Jak się spakować, żeby nie żałować 3/3

Cenne i bezwartościowe drobiazgi, w tym elektronika i bateria kabli
W plecaku miejsca coraz mniej, a my jeszcze nie spakowaliśmy wszystkich wymyślnych nowinek cywilizacyjnych. I co teraz? Spokojnie. Spróbujmy to ogarnąć razem.

Telefon
W nim serce, czyli przydatne aplikacje. Do zakupu biletów czy odszukania dobrej taniej knajpy. Dzięki nim oszczędzasz. Oczywiście, wtedy gdy mądrze korzystasz. Pamiętajcie o kilku drobiazgach: Nawigacja i lokalizacje ciągną baterię. Włączone non stop dane komórkowe to niepotrzebnie wydane pieniądze. Wi – Fi free jest nam przyjacielem. Zdjęcia możesz pokazać po powrocie. Jeśli ukochana osoba na wiadomość czeka, użyj Vibera zamiast SMS – a. Jeśli masz smartphone, spakuj ładowarkę. Długo nie pociągnie nawet na oszczędnych ustawieniach.

GPS
Jeśli
będziesz liczył przy wyjeździe, że Google zaprowadzi Cię wszędzie, pewnie tak będzie. Korzystaj jednak z niego umiejętnie. Przyjechałeś poznać nowe, a nie patrzyć non stop w świecącą na kolorowo szybkę. Ten sam cel osiągniesz, pytając, patrząc w mapę czy na kierunkowskazy. To również okazja do nawiązania nowych kontaktów.

Aparat fotograficzny
Kiedy
masz robić fotki bez celu, dwa razy się zastanów. Aparat fotograficzny jest dla tych, co zdjęcia dokumentują po coś. Przypomnij Sobie ostatni wyjazd lub wyjazdów kilka. Pamiętasz, gdzie są zdjęcia? Zadbałeś o nie i poukładałeś w foldery? Zaglądałeś do nich? Wykorzystałeś gdzieś? Pytań wystarczy. Sam sobie odpowiedz, czy aparat jest Ci potrzebny.

Laptop
Gdy
zabierzesz laptopa, od pracy nie uwolnisz się jeszcze dni kilka. Twój wybór. Koniec kropka.

Słuchawki
Malutkie z kabelkiem dla tych, co kochają muzykę.

Im więcej weźmiesz urządzeń, tym więcej kabli i zasilaczy. W „dużo” nie daj się więc wkręcić. Chociażby dlatego, że sprzęt elektroniczny ciężki a o plecy dbać warto. Poza tym polecam zabrać wydruki rezerwacji i potrzebne notatki. Nie zawsze ufaj tylko elektronice. Papier to papier.

Mała słodka przekąska
Taka na wszelki wypadek. Taka, która jest pod ręką po wylądowaniu. Nie ma zaspokoić głodu, ale czasami uspokoić nerwy. Ten, kto czytał o mojej wyprawie do Wenecji, wie już, że słodkie przywraca równowagę.

Jedzenie i picie
Przekąska wystarczy. Jedzenie jest wszędzie. Wody i napojów do samolotu nie wolno a poza tym ciężkie. Tak wiem, co powiesz: Drogo będzie! A ja powiem: Nie koniecznie. A nawet jeśli. Smakuj nowego. Jeśli będziesz jadł w miejscach mniej uczęszczanych, będzie taniej i bardziej lokalnie. Jeśli chcesz trafić na dobre, korzystaj z aplikacji TripAdvisor. Tam znajdziesz przystępne ceny.
W ostateczności bez jedzenia możemy przeżyć dni kilka. Masz wiec, w czym przebierać.

Leki
Krople do oczu, nosa czy leki wziewne. Jeśli ich potrzebujesz na nie, zawsze znajdzie się miejsce. Nie przesadzaj jednak z apteczką. Zmiana klimatu często nam służy. O chorobach na wyjazdach, często zapominamy.

Klucze
Na co dzień nosimy ich przy Sobie pęk cały. Te od skrzynki na listy, piwnicy czy piloty do garażu. Potem wrzucamy wszystko do torby podróżnej, a przecież klucze mają swój ciężar. Ten od domu i samochodu wystarczy. Resztę na czas podróży zostaw w bezpiecznym miejscu. Po co przyszły złom po świecie wozić?

Opóźnienie
Lepiej zostaw w domu. Wyjedź o czasie, bo w przeciwnym razie nawet klamki samolotu nie dadzą Ci pocałować.

Ubezpieczenie
Decyzja do Ciebie należy. Jedni wierzą, że nic im nie będzie, inni lubią czuć się bezpieczni.
Takie w pakiecie na cały rok za kilka złotych, to czasami dobry pomysł. Warto być przewidującym i popytać w firmach ubezpieczeniowych.

Płatności
Nie ufaj tylko karcie. Czasami znaleźć bankomat liczy się z cudem, a płatności kartą nie koniecznie są lubiane. Bywa, że kawałek cennego plastiku bywa bezwartościowy, nawet gdy masz na nim miliony. Gotówka zawsze się sprawdza. Polecam mieć nieco w zapasie, aby nie zdziwić się, że w jakimś miejscu na dzień dobry, TAX masz zapłacić, albo kelner napiwek na paragonie doliczy.
Drobniaków przy każdym zakupie będzie się zbierać. Pamiętaj, aby wydawać je na bieżąco lub przypomnij sobie o nich na sam koniec. Bilety, woda do picia, WC publiczne, słodkie ciacho na do widzenia, drobna pamiątka dla bliskiej Ci osoby. To jest ich czas i miejsce.

Kiedy już tak spakujesz się, wyjedziesz, pozwiedzasz i przyjdzie pora wracać, zatrzymaj się na chwilę i rozglądnij dookoła. Zapamiętaj tę chwilę. Poklep po ramieniu i pochwal za odwagę. Sprawdź wszystko dwa razy, zanim zamkniesz za sobą drzwi. Nowa ładowarka do telefonu swoje kosztuje. Ulubionej książki czy przytulanki również szkoda. Zabierz ze Sobą wspomnienia i wracaj bezpiecznie. Przy następnym wyjeździe przypomnij Sobie, czego wziąłeś za dużo, a bez czego dałeś znakomicie radę. Udanych wyjazdów i powrotów życzę. Wspaniałych przygód poza domem.

Podsumowanie całości będzie krótkie: Mojej drogi do optymalizacji nie koniec. A Waszej?

Jak się spakować, żeby nie żałować 2/3

Dzisiaj dział: Coś dla ciała
Kontynuujemy pakowanie. Po tym, jak zadbaliśmy o ciało czas, żeby zarzucić coś na Siebie. Otwieramy więc szafę i zastanawiamy się, co by tu zabrać ze sobą. Na pierwszy ogień idzie odzienie wierzchnie. Potem bielizna i cała reszta.

Fatałaszki
Skup się na tym, co praktyczne. Wszystkiego, co lubisz, nie zabierzesz. Jedna bluzka poleci z Tobą teraz, a drugiej wytłumacz, że na nią też przyjdzie pora. Te na zaś również zostaw, załóż, że „zaś” nie będzie.
Ubieraj się na cebulę. Koszulek tyle ile dni to i tak już dla osób praktycznych za dużo. Koszulki najmniej miejsca zajmują, ale to nie powód, żeby przesadzać. Jak ciepło może się i spocisz, ale w ciepłe dni też łatwiej ciucha odświeżyć. Wskoczysz do czystej wody, zapierzesz pod uliczną pompą lub w fontannie. Wiem. Wiem. Czasami nie wolno. Są jednak miejsca, gdzie nikt Ci złego słowa nie powie. Takich szukaj.
Taka z dłuższym rękawem przyda się zmarzluchom. Jedna na dni kilka. W ostateczności na każde dni dwa. Jeśli wyjazd nie dłuższy niż tydzień jedna ciepła bluza lub kurtka. Jedne spodnie na tyłek. Drugie można na zapas. Jeśli wolisz sukienkę, spodnie kiecką zastąp i w drogę.
Pamiętajcie, że mówię o maksimum. Nie bójcie się słowa „mniej”. Nie bójcie się mniej zabrać ze Sobą. Upychanie pustek kusi. Plecak jednak podobnie jak my, w życiu potrzebuje troszkę luzu.
Co do materiałów. Bawełna króluje. Bawełniane rzeczy sprawdzają się idealnie. Jeansy zawsze i wszędzie. Chwała Leviemu Straussowi za to, że je wymyślił. Miały służyć farmerom, a służą całemu światu zarówno w lecie, jak i w zimie. Ewenement.
Wszystko, co ze Sobą bierzesz warto, aby było z kupki o nazwie: Nie trzeba prasować. Niewyprasowane w modzie. W wyprasowanym co się trochę pomnie też nic złego. W doborze więc swoboda. Wszystko zwijaj w ruloniki, bo zajmuje mniej miejsca.

Bielizna
Majtek kilka, skarpetki tam gdzie zimno. Biustonosz? A może tylko jeden, maksymalnie dwa? A może żaden? Bez niego też się da. Och! Jak ciało wtedy odpoczywa od tych wszystkich ramiączek i sprzączek. Dla facetów bokserki. Jeśli sprytnie dobierzesz, posłużą również jako spodenki albo kąpielówki do pływania. A jak majtek zabraknie, pamiętaj w druga stronę, kąpielówki to też gacie.
Ogólnie rzeczy z tego działu zajmują mało miejsca. Policz i wrzuć tyle, ile mądra głowa podpowiada. Moja czasami podpowiada „bez”. Aha! Jest super. Wiem, że jesteśmy narodem nieco wstydliwym, ale polecam.

Coś pod szyję i nie tylko
Ulubiona praktyczną apaszkę lub szalik warto mieć pod ręką. W chłodne dni szyję uchroni przed wiatrem. W ciepłe zawiązana na głowie zabezpieczy przed słońcem. Doceniam, bo kiedyś odkrywam, że może za ręcznik posłużyć. To, co dwa w jednym w podróży super się sprawdza. To, co 3 w 1 jeszcze bardziej.

Strój kąpielowy i kąpielówki
Nawet jeśli
wybierasz się na pustynię, warto mieć zawsze przy Sobie.

Pidżama
Do spania weź koszulkę i spodnie od dresu. Te, w których chodzisz na co dzień. Gdyby zaś jednak przyszła z ciuchami bieda, ubierz i wyjdź w nich na ulicę. Nikt — uwierz mi nikt — nie kapnie się, co jest grane. Wersja druga, czyli: Śpij w tym, w czym będziesz na następny dzień chodził, również się sprawdza. Szokuje? Oj tam. Oj tam.

Buty
Po pierwsze te najbardziej praktyczne. Jedne plus jakieś sandały. Najlżejsze jakie macie. Stopy lubią być wietrzone. Szczególnie gdy dużo się przemieszczają. Na wyjazdach nogi lubią buty z miękką podeszwą. Również takie co się dobrze nogi trzymają. Zresztą sami stóp zapytajcie.
Przepadają na bosaka. To nie żart. Tam, gdzie można butów nie ubieraj. Spróbuj dać nogom odpocząć. Pod nogi patrz, gdy psy są dookoła a do wody daleko. Psie odchody w stopy grzeją, ale samopoczucie dość dziwne. W razie pierwszego kontaktu nie przejmuj się sytuacją. Wytrzyj, chociażby o najbliższą kępę trawy i maszeruj dalej. Na resztę mniej możesz zważać. Baw się tym. Przecież jesteś na urlopie.

Damska podręczna torebka
Ładna, ale często zbędna. Przecież już jeden podręczny bagaż masz. Po co z sobie czymś następnym głowę zaprzątać. Płaska materiałowa saszetka na gumce w pasie załatwi sprawę. Dowód czy paszport, trochę gotówki, bilet lotniczy. Tu jest ich miejsce. Kobiety na czas podróży bierzcie przykład z facetów. Oni całe życie potrafią dokumenty i pieniądze przenosić w przedniej lub tylnej kieszeni spodni. A jaki ja mam własny patent? Dla kobiet co chcą czuć się dobrze, praktyczne rozwiązanie. Dla facetów również, bo i takich co torebki noszą, też spotkałam. Miej przy Sobie kosmetyczkę, która kształtem małą torebkę przypomina. Po bokach przyszyj delikatne uszy. Przywiąż do niej kawałek dekoracyjnej wstążki lub sznurka. Można też w drugą stronę. Jeśli masz torebkę, która jest lekka i mało miejsca zajmuje, użyj w podróży zamiast kosmetyczki. 2 w 1 znowu się sprawdza.

Paski i ozdobniki
Im więcej założysz na siebie, tym dłużej spędzisz czasu przy odprawie lotniskowej. Po co więc Ci to i na co? Zegarek tylko, gdy bardzo lubisz, przecież są wakacje. Drugi jakby co masz w telefonie. Bez polecam najbardziej. Przecież są wakacje. c.d.n.

DSCF1024 DSCF1019

Jak się spakować, żeby nie żałować 1/3

Czystość i higiena
Za oknem słońce. Dużymi krokami zbliżają się wakacje. Oj tak! Planujemy podróż a na drodze do marzeń, stają nam bagaże. Przed nami pakowanie „skaranie”. Rzeczy dużo a czasami masa. Dla tych, co wiedzę na temat praktycznego podróżowania chcą pogłębić, przedstawiam kilka wskazówek co zrobić, żeby w trakcie podróży wołem bagażowym nie zostać. Bazuję na własnych przygodach, ostatniego wyjazdu do Wenecji i doświadczeniu uroczych praktyków, których mam szczęście spotykać na swojej drodze. Na początek jednak krótka historyjka.

Moje pierwsze wyjazdy pamiętam jak dzisiaj. Masa tego i jeszcze troszkę tamtego.
Chciało się dom spakować, bo przecież jak dojadę na miejsce, to będzie czegoś na pewno brakować. Pół szafy i drugie pół łazienki. Obowiązkowo zapasy z szafek. Lodówki się nie dało. Szkoda. Jeszcze do sklepu, bo były dzieci. Żeby poczciwiny w samochodzie czy samolocie głodu nie doświadczały. Do pojazdu ledwo się mieściło. Zrzucało się winę na potrzeby niewinnych pociech. One stały w drzwiach i twierdziły, że im tylko przytulanka się przyda. Teraz wiem, jak dużo było w tym racji. Chodzenie dwa dni w jednym w zupełności im nie przeszkadzało. Mogły i tydzień, tylko dla mnie było to nie do pomyślenia. Słuchałam, wypuszczałam drugim uchem i dorzucałam jeszcze na zapas. Więcej ciuchów być musiało, albowiem wyszłam z domu, gdzie jak tylko jakaś plamka to wstyd pisał się przed  ludźmi. Trzeba było więc zmieniać i od razu zapierać. Ach te rodzinne kochane schematy.
Zazwyczaj przed wyjazdem było drobne zamieszanie, a potem kilka godzin pakowania. Jeszcze potem dużo noszenia, ważenia walizek, żeby z wagą nie przesadzić, liczenia i pilnowania, żeby nic się nie zawieruszyło. Z czasem na pierwszy plan wysunęła się wygoda. Potem było Peru i dżungla, o której jakiś czas temu pisałam.
Jak jest dzisiaj? Sami zobaczcie.

Plecak czy torba?
Plecak, bo o zdrowie dbać trzeba. Ciało lubi symetrię i wygodę. Jak najlżejszy, materiałowy bez zbędnych kieszonek. Po co potem zastanawiać się, co w której? Osobiście uwielbiam lniany. Zawsze jeden. Niezbyt duży. Nawet mniejszy niż mówią przepisy. Taki który zawsze przy Tobie. Stanie w kolejkach, aby nadać bagaż, masz wtedy z głowy. No i nic nie zgubią na lotnisku, a jak zgubią to nie Twoje. Ulga. Masz święty spokój. Waga podręcznego mała, taka, żeby garba się w przyszłości nie nabawić. Podróżowanie powinno być przecież od początku do końca przyjemnością. Lekki bagaż znaczy mało w środku. Chcesz wiedzieć jak mało? Czytaj dalej.

Szczoteczka
Dlaczego
od niej zaczynam? Bo jest dla mnie bardzo ważna. Dobre samopoczucie i odpowiedni smak w buzi właśnie jej zawdzięczam.
Najzwyklejsza zamiast tej niezwykłej. Elektryczną z gadżetami zostaw w domu. Po co ma się zniszczyć? Na co lament i panika, gdy się rozładuje? Rączką troszkę pomachasz kółeczka, rączce na zdrowie wyjdzie, a jak weźmiesz jednorazową, przed powrotem wyrzucisz. Bagażu mniej wołom lżej, jak ja to mówię. Powiesz: Ale to tylko szczoteczka! A ja na to: ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka.

Pasta
W wydaniu mini. Polecam skondensowaną typu Ajona. Kropelka na jedno mycie i paszczęcha czyściutka. Niektórzy na poprawkę biorą gumy do żucia. Miejsca tyle prawie co nic nie zajmuje. Ja jednak odradzam. Po pierwsze konserwantów ma od licha. Po drugie: Za dużo mi się ich do butów podczas podróży przyczepia. Dbajmy więc o zdrowie i środowisko.

Mydło
Tylko wtedy gdy wiesz, że nie będzie na miejscu po przyjeździe. Takie w kostce. Że co zapytasz? Wiem, co mówię. Sprzedają jeszcze takie. Kup wielkość odpowiednią do długości podróży. Gdy lubisz się rozpieszczać kup takie full wypas. Z oliwką i pachnące i jeszcze z pilingiem. Dla własnego komfortu, nic więcej. Podczas podróży samolotem większych płynów i tak w podręcznym nie przewieziesz. Długo się nie zastanawiaj, bo zaraz na początku i tak będą kazali wyrzucić. Szkoda?  Jak się dopasujemy to i nie żałujemy.
Jeśli płyny, szampony i balsamy uwielbiasz, nic straconego. W sklepie z kosmetykami poproś o próbki. Zawsze znajdą się jakieś dla Ciebie. Spróbujesz, a nóż kupisz w przyszłości.
Jeśli o próbki wstydzisz się prosić lub ogólnie płynów używasz dużo: Hmm. Kup na miejscu, Po co przez pół świata duże butle wozić. Dobrym rozwiązaniem jest zakup małej niedrogiej buteleczki sieciowego szamponu dla dzieci. Posłuży również do kąpieli, jak i do zaprania na szybko drobnych rzeczy.
Ogólnie obstaję przy swoim. Żeby być czystym, wystarczy trochę czystej wody.

Kremy, podkłady tusze i inne drobiazgi
Osobiście twierdzę, że niepotrzebne. No może troszkę jakiegoś od słońca. Szanuję jednak wybory i wiem, że niektórzy się z tym dobrze czują lub bez tego żyć wręcz nie mogą.
Nie mnie przekonywać na siłę więc co powiecie na takie rozwiązanie? Strefa DutyFree to raj dla Was na ziemi. Wpadam tam czasami, ale nie po to, aby mieć okazję do wydania pieniędzy. Próbek na półkach nie brakuje. W żadnej łazience takich nie uraczysz. No przynajmniej ja się nie spotkałam. Te świeżutkie na wypróbowanie tylko czekają. No co! Mają napis próbka? Mają.
No to pytam teraz, po co w domu skoro można przed wejściem do samolotu?
Na wyjeździe daj skórze odpocząć. Blasku nie straci, a może nawet nabierze. Inny klimat swoje zrobi. W drodze powrotnej w sklepie bezcłowym powtórka z rozrywki i z bliskimi przy wyjściu z samolotu, jak Ta Lala witać się można.
Jeśli Was to nie przekonuje cóż, nadal upieram się przy minimum z minimum.

Pilniczek do paznokci
Jeden mały lekki, dla tych, co lubią gasić pożary. Jeśli jednak zadbasz o dłonie i ciało przed wyjazdem, gadżety mogą okazać się zbędne.

Maszynka do golenia
No cóż. W samolocie nie przewieziesz. Kobiety, które nie usuwają owłosienia laserem, kupią jednorazówkę na miejscu. Faceci pamiętajcie: kilkudniowy zarost nadal w modzie.

Antyprespirant
Jeśli
przed wyjazdem użyjesz odpowiedniego w postaci blokera, potem na kilka dni ze zwykłymi pożegnać się można. Staram się nie reklamować, za chemią nie przepadam, ale Excipial w tym miejscu podpowiem. Jeśli się odpowiednio odżywiasz anty śmierdziuchy ogólnie zbędne. Twój zapach jest neutralny. Ty pachniesz wtedy raczej, a nie śmierdzisz.

No i gdzie to wszystko upchać, czyli jaka kosmetyczka
Praktyczna. Niezbyt mała i nie za duża, materiałowa z cienkiego materiału poczciwina. Mięciutka, żeby dopasowała się do reszty maneli. Aby mogła gdzieś wypełnić puste miejsce w którymś z plecaka kącików. Na jednym z wyjazdów użyłam bawełnianego woreczka. Czasami pakują do takich buty w sklepie. Butów nie kupowałam. Poprosiłam. Dostałam za darmo. Sprawdził się idealnie. Jeśli przeczytałeś wpis poprzedni (wers: „Damska podręczna torebka”) już wiesz, że kosmetyczka czasami ogląda też światło dzienne. Warto chwilkę pomyśleć, jaka będzie nam najlepiej służyć.

Czy to wszystko? Nie, nie. Patrz następny wpis / c.d.n.

DSCF1056

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 11/11

Dzień piąty
Dzień ostatni. Jest satysfakcja. Nogi dostały w tyłek, ale też jakieś takie zadowolone. Na jedzeniu jak zwykle nie oszczędzam. Na pożegnanie jest na bogato. Żart. Wcale nie tak drogo. Tak bardzo przyzwoicie i tak jak planowałam.
Zaliczam ostatnie zagubienie się w poszukiwaniu pożywienia. Aż znajdę coś, co powie: Ja jestem tu dla Ciebie. Po kilkunastu minutach już na obrzeżu miasta namierzam całkiem niemałą Trattorię. Zieleni dużo. Przyjemna z wielkim materiałowym zadaszeniem co chroni przed słońcem. Zamawiam zupę rybną. Znowu zapytacie!? Tak znowu. Mogłabym na okrągło. W tym klimacie zupa się sprawdza. Lekka. Nie obciąża żołądka. Ta nieco ostrawa. Zresztą co tu dużo mówić, spróbuj ze mną zasmakować. Zobacz na talerzu górę czarnych, kremowych oraz tych wpadających w róż owoców morza. Ble mówisz? A dobrej zakosztowałeś? Lekko słone zwierzątka morskie przypominają smakiem drób. W przeciwieństwie do świnki są zawsze czyściutkie i wykąpane. Pomijam te z Morza Bałtyckiego. One pod znakiem zapytania. Zwizualizuj Sobie, jak od patrzących na Ciebie ślipkami krewetek na talerzu wyłaniają się małże. Nad samym szczycie kompozycji króluje krab. Piękna bestia. Zaczynasz jeść. W myślach już stąpasz po plaży z muszlami. Przypomina Ci się ostatni wakacyjny spacer po piasku. Wracasz myślami z powrotem do talerza. Powoli Twoim oczom wyłania się na lekko zabarwiony płyn. Na nim drobne tłuste mocno pomarańczowe kuleczki pływają frywolnie. Tyle ich co w sam raz. Nie za mało i nie za dużo. Między nimi tańczy drobna pietruszka. Ona jest wszędzie. Nadaje całości ogłady. Na dnie talerza drobniutkie czarne perełki pieprzu. To one nadają ostatecznie charakteru. Przytyć od tego nie przytyjesz. Najeść się najesz. Bez obaw.

Przed wyjściem dostaję gratisowy Liquori. Limonkowe, rześkie i w kolorze słońca. Wuf! Ma swoją moc. Nie wszyscy z tego, co widzę, są go godni. Chyba byłam grzeczna. A może to dzięki drobniakom? Zapłaciłam wszystkimi grosikami, jakie miałam. Kelnera rozbawiłam. Miłe takie pożegnanie. I jak tu do Wenecji nie wracać.

Nadszedł czas powrotu. Miałam możliwość zgłębienia Wenecji lub samego Biennale. Dwóch z góry założyłam, że się nie da. Zbyt duży byłby to zastrzyk nowego. Zbyt pobieżnie i szybko, a ja tak nie chciałam. Wybrałam miasto. O artystyczne znane na całym świecie wydarzenie się tylko otarłam. Co stwierdzam? Weneckiego Biennale i ogółem sztuki nie da się zbytnio okiełznać. Nie da wsadzić w jedne ramy. Każda sztuka jest polem do dyskusji. Jest indywiduum dla każdego. Formą buntu, manifestacji, zwrócenia na cos uwagi. Pokazania irracjonalności przedmiotów lub zdarzeń. Zwróceniem uwagi na piękno. I to jest piękne. Sztuki nie da się na szybko. Szczególnie tej wizualnej. Ja miejscami szybko miałam. Zobaczyłam kroplę w morzu. A jednak na tyle, żeby zachorować na jeszcze i jeszcze. Kiedy czas nie pozwala na przemyślenia, nad tym, co nas wzruszyło czy zaskoczyło, wracają same. Polecam jednak tak na miejscu porozmyślać. Zachęcam na sztukę mieć czas. Zamknąć temat. Czasami westchnąć głęboko. Dopiero potem pójść dalej.
Nie lubię żałować, choć w żałowaniu i pozytywnej zazdrości widzę pozytywy. Żałując, że zostawiam tu tak wiele, jest szansa, że znowu mnie będzie w to miejsce ciągnęło. Zaglądnęłam ukradkiem, kiedy następne Biennale. Za rok Architektury. Sztuki za dwa lata.

Potem wyłączyłam myślenie. Tak na koniec — koniec podróży po tej części włoskiej ziemi zapodałam sobie coś słodkiego. Zaliczyłam pachnący park miejski i zobaczyłam wcale niepochmurnego, chociaż był w chmurach, wielkiego puchatego misia. Upewniłam się, czy wszystkie dzieci na świecie są takie same. Potwierdzam, że są. Ostatnim moim przystankiem będzie Maestre, nazywane sypialnią Wenecji. Brzydko o nim mówią, ja się z nazwą nie zgodzę. Ma swoje klimaty, ale to już inna historia.

Przed wejściem do autobusu, ostatni raz spoglądnęłam na „Nią”. Błyszczała w słońcu. Gwar dochodził zewsząd. Zastanawiałam się co „Jej” na koniec powiedzieć. Skierowałam takie oto słowa:
Żegnaj Wenecjo, albowiem są jeszcze inne miejsca, które mnie wołają. Wiem, że zrozumiesz. Pytasz, czy wrócę? Do miejsc, które kryją w Sobie tyle tajemnic i ciepła zawsze wracać warto. Oby oczy, nogi i głowa nigdy nie odmówiły mi posłuszeństwa i pozwoliły Cię jeszcze kiedyś ujrzeć Twoje następne oblicze.
I tymi słowami zakończyłam moją piękną Wenecką przygodę.

DSCF0982 DSCF0961 DSCF0965 DSCF0979 DSCF0988 DSCF0987 DSCF0989 DSCF0986 DSCF0990 DSCF1026 DSCF1027 DSCF1030 DSCF1028 DSCF1015 DSCF1031 DSCF1040 DSCF1035 DSCF1042 DSCF1046 DSCF1059 DSCF1054 DSCF1066 DSCF1070 DSCF1050 DSCF0958 DSCF1074

Pani Dyrektor

O Panu Dyrektorze, który wykazał się zaangażowaniem, było niedawno. Teraz o pewnej Pani co odwagę wielką ma w sobie. Na zewnątrz surowej i konsekwentnej businesswoman, w środeczku z wielką dozą ciepła dla wszystkich. Czasami nieprzystępnej, ale w rzeczywistości takiej do rany przyłóż. Tej, co surową ręką wszystko w ryzach trzyma, ale o chwaleniu nie zapomina. Kobiecie, która potrafi cieszyć się radością innych. Dumnej z wszystkich osiągnięć swoich podwładnych i podopiecznych. Pełnej miłości i matkującej wszystkiemu, co małe.
Dzisiaj więc o nieustraszonej, chociaż w głębi duszy pełnej obaw Pani Dyrektor, która w dniu ważnej imprezy, gdy słońce bawiło się w berka, nie dała za wygraną.
Chcecie posłuchać o czymś dobrym, gdy w mediach tylko o złym mówią? Proszę bardzo.

Piknik
Słysząc PIKNIK RODZINNY, zazwyczaj wiemy, o co chodzi. To impreza, na której w pogodny dzień bawią się dobrze wszyscy od lat 1 do 100. Każdy prawie również wie, że kiedy niebo płacze, z plenerowej imprezy niewiele korzyści zostaje. Pusty plac, który miał tętnić życiem, mnóstwo jedzenia, które ląduje w koszu, zamoczone dekoracje. Dla wielu jedna wielka klapa.

Deszczowy poranek
Kap, kap, kap. Budzę się. Deszcz uderza o szyby. Ciężkie chmury spowiły niebo. Tak jest od dłuższego czasu. Na lepiej nie zapowiada się zbytnio. Mija zaledwie chwila. Jestem wśród maluszków karaluszków oraz przedszkolnej kadry. Na korytarzu ruch jak w ulu. Pracownicy placówki przemieszczają się sprawnie po korytarzach. Z ust Pani Dyrektor padają słowa: Proszę wypatrywać pogody! Jakbym słyszała: Zróbmy wszystko do jasnej ciasnej, żeby się udało. Damy radę. Czuję, że będzie się działo. Bez względu na wszystko. Zerkam przez okno. Na placu zabaw jedna z Pań wyciera ławeczki, na które nadal kapią drobne kropelki deszczu. Kap, kap, kap. Inna Pani zaczyna wieszać balony. Energia jest i wiara. Pani Dyrektor moc garściami stara się rozdawać. Tylko czasami niepokój mały przemknie. Kobieta jak na razie, nie pozwala mu się nigdzie zadomowić.

Na wielkim placu zabaw liczna zieleń nabrała ostrości i intensywności. Podwórkowe zabawki w wodzie, po zjeżdżalni jak na razie woda spływa. Deszcz rozbawił się na dobre.

Tak bliżej południa
Zbliża się godzina, kiedy obie wskazówki zegara, równocześnie na baczność równiuteńko stają. Deszcz jak padał, tak pada. Przyjechała ekipa ze sprzętem. Lubię deszcz, wręcz czasami uwielbiam, ale dzisiaj w dniu imprezy? Próbuje mu coś do słuchu powiedzieć, ale on, hmm czasami bywa taki uparty.
Dzisiaj właśnie w tym miejscu ma być muzyka i mnóstwo atrakcji. Co ciekawe dużo tych wodnych. Karuzela, pompowańce i wielka loteria. Malowanie twarzy, kącik „piękne paznokcie”, strefa stylizacji fryzur i Bóg wie co jeszcze. Stają pierwsze namioty. Deszcz na chwilkę odpuścił. No NARESZCIE. Czy są szanse na słońce? Tylko deszcz chyba wie. Oj Deszczu, Deszczu. Co Ty jeszcze dzisiaj wymyślisz.

Zaraz się zacznie
Chmury nadal królują.
Od godziny nie pada. Jest dobrze. Wszystko rozstawione z wyjątkiem stołów z pysznościami i grillem. Jeśli tak pójdzie dalej, Pani Dyrektor nie nabawi się siwych włosów, a ktoś inny z organizatorów zawału nie dostanie. Wyobraźcie Sobie, kiedy Wam ostatnio bardzo na czymś zależało. Na mega gadżecie, wielkiej miłości czy pięknych wakacjach. Dokładnie tak zależy tym ludziom. Bo co mają powiedzieć Panie dzieciakom, które od tygodni dzisiejszym dniem żyją. Jak mają odmówić zdeterminowanym pociechom, które upominają się gromko: Protestujemy. Burzy nie chcemy!
Dzieciom deszcz nie straszny, ale dobrze wiedzą, że my starsi bywamy troszkę „straszaki”. To dla nas dorosłych wołają o pomstę do nieba.

Imprezę czas zacząć
Pierwszy gościem jest: No zgadnijcie kto?
Deszcz, o drugim imieniu Ulewa. A jakże inaczej. Chce pokazać, na co go stać. A stać go na wiele. Pada, jakby odkręcił tam na górze prysznic na maksa. Cóż w tym miejscu mogę powiedzieć. Dzisiaj od rana dzięki Pani Dyrektor mimo wszelkim przeciwnością losu, wiary w eterze jest dużo. Potrzeba dużo więcej. Wierzę więc teraz podwójnie.
Przyjechałam na czas, żeby być, kiedy inni stwierdzą, że się nie opłaca. Przybyłam, bo w jedności siła. Rozglądam się. Na środku garstka maluchów. Łatwo się liczy. BA! Cała trójka. Dzieciom mokro nie przeszkadza. Pierwsze wabiki, które mają branie, to liczne kałuże. Atrakcyjne jak świeżutkie, pachnące bułeczki prosto z pieca. Czujecie to?
Jeden z rodziców kochający swoją pociechę stoi skulony pod tworzącą naturalny azyl koroną dużego drzewa. W ręce dodatkowo dzierży parasol. Dzielny.
Miny organizatorów nietęgie. Miejsca wydawania posiłków nadal świecą pustkami. Wielki dmuchany smok jak na razie przycupnął przy ziemi. Oni dumnie jednak rozstawiają się na swoich stanowiskach. Pilnują licznych nagród, aby nie stały się zmiennej teraz pogody ofiarą.
Słyszę słowa Pani Dyrektor: Ja dzisiaj zawału dostanę.
Los wystawił ją na próbę. Pani losowi nie daje się dzień cały.
Pytam jedno z dzieci: Co Ci się tutaj podoba najbardziej?
Dzielność Pani Dyrektor i Piknik w deszczu.
Zaangażowanie docenia, a do tego ma rację. Oryginalnie, niepowtarzalnie, inaczej.
Po kwadransach dwóch deszcz uznaje imprezę za nudną. Zaczyna się lekko przejaśniać. Ludziska schodzą się powolutku. Uff. Dobrze, że są tacy co deszcz im niestraszny i tacy, którym na prośby dzieci serduszka zmiękły. Radość rośnie w moim sercu.

To dzieje się naprawdę
Przeglądam się w jednej z kałuż. Dostrzegam w niej promień słońca. Najpierw jeden, potem drugi. Odbił się i poleciał dalej. Chcę więcej. Chcę dużo więcej. Chce tego tutejsza ekipa, dzieci, ich opiekunowie oraz nowoprzybyli. Wiecie, że kiedy bardzo czegoś chcemy, wcześniej czy później to do nas przychodzi?
Dla fizyków kwantowych to jasne jak budowa cepa. Skoro nasza świadomość jest przestrzenią dla energii, energia jest przestrzenią dla zamysłu, a zamysł powoduje wszelki ruch, to co spowoduje zamysłów wiele? Jak myślicie?
Oczy otworzyłam szeroko. Z pobliskich zabudowań i bloków zaczynają wysypywać się następne postacie. Jeden zabłąkany, świadoma deszczu matka z synem. Całe rodziny. Parking wypełnia się samochodami. Karuzela i Koło Fortuny pod czerwonym parasolem, idą w ruch. Dzieci z kałuż przechodzą do prawdziwych atrakcji wodnych. Słońce muska po plecach. Ptaki zaczynają śpiewać, wtórując latynowskim brzmieniom dochodzącym spod namiotu DJ – a. Moje nogi same chodzą w rytm takiej muzyki.
Do punktu charytatywnych cegiełek i atrakcji ustawiają się kolejki. Pani Dyrektor z twarzowym koszyczkiem między dziećmi chodzi, rozdając słodkie cukieraski, Patrzę po policzkach. Nabrały rumieńców. Od słońca i uśmiechów, które zawitały na twarzach wszystkich. Pierwsze kiełbaski z grilla schodzą. Kuszące kolorowe słodkości przed budynek wyjechały. Słyszę głos Pani Dyrektor: Bawimy się o godzinę dłużej. Czuję się jak po drugiej stronie magicznego lustra.

Ponownie zerkam na wodę w zagłębieniach. Teraz nikomu już nie przeszkadza zbytnio. Moją duszę przepełnia radość. Przecież to wszystko dla nas. Gdyby znowu niezaangażowanie garstki osób, gdyby nie wiara ich i im podobnych, mogłoby tego wydarzenia w ogóle nie być. Mogłoby nie być małych i większych radości.

A teraz pytania, bo interpelacje dają do myślenia. Co tu się w ogóle wydarzyło?
Czy to cud był a może zbieg okoliczności ? A może tak się Pani Dyrektor fuksnęło?

Osobiście twierdzę, że tu cudów nie było. Nikt na nie liczył. Wiara i nadzieja zrobiły swoje. Materia energii w tym miejscu pochyliła czoło. Wywieramy wpływ na świat, w którym istniejemy, często nie zdając sobie z tego sprawy. Wspierające słowo, pozytywne myśli, niewiele więcej trzeba. Nawet pogoda się nas wcześniej, czy później posłucha. W jedności siła. Jeśli w to nie wierzysz, co Ci szkodzi? Czy wiara kosztuje? Odważnych jak Pani Dyrektor zawsze warto wspierać. Na wszystkie sposoby.

Minął dobry tydzień. Od chwili kiedy na pikniku wyszło słońce, z nieba żar się nadal leje. Pani Dyrektor i cała reszta pokazała siłę pozytywnego myślenia.
Idą wakacje, a my lata spragnieni. Ja jednak deszczyku troszkę potrzebuję. Czekają na niego las, łąki, pola i ogródki działkowe. Wypatrują alergicy. MOCARZE moi kochani, prosząc o pogodę, pamiętajcie o równowadze. Idąc śladami Pani Dyrektor, nie bójmy się deszczu.

Robiąc ten wpis, siedziałam przed otwartym oknem, kiedy nagle dobiegł do mnie znajomy mi zapach. W powietrzu poczułam świeżość. Usłyszałam znajome mi kap, kap, kap. Podniosłam głowę. Spadł przyjemny ciepły deszczyk. Dobrze mi.

 

 

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 10/11

Na włoskiej ziemi popadłam na chwilę w zadumę. Dzisiaj, krótka historyjka o tym, co komu w Mieście Dożów sprawia frajdę.

Domator
Obserwuję młodziutkiego chłopaka, z którym również mam sposobność przebywać na co dzień w pokoju. Jest poranek. Przez szczelne okiennice do pomieszczenia stara się wniknąć słońce. Za oknem rodzi się życie. Siedzi w Centrum Wenecji na łóżku prawie pod sufitem. Nieopodal niego Multum splątanych kabli. Zapatrzony w dwa telefony komórkowe i komputer namiętnie ogląda koreańskie programy i seriale telewizyjne. Wstaje raptem do toalety, bo nieco ciała ma więcej więc schodzenie z piętrowego łóżka go męczy. Liczę na to, że skuszony głosami za oknem oderwie wzrok od ekranu i pójdzie się przewietrzyć.
W południe wpadam do pokoju tylko na chwilkę. Zmiana niewielka. Chłopak przekręcił się na drugi bok. W ruch poszedł telefon. Portale społecznościowe. Jestem coraz bardziej go ciekawa.
Wracam wieczorem. We wspólnym aneksie jadalnym ciemno. Resztki wpadającego do pomieszczenia światła odbijają się od denek grubych okularów na nosie. W uszach słuchawki. Młodzieniaszek w grę strategiczną przycina. Są przeróżne stwory, dobre i złe postacie oraz multum strzelania. Dobry jest! Słuchawki w uszach, skupiony na twarzy, więc nie śmiem przeszkadzać.
Pytam tylko na koniec: I kto wygrał? Mina zadowolona, postawa zwycięzcy. Już wiem wszystko. Nawet nie musi odpowiadać. Słyszę: No jak to kto? Ja. Naprawdę sympatyczny człowieczek.
Zastanawiam się jednak:
Przyjechać do Wenecji i spędzać całe dnie w łóżku, grając z kolegą z drugiego końca świata w gry komputerowe? Ciekawe zjawisko, bo nie jeden marzy, aby być na jego miejscu. Aby zatracić się i mieć sposobność pomieszkać kilkaset metrów w epicentrum jedynego w swoim rodzaju miasta. Jego wybór uszanowałam. Na koniec popatrzyłam jednak, jak i tak zepsuty wzrok Sobie nadal psuje. Pomyślałam, jak ja mój obecnie szanuję. Kiedy wydorośleje, może oczy na świat otworzy, tylko wtedy oczy powiedzą: Sorry.
Muszę przyznać, że temat gier jest mi bardzo odległy. Gdybym go nieco lepiej poznała, może zrozumiałbym chłopaka nieco więcej? Na razie wiem, że w Korei, samobójstwa wśród celebrytów są na porządku dziennym. Narodził się Efekt Wertera, ponieważ znajdują oni rzeszę naśladowców wśród zwykłych obywateli. Co robi wirtualny świat z młodymi ludźmi? Wystarczy obejrzeć „Salę samobójców” Jana Komasy. To mi wystarczy. Na gry jestem uczulona.
Chwilowo jest nostalgia i tylko tyle, a jutro dużo i wesoło o powrocie.

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 9/11

Podobno najpiękniejsza księgarnia na świecie
Dostałam wskazówkę: W Castello znajdź Campiello del Tintor. To magiczne miejsce.
Powiedziałam Sobie: To musisz zobaczyć. Miejsce ukryte wśród zawiłych uliczek. Tak bardzo, że na mapie nie odnajdziesz. Tu można znaleźć się przypadkiem, chociaż twierdzę, że życie nie zna słowa przypadek. Można też po prostu bardzo chcieć. Ja tak miałam.
Malutki zaułek a w nim placyk. Zielono nagle się zrobiło. Po prawej stronie drzewo wyrosło tak ni stąd, ni zowąd. Na nim koszyczki zawieszone z książkami. Zaraz obok taczki z książkami stoją pod gołym niebem. Zaraz przy wejściu drewniany nienowy już stolik.
Na spłowiałej wielkiej kartce zawieszonej u boku stolika, na której leży sterta luźno rozrzuconych zdjęć i plakatów napis: Najpiękniejsza księgarnia na świecie. Na szczycie założenia siedzi czarny kot obserwujący przylatujące tu gołębie. Niektórzy głaszczą go z ciekawości i idą dalej, inni chcą znowu wyciągnąć jakąś pocztówkę spod jego tyłka.
Wielkie drzwi otwarte na oścież zapraszają gości. Zaglądam do środka kamienicy. Końca nie widać. Wszystkie pomieszczenia wypełnione książkami. Wśród poukładanych od ziemi do sufitu stert ludzie szukają tej swojej książki jedynej.
Tu nie ma podziału na te z antykwariatu czy na te nowiutkie prosto z drukarni. Wszystko w jednym miejscu. Tematyką podzielone, ale nie na odrębne działy. Tu jest jedność, płynne przejścia tematów od jednego do następnego. Każda lektura ma swoją wartość. Chociaż cena indywidualna wyznaczana przy kasie nie ma się co przerażać. Tu majątku nie zostawiasz, a kwota jest raczej symboliczna.

Wyobraźcie Sobie zabytkową kamienicę. Przechadzasz się wśród labiryntu. Sam nie wiesz, co kiedyś było salonem a co kuchnią. Z kamienicy wyjść kilka. Możesz z każdego skorzystać, ale tutaj tyle się dzieje, że wychodzić szkoda. A jak wychodzisz na dziedzińce, zdziwienie Cię dopada. Tam też książki prawie do nieba po ścianach się pną. Myślą sobie: Co mi tam pogoda. Mimo że ciasno masz gdzie przysiąść. Na ławeczce na zewnątrz albo na fotelu w środku. Siadasz przy otwartych drzwiach a pod stopami woda. Przez szeroko otwarte wrota patrzysz na jeden z tutejszych kanałów. Na wyciągnięcie ręki właśnie gondola przepłynęła. Wstajesz, ale jeszcze na chwilkę opierasz się o poręcz zrobioną z drewnianego pagaja. Jesteś ciekawy i wychylasz się nieco. Jesteś w miejscu dwóch zbiegających się kanałów. Nietypowy nawet jak na Wenecję widok.
Na jednym z dziedzińców schody. Takie inne, bo z książek. Wspinasz się, aby popatrzyć na to miejsce z góry. Mija sporo czasu, zanim zaczniesz literaturę przeglądać.
Na środku głównego pomieszczenia gondola. A w niej: książki! Jakże by inaczej. Tutaj warto mieć dużo czasu. Tu można odpocząć. Stąd wyjść zadowolonym, nawet jak nic nie kupisz. Tutaj można zakochać się w książce, gdy się książek nie czyta.
Urzeka mnie klimat tego miejsca. Szperanie i czytanie pokątne. Szelest kartek, szurających po posadzce butów, szum wody i przepływających powoli za oknem gondoli. Piękny to pojęcie względne. Ktoś powie miejsce dziwne. Inny zakręcone, inne niż wszystkie. Dla mnie energetyczne.
Ja też znalazłam coś dla Siebie. Piękny album Anny Glades. Nowiutki. Wypatrzyłam również książkę kucharską z tradycyjną włoską kuchnią taką jak od babci. Gdybym tylko miała miejsce w bagażu. Nie mam. Nic nie szkodzi. Co moje to moje. Przywiozę wspomnienia i kilka zdjęć.

Titanic?
Robi się późno. Szukam drogi powrotnej. Jak myślicie, gdzie jestem? Znowu do mnie przyszedł: Piazza San Marco. Znam go już dobrze. Stąd już droga prosta. Dzisiaj patrzę i wsłuchuję się w morze. Wzdłuż brzegu Wenecji przetaczają się różniste pojazdy wodne. Najbardziej popularne gondole i coś, co je przypomina. Motorówki. Te robią dużo hałasu o nic. Turystyka lokalna przewożąca ludzi na wyspy kwitnie. Od czasu do czasu na tle monumentalnych budynków wyłania się wielkie bydle. Statek a na nim napis NORWEGIAN STAR. Ja przy napisie czuję się jak szara mała myszka. Napis świeci, bo ponoć łajba po remoncie. Na samym szczycie boisko i wodne centrum zabaw. Co jest w środku, nie mam zielonego pojęcia. Warto zaglądnąć do neta i doczytać. 17 wielkich lokali gastronomicznych, Spa, Klub Fitness, teatr, kasyno, dyskoteka i Bóg wie co jeszcze. No i Ci, co bestią podróżują. Kusi mnie kiedyś, aby sprawdzić, czy piszą prawdę. Na razie zrozumiałam, co znaczy „DUŻY”.
Prawa wyporności znam, ale i tak nie mogę uwierzyć, że to coś w ogóle po wodzie bieży. Bestia przesuwa się zgrabnie jak na swoją wagę. A przy nim łódeczki wielkości zapałki huśtają się delikatnie. Tak. Tak. Krzywdy im nie robi, jakimś cudem. Do podtapiania Wenecji pewnie się dokłada. Takiego poprowadzić to się nazywa wyzwanie. Przy nim jazda czołgiem to tylko zabawa. Czuję się jak w rodzinnym mieście Guliwera. Przerosło mnie? Nie. Raczej zaskoczyło. Nie pasuje do tego miejsca. Statek oczywiście. Ja pasuję. Idę tam, gdzie małe cieszy.

DSCF0907 DSCF0890 DSCF0897 DSCF0899 DSCF0903 DSCF0906 DSCF0909 DSCF0910 DSCF0912 DSCF0916 DSCF0917 DSCF0918 DSCF0920 DSCF0921 DSCF0922 DSCF0925 DSCF0927 DSCF0929 DSCF0930 DSCF0933 DSCF0934 DSCF0940 DSCF0942 DSCF0945 DSCF0948 DSCF0949 DSCF0954 DSCF0971 DSCF0973 DSCF0975 DSCF0884 DSCF0967DSCF0970

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 8/11

Murano
Po trzech dniach w Wenecji w każdym zakamarku można poczuć się już jak u Siebie. Pomykać zawiłymi uliczkami bez mrugnięcia okiem, bez stresu, bez kierunkowskazów bez pytań o drogę.
Takie jest moje osobiste odczucie. Czas wypłynąć więc na szersze wody. Płynę na Murano. Cel wyprawy? Kupić szklaną małą dżdżownicę. Dziwny cel? Każdy jest dobry byle ruszyć pupę z miejsca. Wyruszam.
Płynąc statkiem, doświadczam stanu flow. Jestem pochłonięta bezczynnością. Milczę, wsłuchuję się i nic więcej. Czuję się, jakby moja skóra była balonem wypełnionym powietrzem. W środku pustka. Pusto wszędzie tam, gdzie zazwyczaj są wszelakiego rodzaju narządy. Pusto również w zazwyczaj główkującej łepetynce. Tylko Ja i morskie fale, nic więcej się dookoła nie liczy. Piękne uczucie bycia Tu i teraz. Cała reszta gdzieś umknęła.
Murano pachnie kwiatami. W nosie przyjemnie kręci od słodkiego. Zapach miesza się z rześką nutą morza zamkniętą w wilgotnym powietrzu. Przyjemnie chodzi się wzdłuż brzegu. Idę na bosaka. Po co będę buty niszczyć. Przyjemne ciepło bije od kamiennej posadzki. Szerokie trakty piesze i mniejsza liczba turystów sprawiają, że przez chwilę można tu odpocząć od weneckiego zgiełku.
Cała wyspa słynie z ręcznie formowanego misternie formowanego szkła. Zaglądam do trzech sklepików. Na półkach drobne szklane figurki wielkości jak dla Calineczki. Są wisienki, cukieraski, ślimaczki, hipcie i cała reszta. Czuje się jak słoń w składzie porcelany. W każdym sklepie prawie to samo. Dżdżownica też jest, ale mało się uśmiecha. Odpuszczam.

Wracając wieczorem do siebie, rozglądam się po twarzach. Cóż za heterogeniczność. Odmienne zachowania, co rusz inny ubiór. Mężczyzna z makijażem i elegancka Pani z parasoleczką. Powtarzam się pewnie, ale twierdzę, że wyjazdy to największa nauka. Potwierdził to również jeden z moich ciemnoskórych współlokatorów. Potwierdza własne doświadczenie.
Czego się uczymy poza domem oprócz języków? Zrozumienia, akceptacji dla różnorodności i wiele więcej. Nadmienię, że omijam tutaj temat wszystkich szaleńców, którzy kochają wojny i zabijanie. Mówię o tych, co życie kochają. A więc:
Tylko poza domem facet w sukience przestaje być dla Ciebie odmieńcem.
Bo w Wenecji, chociażby faceci nie pitolą ze strojem. Co ich to ich. Ubierają to, w czym dobrze się czują. Jednemu ładnie w pończochach i czarnej bawełnianej powiewającej tunice. Drugiemu w rajstopach i lśniącym płaszczu.

Wystarczy przyglądnąć się jednak i bacznie posłuchać lub wejść we wspólną dysputę. Zagadałam jednego takiego, co w lekkiej zbroi był, chociaż na niebie mocne słońce. Z papierosem w ręce, telefonem w drugiej i słuchawkami na uszach podpierał leniwie jeden z mostków. Sympatyczny, kulturalny, pewny siebie i całkiem normalny.
My nad wyraz pachnący mówimy czasami: Tamci to śmierdzą. Tamci to odstawiają dziwactwa w stosunku do całej reszty. Twierdzimy, że czasami tych w naszym mniemaniu odmieńców jest mniejszość, dlatego tak ich nazywamy. Zamknięci w czterech ścianach nie zdajemy sobie sprawy, jak świat jest różnorodny. To zazwyczaj na wyjazdach, ci o jasnej czy ciemnej karnacji, skośnoocy i cali ukryci pod szatą stają się sobie równi. Dlatego uważam, że warto dotknąć i zobaczyć, a nie tylko powtarzać co inni mówią. Naukę czerpaną z doświadczeń nie zastąpi ludzkie gadanie ani żadne mądre książki. Co najwyżej wiedzę uzupełnią.

DSCF0850 DSCF0848 DSCF0844 DSCF0846 DSCF0851 DSCF0860 DSCF0863 DSCF0865 DSCF0871 DSCF0874 DSCF0875 DSCF0876 DSCF0050 DSCF0047 DSCF0033

Pan Dyrektor

Na przykładzie jednego napiszę o tych, których mogłoby tu nie być. Mogliby wydelegować zadania i pilnować, tylko żeby zgadzało się w papierach. Jednak są tam, gdzie uważają, że być powinni, bez względu na pogodę i godzinę. Dzisiaj o zaangażowaniu, o „byciu” wśród zwykłych, o wyzwaniach małych i tych niepowszednich.

Dzisiaj i wczoraj
Jadę lokalną drogą. Po mojej prawej stronie zerkam na nowo powstałe boisko piłkarskie. Cichutko i pusto. Dookoła jeszcze remonty. Otoczenie wygląda na chwilowo zapomniane. Zero ludzi. Nieboskłon licznymi chmurami pokryty. Na trawie brak światłocieni.
A jak było tutaj wczoraj? Wracają wspomnienia.
Piękne mocne słońce. Gorąco. Bławatkowe niebo spowite nielicznymi delikatnymi smugami chmur. Wygląda, jakby artysta nieznacznie musnął po nich pędzlem, zamoczonym w kisielowatej białej farbie. Lekki wiaterek można poczuć na policzkach. Tak w nagrodę.
Wpadam na stadion. Wpadam to dobre słowo, bo miało mnie tu nie być. Wyszło jednak inaczej. Na boisku piłkarskie rozgrywki między przedszkolne. Takie tam futbolowe zmagania kilkulatków. Na miejscu organizatorzy, dzieciaki z tutejszych kilkunastu przedszkoli oraz ich opiekunowie. Do tego ja. Tak z przypadku? Nie. Bo wszystko jest po coś.
Boisko duże z zieloną nowiutką trawą pięknie komponuje się z niebem. Sprawdzam bosą stopą. Trawka przyjemna chociaż sztuczna. Na środku kilka bramek piłkarskich. Publiki wielkiej nie ma, ale z tego, co widzę, nie jest małolatom potrzebna. Dzieciaczki z poszczególnych placówek, wzdłuż płotu mięśnie rozgrzewają. Kręcą się i wiją i doczekać nie mogą. Emocje już są. Co któreś zerka na obok stojące kolorowe pompowańce. Wie, że na nie też przyjdzie pora, ale najpierw równie ekscytująca zabawa.
Zamyśliłam się na sekundę i zapatrzyłam. Wypadłam tak szybko, jak wpadłam, bo obowiązki czekały. Miałam nie wracać w to miejsce, pojechałam jednak po aparat. Są, albowiem rzeczy ważne i te ważne inaczej. Coś mnie tu ciągnęło z powrotem. Dzieci? A może, atmosfera tego miejsca? Narastające od początku emocje? Wszystko po troszkę, ale głównie PAN DYREKTOR i jego zachowanie. Takie chwile działają na mnie jak magnes. Zobaczyłam coś dobrego i to mi wystarczy, aby chwile uwiecznić.

Puchaty Miś i wielka Mrówa
Na środku boiska Pan Dyrektor. Mimo sporych temperatur ubrany w garnitur. Z szacunku czy dla elegancji a może, bo tak lubi? Nie ma znaczenia. Podziwiam, bo słońce dary z nieba niesie. Ciemna marynarka, gdzie granat z szafirem w promieniach się miesza. Spod niej wystaje różowa koszula. Kolor ciągle w modzie. Obowiązkowo krawat. Mały wygodny mikrofon znalazł swoje miejsce blisko twarzy, wokół której dużo się dzieje dzięki kruczej kręconej bujnej czuprynie. W ręce zgrabny nadajnik. Postura drobna, boisko za to duże, więc trzeba człowieczka wypatrzyć. Na środku jeszcze kilka osób. Ludziska z tutejszej Akademii Piłkarskiej i Ci do pomocy. Co jakiś czas w kadrze dostrzegam białego, ruchliwego, puchatego Misiaka i żółtą wielką Mrówę.

Zaczyna się
Ruch jak w mrowisku, bo mali gracze z tych, co na miejscu nie usiedzą długo. Jedna z dziewczynek przejmuje się, że ma koszulkę bez logo, a przecież inne znaczek mają. Dzieci potrafią przejąć się rzeczą dla innych nieznaczącą. Nie warto bagatelizować. Inny chłopiec przeżywa, że będzie w bramce bronił. Podekscytowane są również Panie opiekunki. Serca biją. Pierwsze flesze migają. Radość czuć w ciepłym powietrzu.
Pan Dyrektor wydaje pierwsze dyspozycje. Jak się okaże potem również ostatnie. Wszystko jasno i klarownie. Na twarzy rysuje się mocny uśmiech. Od czasu do czasu wiatr, o którym wspominałam, gubi się w jego włosach. Muzyka w tle do tańca porywa. Kiedy impreza się rozkręca, ręce i nogi Pana Dyrektora już same po boisku chodzą w rytm muzyki. Marynarka na tym etapie zbędna.
Przesympatyczna kurpulentna Pani, po której lat nie widać stoi blisko bramki i czeka, co się wydarzy. Słyszę słowa: Kochanie, chodź, zawiążę ci sznurówkę, ale najpierw strzel gola. Inny okrąglutki malec broni bramki. Wprawa jeszcze niewielka, ale wie, o co chodzi. Pani podskakuje z radości i twierdzi, że rok temu chłopak był jak to boisko zielony. Widzę, że sama chciałaby piłkę przejąć. Ach te stopy niesforne. Powstrzymuje się jednak. Stoję obok niej na środku założenia, bo tu nikogo, nikt nie przegania. Pan Dyrektor pojawia się na chwilkę i znika. Jedna z maluczkich drużyn wygrywa 15:0
Ciekawy wynik.

Zaduma
Powiecie: Impreza jedna z wielu. Pewnie macie rację. Po co o niej piszę?
Ostatnio wypełniałam ankietę z pytaniem: Czy wiesz, co nowego w jednej z państwowych placówek się dzieje? Niby wiedziałam, ale ciągle za mało. Coś tam usłyszałam od innych. Czasu na ciekawość zabrakło i obserwacji, a ja chcę widzieć i wiedzieć więcej. Wypatrywać ważne i dobre.
Kiedy przysłuchuję się krytyce, czuję czasami niedosyt. Sztuką jest, albowiem zauważać. Sztuką jeszcze większą, widzieć pozytywne, kiedy wielu opowiada o tym, co złe i jeszcze nie raz ma z tego satysfakcję. Wielu nie chce widzieć. Wielu wie coś ze słyszenia. Gdyby tu byli.
Nie interesują mnie oceny, że ktoś zrobił coś inaczej, a mógłby lepiej. Dla mnie już sam fakt, że ktoś coś robi, zasługuje na uwagę. Nawet jak czasami nie wychodzi. Wsłuchuję się czasami w komentarze o wyglądzie, czy niezadowoleniu po zmianach opcji politycznych. Ja chcę dostrzegać to, co z pożytkiem dla ludzi i nie koniecznie tylko dla mnie. Dzisiaj w tym miejscu dużo korzyści widzę. Dużo pracy włożonej i dużo w tym wszystkim serca. Cóż, że małe, ale cieszy.

Da się czy nie da?
Pana Dyrektora dzieci tu nie ma. Nie ma rodziny, nadrzędnych osobistości i tłumów, które podziwiają. Jest uśmiech na buziach setek radosnych pociech. Wynik wynikiem. Plany swoją drogą. Emocje, które obserwuję i wszystkie znaki na niebie mówią mi, że on tu jest dla Siebie i tych, co dzisiaj są ważni. Tych wszystkich maluchów — karaluszków jak nazywa dzieci jeden z moich znajomych. Po to, aby być częścią czegoś małego, aczkolwiek wzniosłego. Czerpać nowe doświadczenie, sprawdzać, czuć, dawać przykład, pokazywać: Da się.
Może powiecie: Ale to jego rola i zadanie. Tyle przecież ma do roboty ten Pan Dyrektor. No tak, ale ilu jest takich co tak naprawdę „SĄ” w centrum wydarzeń?
Jeśli chcecie kiedyś sprawdzić, jakie wyzwania ma przełożony, na wyższym stanowisku polecam samemu spróbować. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, co dyrektorzy robią w dzień powszedni, polecam mniej mówić, a więcej podglądać.

DSCF1544 DSCF1574 DSCF1560 DSCF1562 DSCF1561 DSCF1546 DSCF1581 DSCF1591 DSCF1588 DSCF1603 DSCF1572 DSCF1549 DSCF1573 DSCF1557 DSCF1600 DSCF1604 DSCF1612 DSCF1617 DSCF1620 DSCF1612 DSCF1598 DSCF1616 DSCF1615 DSCF1611

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 7/11

Dzień czwarty
Piazza San Marco
Za oknem tubylec do pracy podąża i wesołą piosenkę jak z jakiegoś musicalu podśpiewuje. Warto teraz w miasto ruszyć. Teraz budzi się weneckie życie na nowo.
Na moście Rialto pusto. Wczoraj wszyscy patrzyli przed Siebie oparci o kamienną poręcz. Dzisiaj Rialto odkrywa przede mną swoje tajemnice. Wyrazy miłości we wszystkich językach. Imion setki. Daty i znaki, o których tylko przechodzień – rzeźbiarz, wie, co znaczą. Tutaj naprawdę trzeba się postarać. Kamień wiekom się nie daje a co dopiero turyście.
Kierunek Piazza San Marco. Dla Was. Zanim dzwony dziewiątą wybiją i zrobi się nagły wysyp wycieczek. W drodze mijam kilkukrotnie wielkiego śliniącego się psiaka, który fioletową piłeczkę z pyska co rusz upuszcza, dając znak, żeby pan się zatrzymał. Gdzie on tu sika, nie mam zielonego pojęcia. Wiem, jednak że z naturą się nie polemizuje i jak przychodzi pora, to przeproś, nie ma. Nagle wychodzę w samym Centrum wielkiego założenia.
Przeżyj to ze mną. Zamknij oczy. Zobacz.
Tylko kilka osób. Knajpki dopiero co oczy otwierają. Obrusy na stolikach zapodane. Ich biel w słońcu błyszczy. Setki czerwonych żółtych i niebieskich krzeseł piękny widok zawdzięczają otoczeniu. Kolorem dominują. Wyglądają ładnie, bo i tło im sprzyja. Z wielkością elegancją monumentalnością tutejszych założeń nie konkurują. Jakoś się plastik z kamieniem w Wenecji dogadują.
Oglądam szczegóły. Jest tego multum. W rzeźbach i malowidłach bez liter całe historie można godzinami czytać. Samemu dochodzić prawdy. Zapamiętywać to, co nas urzeka. Zapychać głowę cyframi, tylko gdy masz potrzebę, w przeciwnym razie nie warto.
Obok mnie słyszę rodzimy głos. Przewodniczka Polka zaczyna opowiadać o tutejszej wodzie. Tyle centymetrów było, Tyle będzie za godzinę. Sumami matematycznymi operuje. Maturę zdałam, ale niewiele zrozumiałam. Chyba do grupowych wycieczek nie nadaję się zbytnio. Są kałuże, a potem ich nie będzie. Po co mi więcej. Wystarczy, że pewnego wieczoru widziałam przy Canal Grande, co przypływ robi z tym miastem. Woda wpływa do domostw. Jest zagrożeniem.
Wycieczka pojawiła się nagle i nagle zniknęła. Niech Sobie biegnie dalej, ja jeszcze chwilkę zostaję.

Patrzę na historyczny plac, gdzie ptaki taplają się w wodzie, dzieci siadają na rzeźby, a mewy jedzenie podkradają. Na ludzi wschodu, którzy uzbrojeni po uszy w nowoczesny sprzęt mają w naturze wszystko i wszędzie nagrywać. Na czyste niebo. O placu i bazylice możecie wiele doczytać lub zobaczyć sami, jeśli stwierdzicie po zdjęciach, że warto. Osobiście polecam być, oglądać, dotykać, nasłuchiwać, wąchać. Poczuć samemu to miejsce. Na spokojnie bez pospiechu.
Oho! Wody się opiłam. Natura woła. Rozumiem chyba, co czuł pies stojący na środku betonowego placu. Pod lampą mu nie pozwolono. Zmykam. Zwieracze wołają. Siku. Siku! Za chwilkę wracam.

Na jedno z najsłynniejszych miejsc Piazza di San Marco wracam w samo południe. Wyczytałam, że przewija się tu 20 milionów turystów rocznie. Wierzę. Będąc tutaj, również się przecież dokładam.
Ludzi jak mrówek. O rety. Po pietach drepcą. Sprzęt w postaci kamer, aparatów fotograficznych i telefonów odpalili. I ciągle mówią. Zagłuszają szum wody. Zdjęcia robiącym zdjęcia pstryknęłam i idę dalej. c.d.n

DSCF0654 DSCF0659 DSCF0661 DSCF0662 DSCF0669 DSCF0670 DSCF0671 DSCF0672 DSCF0673 DSCF0674 DSCF0675 DSCF0688 DSCF0692 DSCF0693 DSCF0694 DSCF0695 DSCF0696 DSCF0697 DSCF0699 DSCF0701 DSCF0702 DSCF0703 DSCF0704 DSCF0706 DSCF0709 DSCF0711 DSCF0712 DSCF0713 DSCF0714 DSCF0715 DSCF0716 DSCF0717 DSCF0719 DSCF0720 DSCF0725 DSCF0730 DSCF0734 DSCF0735 DSCF0736 DSCF0739 DSCF0740 DSCF0742 DSCF0744 DSCF0746 DSCF0747 DSCF0749 DSCF0750 DSCF0751 DSCF0752 DSCF0755 DSCF0757 DSCF0758 DSCF0760 DSCF0762 DSCF0764 DSCF0765 DSCF0767 DSCF0774 DSCF0776 DSCF0781 DSCF0788 DSCF0865 DSCF0792 DSCF0793 DSCF0798 DSCF0799 DSCF0802 DSCF0808 DSCF0815 DSCF0819 DSCF0826 DSCF0833 DSCF0700DSCF0746

 

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 6/11

Dzisiaj będzie nieco krócej. Czy treściwie sami osądźcie? Dam Wam od długaśnych wpisów nieco odpocząć. Tak dla zdrowotności i różnorodności. Opiszę jeden z moich weneckich wieczorów.
Kolacja
Zabieram się za nią.
Będąc poza domem, włączasz czasami myślenie. Tego zabraliśmy za mało, a czegoś innego nie wzięliśmy w ogóle. Następna myśl: Trzeba kupić. Tylko na wyjeździe możesz spotkać się z wyzwaniem, czym rozsmarujesz masło, gdy noża ze sobą nie zabrałeś. Przecież nóż kupować specjalnie, to rozwiązanie mało praktyczne a jeść przecież warto. A dlaczego nie poczekać jak masło nieco zmięknie i użyć trzonka od szczoteczki do mycia zębów? Takich rozwiązań możesz tworzyć bez liku. Ćwicząc główkowanie, możesz być pewien, że głowa dłużej posłuży.
Z trzonkiem szczoteczki w ręce zjadłam kolację. Zeszłam na psy? Ja się tak nie czuję. Poradziłam Sobie? Owszem.

Zambijski artysta
Za oknem ciemno. Miasto usypia. Wchodzę do pokoju i siadam. Słucham, a on opowiada. Viktor Mutelekesha. Oglądam jego dzieła. Wsłuchuję się, jak powstawały. Za dwa lata widzę go na Biennale mającego własny pawilon i reprezentującego swój rodzimy kraj Zambię. Dlaczego? Bo to jest jego marzenie. A on go ma i chce spełnić.
Viktor, jeśli czytasz ten wpis, pamiętaj: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. Trzymam kciuki.
Wracam do Was. Dzisiaj wiem, że wszystkiego się nie da. Że nie da się wiele i nie w kilka dni. W Wenecji to wręcz niemożliwe. I to nie w trakcie Biennale. To jak pogoń za zajączkiem, którego nie da się złapać. Wieczne zmęczenie i niezadowolenie, bo jeszcze coś trzeba było, ale się nie zdążyło.
Na ten moment staram się cieszyć, z tego, co mi się zobaczyć udało. Jeśli mam ochotę poczytać w środku Wenecji, po prostu czytam. Niech inni biegają. Ja wolę zwolnić i przyglądać się im. Więcej ujrzę i więcej wysłucham w tym czasie.
Jest już dużo po północy. Za oknem ciągle słychać liczne śmiechy i głosy. Niedługo zamilkną. Kiedyś spać trzeba.
Wczoraj spalam na piętrze, dzisiaj zeszłam do parteru. Miałam okazję, to wykorzystałam. Na de mną nowy współlokator. Ciężki. Bardzo ciężki. Łóżko przy każdym jego ruchu wydaje trzeszczące dźwięki. Jest lekka andrenalinka.

Chrapanie jest jak Performance
Na górze obok ktoś chrapie.
Na dole chrapie. Każdy w innym tempie, ale rytmicznie. Nie chrapie tylko tęgi Koreańczyk. Do niego jeszcze wrócę. Patrzy w ekran monitora i jest zupełnie cichutko. Oddycha spokojnie. To trzeba przeżyć. Czasami przytulić sytuację. Czasami zaakceptować. Innym razem w środku nocy poprosić, aby ktoś przewrócił się na bok albo światło wyłączył. Przeżyć to po swojemu. Powiem jedno. Nie zdawałam sobie sprawy jak dużo ludzi chrapie. Chrapie cały świat. Ile ja doświadczam, nawet w pokoju, to głowa mała. Bajer.
Podsumowuję dzień. Jedyną rzecz, jaką zaplanowałam tego dnia to trasa na spotkanie ze znajomą. Znałam już te ścieżki, a jednak zgubiłam się, choć droga była niedaleka i prosta. Los płata figle. Zasypiam. Ciekawe czy ja chrapię? Nie. Ja nie. Ja na pewno nie. Chociaż. A jak jest u Ciebie?

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 5/11

Dzień trzeci
Rozpusta
Wstałam późno. Kiedyś wyspać się trzeba. Za oknem gwar. Otworzyłam ciężkie okiennice a zaraz po nich szeroko okno. Wenecja tętni. Tętni życiem moja uliczka, w którą wdziera się mocne słońce. W knajpkach słychać dźwięk kieliszków. Niektórzy kończą śniadanie, inni już rozglądają się za lunchem. O matko jedyna, dzwony w południe biją! Czas na przechadzkę.
Dzisiaj ślimaczę się. Wychodzę z hostelu i siadam w pierwszej lepszej knajpce. Dzisiaj w środku pobytu rozpusta. Nie przepłacam, ale i nie oszczędzam. Knajpka malutka. Stolików kilka. Zamawiam zupę rybną i rozglądam się po ludziach. Jedni gonią przed Siebie inni patrzą po sklepowych witrynach. Rzadko kto się zatrzyma, a jeśli już to żeby nerwowo sprawdzić, czy droga dobra, kupić z nudów lody czy na szybko zrobić jeszcze jedno zdjęcie jeszcze jednej uliczce. A w górze tyle się dzieje. Wow. W oknach w słońcu znowu suszy się bielizna. Gołębie szukają resztek jedzenia. Ktoś w kąciku gra cichutko na skrzypcach. Muzykę zagłusza co rusz turkot walizek, tych co wyjeżdżają.
Podają zupę. Wygląda zjawiskowo. Jeśli chcesz polubić owoce morza i ryby wybierz Włochy. Nie najbardziej polecaną drogą restaurację w wielkim mieście dalekim od mórz i oceanów. Nie nasze bałtyckie jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz. Spróbuj bogactwa z akwenów Morza Śródziemnego, a nie pożałujesz.

Tutaj wszystkie małże i mule otwierają się na dzień dobry. Krewetki królewskie mają piękny różowy kolor. W zupie wyczuwam lekko kwaśnawy smak cytryny. Czuję zapach słonecznych pomodori i soli morskiej. Ryby rozpływają się w ustach, ale nie są rozgotowane. Do tego wypieczona ciepła bagietka. Miód z morza w gębie. Zjadłam, a płyn do ostatniej kropli wypiłam, na oczach wszystkich.

A teraz o pieniążkach. Pamiętajcie, że we Włoszech doliczają napiwek do rachunku. Zapomniałam, ale i tak zapłaciłam tyle, ile chciałam. Obieram kierunek spaceru. Idę. No zgadnijcie gdzie? Cel ambitny. Zdobyć coś na kolację. A co z Piazza di San Marco? Co z mostem Rialto? Co z innymi znanymi miejscami? Będą. Będą. Jeść coś trzeba, żeby była siła chodzić.

Vagbondare, czyli tułaczka z plecakiem
Idę się znowu zagubić. Why? Ma być przyjemnie. Kiedy gubię się, znajduję miejsca, o których nie piszą w przewodnikach. Równie zjawiskowe i piękne. Do tego lokalne knajpki, które bywają nieco tańsze. Te, co znane też się znajdą. Ich się często przeoczyć nie da.
W jednym z zaułków za kutą bramą tutejsza uczelnia a w niej park schowany. W środku pachnie oleandrami. I Bóg jeden wie czym jeszcze. Ogród nieco zaniedbany, ale w tym cały jego urok. Tu nie słychać turystów, tylko ptaki. Można położyć się na trawie i odpocząć. To dobre miejsce, żeby poczytać książkę.
Kiedyś miałam podejście, że trzeba „zaliczyć”. Najlepiej wszystko. Bo jak to nie zobaczyć czegoś, o czym w przewodnikach piszą?
Dzisiaj patrzę po bajkowo zielono-kolorowych balkonach, donicach z roślinami i kupcach, którzy rano rozstawiają towar. Daszkach, rynienkach, odpływów. Oglądam każdy kamień i cegłę. Zerkam dużo na ludzi. Nawet na ich cienie. Podziwiam rośliny znoszące tutejszy upał. Patrzę na cedry, platany, żywotniki, oliwki, wielkie ketmie, figowce, eukaliptusy, katalpy, perełkowce japońskie, tamaryszki. Kocham, ale wystarczy, bo Was zamęczę.

Ktoś podchodzi. Słyszę angielskie Hi i przyglądam się chwilę. Viktor Zambijczyk? Ten Viktor? On również zdziwiony, że ja w takim miejscu. Przecież on rano wyjechał pomieszkać gdzie indziej. Słów w gębie zabrakło. Stwierdził, że wraca na stare śmieci. Do hostelu, tam, gdzie jeszcze rano miał oglądnąć moje zdjęcia. Nie zdążył. Czasami ludzie wracają. To się nazywa: zbiegi okoliczności. Już czuję, że będą wieczorne pogaduchy.
Czyżby w mieście setek zaułków i uliczek, które nagle ze względu na kanały muszą zmienić kierunek, o spotkanie bez planowania nie trudno? A i owszem. Potwierdzam, że tutaj również. Mówią: Świat jest mały.
Odpoczęłam. Pożegnałam Idę dalej. Jest supermarket. Duży. I mozzarella z bufallo. U nas droższa i trudno uświadczyć. Wyobraźcie Sobie to cudeńko. Na zewnątrz mięciutka w dotyku tworzy zwartą nieregularną kulę, która plastycznie odkształca się po naciśnięciu. Delikatna prawie półpłynna w środku. Bielutka jak śnieg. Po rozerwaniu widać strukturę licznych ścięgien. Pływa sobie w lekko mętnym białym płynie, zapakowana w szczelny gruby woreczek napompowany do maksimum jak balon. Chlupocze. Widzę jej zarys. Smakuje jak: O Matko nawet trudno opisać. Pachnie troszkę naszą serwatką. Biorę bez wahania. I jeszcze kilka innych rzeczy. Woda, bo tutaj ciepło więc warto pić wody dużo. Plecak się przydał. Patrząc na obsługę, Porter Service, czyli ludzi, którzy walizki wielkie wożą gondolami czy na specjalnych dwukołowych wózkach, cieszę się, że mam tylko jego. Jak na razie ogarnia wszystko.

W trakcie tej mojej wędrówki zaczepiam o Piazzale Roma. Tak się trafiło. Przez przypadek. Ludzi tu multum. Zmykam. Tutaj wrócę, jak będzie spokojniej i pewnie jeszcze razy kilka. W drodze powrotnej jednym z zaułków tłum się zebrał. Ktoś przedstawia sztukę uliczną. Drobna scenka. Potem mijam zielony placyk. Tutaj głównie mieszkańcy z dziećmi się schodzą. Placu zabaw nie ma, za to bawią się ładnie, pisząc kredą po kamiennej posadzce. Inne na rolkach jeszcze inne na wrotkach i rowerkach przemykają. Tu inny gwar. Taki swojski.
Przy moście Rialto gościu na gitarze elektrycznej kawałki Vivaldiego przycina zgrabnie. Muzyka pasuje do tego miejsca.
Pomykam zjeść mozzarellę. Długo się nie uchowa. Wracam wkrótce.

DSCF0543 DSCF0544 DSCF0546 DSCF0550 DSCF0553 DSCF0557 DSCF0558 DSCF0560 DSCF0567 DSCF0569 DSCF0571 DSCF0573 DSCF0576 DSCF0577 DSCF0578 DSCF0579 DSCF0581 DSCF0582 DSCF0585 DSCF0588 DSCF0589 DSCF0591 DSCF0592 DSCF0593 DSCF0594 DSCF0595 DSCF0599 DSCF0603 DSCF0606 DSCF0612 DSCF0609 DSCF0613 DSCF0620 DSCF0626 DSCF0629 DSCF0630 DSCF0633 DSCF0636 DSCF0639 DSCF0640 DSCF0644 DSCF0650

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 4/11

Razem na ulicy
Dzień drugi zaliczam do tych, które są wzniosłe i symboliczne.
Pomysł wyjazdu do Wenecji zrealizowałam w pół godziny. Odwrotu nie było bilety zakupione. Hostele zapłacone z góry. Dzięki ciemnowłosej dziewczynie poznanej nie tak dawno, w której zniewalającym uśmiechu zakochałam się od pierwszego wejrzenia, złapałam byka za rogi i już nie puściłam. Wiem. Nie jesteśmy w Hiszpanii, ale wiecie, o co chodzi.
Podobnie było z Performance. Jelili (o nim za chwilkę) rzucił hasło na swoim FB. Skusił mnie wolontariat. Pomysł urzekł, więc zgłosiłam się. Przyjął ciepło. A potem tez ciepło było. W powietrzu i ludzkich sercach. Ujmę to w kilku słowach: To trzeba po prostu przeżyć.
Darmowy bilet na Biennale na jeden calutki dzień był miłym zwieńczeniem spędzonych chwil. Biorąc udział w wydarzeniu, zależało mi jednak na zupełnie czymś innym niż pieniądze. Gest Jelili był miły. Sprawił, że znowu było tanio. Skupmy się jednak na samym zdarzeniu.

Jelili Atiku
W Wenecji poznałam skromnego faceta, który kocha kontakt z ludźmi i nie obnosi się z tym, kim jest. Kocha to, co robi. Gdybym go spotkała w moim hotelu, powiedziałabym: Fajny kompan do rozmów. Facet, któremu baterie nigdy się nie rozładowują. Autentyczny i taki zwykły ze swą sztuką niezwykłą. Dlaczego? Zwieńczeniem Performance była powstała na oczach ludzi rzeźba. Byłam jej integralną częścią. Poczułam, jakby nowa forma miała duszę. Bóg zapłać.
Kim jest tak naprawdę Jelili? Nigeryjskim rzeźbiarzem i artystą multimedialnym. Wiecznie uśmiechnięty, chociaż widziałam go również w akcji, gdy się nieco denerwował. Dyrektor stowarzyszenia zrzeszającego artystów Performance w Afryce. Ciepły i otwarty do wszystkich, Rzecznik Praw Człowieka. Ups! A ja z nim tak normalnie się obchodziłam.
Wiecie? Zdałam Sobie sprawę, że pojechałam, nie wiedząc jak wysokie pełni funkcje. I to jest piękne.

Performance
Jak to ująć? Wspólny zarys, ale Twój własny spektakl. Performance dla mnie samej jest pojęciem prawdziwie zagadkowym. Nie jest teatrem, pokazem poezji ani żadnym koncertem. Nie jest też rzeźbą, malarstwem, czy Body Art, chociaż ciało performera gra tu pierwsze skrzypce. Ważne są czas, przestrzeń, ciało. Jelili nazywa to: Live art. Tyle mogę powiedzieć. Reszta to czysty przekaz artysty, który każdy odbierze po swojemu.

Przedstawienie czas zacząć
Wyobraźcie Sobie 72 dumne, silne, pogodne, skupione na Tu i Teraz kobiety, reprezentujące kobiecą energię. W trakcie La Biennale di Venecia, które cały świat ogląda, wychodzą między ludzi. Przebrane są w rytualne suknie, które błyszczą na Sali. W słońcu suknie promienieją jeszcze bardziej. Dźwięk setek aparatów i światło fleszy rozpraszają nieco ich skupienie. Jeśli masz w ręce aparat, schowaj go na chwilkę. Dlaczego? Bo tutaj nie zdjęcia są najważniejsze, a to, co chce przekazać sam artysta i to, co dzieje się w sercach i ciele tych kobiet. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to nie pokaz czy przedstawienie, a sytuacja artystyczna, której centrum uwagi jest ciało i materia.
Wróćmy do grona kobiet. Nie wierzycie w kobiecą moc? Spróbujcie usiąść blisko takiej, która wydaje się, że jest Ci na pierwszy rzut oka przyjacielem. Zamilknij. Zamknij oczy. Poczuj. Delektuj się. Wracam do opisu.
Jelili wpada radosny. Widzę go pierwszy raz, a jakbym znała od zawsze. Nigeryjczyk, jego asystent i grupa kobiet w różnym wieku i o różnej karnacji skóry. W ich dłoniach i na piersiach widnieją talizmany i przedmioty, które mają swoje podłoże w nigeryjskiej prastarej kulturze. Wszystko trw kilka godzin. Czas upływa nie wiadomo kiedy. Nie liczę. Po prostu przeżywam wydarzenie. W przerwach zwiedzam Pawilony. Sztuka różnorodna. Jedna zaskakuje, inna wręcz przerażał. Wszechobecny motyw kobiet przedstawiany w różnej formie.
Miałeś kiedyś wrażenie, jakby w Twoim życiu pojawiła się wróżka znikąd i posypała z nieba pyłkiem magicznym? Prawda jest taka, że nikt nie musi przychodzić, żeby dzień był inny niż wszystkie. Sami też tak potrafimy. Jesteśmy reżyserami naszego życia. Wystarczy tylko otworzyć się na to, co do nas przychodzi.

Artyści
Czasami się z nich śmiejemy. Mówimy: Dziwak Znowu jakiegoś koszmarka spłodził. Główkujemy: Co to za mazaj? Staramy się zgłębić. Każdy z artystów ma jednak swoją wizję. Każdego dzieło wyraża emocje i niesie ze Sobą przekaz. Trudno jest go wyczytać z krótkiego opisu wiszącego na ścianie. Zawsze warto brać go do Siebie po swojemu.
Mam duszę artystyczną, lecz rozumiałam to dopiero dzisiaj, widząc artystę w akcji. Kiedy patrzyłam na tego człowieka. Z jakim pełnym zaangażowaniem tworzy swoje dzieło na moich oczach. Każdy ruch, gest, wszystkie elementy są przemyślane i czemuś służą. Nawet jeśli potem mówisz na to: Potworek.
Sztuka to stan. Po prostu stań, patrz i przyjmuj. Bez analiz, ocen.
Jest sztuka i sztuka. Ta wykuta, wymalowana, wyrzeźbiona oraz ta ulotna. Taka, za którą potrafimy płacić miliony. W niektóre dzieła nie mamy możliwości zainwestować, ponieważ są, a za chwile ich nie ma. Te, co na płótnach i w materiałach możemy podziwiać wiecznie, ale pamiętajcie, te ulotne też warto doceniać.
Można sztuki nie rozumieć, ale zawsze znajdzie się to jedno miejsce lub jeden artysta, od którego prac nie będziesz mógł oczu oderwać. Jego imię zapamiętaj i podążaj jego tropem. Nie wszystko musi być Twoje, ale ten jeden może mieć wpływ na Twoją drogę życiową.

Przeczytałam ostatnio, że są mózgi prawidłowo rozwijające się i mózgi artystyczne. Coś mi nie pasuje. Sprawdzam wiarygodność słów. W Wenecji artyści są na każdym zakręcie i w każdej knajpce gdzie nie wejdziesz. Są otwarci, życzliwi, pomocni, uśmiechnięci i jest o czym z nimi rozmawiać. Fantastycznie się tu czuję. Stwierdzam: że ich mózgi są zupełnie normalne.

Bighellonare, innymi słowy pijackie zagubienie
Słowo pijackie może mylić. Nie piłam – słowo harcerza. Zwrot pochodzi z weneckiego slangu i w zwykłym słowniku go nie znajdziecie. Spodobał mi się.
Dzień Performance wypadł dokładnie w dniu, który często uważamy za szczególny. Nie świętuję go zazwyczaj. Dziękuję za każdy bez względu na wiek i pogodę. Cały rok czekać? Po co. Ten bez względu na to, co mówi kalendarz, był wyjątkowy. Ten poprzedni również. Jutro też będzie wspaniale. Powiecie może: Ale urodziny to urodziny i prezent musi być. Dzisiaj dostałam jeden z najlepszych prezentów urodzinowych. Czy ulotny? Nigdy w życiu. Bezcenny? A i owszem. Mój, niezniszczalny i zawsze przy mnie. I nawet mogę go przelać na papier.
Został dodatkowo uczczony przez nowo poznane istoty. Włoscy artyści, którzy przysiedli się wieczorem do stolika, uczcili go toastem. Zapraszali na imprezę. Znowu można było zjeść za darmo, jednak przecież nie to liczyło się dzisiaj.
Dzień zakończyłam APEROL SPRITZ. O nim już wspominałam króciutko. Ten trunek zobaczysz w dzień i w nocy na każdym prawie Weneckim stole. Napój, który przypomina wyglądem naszą oranżadę, jest tutaj bardzo popularny. Warto spróbować, ale pamiętajcie o jego mocy. Znacie przysłowie: Woda sodowa Ci do głowy uderza? Ta mieszanka uderza i to dość szybko. Lekko gorzkawa, gdzie nuta pomarańczy się przebija. Orzeźwiająca i wciągająca w cudownych pomarańczowo — różowych kolorach. Wręcz urokliwa. Taka tylko do wypicia.

Do łóżka trawiłam dość późno. Droga była, jakaś taka dziwnie prosta. Działo się już dużo. Teraz przepraszam, bo sen morzy. Jutro znowu piszę.

DSCF0128 DSCF0130 DSCF0131 DSCF0133 DSCF0136 DSCF0140 DSCF0141 DSCF0147 DSCF0149 DSCF0150 DSCF0153 DSCF0156 DSCF0171 DSCF0174 DSCF0176 DSCF0177 DSCF0178 DSCF0182 DSCF0187 DSCF0226 DSCF0227 DSCF0234 DSCF0235 DSCF0237 DSCF0238 DSCF0239 DSCF0240 DSCF0241 DSCF0243 DSCF0244 DSCF0245 DSCF0246 DSCF0251 DSCF0253 DSCF0256 DSCF0261 DSCF0262 DSCF0266 DSCF0271 DSCF0299 DSCF0303 DSCF0310 DSCF0317 DSCF0320 DSCF0324 DSCF0330 DSCF0337 DSCF0346 DSCF0347 DSCF0350 DSCF0353 DSCF0354 DSCF0355 DSCF0358 DSCF0361 DSCF0362 DSCF0364 DSCF0368 DSCF0369 DSCF0371 DSCF0374 DSCF0377 DSCF0379 DSCF0382 DSCF0383 DSCF0384 DSCF0391 DSCF0392 DSCF0397 DSCF0401 DSCF0403 DSCF0405 DSCF0408 DSCF0416 DSCF0422 DSCF0425 DSCF0429 DSCF0430 DSCF0439 DSCF0450 DSCF0451 DSCF0454 DSCF0456 DSCF0460 DSCF0462 DSCF0470 DSCF0472 DSCF0478 DSCF0481 DSCF0484 DSCF0485 DSCF0486 DSCF0490 DSCF0491 DSCF0494 DSCF0506 DSCF0509 DSCF0510 DSCF0516 DSCF0513 DSCF0519 DSCF0520 DSCF0521 DSCF0522 DSCF0529 DSCF0531 DSCF0533 DSCF0534 DSCF0537

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 3/11

Dzień drugi
W moim własnym kalendarzu pisany pogrubioną czcionką.

Przebudzenie
Otwieram oczy. Za oknem odgłosy wózków ciągniętych przez tragarzy z dostawą do sklepików w parterze. Jestem w Hostelu. Za drzwiami już życie się toczy. U mnie wszyscy słodko jeszcze śpią. Jest nas pięcioro. Tu napotykam ciekawych ludzi. Od razu prostuję obawy wszystkich co do znikania przedmiotów w takich miejscach. Zakładasz z góry, że Cię okradną? Już dużo tracisz na samym początku. To, że ludzie w takich miejscach potrafią dzielić się i pomagać, doświadczysz bardzo szybko. Złodziejaszkiem jest tu okoliczne ptactwo. To potwierdzam.

Obok mnie młoda dziewczyna. Z Brazylii przyleciała, była w Niemczech teraz na jej trasie Wenecja. Następny cel: Milano. Słyszałam o Brazylijczykach. Tutaj przekonałam się, jak są mili. Jej język angielski brzmi jak dobra muzyka. Pomyślałam sobie: Cholibka. Mój do lekkich nie należy. Trzeba się postarać, żeby czasami mnie zrozumieć. Czy przeszła Wam myśl: Ona podróżować tak może, bo się łatwo dogada? Nic bardziej mylnego. Komunikuję się na tyle, o ile potrafię. Uważam, że, jak byśmy językiem nie operowali, do ludzi warto być otwartym. Uprzejmością i słuchaniem warto nadrabiać. Boisz się? Z czasem i Tobie przyjdzie łatwo. Daj Sobie czas. Chcesz poczekać, aż będziesz perfekcyjny? Możesz się nie doczekać. Pół świata mówi: „Ja być Kali” i Ci właśnie zyskują.
Śmiem twierdzić, że lepszych lekcji niż te na wyjazdach nie dostaniesz. Akcentu nie będzie, ale masz je za darmo, czyli znowu tanio. Wracamy do ludzisków.

Naprzeciwko ciemnoskóry chłopak o imieniu Wiktor. Drobny, szczupły i nie chrapie. Dobrze rokujący artysta, który przyjechał na La Biennale di Venecia. Pode mną ktoś wrócił nad ranem. Cichutko. Nawet nie słyszałam. Ludzie się zmieniają. Są tacy, co sami podróżują i tacy co z psami lub dziećmi. Młodzi, starsi w każdym wieku. Opowiadają coś ciekawego i jadą dalej. Czasami nie potrzebujesz zwiedzać całego świata. Tutaj w Wenecji świat przyjeżdża do Ciebie. Pamiętaj: Nie z wszystkimi znajdziesz wspólny język. I nie o języki rodzime mi chodzi. Niektórzy po prostu są małomówni. Wtedy uszanuj.

Na piętrze kilka pokoi, dwie łazienki z prysznicem i wanną, salon, duży hall, kuchnia z lodówką. Otwieram okno. O piątej do życia w Wenecji budzą się ptaki. Śpiewają za oknem. Najpierw te małe. Kiedy na targu pojawiają się świeżutkie ryby, skrzydlate wielkie stwory zlatują się nad wody. Wierzą, że coś im się dostanie albo cosik podkradną małe złodziejaszki.
Jeszcze przed ptakami wcześniej przemknęli krętymi uliczkami Ci, co dbają o czystość. Zabrali śmieci z domostw. Z uliczek wiele nie musieli, bo robią to na bieżąco. Zaskoczyło mnie, że przy tylu turystach i tak małej ilości śmietników w wąskich uliczkach śmiecie znikają szybciej, niż się pojawiają. Nie ma ich na lądzie i brak w wodzie wypełniającej kanały.
Woda w kranie gorąca bez względu na gwiazdki. Wszędzie w tym samym tempie leci. W budynkach historycznych cudów nie wymagaj. Tutejszy MZK traktuje wszystkich równo.
Obok znany miejski targ oraz kilka kroków do Rialto, jednego z najsłynniejszych mostów na świecie. Płacę niewiele jak na jedno z najdroższych miasteczek turystycznych. Budzą mnie gołębie zamieszkujące kilkunastowieczne kamienice. Czy potrzeba mi czegoś więcej do szczęścia?

DSCF0686 DSCF0683 DSCF0682 DSCF0678 DSCF0677

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 2/11

Jestem w Wenecji. Było już lotnisko oraz „Nie zgub się, tylko się nie zgub!” A potem jednak zagubienie przyszło. W końcu cel odnalazłam, a potem znowu chciałam się zgubić. Dzisiaj o darmowej kolacji i wieczorze pełnym wspomnień.

Tak się rozochociłam tym gubieniem się i odnajdywaniem, że przeszłam prawie pół „miasta na palach”. Miejsca, o których piszą w przewodnikach same teraz do mnie przyszły. Targ rybny, znane mosty, muzea, pałace i kościoły. Dużo tego. Kiedy nabrałam odwagi, zaczęłam się bardziej rozglądać.
Zerknęłam na piękną kobietę. Na jednej z bardziej kupieckich uliczek robiła sobie zdjęcie przy markowym sklepie. Pewnie upatrzyła coś ładnego na wystawie. Nie przeszkadzałam. Poczekałam, bo tutaj wąziutko i poszłam dalej. Zrobiłam zdjęcie kamiennej skrzynki na listy i pieskowi posikującemu wiekową kamienicę. Oj. Ostrość zawiodła. Zdjęcia nie będzie. Emocje mieszane zostały. Wystarczy.

Nawet nie wiem, kiedy wychodząc z jednej z uliczek, przed moimi oczami ukazały się znajome drzwi z charakterystycznym numerem 1799 nad nimi. Zapamiętam je do końca życia. To miejsce mojego noclegu. Zostawiam plecak i ponieważ nie jest jeszcze późno, na miasto uderzam.
Wiele lat temu byłam tu na szybko. Myślałam, że odnaleźć w Wenecji dwa razy ten sam zaułek graniczy z cudem. Dzisiaj już nie jestem tego pewna. Mam kilka dni na sprawdzenie.

Spotkanie przy Bazylice
Kiedy
ja się przyzwyczajam jeszcze do nowej sytuacji i kręcę w kółka wokół własnej osi, kochana znajoma mi istota, pisze do mnie: Jestem w Wenecji. Widzimy się pod Bazyliką. Ja już tutaj czekam.
No to ja krecha. A co mi pozostaje.

Nogi
Pamiętajcie. Nogi w Wenecji są bardzo ważne. Idę więc pieszo. O jestem. Cud? Nie po prostu czasami wystarczy, jak nam na czymś bardzo zależy. Plac Świętego Marka jest konkretny. Oj duży, powiadam wam. Krakowski rynek to taka przy nim zabawka. Jestem i rozglądam się tymi moimi ciekawskimi ślepiami. Gdzie ta knajpka z grajkami, przy której się umawiałam? Nadsłuchuję. No i pojawia się Ona!
Warto się umawiać zawsze i wszędzie bez względu na wielkość, porę dnia i tego, co mówią. W swojej zawiłości to takie proste. Nikt mi nie wmówi inaczej. Wystarczy chcieć a zasada przyciągania działa wszędzie.

Pojedzona
Zgłodniałam nieco. Pilnuję się założenia: Jolanto: Jedz dobrze i zdrowo, ale pieniędzmi nie szastaj.
No i dobre samo przyszło.
Wyobraź Sobie orzeźwiające Prosseco zapodane w szklanej lampce wraz ze świeżutkim Prosciutto di Parma. Wielki udziec cięty jest na waszych oczach w cieniutkie plasterki. Pozwól Twoim oczom ujrzeć kilkunastokilogramowy parmezan, którego nieregularne pachnące kawałki wyjadasz ze środka. Do tego pyszny łosoś, gdyby na świnkę nie było ochoty, oraz soczyste truskawki wyhodowane w promieniach włoskiego słońca, pasujące do wszystkiego.
Miało być tanio? Było najtaniej, jak się da. Bo? Za darmo.

Gdzie tak można? Czy można tak? Owszem. Przechodziłam obok parku, w którym stały realistyczne rzeźby pływaków. Rzuciły się w oczy. Dzieła Carole Feuerman z serii „Swimmers 1958”. O pływaniu co nieco wiem. Zaciekawiły szczegóły, więc pooglądałam i wręcz popodziwiałam kunszt artystki. Tym razem trafiłam na otwarcie wystawy. Częstowali, więc spróbowałam przysmaków. Udałam się dalej. W innym miejscu znowu było wino. Ponownie jedzonko i pyszna ryba przyrządzona lekko na winno. Ktoś nową książkę reklamował. Artysty nie pamiętam, ale niech mu los sprzyja. Siedziałam na ławce. Obok mnie inna najedzona piękna istota. Przyglądałam się i wsłuchiwałam dysputom, nie znając w ząb włoskiego. Zaraz za moimi plecami historyczna oranżeria a przede mną roztaczająca się po horyzont woda mórz i oceanów.
Ja tylko „chciałam”. Nic więcej. Po prostu przyszło. Do każdego przychodzi.

Ile zobaczyłam w drugiej połowie dnia, nie trzymając nic w rękach to moje. Głowa chodziła dookoła. Ile uniknęłam stresu z powodu zmartwień czy znajdę się w nowym miejscu, czy nie odnajdę, tego tylko patrząc na innych, mogę się domyślać. Zaufałam Sobie i dużo zyskałam. Polecam zawierzyć głowie.

DSCF0074 DSCF0076 DSCF0085

DSCF1047 DSCF1033 DSCF1032DSCF0992 DSCF0993 DSCF1005 DSCF1009 DSCF1011 DSCF1012 DSCF1013 DSCF1065

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 1/11

Wenecję możesz odwiedzić na różne sposoby. Poszukać noclegów wśród ludu lub przespać się w Hiltonie na wyspie Giudecca, z jedynym chyba w mieście basenem na dachu. Widok na morze i miasto. Szpilki. Szampan z truskawką i takie tam.
Oszczędnie wybrać czy rozrzutnie? Ja jestem za tym pierwszym. Bo uczy gospodarności i zarządzania pieniądzem. Jeśli masz wydać dużo to wyzwanie żadne. Wydawać i panować nad tym, kiedy ile to mądrość życiowa. Pod tym hasłem wyruszam dzisiaj w podróż. Dedykuję ją tym, których głowy podpowiadają: „Nie da się”. Również tym, którzy chcą, ale nie wiedzą do końca „jak”. Tym, co nie wierzą, że minimum z minimum to najwygodniejsze podróżowanie. Takim, co planują podróż po raz pierwszy i takim co twierdzą, że jeśli gdzieś byli, to wszystko udało się im zobaczyć. Czytelnikom, którzy podróżują ze mną, czytając te słowa, a także takim co chcieliby wiedzieć nieco więcej o mieście na wodzie. Podwijam więc kiecę i lecę.

Kierunek: Wenecja
Pobyt: 6 dni
Ilość osób: 1
Bagaż: Podręczny
Rodzaj transportu: Samolot

Dzień pierwszy

Wysiadam na lotnisku. Na początku szaszor. Miejsce mi całkiem nowe, a reszta pasażerów czmychnęła. Znikła ukradkiem. Mieszanka słów z całego świata. Ktoś walizkę zgubił. Ja mam ze sobą tylko mały plecak, więc mnie zagubiony bagaż nie dotyczy. Ulga, ale tylko na chwilę. Pomocne aplikacje w telefonie nie chcą działać. Brak połączenia ze światem. Pierwsze co do nas w takich sytuacjach przychodzi to panika. Nie ma nic gorszego w tym momencie. Dajemy się panice wkręcić.
Co polecam? Śmieszne, ale działa. Poszukać najbliższego siedziska, wyjąć słodkiego batona i zjeść ze smakiem rozglądając się spokojnie dookoła. Mniam. Następnie zaakceptować nowe miejsce. Posłuchać kto, w jakim języku mówi. Przypatrzyć się, w którym kierunku ludzie podążają. Upatrzyć sobie kogoś. Zapytać, którędy potem, ale pamiętajcie nie z pełną buzią. Trudno zrozumieć czasami obcokrajowca a co dopiero takiego.
Wychodzę z lotniska. Pierwsza łapanka. Cena biletów odstrasza. Mam czas więc szukam. Przysiadam tam gdzie spokojniej. Nie daję się wkręcić w turystyczne wariactwo. Przecież tu mieszkają zwykli ludzie. Oni też się jakoś przemieszczają i na pewno nie za takie pieniążki. Niecały kilometr od lotniska. Pierwszy kierunek wyznacza mi osoba z obsługi lotniska. Stwierdza: Wzdłuż drogi, na wylocie drogi dojść proszę do ronda. Potem młody przystojny tubylec palcem pokazuje i twierdzi: Na lewo, proszę panienki, na lewo i prosto.
Przede mną 5 minut spaceru. Za przysłowiowe grosze w małym sklepiku kupuję bilet. Na lotnisku nie chciały gałgany taniego sprzedać. Na przystanku zamieniam kilka słów z wesołą grupą Polaków. Inna przemiła dziewczyna podpowiada, jak sama kupuje bilet za pomocą aplikacji. Jadę komunikacją miejską i nie czuję się oszukana. W 25 minut docieram bez przesiadek na miejsce. Przede mną kanały i miasto, w którym wielu się zadurza do cna.

Nie zgub się, tylko się nie zgub!
Nasza głowa powtarza w kółko: Nie zgub się! Tylko się nie zgub! A co jest złego w gubieniu drogi? I tak wcześniej czy później właściwą odnajdujemy.
Moja też mnie czasami na manowce sprowadza. Łapię się na tym i się nie daję. Wchodząc do weneckiej dżungli zakamarków i zaułków wszelakich, gubię się już z rana. Najpierw tak ostrożnie. Tak pół na pół, czyli trochę nie planuję, a potem tak trochę specjalnie.
Telefon nagrzewa się, mając włączone funkcje, które mają mnie namierzać. Nawigacja nie nadąża za zakrętami. Ja nie mam kontroli nad nawigacją. Bateria szybko moc traci. Mówię do siebie pod nosem: Co to, to nie! Telefon jest do dzwonienia. Koniec kropka. Przyda się, gdy trzeba będzie skontaktować się z miejscem docelowego noclegu. Wyciągam mapę, ona też, mimo że dokładna wszystkiego nie ogarnia. Stoję w środku miasta i do tego w deszczu. Ciepłym wiosennym o zapachu morza. Mapa moknie. Ja już nie jestem sucha.
Siadam i zjadam następnego batona. Dlaczego? Taki relaksik. Rozglądam się dookoła. Jestem tam, gdzie turystów mniej. Tubylcy z dziećmi ze szkoły wracają. Prawie każdy dzierży kolorowy parasol w dłoni. Jednemu z pociesznych chłopców sznurówka rozwiązuje się co rusz. Inny kopie piłkę w deszczu po kamiennej błyszczącej od deszczu nawierzchni. Specyficznie kopie, blisko nogi, aby do kanału nie wpadła. Wenecki styl czy daje Włochom na stadionach przewagę? Ktoś wraca z zakupami. Starszy Pan o siwych włosach szybko ściąga wiszące za oknem pranie, chroniąc go przed deszczem. Łaszków cały długi sznur ciągnie się w nieskończoność. Duże, błyszczące krople spadające z nieba uderzają o kamienne chodniki. Słychać cichutkie: klap, klap, klap.
W deszczu urzekają mnie kolory wilgotnych ścian tutejszych kamieniczek. Mokre mają dużo ostrzejsze rysy. W pobliżu malutka grupa turystów wraz z przewodnikiem schowała się pod jedną z markiz. Dobrze, że tylko na chwilkę. Pani z malej knajpki, zabiera na obrusy, ze stolików stojących na zewnątrz. Złożyła spokojnie parasole. Na pogodę czeka.

Przestało padać dość szybko. W odbiciu na posadzce jak w lustrze widzę drugą twarz Wenecji. Szarawe ruchliwe gołębie spijają życiodajny płyn dyskretnie. Potem przechodzą do zabawy z wodą. Taką właśnie Wenecję pierwszego dnia pokochałam. Wyszło słońce. Mocne, takie charakterystyczne, tutejsze. Popołudnie zbliża się dużymi krokami. Teraz gubię się specjalnie. Nie zakładam, niezgubienia się, bo i tak wcześniej czy później gdzieś znowu zawieruszę się mimowolnie. Wtedy będę się stresować. A mi na urlopie strach nie ma być kompanem. Wracając do hostelu, świadomie już wyłączam telefon i wyrzucam mapę. Wzięłam przykład z tych nielicznych tutaj. Głowa po całym dniu ogarnęła główną zasadę. Pamiętaj, jak biegnie główny Canal Grande, drzwi do kamienicy, w której mieszkasz i lokalizację Piazza di Saint Marco, najbardziej pożądane miejsce dla turystów. Posiadając te trzy azymuty, odnajdziesz się wszędzie.

Dlaczego? Nasz mózg to najlepszy GPS, bazujący na 3 satelitach. Ustalcie 3 charakterystyczne miejsca, nie przestawiajcie ich nigdzie w głowie. Wyobraźcie Sobie, że jesteście połączeni z nimi sznureczkami jak kukiełka. Bez trudu namierzycie się sami.

DSCF0001 DSCF0003 DSCF0002 DSCF0006 DSCF0009 DSCF0012 DSCF0014 DSCF0017 DSCF0018 DSCF0023 DSCF0025 DSCF0028 DSCF0029 DSCF0032 DSCF0035 DSCF0036 DSCF0038 DSCF0040 DSCF0044 DSCF0045 DSCF0051 DSCF0059 DSCF0061 DSCF0062 DSCF0064 DSCF0067

Majtki w centrum uwagi

Na dworze parno. Niektórzy chodzą osowiali. Sprawdzam co tam mamy dzisiaj w kalendarzu. To jeden ze sposobów, jak w dobrym nastroju przeżyć dzień, kiedy powietrze ciężkie, a po plecach nawet w bezruchu pot się leje. Co zastaję dzisiaj 31 maja?

Dzień bez tytoniu — To nie takie trudne.
Dzień Bociana Białego — Lubię.
Dzień bez majtek — O! Dobrze nastraja. Nad nim się chwilkę pochylę.

Nadmienię, że wczoraj był Dzień bez stanika. Na jutro przez chwilę boję się zaglądnąć. Ogólnie zabawa jest przednia. Święto niby nowe, a sam fakt jakoś mi tak od dawna znany. Bo co ja od kilku lat o majtaskach powtarzam? To, że nie zawsze wygodne, Również, że są jedną z przyczyn bezpłodności. Moda tego ustrojstwa się co rusz zmienia. U facetów najpierw opaski. Z czasem zabudowane, ciepłe szorty, potem przez długo tradycyjne na gumce. U kobiet najpierw było tak mało seksownie. Następnie jakoś tak zaczęto na materiale oszczędzać. Pojawiły się piękne koronkowe stringi. Nie ważne, że gryzące, ale jedna z drugą zaczęły je nosić. Im mniej materiału tym cena wydawała mi się wyższa. Sprytne. Potem doszły nowe pomysły. Bezszwowe, tam już praktycznie niewiele przy nich było co robić. Podsumowując, kobiety zaczęły nosić sznureczki w pupie a niejednemu facetowi śliczne, seksowne, dopasowane bokserki ograniczyły wolność.

Ja wiem, że majtki nosili już ”Człowiek lodu” – Ötzie, Gladiatorzy czy Mongołowie Czyngis-chana, ale to nie znaczy, żeby być w nich ślepo zapatrzonym. Wystarczy wczytać się w historię Słowianek, które podczas gimnastyki czarownic, chodziły bez bielizny, aby nie blokować przepływającej energii. Chodzenie bez majteczek jest proste. Już prościej się nie da. Próbowaliście kiedyś, jak to jest? Znam nielicznych, co preferują. Wyzwaniem dla nich jest jedynie moment, kiedy nagle trafiają do szpitala. Mnie zainteresowali dzisiaj Ci, co z chodzeniem bez majtasów się nie zetknęli. Patrzę na ich miny. Jeden się tłumaczy, że w tym wieku nie wypada, a inny czerwieni ze wstydu. Są tacy, co najpierw zapewniają, a potem wycofują się w ostatniej chwili.
Powodów do nieściągnięcia i niespróbowania nowego, niezliczona ilość. Głowa mała, ile my mamy oporów w Sobie. Jak wiele nabytych przyzwyczajeń, gdzie trudno złamać jest wzorce. Ludziska kochane! Toż to tylko zabawa. Nie bierzcie tego tak na poważnie. Pomyśleliście może o baśni „Nowe szaty Cesarza” H. Ch. Andersena? To nie ta bajka. Tu wszystkie sekretne miejsca nadal są pod okryciem.

Zastanawiam się, dlaczego jesteśmy często, jak trzonek od miotły sztywni. Przejmujemy się, że ktoś nam się będzie przyglądał, podejrzewamy, że wszyscy dookoła będą wiedzieć. W rzeczywistości jest zupełnie na odwrót. Nawet jeśli powiemy, że nasze majtochy w szufladzie zostały, większość popatrzy na nas ze zdziwieniem i po prostu nam nie uwierzy. Po co patrzyć na ludzi, sprawdzajcie, testujcie. W dzień bez majtek do innych dołączcie lub zróbcie to sami po cichaczu.  A nuż się pomysł spodoba? Jeśli posuniecie się dalej, każdy dzionek świętem będzie. Zaoszczędzicie kilka złotych i czas, który spędzaliście, piorąc własne pantalony.

Lubię święta, które wprowadzają w dobry nastrój, kocham majtki, ale jeszcze bardziej wygodę. Dzisiaj spotkałam dwie osoby, które nawet nie wiedząc o święcie, dla własnego komfortu gatki zdjęły. Dodam do tego, że byli to faceci. Chłopcy, jesteście niesamowici. Zdumiewa mnie również fakt, że potraficie o tym mówić. Super.

Co oferuje nam następny dzień 1 czerwca?
Dzień Bułki — Kto lubi, niech wsuwa ile wlezie.
Dzień bez alkoholu — Dla niektórych nie lada wyzwanie.
Dzień Dziecka — Pamiętajcie: Każdy z nas jest czyimś dzieckiem. Każdy ma w sobie coś z Dziecka. Myślcie o pociechach, ale o Sobie nigdy nie zapominajcie.

Udanego co dzień świętowania. W razie braku pomysłów do Kalendarza świąt nietypowych polecam zaglądać. Tam każdy znajdzie coś dla Siebie.

Nie lubię poniedziałku

Nie lubię poniedziałku, to słowa zapożyczone z filmu. Osobiście lubię ten dzień, podobnie jak każdy inny, w którym się budzę. Dni są różne, ale SĄ. Czerpie od nich nauki. Dzisiaj krótka historia zapożyczona od tych, co dni skrupulatnie liczą do siedmiu.

Poniedziałek
Na dworze (czy polu jak powiadają niektórzy) znowu woda z nieba się leje. Dlaczego nie piwo albo dobry koktajl owocowy? Tak było wczoraj, jutro pewnie będzie również. Chlapa, ciapa, zimno. Jak długo można to znosić! Do tego wszystkiego niedziela się skończyła. Jaka była to była, ale wolna. W poniedziałek niektórym czasami bywa trudno.

Wtorek, środa i czwartek
Również nas nie rozpieszczają. Wprawdzie wpadamy w rytm tygodnia, ale co jakiś czas coś nas gryzie i wkurza. Do tego ciągłe opóźnienia i braki. Książka ciągle się do nas uśmiecha i mówi: Weź mnie do ręki. Please! Zaręczasz, że weźmiesz na 100%, jutro. Następnego dnia mówisz Sobie to samo.

Piątek
Dni liczymy zazwyczaj, od poniedziałku począwszy. W piątek mamy już dość. Od rana w radiu słychać o weekendzie a przed nami jeszcze calutki dzień pracy. W piąty dzień piątkiem zwanym dopada nas kilkudniowe zmęczenie. W piątek o nerwówkę nietrudno.
Przy okazji: Ciekawe, na który dzień mają psioczyć Ci, co cały tydzień, na okrągło pracują? Na który mają czekać, jak u nich końca i początku nie ma?

Sobota
Już jesteśmy w ogródku, już witamy się z gąską. À propos ogrodu. Najczęściej w sobotę trzeba go skosić. Deszcze przez cały tydzień zrobiły swoje. A potem moje ukochane TRIO: zakupy, gotowanie, sprzątanie. Soboty bywają zaskakująco czasami żmudne.

Niedziela
Jest! Ta oczekiwana przez dni sześć. Wreszcie możemy usiąść na chwilę. Czy oby na pewno? Rodzinę trzeba odwiedzić albo goście przychodzą. Uwielbiam to „trzeba”. Zawsze zastanawiam się, po co tak wbrew Sobie? Za oknem znowu pada. No i z tył głowy gdzieś jeszcze słyszysz: Poniedziałek za pasem kolego — koleżanko.

Jak to jest z tym liczeniem i oczekiwaniem?
Twierdzę, że poniedziałek ma przechlapane i to nie z powodu deszczu. Wypada zaraz po wynoszonej na niebiosa niedzieli. Z piątku, chociaż nazwę ma wdzięczną i nic nam złego nie uczynił, potrafiliśmy feralny zrobić.

Kiedy czekamy na ten jeden dzień z siedmiu, myśląc, że będzie lepszy, często dopada nas zawód.
Wystarczy, chociażby niedzielna anomalia pogodowa, z powodu której zaplanowane atrakcje trzeba odwołać, a już smuteczki dopadają w ten jeden dzień jedyny.
Od niedzieli do niedzieli życie nam ucieka. Zakładając, że ta jedna doba będzie najlepsza, skreślamy sześć pozostałych. Czy zdajecie sobie sprawę, jak dużo nam wtedy dobrego umyka?

Co ja na to?
Dzień Święty świętuję oczywiście, tak samo, jak każdy inny. Każdemu dniu tygodnia, miesiąca, roku, daję jednakową szansę. W kalendarz zaglądam, gdy data potrzebna do druków i formularzy. To mój sposób na każde zaczynające się 24 godziny.
Wierzę, że każdy z nas ma własne sposoby jak przed poniedziałkowym smętkiem i piątkowym splinem uciec. Jeśli twierdzisz, że bez liczenia się nie da, licz po swojemu. Narzekactwo omijaj łukiem szerokim. W chwilach psychicznego zmęczenia Zakochany w piątek w wydaniu The Cure, posłuchaj, a może nawet wyśpiewaj? Podniesie na duchu. W dni słabsze przypomni, że są takie, na które warto czekać. Piątek pokochaj za nic. Zakochaj się w piątku, nie czekając aż do niedzieli. Szkoda czasu na czekanie.

Aneks:
Dla chętnych: tekst piosenki „Zakochany w piątek” The Cure

Nie obchodzi mnie, czy poniedziałek jest smutny, wtorek szary i środa też, w czwartek nie obchodzisz mnie, w piątek jestem zakochany.

W poniedziałek możesz mnie załamać, wtorek środa złamać mi serce, czwartek się nawet nie zaczął,
jest piątek, zakochałem się.

Sobota — oczekiwanie i niedziela zawsze przychodzi za późno, ale piątek nigdy się nie waha.

Nie obchodzi mnie, że poniedziałek jest czarny, wtorek, środa — atak serca, czwartek, nigdy nie patrzę wstecz, jest piątek, zakochałem się.

W poniedziałek możesz trzymać się za głowę, wtorek, środa — zostać w łóżku, albo w czwartek za to oglądać ściany, w piątek jestem zakochany.

Ubierz się pod kolor oczu, to znakomita niespodzianka, aby zobaczyć twoje buty i duszę jak się wznoszą, odrzucając twoją pochmurność i śmiejąc się głośno. I lśnić jak we wrzasku, obracając się dokoła, zawsze brać duże kęsy. To taki boski widok, widzieć Cię jak podjadasz w środku nocy.
Nigdy nie możesz mieć dość, dość tych głupot, jest piątek, zakochałem się.

Z ostatniej chwili:
Siedzę w przyjemnym miejscu. Słońce przez okno zagląda. No nareszcie! Przypomniała sobie żółta okrągła nieboga co w jej obowiązkach. Taka jedna przemiła Asia, miotłą wokół moich stóp zamiata. Wieczór jest, a przed nią jeszcze troszkę pracy. Z uśmiechem na twarzy stwierdza: A ja lubię poniedziałek, piątek nie robi na mnie wrażenia.
No i co„Słoneczka Wy moje”? Podoba się Wam takie podejście?

Start w dorosłość 2/2

Mimo mody wszelakiej odbiegamy wyglądem i podejściem do życia. W innym tempie dojrzewamy i inne rządzą nami emocje. Do tego, jak już pewnie zauważyliście w poprzednim wpisie, finanse inaczej ustawiają nas na starcie. Nie tylko one. Dużo zależy od otoczenia. Przeróżne szkoły i ludzie dookoła przygotowują nas do samodzielnego bytu. Oto przykładów wejścia w dorosłość ciąg dalszy.

Przerost formy nad treścią
Rodzice od małego wpajają: Synku, jaki Ty jesteś mądry. A Ty córeczko najpiękniejsza. Inni przy Tobie szans nie mają. Ty możesz wszystko. Ty błędów nie popełniasz. Bliscy w szkole oceny za Ciebie wywalczyli lepsze, bo nauczyciel najczęściej był niesprawiedliwy.
Im dalej w dorosłość, tym bardziej czujesz jednak, że coś jest nie tak. Słyszysz krytykę od nowo napotkanych ludzi. Poczucie wielkości maleje. Ojej, przecież miało być różowo! Krzyczysz: Rodzice Pomóżcie!
Nie przeczę, że jesteś wartościowym człowiekiem, ale kiedy przez całe życie bliscy przekonują Cię, że Ty błędów nie popełniasz, zaburza się pewna równowaga. Przecież wszyscy w życiu robimy gafy. Na nich się uczymy. Pamiętajcie — zbyt duża motywacja, zbija z tropu. Jeśli znalazłeś się w takiej sytuacji, stań i rozglądnij się dookoła. Sam oceń, jaki jesteś naprawdę.

– Olśnienie
Nauka często Ci nie leżała, ale chcesz wyjść na ludzi. Szkoła nie była po drodze, ale olśnienia nagle dostałeś. Może jednak czasami warto i trzeba, żeby robić w życiu, to co się kocha?
Nigdy nie jest za późno, żeby coś zmieniać. Każda głowa mądra, gdy tylko zacznie się nią ruszać. Pytaj i proś. Wielu bliskich ze zmian w Twoim życiu i obrotu sprawy ucieszy się nie lada. Niejeden zły będzie, że będziesz troszkę mądrzejszy od niego. Nie zmieniaj się jednak dla innych, a raczej dla Siebie.

– A co mi tam
No cóż. To częsty przypadek, gdzie rodzicom dużo bardziej zależy niż Tobie. Mają dla Ciebie pomysły i podsuwają pieniążki. Byleby Ci się zachciało. Po co, ma Ci się chcieć? Tobie jest dobrze. Tak Cię przyzwyczaili. Lodówka zawsze pełna, na płycie ciepła zupa. Pościel zawsze przebrana. Mama płaci rachunki, tato samochód pożycza. Raj na ziemi. No to po co to zmieniać? Może, chociażby po to, żeby nie przesiedzieć życia przed reklamami rzeczy, na które i tak nie będzie Cię stać? A może po to, żeby nie być strupem na tyłku swoich staruszków? No, chyba że to Twoje cele, wtedy nie polemizuje.

– Jasiu, kim chciałbyś zostać? Menelem.
Jeśli nie wiesz, bo Ci się nie chce. Jeśli nie możesz, bo nie wierzysz, że można — cóż ja mogę.
Patrzę na kilka osób siedzących rano, na osiedlowej zielonej ławeczce. Staram się zrozumieć. Jest deszczowy, chłodny, majowy poranek. Już nie tak młody mężczyzna, ubrany całkiem nieźle, jakby czekał na kogoś spokojnie. Na głowie angielska czapeczka. Pyzata, czerwona twarz rzuca się w oczy. Na nogach dzielnie się trzyma. Lekko jednak chwieje na boki. Nadmieniam, że to nie z powodu trzęsienie ziemi. Szczęściarz, bo mama ubiera go i karmi. Co jednak jak mamy zabraknie?
Przy nim całkiem młodo wyglądający chłopak. W dłoni dzierży pomiętoszoną reklamówkę z wizerunkiem Św. Mikołaja. W środku dwie butelki piwa. Z pustymi rękami przyjść się nie da. Nawet tutaj są zasady i hierarchia. Obaj pilnują starszego kolegi weterana, który zmęczony i dziwnie zwinięty w kulkę, przysnął nieopodal.
Zimne piwo w zimny poranek, bez liczenia czasu. Błogie życie bez wyzwań? No może. Dopóki zima nie przyjdzie.

Powyżej opisałam wybrane przypadki, z którymi spotykam się w życiu. Bez względu na to, do jakiej zaliczysz się grupy, wierzę, że każdy z nas może osiągnąć wiele. Dlaczego? Bo wszystkim z nas życie podstawia co rusz nowe szanse. Warto je zauważać. Warto włożyć trochę od Siebie. Warto wierzyć w niemożliwe.

Start w dorosłość 1/2

Jestem szalona. Why? Bo aktualny wpis kieruję głównie do nastolatków. Zaraz potem do tych, którzy młodzi byli. Zastanawiałam się chwilę, kto młody chciałby czytać wpis młodej Inaczej? A może jednak? Próbować zawsze warto. Startuję.
Kończymy szkołę i robimy krótki rachunek sumienia. A jak nie, to inni nas podsumowują. To zdążyłem, tego mi się nie chciało, to nieosiągalne. Przypadków szczególnych poniżej znajdziesz kilka. Tych, które wydają się beznadziejne, i te, co na granicy z rajem. A jak jest u Ciebie?

– Umiem i mogę
Uczyłeś się, a głowa jest pełna wiedzy i pomysłów? Przed Tobą połowa sukcesu.
Druga połowa to wszechpotężny pieniądz. Wielu rodziców widzi i kocha swoje dzieci. Kasę zbierają. Dla ich marzeń potrafią przez kilka lat odmawiać sobie wiele. Może nawet i wszystko. Trochę czasami dziadkowie pomogą. Troszkę się weźmie kredyt. Niektórych rodziców po prostu stać. Jeśli masz taką sytuację i jesteś mądry, znakomicie wiesz, że jesteś szczęściarzem. Przed wieloma rówieśnikami, jesteś o dwa kroki do przodu. Wiedzę wypracowałeś sam, pieniądze wypracowali najbliżsi. Boga po rękach nie musisz całować. Szanse wykorzystuj.
Jeśli twierdzisz, że jest inaczej, zapytaj tych, o których piszę poniżej.

– Wiem i nie mogę, czyli borykanie z niemocą
Wiedzieć czego się chce w życiu, mając lat naście, do rzadkości należy. A jednak są tego przykłady.

Pytam dojrzałego mężczyzny: A Pan wiedział, co chce w życiu robić? Słyszę odpowiedź: Chciałem być inżynierem, jak mój tata, który codziennie rano dumnie do pracy z teczką kroczył. Napomknę, że mówimy o czasach, gdy zawód inżyniera był w wielkim poważaniu. Chłopak miał rodzeństwa dużo, więc w domu się nie przelewało. Syn jednak inżynierem został i swój zawód kocha.

O pieniądzu w dorosłości często jeszcze usłyszysz. Jego na co dzień będziesz doświadczał. Dzisiaj jeszcze ręce rozkładasz, bo zdajesz sobie sprawę, że czasy darmowych akademików, przeszły do lamusa. Płatne czy nie płatne, dzisiaj studia kosztują. I co z tego, że chęci są? Rodzicom ciężko, więc pieniążków nie wołasz. W innym domu samotnie wychowująca mama mówi: Kochanie, bardzo bym chciała, ale nie mam aż tyle.
O Ciebie się nie martwię, bo głowę masz nie od parady. Nie straszne Ci zbieranie truskawek, czy wakacyjna praca w knajpie. Masz dwie ręce i nogi. Młodych i obrotnych pracodawcy lubią. Rozglądnij się, popytaj. Na pierwsze miesiące wymarzonych studiów sam zarobisz. W większym mieście, możliwości większe. Jeśli będzie trzeba, temat pracy pociągniesz dalej. Kciuki trzymam. W drodze do marzeń coś wykombinujesz.

– Dlaczego inni mają lepiej
Pomocy za wiele i wsparcia jak do tej pory nie było. W domu nikt się Tobą nie interesuje, a niektórzy twierdzą wręcz, że się do niczego się nie nadajesz. Ciągłe pretensje, krzyki i straszenie. Chociaż w papierach wpisane „rodzina”, Ty masz poczucie, że rówieśnicy w Domu Dziecka mają dużo lepiej. Tam przynajmniej dziadek nie udaje dyktatora, mama po kątach nie płacze, a ojciec nie wraca do domu podchmielony. Jeśli spotykasz się z tym na co dzień, nie słuchaj głowy, że Ty masz najgorzej. Ona nie zawsze dobrze podpowiada. Nie oglądaj się na innych. Lekko nie ma teraz, lekko będzie. Uwierz w Siebie. Usamodzielnij jak najszybciej. W Twoją determinację wierzę.

Na nowej drodze do samodzielności, jedni z Was poczują się jak przed skokiem z bungee, inni jak na solidnej łódce co wypłynęła na spokojne morze. To czy na skok się odważycie i w którym kierunku swoją łajbę poprowadzicie, głównie od Was zależy.
c.d.n.