byt łatwo w życiu coś przegapić. O pielęgnowaniu w związku. Dzieciach które się pojawiają. O dojrzałości, ale tej zupełnie innej niż w wieku lat 18. Momentach, w których człowiek czuje się zagubiony i szuka dystansu. Chwilach, gdzie chce coś zacząć od nowa, ale z sobą ma bagaż życiowych osiągnięć, którego ot tak się nie zostawia gdy głowa mądra.

Słuchałam. Przypomniałam Sobie moment żartów grupy dorosłych ludzi o kryzysie wieku średniego. Czy dopada każdego? Tego nie wiem. Warto jednak dostrzegać szczegóły. Czy słusznie nazwany? Ja nazywam ten moment drugą dojrzałością.

Rodzimy się i jesteśmy ciekawi świata. Zapatrzeni w naszych rodziców przestajemy robić w pieluchę, uczymy się raczkować, a, kiedy stajemy na nogi już trudno się zatrzymać. Żądni wrażeń za dziecka, ciekawi świata jako nastolatki. Wpadamy w dobre albo mniej dobre zdaniem naszych rodziców towarzystwo. To wiek pełen przygód, więc jak tu się zatrzymać. Końcówka szkoły i okres łapanek. Dziewczynki przeobrażają się w kobiety. Wychodzą z poczwarek jak motyle z kodem, w którym zapisano instynkt macierzyństwa. Nawet, kiedy w planach mają rozwój osobisty i pozostanie kimś wielkim, dobrze jeśli druga połowa do prokreacji będzie gdzieś blisko. Chłopcy zaraz po nich wychowani na tych co nie mogą płakać za chwilkę będą chcieli się wykazać jakimi są lwami czy tygrysami. U nich kod wygląda zupełnie inaczej. Chcą się sprawdzić jako przywódcy stada. Tak tworzą się pierwsze pary. A potem par jest coraz więcej. U jednych iskrzy miłość, więc związek ma duże szanse. U innych fakt, że przy tej osobie czuję się w miarę dobrze wystarczy, aby stworzyć związek. Naciski rodziców też mają znaczenie. Myśl, że dalsze poszukiwania spełzną na niczym i strach pozostania samotnym wystarczy, aby stanąć przed ślubnym kobiercem. Ci którzy nikogo nie mają kilka lat później przez wielu są postrzegani jako nieudacznicy albo podejrzewani, że coś z nimi nie tak. Rodzi się współczucie, a wraz z nim poczucie u tych ludzi, że faktycznie coś z nimi nie tak. Mało jest tych co się nie przejmują. Tych pewnych wyboru. Stając przed ślubnym kobiercem jesteśmy zachwyceni koleją rzeczy. Każdy będzie mógł się wykazać. Zawody rodzą się dużo później. Jakaś kobieta nie może urodzić, jakiś mężczyzna nie jest w stanie utrzymać rodziny. Z młodzieńczego marszu przechodzimy do biegu. Biegniemy po szczęście. Dla jednych to gromadka dzieci, dla innych duże pieniądze na koncie. Mężczyźni zakładają biznesy lub popadają w depresję. Kobiety zapatrzone w pociechy ogarniają jeszcze pracę. Trudno spisać wszystkie scenariusze. Wręcz niemożliwe.

Jedno co wynika z moich obserwacji to bieg do wyznaczonej mety. Bez oglądania się za Siebie, bez obserwowania co obok. Dla mnie druga dojrzałość to moment w życiu, kiedy po wielu latach stajemy po raz pierwszy w miejscu, a z nami zatrzymuje się nasza cała przeszłość. Bywa, że po chwilowym odpoczynku podążamy ta samą ścieżką. Bywa, że nasze życie staje na głowie. Dobrze wiedzieć o drugiej dojrzałości. Będziecie wiedzieli, kiedy nadchodzi. Ręczę Wam za to.

Usłyszałam słowa, które mi utkwiły w pamięci: Mamy dwoje uszu i jedne usta. Czy to przypadek? Nie. Korzystajmy z tego. Lubimy mówić, ale nauczmy się słuchać podwójnie. Ujrzymy świat w innych zwierciadłach. Dowiemy się często jaka jest prawda. Przestaniemy oceniać. Może polubimy tych, do których mieliśmy awers.

W domu i w głowie Matki Polki porządkowanie czyli 3 pomysły skąd czerpać pomoc 1/2

Zacznijmy od początku Najpierw jesteś sama. Masz wszystko na swoim miejscu. Twój dom wygląda po Twojemu. Porządkujesz do momentu aż czujesz, że w tym otoczeniu jest Ci dobrze. Ale samemu nie jest dobrze. Jesteśmy przecież zwierzęciem stadnym. Więc potem jest Was dwoje. Jest wspaniale. Podział obowiązków. Jako kobieta porządkujesz nadal i bierzesz pod skrzydła.

Opiekujesz się domem i nie tylko. Ot tak po prostu dbasz, bo jest to w Twojej naturze. A potem bywa, że jest Was troszkę więcej. Może dzieci i jeszcze chomik, bo wydaje się mało obsługowy. Do tego jakiegoś kotka przygarniesz. Zmieniasz dom na większy. Opuszczasz małe słodkie nieco ciasne mieszkanko, które całe ogarniałaś wzrokiem stojąc na środku. Większe mieszkanie czy duży dom daje przecież większe możliwości. Zakładasz ogród. Prac i obowiązków przybywa. Ty nadal wszystko ogarniasz.

Jeśli w domu są dzieci wtedy prania, suszenia, rozwieszania, składania, odnoszenia na swoje miejsce, mycia, szorowania, podlewania, wycierania, odkurzania, pieczenia i nie zapomnijcie o przytulaniu, jest coraz więcej. Mówisz przecież to naturalne i dziecku co chce zabawy odpowiadasz: Potem, bo teraz mamusia musi obiadek przygotować. Czasami pomoc płynie. Ale tylko Ty jedna, kobieta, Matka Polka wiesz ile pracy wszystko kosztuje. Nie zapominajmy, że w dobie równości pracujesz jeszcze na cały etat. Tylko Ty wiesz, że drugi jest gdy do domu wracasz.

Dom, więc lśni. Goście chwalą. Po latach przecież dochodzisz do wprawy. Potrafisz więcej i szybciej. Nawet potrafisz rozdzielać obowiązki, bo zaczynasz dostrzegać, że potrzebujesz pomocy. Że już tak wszystko się nie da nawet jakby się chciało, nawet jeśli jesteś obrotna, pracowita. Nawet jeśli masz pozytywne nastawienie. Główkujesz co z tym zrobić i pierwsze 3 pomysły przychodzą do głowy.

Do pomocy zjawi się babcia.

Jeśli mamy babcię blisko jesteśmy szczęściarzami. Podwójnymi gdy obok jest dziadek. Wszystkim dziatkom chylę czoła. To co robią jest nieocenione. Ale, zanim poprosimy bliskich warto pamiętać, że jesteśmy już samodzielne. Mamy swoje przyzwyczajenia. Wychowujemy po swojemu. Wszystko w domu po naszemu. A mama lub teściowa ? To kobiety z doświadczeniem. Wiedzą więcej niż my i Twoje dzieci chcą nauczyć własnych standardów i przekonań. Oj ciekawie to czasami wygląda. Pamiętaj dziadkowie są super, a jeśli ustalisz zasady na początku skorzystają na tym dzieci, skorzystasz Ty i Twoja druga połowa. Będzie tak super co najmniej potrójnie.

Zatrudnisz nianię lub pomoc domową.

Tutaj możesz już wymagać i będzie tak po Twojemu. Tylko znajdź taką co spełnia oczekiwania. Z pomocą różnie. Ideałów nie ma. A nawet jeśli jest przygotuj się na dłuższe poszukiwania. W końcu zjawia się ta wymarzona. Spędzasz z nią dużo czasu. Uczysz. Pokazujesz co i jak. Sprawdzasz. Delegujesz zadania. Rozliczasz się regularnie. Wszystko się już tak ładnie ułożyło, a jej za chwilę nie ma. Bo ona potrzebowała pracę przejściową albo za granicą więcej płacą lub Ty za dużo wymagałaś. No i szukasz od nowa. Przy tej opcji uzbrój się w cierpliwość. Naucz, że nic nie trwa wiecznie.

Dzielisz obowiązki między dzieci.

Czekasz i myślisz Sobie: Gdy dzieci dorosną będzie lżej. Pomogą. Bo widziały i wiedzą, że nic samo się nie robi. Nauczyłaś bycia dokładnym i odkładania na swoje miejsce. I doczekałaś się. Podejmujesz próbę. I tu często zaczynają się schody. Dzielisz zadania i spodziewasz się ideałów czy cudów. Patrzysz. Mija dzień, tydzień, miesiąc. Rodzą się zawody. Myśli przychodzą: Mieli pomóc, ale im się nie chciało, zrobili unik, tłumaczyli nie teraz, bo co innego coś muszą zrobić, przyjęli zasadę może mi się uda lub może kolejka ucieknie. No i nie potrafią tak jak Ty. Daj może dopuścić myśl, że nie mieli czasu, mieli ważniejsze powody. Że dzieci mają inne spojrzenie i inny odbiór. Dla Ciebie może coś byś nie tak, dla nich całkiem extra. Pamiętaj też, że dzieci muszą dojrzeć. Spojrzeć ile dają od Siebie i czy wszystko na ile je stać. W życiu tyle dostajemy ile dajemy. Ba. Dostajemy dużo więcej. To wiemy my dorośli. Dawać trzeba się nauczyć, a to wymaga czasu. Poza tym dzieci chcą dzieciństwa, młodzież radości życia, to, co od nich chcemy to dla nich strata czasu. Dlaczego ? Bo młodość ucieknie, a obowiązki będą zawsze.

Pamiętajcie rozwiązań jest wiele. Szukajcie. Sprawdzajcie. I najważniejsze. Dajcie Sobie pomóc. Pomóżcie Sobie same. Tak, aby mieć trochę czasu dla Siebie. Aby kiedyś nie poczuć się jak niewolnik. Warto w życiu umieć wyważyć. Czasami dać coś zrobić za Siebie. Czasami po prostu odpuścić. A czasami zrozumieć.

W domu i w głowie Matki Polki porządkowanie 1/1

Rodzina jak z obrazka. W kącikach kurzu nie uraczysz. Na stole wazon z pachnącymi świeżymi kwiatami, rozkładasz naczynia. Pachnie obiadem, który właśnie co przygotowałaś po pracy. Patrzysz przez szybę. Szkło błyszczy się w popołudniowym słońcu. Wołasz do stołu słodziaki co z pieskiem się właśnie bawią i ze szkoły powracały. Potem na tarasie popijasz kawkę lub herbatkę, wpatrzona w kwitnące wypielęgnowane rośliny i przez uchylone drzwi słyszysz sygnał z piekarnika. Ciasto się właśnie upiekło. Zapach truskawek i wanilii wypełnia otoczenie. Po prostu sielanka. Czy tak to Sobie wyobrażamy ?

Tak jest na filmach. A jaka jest rzeczywistość ? Już nie jest tak dokładnie i nie zawsze jak na obrazku. Wracasz z pracy. Zlew pełen naczyń, w korytarzu barykada z butów, stopa do podłogi się klei, bo ktoś sok rozlał, a pies do tego wszystkiego dywan obsikał. Na szybie historia pewnego ptaszka, który codziennie tędy przelatuje. Nie masz czasu umyć. Chcesz do stołu obiad podać, a na stole mydło i powidło. Bo stół pod ręką i po drodze. Jeśli późnym wieczorem nic nie ugotowałaś masz wyzwanie co na szybko. A jak masz to będzie odgrzewane czyli już nie takie smaczne. O deserze zapomnij. Jak masz dużo szczęścia znajdziesz chwilkę dla Siebie. Chcesz wyjść i się troszkę umalować, a Twoje kosmetyki gdzieś się ulotniły. Masz szczęście, że przynajmniej mydło się nie skończyło.

To schemat, który spotykam bardzo często. Schemat rodzinny. Biorę, więc temat na tapetę. Niedziela. Leżę na hamaku. Leżymy sobie we dwie z psiapsiółą, bo ustrojstwo podwójne. Słońce wysoko. Niebiesko na nieboskłonie. Taka chwilka dla siebie. Rozmawiamy o tym jak kochane dzieci podchodzą do porządków, kiedy im się do końca nie chce. Że więcej wtedy strat niż korzyści. Jakie jest ich zaangażowanie i że lepiej czasami tego nie oglądać. O tym jak zdarza się z pełnymi reklamówkami zaraz po pracy w drzwiach stanąć i widzi to, co nie do końca chciałoby się widzieć. Jak ręce chcą opaść, bo czasami opadają, ale nie mogą, bo pełne. Ale również o tym jakie życie byłoby puste i ile mniej wyzwań. Zaczęłyśmy szukać stron dobrych, bo są przecież takowe. Dostrzegłyśmy plusy, choć ciągle minusów było dużo.

To był początek. Pojawił się śmiech, a zęby w słońcu lśniły. Za brzuch się na koniec ze śmiechu trzymałam. Łzy radości poleciały. Wiecie do czego doszłam i co mnie najbardziej w tym wszystkim ubawiło ? Że często będąc kobietą zadajemy sobie pytania: Dlaczego tak u mnie jest ? Co źle robię ? Może jakieś błędy wychowawcze popełniłam ? Może coś przegapiłam ? Może coś ze mną nie tak ?

Wystarczy kochane Matki Polki oczy otworzyć. Przecież nie jesteśmy inne. Każda z nas przechodzi to samo. W każdym domu te same wyzwania. Tylko, że my takie ambitne i mało która z nas o tym mówi. Stara się po prostu sprostać. Nie dostrzegamy, że w około podobnie. Wyrzućcie, więc troski na bok. Wszystko z Wami ok. Jesteście wspaniałe i wyjątkowe w tych ciągłych pomysłach i do doskonałości dążeniach.

Kiedy dzieci do Was zawołają Matko z dziwnym akcentem i zadziornym wzrokiem pamiętajcie, że to z miłości i przekomarzania. Bo tak naprawdę kochają skrycie. A, kiedy pies na dywan sika to zwyczajnie z radości albo, dlatego że ma problemy z układem moczowym. Więc głowy do góry i nie mazgaić się proszę. Naprzód następnym wyzwaniom jak cała reszta Matek Polek.

Najtrudniejszy zawód świata

Zawody. Jest ich setki, a nawet tysiące. Od stojących, poprzez jeżdżące, pływające i latające aż po siedzące biurowe. Wszystkie wyuczone. Jest jednak taki jeden, który często spędza nam sen z oczu. Rodzicielstwo. Jak być rodzicem nie nauczą nas nigdzie. Owszem pielęgniarki pokażą jak przewijać, a gdy dziecko starsze psychologowie powiedzą jak sobie radzić gdy coś nie wyszło. Ale te krótkie kursy to nic, bo tu nawet studia byłoby mało. Wszyscy jesteśmy, więc samoukami. W chwili narodzin dziecka dostajemy bowiem do ręki materiał niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju. Obdarzamy je miłością. Najpierw jest malutkie i bezbronne, i da się tak łatwo rzeźbić. Całujemy, pielęgnujemy, nosimy na rękach i na barana. Dbamy jak potrafimy i uczymy wszystkiego według naszych przekonań, a ono naśladuje i powtarza. To takie słodkie. Pokazujemy nadal co dla niego dobre. Uczymy manier jak ma się zachować i z kim obcować. Mówimy co należy, a, czego nie wolno. Dajemy wszystko, co najlepsze i tyle na ile nas stać. Zapisujemy do najlepszych przedszkoli i szkół, uczymy języków. Wozimy na wakacje i ciągle kochamy bez granic. Wyzwań przy dzieciach nie brakuje. Im większa pociecha tym jest ich więcej. Stawiamy im czoła. Kiedy rodzi się drugie wydaje nam się, że już mamy instrukcję obsługi. Ale nie do końca tak jest. Bo każde następne stworzenie boskie jest inne. Im więcej większych dzieci tym mniej włosów na głowie i tym bardziej siwe. Każdego dnia dajemy z Siebie wszystko. Cały czas z myślą, że one już będą mądre w wyborach i błędów tych co my nie popełnią, bo na naszych się nauczą. Cały czas z myślą, że kiedyś to nasze dobro wróci, że dzieci będą nam wdzięczne i będą robiły tak jak jest w naszych wyobrażeniach. A wyobraźnia działa.

Przychodzi czas, kiedy dziecko przestaje być dzieckiem. I tu zaczynają się rozczarowania. Nie chce wyjść z domu, bo mu dobrze na matczynym stołku lub z domu ucieka. Dzwoni co chwilkę, bo nie może końca z końcem związać albo nie dzwoni w ogóle, bo zapomina. Znalazło Sobie druga połowę, ale ta nam nie odpowiada, bo jakaś inna miała być wg naszych planów. Żyje w wolnym związku albo spotyka się z osobą tej samej płci. Gdzieś mu się noga podwinęła, gdzieś nie w takie kręgi wpadło. Podjęło niesłuszną decyzję i długi ma. Roztrwoniło pieniądze, które dostało. Włóczy się po świecie. Szkoły nie ukończyło. Zawodu nie ma konkretnego. Nie prowadzi domu tak jak uczyliśmy go, no i wyjechało daleko, choć miało być blisko. Czasami drażnią nawet małe drobiazgi. Ach to dziecię. To wszystko nie tak miało być. Opiekujemy się dziećmi gdy są małe i żyjemy w przeświadczeniu, że one będą opiekować się nami wiele lat później. Że będą na wyciągnięcie ręki. Że kiedyś podziękują i zawsze będą pamiętać. Pamiętają i kochają, ale zawsze dziękować nie będą. Zaczynają żyć swoim życiem. Często poznają wielką miłość, która przez chwilę jest mocniejsza niż uczucie do mamy czy taty. Często wyjeżdżają za marzeniami na drugi koniec świata. Często zatracają się w nowej pracy, która daje im pieniądze i niezależność. Pragną wolności i zasmakowania wszystkiego. Mają moc i chcą ją wykorzystać. Wszystkie mimo naszych nauk uczą się życia po swojemu. Bo są inne od nas, choć te same geny. Nawet te najbardziej mamusine lub te, które sami do Siebie przywiązaliśmy. Pomijam tylko te naprawdę szczególne przypadki, gdzie choroba dzieci, rodzica  czy zdarzenia losowe stoją na przeszkodzie.

Jeśli nie chcemy być zawiedzeni w przyszłości podejdźmy do tematu z pokorą. Kochajmy bez zobowiązań. Dajmy co cenne nie licząc na zwrot. Dzielmy się doświadczeniami, ale pozwólmy popełniać własne błędy. Nie spodziewajmy się cudów po latach. Nie dziwmy się innością. Stwórzmy miejsce, do którego nasze dzieci mogą wracać gdy stracą grunt pod nogami, ale nie liczmy, że przyjadą na każdy zaproszony obiad. Kiedy tęsknimy bierzmy pierwsi telefon do ręki. Nie czekajmy na to, że zadzwonią, bo tak rodzą się żale i pretensje. Cieszmy się chwilami razem, zapamiętujmy je i pielęgnujmy.

Jesteśmy istotami stadnymi. Lubimy bliskość osób, które kochamy dlatego do niej dążymy. Boimy się pustki. Marzymy, aby kiedyś mieć już czas tylko dla Siebie po czym nie możemy się odnaleźć bez rozkrzyczanych pociech, których wszędzie było pełno. Najpierw są dzieci potem ich nie ma, są tylko od czasu do czasu lub bardzo rzadko. I jak tu żyć ? Można Kochani.

Nauczcie się żyć po swojemu i z życia korzystać. Bo wreszcie nadszedł czas, o którym marzyliście momentami gdy Was macierzyństwo przerastało. Wyciągnijcie z szuflady pasje. To czas na książkę ogród czy znajomych. Na odsypianie nocy i troszkę szaleństwa. Przy odrobinie szczęścia długo spokojem się nie nacieszycie. Historia toczy się w koło. Ledwo się obejrzycie jak w drzwiach staną wnuki, a dziecko powie: Mamo, tato mogę na chwilkę zostawić, bo mały chory, a ja muszę do pracy. Albo: Przyjedź, bo pomoc do wnusi potrzebna. I co nie zostaniesz, nie pojedziesz na drugi koniec świata ? Tam znowu będzie gwarno, a spokój zamknie się w szafie, bo hałas nie jest jego. Pasje, książki i ogród znowu odłożysz na potem. Tylko pamiętajcie, że w tym świecie jesteście już tylko gościem. A więc bez wymądrzania.

Ja nie chcę być żeglarzem ! Czyli co chcemy będąc dzieckiem, a co dostajemy od życia / cz. 2

Patrzę na zamyślonego człowieka z butelką piwa w ręce. Słucham od ludzi: Ja już starszy. Dla mnie jest za późno. Ja mam już pracę. Jak jest to jest, ale jest.

Co nas takiego wiąże ? Ustawy, papiery i dyplomy, na których napisano jesteś księgowym i krzyżyk na drogę ? Kalendarz, w którym widzimy upływający czas ? Czasami zostajemy kimś z przypadku. Bo czasami ktoś nam podpowiada w dobrej wierze, ale to nie do końca jest nasze. Czasami decyzje podejmujemy zbyt wcześnie, kiedy do decyzji nie dojrzeliśmy. To, co kochamy robić jest w nas od zawsze. Nie wiemy o tym często, bo rodzi się z czasem, potrzebuje lat. Spotykamy na swojej drodze kogoś, kto nam pokazuje nowy świat. Nasz świat. Zaczynamy robić coś, co było nam zupełnie obce, a okazuje się, że jest zupełnie nasze. Bo praca często rodzi się z zamiłowania. Patrzymy na własne życie. W kieszeni mamy już dokument ze szkoły czy uczelni, którego czasami stajemy się więźniem. A przecież wiemy, że praca powinna cieszyć. To, co chcemy przeradza się w marzenie. Zostajemy przy starym.

Zostałeś konstruktorem z zawodu, a chcesz prowadzić biznes i sprzedawać. Jesteś nauczycielem, a chcesz być dyrektorem, bo i wyzwanie inne. Pracujesz przy produkcji felg, a chcesz robić świece. A może lubisz to, co robisz, ale jest coś jeszcze co ciągnie jak magnes. Sprawdź. Jeśli jesteś w sytuacji, gdzie masz w czym wybierać jesteś szczęściarzem. Próba nie strzelba. Przebieraj, wybieraj i zostań przy tym, co Twoje było lub będzie. Nie dajmy się zwodzić myślom, że coś jest za wcześnie albo za późno, że w dzisiejszych czasach się nie da. Że jak jedno to już nie ma drugiego. Podążaj swoją drogą, przypatruj co się dzieje dookoła. Rób to, co w życiu kochasz. To, co jest Twoje jest blisko ciebie, zauważ to i dotknij.

Słucham osobę z ogromną wiedzą o pszczelarstwie, gdy jako dzieciak dziadkowi pomagał. Wiedza nie spisana. Tęskni za tym. Los dał mu papiery na inne zajęcie. Od niego miód kupiłabym z zamkniętymi oczami. Słucham historii, gdzie zdolny artysta, który kochał malować urokliwe uliczki jeszcze bardziej uroczego miasteczka nad Wisłą, zatracił się w pracy biurowej. Komputery, spotkania, dokumentacje i urzędy. Najlepszy w mieście architekt, którego dzieła oglądasz w kraju i za granicą. Ale za czymś po latach tęskni. Za małym krzesełkiem na rynku, sztalugą i setkami szkiców, które wyszły spod jego ręki. Za miejscem, w którym tak dobrze czuł się. Za tamtym słońcem, które sprawiało, że rysunek nabierał mocy, tempem życia i tamtymi ludźmi. Cóż za praca powiecie. A on malował życie i zarabiał na tym dobre pieniądze. Kamieniczki Kazimierza Dolnego może po latach nieco inne. Krzesełko okrył kurz w piwnicy. Jest rodzina, praca. Ale dłoń sprawna tylko czeka, aby tam powrócić. Głowa nadal trzyma w ryzach marzenia, choć argumentów ma za mało. Do Kazimierza drogi godzina. Klucz do piwnicy pod ręką. Bak w samochodzie pełny i wolna niedziela, bo dzieci wyrosły. Wszystko na wyciągnięcie ręki, a jednak jakoś daleko. No może tylko za oknem pada. Dla niego specjalnie pogodę zamawiam. To samo słońce co kiedyś świeciło, bo ono niezmienne. Żeby mógł podjąć próbę. Żeby znowu tego, co było mógł pokosztować na nowo. Bo to nowe doświadczenia. A nóż coś fajnego się z tego zrodzi. Kto wie. Tak przecież rodzą się nowe horyzonty.

Biorę do ręki gazetę, a w niej wywiad z ludźmi z korporacji, którzy rzucili wielkie miasto i przenieśli się na wieś. Przed domem pasą się owce, a oni sprzedają sery jakich w sklepie nie uraczysz. Pachnące świeżą wiosenną trawą o specyficznych smakach. Jest w czym wybierać. Co najmniej dobre jak francuskie pleśniowe. Wiem, bo jem. Oni są szczęśliwi. Realizują się i codziennie rano wstają z ogromną satysfakcją i nowymi pomysłami. Ale im się nie udało. Oni mieli odwagę coś zmienić. Da się ? Da.

Ja nie chcę być żeglarzem ! Czyli co chcemy będąc dzieckiem, a co dostajemy od życia / cz. 1

Jest ranek. Na lądzie chrzest żeglarski dla maluszków właśnie dobiegł końca. Dobra zabawa zwieńczeniem wysiłku. Po ceremonii wszyscy się rozchodzą. Delikatny klaps pagajem w pupę zaliczony. Gratulacje i uścisk dłoni kapitana również. Gadżety rozdane. Buzie uśmiechnięte. Ale nie u wszystkich. Patrzę na smutną minkę kilkulatki siedzącą na pniu drzewa. Ubrana w białą sukieneczkę z morskimi kolorowymi motywami, oświetlona pierwszymi promieniami słońca. Na głowie kok na szybko z długich blond włosów zawinięty, żeby duże niebieskie oczy było widać. Każdy włos, w innym odcieniu żółtego, beżu i bieli mieszanych w różnych proporcjach. Jakby Anioł farbkami z promieni słonecznych się bawił, bo ma na to czas. Dziewczynka wygląda uroczo. Ale oczy w ziemię wpatrzone. Przed chwilą lśniły radością, ale w sekundę szkliste się zrobiły. Jakby zaraz po lekko muśniętych słońcem i gładkich policzkach łza miała popłynąć. W rączkach przebiera żeglarską linę, którą przed chwilką ją przepasano. Oho. Widzę to. Jak mina zrzedła. Widzę jak jej głowa zadaje pytanie i znalazła odpowiedź, która jest dziecku nie na rękę. Myśl która dała do myślenia.

Z ust Błękitnej Laguny, bo takie imię właśnie jej nadano, słyszę:. Ja nie chcę być żeglarzem. Ja chcę być malarką!

Dzieci rozumują bardzo prosto. Jeśli robię coś jednego, drugie musi poczekać. One zawsze są tu i teraz. Kiedy się bawią to się bawią. Kiedy oglądają telewizor za żaden Bóg do nich nic nie dociera, takie skupienie nastaje. Warto o tym pamiętać, kiedy wołamy dziecko i jesteśmy niezadowoleni, bo nie słucha, bo mało czujne. Myśl dziewczynki przyniosła ze sobą strach: Jeśli zostałam żeglarką jak mogę spełnić marzenie bycia malarką. Nikt mnie nie zapytał kim chce być. No i smutek nastał. Bycie w świecie Tu i Teraz to podstawy cieszenia się każdą chwilą. Warto wiedzieć jak go wykorzystywać.

Czy dziewczynka ma jakieś ograniczenia co do profesji w przyszłości ? Może być żeglarzem i kapitanem statku, bo kocha wodę i wiatr we włosach. Malarką, grafikiem czy architektem, bo kocha malować. Ogrodniczką co pięknie przycina drzewa. Prowadzić bloga kulinarnego, w którym jedzenie nie tylko jest smaczne, ale trzeba go pięknie podać. Gimnastyczką w cyrku, gdzie delikatna dusza artystki przełoży się na piękny płynny ruch ciała. Może wykonywać każdą pracę, w której będzie się spełniać manualnie. Każdą która będzie „jej”. Może ich wykonywać kilka na raz jeśli tylko będzie to w stanie pogodzić. Jedyne przeszkody na jakie się natknie to czas i siły, bo jeśli będzie lubiła robić wiele rzeczy na raz, tego jej może nie starczyć. Powiecie może, że jej jest łatwiej. Bo malutka, bo wszystko przed nią. A jednak wokół niej wiele zagrożeń. Pierwsze to rodzice, którzy w dobrej wierze podpowiadają co dla nie będzie najlepsze i gdzie najlepsze pieniądze się czają. Są ludzie, którzy robią w życiu to, co kochają, którzy mają dwie profesje lub robią kilka rzeczy na raz. Dziewczynka to usłyszała. Wrócił uśmiech. Żeglarką już jest, a w głowie mnóstwo pomysłów. Przyjdzie czas na wdrożenia.

DSC02244

10 sposobów na to jak uwolnić marzenia

Czasami patrzymy na nasze marzenia jak na nieostry obrazek. Kiedy przypatrujemy się dłużej, coś dostrzegamy coś zaczynamy widzieć wyraźniej. Coś nam bliskie, a jednak dalekie. Kusi nas. Coś nas tam ciągnie. Tam jest świat czy życie, o którym marzymy. Coś wiemy. Czegoś się domyślamy. Wiemy, że coś jest w zasięgu ręki, a ręki nie wyciągamy. Ciągle coś. Jakby ktoś nam założył obrożę i na smyczy trzymał. Po głowie chodzi nam niewyraźny obraz naszych marzeń przyćmionych ciągłymi obawami i tłumaczeniami.

Zrealizować marzenia. Trudne ? Tak. Łatwe nie jest. Bo to decyzje, bo to wybory, bo to pozytywne nastawienie. Jeśli myślisz że marzenia się spełniają możesz nigdy ich nie doczekać. Marzenia się po prostu spełnia. Warto o tym pamiętać. Jeśli nie chcesz tylko żyć marzeniami, zacznij działać. Życzę powodzenia.

Marzenia:

  1. Przypomnij Sobie, że je masz.
  2. Nie daj, aby poszły w zapomnienie.
  3. Wpatruj się w nie jak w piękny obrazek, wsłuchuj, wypisuj na kartkach.
  4. Wyciągaj z worka jedno po drugim, nie wszystkie na raz.
  5. Zacznij od tych małych, ćwiczenie czyni mistrza.
  6. Nie pytaj innych czy warto, każdy Ci powie, że tak.
  7. Marzenia są nieco wymagające, zaplanuj wdrożenie z myślą, że nagroda będzie niewspółmiernie większa.
  8. Pożegnaj się ze strachem, który je więzi. Zamknij go na 4 spusty w szafie.
  9. Pamiętaj o innych, ale głównie o Sobie, troszkę egoizmu nie zaszkodzi.
  10. Stosuj „zasadę przyciągania”, gdzie myśl rzeźbi rzeczywistość. Każda myśl to krok bliżej celu.

 

Czy Twoje miasto pachnie ?

Miasto. Mieszkasz w nim lub na jego obrzeżach. Bywasz w nim czasami.

Dzisiaj zobacz jedno z miast oczami duszy. Miasteczko jedno z wielu. Kiedyś nie wyglądało za ciekawie. Rozrosło się wokół przemysłu. Szybko powstały szare blokowiska. A na obrzeżach wśród tutejszych lasów wraz za nimi wielkie śmietnisko. Wyobraźcie Sobie to samo miasto dzisiaj. Po tamtym wysypisku nie ma już śladu, bo ekologia o to zadbała. Wokół czuć już zapach lasów, po których ludzie chodzą na grzyby i konwalie. Są tacy co z tego żyją. Bloki na kolorowo są malowane. Na rondach rosną bratki, a ludzi ceniących ruch i zdrowie można spotkać wszędzie. Znajdziesz tutaj „sanatorium” i liczne ośrodki sportu, gdzie można ćwiczyć w środku i na świeżym powietrzu.

No właśnie i tutaj się zatrzymam, bo u mnie nos delikatny, a tej świeżości na chwilę zabrakło. Po okolicy roznosi się jak zaraza coraz bardziej nieprzyjemny zapach. Moje miasto zaczyna śmierdzieć. Przysłuchuję się. Coraz liczniej zaczynają o tym mówić ludzie. W mieście jest strefa, którą nazywa się przemysłową. Nazwa słuszna  bo nieco więcej niż zwykle tu zakładów. Tędy prowadzą najdłuższe utwardzone ścieżki na których spotkasz rolkarzy. Tutaj na swoich dwukołowcach pomykają rowerzyści. Do pracy, ale nie tylko. Pracodawcy mają zalecenia dbać o środowisko i ludzi z którymi pracują tak samo jak o własne zdrowie. Tak stara się robić większość. Bo miasto na to zasługuje. Bo właściciele zdają sobie sprawę, że to, co w powietrzu albo im służy albo nie służy. Strefa nie leży na obrzeżach. Strefa dla wszystkich mieszkańców miasta jest ich bliskim sąsiadem.

Dzisiaj coś mi nie leży gdzie trzeba. Rozglądam się w prawo i w lewo. W środku miasta napawam się widokiem wielkiego śmietniska. Patrzę w niebo. Lubię ptaki. Również gawrony i mewy śmieszki. Ale w polach i nad wodą, bo tam jest ich miejsce. A one latają ponad mną. Na dachach sąsiedniego ogromnego budynku z nowoczesną instalacją ptaki zlatują się z całego miasta. Zrobiły tu sobie jadalnię i toaletę jednocześnie. Szukają resztek jedzenia. Na niedawno mytych szklanych elewacjach znowu widać nietypowe dekoracje. To najlepsze miejsce na wypad na drugie śniadanie. Na środku dachu objedzone z mięska kości i okazy tego samego gatunku, które tu zakończyły z nieznanych mi przyczyn swój żywot. Ciekawie musi się dziać na dachu wieczorem, kiedy czas kolacji nadchodzi a na wysypisku ludzi już nie ma. Nie chcę jednak tego oglądać. Oszczędzę Sobie widoków. Myślę o ludziach którzy w tym miejscu pracują. O mieszkańcach pobliskiego osiedla. O dzieciach co na przedszkolnym ogródku się bawią.

Zarówno w przyrodzie, jak i w biznesie jestem za równowagą. Z ludźmi przedsiębiorczymi spotykam się od lat 30. Od kilku myję samochód, choć wiem, że za chwilę i tak oblepi go metalowy pył. Od wielu lat wdycham aluminium, które krąży w powietrzu nad moją głową. Od lat pracuję w strefie przemysłowej. Wiele rozumiem i wiele sobie tłumaczę. Mimo to moim skromnym marzeniem jest żyć zdrowo wśród zdrowych ludzi. Nigdy nie spotkałam się z wysypiskiem w środku miasta. Jako zwykły człowiek wierzę, a jako architekt z wykształcenia wiem, że przy dzisiejszych technologiach, w życiu i biznesie można pogodzić wiele. Można prowadzić wysypisko bez ptaków i gryzoni, bez drapiących po nosie zapachów i nieciekawych widoków. Podążać za przepisami, ekologią i postępem. Przykładem są pobliskie podobne placówki świecące przykładem. Warto tylko chcieć i czasami popatrzyć na ludzi. Warto pamiętać o tym, co w życiu ważne. Opłaca się postawić na zdrowie, które ceni ten co go nie ma i na to jak zapamiętają nas inni.

Żyć w mieście, gdzie wszyscy dbają o jego czystość to połowa sukcesu. Druga połowa to dbać samemu podnosząc chociażby papierek leżący na ziemi. Oczywiście dobry sąsiad to też połowa sukcesu. Inna połowa to być równie dobrym sąsiadem.

Jeśli masz sąsiada, w bloku który zbiera śmieci uwzględnij, że może być chory albo robi to z biedy. Jeśli Twój sąsiad w domku ma stan, który oceniasz jako nieład i nieporządek, pomyśl jaka może być tego przyczyna. Jeśli stan, który Cię nie satysfakcjonuje nie wynika ze złej woli nie psiocz, nie krytykuj, nie oceniaj, pomóż rozwiązać problem. Staw czoła wyzwaniu.

A co z sąsiadem, u którego trudno zrozumieć proces myślowy ? Gdzie o zrozumienie trudno ? Gdzie priorytety inne ? Dbaj o Siebie. O Twój komfort. O zdrowie Twoje i Twoich bliskich. I zrób wszystko, aby w twojej okolicy powietrze znowu pachniało lasem. Czy wiesz co wdychasz Ty i co wdychają Twoje dzieci ? Czy wiesz jak pachnie Twoje miasto ? Uruchom zmysł powonienia. Wybierz się na spacer czy rower. Sprawdź czy Twoje miasto pachnie. Jeśli nie czujesz odorów, które kojarzą Ci się z koszem na śmieci, do którego wyrzucałeś wraz z mięsem obiadowe resztki, a potem zostawiłeś w cieple na miesiąc pamiętaj, JESTEŚ SZCZĘŚCIARZEM.

DSC01530DSC01611 DSC01608 DSC01606

 

 

 

 

 

DSC01603  DSC01582

 

 

 

 

 

DSC01575 DSC01546DSC01599 DSC01535

 

 

 

 

 

DSC01475 DSC01468 DSC01454

 

 

 

 

 

DSC01513

DSC01525

KRÓTKO I TREŚCIWIE O BŁĘDÓW POPEŁNIANIU

Kochanie – mówię spokojnie do przesłodkiej małolaty. Nie kroimy bezpośrednio na drewnianym blacie. Od tego są deseczki.

Dziecina rozkłada rączki i z uśmiechem oznajmia – No co Mamo !, przecież każdy błędy popełnia. Oczy jej świecą jak iskierki, a na buzi uśmiech i pewność Siebie.

Pomyślałam: Wszyscy o tym wiemy od dziecka, tylko czasami zapominamy. No i przecież święci nie jesteśmy bo tylko święty błędów nie popełnia. Chociaż z tym też bym polemizowała.

Blat jest teraz wyjątkowy, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. No i ktoś za mnie szczypiorek pokroił. Nie potrzebowałam ale do kanapek zużyłam.

Zadałam Sobie pytanie. I co by mi z tych nerwów było, czy krzyków. I na co gdybanie po fakcie. Sama czasami niezdara coś rozleję, innym razem zapomnę, a jeszcze innym urażę kogoś słowami. Mamy przecież możliwość zetrzeć rozlane, przypomnieć Sobie i nadrobić co zapomniane, przeprosić tego co smutny przez nas chodzi.

A więc może nie ma co złościć się na błędy Swoje, czy innych. Może warto je pokochać i żyć z nimi w zgodzie.

DSC05155 DSC05073 DSC05236

 

ZMIENIAĆ CZY TRWAĆ A JAK ZMIENIAĆ TO JAK

Oczywiście nie zawsze potrzebujemy zmian. Śpimy na prawym boku obok osoby której chcemy spać, wstajemy lewą nogą z łóżka które jest wygodne, idziemy do toalety którą sami urządziliśmy, wstawiamy wodę na herbatę którą uwielbiamy, myjemy zęby pastą która jest smaczna. Jeśli to środek tygodnia robimy kanapkę do pracy którą polubiliśmy z czasem lub kochamy od zawsze.

Jeśli nam wszystko pasuje, gra i jeśli się z tym dobrze czujemy przyzwyczajenia nam służą. Ułatwiają życie, organizują, niosą spokój. W lustrze przy porannej toalecie pojawia się uśmiech. Mnie wtedy chce się tańczyć.

Czasami jednak mówisz Sobie – Ale mnie obowiązki przytłaczają, lub – Ale mi ta praca ostatnio nie pasuje, albo – Za mało daję miłości, lub mam jej za mało. Nie jest Ci za wesoło. Chcesz coś zmienić w Swoim życiu, bo jest Ci troszkę smutno. Chcesz robić od rana wielkie zmiany, a potem i tak robisz po staremu. Dlaczego ?. Bo czasami chcemy zrobić duży krok, ale boimy się, bo nigdy małych kroczków nie było.

Kiedy więc poczujesz chęć zmiany, może warto zacząć od czegoś prostego, drobnego. Według zasady małymi kroczkami. Tak jak natura podpowiada. Najpierw raczkuj, potem naucz się chodzić a potem przeskakuj przez przełęcz lub szczyty zdobywaj. Małe zmiany cieszą. Duże radują. Małe są do wykonania natychmiast i nic nas nie kosztują. Duże potrzebują czasami więcej czasu, czasami więcej planowania a ponad wszystko doświadczenia. Wszystkie zmiany mamy na wyciągnięcie ręki tylko duże są czasami za ciężkie, gdy w małych nie nabyliśmy wprawy.

Przełożyłam poduszkę w miejsce nóg. Fik. Obrót o 180 stopni. Wyciągnęłam długaśne kończyny żeby się rozciągnąć. I już sufit wygląda inaczej, bo i tu światło inaczej pada. I już inne spojrzenie. W tym miejscu inne powietrze i inaczej pachnie. Fakt że stopami po nocy, ale INACZEJ. Zmiana pozycji, horyzontu, nastawienia pociągnęła za sobą zmianę myślenia i działania w ciągu dnia.

Zmiany na lepsze cieszą, niosą niespodzianki. Zmiany są na twarzy wymalowane. Sprawdźcie to Sami.

 

CZASAMI JEST SUPER. FAJNIE GDY SUPER JEST ZAWSZE

Czy bywa, że wstajesz rano i dusisz coś w Sobie, bo coś się wydarzyło złego ?. Coś męczy, dręczy i dobija. Coś zraniło, albo Ty zrobiłeś coś, co teraz boli kogoś innego ?.

Bo to mało w naszym życiu nie po naszej myśli się wydarza ?. Pojawia się poczucie winy, wyrzuty sumienia, niesmak, ból, smutek, zniechęcenie. Cokolwiek by to nie było wymaga zmian bo przecież przyznacie że lepiej gdy twarz radością promienieje. Przypominam Sobie dwie sytuacje z życia. Coś co zadziałało się wręcz natychmiast. Rozwiązaniem była druga osoba, impuls z zewnątrz. Wykorzystałam szansę żeby ktoś mi pomógł.

–  wyrzuciłam to z Siebie.

Czy mieliście kiedyś możliwość ­­­wygadać się tak do końca, zamiast być z troskami sam na sam ?. Są obok nas tacy co Kochają i wysłuchają wszystkiego. Ty mówisz, on słucha. Jeśli masz kogoś takiego daj mu to co masz najcenniejszego. Takich ludzi ze świeca szukać. Niosą za sobą spokój, zrozumienie. Wiesz że do nich możesz zadzwonić i napisać o każdej porze. Pójdą z Tobą do lasu, nawet gdy deszcz pada. jedzą słodkie ciacho choć za nim nie przepadają. Są z Tobą dopóki nie poczujesz się lepiej. Przy takich ludziach zrzucasz balast. Świat znowu nabiera kolorów. Pojawia się wiara, która na chwilkę gdzieś zniknęła.

– dostałam porządnego „kopa”.

Szczęście jest zaraźliwe, ale smutek jest jak wirus Ebola, co rozprzestrzenia się jak kula śniegowa. Czasami próbujesz ukryć Twoje troski czy złe samopoczucie. Dla dobra Ogółu. Ale są tacy co widzą, pytają i chcą pomóc. Starają się, przytulają, zaręczają że będzie dobrze. Chcą dla Ciebie jak najlepiej. Mają inny pogląd na sytuację. A Ty dalej obstajesz przy Swoim. Nie chcesz mówić, nie możesz. Powodów jest wiele. Wtedy słyszysz: Babo już trudno z Tobą wytrzymać. Wyzbieraj się, bo sama nie wiesz czego chcesz. Jak to działa ? Osobiste odczucia ?. Jakby asteroida we mnie uderzyła centralnie. Faktycznie, przecież mój marny nastrój innym się udziela. A przecież nie zasłużyli na to. I nagle rozpryska się i znika, wszystko co myśli zaprzątało. Ulga. Umysł jest czysty. Teraz pozostaje wypełnić go nowymi dobrymi myślami. Uśmiechnąć się do kogoś. Powiedzieć przepraszam.

Ja też mam swoje lepsze i gorsze chwile. Czasami jest naprawdę nieciekawie. Chwała i gratulacje temu co tak nie mają. Nie lubię smuteczków a depresja to dla mnie ciężka choroba, więc każdy sposób który zadziała, ma u mnie wielkiego plusa. Czasami trzeba ich kilka. Bo po co chorować.

Dzisiaj jest jak jest. Jutro kiedy otworzysz oczy, może być różnie. Jak ten dzień będzie wyglądał i jak Ty się będziesz czuł, zależy wyłącznie od Ciebie. Wierzę, że masz swoje sprawdzone sposoby. Jeśli coś będzie nie tak, poszukaj właściwej metody. Znasz rozwiązanie, jestem tego pewna. A jeśli nic nie przychodzi Ci do głowy ? Może jeszcze rozdział RADOŚCI pomoże. A może wesoła muzyka. Tylko smutnych piosenek w smutne dni proszę mi nie słuchać. Głowy do góry życzę tym, u których chwilowo w głowie zagościł zamęt.

 

O DZIECIACH SŁÓW KILKA – O DOROSŁYCH JESZCZE WIĘCEJ

Wyobraźcie Sobie dziewczynkę, przeciętną, niezbyt wyróżniającą się w szkole. Miała zostać inżynierem, została lekarzem. Wyobraźcie Sobie Starszą Kobitkę, zawsze pogodną, kochającą wszystkie dzieciaki, która okazała się wspaniałym pedagogiem. Wyobraźcie sobie Marię Montessorii. Dzięki niej setki, tysiące a może nawet miliony maluchów wyrosło ze swojego dzieciństwa i weszły w dorosłość z pewnością Siebie, wiarą, radością.

Moje dzieci miały okazję chodzić do przedszkola w którym przestrzegano wszystkie zasady i przykazania Marysi. Skorzystały po stokroć.
Jak bliskie te zasady są mojemu sercu ? Bardzo.

Kiedy patrzę na dorosłych i ich relacje jest mi czasami troszkę przykro.
Czyż tych przykazań nie warto byłoby przełożyć na naszą dorosłość.
Czy nie nazbyt się krytykujemy, oceniamy, wyśmiewamy, oczerniamy ?. Czy nie za mało nawzajem się chwalimy ? Czy nie za dużo w nas wrogości ? Czy nie mówimy za dużo, a słuchamy zbyt mało ?.
Pracodawcy ciężko przychodzi pochwalić swojego pracownika. Pracownikowi być uczciwym wobec pracodawcy. Maż nie zawsze daje poczucie bezpieczeństwa swojej zonie. Żona nie zawsze wspiera męża. Sąsiad nie zawsze chce wysłuchać co mamy do powiedzenia.
W towarzystwie czasami wyśmiewani. Nie zawsze w rodzinie wysłuchani,
A to wszystko takie proste.
Każdy z nas ma dużo z dziecka. Jesteśmy delikatni. Uczymy się całe życie. Zawsze pragniemy wsparcia. Marzymy aby ktoś się nami opiekował i interesował. Potrzebujemy zrozumienia gdy popełniamy błędy. Wsparcia gdy ponosimy porażki. Potrzebujemy dużo miłości.
Wierzę że przestrzegając zasad Montessorii w każdym wieku polepszymy jakość życia naszą i naszych bliskich. Nauczymy Się kochać. Inni docenią naszą miłość. Nauczymy się chwalić. Dobre słowa do nas wrócą.
Nauczymy się słuchać. Zostaniemy wysłuchani.

Marysia stworzyła przykazania dla rodziców.
Osobiście twierdzę że są ponadczasowe i staram się stosować wobec wszystkich na których mi zależy. W końcu jestem istotą stadną. A więc wobec Sąsiadów, Pracowników, Rodziców, Dzieci, Męża, Przyjaciół, znajomych i zupełnie mi osób nieznanych.

Wierzę że dobro powraca. Daj drugiej osobie to co najlepsze w Tobie, wróci ze zdwojoną siłą. Dodaj do tego szczery uśmiech, a ujrzysz go na twarzach bliskich i tych całkiem Ci obcych. Ja widzę. Do mnie dobro wraca.

W odpowiedzi na prośbę:

Mam zasadę. Nie kopiuję treści z internetu. Przepraszam. Przykazania bez problemu znajdziecie w necie wpisując  – 18 PRZYKAZAŃ MARII MONTESSORI. Polecam.

 

 

SZCZĘŚCIE PRAWDZIWE CZY NACIĄGANE

Wiosna, lato, jesień, zima. I następne. I znowu. Lat przybywa. Jesteśmy świadomi. Rozglądam się. Często słyszę jak liczymy. Slyszę ostatnio: „O jak Ty się zmieniłaś”. Bez względu czy na korzyść czy nie, uwierzcie też jestem tego świadoma.

Rozglądałam się wczoraj i w ludziach szczęścia szukałam.
Nie po raz pierwszy się na tym łapię. Szukam w sklepie, w pracy. W przedszkolu gdy zaprowadzam córę.
Bo mi się radość od innych udziela.
Bo też mam lepsze dni i gorsze. Bo potrzebuję jej jak wody i powietrza.

Często mam wrażenie, że u niektórych szczęścia z wiekiem ubywa jak kolagenu. Jakby starzało się wraz z ciałem.

A my im starsi, potrzebujemy go przecież coraz więcej. Eufori. Radości. Uniesień. Przy nich słowa: ból, strach, lęk, niemoc, które tak często towarzyszą nam w dorosłym życiu, chowają się gdzieś. Znikają.

Kiedyś zamiast radości prawdziwej napotykalam u Siebie szczęście udawane. Ot takie troszkę naciągane. Od tego moją przygodę zaczynałam. Czasy, kiedy zorientowałam się, że smuteczków zbyt dużo nastało.
Szczęście naciągane to takie, kiedy człowieka coś dołuje a on patrzy w lustro i mówi do Siebie: Wszystko jest w Twojej głowie. Uśmiechnij się.” A więc robisz to. Podnosisz poziom zadowolenia. Jest dobrze. Dużo lepiej. Przynajmniej wyszłaś z niezadowolenia.
Zaczęlam szukać dalej.

Dzisiaj szczęścia nie szukam w lustrze i książkach i będąc sama w domu. Idę między ludzi:
– do dzieciaków, które mają radość wrodzoną i jej jeszcze nie utracili.
– do młodzieży, która żyje marzeniami i dla nich nie ma rzeczy niemożliwych.
– do sportowców, u których ruch wydziela endorfiny.
– do osób nie z mojego pokolenia, które mają pogodę ducha, choć nie mają wiele oprócz lat których im przybyło.
– do ludzi, którzy zajmują się rozwojem osobistym, bo szukają. A kto szuka znajduje.
– do ludzi ktorzy kochają Siebie i innych.
– i na koniec do tych, którzy kochają mnie za to jaka jestem.

Wczoraj mialam okazję być opiekunem na szkolnej wycieczce. Młodzież licealna. wspaniała, choć mówią że to ciężki wiek. Bujda powiadam. Byli wspaniali. Pierwsze kroki na nartach. Wyzwania. Upadki. Podawałam rękę i jechało się dalej.
Pytania: ” A tam jest trudniej czy łatwiej ? „. Dla jednego trudniej, dla drugiego łatwiej. Nie wiem. Sprawdź sam – mówilam. Testowali. A potem widzialam gesty wielkiej radości. Bezcenne. Zaciśnięte pięści, ręce w górze i białe zęby w aparatach ortodontycznych błyszczących w słońcu. Były piąteczki i żółwiki.
Raz ja dla nich przewodnikiem. Innym razem ja się od nich uczyłam. Pogłębiałam wiedzę jak się dobrze bawić.

Miałam też okazję spędzić czas z małym pogodnym bajtlem, którego stricte urodziłam i ciągle pyta mnie czy go kocham. Kocham ponad życie.
Byłam blisko kogoś kto darzy miłością bezgraniczną.
Pływalam w towarzystwie zawodników ktorzy mówią po treningu ” Ale dzisiaj dostaliśmy w kość od trenera.” I sie przy tym śmieją.
Pod koniec dnia otworzyłam fb. Zobaczylam znajomych szczęśliwych, że znowu są razem. I innych. Ich mordki uchichrane i te oczy błyszczące o których często piszę. Dorośli a radość dziecka od nich płynęła.

Ten cały dzień. To wystarczyło. To było aż nad to. Szczęście przyszło do mnie samo. Udzieliło się. I to jak.

Szczęście prawdziwe jest naturalne. Kiedy jest się szczęśliwym dla Siebie. Udziela się ono od innych. Potem innym od Ciebie. Nie potrzebujesz nic mówić swojej głowie. Po prostu jest. Pojawia się z nikąd. Nic z nim nie robisz i jesteś w cały w skowronkach.

Tak się zdarza. Mnie się zdarzyło wczoraj. I Oby zdarzało się jak najczęściej. Wam się przytrafiało. Takiego szczęście Wam życzę. Pogody ducha która i mi od Was się udzieli.