UPS! CZYLI NIEWIASTA ZA KIEROWNICĄ

Coś mi się wbiło. Ja to mam szczęście, pomyślałam. I patrzę na śrubę, której spodobała się moja opona. Toć znalazła sobie miejsce, znowu myśl przyszła. Skąd się wzięła, nie wiem. Wolę nie wnikać. Wygląda finezyjnie i nie pozwala bestia się ruszyć, bo syczy. No to nie ruszam i jadę dalej.
Myślicie sobie: Co zrobi teraz kobitka jak ja, w dodatku blondynka ? Nie powiem. Wyzwaniu podołam. Tak po kobiecemu to zrobię i bez przemocy żadnej. Przy okazji dwa czy trzy przykłady o niewiastach w samochodzie, napiszę. Bo przecież za kierownicą co najmniej tyle kobiet co mężczyzn. A i różne opinie o kobietach chodzą. A po co pytam, na co ?

Poznałam kiedyś młodą dziewczynę. Ma zawsze pozytywne nastawienie i wszystko przyjmuje na tak. Bliska mi jak córka, chociaż rzadko widuję. Najpierw ją zapytano: Jeździłaś dostawczym samochodem?. Przytaknęła głową twierdząco. Podstawiono jej pod nos najdłuższy z długich samochód dostawczych. Do tego bukmankę z koniem doczepiono, bo w samochodzie dla czworonożnego zwierzaka co pół tony waży, miejsce się nie znalazło. Byłam świadkiem, jak popatrzyła, uśmiechnęła się i wsiadła za kierownicę. Rondo objechała, a potem pół Polski i wróciła cało i zdrowo. Dowiedziałam się potem, że takim długim wcześniej nie jeździła, ale różnicy wielkiej nie widzi. Trzeba tylko większe łuki robić. Co prawda to prawda.

Przyglądam się nastolatce, która robi prawo jazdy i zdaje za pierwszym razem. Jeździ przez 3 miesiące, czym popadnie i nagle stwierdza, że potrzebuje dorobić dokumenty na przyczepę. Następny kurs na szybkiego robi i zdaje również za pierwszym podejściem. Znacie takie ? Ja tak.

Są kobiety, które nie mając blisko siebie mężczyzny, same robią przeglądy i koła zmieniają, jak trzeba. Znają budowę samochodu, bo zawsze może się wiedza przydać. Samowystarczalne.

Na drodze widuję kobiety na motorach. Płynnie zakręty pokonują. Prędkości się nie boją. Albo takie, którym za kierownicy prawie główek nie widać, bo one takie malutkie a samochód ogromny.

Mogłabym przypadków mnożyć i mnożyć. Nie o udowadnianie tu chodzi i nie o to, kto lepszy kto gorszy. Bardziej może po to, aby każdy się zastanowił chwilkę, czy wrzucanie do wspólnego wora to takie humanitarne ?
Na drodze każdy orze jak może. Za kierownica dużo zależy od podejścia i praktyki. Wszyscy mamy ten sam start. Za kierownicą każdy z nas ma mniej lub więcej szczęścia, bez względu na płeć i na to, z jakiego jest miasta. Jak ktoś się ślimaczy wg Ciebie, nie rusza od razu na zielonym, albo nie z tego pasa skręca. Cóż wyjątkowość co wyzwaniem dla nas jest, również na drodze się spotyka.

A co do opony i gwoździa.
No dobrze powiem Wam. Opony wymienię na zimowe. Gwoździa w spokoju zostawię. Skoro się tak polubili na drodze, do ich szczęścia stawać nie będę. Ona bez niego nic nie będzie warta. A on bez niej co bidula pocznie i nieszczęśnik co szczęścia miał troszkę, że ją spotkał ?
Takie tam myślenie. My baby czasami tak mamy.

20161016_090922

„M” JAK MOTYLE

W nocy przymrozek. W dzień jesienne słońce ślizga się po liściach. Zrzuca niektóre. Przy innych lekki wietrzyk mu pomaga. Środek miasta. Na ławce usiadł poczciwina. Jemu wiatr również chce spłatać figla, ale zefirkowi nie udaje się ani razu. Patrzę na owada. Delikatność ramion i siła nóżek uzupełniają się jak elementy w symbolu Yin Yang. Skrzydła przesuwają się z jednego boku na drugi jak żagle przy zwrocie. Dzisiaj widzę motyla jednego. Wczoraj widziałam kilka w ogrodzie. Usiadły na żółtych główkach słoneczników. Wracam myślami do wakacji. Do zdjęć, na których kiedyś motyle uwieczniłam. Komu chłodno czy zimno, dzisiaj trochę ciepła poczuje.

Jestem w miejscu, gdzie cisza jest władcą a bezszelestnymi podwładnymi imago skrzydlate, znane potocznie motylem.
Budynek na rozjeździe dróg. Szklany dach pokryty kroplami rosy od wewnątrz. Na zewnątrz gorąco jak w klimacie tropikalnym. W hallu ledwo co słyszalna muzyka, dzięki której człowiek szybko zapomina o ostatnich przygodach dnia codziennego. Do tego w oddali dobiega odgłos, leniwie kapiących kropli wody. Na ścianach wielkie zdjęcia. W powietrzu zapach wilgoci. Czuć ją również na skórze. Mikroskopijne kropelki osiadają na drobnych niewidocznych prawie gołym okiem włoskach rąk, dłoni i wszystkich innych odkrytych częściach ciała.

Za ścianą ze zdjęciami zaczyna się magia. Obiekt nie jest duży, ale sprawia wrażenie, jakby kawałek młodej puszczy tu przeniósł. Wokół roślinność wilgotnych lasów równikowych. Gęsta i bujna miejscami. Wielkie listki konkurują z małymi. Wszystkie kolory zieleni. Słodki zapach kwiatów, które czasami z pni wyrastają, zatyka nos. Nie trzeba nawet go zbytnio do obiektu zbliżać. Z innej strony dochodzi zapach cytrusów. To pomarańcze i inne owoce porozkładane przy poidłach, aby przyciągać do nich motyle. Są miejsca, gdzie spotkać motyla to wielkie szczęście, gdzie długo trzeba wypatrywać, żeby na jeden egzemplarz trafić. Tutaj raptem dwa kroki zrobiłam, a już jeden usiadł na ramieniu. Inne na wyciągnięcie ręki, choć z dotykaniem się powstrzymuję. Czasami to dla nich śmierć oznacza, więc tego nie zrobię. Wiem, że ich skrzydła delikatne są. Nie dorówna im żaden stworzony przez ludzkość materiał, Żadne delikatne bawełny i jedwabie. Może sieć pajęcza tylko delikatniejsza jest na obecną chwilę, ale ją podobnie jak skrzydła motyli tworzy największy producent – natura.

W jednym z zaułków gdzie nieco mniej światła dociera a przy ziemi półmrok, patrzę pod nogi poza krawędź chodniczka, na którym stoję. Na ziemi jakby liście zrzucane na jesień. Dziwię się, bo przecież środek lata i tropiki, a tam rośliny liści nie zrzucają. Przyglądam się bliżej. Wśród pni stykających się z ciemnym podłożem cmentarzysko. To tu motyle trafiają do raju. Bez żadnych fanfar i rozgłosu. Nie zdążyły skrzydeł zwinąć. A może nie chciały. Jakby zostawiały nam jeszcze możliwość podziwiania wszystkich niepowtarzalnych wzorów i kolorów. Tu spotykają się w ostatnich minutach życia czasami poniekąd bardzo krótkiego. Odchodzą w ciszy bezgłośnie, w milczeniu. Za życia zachowują się podobnie.
Mimo tysiąca ruchów skrzydeł oraz wrażenia, że mają ADHD moje ucho żadnych szmerów nie jest w stanie wyłapać. Cisza jak makiem zasiał, chociaż czuje się ich obecność i widzi ich kreatywność.
Idę dalej właśnie takie podziwiać. Jeden przy mnie na dużym liściu przysiadł tuż nad pajęczyną. Długo tu nie posiedzi, bo to ruchliwe stworzenia, więc przyglądam się szybko. Wcześniej mój wzrok nie był w stanie za nim nadążyć. Teraz widzę, jak delikatne są nie tylko skrzydła dużo większe od korpusu, ale jak drobne są nóżki i reszta ciała. Jak cały korpus komponuje się z resztą. Tutaj nic nie jest od przypadku. Kolory misternie dobrane i połączone w jedną kompozycję. Patrzę na skrzydła. Zestawienie niebieskiego, pomarańczy i żółci jak w obrazach Salvador’a Dali, który potrafił wgłębić się w najdrobniejsze szczegóły, wyostrzając dodatkowo wszystko przy krawędziach. Podobnie natura szczegółami tego imago obdarzyła. Kiedy patrzę na kolejnego, inny artysta mi się przypomina. Skrzydła brązów i czerwieni jak w dziełach Rembrandta. Na tych skrzydłach kolory płynnie przechodzą, niezauważalnie zmienia się barwa z jasnej w ciemną. Pojawia się masa przejść tonalnych.
Następny motyl zupełnie inny. Temu kolorów nikt nie żałował. Jakbym biżuterię FreyWille z kolekcji Gustav,a Klimta oglądała. Masa kolorów świata i brył geometrycznych misternie zestawiona.
Za alejka przede mną Claude Monet. Ten jakby farby mu zabrakło. Skrzydeł nie domalował. A zamiast płótna używał folię przeźroczystą. Ile motyli tyle kompozycji różnych, tyle pomysłów wszelakich i technik niezliczonych.
Zastanawiam się nad wszystkimi artystami, gdzie nikt nikogo nie naśladuje. Skąd czerpali pomysły. Dlaczego ich ręka właśnie takie kolory wybierała i tak, a nie inaczej na płótnach rozkładała. Transmigracja człowiek – motyl czy może podpatrywanie przyrody ?
Podziwiać mogę bez końca, ale teraz chwila odpoczynku dla oczu. Tak pomyślałam, ale stało się inaczej. Siadam na małej ławeczce. W pobliżu roślina. Znowu liścia suchego widzę ? Suchy liść w tym miejscu. Znowu nie dowierzam. To motyl, który również stwierdził, że odpocznie. Niezły ma kamuflaż. Nieopodal na pniu ćmy jedna przy drugiej, jakby je sklonował. Duże jak dłoń dziecka. Siedzą w bezruchu. Urodziły się, by zaraz odejść, gdyż nie mają układu pokarmowego. Żyją tak długo, ile bez jedzenia są w stanie przetrwać. Natura ich tak ukarała, czy dała wybór, mówiąc: Albo na jeden dzień, albo w ogóle ?
Wzrok przenoszę na liścia dziwnie powcinany jak skrzydła niektórych motyli tu fruwających. Na liściu zielona w kolorach liści sałaty lodowej, gąsieniczka. Grubiutka we wzorki i bardzo zadowolona. Liść wygląda dzięki niej jak rękodzieło. Wgryza się w niego, tworząc jedno za drugim półkole. Jakbym oglądała serwetki wycinanki z papieru. Stworzonko ruchy ma energiczne, powtarzalne i rytmiczne. Jak na to miejsce przystało, robi to bezszelestnie. Te to mają apetyt. Tyle jadła, ile patrzyłam. Gdy przechodziłam drugi raz, liścia już prawie nie było, a ta tyła i tyła.
Kiedy wypatrzyłam poczwarki i się im przyglądnęłam, wiedziałam już dlaczego. To czas odpoczynku od wszystkiego. To czas, gdy zwisa się głową w dół i tylko oddychać można. To czas, gdy zapasy zrobione wcześniej są na wagę złota. Z pozoru można uznać poczwarkę za martwy organizm, tymczasem we wnętrzu formuje się dorosły motyl. Moment, gdy motyl z kokonu wychodzi, gdy zmięte, zwinięte i galaretowate skrzydła powoli rozwijają się i zamieniają w szkielet, jest niezapomniany. Warto wtedy poczekać aż stworzenie wysuszy skrzydła i odleci. To jak być przy narodzinach malej istoty, która w ciągu kilku minut się usamodzielnia, bo motyl w dorosłość w mig wskakuje. Na dzieciństwo czasu nie ma.
Dookoła ludzie. Nikt tutaj głośno nie mówi. Nawet dzieci się cicho zachowują. Co najwyżej szepty słychać. Wszyscy nad wyraz spokojni i nie wykonują żadnych niepożądanych ruchów. Niektórych jakby za hibernował. Życie zwolniło.
Świat imago wciągnął mnie i wielu innych obecnych bez reszty. Wonne zapachy, nieulotne barwy na ulotnych skrzydłach motyli, ciepło z wilgocią wymieszane, to wszystko zatrzymałam w pamięci.
Wiecie ? Jeden powie: Jest tyle miejsc na świecie, że nie ma potrzeby wracać do poprzedniego. Inny zaś: Są miejsca magiczne, do których wracać zawsze warto, a nawet trzeba.
Do świata motyli wróciłam na następny dzień. Wtedy już nie poganiana, że za długo, że iść już trzeba.
Chodziłam tymi samymi ścieżkami, ale twarze motyli inne oglądałam. Tych, co wczoraj wielu ich nie było. Byli nowi. Weszłam na antresolę. Tam dużo cieplej, ale za to widok na całe tropiki z góry. Tam też imago doleciało. Pod sam dach latały. Widziałam z daleka cały ten świat jak z bajki. Przesiedziałam i wpatrywałam się, dopóki moje serce nie powiedziało: Wystarczy. Owszem, wystarczy. Tylko na jak długo ?

Motyle potrafią być wszędzie. Osobiście nie tak dawno, jeden wleciał na kryty basen, chwaląc się swoją urodą. Pływałam. Za oknem chłodno, woda nie rozpieszczała, ale w sercu zrobiło się ciepło. Pomyślałam: Może nam ludziom los nie zafundował takich barw, skrzydeł nie dał, ale dał cieszyć się życiem przez wiele długich lat, podczas gdy latający Cytrynek, co najwyżej kilka miesięcy od świata dostał w prezencie.
Jeśli chcecie kiedykolwiek od życia odpocząć i dostrzec magię kolorów, rozglądajcie się za motylami. Spotkać ich wcale nie jest tak trudno.

DSC03061DSC03050DSC02768  DSC03027 DSC03013 DSC03007DSC02736 DSC03006 DSC02999 DSC02998 DSC02992 DSC02980 DSC02977 DSC02970 DSC02815 DSC02813 DSC02809 DSC02807 DSC02806 DSC02805 DSC02803 DSC02802 DSC02795 DSC02773  DSC02752 DSC02744 DSC02740  DSC02732 DSC02730 DSC02727 DSC02726 DSC02715 DSC02713 DSC02712 DSC02711 DSC02703 DSC02688

PĘDZĄCY CZAS

Ale ten Czas pędzi !
Takie słowa usłyszałam nie tak dawno. Patrzę na wskazówkę sekundnika. Coś mi się nie zgadza. Sekundnik rytmicznie sekundy odlicza. Godzina nawet o minutę nie chce przyśpieszyć.
Stwierdzam, że Czas za często w nos od nas dostaje. A on taki potulny, ustatkowany, niezmienny. On nie zna słów typu: szybko czy wolno. On zawsze tak samo. W przeciwieństwie do ludzi.
Obecny nowy dzień potomków neandertalczyków, często zaczyna się od pogoni.
Śniadanie. Prawda jest taka, że wieczorem już nie pamiętamy, co rano jedliśmy. Dlaczego? Jemy tak szybko, że nie czujemy smaków. Połykamy jeszcze szybciej. Kto pomyśli, aby przyglądnąć się, jak herbata w dzbanku się parzy, jak woda nabiera kolorów, jak zabiera powoli kolor liściom wysuszonym, które kryją w sobie cały smak i zapach lata? Nie przyglądamy się, bo często nie mamy czasu herbaty zaparzyć. O wypiciu już nie wspomnę. Mówimy sobie: To nic, herbata czy kawa będzie w pracy. Potem poranna toaleta. Zębiska mówią, żeby 2 minuty myć a nam się dłuży i dłuży, bo już następna rzecz czeka. Jeden obowiązek pogania od rana drugi. Mówimy podczas jedzenia, bo na rozmowy zwyczajne, nie ma czasu na tygodniu. Bywa, że na weekendzie również.
W kolejce kalendarza lub w głowie zadania liczne czekają. Jedziemy samochodem i kartę bankomatową wyciągamy, bo gdy podjedziemy pod bankomat, już wydaje nam się, że będzie szybciej pieniążki wybrać. Jedną czynnością chcemy szybko uprzedzić drugą.
Stoimy samochodem na światłach i nogi nerwowo chodzą, rozglądamy się dookoła i już chcemy, tak bardzo chcemy dalej. Zeźleni jesteśmy na to czerwone, co właśnie się nam zapaliło. Przed oczami strach, że z czymś nie zdążymy. W naszych dłoniach telefon ląduje, bo można na Facebook’a szybko zaglądnąć czy wiadomość odczytać. Stanie na światłach to marnowanie przecież czasu w naszym mniemaniu.
A to właśnie tu, na skrzyżowaniu, ten Czas, na który tak narzekamy, biegnie swoim tempem. Odlicza sekundy po swojemu i daje nam na wstrzymanie. Chce pokazać: to minuta dla Ciebie na złapanie oddechu. Bo jeśli tutaj go nie złapiesz to, gdzie i kiedy wśród tej codziennej pogoni?
Dlatego stojąc na światłach przy przejściu dla pieszych lub patrząc z samochodu na czerwone światło, nie tup nerwowo nóżkami w miejscu i nie poganiaj pedału gazu. Rozluźnij mięśnie spięte już od momentu, gdy z łóżka wstały. Rozglądnij ile się wokół dzieje. Zobacz drzewo kasztanowca, które w tym roku choruje i jak wiatr z kosza liście porywa. Przyglądnij się pani, co w kozakach już idzie i panu obok co jeszcze z sandałami nie chce się pożegnać. Złap głęboki oddech. Dwa. Trzy. Najgłębsze, jakie potrafisz. Włącz ulubioną muzykę. Otwórz okno. Nabierz powietrza (tak wiem, wiem, jakie jest powietrze w centrum miasta, ale wiem też, co mówię). Pamiętaj — ta minuta jest właśnie dla Ciebie. Czas jest Twoim sprzymierzeńcem i dba o Ciebie. Podziękuj mu za prezent. Jeszcze zatęsknisz za tą chwilą. Zamiast pod nosem przeklinać, pomyśl, jakim jesteś szczęściarzem: Ile minut od czasu dostaniesz, gdy jeszcze tego samego dnia, zamkną przed Tobą na kilka minut przejazd kolejowy? Nie przejmuj się, powtórz procedurę, a na dokładkę policz wagony, jak za dziecięcych lat. Po co? Dla zabawy. Ja ostatnio 36 naliczyłam. Kto da więcej ?.

Mimochodem wpadł mi w ucho dialog:
– Czeka cię wyścig z czasem. A jego nie chcesz mieć za wroga.
– Czas to osoba ?
To tekst z Alicji po drugiej stronie lustra.
Kimkolwiek lub czymkolwiek jest czas, warto go szanować, iść z nim jednym równym krokiem przez życie, i nie próbować wyprzedzać.

OPOWIADAM O „OPOWIEM”

Narodziło się dziecko i nadałam mu imię. Imię miało wpaść w ucho, zaciekawić i nie miało mieć polskich znaków. Wśród tysięcy nazw wybierałam długo. Nagle przyszło samo. OPOWIEM ze mną zostało. Dzisiaj ma ciało, dużo mojego serca i duszę, która jest wypadkową moich myśli i marzeń. Pasuje mi jak ulał. Na logo, bo o nim mowa, patrzę za każdym razem, gdy otworzę komputer. Będzie mi towarzyszyło przy każdym dla Was wpisie. Będzie Wam towarzyszyło, jeśli mojego bloga czytacie. Jakie chciałam, żeby było? Dzisiaj właśnie o tym.

Dlaczego taka nazwa ?
OPOWIEM, bo lubię opowiadać o tym, co widziałam, słyszałam. To, co odbieram wszystkimi zmysłami, które człowiek posiada. Nie oceniam, nie opiniuje, staram się motywować i z każdej przygody i wydarzenia wyciągnąć coś optymistycznego. Opowiem, bo nasze życie jest ciągiem różnych myśli i wydarzeń, o których warto mówić, bo inni lubią słuchać.

OPOWIEM, bo ma w Sobie litery, które mi się dobrze kojarzą.
O — jak opowieść dlatego opowiem,
O — jak obiektyw w aparacie, który nieco zmysły zawęża w momencie robienia zdjęcia, ale otwiera horyzont gdy się dobrej jakości zdjęcia ogląda. Gdzie emocji pełno. Uwielbiam zdjęcia,
O — jak być oryginalnym. Nie ciągnę wiedzy z netu. Nie kopiuję. Wszystko co piszę, jest moje i naturalne,
O — jak obowiązek, bo w blogu potrzebna regularność. Nad tym pracuję,
O — kojarzy mi się z dwoma różnymi światami. Jeden po jednej stronie magicznych drzwi. Drugi, którego jesteśmy ciągle ciekawi po drugiej stronie. Otwór woła nas. Chodź, przeskocz mnie, odważ się, wyjdź ze strefy komfortu. Zostaw to, co Cię gryzie gnębi. Poukładaj na nowo.

„W” i „M”
Przypomina mi, że życie to troszkę z góry i pod górę. Raz się pniemy innym razem mamy wyzwanie jak od dna się odbić. Raz nam jest dobrze innym razem trochę lepiej.

Dlaczego taki kształt ?
Pismo ręczne wyróżnia nas. Jest dowodem na to, jak bardzo się różnimy nie tylko wyglądem. Ile nas tyle charakterów i upodobań.

Czym jest dla mnie logo ?
Odzwierciedleniem całej ja. Mojej duszy i mojego myślenia.

Dlaczego kolor chabrowy ?
Czasami życie widzimy w czarnych kolorach. Zapominamy o jednej ważnej kwestii, że życie często jest zabawne i mieni się kolorem barw. I do takiego powinniśmy dążyć. Tak życie Sobie układać.
Patrzycie na moje bławatkowe OPOWIEM i zastanawiacie się, dlaczego akurat niebieski, chociaż często ma tyle chłodu w Sobie? Dlaczego na zdjęciu w czapie w zimowych klimatach siedzę, chociaż za oknem ciepło? Bo zima to dużo niebieskiego i bieli dużo. Niebieskiego nie lubiano u mnie od pokoleń. W domu nawet opakowanie kosmetyku z niebieskim akcentem biło po oczach. Ktoś kiedyś powiedział. Ty to masz oczy niebieskie. W nie kiedyś tak często nie zaglądałam. Dzisiaj dużo częściej. Kiedy niebieski pojawił się w moim życiu, jakbym na nowo się narodziła. Teraz mi towarzyszy i jest blisko mnie. Razem z białym, bo kolor śnieżny jest symbolem czystości, przejrzystość i świeżości. A ja właśnie chcę, aby to miejsce takie było.
Tym którzy przyszli mi z pomocą gorąco dziękuję. Grzegorz i Mateusz dla Was ukłony.

Kiedy rodzi się logo, ludzie szybko oceniają. Jeden mówi: Ale to ładne, inny, wręcz dosłownie, dlaczego to takie brzydkie. Przyjmujcie zdania innych, nie bójcie się. Pamiętaj, wszystkim nie dogodzisz, bo jak często powtarzam każdy z nas inny i inne upodobania ma.
Najważniejsze, aby to, co tworzysz, było Twoje, abyś wiedział dlaczego, po co i na co. Abyś mógł na to patrzyć codziennie i mógł powiedzieć. Tak to ma wnętrze. Mogę patrzyć na to codziennie i nie wstydzić się tego.

OPOWIEM – dla Ciebie ode mnie, nawet jak nie do końca po Twojemu.

MAŁOLAT BEZ WYBORÓW

Dzisiaj usłyszałam pytanie: Kto daje wybór małolatowi? Na buzi osoby pytającej zobaczyłam lekki uśmiech. W powietrzu wirowały słowa niewypowiedziane: Postukaj się po głowie.
Zrozumiałam, że każdy, kto dopuszcza, aby dziecko miało coś do powiedzenia, a takich osób jest pewnie mało, jest nie lada odmieńcem.
Odpowiedziałam Sobie szybko.
Dzieciom nie daje się wyborów. Ten jednak, co kocha i szanuje, wysłucha kilkulatka cierpliwie. Posłucha argumentów. Bo nie jeden maluch logiczniej myśli od dorosłego. Niejeden proste ma myślenie. Nie jeden ma większą odwagę. Nie jeden nie wie, co to przed nowym strach. Dziecko ma niesamowite cechy. Między innymi ciekawość i chęć poznawania świata oraz tego, co jeszcze nieznane.

Przykład rozmowy mamy z dzieckiem:

– Dzieci są bardzo mądre.

Chwila zastanowienia i padają słowa:

– Ty też jesteś mądra.

– Dlaczego ?

– Bo jesteś dzieckiem. Dzieckiem swojej mamy.

Kiedy już wszystkiego się wysłucha i stwierdzi fakt, że w tym, co mówi dziecko, jest dużo logiki, podejmuje się decyzję. I to już jest wybór dorosłego.

Kiedy okazuje się, że decyzja, którą podjęto, nie była do końca słuszna, dorosłego ocenia się jako niepoważnego. A ilu dorosłych nie podejmuje w ogóle decyzji, żeby unikać porażek ? Ilu boi się wyjść ze strefy komfortu? Ilu podejmuje decyzje tylko na podstawie własnych doświadczeń lub – co gorsza – własnego widzimisię ?

W życiu każdy ma prawo powiedzieć, czego chce. W życiu może mylić się i dziecko i rodzic. Najważniejsze to próbować. Czyja będzie prawda i kogo na wierzchu? Nigdy nie wiemy. Jeśli cokolwiek pójdzie nie po myśli, pamiętajcie: MOŻNA ZMIENIAĆ, można ulepszać i poprawiać. Na nowo decydować. Bo liczy się komfort i dobro.

I to, co powtarzam często:
Każda decyzja jest dobra na dany moment. Najlepsza. Podejmując ją, zawsze chcemy jak najlepiej. A że życie płata nam czasami figla, to już swoją drogą.

POKOLENIOWY MISZMASZ

Czasami spotykam się z nastolatkami, które uśmiechną się i na dwudziestokilkulatka powiedzą: ALE ON STARY! Nie mają jednak widełek, gdzie dzielą na starszych i młodszych, raczej proste dawne myślenie kategoriami ja, rodzice i dziadkowie, albo chłopak, który nie jest już tak młody, jak one. Za stary dla nich.

Obecnie przyglądam się trendom nazywania i wydzielania. Pokolenie Baby boomers, pokolenie X, Y czy Z, pokolenie Millennium. Młodsi różnic zbytnio nie zauważają. To dorośli, będąc już ustatkowani, oczytani w mądre książki i liczne naukowe artykuły przypisują Siebie mówiąc, my to już co innego, te są nowe czasy nie nasze. My inni a oni inni, bo kiedy indziej urodzeni.
Siedzę na kanapie a w radiu leci The Beatles – Yesterday.
Słyszę od znajomej:  Ja to się bardziej czuję jak pokolenie Y, chociaż X jestem.
Jak jest naprawdę ? Czy faktycznie aż tak się różnimy ?
Kilka dni wcześniej przyglądam się Pani. Farbowane na blond, półdługie włosy pięknie się kręcą. Jeden kręciołek podobny do drugiego. Ostre rysy twarzy i duże oczy, które przeżywają wszystko, co mówi. Kobieta unikalnej urody. Biała bluzka, a pod szyją kolorowa mucha. Równie wyjątkowa, jak ona. Jej twarz promienieje. Mówią, ktoś ma parcie na szkło. A ten ktoś po prostu urodził się, żeby mówić. Z mikrofonem w dłoni czasami się rodzimy. Pani z mikrofonem o pokoleniach mówi. Ja próbuję siebie gdzieś przyporządkować. Coś mi nie pasuje. Zbyt dużo mi się nie zgadza.

Słucham o Milleniajsach. Pokoleniu cyfrowym z rocznika 1980 i wyżej. Inni ponoć już do nich nie należą, bo inną nazwę im przypisano. Jacy są i jak nam do nich daleko ?
Milleniajsi lubią ponoć smartfony. Tylko kto ich teraz nie lubi.
– Robią Sobie tatuaże. A ja tatuaż u nie jednej babci również widziałam. Wiecie? Milleniajsem nie jestem. Samej niedawno mi jednak myśl przeszła: Ja też chcę, ja również. To była bardzo przemyślana decyzja. Potem natknęłam się na słowa Georga Clooney’a, który zapytany, dlaczego nie ma żadnych tatuaży, odpowiedział: A czy jest sens obklejać Ferrari? Przekonał mnie. Jeśli kiedyś zobaczycie u mnie ozdobę, znaczy, że stwierdziłam, że bliżej mi do Syrenki.
Milleniajsi mają holistyczne podejście do sportu i ruchu. Patrzę na dzisiaj. Kompleksowe spojrzenie przecież jest w modzie.
– Oglądają Netfix. Ten jednak na wiek odbiorcy nie patrzy. Dla niego klient w każdym wieku jest ważny.
– Kochają rowery i współdzielą się nimi. Patrzę na rowerzystów. Na ścieżkach spotkasz przekrój od 1 do lat 100. Dziadka osobno i małego szkraba. A także dziadka ze szkrabem razem. Z tym współdzieleniem się to faktycznie przyznaje nie każdy tak ma. Chociaż wszystko podąża ku dobremu.
– Rocznik „1980” lubi klimaty Green caffe nero. Zarówno jednak w tej sieciówce, jak i w Coffee Heaven czy Starbucks mało kto się oprze. Pierwsze klientki, jakie w takim miejscu spotkałam to emerytowane kobietki z pokolenia Baby boomers.
– Pokolenie Millenium koty uwielbia. Bo kot ma osobowość i jest łatwy w obsłudze. Od kiedy pamiętam to zwierzę, chwyta za serce prawie każdego. I każde małe dziecko chce mieć kota. A jak się na dużego kota nie zgodzisz, to chociaż malutkiego woła, bo ponoć mniej miejsca zajmuje.
– W pracy lubią przestrzenie otwarte, z domową stylistyką i w mniej obowiązujące strojach. O! Kto by tak nie chciał. Coraz więcej osób tak ma. Bez względu na wiek, bo takie obecnie myślenie projektantów, a co za tym idzie pracodawców.
– Obracają się w środowiskach cyfrowych, więc wszystko, co krótko, obrazowo i łatwe, to dla nich. Czy w dobie masy reklam, bilbordów i krzykliwych długich filmów sami wszyscy nie patrzymy, aby było łatwo i prosto ? Są wnuki oraz dziadkowie, którzy wiedzą, że myszkę można długo w ręce trzymać i sterować nią po blacie biurka, bo dla nich myszki nie tylko po stodole ganiają.
– W sferze emocjonalnej to lubisie absurdalnego humoru. Lubią wydarzenia spajające w grupach i robić coś dla świata. Wszyscy lubimy integracje. W dzisiejszych czasach koncerty charytatywne i pomoc innym jest na początku dziennym. Większość z nas chce pomagać. Pokazać ludziom tylko, jak i gdzie.
– Wszechobecnym ZDROWYM hejtowaniem wyrażają złość. Boimy się tego słówka, bo obce, ale krytyka również ta ostra, trzyma się nas od pokoleń.
– Natychmiastowość jest u nich na początku dziennym. Lubią, gdy rzeczy można nabyć od razu. Przykład? Chociażby książki ściągane od razu na smartfona. Poczta Polska to dla nich abstrakcja nawet ta po zmianach. Każdy z nas stojąc przed wyborem czekać czy nie czekać, wybierze tę drugą opcję. Wygoda to ulubienica nas wszystkich.
– Komunikują się przez Skype, bo mają od razu kontakt z drugą osobą. Znam babcie, dla których WhatsUpp, Viber, Skype czy inne aplikacje to coś powszedniego, bo tak się z koleżankami na całym świecie komunikują. Wymieniają telefony i to nie te dla seniorów, ale te z ekranem dotykowym i licznymi udogodnieniami.
– Lubią ulotność. Zapewnia im to Snap chat. W dobie gdzie tyle dociera do nas informacji, w czasach gdy wszystko dużo pamięci zajmuje, nie chcą, aby coś zostawało na długo.
– A zapytasz: co z nostalgią co było ? To zapewnia im FB. Sama używam. Bo z FB korzysta 60% ogółu.
Całe pokolenia wnuków, dzieci, rodziców i dziadków. Rozglądnij się wokół Siebie: Kto, otwierając oczy szybko łapie za komórkę i zamiast dzień dobry wszystkim powiedzieć dookoła, rozmawia najpierw z FB ? My rodzice czy może nasze dzieci ?

Bez względu na wiek i podziały stąpamy po tej samej ziemi. Cyfryzacja i postęp dane jest wszystkim. Tworzą ją i starsi i młodsi, tylko że Ci młodsi nieco szybciej ją łapią. Nowe techniki są dla nich czymś naturalnym jak złapanie pierwszego oddechu, gdy się rodzą. Dziecko łapie za zegarek i po ekranie chce małą rączką przesuwać, bo dla niego ekran dotykowy to coś naturalnego. Kilkulatek słucha muzyki przez bluetooth’a i ze smartfona, bo gramofonu z kablem na oczy nie widział. My już mamy porównania dlatego nam troszkę trudniej. Przyzwyczajeni do starego czasami poddajemy się i mówimy to nie dla nas, chociaż wiemy, że wiele elementów jest nam pomocna.

Pytam więc po co tak dzielić i na co? Po co nam w głowie mieszać. Przecież bez względu na wiek wszyscy mamy tak wiele wspólnego.

JUSTYNA STECZKOWSKA, PIĘKNE SUKNIE I SIELSKIE KLIMATY

Małe miasto, mały Miejski Dom Kultury i nie taka mała jedna artystka. Córka mężczyzny co księdzem być nie chciał i góralki. Dziewięcioro ich w sumie było grających i śpiewających. I wszyscy w muzyce zakochani. Justyna to dziewczyna co muzyką od małego się dzięki rodzicom bawiła. I nadal się bawi. Z małego miasta poszła w świat i tam już została. Justyna Steczkowska, bo o niej mowa, do małego miasta czasami powraca. Dlaczego ? Może w tym wpisie odpowiedź znajdziecie ?
Zacznijmy od początku.

Zasiadam w fotelu. Sala się zapełnia. Obok mnie znajomy, o którego w małym mieście nie trudno. W małych miastach znajomych spotyka się na każdym kroku. Osoby na sali raczej przeciętne. Duży przekrój wiekowy. Słychać młodzież, która przyszła tu ze swoją wychowawczynią. Czyżby dzieciaki z pobliskiej Szkoły Muzycznej, do której uczęszczała też artystka ?
Skupiam wzrok na nieco starszej Pani. Rozgląda się z niecierpliwością po sali, a po chwili czeka znudzona. Jej stan zmienny jak w kalejdoskopie. W ręce telefon. Bawi się nim. Drobniutka istota zapadła się w krzesło. Wtuliła w oczekiwaniu, aż coś zacznie się dziać. Na niej czarna, dopasowana, koronkowa, krótka sukienka z długimi rękawami. Niejeden powie, że odważna na taki wiek. Na ramionach rzuciły mi się w oczy fikuśnie odszycia. Nisko przy głowie, z kruczych włosów, koczek upięty, a na oczach okulary, które końcem końca podczas koncertu w dość dużej błyszczącej brązowej torebce, która cały czas spoczywała na kolanach Pani, wylądowały.
Pierwszy instrumentalista wyszedł z trąbką na scenę. Na Sali z każdą chwilą robiło się nieco ciszej. Instrument mówił: Teraz moja kolej, teraz cichutko, jeśli chcecie Justynę. Pani wzrok utkwiła w artystce, która lśniła na scenie dzięki sukni.
Ta suknia to dzieło siedzącej w pobliżu mnie kobiety. Wielkie dzieło drobnej istotki z małego miasta. Właśnie o tej kobiecie wspomniała Justyna między piosenkami. Skromnej krawcowej, która podniosła się po długim zastanowieniu z fotela, ale niewielu ten fakt zauważyło.

Na scenie pojawia się Justyna S., dojrzała już, a jednak nie boi się pomylić w słowach. Wspomniana suknia spływa aż do samych stóp. Reszta skromnie. Bez większości dodatków, które takim sukniom towarzyszą. Odkryty dekolt z daleka wygląda jakby atłasem pokryty. Żadnych wisiorków, jedynie długie kolczyki. Spod sukni długie nogi na szpilkach wystają. Dłonie bez pierścionków i bransolet, krótkie zadbane paznokcie bez dziwactw. Piękne dłonie, które tańczą, a za nimi reszta ciała włączana jest w ruch. A ruchy delikatne i seksowne. Delikatny makijaż i długie prawie po pas ciemne stopniowane włosy jakby lekko pofalowały się od wilgoci i deszczu, który dzisiaj za oknami przez cały dzień towarzyszy. Może tak, a może misternie ułożone ? Nie ma znaczenia. Justyna to piękna kobieta, z każdej strony. Jej buzia z wiekiem nabrała delikatności, ciało modelki podkreślają stroje. Już słyszę komentarze: To Botox, złote nici, sztuczne piersi i inne sztuczki. Może i trochę. Jakie to ma znaczenie. W końcu to świat celebrytów. Niewielu z nas go zna. Trudny do okiełznania dla dziewczyny z małego miasteczka. To element, który wymusza wykonywany zawód. Pamiętajcie, nasze podejście do życia, przekłada się w dużej mierze na to, jak wyglądamy. Widziałam Justynę kilka lat temu. Wtedy tez dała piękny koncert. Rodzinny, bo ona rodzinna bardzo. Dzisiaj jej rysy złagodniały, jak ona sama. Spokojna, wiedząca co chce i silna, ale skromna kobieta, która czuje się na scenie jak za dawnych dziewczęcych lat. Jest u Siebie.

Przez długi okres wielu miało jej za złe, bo kiedyś, gdzieś, raz, nie wspomniała, że z tego miasta pochodzi. Inne wymieniła. Sama byłam zdziwiona przez chwilę. Potem o incydencie zapomniałam. Dzisiaj wiem, że Justyna jest spontaniczna. Zawsze była. Prawdę mówiła, bo w moim mieście 10 lat szkolnych spędziła, tych jak twierdzi pięknych, bo szkolnych z młodzieńczymi miłostkami. W metryce inne miasto wpisane. Nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie będą następstwa jednego lub dwóch słów wypowiedzianych wśród tysiąca.

Ten koncert był inny niż wszystkie. Pomijam utwory: Dziewczyna szamana , Tu i Tu gdzie kunszt było widać, Daj mi chwilę, Leć, Grawitacja, Boskie Buenos, gdzie pokazała jak rzadką i szeroką ma skalę głosu.czy Sanktuarium, dedykowane rodzicom. Pomijam pięknie zaśpiewany utwór, w którym Justyna w czarnej koronkowej sukni z czarnym utkanym jak z pajęczej sieci równie czarnym wachlarzem, oświetlona białą łuną światła pokazała, ile ma siły w Sobie, doświadczenia, zaciętości, pomysłów i pasji w tym, co robi. Pomijam fakt, iż nie ma instrumentu, który u Justyny by się na koncercie nie pojawił. Dęte i smyczkowe na pierwszym planie. Skrzypce to podstawa. Muzyka zniewalała.
Było owszem pięknie instrumentalnie jak w tytule koncertu, ale to też nie o to chodzi.
Chodzi o korzenie zapuszczone daleko. O to, jak zachowuje się na scenie wielka artystka, która mimo profesjonalizmu wie, że chociaż kiedyś coś powiedziała może nie tak, tu w tym mieście wybaczy się jej niejedną gafę.

Każdy koncert piosenkarki, dany w tym miejscu ma swój niepowtarzalny urok. Ma w sobie dużo ciepła. Każdy jest inny i poświęcony bliskim.
Dzisiaj było kameralnie, rodzinnie i swojsko. Dużo wesołych opowiastek z dzieciństwa a co za tym idzie radość na sali. Wszystko, co Justynka na scenie powiedziała, było powiedziane od serca. Wszystkie pomyłki, braki w pamięci do wybaczenia. Wręcz pożądane, bo takie naturalne. To nie było wyuczone, jak to się zazwyczaj zdarza na koncertach w trasie. Jedno miasto, potem drugie. Niewiele mają z artystą wspólnego. Tam się jedzie, rzetelnie wykonuje swoją pracę, i jedzie dalej. Tam nie ma się znajomych. Tam są fani, którzy owszem kochają, ale nie przywodzą wspomnień.

W małym miasteczku Justyny wspomnienia są i ręce w górze jak w szkole, gdy Justyna pytała o przeszłość. Nie miałaby za złe, gdyby wyszedł nagle ktoś do niej i uściskał, chociaż nie zna, przytuliłaby, mniemam. Miałam bowiem wrażenie, jakby chciała powiedzieć: Przepraszam za to jedno słowo, wśród tysiąca innych, wiele lat temu, o którym jeszcze dzisiaj na forach internetowych można przeczytać. Kocham to miasto i ich mieszkańców.

Dookoła słychać było głosy przyjaciół z dawnego podwórka, czułam oddech krawcowej tej jedynej, ukochanej, najlepszej chociaż małomiasteczkowej. Piosenki dedykowane tym bliskim, ale i wszystkim z jej ukochanego miasta. Koleżankom z sąsiedztwa i dawnym nauczycielom. Justysia z ludźmi podczas koncertu rozmawiała, swoje słowa przez piosenki kierowała, zmieniając im słowa. Opowiadała historie i na scenę ludzi zapraszała. Wspólny taniec i śpiew w formie zabawy. Była wśród widowni, gdy scena jej się nudziła. Siadała na jej brzegu jak dziewczynka trzpiotka, chociaż kolejna z sukien wąska, w pięknym zestawieniu granatu, czerwonego i czarnego, dostawała samej ziemi, nie krępując jednak ruchów. Justyna machała nogami a jej słowa poniekąd pięknej piosenki wykonanej na bis „Wracam do domu”, odbijały się od wszystkich ścian, foteli i zasłon. A mała dziewczynka ciekawska w pobliżu Justyny się kręciła. Zakończenie godne wielkiej artystki z małego miasteczka.  Co chciała nam na koniec powiedzieć. Jaki był ostateczny przekaz. Czy to historia prawdziwa smutnego chłopaka, czy dziewczyny w której gdzieś zawsze drzemie tęsknota ?.

Nie jest pewnie łatwo odnaleźć się w świecie biznesu, nie jest łatwo być wielkim artystą. Skąd takie stwierdzenie ? Potwierdzają to liczne filmy dokumentalne. Chociażby weźmy pierwsze z brzegu: Celin Dion czy Jennifer Lopez.
Czy łatwo jest żyć bez korzeni w wielkim mieście stać na scenie, chociaż nie jeden zazdrości czy zagląda, co tu można w gazetach kompromitującego o artyście napisać? Jak myślisz?
Łatwo i przyjemnie jest do domu rodzinnego wracać, gdzie przyjaciel nie opuści żadnego koncertu. Gdzie przyjdzie rodzina i krawcowa, nauczyciele oraz koledzy ze szkolnej ławy. Gdzie koncertu posłuchają dzieci, które wierzą, że skoro chodzą do tej samej szkoły co artystka, im również się uda.
Zapomnijcie więc Justynie to jedno słowo, wśród tysiąca innych. Nauczcie patrzyć na ludzi, bez łapania za słówka i bez ocen. Doceńcie, że wielka artystka chce wracać do swojego małego miasta i tu dałaby najlepszy ze swoich koncertów, nawet kiedy sala byłaby pusta. Dzisiaj nie była.

Dlaczego Justyna S. powraca do korzeni ?
Zapytajcie Justyny podczas następnego pobytu w Twoim mieście. Ona najlepiej zna odpowiedź. Na pytania chętnie odpowie. Nawet podczas koncertu. Takiej otwartości u artystów i kontaktu z widownią nie widziałam. A o tym, że pytać warto jestem przekonana.

Skromnej Pani Krawcowej gratuluję kunsztu. Suknie, których materiały wymagały wiele precyzji, układały się przepięknie. Nie krępowały ruchów i podkreślały piękno ciała. Lśniły w blasku świateł. Główne bohaterki tego wieczoru wraz z wykonawczynią.

Justyno (za śmiałość kobiety z małego miasteczka przepraszam) z domu Steczkowska, która mimo kariery, nigdy nie zamieniłaś Swojego nazwiska na żadne krótsze nazwy, przy Swoim zostając, której słowa i dźwięki się słuchają i bez Twojej zgody nie robią kawałów, bądź piękna i Sobą tak jak byłaś dzisiaj. Naturalna, pełna serdeczności, spontaniczna. Powodzenia w dalszej karierze życzę.

Życzę Wam ludziska wieczorów w atmosferze, która udzieliła mi się dzisiaj. Życzę wielu wspaniałych koncertów, gdzie poczujecie, że to nie dla pieniędzy wychodzą artyści na scenę. Że cel często leży bliżej serca niż kieszeni.

DLACZEGO NISKO LEŻY WYŻEJ NIŻ SĄSIADUJĄCA MIEJSCOWOŚĆ I DLACZEGO ŚLIMAKI CHODZĄ W POPRZEK DROGI ZAMIAST WZDŁUŻ ?

Wcześnie rano. Tyle, co słońce wzeszło. Na polach wzdłuż drogi mgła pięknie się powykładała. Ulotna, bo za chwilkę już jej nie będzie. W powietrzu pachnie mlekiem, które beczkowóz wiezie do pobliskiej mleczarni. Słońce rozświetla asfalt drogowy. Chłodnawo jest. A może raczej użyję słówka rześko. Mijam rolnika na rowerze. Rozbawił mnie. Jedzie poubierany w rozciągnięty sweter, brunatne sprane spodnie, które nie raz w pole szły wraz ze swym panem, a zamiast gumiaków, których bym się spodziewała, basenowe klapki. Rower, który zaskakuje mnie swoją prostotą skrzypi nieludzko. Ma dwa koła, dwa pedały, kierownicę, siodełko i jedną ramę. Temu mistrzowi nic już więcej do szczęścia nie potrzeba. Uchwyty na bidony czy telefony, przerzutki czy pulsujące światełka, to rzeczy dla niego zbędne. Mimo ich braku jest jak w siódmym niebie. Wtrącę, że jadąc za kierownicą samochodu, warto na takich uważać. Rozanieleni i słabo często ich widać.
Na motorze ktoś na rynek podąża, przed sobą wiezie dwa wielkie wory wypełnione warzywami, kurtka na motor, ale spodnie cieniutkie i jakieś takie krótkawe, więc kostki wystają. Na nogach szmaciane trampki z rozwiązaną sznurówką. Swojskie widoczki z rana. Jestem w miejscu, gdzie jedno miasto się kończy, drugie zaraz zaczyna. Główna droga krajowa.

Patrzę pod nogi. Tam życie zwierząt podglądam. Na drodze widzę ślimaczka. Z daleka pomarańczowy. Z bliska na ciele różne faktury się pojawiają. Natura grafiką się na nim bawiła. Nieborak domek gdzieś zgubił. Zwija się, wyglądając jak beczka, a za chwilkę rozciąga, żeby chuderlaka udawać. I tak krok za krokiem zmierza tam, gdzie mu głowa podpowiada. Za chwilę napotykam drugiego. Jego domek lśni w słońcu. Dwukolorowa muszelka cała w paski, którymi ktoś nieźle zakręcił. Ten to umie dobierać kolory do karnacji. Model mi się na wiejskiej drodze trafił. Pierwszy egzemplarz mógłby mu pozazdrościć, ale u zwierząt z zazdrością się jeszcze nie spotkałam. Gąsieniczka mieszka chyba w ich sąsiedztwie. Jakiś kilometr będzie. Żółta w czarne paski. A może odwrotnie: czarna w żółte prążki ? Kto to odgadnie. Ważne, że odważna. Wszystkie te zwierzątka na jednej ulicy i wszystkie w poprzek drogi idą. Łamią drogowe zakazy.

Jestem na drodze, która w kierunku miejscowości o nazwie Nisko zmierza i jakoś mi tak pod górkę. Dlaczego Nisko leży wyżej niż sąsiadująca miejscowość i dlaczego ślimaki chodzą w poprzek drogi zamiast wzdłuż ? Pierwsze to iluzja. A co do muszlowców. Mają małe główki i proste myślenie. Idą po prostu przed siebie.

Nasz świat jest często irracjonalny. Często bardzo prosty i intuicyjny tylko nie dla nas. Idealni pojawiliśmy się na tym świecie. Każdy inny, ale każdy wyjątkowy i niepowtarzalny jak wzory, które zdobią ciała opisywanych zwierzątek. Szukamy jednak ciągle czegoś więcej. Staramy się być często tacy przykładni i jeszcze bardziej doskonali w przeciwieństwie do wspomnianych mięczaków. Staramy się idealnie zachowywać. I wszystko ma tak do Siebie pasować. Tworzymy Sobie zasady, coraz więcej zasad. Wmawiamy, że tak trzeba i szukamy złotych rozwiązań. A kto powiedział, że basenowych klapek na rower nie można ubrać ? Albo bez domku w poprzek drogi paradować ? Szczęśliwi Ci, co mają umysły otwarte. Nie patrzą na zasady, ale na wygodę. Mają proste cele i proste narzędzia, aby je osiągać. Dużo luzu w życiu Wam życzę. Jak u ślimaczka grubaska. Chodzenia wzdłuż drogi, a także w poprzek, ale zawsze ujętego w ramy bezpieczeństwa.

Dodam na marginesie. Jadąc na rowerze, można przecież ubrać klapki, a nawet pojechać na bosaka jak Ci wygodnie, ale o światełkach odblaskowych nie zapominajcie. Tak dla pewności, aby nikomu na drodze a szczególnie Wam nic złego się nie stało.

20160904_09090820160903_07111320160903_071340   20160903_07103720160903_071424

A JA MYŚLAŁAM

Znasz dobrze osobę. Wiesz, że lubi owsiankę. Wiesz również że mandarynki to jej ulubiony owoc.
Myślisz sobie. Zrobię owsiankę, dodam mandarynek i jeszcze bananów oraz miodu dla słodkości tak od serca oczywiście.
Wydaje Ci się, że będzie nie lada niespodzianka. Że dobrze Ci głowa podpowiada.
Czasami życie zaskakuje, kiedy myślimy za dużo, kiedy chcemy za kogoś. Kiedy zaczynamy dumać, a przestajemy słuchać drugiej osoby.
Uważaj, bo możesz usłyszeć: NIE MYŚL!
Jednego to oczywiście rozbawi, a drugiego zaboli. Zależy od sytuacji i Twojego nastroju. Dla niektórych i pogoda będzie miała znaczenie.

Kiedy słyszysz od dziecka: nie chcę, żebyś przychodziła na mój występ, zastanawiasz się: Co jest? Myślisz może Sobie, dlaczego inni mogą patrzyć, ale nie Ty ? Robi Ci się przykro. Co zrobić, aby przykro nie było? Warto poznać przyczynę. Warto rozmawiać i dochodzić szczegółów. Warto też wierzyć. Możesz usłyszeć: Kiedyś mnie zobaczysz. Gdy odniosę sukcesy. Zobaczysz w telewizji i usłyszysz w mediach. Nie rób wtedy podchodów, nie podglądaj. Uszanuj decyzje. Kiedyś niespodzianie możesz też usłyszeć: Przyjdź i zobacz, jak śpiewam, tańczę i gram. To będzie Twoja nagroda za oczekiwanie.

To, że ktoś lubi owsiankę i mandarynki z osobna, nie zawsze oznacza, że smakują mu razem. To, że dziecku nie przeszkadza, aby obcy patrzył, a przed bliskim się krępuje, to nic złego. Czasami coś dla nas jest nielogiczne i trudne do zrozumienia. U każdego w głowie co innego siedzi. Dlatego pytaj. Największą radość sprawisz, że zrobisz według potrzeb, a nie swojego widzimisię. Jeśli ktoś czegoś nie chce, ma swoje powody. Zaspokoić czyjeś, a nie swoje oczekiwania i nie przedobrzać to cenny dar.

Zdrowe lekko naciągane, czyli nie oszukujmy się, Eco jest inne 1/3

Dzisiaj troszkę o marketingu sprzedaży, który za produktem stoi. O kupowaniu świadomym, w świecie, gdzie wykorzystuje się fakt, iż często jemy oczami.
Zabiorę Was na pobliski targ, a potem do typowego hipermarketu. Troszkę o suszonych owocach, które akurat wpadły w moje ręce i złocistych miodach znanych nam od wieków. Opowiem o bliskich spotkaniach z rolnikiem. Nawet dwoma. Liznę temat rzekę, czyli jak wygląda Eco i gdzie go szukać.
Na początek nie będę owijała w bawełnę i powiem prosto z mostu, aby rozwiać nadzieje.
ECO jest mniej urokliwe. Eco się pod prysznicem nie pieni i nie pachnie czekoladą, gdy czekoladą nie jest. Eco do jedzenia w kolorach nie przebiera i jest też często trudniej dostępne. W typowym sklepie zazwyczaj stoi na tyłach lub po prostu go nie spotkasz. Tylko w sklepach ze zdrową żywnością wiedzie pierwszy prym. Cena tego, co zdrowe często odstrasza, podobnie jak niewyszukane opakowania, w które produkt jest zapakowany. Ogólnie to takie mało zachęcające, to ECO i BIO. Na pierwszy rzut oka. Nie w głowie mi jednak Ciebie straszyć, a raczej pokazać, z czym i jak to się je oraz że na ECO warto poświęcić chwilę lub dwie.

Popatrzmy na opakowanie.
Jego się nie je, ale warto na nie zerknąć. Na ECO nie musimy doszukiwać się długich tekstów ukrytych pod gwiazdkami. Dużo mniejszymi niż te na niebie. Tam po prostu gwiazdek nie ma. Nie ma też potrzeby zastanawiania się, czy coś z naszym wzrokiem nie tak, kiedy widzimy długie litanie pisane malutkimi literkami. Tu uspokajam, bo o grafice w reklamie co nieco wiem. Jeśli coś nie możesz na wielu produktach przeczytać to dlatego, że taki był cel. Dobrano mniejszą czcionkę, a dodatkowo zastosowano niekorzystny dobór barw. Taki chwyt marketingowy. Nie wydawaj więc na okulistę, aby sprawdzić, czy z Tobą wszystko dobrze. Bo jest. Sprawdź, co proponuje inny producent. Pamiętaj ! W Eco skład jest prosty jak budowa cepa.

Przykład na wyciągnięcie ręki.
Jeśli są suszone morele, to w składzie pisze: morele suszone i ani słowa więcej. Właśnie stoją przede mną. Wkładam jedną do buzi, jej zapach urzeka. Nieco straciła na objętości, odkąd ściągnięto ją z drzewa. Nawet dużo powiem. Bardzo dużo. Kolor brązowy to efekt suszenia, błyszczącego na co dzień odcieniami pomarańczowego, różowego, czerwonego i żółtego koloru dojrzewającego przez wiele miesięcy owocu. Nie ma przeproś, każda suszarka to złodziej objętości i kolorów, ale nie smaków. Suszarce nie mam za złe, że barwy lata zabiera. Na podniebieniu czuję jeszcze resztki promieni, które pozostały na skórce. Słodycz w ustach niczym niezaburzona. Sama natura. Bo morela, jak i większość owoców nadających się do suszenia cukrów dodatkowych oraz polepszaczy czy kandyzowania nie potrzebuje. Podobnie z bananem, który po wysuszeniu jakby siwych kolorów nabiera. Nadal jednak ma swój urok. Jakby wraz z suszeniem latek mu przybywało. Kolorami nacieszę oko gdzie indziej. Dzisiaj morelki jem zamiast słodkiego batona, banana zamiast chipsów, bo tak też można.
Koniec tego delektowania się.

Cel lokalny rynek.
Jesienne słońce między stragany i namioty zagląda. Pięknych równiutkich marchewek i zgrabnej pietruszki oraz jabłek bez skazy, co wszystkie jak z foremki, nie uświadczysz. Za to wszystko takie jakieś mimo swojej brzydoty godne zaufania. Widzę pory i selery. Tych, jeśli dobrze w domu nie domyjesz, piasek w zupie będzie zgrzytał między zębami. Ciekawe doznanie. Uroki owoców i warzyw z targu, które w żyznej ziemi wyhodowane. Zwykły deszcz je podlewa i czasami robaczek się do nich dobierze. I może nie są takie piękne i tak doszorowane, ale jedno jest pewne, w ziemi wyrosło, a oprysków dary ziemi widywały minimum. Bo którego rolnika na opryski stać ?
Czasami zapytam, chociaż wiem, że ludzie z prawdą się lubią mijać. Czasami pożartuję ze sprzedawcą, gdy widzę rzodkiewkę wielkości buraka. Tak dużą, że do buzi na jeden raz jej nie zmieścisz, chociażby chomika się udawało. Sympatyczny Pan w średnim wieku, którego resztki ziemi za paznokci zazwyczaj nie dadzą się domyć, powiada: Niektóre warzywa typu pomidory trzeba pryskać, ale tylko troszkę na początku. A rzodkiewka duża, bo przegapiłem, bo deszczu i słońca ponad miarę. W takich warunkach rośnie jak na drożdżach.
Jeśli kupować to świadomie i w miłej atmosferze, pomyślałam. Prawdomównego Pana polubiłam i często do niego wracam. Rzodkiewki oczywiście kupiłam.
Mijam stoisko innego z rolników. Na stoliku miody pachnące. Błyszczą się w słońcu w kolorach kasztanów. Jak szlifowany bursztyn w pierścionku mojej babci. Promienie światła docierają przez szklany przeźroczysty słoik w każdy zakamarek. Słoiczkom, jak i zawartości jest cieplutko. Czy to jednak dobrze ? Pamiętam opowieść znajomego, który opowiadał o miodowej pasji swojego dziadka. Jakie pszczoły są inteligentne i jakie wrażliwe. Jak miód trzymał dziadek w suterynie, bo szlachetny płyn chłód i ciemno lubi. Przypominam Sobie miłego Pana o imieniu Klemens. Człowiek ciekawy, jak i jego imię. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, wyglądał, jakby w pole zawsze szedł, albo inaczej, jakby z pola nigdy nie wracał. Luźna jasna, nieco rozciągnięta koszulka, spodnie robocze i gumiaki, które u każdego rolnika to No 1. Włosy rozwichrzone i wieczna pogoda ducha na twarzy wypisana. Pracy dużo, ale on emanował spokojem. Natknęłam się na niego podczas jednej z wypraw. Mała tabliczka na wsi a na niej MIÓD napisane. No to zaglądnęłam.
W małej piwniczce na drewnianych szafkach za płócienną zasłonką stały słoiki z pachnącą gęstą zawartością. Usłyszałam, że: Pszczoły, które miód zbierają, mieszkają w tradycyjnych ulach bez styropianu, pielęgnowane i bez żadnego leczenia antybiotykami. Cukrem w zimie dokarmiane w najmniejszych możliwych ilościach. Tam, gdzie nektar zbierają, pola nieskażone są pestycydami. Ot małe szczegóły a cieszą. Miód oczywiście zakupiłam. Ten wiosenny co ma najwięcej wartości i ten z późnego lata, bo na przeziębienia dobry. Kupuję go do dzisiaj. Takie miody nie potrzebują żadnych napisów. To, że zdrowie w ich wnętrzu ukryte, czuć po otwarciu wieczka zaraz po tym, jak słyszymy dźwięczne klik. To widać po konsystencji, gdy złocisty gęsty płyn, ze złocistą poświatą, po łyżce leniwie spływa. To widać po podejściu i wiedzy sprzedającego.
Z rynku wróciłam z torbą pełną zdrowych brzydactw. Miodów nie kupiłam wierna Panu Klemensowi. Rolnika uświadomiłam. Aby zmyć resztki pestycydów, owoce i warzywa umyłam w ciepłej wodzie z dodatkiem kwasku, a następnie zamoczyłam w równie ciepłej wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej. Przy środowiskach kwaśnym, a następnie zasadowym żaden pestycyd nie ma szans. Za taką kąpiel owocki i warzywa odwdzięczają się aromatem i smakiem.
Kierunek hipermarket.
W głowie hasło programu edukacyjnego „Od uprawy do potrawy” promowanego przez jedną z wielkich sieci sklepów w szkołach. Patrzyłam niedawno na plakat. Na górze widniało dobrze znane mi z reklam i wielkich bilbordów logo. Cel akcji szczytny, bo zdrowego odżywiania dotyczy. Na koniec dzieci mają nawet dostać zdrowe przekąski, sponsorowane przez placówkę. Ciekawe co bardziej zapamiętają treści książeczek edukacyjnych czy elementy graficzne sugerujące gdzie w przyszłości mają robić zakupy?. Sprawdzam, jak akcja ma się do półek sklepowych. Tu rozglądam się za zdrowym jedzeniem w zamiarze kupienia. Olejów na zimno tłoczonych w ciemnych butelkach znikoma ilość. Wypatrzyłam jedynie do sałatek oliwy z oliwek. Na nie moda przyszła już lata temu z Włoch, Grecji i Hiszpanii. Brakuje mi lnianego, co naszym polskim szlachetnym rodzimym produktem jest oraz rzepakowego do smażenia Do głowy przychodzi mi jeszcze masło klarowane, które jest znakomitym odpowiednikiem. Nie ma. Pod rafinowanymi, nieskazitelnie czystymi i przefiltrowanymi wiele razy oleistymi płynami, półki się uginają. O olejach polecam doczytać. Warto.
Idę dalej. Owoce, które tutaj pięknie popakowane i błyszczące, ja już na rynku zakupiłam. Pieczywo pięknie pachnące tylko z mrożonego ciasta wypieczone. Szkoda, bo chciałam Wam takie na zakwasie pokazać. W chipsach dużo soli i E — coś tam, a w sokach glukozy co niemiara. Chodźcie proszę dalej. Ziemniaki bez smaku, to sprawdziłam już kiedyś, również odpuściłam. Minęłam półkę z nabiałem, gdzie farbowanych jogurtów nie było końca i inną półkę ze słodyczami, gdzie producenci stwierdzili, że skoro w nazwie mają słowo SŁODYCZ, to ma być słodkie, ile Bozia da.
Końcem końca coś tam kupiłam. Wychodzę z pełnym koszykiem. W takich sklepach polecam zakup papierów toaletowych, chusteczek, ręczników kuchennych i patyczków do uszu. Dlaczego ? Bo mają bardzo dobre ceny. Chociaż wzorki słodkich niebieskich misiaczków i kwiatuszków w kolorze słońca kuszą, polecam wszystko, co białe, bo i na co ryzykować z rakotwórczymi kolorowymi farbami. Białe tak na wszelki wypadek i w trosce o biedne zwierzątka, bo żadne z nich nie chce podcierać czterech literek, nawet tych dziecięcych.
Wychodząc ze sklepu rozmyślam ile wokół nas podświadomej reklamy, ile kuszących kolorów, haseł i zapachów. Ile produktów tak podobnych, tylko w różnych opakowaniach, przekrzykujących się na półkach: Kup mnie ! Nie. Mnie kup !, bo tak ich zaprogramowano. Wielu z nas również podjęto programem. Tylko czy zdajemy Sobie sprawę ? Są jednak tacy co krzyków nie lubią. Dodatkowo nazwy BIO, ECO, PRODUKT NATURALNY czy BEZ GMO, które coraz częściej się pojawiają na opakowaniach, dają im do myślenia. Coraz częściej patrzymy na to, co jemy. Zaczynamy zerkać co naprawdę ląduje na naszych talerzach.

Dlaczego ludzie zaczynają się interesować zdrowym jedzeniem a co za tym idzie własnym zdrowiem?
BOIMY SIĘ ŚMIERCI. Ot tak po prostu. Usłyszałam to niedawno od statecznego i bardzo pogodnego Pana w okularach, ze starannie przycięta bródką, który zajmuje się badaniem rynku.
Warto pamiętać.
Zakupy, gotowanie i spożywanie posiłków to spora część naszego życia. I sporo czasu zajmuje. Przekonują się o tym Ci, co rezygnują z błyskawicznych zupek i dań z puszek i słoików. Życie w zdrowiu jest wyzwaniem i tego warto być świadomym, aby wytrwać, żywiąc się zdrowym. Aby wiedzieć, po co i na co. Pamiętajmy, że wielu rzeczy nie odwrócimy i że nie cofniemy czasu. Im wcześniej przyjdzie świadomość, tym szybciej jelita i reszta ciała nam za to podziękuję. Może dzięki temu nie odpalimy zapłonu, który w nas drzemie, rakiem nazywanym lub nowotworem jak kto woli. To zmora naszych czasów, która sieje zniszczenie i nas przeraża. Może dzięki zmianom wiele chorób przejdzie obok nas, a może będziemy mogli odstawić niektóre leki i suplementy diety, które są tylko zastępstwem ? Zastępstwa znamy przecież ze szkół. Wiemy, że na dłuższą metę nie ma to, jak oryginał.

Przez wiele lat jadłam margaryny i sosy z torebek, przez wiele lat wszystko, co przyniósł ze sobą Zachód. Obecnie jestem czujna, bo nie chcę, aby mną manipulowano. Obecne życie to ciągła nauka, odkrywanie, uświadamianie i testowanie. Dlatego zmieniam, sprawdzam, odrzucam, zostawiam co lepsze. Robiąc wpisy kieruje się jedną zasadą: Dziel się tym, czego sam doświadczyłeś, co sam skosztowałeś, czego dotknąłeś i co Ci służy. Może te kilka spostrzeżeń pomoże i Wam coś w życiu zmienić, jeśli uważasz oczywiście, że jest zmian potrzeba. Bo przecież nic na siłę. Każdy wie co mu służy.
Zaskoczę tych, co mnie znają i myślą, że taka konsekwentna. Wiem, że o zdrowiu piszę, ale dzisiaj mimo zdrowych zakupów, w pogoni życia i braku czasu, zjadłam w porze obiadowej, wielkiego, ciepłego, słodkiego napompowanego jak balon obwarzanka, obciekającego bielutkim lukrem, który obkleił każdy mój palec z osobna. Jego zapach czuć było na kilometr. Mienił się licznymi kolorami i wygrał rywalizację z równie kuszącym sąsiadującym pączkiem. Pychota, prawda?. Wygrał głód i obwarzanek. Więc może ten wpis to z wyrzutów, a może zadana sobie pokuta ?.
Nie popadam w skrajności. Zakonserwować się to nic złego. Dać Sobie forów też oczywiście. Powtórzę po raz kolejny. Świadomie. To moje ulubione słowo. Jeśli więc jesz patrz co masz na talerzu i dociekaj jak zostało zrobione. Jeśli idziesz do sklepu, nigdy nie na głodnego. Nakarm burczącego zwierzaka co się jeść dopomina. W sklepie niech głowa o zakupie decyduje. Świadomych zakupów życzę i jak zawsze po wszechczasy: ZDROWIA.

 

Zdrowe lekko naciągane, czyli jak jest dzisiaj 1/2

O tym jak wyglądało dawniej, było już w poprzednim wpisie. Dzisiaj będzie o tu i teraz. Chodzę tak sobie czasami po necie. Po sklepach czasami biegam a czasami spaceruję, gdy czasu mam więcej albo coś potrzeba i nadziwić się nie mogę jak dużo do powiedzenia ma dzisiaj komercja. Wszystko takie masowe. I w sklepach mam wrażenie to samo. Tylko w innych opakowaniach.

Słodyczki za każdym zakrętem
Na początek patrzę na dzieci. Wołają coś do picia. To, co ładnie wygląda, bo na etykiecie bohaterowie najnowszych bajek. No tak. Najpierw ich nieźle rozreklamowano, żeby dzieci zachęcić do oglądania, a potem słodkiej wody kupowania. Sok stoi na półkach przed samym nosem. Zwykła woda nieco głębiej. Rodzice kupują więc napój spragnionym pociechom, chociaż w butelce picia niewiele a cukru tyle jak dalece chemia jeszcze pozwala, żeby się rozpuścił. O ! I tu wkrada się moja mała pomyłka, bo cukier przecież niezdrowy. Zapomniałam. A przecież teraz zdrowe ma być. Na opakowaniu napis: Nie zawiera cukru. No i nie zawiera. Za to w składzie syrop glukozowo – fruktozowy. Ten w produkcji jeszcze tańszy od cukru, który białą śmiercią nazwano. Xylitol, chociażby z brzozy pozyskiwany w tym miejscu nie ma racji bytu. Produkt byłby po prostu za drogi. W produkcji oczywiście. W sklepie za małą buteleczkę, która pasuje do dziecięcej raczki i słodzonej sztucznym syropem, dosyć słono płacimy. Nie wspomnę o cenie przy wejściu do kina czy w szkolnym sklepiku. Jestem pełna podziwu dla koncernów i firm, które robią co roku coraz większą sprzedaż za ich wiedzę marketingową i pomysłowość.

Jedna łyżeczka cukru paraliżuje nasz system immunologiczny na godzinę. Warto o tym pamiętać szczególnie jesienią gdy o przeziębienie nie trudno. Dobrze być również świadomym, że cukier jest prawie w każdym produkcie. Jego ilość w wodzie o smaku cytryny mnie przeraża. Kiedy słyszę o kilkunastu łyżeczkach w butelce, włos na głowie mi się jeży. Cukier jest w jogurtach, ketchupach i nagminnie w musli. Nie wspomnę o ciastkach nawet jak piszą, że zdrowe. Cukrzycy miejcie to na uwadze. Ci co cenią zdrowie, również.
Kiedy jesteśmy całej prawdy świadomi, idziemy do sklepu i sypki cukier trzcinowy z półek ściągamy. Tylko nie wiemy, że często to ten sam biały co kupowany wcześniej tylko melasą zafarbowany. Bo i skąd mamy to wiedzieć. Oczy czytają a głowa mówi, że zdrowe. I ciach w sklepowym wózku niby to zdrowa słodycz ląduje. Do ręki biorę prawdziwy cukier trzcinowy. Wielka bryła w kolorze ciemnego bursztynu, z którą na początku nie wiadomo co zrobić. Wilgotna i w ręce się nieco klei. Można wydrążyć łyżeczką lub zetrzeć na tarce. Nieco mniej słodki, ale za to aromat piękny słodycz nadrabia. W formie sypkiej też się spotykam. Można nabrać łyżeczką. Jest ciężki i przelewa się prawie jak woda. Kilogram mniej miejsca zajmuje. Przelewa się przez palce jak mokry piasek na plaży.
Trudno przyzwyczaić się do tej formy. Dlatego słyszę: I co z tym zrobić ? A potem już tylko wraca się do starego białego z buraków, słodziutkiego sypkiego i tego, co łatwiej kupić. Na półkach „białej śmierci” jest dużo. W paletach w sklepach stoi, bo nie opłaca się na półki wyciągać. Zbyt jest, bez dwóch zdań.

Pachnące stoiska z pieczywem
Tutaj producenci prześcigają się, żeby wszystko wyglądało na zdrowe. Posypują chlebki owsem, dynią. słonecznikiem i twierdzą, że są na zakwasie, chociaż pieczywo specyficznym kwasem nie pachnie. Bochenki przyciągają odcieniami brązów. Większość osiąga piękny kolor w zależności od ilości dodanej, wspomnianej  już melasy. Białe bułeczki, bagietki, kajzerki. Wszystkie z mrożonego ciasta pieczone są na miejscu, bo do ciepłego pieczywa mamy słabość. Nie pamiętamy, że ciepłe nie jest zdrowe i z gorącym trzeba poczekać, aż wystygnie. Finezyjne kształty sprawiają, że długo zastanawiamy się co wybrać. Nie wszyscy zauważamy, że wszystkie te pieczywa smakują tak samo. Ich zapach roznosi się wszędzie. Nawet mało sprawny nos wyłapie. Okrągłe małe i wszystkie takie idealne. Z ziarna pszenicy dlatego tak pięknie wyrośnięte. Każdy chleb bez mąki pszennej nie będzie już taki pulchny i bielutki.
Pszenica dzisiaj wiedzie prym dzięki modyfikacji i manipulacjom hodowlanym. Bo mają być coraz wyższe plony, bo po niej każdy biszkopt ma wyjść bez względu jaka gospodyni się za niego zabierze. Pamiętam pszenicę z Kargulowych komedii czy filmu – Nad Niemnem. Wysokie kłosy, wśród których można było się schować tańczyły na wietrze, bo miały delikatne łodygi. Burza i grad były dla nich zagrożeniem. Dzisiaj nic im nie straszne, bo łodygi dużo niższe i nic ich nie ruszy. Pszenicy dałabym piątkę z plusem, gdyby nie genetyka i gluten oraz jego pochodne. Dzisiaj alergie na białka klejorodne to zmora, zarówno dzieci, jak i  i dorosłych. Bułeczki w sklepie są tanie, pieczywo razowe nieco droższe,  ale też skład inny i za wiele tego nie zjesz, bo syte. Sklepowe bułeczki ładnie pachną i wyglądają w sklepie, potem robią się gumowe. Chleby naszej babci pieczone w piecu leżały tydzień i ani były bardziej twarde, ani bardziej miękkie przez cały ten czas. Ot drobiazgi, ale chyba ważne.

Śniadaniowe specjały
Stoję przed półką z chrupkami. Crunchy, musli, płatki kukurydziane. Większość kusi rysunkami i niewielką ilością kalorii. Pełnym zbożem w składzie i owocami tropikalnymi. Jedno z opakowań szczególnie rzuca mi się w oczy. Rodzi się nadzieja. Opakowanie z szarego papieru, napisy nie biją po oczach, zielone więc z ekologią się kojarzą. Hasła kuszą. Zaglądam jednak na skład i szybko się zniechęcam. Owoce kandyzowane czyli nasączone cukrem, ilości owoców skromne. Podobnie maki pełnoziarnistej co kot napłakał. Lista dziwnych składników długa. Tu przestroga. Nie jemy opakowania. Nawet to najpiękniejsze wyląduje w koszu. Jego zawartość. To ona jest ważna. I to, co z tył pisze najmniejszym druczkiem.

Kiszonki
Półka z kapustą kiszoną. Tu idę z nadzieją, że przy produkcji kapusty nie ma co kombinować. Jest produktem fermentacji, więc konserwuje się sama. Jest jeden drobiazg. Musi mieć możliwość odprowadzania gazów. Dzisiaj kapustę kiszoną kupujemy w foliowych woreczkach a w nich wraz z kapustą nie omieszka zadomowić się konserwant. Podobnie jest z chrzanem w słoiczkach.

Produkty mleczne
Mleko. Dużo by o nim pisać. Wyjałowione przez proces homogenizacji, otłuszczone maksymalnie, bez bakterii i laktozy. Z witaminami sztucznymi. Kolor mleka został. Białe jest – więc bingo. Zastanawiam się jak po wypiciu w niepełnym składzie, mają zachodzić procesy chemiczne, które są odpowiedzialne za wchłanianie i rozkład w organiźmie. Stoi Sobie to mleko na półkach a my w każdym wieku je pijemy. Dzieciom w szkołach robi się z mlekiem akcje, chociaż wiele na mleko uczulone. Im się mówi pijcie, chociaż w ich wieku każde cielątko mleko matki odstawiło i na zielone się przerzuciło. Dlaczego ? Bo każde zwierzątko wie, że mleko od matki pije się przez chwilkę. Potem już się do niego nie wraca.
Zerkam na regał z jogurtami. Wszystko prawie jest: „o smaku” zamiast „z” – znaczy z zawartością w środku. Jogurt o smaku maliny przybiera kolory malin, ale mam wrażenie, że nawet sam barwnik obok malin nie leżał. Nawet naturalny jogurt potrafi być zagęszczany. Jakim specyfikiem ? Tego na etykiecie nie pisze. Ważne, aby konsystencję nadać. Skoro na jednym z nich piszą: „Nie zawiera mleka w proszku”, coś chyba musi być na rzeczy.

Rybki
Pstrąga chcę kupić albo łososia świeżego. Po kolorze wiem, że pochodzą z hodowli. A hodowla równa się ciasnota, czyli dużo ryb na małej powierzchni a co za tym idzie antybiotykoterpia, żeby rybki nie chorowały. Wpajane mamy, że im bardziej różowy łosoś, tym lepszy. Ale gdy się przyglądniesz tym, które naturalnie w morzach i oceanach pływają, mają piękne białe mięsko. Delikatną jak mgiełka i różową poświatę widać pod światło. Taka ryba ma swoją cenę i dostać jej dużo trudniej.

Szynki i szyneczki
No tak. Doszliśmy i do tego. Kiedy pytam Panie,  pracujące przy mięsie co o nim sądzą, spotykam się z przyjaznym uśmiechem. Co któraś nachyla się w moim kierunku i szepcze: Ja mięsa nie jadam albo bardzo mało. Te uczynne czasami podpowiedzą cichaczem: Tej szyneczki dzisiaj nie brać, a tamtą też lepiej zostawić w spokoju. Panie potwierdzają: wszystko dzisiaj smakuje tak samo. Sklepowe wędliny omijam a swojskie gdzie świnki parzonymi ziemniakami, pokrzywami, koniczyną i otrębami karmione, wszystkim Wam polecam. Bo to, co zjada prosiaczek, odkłada się w jego mięsku a my to mięsko potem zjadamy. Wy. Bo ja zwierzątek nie jadam.

Artykuły higieniczne
Szukam w necie pasty do zębów takiej zwykłej bez fluoru. Nie musi być bielutka ani mieć opakowania pięknego. Nawet nie musi pachnieć, ważne dla mnie co w środeczku. Przy okazji robię zakup szczoteczki, bo mnie zaskoczyła, mówiąc: Zobacz jestem całkiem Eco ! Zaduma i niemoc przyszła nieco później. Za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki, myśl jedna nie daje mi spokoju:
Zamierającym gatunkom lasy bambusowe wycinamy, żeby w sklepie ekologiczną szczoteczkę z bambusową rączką można było kupić. Bądź co bądź stwierdzam, że to jeszcze najmniej komercyjne w całej tej zabawie. Opakowanie papierowe. Minimalizm formy. Zużyte tylko tyle papieru ile potrzeba. Jest wrażenie, że szczoteczka niezniszczalna, więc posłuży dłużej. Bakterii i tego, żeby często wymieniać się nie boję. Mam wrażenie, że hasła o kształtach, które mają się niby w każdy zakamarek dostać, przyćmiewają ważny szczegół. W sklepowych wydziwianych plastikach o główkach kolorowych, włosie jest tak słabe, że wymieniać szczoteczkę trzeba często. No to wykorzystuje się, mam wrażenie biedne bakterie i historię o tych żyjątkach dorabia.
Są pociechy, które myją zęby nieregularnie, które nie myją prawie w cale. Znam takie. Ślina to naturalny środek przeciwbakteryjny. Dodaj do tego odpowiednią dietę, a wielu nieprzyjemnych zabiegów na fotelu dentystycznym unikniesz. Pozostawiam do przemyśleń.

Zakupy dla mnie w przeciętnym sklepie to nie lada wyzwanie, albowiem czasy dziwne nastały. Człowiek stracił zaufanie, a co za tym idzie, odebrano nam przyjemność bezstresowego kupowania. Ukierunkowano na sprawdzanie cen i analizowanie promocji. Kupowania dwóch, chociaż nawet jednego nam nie trzeba było, gdy wychodziliśmy z domu.
Jak łatwo jest nami manipulować. Jak łatwo mieszać nam w głowach.
Jednego dnia masło jest zdrowe. Innego margaryna. Następnie znowu masło do łask wraca, ale takie co jak na patelni rozpuszczasz, to pryska na wszystkie strony. Modę można sztucznie stworzyć, modę można do głów nam reklamami wtłoczyć. Kiedy troszkę zachowamy dystans możemy żyć zdrowo a ponadto środowisku pomagać. Warto więc może czasami w tym naszym pośpiechu zatrzymać się przy sklepowej półce i pomyśleć ile w tym wszystkim naprawdę jest zdrowe i Eco. Sprawdzić jak prawdziwe Eco wygląda, czym się różni i dlaczego producenci go tak nie lubią. Jeśli nie chce Wam się o tym główkować, zapraszam do następnego wpisu.

ZDROWE LEKKO NACIĄGANE, CZYLI JAK BYŁO 1/1

Zabieram Cię na wycieczkę. Niedaleko. Do pobliskich sklepów. Tych, które niby tak się od Siebie różnią. Nazwami, wyglądem, godzinami otwarcia i cenami. Ja zaglądam na półki sklepowe i to, co na nich było, jest i będzie.
Należę do tych, co urodzili się w czasach gdy na ladach było mało i zza lady panie w białych fartuszkach obsługiwały. Ja w fartuszku granatowym z tarczą przyszytą na lewej piersi do szkoły dumnie kroczyłam. Z lekkim tornistrem, może nie kolorowym, ale lekkim, bo w nim tylko jeden elementarz był. Nie słyszało się o nowotworach, rota wirusach, a o cukrzycy bardzo rzadko.
W sklepie ekspedientka pakowała wędliny w zwykły szary papier. Pachniały każda inaczej. Szynki były dwie. Ta swojska i konserwowa. Kiełbasa jedna, ale za to jaka. Z mięsa się składała. Wiedziałam o tym i nie trzeba było mi pisać: 104% mięsa w mięsie. Był boczek, którym przy obsmażaniu obciekał tłuszczem i nie miał żadnej wody w składzie. Moja głowa nie musiała główkować co z tym zrobić, gdy na patelni zamiast tłuszczyku pojawia się piana. Wychodziłam ze sklepu, wkładałam zakupy do koszyka, bo reklamówek jednorazowych, plastikowych oczywiście, nie było.
Wodę z kranu się piło, więc rodzice nie musieli ze sklepu ciężkich zgrzewek nosić, a potem plastików tony segregować i płacić za to, że jeszcze, że ktoś to odbierze, bo przecież spalić nie wolno. Jeśli chciało się gazowaną, każdy w domu miał syfon i kilka naboi. Była napowietrzona. Aż nosem bąbelki leciały. Na ulicach z saturatora można było się soku napić, a największą chemią była oranżada, żółta albo czerwona. Ta akurat pakowana w foliowych woreczkach.
Był Pewex. I w nim dziwne parówki w zalewie w słoiku. Ale ponieważ tam za dolary, mało kto takie rzeczy jadał. Za to z gum Donaldów robiło się wielkie balony. Na gumy jakoś zawsze obcą walutę dzieci znalazły. Do dzisiaj nie rozumiem tego zjawiska.
Codziennie jadło się chleb na zakwasie, który nie był czymś wyjątkowym. A na chlebie była gęsta śmietana cukrem posypana.
Konsumowałam kurczaki co tylko z wolnego wybiegu były. A co za tym idzie, na jajkach nie było pieczątek, bo jajko miało jedną klasę. Na tych jajkach robiłam panierkę do schabowego, który królował na wszystkich polskich stołach. Prawie pływał w maśle kupowanym na kilogramy. Świnka, z której na kotleta schab pozyskano, nie miała zielonego pojęcia o GMO oraz antybiotykach dla zwierząt. Jej właściciel również. Nie miałam ani jednej koleżanki i ani jednego kolegi w szkole, u którego stwierdzono by wtedy nadwagę albo otyłość. A ile tych kotletów Polacy zjadali trudno zliczyć. Mimo deficytów i kartek każdy Sobie radził.
Dzisiejszy Bobofruit był rarytasem. Pomarańcze i banany jeszcze większym. Za to w modzie były czarne i czerwone porzeczki, morwy, agrest, jeżyny, wiśnie i obowiązkowo czereśnie z robaczkiem.
W aptekach był Vibovit, Pyralgina. Ale po Aptekach się nie chodziło za często, bo katar nie był chorobą i aptek było mało. Przy gorączce mama zimny okład robiła. Przy kaszlu na szybko syrop z cebuli lub mleko z żółtkiem i miodem aplikowano. Leków mniej a frekwencja w szkołach wyższa.
Buty. O tak. Wyzwania z butami pamiętam. Było ich trudno dostać i nie były za piękne. Ale to chyba tym brzydkim właśnie, zdrowe stopy zawdzięcza większość, która te czasy pamięta.
Nie było rzeczy markowych, wiec nikt nie porównywał. Ogólnie wszystkiego było mniej, ale smakowało jakoś tak lepiej. I ludzie byli zdrowsi. Mogłabym tak opowiadać bez końca.
Dzisiaj jest troszkę wspomnień, bo jak tu takich czasów nie wspominać. Jutro po sklepach się przejdziemy. Razem. Tych w necie i nie tylko. Na wspólny spacer w następnym wpisie zapraszam.

PODWYŻKI POWODEM RADOŚCI I SMUTKÓW

Pierwszy dzień kalendarzowej jesieni astronomicznej czuje się w powietrzu. Zewsząd słyszę: Ale zimno. Brr. Chusteczki idą w ruch, bo delikatne nochale pierwszy objaw przeziębienia wykazują. Ktoś obok kicha. A ja tak nie chcę. Jestem na basenie, gdzie w wodzie na początku również chłodno. Tu nabieram odporności. Niektórzy mówią, że wodą się bawię. I mają rację. To moja recepta na dni, które chciałabym, żeby były lepsze, a z jakiegoś powodu nie są. Wychodząc napotykam duszyczkę. Na twarzy zmęczenie z zadowoleniem się przeplata. Wyszła z wody. Jej ciało pachnie chlorem. Pada pytanie co z nowymi wpisami. Cicho jakoś się zrobiło. Wczoraj padło to samo z ust innej osoby. Oczy mi się szerzej otwierają.

Wiecie? Założyłam bloga z myślą, że od czasu do czasu coś napiszę. Może inni będą chcieli czytać. Kiedy słyszę zapytania o nowe posty lub słowa zachęty, za chmur słońce wychodzi, choć na dworze zimno i jeszcze przed momentem padało. Rośnie energia, a tematy rodzą się na miejscu. O czym, więc miałoby być dzisiaj? O czym pisać? Miało być o ksywach ale, w oddali wśród szatniowych wieszaków obwieszonych już kurtkami ze względu na pogodę, słyszę sympatyczny głos: „O podwyżkach”. Tak, więc będzie o tym, kiedy w portfelu więcej i jak się czujemy gdy pieniążków mniej.

Kiedy patrzymy na własne konto, na którym pojawia się większa niż zazwyczaj cyfra, na naszych buziach widać banana, a w sercach radość zakwita. No bo przecież pieniądze niby nie takie ważne, bo zdrowie i takie tam, a jednak jakoś tak się przydają. I o tym warto oczywiście pamiętać. Takie własne zapracowane i te niespodziewane lub ciężko jako premia wypracowane. A jak wygrane to jeszcze większe szczęście, że się takie szczęście miało. Podwyżki w takim znaczeniu cieszą. Są świadectwem, że jesteśmy czegoś warci, że nas doceniono, że coś nam znowu wyszło, mamy odwagę, aby coś w życiu zmienić i aby próbować.

Są też podwyżki, które dają do myślenia. Te fuj i be co powodują, że musimy za coś dopłacać, przepłacać chociaż jeszcze tak niedawno było taniej. I to taniej nam pasowało, drożej już nie bardzo. Stoisz w sklepie, a tam Twoje ulubione słodyczki o kilka groszy poszły w górę. Cukieraski owszem smaczne, ale inna kwota przy produkcie, więc jakiś niesmak się pojawia. Albo wydaje Ci się, że tanio kupiłeś, a zaraz potem inną lepszą cenę w innym sklepie znajdujesz. Okazuje się, że drożej już chyba nigdzie nie ma. Przepłaciłeś, więc tupiesz nóżkami. Tu drożej, tam jeszcze. I jeszcze tam przykręcają śrubę. Nie mają litości. I jak tu żyć.

Patrzę na ludzi. Jest podekscytowanie. Niesmak, złość, rozgoryczenie i wiele pytań. Często pieniążków brakuje choć jeszcze niedawno starczało. Jest załamanie rąk, bo nam niewiele pozostaje do gadania. A i owszem. Kiedy mamy wpływ to go mamy. Zazwyczaj jednak stajemy przed faktem dokonanym. Możemy wejść w posiadanie czegoś lub zrezygnować z tego na raz i zawsze. Może przesadziłam. Na jakiś czas, kiedy emocje miną.

Czy mając pasję i słysząc: „Opłaty drożeją”, zrezygnujesz z tego, co Ci służy? Czy raczej popsioczysz i przełkniesz, a na koniec przyzwyczaisz się do tej myśli? Czy mając przed oczami ulubionego batona oblanego słodką błyszczącą czekoladą, którego oczy już zaczęły jeść, a brzuch będzie chciał strawić za lada moment, jesteś w stanie przejść obok niego? Trudno jest gdy pierwszy raz musimy sięgnąć do kieszeni po więcej niż zwykle. Często sięgamy. Potem szybko się przyzwyczajamy aż do czasu następnej podwyżki.
Nie daj się ponosić złym emocjom. Niewiele w Twoje życie wnoszą. Zostaw tylko te dobre na wyjście do kina czy wspólne wypady. Warto pamiętać, że zawsze masz wybory. Możesz mieć to, co miałeś dawniej za nieco więcej lub nie mieć tego w ogóle. Dokonuj świadomych decyzji, doceniaj wartość. Jeśli zmieniasz to zmieniaj tylko na lepsze.
A co, kiedy Twój portfel nie jest w stanie unieść wszystkiego? Potrzeby rodzą działania. Nie rezygnuj z tego, co przynosi Ci radości czy sprzyja zdrowotności. Szukaj rozwiązań na lepsze jutro.

 

 

Jesteś proszony, nie bój się prosić.

Dzisiaj o gestach bezinteresowności i o tym, że wielu ludzi nie ma problemu pomagać, choć nasze głowy myślą często inaczej. Są ludzie, dla których dobre drobne uczynki to codzienność tak samo jak mycie zębów.

Jest wieczór. Ubieram rolki. Nie ja jedna. Rowerzyści wyjeżdżają na drogę, bo się chłodniej zrobiło. Każdy, żeby się poruszać. Każdy w inną stronę. Wybrałam asfaltową ścieżkę rowerową ciągnącą się kilka kilometrów. Potem zakręt i jadę drogą, która należy już do innej gminy. Nie ma znaków pionowych. Brak wymalowanych granic. Nigdzie tego nie piszą. Nigdzie tego nie widać. Skąd to wiem? Z obserwacji ekip, które sprzątają. Pojazdy usuwające piach oraz rozsypany hasz i żwir, ślimaczą się tędy w szczytnym celu. Mają swoje rewiry i dalej ani rusz. Jeden nadjedzie z jednej strony inny z drugiej dojadą do pewnego punktu pomachają sobie i cofka. Szczotki jednego takiego, którego napotkałam tego wieczora obracają się tworząc ślady esów floresów na drodze. Za kierownicą sympatyczny konkretny Pan z konkretnym brzuszkiem. Jego twarz nie raz w tym roku złapało już letnie mocne słońce. Praktycznie słońce śledzi jego buzię każdego dnia, kiedy wyjdzie z domu i towarzyszy aż samo się dniem nie zmęczy. Leniwy pojazd jedzie wolniej niż ja. Zarówno on, jak i jego kierowca robią kawał dobrej roboty. Ktoś powie drobiazg. Taka praca nie praca. Sprzątanie chodnika. Nie. Nie. To nie tak.

Ci którzy jeżdżą na rolkach wiedzą o co chodzi. Rolkarze wiedzą co się dzieje, gdy drobny kamyk dostaje się między małe kółka Kiedy traci się równowagę. Kiedy trudno jedną rolką wyhamować, a druga staje nagle w miejscu. Rowerzyści też wiedzą co znaczy przebita opona. Kiedy chodnik wysprzątany jedzie się jak po maśle. Z małą różnicą, że nie jest ślisko. Właśnie do tego potrzebny jest Pan ze swoim małym pojazdem.

Przejeżdżam obok i myśl nagle wpada. Jak w bajce Pomysłowy Dobromir. Dlaczego by nie zapytać i nie poprosić, aby coś zmienił? Aby trochę swój rewir powiększył, bo akurat przed kilkoma minutami o mało co mój nos nie wyglądałby jak wygląda. Tam, gdzie Pan nie dojeżdża, jakiś ciężarowy samochód gubił swoją zawartość. Poprosiłam, aby podjechał w inne miejsce. Ot tak po prostu. Pan popatrzył. Kończył już pracę. Słońce jeszcze było ponad horyzontem. Uśmiechnął się i stwierdził, że kilka minut dłużej go nie zbawi. Że zmieni plany. Należał do tych co lubią pomagać. Pokazałam ręką ok. Wymieniliśmy uśmiechy. Każdy z nas pojechał w swoją stronę. I wiecie co? Przez chwilę przeszła mnie myśl: nie będzie Mu się chciało. Jaki ma w tym interes. Po co Mu to i na to. Jadąc tą samą trasą pół godziny później mojej radości nie było końca. Ani kamyczka. Czyściutka droga. Masełko.

W tym dniu pobiłam rekord przejechanych kilometrów. To miejsce odwiedziłam 4 razy. Jeśli jesteś proszony nie bój się prosić. Bezinteresowność, przychylność i pozytywne nastawienie leży w naszej naturze. Tylko czasami o nich zapominamy. Pamiętajmy, że te cechy służą innym, ale w pierwszej kolejności nam samym. Nie bój się, więc małych uczynków, bo większe do Ciebie wrócą. A Pana za chwilkę zwątpienia przepraszam. Za przysługę dziękuję z wiarą, że dobro szybko do niego wróciło.

Jesteś piękna

Zwykły poranek i kilka spraw do załatwienia na mieście. Wsiadam w nagrzany samochód. Słońce na nieboskłonie. Zatrzymuję się wyskakuję na szybko, ogarniam temat i jadę dalej. Następny i następny. Dzień jak wiele innych. Często powtarzalny.

Po chodniku biegnącym wzdłuż osiedlowego niewielkiego parkingu, kroki stawia młody chłopak. Jedna noga nieco bardziej leniwa niż druga. Podpiera się kulą, ale krok jest raźny. Widzę go od tył. Grubszej kości, wysportowany. Krótko ścięte podatne cienkie włosy luźno układają się we wszystkie strony. Pomarańczowo brązowy kolor skóry przypomina mi o jesiennych barwach drzew ale to nie jesień. Krótkie ciemne spodenki i opalone ciało zdradzają pogodę. Są wakacje i pełnia lata.Staję wzdłuż chodnika którym porusza się chłopak. Tu są miejsca parkingowe. Jesteśmy na tej samej wysokości. Otwieram drzwi. I co widzę ? Uśmiech od ucha do ucha. Białe zęby. Buzia jak mówią tryska zdrowiem chociaż zdrowia nie ma. Czuję to. Odwraca się nagle w moją stronę. Z ust lecą jak z karabinu gardłowe słowa: Jest Pani piękna. Naprawdę. Jest Pani piękna !

Wysiadam i staję zaskoczona. Uśmiecham się. Przecież każdy jest piękny na swój sposób a ja starsza od chłopca x 2. Kawaler zatrzymuje się na chwilkę choć mam wrażenie że należy do tych co jak zdrowie dopisywało w miejscu nie ustał i wszędzie go było pełno. Podziękowałam mu bo kto nie chciałby usłyszeć takich słów z rana. Potem chwila rozmowy można powiedzieć w biegu. W 30 sekund chłopak pokazuje ile miał w życiu szczęścia. Wypadek. Z rozmowy wynika że porażenie prądem. Tracheotomia. Otarł się o śmierć. Dzięki Bogu pozostała radość życia. On tryska energią choć na szyi wielka blizna.

To nie żaden podryw. Żadna choroba. On tego nie planował i nie oczekuje nic w zamian. Ja nazywam to spontanicznym stanem. On wstaje z rana z łóżka prawą nogą choć prawa słabsza. Tacy lewą nie wstają. A nawet jak wstają to i tak patrzą na życie z przymrużeniem oka. Smutkom się nie dają. Nie poznałam jego imienia. Zaskoczył mnie. Na rehabilitację szedł do pobliskiej przychodni. Zdrowia mu pożyczyłam. Przyda się. Takim ludziom szczególnie.

Pamiętajcie życzliwych ludzi nie brakuje. To ludzie u których w podeszłym wieku usta układają się w łódkę. Zmarszczki mimiczne są łagodne, a na buzi zapisana jest cała radość życia, choć życie nie rozpieszcza.

Jeśli chcesz mając lat już więcej niż dużo wyglądać jak opisałam, polecam wdzięczyć się z rana do Siebie, a w południe uśmiechać do ludzi. Jeśli ktoś się uśmiecha nie podejrzewaj podstępu i uśmiech oddawaj. Radością zarażaj i daj się zarażać.

O dojrzałości dojrzałe rozmowy podróżne.

Słuchając ludzi uczymy się życia. Zdziwieni spoglądamy czasami inaczej. Mądre rozmowy dokładają się do naszych doświadczeń. Każdy nowy wyjazd z nowymi ludźmi to nie lada wiedza. Jeden wykorzysta to, aby móc plotkować inny, aby się czegoś cennego dowiedzieć i od życia nauczyć.

Na drodze spotykasz znajomego. Znasz go, ale raptem kilka razy było okazję go posłuchać. Wydawał się małomówny i nie taki po twojemu. Coś powiedział lub wykonał gest, który Ciebie obruszył. Szybka ocena. Potem jeszcze ktoś o nim coś dopowie i tak tworzy się historia człowieka. Twoja bajka w Twojej głowie. Ale jego historie są zupełnie inne. Jego nie wyglądają tak jak na Twoich obrazkach. Często to pasmo przygód i bólu. Kiedy go zaczynasz słuchać oczy Ci się otwierają. Odnajdujesz w jego poczynaniach decyzje, na które często Ty lub inni nie mogą się odważyć. Odkryjesz prawdę.

Płynę promem. Stanęłam w korytarzu. Miało być na chwileczkę okazało się, że rozmawialiśmy ponad godzinę. I nie było o pogodzie chociaż za oknem morze pokazywało co potrafi. Było o tym, co od życia w prezencie dostajemy. O tym jak w ferworze walki o lepszy byt łatwo w życiu coś przegapić. O pielęgnowaniu w związku. Dzieciach które się pojawiają. O dojrzałości, ale tej zupełnie innej niż w wieku lat 18. Momentach, w których człowiek czuje się zagubiony i szuka dystansu. Chwilach, gdzie chce coś zacząć od nowa, ale z sobą ma bagaż życiowych osiągnięć, którego ot tak się nie zostawia gdy głowa mądra.

Słuchałam. Przypomniałam Sobie moment żartów grupy dorosłych ludzi o kryzysie wieku średniego. Czy dopada każdego? Tego nie wiem. Warto jednak dostrzegać szczegóły. Czy słusznie nazwany? Ja nazywam ten moment drugą dojrzałością.

Rodzimy się i jesteśmy ciekawi świata. Zapatrzeni w naszych rodziców przestajemy robić w pieluchę, uczymy się raczkować, a, kiedy stajemy na nogi już trudno się zatrzymać. Żądni wrażeń za dziecka, ciekawi świata jako nastolatki. Wpadamy w dobre albo mniej dobre zdaniem naszych rodziców towarzystwo. To wiek pełen przygód, więc jak tu się zatrzymać. Końcówka szkoły i okres łapanek. Dziewczynki przeobrażają się w kobiety. Wychodzą z poczwarek jak motyle z kodem, w którym zapisano instynkt macierzyństwa. Nawet, kiedy w planach mają rozwój osobisty i pozostanie kimś wielkim, dobrze jeśli druga połowa do prokreacji będzie gdzieś blisko. Chłopcy zaraz po nich wychowani na tych co nie mogą płakać za chwilkę będą chcieli się wykazać jakimi są lwami czy tygrysami. U nich kod wygląda zupełnie inaczej. Chcą się sprawdzić jako przywódcy stada. Tak tworzą się pierwsze pary. A potem par jest coraz więcej. U jednych iskrzy miłość, więc związek ma duże szanse. U innych fakt, że przy tej osobie czuję się w miarę dobrze wystarczy, aby stworzyć związek. Naciski rodziców też mają znaczenie. Myśl, że dalsze poszukiwania spełzną na niczym i strach pozostania samotnym wystarczy, aby stanąć przed ślubnym kobiercem. Ci którzy nikogo nie mają kilka lat później przez wielu są postrzegani jako nieudacznicy albo podejrzewani, że coś z nimi nie tak. Rodzi się współczucie, a wraz z nim poczucie u tych ludzi, że faktycznie coś z nimi nie tak. Mało jest tych co się nie przejmują. Tych pewnych wyboru. Stając przed ślubnym kobiercem jesteśmy zachwyceni koleją rzeczy. Każdy będzie mógł się wykazać. Zawody rodzą się dużo później. Jakaś kobieta nie może urodzić, jakiś mężczyzna nie jest w stanie utrzymać rodziny. Z młodzieńczego marszu przechodzimy do biegu. Biegniemy po szczęście. Dla jednych to gromadka dzieci, dla innych duże pieniądze na koncie. Mężczyźni zakładają biznesy lub popadają w depresję. Kobiety zapatrzone w pociechy ogarniają jeszcze pracę. Trudno spisać wszystkie scenariusze. Wręcz niemożliwe.

Jedno co wynika z moich obserwacji to bieg do wyznaczonej mety. Bez oglądania się za Siebie, bez obserwowania co obok. Dla mnie druga dojrzałość to moment w życiu, kiedy po wielu latach stajemy po raz pierwszy w miejscu, a z nami zatrzymuje się nasza cała przeszłość. Bywa, że po chwilowym odpoczynku podążamy ta samą ścieżką. Bywa, że nasze życie staje na głowie. Dobrze wiedzieć o drugiej dojrzałości. Będziecie wiedzieli, kiedy nadchodzi. Ręczę Wam za to.

Usłyszałam słowa, które mi utkwiły w pamięci: Mamy dwoje uszu i jedne usta. Czy to przypadek? Nie. Korzystajmy z tego. Lubimy mówić, ale nauczmy się słuchać podwójnie. Ujrzymy świat w innych zwierciadłach. Dowiemy się często jaka jest prawda. Przestaniemy oceniać. Może polubimy tych, do których mieliśmy awers.

JAK SIĘ BAWIĆ TO SIĘ BAWIĆ. LOFOTY 1/10

Dobre dwie godziny po północy. Budzą, bo „Jolka, Jolka” leci. Bo to o mnie i dla mnie. Gardła zdarte od śpiewu. Ręce w górze falują. Nad głową prawie głośnik wisi. Od wielu godzin. DJ Marek sprzęt obsługuje. Same znane i wpadające w ucho polskie kawałki. Nie te najnowsze, ale te bez, których impreza nie ma miejsca. Repertuar niewyczerpany. De Mono, Bajm, Rybiński, Frąckowiak, Czerwone Gitary, Pod Budą, SDM, Jantar i wiele innych. Nie obchodzi się bez „Hej sokoły”, „W stepie szerokim” i wiejskich przyśpiewek.

W wąskim korytarzu „Zorza” tańczy, bo na zorzę w środku nocy dał się nabrać, wyskakując szybciutko z łóżka i piżamy. Taki przydomek w mig jedna z osób dostała. Potem już pociąg taki jak na weselu. Stoi prawie w miejscu, bo miejsca jest jak ma lekarstwo. Za chwilę będzie się rozwidniać. O spaniu nikt nie marzy. Nade mną girlandy z papieru toaletowego. Zegar pokazuje 14 stopni za szybą. W środku klimaty gorące wręcz tropikalne. Jak się bawić to się bawić bez względu na miejsce i godzinę.

Zapytacie, gdzie jestem? W autobusie. Wesołym pojeździe wracającym z norweskich fiordów do domu. Nadchodzi moment, że girlandy mają wzięcie. Czas na toaletę. Pachnie dezodorantem, bo na imprezie trzeba przecież jakoś wyglądać. Ktoś krzyczy: Daj głośniej – bo kawałek fajny. Po kątach jedzenia nie brakuje. „Główny kucharz” donosi, bo słowa głód nie zna. Całe życie z wariatami – jedna z osób się śmieje. A ja powiadam – nie. Całe życie z ludźmi co życie kochają.

Pada pytanie: Idziemy spać? Jak myślisz jaka była odpowiedź? Zakwita biały kwiat zespołu Alibabki wzbudza następne emocje. Nikt nie chciał spać, ale siłą rzeczy nie tylko głośnik się rozładował. Zapada cisza. Dobranoc.

Wszystkim którzy ze mną na tej wyprawie byli i wnieśli w moje życie nowe doświadczenia, dziękuję. Wszystkim wielu podróży, za którymi podąża pasja życzę.

CZY TONA ŻELASTWA POTRAFI ZACHWYCIĆ? LOFOTY 1/8

Wraki mam w pracy. Codziennie za oknem. Ludzie przywożą do kasacji. Trochę złomu. Kto by na to patrzył, a co dopiero się tym zachwycał. Dzisiaj oglądanie łodzi rybackiej. Tak mówią. A ja ramionami wzruszam i pytam: Co Wy w tym widzicie. Widziałam już kawałek samochodu. Praktycznie została oś i kierownica. Trochę żelaza pod wodą porośnięta roślinnością. Będzie fajnie słyszę. Zawierzyłam, bo dlaczego by i nie.

Wyrzuceni zostajemy daleko od lądu. Fale są, bo to prawie pełne morze. Od wielkiej pomarańczowej boi w dół biegnie lina. To miała być lina. Ja widzę tylko cienki biały sznurek. Nade mną nurek, pode mną nurków kilku. I toń i trochę jakby do niebieskiej wody ktoś troszkę mleka dolał. Wszyscy w dół spadają jak ciężarki. Wyrównanie ciśnienia odbywa się nie wiadomo kiedy. Ledwo się oglądnęłam, a jestem na ponad 28 metrach głębokości. To mój rekord. Przed moimi oczami ukazuje się widok kadłuba. Wielka jest bestia i już robi wrażenia. Najnowocześniejsza szwedzka jednostka rybacka z 2001 roku przyjechała tu jako nówka na połów Dorsza. Jak setki innych. Zatonęła rok później, bo ktoś stwierdził, że zrobi sobie mały skrót, żeby było taniej i szybciej.

Zamknij oczy. Ujrzyj wyobraźnią mały statek. 75 metrów długi i 18 m szeroki. Nowiutkie burty lśnią w słońcu. Maszt pnie się wysoko w stronę nieba. Wyposażony jest w najnowocześniejszą aparaturę i szereg komputerów. Kilku rybaków używając najnowszych rozwiązań krząta się po pokładzie wyciągając ciężkie sieci, a w nich tysiące ryb. Jednostka jest w stanie pomieścić w wielkich ładowniach w sumie 800 ton. Każda z nich przechodzi przez ludzkie ręce, aby być wypatroszoną od razu po wyciągnięciu z wody. Są segregowane do odpowiednich pojemników, które są przypisane do odpowiednich ładowni. Tam na wielu poziomach czekają aż dopłyną bezpiecznie do lądu. Wszystko chodzi nienagannie. Łódź wyróżnia się na tle innych. Przeszywa fale norweskich wód bez problemu. Jedynym zagrożeniem dla niej są tutejsze podwodne niespodzianki w postaci wypiętrzających się skał. Jednej takiej nie wykrywa komputer. Przeszywa przód kadłuba jak ostry nóż tnie bułeczkę. Statek powoli nabiera wody. Może i byłby do odratowania, ale idzie weekend, a w weekend Norweg ma wolne. Do tego jedna z pomp, które tłoczą wodę, aby łódź mogła przybić do brzegu zatyka się. Ekipy ratownicze zabierają załogę na ląd. Maszyna idzie na dno. Wielka masa wykłada się na prawym boku pod wodą. Patrzę na nią dzisiaj i mam na wyciągnięcie ręki. Leży spokojnie na około 45 metrach i jest schronieniem dla okolicznej fauny i flory. Dla mnie to Tytanic tylko w nieco mniejszym wydaniu. Pokryty żółtymi i różowymi żyjątkami. Mimo znacznej głębokości żywe kolory zaskakują. Szczególnie żółtawy kanarkowy mnie w tym miejscu zaskakuje. Wszystko na statku zachowane w idealnym stanie. Tylko kolory zmienił na rdzawo brązowe. Kadłub i cała reszta opierzona. Jakby zielony puch się do niej poprzyczepiał. Algi lekko utrzymują się na wodzie, ale odpłynąć nie mogą. Ciężka od wody sieć nie do podniesienia na dnie leży. W wodzie przekrój liny przyjmuje rozmiary zaciśniętej pięści. Woda działa jak szkło powiększające. Małe ławice ryb mają tu swoje szlaki. Czuję się czasami jakbym na skrzyżowaniu była. Ogólnie obowiązuje ruch prawostronny. Czyżby ryby przepisów przestrzegały?

Popływałam między stalowymi elementami, nacieszyłam oczy widokiem. Czas wychodzić z wody. Słońce do wody zagląda. Wyjście trwa dużo dłużej ze względu na przystanki sanitarne i dekompresyjne. Wysoko na powierzchni nieźle huśta. Wykładam się na wodzie. Słona do buzi wpada wraz z falą. Za mną następne czarne postacie wyskakują jak piłeczki. Słońce w buzię świeci, a ja czekam aż łódź podpłynie. Troszkę opalanka. Kolega skafander napompował. Bawi się w wodzie jak dziecko. To był przyjemny spokojny nurek, choć na początku obaw było troszkę i nie tylko u mnie. Zostawił dobre wspomnienia i sentyment do tego, co na dnie.

Są chwile w życiu, kiedy człowiek zakłada, że mało ciekawie będzie, że to nie dla niego. Kiedy jednak podda się chwili i spróbuje, życie daje mu w prezencie niespodziankę w postaci wspaniałych wrażeń. Może, więc nie nastrajaj się z góry, że coś nie dla Ciebie, nie Twoje. Przez takie myślenie właśnie w życiu często omija nas to, co piękne. Dzięki takim chwilom rodzi się miłość, pasje i przywiązanie. Nie daj im przechodzić obok.

TANIEC DROGĄ DO POZNANIA DRUGIEGO CZŁOWIEKA. LOFOTY 1/9

Tańczę. Tym razem na pokładzie promu. Jest 2-ga nad ranem. Jestem w drodze powrotnej do domu. W chwilach przerwy poglądy wymieniam. Ktoś mi mówi, że stary jest. Owszem ma swoje lata, ale do osoby, która właśnie do tańca mnie prosi na dyskotece, jakoś te słowa mi nie pasują. W głośnikach leci „Nie liczę godzin i lat”, a to bardziej mi już koreluje z ludźmi, którzy są ze mną w tym miejscu. Większość znam, bo przez tydzień byliśmy jako jeden team. Z kilkoma w głębszych relacjach z innymi nie miałam okazji porozmawiać. Okazja nadarza się teraz.

Zanim tu się znalazłam założyłam, że dzisiaj się nie bawię. Że zasnę słodko i noc prześpię. Ale przyszli i za nóżki wyciągnęli. I tak znalazłam się pod kopułą imitująca gwieździste niebo z tysiącem lampek mniejszych od choinkowych. Po kilku kawałkach nastrój się poprawia. Obserwuję jak ludzie w tańcu się zmieniają. Dzisiaj pozbawiam się uprzedzeń. Każdy z nas je ma.

Wyobraź sobie sytuację: Mało z kimś rozmawiasz, wiesz o nim niewiele. Wydaje Ci się zamknięty w Sobie i takim co ma własne zdanie. Mało miałeś z nim wspólnych tematów, a on prosi Cię do tańca. Zanim muzyka zacznie grać staje na chwilkę i zamyka oczy. Po to, żeby wyczuć rytm i sprawdzić się jako prowadzący. Odkrywasz, że w tańcu jest delikatny i pełen mądrości wynikających z życiowych doświadczeń. Otwarty i miły, i ma swoje pasje. Kilka kawałków i już wiesz o nim dużo więcej. Już inne jest Twoje wyobrażenie.

Inny osobnik o mocnej konkretnej nieco misiowatej budowie też przechodził za dnia koło Ciebie wielokrotnie bez odzewu. Słyszałeś wiele razy jak ma odmienne niż Ty zdanie o tym czy tamtym. Tańcząc już przy pierwszym kroku wyczuwasz jego miłość do ruchu i muzyki. Kroki przewidywalne i płynne przejścia, mocne przytrzymania, żeby kobieta przy szybkich obrotach czuła się bezpieczna. Zmiany w tańcu, aby monotonii nie było. Ogólnie pełna swoboda. Osoba która na co dzień zaniedbuje postawę tutaj przyjmuje pozycję wręcz idealną. Klata do przodu, napięte pośladki, jakby to w genach miał, ale bez muzyki o tym zapominał. Tańcząc z taką osobą patrzysz najpierw na nogi. Dopasowujesz się. Ale wiele czasu nie trzeba, aby przy takiej osobie nogi same myślały za siebie.

Na parkiecie dziewczyna w srebrnej krótkiej sukience. Czarne szpilki nieco wyniosły ją wyżej. Zadbana, wymalowana, przed chwilą jeszcze w różowej kreacji. Bo ona właśnie tak ubrana dobrze się czuje. Dla innych zwykły codzienny sportowy but wystarczy i t-shirt, ale nie dla niej. Pięknie wygląda. Piękne jest również to, że na promowej dyskotece strój nie ma znaczenia. Ważna jest dobra zabawa, aby 18 godzin szybciej i w miłej atmosferze minęło. Wróćmy jednak na parkiet. Dziewczyna ciemne proste włosy luźno spinką z tyłu głowy podpięła. Tańczy w parze. Kroki jakby wyćwiczone. Może na lekcjach tańca, a może ta para tak przez całe życie kroczy krokiem tanecznym? Lekko głowę przekręciła, oczy w parkiet lekko skierowała, ale wzrok nie tam patrzy. Zagląda gdzieś wgłąb siebie. Jest jej po prostu dobrze. Za mężem płynie. Myślisz Sobie: Czy w życiu też? Ja im tak osobiście życzę.

Inna para ma wreszcie czas, żeby być faktycznie blisko. Widzisz całusy, uśmiechy i patrzenia sobie w oczy. Dotyku nieco więcej. On z buzią opaloną od norweskiego słońca i wiatru. Meloman. Muzyki słucha, kawałków zna multum, dobrą muzykę do zastanych klimatów umie dobrać gdy sam się w DJ – a bawi. Ona drobniutka wywija się i odchyla do tył prawie mostek robiąc. Chłopak elastyczną dziewczynę przytrzymuje. A potem znowu patrzą na siebie i białe zęby widać. W dzień u nich tych gestów mi brakuje. Jest im razem dobrze. Są tutaj i teraz, i razem.

Jeden z „przyjaznych obcych” w trakcie tańca opowiada o udanym wędkowaniu, na które się wybrał i przygodzie, która go właśnie spotkała gdy samochód jednego z Norwegów w jego łódkę wjechał. Ten człowiek przyszedł tu, aby wypełnić czas i nie być sam. Do żony i dziecka wraca. Większość z tych ludzi jest już po długiej podróży i jeszcze dużo przed nimi. Tutaj powroty już na dni się liczy, a nie na godziny. Jedni z wielkich połowów dorsza wracają, inni z nurkowania, a jeszcze inni z widoków podziwiania. Zmęczenia na ich twarzach nie widać. To zasługa endorfin, hormonów szczęścia.

Często ci, o których myślisz: dziwak, podrywacz, szaleniec, okazują się przyzwoitą osobą. Ja tylko o takich w tym wątku piszę. Warto jednak ze względu na czasy wspomnieć, że wariatów, którzy chcą wykorzystać nie brakuje, więc pamiętaj, że czujnym warto jest być zawsze. Słowa kieruję do czytającej młodzieży i tych co nadmierne zaufanie mają. Baw się i dbaj zawsze proszę o swoje bezpieczeństwo i tam, gdzie ochrona bezpieczeństwo ci zapewni.

A co do muzyki. Kiedy jest ciemno, a ona w ucho wpada mimowolnie stajemy się innym człowiekiem. To, o czym w dzień wielu z ludzi zapomina albo myśli, że przy ludziach nie wypada pojawia się wraz z piosenką i kiedy się ruszasz. Wtedy wokół nic się nie liczy oprócz tańca. Wtedy do głosu dochodzi własne „ja”. Muzyka i drgania cząsteczek poruszane przez dźwięk sieją magię. Są jak lekarstwo. To czas, żeby zapomnieć o wyzwaniach. Czas nowych znajomości, a czasami też zadumy w przerwach nad tym czy się w życiu przypadkiem za mało się nie uśmiechamy. A, więc tańcz człowieku, kiedy tylko będziesz miał okazje i kiedy tylko ochota najdzie. Z kimś, samemu i w grupie. Wśród znajomych i nie tylko. Na promie, w remizie czy eleganckich klubach. Bez wstydu, że coś nie tak i z dumą, że masz odwagę. Po swojemu i dla Siebie.

p.s: I tak się zatańczyłam że zdjęć nie zrobiłam. Na zdjęciach para, o której pisałam w poprzednim poście. Bo tańczyć można wszędzie. O tańcu jeszcze będzie.

DSC03908 DSC03920 DSC03922 DSC03925

ZAUFAĆ FACETOWI. LOFOTY 1/7

Kolejny poranek. Już wiemy, gdzie płyniemy. Klarowanie sprzętu. Zakładam cały osprzęt. Już nie liczę ile tego jest. Ponad 30 kg na pewno. Pod wodą nie czuć. Płci pięknej w tym sporcie zazwyczaj garstka. Facetów dużo więcej. Już tutaj można na nich liczyć. Po ubraniu skafandra, kapturów, butów, komputera, okularów, jacketu z butlą i dopięciu wszystkiego człowiek czuje się jak Wańka Wstańka. Faceci pomagają, przytrzymują, dopinają, sprawdzają. Dobrze mieć ich blisko Siebie. A potem spacerek na brzeg. Do pontonu. Z pontonu na łódź motorową. A potem krecha na miejsce docelowe. Płetwy są, balast również. Bez niego się nie zanurzysz. Okulary przepłukane. Kolega sprawdził czy się dobrze wykładają. Zaparowane i przeciekające odbierają całą przyjemność. Do wody chlup. I co? Balaściku troszkę się zgubiło. Taki jeden walec co ponad 4 kg waży. Nie mój. Był pożyczany. Dyndał po lewej stronie mając przyrodniego brata po drugiej. Redbullem go nazywają. Już go nie ma.
Reszta par już pod wodą. Przewodnika też już nie uświadczysz. Pływa się parami. I znowu mogę liczyć na pomoc. Cofka do łodzi. Dołożyli ołowiu. Kolega przepiął i podpiął co trzeba. Można zejść niżej. Powietrze spuszczone i już jesteśmy na 11 metrach. Zostaliśmy sami. Teraz test pamięciowy. Czyli co człowiek zapamiętał z briefingu porannego. Bo tam mówili gdzie, jak i kiedy trzeba. Co pod wodą, w którą stronę i gdzie się wynurzyć. Kompas w ruch. Ciekawe doznania. Pod Tobą woda i woda za Tobą, również z boku. Gdzie się nie obrócisz taki mały kosmos. Wyleguję się na tej wodzie i czekam. Do partnera mam pełne zaufanie chociaż pierwszy raz z nim pływam.
Po drodze zatrzymujemy się w basenach czyli dużych nieckach z białym żwirowym podłożem. Duży halibut w podłoże się ładnie wkomponował na ponad 20 metrach. Woda mieszana przez fale. Widoczność średnia. Miejscami słońce przebija. Halibuta w ręce trudno złapać. Płaski jak płaszczka i bardzo szybki. Zaskoczony, że go ktoś dotyka znika próbuje schować się w brunatnicach. Ma piękny biały kolor i łatki na Sobie. Troszkę przypomina mi siwą sierść koni rasy arabskiej. Halibut wyłowiony z wody traci oryginalne kolory. Smaczny, ale nigdy już tak oczu nie nacieszy. Chwila nie mija jak w rękach kolegi dostrzegam dużą rozgwiazdę. Ona zaskoczona jest przebiegiem sytuacji. Przecież rzadko w gości do niej ktoś zagląda. A ktoś, kto ma ręce i nogi jeszcze rzadziej. No, a tak w ogóle kto śmie ruszać. Rozgwiazdy w wodzie mają piękną aksamitną skórę. Z wierzchu jakby różnymi markowymi podkładami się malowały. Najpierw tymi co w róż wpadają, potem w pomarańcz, a na końcu beżowe. Wszystkie kolory przechodzą płynnie od środka na zewnątrz, ale nie wchodzą już na odnóża. Te bielutkie jak śnieg pozostają. Kiedy bierzesz je w ręce są mięsiste i próbują zwijać swoje odnogi jakby się wstydziły. Białe brzuszki wylegują się na roślinach lub bezpośrednio na dnie. Te żywe stworzenia nie mają się za bardzo jak przed nami bronić. Odkładamy niebogę.
Obok mnie piękna meduza. Pulsuje rytmicznie. W rytm moich oddechów. Otwiera się i zamyka. Tańczy w wodzie z gracją. Przypomina mi silikonową mięciutką kulę zabarwioną lekko na różowo. Leciutką bez żadnych ograniczeń, bo żadnych w niej mięśni i kości. Kiedy otwiera się przyjmuje kształt kwiatka rysowanego małymi rączkami dziecka. Staje się bardziej płaska pokazując swoją prawdziwą wielkość. Kiedy zamyka robi się pełniejsza. Delikatna i subtelna, a jednak często niebezpieczną ciągnie za sobą delikatne włosy zapuszczane od wieków. W prądach włosy układają się jeden obok drugiego. Jakby wróciła od fryzjera, który w odżywce je umył, a potem długo wyczesywał, żeby żaden włosek się przypadkiem nie poplątał. Kiedy morze jest spokojne meduza rozkłada się jak na plaży. Tu nie ma przestrzeni limitowanej. Delikatne niteczki ciągną się we wszystkie strony. Cieniutkie jak pajęczyna. Omijam je dużym łukiem. Jak wielkim? Wyobraźcie Sobie korpus meduzy większy niż głowa kolegi. A jej ciągnący się welon dłuższy niż on sam. Leżą w wodzie naprzeciwko siebie w odległości około 2 metrów. Oboje w bezruchu jakby w oczy sobie patrzyli chociaż przecież to żyjątko oczu nie ma. Na jedno i drugie promienie słońca przebijające się przez wodę padają. Zjawiskowo. On lekko płetwami wodę miesza. Jej ogon przejmuje subtelny ruch tułowia, aby potem znowu wyłożyć się na wodzie i wyciągnąć jak tylko potrafi. Ominięcie takiej to jak poruszanie się po rondzie. Do tych zwierząt mam respekt. Piękne, ale potrafią dać popalić. A niektóre poparzyć pozostawiając ślady na całe życie. Malutkie jak dłoń niektóre gatunki życie odbierają. A, więc meduzy podziwiajcie, a gdy będziecie próbowali się z nimi zaprzyjaźnić pamiętajcie, że one nie wiedzą co to przyjaźń.
Czas wychodzić. Koniec wycieczki. Na przystankach dekompresyjnych ryby spotykamy. Tych mało. Przynajmniej ja do nich szczęścia pod wodą nie mam. Na lądzie tak, bo dzięki chłopakom z grupy codziennie się nimi zajadam. O chłopakach więcej w innym wpisie. Wynurzyłam się i zaczerpnęłam łyk świeżego powietrza.
Wyciągnęłam ustnik z buzi. Wypłynęliśmy w dokładnie wyznaczonym miejscu. Mój partner leader spisał się na medal. Z takimi pływać to czysta przyjemność. Takiemu się ufa gdy pod wodą mrocznie i gdy traci się orientację.
Jeśli macie blisko Siebie ludzi, którzy pomogą na każdym kroku, którzy poniosą twój balast chociaż swojego już mają pełno, takich którzy czują się za ciebie odpowiedzialni i pilnują, żeby Ci się nic nie stało, a także przekładają Twoje bezpieczeństwo nad swoje, macie dużo szczęścia. A Ty? Zastanawiałeś się kiedyś jak ludzie czują się blisko Ciebie?