„OVO”, CZYLI JAJA Z JAJEM 2/2

Spójrzcie oczami duszy na świat, w którym jesteśmy mali i delikatni, jak komar, którego zaraz człowiek ręką „ciach” i już go nie ma, kiedy on chce tylko zjeść następny posiłek. Jak mała pszczółka, która umiera, gdy chcąc się tylko bronić, swoje żądło w jakiś obiekt wbije. Świat, o którym ludzie mówią, tego zabić, a tutaj z samolotu chemią posypać, a jednocześnie z którego podbierają zapachy, aby potem zamknąć w butelkach z najdroższymi perfumami. Miejsce, gdzie człowiek ze swoim ego chce żyć idealnym wygodnym świecie. Świat o stokroć piękniejszy od betonowego, który stworzył homo sapiens.
Wciel się na chwilkę w postać ważki o bystrych oczach, która potrafi zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Bezgłośną, pełną urody i gracji. O długich odnóżach, które pozwalają się uchwycić każdej wymyślnej powierzchni. Bohaterem, którego faktura oczu zachwyciła twórców karbonu. Władcą przestworzy z ciałem dopracowanym do perfekcji.
Wiele pułapek cię otacza, ale również tak wielka różnorodność. Inne owady skrzydlate i te, które wolą skakać. Te o skorupkach twardych jak skała i te o skrzydłach, których delikatności ludzie im zazdroszczą. Nie czarnej karnacji i białej czy żółtej, ale te, które mienią się wszelkimi możliwymi kolorami. W paski i w groszki i te o tonacjach przechodzących jedna w drugą jak barwy w tęczy. Ostre kształty i odcienie, bliskie ideału? Raczej takie, które są nim. Czasami mam wrażenie, że „ten na górze” tak skupił się na dopracowaniu owadów, iż dla ludzi czasu mu zabrakło.
Patrzę na ciebie – ważkę i ciągle dostrzegam nowy szczegół. Ich końca nie widzę. Misternie na skrzydłach sieci żyłek tkane przez Boga i cała reszta drobiazgów po całym ciele porozrzucana. Podziwiam z otwartymi ustami.

POD KOPUŁĄ
Zerkam na scenę i parę innych ważek fruwającą w przestworzach. Świat owadów zamknięty w Arenie
On trzyma się jej, ona jego. Taniec miłosny dwóch istot, płynny i skoordynowany. Dotykają się ledwo, a jednak fruną razem. Tylko widownia i ściany ich ograniczają. W przytłumionych światłach reflektorów cudowne chwile z życia ważek wiernie oddane. Moje powieki przestają mrugać. Tak działa na mnie Cirque du Solei.
Patrzę. Znowu. I znowu chichram się z zalotów obcego przybysza do biedrony. Zmieniają w tym czasie scenę. Tylko wtedy jestem w stanie bliżej przyglądnąć się dookoła. Oj, gdyby nasz mózg umiał więcej bitów kodować, gdybyśmy widzieli jak owady co jeszcze za nami i na ultrafioletowo. Korzystam z tego, co Bogu zostało. Może miał w zamiarze, że nie możemy wszystkiego widzieć? Przede mną podziwiam podziemny świat wyświetlany na jednej ze ścian. Pajęcze sieci na suficie zwisają nade mną. Kolorowy kwiat w kształcie dzwonu o dziesiątkach barwnych płatków, który pulsuje płynnie. Jakbym oglądała go budzącego się do życia. Wokół mnie ludzie a ja widzę tylko ich zarysy, słyszę oklaski i śmiech. Na widownię dzisiaj nie patrzę. Nie dzisiaj. Za to analizuję artystów.

TRZY W JEDNYM
Czy próbowaliście kiedyś chodzić po linie rozciągniętej pomiędzy drzewami? Siedzieć na monocyklu, czy próbowaliście stać na rękach? Dla przeciętnego człowieka myślę, że każde z osobna do dopracowania. A co gdy połączysz wszystko w jednym, wisząc gdzieś wyżej w powietrzu, a lina nie do końca jest mocno napięta, a wręcz powiem, że luźno zwisa. Stawiasz na niej monocykl, a potem jeszcze stajesz na nim na głowie. Oklepana sztuczka? To dlaczego, tak bardzo biją tutaj na Arenie brawo?
Czy próbowaliście podrzucać nogami prawie dziesięciokilowy walec przypominający szeroki plaster kiwi? Dodam w idealnej synchronizacji z kilkoma innymi zapaleńcami? Oczywiście tak, aby wszystko wyglądało na zabawę. Warto spróbować jak trzeba mieć silne mięśnie i jak oczy dookoła głowy.
Występ dobiega końca. Na wielkiej pionowej ścianie malutkie okienko a w nim biedroneczka uśmiechnięta, co lubi kwiaty wąchać. Swoim ciałkiem wypełnia je całe. Na ścianie wisi nasz przybysz. Ściana duża o ten taki malutki.
Jak on na nią patrzy. I co z nimi teraz? No są razem, są na koniec, są nieboraki i nawet całusa kawaler dostaje. „Śmiszna” ta para. Niby urodą i temperamentem nie pasują, a tak razem pięknie życiem się bawią. Inne owady ich radość świętują. Tańczą po pionowej ścianie i skaczą i latają, co rusz zmieniając trajektorię lotu. Cirque du Solei prawa fizyki lubi łamać. Człowiek, który poziomo przemierza bezkresy, to popisowy numer, który przewija się w wielu występach w różnych odsłonach. Widownia siedzi cichutko, oczy w akrobatów wpatrzyła. Ach poskakałoby się, a tutaj tyłek na krześle musi spoczywać.

CYRK CZY NIE CYRK?
Czy Cirque du Solei to słuszna nazwa? Z cyrku niewiele tu zostało. To sportowcy z całego świata, którzy odkryli w sobie talent aktorski, a ich kariera niejednokrotnie dobiegała końca. To ci, co lubią przekraczać normy. Wrażliwcy, pasjonaci, perfekcjoniści. Za każdym razem, kiedy jadę ich oglądać, wiem, że będzie inaczej, chociaż wiele z akrobacji się powtarza. Każda przedstawiona w nowym świetle, nowego wyrazu nabiera. Ilu ich jest wszystkich? Trudno mi zliczyć. Są ci, co w Las Vegas występują i trupy z Montrealu. Również artyści występujący w Orlando czy na Riviera Maya w Meksyku. Artyści z Chin i Europy. Choreografowie z Brazylii i najlepsi twórcy muzyki, którzy nieważne gdzie mieszkają. Tylko w Cirque du Solei nie wszyscy artyści to wyrzeźbione Fidiaszowe ciała. Tutaj spotkasz potocznego grubaska i osobę, która ma już swoje lata. Namierzysz operową artystkę i kobietę, której brzuszek zaokrągla się już nie co bo w środku nosi potomka. To tutaj też zdarzają się wypadki, mimo największych zabezpieczeń. Ryzykują dl nas. Dla nas dążą do perfekcji. Warto doceniać tych, co ryzykują, jak również tych, którzy w świat kolorów, dźwięków i pięknych historii nas zabierają.

CO DALEJ?
Dzisiaj wracam zmęczona, ale pełna wrażeń. Czytam gdzie jeszcze i co jeszcze zobaczę. Nie może, nie pewnie, ale zakładam, że na pewno, bo tak jest bliżej do celu już na samym początku.
TORUK? O tak! Bo Avatara wchłonęłam jak gąbka. Strojów i świętego drzewa nie mogę się doczekać. Pierwszy rząd? Tylko. Sprawdzam następne show: CRYSTAL — bo na lodzie. Znając życie, nie będą ich ograniczać zasady jak te na Olimpiadzie. Gdzie!? W Orlando!? Jasna ciasna. No dobrze, coś się wymyśli.

„OVO”, CZYLI JAJA Z JAJEM 1/2

Zamyśliłam się tak porządnie. W lesie patrzę na przyrodę. Srebrne nitki pajęczyn rozciągają się
licznie między drzewami. Srebrzą się w zachodzącym słońcu. Wśród nich setki małych owadów lata, jakby drżąc w miejscu. W powietrzu mniejsze i te większe jakby odwieczny taniec tańczyły. Inne wyglądają na bawiące się w berka, a jeszcze inne bieg z przeszkodami uprawiają. Zaciekawiony „słoneczny reflektor” również skupia Całą swoją uwagę na tym miejscu. Ta cisza i świat zamknięty w dwóch przygaszonych kolorach – żółtym i szarym. Takie miejsce do wypłakania się i wyżalenia, takie tylko dla jednej co najwyżej dwóch osób. Fajnie tutaj, ale dzisiaj nie to miejsce jest moim celem. Do lasu pójdziemy kiedy indziej, gdy tylko będziecie tego chcieli. Tego dnia zabiorę Was do kolorowego świata owadów, które robią więcej zamieszania i hałasu. Tam, gdzie kolorów pełna paleta. Gdzie pasikoniki, cykady czy świerszcze, śpiewają, dając niepowtarzalny pokaz emisji głosu. Biedronki kuszą swoim zachowaniem. Ważki dają lekcje latania, a chrząszcze i inne liczne stawonogi nieźle broją.
Do Cirque du Solei zapraszam.

Pytam kilkulatkę, która otwiera szeroko oczy, bo te ze względu na porę chcą snu: Co cię tutaj urzekło?
Odpowiedź jak to u dziecka, nigdy nie do przewidzenia:
– Super rzucali dziewczynami.
Potwierdzam.

CO JUŻ BYŁO
Widziałam już wiele z ich występów. Myślę, że nawet już większość. W Las Vegas było plemienne „KA”, gdzie miłość z pędem zwycięstwa się przeplatała. Gdzie ziemia niebem się stała. Tam w Cirque du Solei się zakochałam.
Potem było „O” w Bellagio, na którym przysnęłam. Było pięknie, surrealistycznie i teatralnie a ja po prostu byłam bardzo zmęczona. Woda. Wszędzie była woda. Płonęła. I łódź, która nad nią się unosiła. Pamiętam tylko czerwień. Mam po co wracać.
Do tego ALLEGRIA, której już nie grają, a szkoda. Muzyki do dzisiaj słucham. DRALION gdzie skakali, w dół i w górę i w boki. Wszędzie były smoki. Dzięki niemu liznęłam troszkę chińskiej kultury. Już go nie ma.
KOOZA, którą najmniej pamiętam, bo nie było w niej historii.
Quidam! Tak. Dziewczynka o imieniu Zoe, która chciała uciec od monotoni życia, do świata gdzie rządziła kapryśna postać bez głowy. Na QUIDAM jechałam bez entuzjazmu. Ujęły mnie podniebne akrobacje na szarfach. Cały świat huśtał się i fruwał. To było takie moje. Alegria, Dralion i Qiudam zakończyły już trasę koncertową. Pamięć o nich to skarb, który pielęgnuję. Nie na nich jednak świat się kończy.

TU I TERAZ
Siedzę i czekam. Światła przygaszone jak zwykle. Na scenie wielkie białe jajo. Wygląda jak prosto od kury gigant. Kilka postaci przypominających owady wije się i kica między tymi, co przyszli ich podziwiać. Akrobatów mam na wyciągnięcie ręki. Są nimi, ale również dobrymi aktorami. Pozują do zdjęć, dzieci wzrokiem przyciągają. Patrzę na dokładne precyzyjne makijaże. Wracam wspomnieniami do Art. Body Painting. Wiem, ile to wymaga czasu i cierpliwości. Skupiam się na stroju. Przemyślany każdy szczegół, każde szew, bo przecież tutaj nic nie może uwierać. Wszystko ma przylegać, gdy artyści wiją się i kręcą na różne strony. Ma wyglądać efektownie, ale strój ma nie zagrażać bezpieczeństwu. Jedwabie, satyny, organzy prawie że filamenty pajęcze. Wszystko błyszczy się i mieni. Kolory gustownie dobrane. Przyglądam się charakterystycznej twarzy i skośnym oczom jednego z koników polnych. Ostrym rysom i śniadym policzkom. Nie wyczytasz w nich czy zaczął dzień dobrze, czy dużo lepsiej. Teraz jest owadem z krwi i kości i w niego się wciela. Prawdziwy „on” został za kulisami.
Wracam na swoje miejsce. Dlaczego ja siedzę tak daleko? Wielkie jajo – O! Powietrze z niego nagle uszło, a byłam pewna, że jest plastykowe. Cirque du Solei lubi już na początku zaskakiwać. Fabuła liryczna. Jakbym oglądała klasyczną komedię romantyczną. Najeżony insekt, którego trudno mi, jeśli o gatunek chodzi rozkminić, umizguje się do dość mocno kurpulentnej biedroneczki. No dobrze. Niech Wam będzie. Konkretnej biedrony co kształtami wabi i go uwodzi, a potem zwodzi. Chuderlaczek zapatrzony w nią traci duże złote jajo, które ze sobą na plecach nosi. Inne insekty łobuzy przez całe przedstawienie przekomarzają się z nim i jaja za boga nie chcą oddać. Wyzwania? Odbić jajo i wywalczyć względy z pewnym siebie żukiem. Wśród rozrabiaków przewijają się mrówki, pająki, skoczne świerszcze czy ważki, które tańczą taniec motyli. Jedna postać potrafi wygiąć się nieludzko, inna chodzić po pionowych ścianach. Jeszcze inna wirować w powietrzu.
Jest piątek. Jestem po pracy, podróży i zeźlona na życie. W głowie czuję, jakby ktoś kilofem rozdrabniał moje skamieniałe części mózgu, a jednak zdobywam się na śmiech. Cirque du Solei ma na mnie pozytywny wpływ. Po prostu zapominam. Wchłania mnie. Również muzyka z okolic Rio de Janeiro. Patrzę na huśtające się na cienkich kilkumetrowych źdźbłach trawy koniki polne. Wprowadzają mnie w trans. Rozbrajają. Husiu – huusiu – hu u u siu. Nie zasnę, nie ma mowy. Nie tym razem. Za uchem jakby komar przeleciał a wraz z nim inne insekty. Ile dźwięków. Jak na łące polnej w samo słoneczne południe. Kolory szafiru są wszędzie. Jakby ktoś atrament na scenę rozlał. Jak ja to wszystko wam opiszę?
c.d.n.

IZA (BELLA)

Izabela to młoda dziewczyna, jedna z kolejnych, która mnie inspiruje. Ona przypomina mi, jak dużo mam wokół siebie ludzi, którzy „toczą bój”. W jedynej w życiu słusznej sprawie, bo o życie. Dzisiaj o tych, co dostali prezent, którego nikt by nie chciał, nawet jakby dopłacali. Oni wzięli, ponieważ wyboru nie mieli. Po co taki i na co im? Wielu z nas chciałoby znać odpowiedź. Również oni. Dzisiaj troszkę o chorobach, jednak nie bójcie się, proszę czytać. To codzienność, z którą spotykamy się wcześniej czy później.

Drobiazgi
Poszło praktycznie o nic. Jedno uniosło się honorem, u drugiego cecha, która nie zawsze nam służy, wzięła górę. Potem walka o to, kto dłużej i kto w końcu odpuści, a potem jeszcze dobrze, żeby na długo druga strona kto górą zapamiętała. Małżeńskie scenki z życia wzięte. Chwile małych potyczek w pracy, które również mają miejsce. Dziecinada. Błahostka, której w żart już przekuć się nie da. Jak my wtedy skupiamy się na celu, jak bardzo budzą się obronne reakcje. Ja też tak czasami mam. Jeszcze. Uwierzycie? Stukam się wtedy w głowę. Przypomina mi się piosenka Maryli Rodowicz i słowa cyt: […] hej, głupia ty, głupia ty, głupia ty. A jak nie zadziała? To jeszcze sobie dorzucam historię odwiecznego sąsiedzkiego rodzinnego sporu, gdzie każdy z braci na drugim końcu malutkiej wsi mieszkał. O co poszło? Chyba o odkurzacz. Po latach nikt już nie pamiętał. Skłóceni przez większość życia jak psy w postawie obronnej. Wszystkie honory, żale, smutki, upartości każdy do grobu zabrał. Przed śmiercią jeszcze zdążyli powiedzieć dzieciom: Pamiętajcie kochani, ten drugi jest zły bardzo. Jego dzieci i wnuki także.
Po co ja Wam to opowiadam? Nazywam to doświadczenie „lustrem pierduł”. My w centrum. My skupieni na malutkim celu bez względu czy dobry on, czy nie. Lustro, w którym patrzymy na drobiazgi. Przedmiot, w którym tylko garstka mądrych potrafi doszukiwać się radości. Większość smutków szuka i powodów do tego, aby życie sobie i innym uprzykrzać. Kiedy to się zmienia? Gdy przychodzi do nas prawdziwe wyzwanie.

Inni, a jednak tacy sami
Patrzę na dziecko, które uśmiecha się jak każde inne. Gaworzy i za rodzicami oczami wodzi. Patrzę na dumną ze swojej pociechy matkę. Autyzm i ciężka padaczka. O nich nieliczni wiedzą, bo przecież przypadłość nie zawsze gołym okiem widać. Zerkam na młodą osobę, która w środku lata fikuśnie zawiązaną chustę nosi na głowie. Każdy myśli ochrona przed słońcem, tymczasem ona włosy może policzyć na palcach jednej ręki. Jacy są ludzie, o których piszę? Zwyczajni w zachowaniu na co dzień.
Defekt ze wpisu „zielono mi, czyli ortopedia jednego dnia” to przy nich bajka, zabawa. To jak szczypty pieprzu za dużo w zupie. Pokręcimy nosem i przełkniemy. Taki mały dyskomfort przez chwilę. Przy następnej zupie o tej, co gorzej doprawiona szybko zapominamy. To oczywiście metafora do naszych chorób i podejścia do nich. Przy małych schorzeniach, albowiem możemy się zastanawiać, zwlekać, nie zgadzać i nie zmieniać w ostateczności, jednak nadal prosperujemy. Przy tych, gdzie czasami pozostaje nam już wierzyć tylko w cuda. Pozostaje nam raczej zrozumieć i akceptować.

My i Oni
Kiedy zdajemy sobie sprawę, że Bóg prezentów niechcianych dużo rozdaje? Czy wtedy gdy przychodzi oddać jeden procent, a my nie wiemy komu? Nie wiemy, bo tak dużo informacji i próśb do nas dociera. Czy kiedy ktoś z bliskich dostaje od lekarza wyrok? A może, gdy nasza stopa staje za progiem Domu Pomocy Społecznej? U mnie to moment, kiedy wśród zwykłej rozmowy, śmiejąca się ze mną istota mówi mam stwardnienie rozsiane. Kiedy słucham wywiadu z facetem, któremu oczy błyszczą, a ktoś przed przypadek rzuca zadanie: Wiedzieliście, że on ma raka?
Złapałam się na słowach: MY i ONI. Nie ma NAS i ICH. Jesteśmy tymi samymi istotami. Każdego może spotkać to samo. Wszyscy chcemy się życiem cieszyć, czy mocniejsi jesteśmy, czy chwilowo słabsi.

Oczekiwanie
Czekam. Na moment, kiedy zauważymy, że z życia warto czerpać radość. Kiedy spoważniejemy na chwilę i złapiemy się za głowę, mówiąc: Tak dużo mogłem dostać tyle dobrego, a przez własną głupotę zaprzepaściłem. Mogłem być blisko, ale strach stanął mi na przeszkodzie. Można było pomagać, a mnie pomoc kojarzyła się tylko z pieniądzem. Nie bójmy się być i mówić: Nie potrafię albo jestem zmęczony Twoją chorobą i potrzebuję przerwy. Niech obawy nie stoją na przeszkodzie, aby razem łez gar czasami utoczyć. Masz wrażenie, że pomaganie nie wychodzi? Trudno. Ważne, że próbowałeś. Być: często tyle wystarczy. Pomagać chociaż jednej osobie wśród wielu również.

Na tym możecie zakończyć czytanie, kto jednak chętny może poznać co o sobie pisze sama Iza.

„Moje życie, moja historia” / 18 kwietnia 2018

Izabela, lat 36. Cena życia: 260 000 PLN
Już same te słowa brzmią dla mnie jak wyrok. Za nimi następne się kryją i niemoc. 8 lat walki z Chłoniakiem Hodgkina (nowotworem układu chłonnego). Historia moich ostatnich lat oblana jest morzem łez, cierpienia, nadziei, wyrzeczeń.

Ja
Wyobraźcie sobie drobną, radosną dziewczynę. Zgrabną, uśmiechniętą od ucha do ucha, która od pracy nie stroniła. Z drobnymi codziennymi wyzwaniami typu ból brzucha czy kłótnia. Z dwójką radosnych pociech i z trzecim w drodze. Dumna z tego faktu i myślą: Asia i Natalka będą miały braciszka. Hurra! Kiedy dziecko zaczęło się ruszać, przyszło złe samopoczucie. Potem badania i cios.
Werdykt — jestem chora.
Wybór niewielki — dziecko albo leczenie. Nic poza „albo” nie było.

Rak
Byłam przerażona. Decyzja była jedna. Mój syn przyszedł na świat przed terminem ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Rozpoczęłam walkę o swoje życie. Dla mojej rodziny i dzieci, które potrzebowały matczynego przytulania. Z dala jednak od nich. Jakie to było trudne, nie przewijać, nie kąpać, nie karmić małego Mateuszka, nie przygotowywać dziewczynek do szkoły. To moje wspomnienia. Były tylko chemie, badania, nadzieje na poprawę i znów wszystko od nowa. Dzieci wspierały się nawzajem i uczyły zaradności. Uczyły mojej choroby. Kiedy guz się zmniejszył, dostałam zgodę na autoprzeszczep. Zielone światło do nowego i mnóstwo pozytywnych myśli: Zaczynam nowe życie, pełne nadziei i radości lepsze jutro. Udało się.

7 miesięcy
Tyle dostałam od losu. Tyle szczęścia, a potem było znowu gorzej. Guz nie poddał się, a wręcz przeciwnie, powiększył do 10 cm. Mimo zgodności DNA mojej siostry odrzucono zgodę na przeszczep. Znowu rozpacz, żal, poczucie krzywdy i pytanie – Dlaczego? Tyle lat walki i bez rezultatu, bez nadziei na poprawę. Za co i po co? Co mam powiedzieć teraz moim dzieciakom — że to już koniec? Jak poinformować męża, że nie mogę już „ciągnąć” wspólnego „wózka”?

Dzisiaj
Wykorzystałam już wszystkie refundowane możliwości leczenia. Jakość i długość mojego życia została wyceniona i uzależnione od leku o nazwie Nivolumab. Małe pudełeczko z fiolkami mieszczące się w jednej małej dłoni to równowartość luksusowego mieszkania, o którym nie jeden marzy. Ja marzę o zdrowiu. Ten lek to moja szansa na najbliższe miesiące. Pieniądze? Aktualnie kwota dla mnie i mojej rodziny nie do osiągnięcia. Czas nieubłaganie leci.
Siedzę przy stoliku z fikuśnie przewiązaną chustą na głowie. Włosy? Nie o nich teraz myślę. Z każdego boku dzieci się tulą. Kiedy one tak urosły? Tak bardzo chcę żyć dla nich, dla męża, dla całej rodziny. Chcę uczestniczyć w ich dorastającym życiu. Ja po prostu CHCE BYĆ.

ORTOPEDIA JEDNEGO DNIA, CZYLI JAK SOBIE POMÓC SAMEMU?

Są co najmniej dwa sposoby podejścia do życia i zdrowia:
Jeden z nich to stwierdzić. Po co się starać i naprawiać, skoro i tak się znowu popsuje. Podobny do myślenia gospodyni: Skoro gary i tak się znowu pobrudzą, po co myć, skoro można do szafki schować brudne. Rozglądnąć się dookoła i zatrzeć ręce z myślą: No i już czyściutko.
Drugi. Pracować nad sobą czasami nawet ciężko. W zdrowiu i chorobie, aby zdrowiej na koniec było. Przed tym, jak cię na stół położą, w trakcie i długo potem.

Dlaczego tak jest? Pytanie stawiam z lekkim naciskiem na pretensjonalne u niektórych „dlaczego”. Z tym strachem i tą żałosną jak słyszę służbą zdrowia. Że tyle bezradności w nas i tyle po drodze wizyt bez odpowiedzi. Niekończąca się opowieść. Ciągle nie wiemy, co nam jest i zgadzamy się na to wszystko. Leżymy w obskurnych pomieszczeniach i czekamy z politowaniem. To jedno uważamy za dobre i temu właśnie ufamy. A w tym czasie ktoś obok zdrowieje, gdy my nadal w chorobę popadamy. Brakuje nam też porównania.
Często walczymy o swoje i chcemy jak najlepiej, a podążamy w stronę gorszego. To nie nasze wybory kochani są złe a strach przed zmianą i nowym, gdy stare się nie sprawdziło. Wiele nie możemy na tym świecie w pojedynkę zmienić. Chociażby ustaw i przepisów. Spójrzmy jednak, jak można sobie w tej rzeczywistości pomóc.

BADANIA
W pierwszej kolejności: Wiedzieć co mi jest tak naprawdę. W chorobie potrzebujemy wokół siebie ludzi mądrych, ale nie tylko. Pomyśl, zanim zrobisz zabieg czy specyfik połkniesz. Leczenie bez stwierdzenia co mi jest naprawdę to zabawa w zgadywanki. Zgadzaj się na to, ale tylko świadomie. Wydasz na pierwsze badanie i jeszcze drugie, aby się upewnić, będziesz wiedział co w tobie siedzi, a to pierwszy krok do trafionych co do powrotu do zdrowia decyzji. Jeśli masz czas, czekaj. Jeśli czasu mało, pozostają wybory. Pieniądze na samym początku? Stracisz ich dużo więcej, gdy leczenia końca nie będzie widać.

PRZYGOTOWANIE
Przygotować się, a nie liczyć na łut szczęścia. Zadbać o serducho i stresu unikać, przygotować mięśnie, które zgubimy w trakcie, a które łatwiej będzie odtworzyć. To wszystko nas czeka. Zapytaj każdego sportowca. To twoje oszczędności do wykorzystania po zabiegu. To Twój kapitał a co za tym idzie szybszy powrót do zdrowia.

FACHURA
Podstawa. O lekarzach troszkę dłużej, bo to od nich tak naprawdę często nasza przyszłość zależy. Z dobrymi lekarzami jest prosta sprawa. Są dobrzy i słabsi i to nie jest żadna tajemnica. A jaki jest ten dobry? Taki co wiąże, jakby całe życie sieci splatał. Ten, co szydełkuje, bo tak go mama już w dzieciństwie uczyła. Inny przycina i jak szlifierz diamenty kości do perfekcji dopracowuje. Są tacy co jak już do środka naszego ciała się jakąś drogą dostali, znajdują i zgarniają farfocle przypominające kurz spod łóżek, zbierając co do ostatniego okruszka. Inni wyciągają i dzierżą w ręce nasze serce i traktują jak silnik swojego ulubionego motoru. Ma po prostu działać. Jesteśmy jak sprzęty, które co rusz naprawiają. Dla nich to codzienność.
Przychodzą do pracy i chcą po prostu pracować. Jeden przerzuci na zmianie setki, on kilku osobom w kończynach, serduchu, głowie czy brzuchu poskrobie. Pamiętajcie o terapeutach, co bez zdjęć czytają. Lekarzach co są dokładni z zasady. Są pewni za nas, że się uda, chociaż nie zawsze się udaje. Oddając się w ręce fachury, można liczyć na lepsze.

ZAPLECZE
Szukaj miejsc, gdzie u pielęgniarki znajdziesz uśmiech. Gdzie dobre słowo często gości. Gdzie ciepła osoba potrafi czas dla ciebie zatrzymać i wyciszy skołatane serce, bo wie, że robisz EKG, któremu nerwy nie służą. Znajdź personel, co spokój niesie a do tego poczucie bezpieczeństwa. Gdzie wszystko do tego sprawnie się potoczy. Gdzie żarty mają miejsce, a ty nawet nie wiesz, kiedy jest już i po. Masz wybory. Nawet tutaj nie bądź skazany na pierwsze lepsze.

DYSTANS
O negatywnych emocjach i bólu łatwiej się niektórym opowiada. Czasami mam wrażenie, że ludzie nie tyle lubią się dzielić cierpieniem ile nim straszyć nas nieco. Warto mieć dystans do tego. Warto popatrzyć na tych, którym się udało. Od nich czerpać pozytywną energię. Nie tacy nas do działania napędzają. Pamiętasz dziewczynę z poprzedniego wpisu? Kiedy zachowasz dystans do wszystkiego łatwiej zebrać myśli. Bliscy panikują, przepędź na cztery wiatry. Jeśli martwią się i chcą dobrze, niech do paniki się nie dokładają.

MIEJSCE
Idziemy do szpitala. Który? Pierwszy lepszy. A może ten na drugim końcu świata?
Od choroby, ale i od nas zależy, co chcemy z naszym zdrowiem zrobić. Czasami musi być blisko, ale blisko czasami jest złudne. Leżymy tydzień lub dwa. Podobnie z naszymi bliskimi. Bez konkretnej diagnozy, bez poznania przyczyny, bez odpowiednich badań. Pozwalamy wysyłać na oddział, który właśnie zlikwidowali, kiedy w innym miejscu wszystko wiedzą, czyli rach i ciach i już po sprawie.
Liczymy, że blisko za darmo i szybko. Tam, gdzie blisko długo, czy krótko tam gdzie daleko? Czas na odległości przeliczajcie. No i kwestia czystości. My albo nasi bliscy nie musimy patrzyć na brudne ściany. Warto tych jasnych i jak we wpisie „Zielono mi” poszukać z małym „ale”. Osobiście twierdzę: Podążać za fachurą, nie patrzyć ile miejsce ma gwiazdek. Podsumujmy: Patrzcie na koszty dojazdów, komplikacji i leków nie tak niedobranych wszelakich, na obsługę a ponad wszystko kto nas leczy czy kroi.

POWROTY
Dostajemy długie zwolnienie i kładziemy się do łóżka. O jak wstać potem trudno. Idziemy po jakimś czasie do kontroli i dziwimy się, że ten, co leżał obok, kica już swawolnie, gdy my jeszcze o kulach i obok mama, która sznurówki nam wiąże. No kochani. Można się położyć i trochę rozczulać na sobą. Można popłakać nad własnym losem troszkę lub dać się porozpieszczać. Wcześniej czy później czeka nas jednak ciężka praca. Rehabilitacja to nie wakacje a mądry plan i systematyka. Jeśli długie leżenie pomaga i tak w zaleceniach, jestem jak najbardziej za. W przeciwnym razie szkoda życia i słońca za oknem Kochani. Oj szkoda.

EKSPERYMENTUJ
Rusz głową, szukaj własnych na samoleczenie bezpiecznych sposobów. Przykład? Przypomniał mi się brzuszek jednego takiego anestezjologa. Pielęgnuje go i dba pewnie o niego. Słusznie. Jednak co będzie, gdy coś natną na sali, bo taka przyjdzie potrzeba, A co gdy rana potem gdzieś pod fałdek się takiego brzuszka schowa. Rany lubią czystość i sterylność, ale również dużo świeżego powietrza, chłodek i słońce.
Opuchliznę obkładaj lodem, rany nie kiś tygodniami pod warstwą opatrunków i grubym bandażem. Czas goi rany, ale nie schowane. W ciepłej pierzynce i bez świeżego powietrza lubią się popsuć jak jedzenie poza lodówką. Sprawdzaj i zaglądaj lub daj zaglądnąć innym. Dbaj, a jak masz wątpliwości, znawców pytaj. W samopas nigdy nie zostawiaj. Ja moje rany na słońcu suszę. Dziwactwo? Nie wiem. Najważniejsze, że działa.

DOBRE NASTAWIENIE
Cokolwiek byś nie chciał zmienić w swoim życiu lub do czegokolwiek jesteś zmuszony bądź na to gotowy. Chcieć i mieć dobre nastawienie prowadzi często do szybkiej w walce o witalność wygranej.

NIE UDOWADNIAĆ
Nie wmawiać sobie choroby. Brać przykład z tych, co faktycznie chorzy, ale na ulicach się z tym nie obnoszą. Nie naklejają znaczków „niepełnosprawny” i nierządni miejsca specjalnego są na parkingu.
Tych, co pozytywnego myślenia mają więcej niż dużo i uśmiechów po stokroć więcej, chociaż pod czapką brak włosów, o których wie mało kto. Pokazywanie innym choroby i wykorzystywanie na maksimum zwolnień, chociaż ciało już do życia rwie się, nie wnosi zbyt wiele. W zabieganym świecie i tak często pozostajemy z wyimaginowaną chorobą niezauważeni.

Jestem waszym sprzymierzeńcem. W polepszaniu własnego komfortu życia, w podejmowaniu mądrych i odważnych decyzji, w poprawie własnego zdrowia, bo każdy z nas raz więcej go ma, a raz mniej. Bądźcie otwarci, na nowe a ponad wszystko wierzcie, że będzie dobrze, bo czego miałoby, by być gorzej? Zawsze jest coś, o co warto walczyć i do czego dążyć na tym łez padole, który jak się bliżej przyglądniesz, dużo pięknego ma w sobie.

ORTOPEDIA JEDNEGO DNIA, CZYLI ZIELONO MI

Zazwyczaj nasze poranki zaczynamy podobnie. Przecieramy oczy, a na twarzy pisze się nasze do życia podejście. Znowu to samo. Tron zaliczamy I poranne czynności w łazience. Patrzymy w lustro: O rany! Kto to? Ścielimy łoże albo nie ścielimy, zależy, jak nam się chce. Jakieś tam śniadanie, chociaż czasami i królewskie w zależności czy tak lubimy. Na koniec torba pod pachę i często gęsto dzieciaka, a nawet dwoje poganiamy. No czasami jeszcze szukamy kluczy do domu albo samochodu no ale to sprawa zabiegania. Czasami jednak – no właśnie – czasami niemoc dopada. I nie o zwykłe przeziębienie chodzi. Taki życiowy psikus i sposób na naszą na nudę. Energia wszakże ma krążyć. Dzisiaj będzie o tych dniach innych niewakacyjnych. Dzisiaj krótka wycieczka po sali operacyjnej i o tym, co potem. Na podstawie autopsji, obserwacji i tego, co zasłyszane. Mdlejecie na widok krwi? Spokojnie. Tu krew nie będzie się lała.

DZIEWCZYNA W SZARYM KORYTARZU
Zacznę od pewnej szarej scenki. Kolorowo będzie potem. Przypominają mi się ostatnie badania w ciemnych nieco piwnicach szpitala gdzie punkt pobrań i długi korytarz prowadzi na medyczne oddziały. W nim młoda dziewczyna. No i tutaj behawioryzm się kłania. Spójrzmy. Odruchy i zachowanie nastolatki ewidentnie wykazują wewnętrzny strach. Jest nim przesycona od czubka głowy do pięt. Nie ważne, że z nią jeszcze osób troje. Rodzina, która wspiera. Że jedno biega i załatwia na nią, drugie za rękę trzyma, trzecie zachowuje stoicki spokój. Czasami mam wrażenie, że ten, co najspokojniejszy najwięcej wnosi. Na dworze jeszcze chłodno i na podobnie chłodne wyglądają jej blade ręce. Oczy zamglone zgubiły punkt odniesienia. Gdzieś nad głową z czupryną lekko rozwichrzoną, słaba świetlówka mruga. Pielęgniarka z punktu pobrań wpadła w czarną dziurę. Inna niż duszek Kacperek rozpłynęła się w powietrzu. Jeszcze inna w czeluściach zaplecza zniknęła. Dziewczynie w szarym korytarzu bliscy gdzieś każą iść, coś robić. Ona zielona. Nowa sytuacja? Niezły rozgardiasz. Wraz ze strachem irracjonalne zachowania się rodzą, często, chociaż nam nie służą, powtarzamy je bez końca. Strachu się dziwicie? Ja nie. Przyglądnęłam się i rezygnowałam z tego miejsca. Coś mi nie pasowało. Czegoś za dużo i czegoś za mało.

ZIELONO MI
Czasami mówimy sobie: No coś w końcu trzeba z tym zrobić, po tym, jak długo zwlekaliśmy. Czasami na środku drogi lub w czasie snu dopada nas słabość, a potem już tylko inni za nas działają. I trafiamy na salę operacyjną.
Minęło ładnych dni kilka. O scence z dziewczyną już prawie zapomniałam. Jestem w nowym miejscu. W ręce trzymam plik badań. Rozglądam się po korytarzu, szatni i Sali z łóżkami. Zielono mi. I troszkę żółto, jakby, malarz chciał powiedzieć: Macie tutaj troszkę wiosny przez cały rok. I jeszcze na koniec w gratisie w newralgicznych miejscach artysta tego samego koloru dorzucił.
W miejscu, które dużym łukiem chcemy mijać, już jest tylko szybko. Proszę wypełnić, tutaj podpisać, tu zostawić rzeczy i ubrać fartuszek. Miła Pani w recepcji i Pan mówiący: Proszę za mną. Tuż przy Sali. Tu można odpocząć a zaraz potem zastrzyk w tyłek (Auć!), kręgosłup lub maska na twarz i już odpływasz. Tu już nie masz nic do gadania. Tu do gadania ma facio z igłą. Czasami nie załapiesz, kiedy w twoim ciele cieniutki metal ląduje. To przeciwieństwo nudnego czekania w przychodni, gdzie czas zatrzymuje się na chwilę, a powietrze zastane i przesiąknięte nudą jest na wskroś. Tutaj się działa. Tu wpadasz w wir pracy, tych, którzy kroją i szyją, chociaż szwalnią tego nie nazwiesz.
Dzieje się. Jeden w zielonym fartuszku komendy rozdaje, inny cos przy tyłku chce grzebać. No i Pani z kaniulą do żyły chce się dostać. Ta też na zielono ubrana. Nogę Thera Bandem obwiązali, zacisnęli mocno udo i gumę zabrali. Pomalowali na kolorowo. Maniana. Każdy wie, co ma robić i jest jak robocik. Zrobił tutaj? Idzie do następnego. Organizacja pracy i pewność zawodu do pozazdroszczenia!
Patrzę na sufit. Dach nie przecieka, jak w żartach na pocieszenie, które usłyszałam kilka dni wcześniej.
Jest biały, a w nim zieleń wykładziny się odbija. I vice versa. Ona sama jak lustro. Wszystko, co na górze i na dole ma swoje odzwierciedlenie. Leżę i czekam. Jak tutaj jest sterylnie i czysto. Po całym tym rytuale, szybko jest dużo wolniejsze.

CIACHU CIACHU, SROBU SKROBU
Lukam na fachowca. Takiego z dużą praktyką. Takiego co mówią, że rodzi się ze skalpelem w dłoni. Robi dzień w dzień to samo. Małe lub duże nacięcie. Majstersztyk jak potem stwierdzam. Potem w środku troszkę rękodzieła. Patrzę na dobrego rzemieślnika. Rzeźbi jak Fidiasz czy Michał Anioł. Słyszę: Panie Doktorze: Dzisiaj jeszcze na stół 3 osoby, gdzie 3 już ma pan za sobą. Ile to będzie rocznie szczęściarzy, co w jego ręce wpada z własnego często wyboru? Wołają: Ja chcę. Ja chcę. Jak osiołek w filmie Szrek — często do porównań z nim będę jeszcze wracać. Jak już to ja do Pana proszę i tylko do Pana. To kiedy?
Zielono mi. Misiowata, łagodna twarz, wygląda jak atłas w świetle szpitalnych reflektorów. Na głowie zielona czapeczka. Oczy wodzą o ekranie, na którym widać wszystko, co w naszym środku. Jednodniowa wycieczka w głąb siebie. Co ja jeszcze nie wymyślę. Chyba lekko odlatuję. Muzyka jakaś czy to w głowie gra? Czyżby tak leki na mnie działały? Tyle pamiętam i czuję, jak moją nogą fachura kręci na wszystkie strony, a ta ciężka i bezwładna. Wrażenie, że dwie tony waży. Na co mi ona teraz taka. Poczekam, aż naprawi i sprawną odda. A niech sobie tam poszpera i pokręci, jeśli trzeba. Niech sobie facet zarobi, skoro ma do mojej nogi rękę.
I tu się rozpisywać więcej nie będę.

PO
Boli nieco tyłek, chociaż miało boleć kolano. Coś bolec musi. No proszę Was. Toć przecie ktoś przed chwilą w moim ciele bełtał jak głodny rolnik łychą w zupie, doszukujący się kawałka mięsiwa. Pośladek opadł. Jest na to sposób. W ostateczności opadający też ujdzie w tłumie. Patrzę na nogę. Jest. Czuję ją. Dziury tej samej długości i pod tym samym kątem równiutkim szwem uchwycone jak w lustrzanym odbiciu. Szlachetnej krwi ani kropli nie uroniłam. To widzę, chociaż w głowie się jeszcze troszkę kręci. Czterogłowy lekko pracuje, a miało być inaczej. Jest lepiej, niż myślałam. U mnie też był strach. Uwierzycie? Przecież z Marsa nie jestem. Toć ja człowiek z krwi i kości co teraz tylko kości troszkę nie ma.
7 tygodni zwolnienia wypisuje miła Pani z recepcji. Pierwsza myśl: O matko a kto to wyleży tyle? Inna Pani o 14 dni prosi. W grę wchodzi zero lub siedem. Innej opcji nie ma. Recepcjonistka w żarcie: Mi żadne nie przysługuje. Zdaje sobie sprawę, że taka kobitka jak ona zawsze pod ręką potrzebna a w tym miejscu niezastąpiona. Z „Ortopedii jednego dnia” wyjeżdżam z uśmiechem na twarzy. Zadowolona, że nie poleguję, gdzieś gdzie decyzyjność leży. Gdzie brak sprytu, doświadczenia, odwagi a tempo raczej żółwie. Po stokroć wolę „Zielono mi” a krócej.

KULASEK
Patrzę na kolanko. Naprzeciwko siebie ktoś wyrzeźbił pięknie dwa oczka i rzęsy. Do tego mała „buźka”, efekt wcześniejszego kicania. Pucate jakieś takie. W jeden dzień tyle wrażeń. A jakie pozytywy z całej tej przygody? Dużo ich bym znalazła, bo warto na nich się skupić. Bardziej niż na negatywach. Dzisiaj spotkałam się z zawodem, który każdy jest jak inny. Można się nim bawić, a można w nim partaczyć. Dnia powszedniego po raz pierwszy poczułam ile wazy moja noga. Mniemam, że dobre 10 kilo, chociaż momentami wydawała się dużo cięższa. Dzisiaj przekonałam się, że nie ma to, jak zielony, no i nie musiałam sprzątać, kiedy do domu wróciłam. Przede mną rehabilitacja. Jaka będzie? A kto to wie. Ponownie wierzę, że z dobrym zakończeniem.

KOŃCOWE DYWAGACJE
Dlaczego
tak jest? Że mimo dyskomfortu człowiek wraca szybko do zdrowia i domu. Że opowiada z przyjemnością, o tym, o czym wielu chciałoby szybko zapomnieć. Że mimo braku rozpieszczania mówi: Ten i żaden inny. Z drugiej strony: Dlaczego ktoś czegoś nie wie i ktoś tygodniami leży. Dlaczego, po powrocie ze szpitala do zdrowia lub kondycji bywa, że nie wracamy. Co się dzieje? Pytanie stawiam z lekkim naciskiem na pretensjonalne u niektórych „dlaczego”. Z tym strachem i tą żałosną często służba zdrowia, o której tak często dochodzi do mnie echo. Odpowiedzi i podpowiedzi odnośnie do wyborów znajdziecie na moim blogu. Jutro. Dzisiaj już dość tych szpitali. Czas wracać do domu.

KIEDY I Z KIM

Jeśli macie sprośne myśli sprostuję: O tym nie będzie. Tym razem w klimatach egzotycznych wypraw odpowiedzi na pytania. Po co jedziemy na wakacje i co potrafi tęsknota. Kiedy jechać i z kim. Czyli pytania trudne i łatwe.

Pogaduchy
Wsłuchuję się w historie różnych ludzi. To piękne jak różne są i jak wiele jednocześnie mają ze sobą wspólnego. Morskie dywagacje nie tylko o morzu, ale i o życiu również. Pogaduchy i opowieści. Wakacyjne klimaty sprzyjają, albowiem wymianom życiowych doświadczeń. To z takich miejsc oprócz straganowych pamiątek i wspomnień przywozimy nową wiedzę, odkrywając często siebie na nowo.

Po co?
Większość powie no jak to? Odpocząć od pracy. Są tacy jednak, co powodów mają dużo więcej. Na swojej drodze spotykam tych, co chcą coś wynagrodzić dzieciom. Takich co pragną poprawić z nimi relacje czy spędzić czas razem i zacieśnić rodzinne więzi. Również ratowników związków, jak ja ich nazywam.
Tych, co uciekają od czegoś i takich co chcą się zdystansować. Indywidualistów co pustelnikami być uwielbiają i tych, co bliskości i drugiej połowy szukają. Dla nich wyjazdy są sposobem na ucieczkę od samotności. Garstka niemała zabija podczas wyjazdów po prostu codzienną nudę.
Kiedy jedziemy poszukiwać nowego, na naszych twarzach pisze się zazwyczaj zadowolenie i ciekawość. Gdy jednak uciekamy lub wyborów nie mamy, jest zupełnie, zupełnie inaczej.

Tęsknota
O niej już troszkę było we wpisie: „Czym jest miłość?” Dzisiaj do tęsknoty na chwile wrócę, bo na swojej drodze co rusz ją spotykam.
W ciepłe dni siedząc na plaży, lubię przyglądać się ludziom. Jedni wolni jak ptaki, chociaż lat już w papierach mnogo. Czerpią z życia jak dzieci. Gdy ich serca są czyste jak łza, a głowa nie gdyba, osiągają flow. Kiedy coś w sercu boli, odreagowują. Inni maślane oczka kierują w piasek lub daleki horyzont. W zadumę popadają. Marzenia z przemyśleniami się wtedy przeplatają. Życiowe wybory z tęsknotą, którą ta często okiełznać.

Jedziemy w piękne miejsce. Siedzimy nad wodą, która nie potrzebuje podciągania kolorów w Photoshopie. Słońce rozpieszcza, a wiatr przychodzący znad morza delikatnie ciało chłodzi. Morze masuje stopy. Troszkę cienia daje pobliska palma, na której dojrzewają wypełnione już płynem kokosy. Jest wszystko, o czym ludzie marzą, a nas coś w środku ściska. Gnębi. Boli. Otoczeni dobrymi duszyczkami, których radość słyszymy nieopodal, jesteśmy tak naprawdę samotni. Gdzieś ktoś został. Gdzieś ktoś wyjechał. To narodziny tęsknoty. Nie planujemy jej i nie pakujemy do walizki. Pojawia się jak duszek i jest świadectwem wielkich uczuć i marzeń, którymi żyjemy. Świadectwem jak jest naprawdę. Kto jest ważny w naszym życiu i na kim nam zależy. Tęsknota w parze z grupką „pociech” chodzi. Smuteczki mają na imię. Jak cię polubią trudno się od nich odgonić. Tęsknota za kimś — często nie jest singielką. Tęsknisz Ty, tęskni ktoś za Tobą. U Ciebie rodzi się poczucie winy. Ktoś miejsca nie może sobie znaleźć. Miota się, licząc na twój jak najszybszy powrót. Rodzą się pytania. Po co tak i dlaczego nie razem. No cóż. W rozstaniach nie widzę nic złego, o ile nie bolą.

Jak odpocząć i złapać wiatr w żagle, gdy tęsknota doskwiera? Dzisiaj nie znam na to pytanie odpowiedzi. Do głowy przychodzi mi jedno: W przyszłości bez względu na to, co ludzie mówią, jedź z tymi, których kochasz, a smuteczki spać pójdą, bo? Tutaj posłużę się metaforą. : […] „Bo wystarczy pieskowi dać mleczko, a już nie ma smuteczków nad rzeczką”

Kiedy?
Gdy tylko uwolnisz marzenia. Na „NIE” nie szukaj powodów, „TAK” mocno wspieraj.

Z kim?
Z tymi, których kochasz. Z tymi, na których możesz liczyć w potrzebie. Z takimi, wśród których dobrze się czujesz. Lub sam. Jeśli tylko to jest twoje.

Z dedykacją dla tej, co kajutę ze mną jeszcze nie tak dawno dzieliła i wszystkich, którzy tęsknoty nie lubią:
https://www.youtube.com/watch?v=PiWly7xSwYM

KARAIBY DELUXE 25/25

Wersja deluxe? Dlaczego nie? Skoro płyty takie wydają.

Przemierzając Karaiby, usłyszałam słowa, które w pamięci zapadły:
W życiu powinniśmy wszystko wiedzieć, połowę umieć, nic nie robić.
Czy tym sposobem bylibyśmy szczęśliwi? Ja powiem tak.
Dobrze, gdy jesteśmy ciekawi świata. Dobrze, gdy lenistwo nas nie ogarnia. Dobrze, gdy staramy się go poznać nieco, ze świadomością, że wszystkiego w życiu się nie da. Dobrze, gdy znamy swoje cele i mamy marzenia. Dobrze, gdy bierzemy, co nam życie daje i potrafimy się z tego cieszyć. Dobrze jest, gdy mamy odwagę wyciągać rękę, po to, co niesie nam radość.

 

KARAIBY – BIERZ CO TWOJE 24/25

Jeśli czytacie ten wpis, prawdopodobnie czytaliście o Karaibach wszystkie poprzednie. Tyle tego wyszło! Mega pochwała za cierpliwość.
Dla tych, co po morzu chcą pływać i to nie koniecznie po Karaibskim – czytajcie i bierzcie co wasze. A nuż się w życiu przyda?

Jak się dobrze odnaleźć i czego unikać? Oto kilka sugestii:

– Rum na Karaibach ma swoje procenty. Warto o tym pamiętać gdy będziesz nurkować w głębinach chłodziarki.
– Wiatr i fale. Są często nam nieco straszne. Dużo gadają, warto ich jednak polubić.
– Ubranie. Bierz tylko takie, które nie żal ci stracić. Straty na wodzie są i tutaj. Nie ma przeproś.
– Pływając na łajbie, zamykaj wodę w kranie. Słodka na łodzi jest jak na lekarstwo. Słodka na Karaibach i nie tylko bywa, że słono kosztuje.
– Dobry kucharz na wodzie to podstawa. Sprawdź, zanim wypłyniesz. Od niego zależy, jak i czy rejs przeżyjesz. Z tym „czy” żart oczywiście.
– Zamykaj okienka lub licz się z dwudniowym suszeniem materaca.
– Na siatce dziobu spędzaj ile wlezie , bo o lepsze miejsce trudno.
– Na wyprawę warto wziąć nożyczki do paznokci i maszynki do golenia. Paznokcie czy włosy w słońcu i wodzie rosną w tempie zastraszającym. Wykorzystaj ten fakt, a przypodobasz się niejednej płci przeciwnej. Kobieto, pamiętaj: O złamanie paznokcia na łodzi nie trudno. Tutaj na takie bajery mało kto patrzy. Tipsy i żele? Twój wybór.
– Jeśli w butli gazu mało przekonaj kucharza, że smażenie naleśników to nie najlepszy na ten moment pomysł. Bywa, że będziesz tęsknił za ciepłą herbatą.
– Masz dobry lek na przeziębieniowe perypetie czy wypróżnianie przez usta przez burtę, twoja wartość w oczach innych rośnie. Jak niewiele trzeba.
– Jeśli chcesz dla zabawy polać koleżankę, to tylko słoną wodą z wiadra. Główna zasada lej z wiatrem, a nie pod wiatr. Uwaga zasada dotyczy również sikania.

W poszukiwaniach co jest za horyzontem, życzę wszystkim powodzenia. Szerokości na lądzie i wodzie i mnóstwa nowych doświadczeń.

 

KARAIBY – LOTNISKA 23/25

Kto był, to był. Kto zna, to zna. Tym, którzy nie mieli styczności, przybliżam klimaty tych miejsc, bazując na paryskich Charles de Gaulle i Orly.
Pierwsze zaskoczenie: Samoobsługa. Od odprawy przez nadawanie bagażu po wejście do samolotu. Jak w większym supermarkecie. Okazuje się łatwo, prosto i przyjemnie. Wypluwa naklejkę? Na walizę naklejasz. Wrzucasz na taśmę. Sczytujesz kod z naklejki skanerem. Mówisz Bye, Bye i ręce zacierasz. Tylko pamiętaj: Jeśli nie chcesz, aby sprawa się skomplikowała torba czy walizka nie większa od podanej w warunkach. System jest bezwzględny. Z nim nie pogadasz zbytnio.

Stoję, idę i znowu stoję
Jeden zakręt i drugi i jest ich czasami z kilkanaście. Jak w labiryncie. Jedna „mróweczka” za drugą. Porządek ma być. Rozbieram się po części i ubieram. W zależności od tutejszych funkcjonariuszy widzi mi się i ostrych przepisów, które mają zapewnić bezpieczeństwo.

Siedzę. Siedzę. Siedzę
Czekam i
Czekam. Wiele z osób zabija czas z nosem prawie w komórce. Podjadają to, co udało się przemycić lub popijają kawy bez względu na cenę, żeby jakoś przetrwać nudę i zmęczenie. Sklepy bezcłowe mają używanie. Kuszą wystrojem i markowymi rzeczami. Ludziska kupują, bo czasu tu mają wiele. Chodzą. Wąchają. Psikają się i zapachy mieszają przeróżne. Tu przed wylotem często powstaje nowy wręcz makijaż. Ktoś w końcu kusi się na nowość. Nie jeden facet ostatnią pamiątkę na szybko kupuje dla córki czy żony. Mężczyźni kręcą się również przy działach ze szlachetnym trunkiem. W walizkach często nie jedna butelka ląduje. No bo jak tu wybrać jedną, gdy szklanych butli z lekarstwem do wyboru i koloru. Zmęczenie na wielu twarzach wypisane, chociaż tutaj nikt się zbytnio nie napracuje. To zmęczenie podróżą i ciąganiem za sobą walizek. Przepakowywaniem, wagi sprawdzaniem, ciąganiem tududków za sobą. Mile zaskoczenie, że ludzi na lotnisku paryskim tysiące a decybele przy tym niewielkie. Miły szum, szepty gdzieniegdzie i rozmowy z sąsiadem. Podobne klimaty bywają w teatrze, gdy przerwę między aktami ogłoszą. Następna niespodzianka to gniazda do ładowania na wyciągnięcie ręki. Często o nie ciężko a tutaj bateria ciągle do pełna. Po prostu full wypas.
Siedzenie, szwendanie się i przechodzenie kilometrowymi korytarzami z miejsca na miejsce w poszukiwaniu swojej bramki, to często większa część podróży.
Wyczekuje, więc oczekuje i jeszcze trochę wypatruję. Przyglądam się nogom. Cały przekrój stóp i butów. Sportowe i zimowe i trochę mokasynek. Klapeczki do wody, zimowe kozaki i ciężkie jak nie wiem co trapery. No i moje neopronowe cichobiegi, w których zeszłam z łajby. Jakoś tak szpileczek damskich mało. Z mody wyszły czy jednak kobiety zaczęły patrzyć na wygodę? Male, duże i wielka stopa się zdarzy. Eleganckiej Pani, która dba o wygląd, nogawka spodni się zawinęła. Nieświadoma dumnie kroczy przeświadczona o swojej perfekcji. Najważniejsze to, co w głowie. Lepiej niech się nie dowie. Stopy młode i dużo starsze. Jasne i ciemne w skarpetkach i często bez nich, gdzie kostki wystają spod spodni.
Jedna noga za drugą i następna, a potem następna. Cichutko prawie bezgłośnie bez względu czy po dywanach, czy po płytkach. Wpadają w inferencję. Bieżą, a za nimi kółeczka walizek kręcą się do taktu. Turkocą cichutko, pukają, stukają
Tak to to, tak to to, tak to to! Jak w wierszu J. Tuwima. Oho! Wróciły z dzieciństwa wspomnienia.
Następny zakręt i następny. Staję nagle. Kilka osób widząc, że zamarłam zaraz za mną. Znajome dźwięki dochodzą do ucha. Stradivarius a może coś bardziej współczesnego? Na środku białe pianino ze złotym napisem. Młody podróżnik torbę na ziemię rzucił. Gra. Patrzę, jak dłonie łatwo chodzą po klawiszach. Gdy pomysłów brakuje, mężczyzna posiłkuje się, szukając pomysłu na nowy w komórce. Mogłabym słuchać i słuchać. Wyposażenie lotniska dość nietypowe. Miło oj miło. Czas szybciej leci. O zmęczeniu chwilę zapomniałam.

Obawy
Czasami lotnisk się boimy. Że języka nie znamy, że duże, że nie do końca wiemy co i jak. Gdzie po bagaże a gdzie do wyjścia. Odwieczne dywagacje. Zapominamy o jednym drobiazgu: Tutaj ludzie często gęsto mają czas i pomogą. Ikonkami wiele miejsc również oznaczone. Język i nowe technologie? Why not? Daj sobie czas. Przyciskaj, próbuj i patrz na obrazki. Dzisiaj naród jest wygodny, więc to, co straszne tak naprawdę poprowadzi cię, jak mamusia za rączkę. Gdy nie wychodzi? Pytaj. No i granicz toboły. Nie bierz ze sobą do samolotu bomby, wody czy piły motorowej a wszystko pójdzie jak po maśle. Powodzenia. Jak mogę Was zachęcić? Tam w górze zawsze słońce świeci. Czy to wystarczająca pokusa, kiedy nad głową długo pochmurno?

KARAIBY – KONIEC BUJANIA 22/25

Wysiadamy. Koniec bujania. Zamieszanie i szybkie pakowanie. Siedzę ma walizach. OstatnIe focie. Łódź ma raptem kilka godzin na odpoczynek. Zaraz wsiadają na nią następni. Pracowita LB robi 7 dni w tygodniu na 3 zmiany. Pod nią nurek w podstawowym osprzęcie ABC sprawdza dno katamaranki. Z wody wynurza się opalona szczuplutka i nieogolona buzia. Słyszę tak całkiem po polsku: Liny niepowkręcane. Silniki i miecz ok.
Rafał, bo tak ma na imię chłopak, Polak z krwi i kości znalazł tu swoje miejsce. Czy nadal nie wierzycie, że świat jest mały, a rodaka spotkasz wszędzie?
Podczas spaceru spotykam następnego. Plecak a do niego przywiązany mały namiocik i nieco zdezelowane trapery. Nawet nie nadążam, zapamiętać gdzie już był i jakie kraje zamierza przemierzyć. Przemieszcza się waterstopem, czyli od lądu do lądu ktoś go podrzuca własną łajbą. Młody podróżnik gra na tamburynie. Młodzieniec samotnik, który zwiedził już prawie cały akwen Oceanu Atlantyckiego. Tak trzeba umieć. Tak chcieć. Takie życie nie każdemu pasuje. Wielu mu się dziwi i wielu zazdrości. Wielu z otwartymi ustami słucha.

W knajpce znowu spotykam Rafała. Jego ruchy, opalenizna, zachowanie świadczą o tym, że już stał się częścią tego miejsca. Potwierdza to, co sama przyuważyłam. Na Karaibach umiejętność podejmowania decyzji leży. Tutaj każda decyzja to mega wyzwanie. W prawo czy w lewo? W lewo czy w prawo zastanawia się tubylec, stojąc na skrzyżowaniu.
A co z innymi opowieściami?

Ludzie
Na Martynice ludzie są mocno skłóceni. Powód? Pierwsi, którzy tu napłynęli to mieszanka różnych plemion afrykańskich. Ponoć na Martynikę trafili ci najładniejsi zaś najbrzydsi, po prostu zapomniałam. A może nie chcę powiedzieć? Wróćmy jednak do francuskiej wyspy. Wierzyć w to, co na zapleczu mówią? Sprawdzam. Patrzę po twarzach. No faktycznie ładne bestie.

Meczeta
Do wszystkiego meczeta. To podstawowe ponoć narzędzie pracy. A grabie? Też są. To maczety tylko w jednym rzędzie postawione obok siebie. Rafał uśmiecha się pod nosem. Grupka śmieje się, skupiona wokół mnie. Żart, a może troszkę w tym prawdy? Patrząc na ludzi na tutejszej budowie i rolnika gdzieś u podnóża góry stwierdzam, że więcej niż trochę. Młot pneumatyczny i pracownik fizyczny w klapkach remontujący drogę nie idą mi tu bardzo w parze.

Przed samym wyjazdem spotykam Julię. Pamiętacie Julkę? Jeśli nie, to warto sięgnąć kilka wpisów wcześniej. Znowu się uśmiecha. Radosna Julia, która znalazła tu na chwilkę swojego Romeo. Jak potoczą się dalsze jej losy? Julii życzę mnóstwo szczęścia w miłości bez względu na wiek, czas i miejsce. Miłości do siebie przede wszystkim.

Dzisiaj zobaczyłam Afrykę przesiąkniętą Francją. Mieszanka narodowościowa i barwy skóry od kawy latte po gorącą czekoladę. W porcie setki masztów na bielutkich jachtach, których ceny osiągają krocie. Gdzieś w kąciku drewniane kolorowe wielkie łodzie, łódeczki prawie jak z łupiny orzecha i plątanina delikatnych sieci czekających na swoją kolej. Małe samotne krzesełko i odgłosy handlarek, które zwijają właśnie swoje stragany ze świeżą wanilią, imbirem, kurkumą czy cynamonem. Delfiny i morświny przespałam. Czekają na mnie gdzie indziej. Wsiadam do busa. Wracam do domu. Powroty też mają w sobie wiele dobrego.

 

 

KARAIBY – POWROTY, FORT DE FRANCE 21/25

Fort de France. Martynika. Środek nocy. Siedzę na dziobie LB.
Z nieba, na którym ścielą się gwiazdy, drobny deszczyk pada. Zatrzymuje się delikatnie od czasu do czasu na mojej skórze. Po raz ostatni chyba zerkam przez oczka siatki. Łajba bezdźwięcznie przesuwa się po wodzie delikatnymi ruchami. Kołysze do snu, tych co śpią teraz. Tafla wody wygląda jak lustro, a odbicia szczytów wysokich masztów szukają coś w zatoce pod dnem. W ucho wpada delikatne bicie dzwonów kościelnych tyle tylko, że w okolicy kościoła nie ma. Nadstawiam bardziej ucha. Warto się wsłuchać, bo to wiatr na wantach innych łódek gra gdzieś w oddali. Muzykę przerywają odgłosy ludzkiego chrapania. Nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo ludzi ma ten dar. Jeden z sąsiadów za drwala robi. Inni mogliby wspólnie tartak założyć. Bez względu na płeć co drugi piłuje, jak tylko potrafi, wybierając noc i łódź za swoje miejsce pracy. Praca wre. Jak na to zaradzić? Wystarczy delikwenta dotknąć, aby zatopił się na nowo w ciszy. Łaskotanie odpada. Kto o tym pomyślał ma ode mnie w nos. Niucham.
Woń stóp z dusznych nad ranem kabin miesza się z zapachem glonów, które obrosły tutejsze pomosty. Z zapachem smarów z przybrzeżnego warsztatu dla łodzi, drzew, które rosną dookoła no i oczywiście wody. Marina śpi. Śpi morze. Cale Karaiby zapadły jakby w sen zimowy.
Łapię ostatnie podmuchy ciepłego wiatru. Chowam po kieszeniach. Wplatam we włosy. Fakt, że za wiele ich nie ma. Za godzin kilkanaście będę już tam, skąd pochodzę. Zatapiam się w tym spokoju. Chcę skorzystać. Kiedy wraca się do domu, o takich chwilach dla siebie często zapominamy. A przecież usiąść ma chwilę można zawsze i wszędzie. Zatrzymać się. Czyż nie tego w zagonionym świecie właśnie nam potrzeba?
Chwilą ciszy. Tak żegnam się z tym miejscem.
Czas wracać tam, gdzie na co dzień moje miejsce.

KARAIBY – ROZMOWY Z WIATREM 20/25

Rozmowa środkiem nocy. Ciemno dookoła a mnie budzi On – Wiatr, o drugim Zefir imieniu. Czuje się niezauważany. Chce ze mną rozmawiać. Jakby się złościł na coś, na kogoś, a nikt go nie chciał wysłuchać, bo każdy śpi smacznie i mocno lub bo. i się go na co dzień.
Jesteście ciekawi, co dzisiaj do mnie nasz Wiatr Zefirek mówi? Jakie żale ma do nas i jakie miłosne zawody? Prosi o tajemnicę, więc tematu nie zdradzę, Powiem za to, jak z wiatrem rozmawiam. Bo z nim jest dużo łatwiej niż ludźmi.
Podstawa to wiatru słuchać. On tylko uwagi potrzebuje, a nie ciągłego psioczenia, pouczania czy mądrości, które są mądre dla nas. Pamiętajcie, gdy jest Was dwoje, a tylko jeden mówi, to też rozmową zwiemy. Powiem nawet, że takowa, wnosi dużo więcej niż częsta obopólna paplanina. Słucham więc. Zamykam oczy i milczę.
Teraz wiatr nie jest cicho. Mówi, a jego głos roznosi się w każdym tego miejsca zakątku. Bez mikrofonów, kolumn i innych wynalazków, wchodzi w każdą napotkaną szparę. Próbuje przedostać się do mojej koi.
Kiedy zaczyna mówić, dźwięki nie przypominają żadnej piosenki. Co jakiś czas czuje jakąś powtarzalność, jednak nie liczę na zwrotki czy refreny.
Wpierw wiatr w rozmowie stara się mnie czymś zająć. „Popatrz – mówi. Jaki silny jestem” i uderza wodą o burtę jak wielkim ciężkim żeliwnym młotem. Następne mało przewidywalne uderzenie i znowu następne. Tym razem wiatr nabiera powietrza i wypuszcza po tafli wody w stronę mojej łodzi. Kiedy oddech wiatru burtę napotyka, dźwięk przypomina wybuch powietrza, które już dłużej nie chce tkwić w wypchanym po brzegi dziecięcym balonie. Puf! Czekam na następne uderzenie. Wśród mocnych krótkich brzmień jeden delikatniejszy w powietrzu się niesie. Jakby śpiewaczka, która glos straciła, próbowała go, ćwicząc odzyskać. Inne niskie tony wiatr w sieć z gazy zaplata. Zarzuca w powietrzu jak sprawny rybak, ścieląc je po części kadłuba, który nie jest zanurzony w wodzie. Czasami czymś rzuci, co jakiś czas gwizdnie i zaświszczy. Świsty o wielu barwach świadczą o tym, jak wiele dźwięków ma wiatr w zanadrzu.
Mimo braku nieregularności jest w tym wielki zamysł. Wiatr Wicher tworzy nowy utwór i dobrze wie, co robi. Żaden dźwięk żadna nuta nie jest tu z przypadku. Kiedy tylko próbuję wyłapać zasadę, on znów mnie zaskakuje.

Choróbsko
Łódź stoi w zatoce na jednej boi, która nie da jej odpłynąć. Do niej o wielu splotach do dziobów katamaranu, ciężka lina przywiązana. Lina skrzypi. Wiatr jej wtóruje i też dziwne dźwięki wydaje. Każdy następny zgrzyt jego zęboli przypomina, jakby ktoś wymuszał dźwięki, trąc styropianem o zardzewiałą piłę. Okropieństwo. Mówimy: Wiatr okrutnik Jednak kiedy wyłączymy z głowy wszystkie złe skojarzenia, możemy zauważyć, że wiatr z bólu, żeby zaciska, brzuch go boli, a do tego jeszcze chrypy dostał. Na morzu niewiele trzeba. Przeziębiło się nasze wietrzysko i pomocy szuka.

Trwaj chwilo. Trwaj. Wracaj wietrze do zdrowia. Wracaj.
Wysłuchanie go środkiem nocy okazało się najlepszym lekarstwem. Sam się uspokoił. Bo gdy w brzuchu kreci u Zefira, czasu i cierpliwości trzeba. Tak niewiele, a jednak troszkę. Potem już było tylko lepiej. Po godzinach kilku wiatr znów delikatnie i rytmicznie przesuwał łódkę. Kręcił nią wokół, a jego ruch przypominał płynne machanie chorągiewką na pochodzie pierwszomajowym. Rytmicznie powiadacie? Mnie też to zaskoczyło.

Świt
Zaczęło się rozjaśniać, gdy nasza rozmowa dobiegała końca. Wiatr odszedł spokojnie nad ranem. Morze całą noc wzburzone nawet po zatokach ucichło. Widzicie, jak niewiele trzeba? Posłuchać wiatru, odrzucić obawy, poczekać.
Nastał nowy dzień. Moja łódź z zatoki znowu wypływa na głębiny. Wczoraj wiatr w żaglach odpoczywał, nadając naszej łodzi prędkość do pozazdroszczenia. Podczas kolacji muskał po twarzach, zatrzymując na nich ostatnie promienie zachodzącego słońca. Noc nieco przechorował. Może dzisiaj znowu w zdrowiu będzie nam kompanem? Kto wie. Do takich jak on zmiennych i nieprzewidywalnych po prostu warto się dopasowywać.

19. KARAIBY – A IMIĘ JEGO ZEFIR 19/25

W książkach czytam: Wiatr to ruch powietrza względem powierzchni ziemi. Naukowe podejście. Ja mam nieco inne. Wiatr poznałam na Karaibach. Opowiem o wietrze, to, czego nie wyczytacie w Wikipedii.

On
Wiatr jest jak posturalny facet, taki dojrzały z krwi i kości. Z przeponą, która nieludzko napełnia się u niego powietrzem. Z rozwianymi białymi od słońca długimi cienkimi włosami, dla których grzebieniem są gałęzie wszystkich istniejących drzew na ziemi. Odziany w pelerynę niewidkę potrafi być wszędzie w sekundę. Dość nerwowy bywa i impulsywny. Ponadto ciepły, gdy trzeba przytulić i chłodny, gdy sam stwierdzi o zimnego pożyteczności.

Mowa
Słucham, że: Wiatr świszczy, i szeleści. Szumi gdzieś i dzwoni. Dla mnie jego mowa jest dużo bogatsza. Od bezgłosu co jeszcze przed pierwszym dźwiękiem pojawił się na ziemi, po skowyt mitycznego potwora płaczącego w ciemnej jaskini.
Wiatr potrafi być cichutko jak myszka polna pod miotłą. Nie ze strachu a z szacunku do innych na ziemi wszystkich znanych nam żywiołów. Również z wielkiej zadumy nad życiem. Kiedy myśli tak czasami i myśli bez końca, warto obok niego usiąść, w otoczenie bez słów i dźwięków. Warto we wszechobecną mistyczną ciszę się wsłuchać.

Ruch
Oprócz licznych przemów, własnością Neptuna bawi się i deszczem. Promieniami słońca i przyrodą wszechobecną. Wiatr lubi się ruszać. Bezruch z lenistwem kojarzy. Gdy chandra go dopada, a wody pod ręką nie ma, rękę na rękę zakłada, zwija w kłębek i kręci wokół osi, szybciej niż głowa mu podpowiada. Wtedy nikt go nie zatrzyma. Kiedy emocje wielkie przychodzą, żal czy zawód wielki, w trans tańca wpada, a taniec rytualne plemienne ruchy przypomina. Potem zabiera w swoje ramiona, wszystko, co popadnie. Jednej mu mało partnerki. On chce więcej i więcej. Porusza morza i lasy, góry chce przestawiać. Kiedy lapie się potem za głowę jest już dużo za późno. Trochę mi wtedy ludzi przypomina. Gdy łapią się za swoją i mówią: O la Boga!
My ludzie sprzątamy potem długo, a płaczemy jeszcze dłużej. Nie za wiatrem a za tym, co nam właśnie zrobił. Wiatr nieboga siada w tym czasie gdzieś na uboczu, daleko od świata. Przygląda się wszystkiemu, mając niezłe wyrzuty sumienia. Ach ten wiatr wiecznie poszukujący. Nieprzewidywalny indywidualista o zmiennych nastrojach.

Guliwer
Niekiedy wypada popatrzyć na niego jak na białą kartę papieru. Przestać bać się i przeklinać, że za mocny czy za słaby, a starać zrozumieć. Zamiast wszystkie jego ruchy i dźwięki zaczniesz porównywać do scen z nocnego horroru, warto dostrzec, że nie zawsze możesz delikatności motyla wymagać od gruboskórnego. Jeden rodzi się ważką o delikatnych jak mgła skrzydłach, inny Guliwerem, któremu często udaje się zniszczyć, chociaż ostrożnie po powierzchni stąpa. Wiatr jest jednym i drugim. Subtelność za nonszalancją ukryta. Delikatność i dotyk małej dziecięcej dłoni pod przykrywką męskiej wielkiej graby. Tyle że on decyduje co i jak i kiedy. Pogodę możesz przewidywać, na przewidywalność Zefira nie licz.

Chcesz dowiedzieć się jak z nim rozmawiać, przeczytaj następny wpis „Rozmowy z wiatrem”

KARAIBY – PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA, ZATOKA CHATEBLAIR, SAINT VINCENT 18/25

Zatoka Chateblaire
Jestem w drodze powrotnej. Na Saint Vincent, wyspie, którą odwiedziliśmy już wcześniej. Pamiętacie Fritza, który częstował owocami z własnego ogródka? Dzisiaj jestem w zupełnie innej zatoce. I wiecie co? Często powtarzam, że nie da się wszystkiego przeskoczyć. Że jedno miejsce nie mówi o całej okolicy. Że tuż za rogiem możecie zastać zupełnie inny świat nawet na małej powierzchni, którą morze od świata oddziela. Dlatego nie wierzcie zawsze moim słowom, odkrywajcie każde miejsce po swojemu i na nowo.

Dwa oblicza jednego miejsca
W Saint Vincent zapamiętałam serpentyny, którymi jechałam do stolicy po jej drugiej stronie. Zwykłe miasto i długą kolejkę w banku gdzie każdy spokojnie bez nerwów czekał na swoją kolej. Tak było za pierwszym razem. Fritza i świeżą wodę z kokosa zerwanego prosto z drzewa. Dzisiaj za następny cypel dopłynęłam łodzią. Do zatoki, w której jestem, mało ich tu dopływa. Dlaczego? Bo przedzierasz się przesmykiem między licznymi skalami, a na plaży zastajesz piach brunatny jak węgiel śląski. Woda w grafitach się mieni, jednak ciemna jak napój z jagód odstrasza nieco turystów. Złudzenie rodzi strach przed nią. Rozwiejmy ten strach szybko. Kiedy wchodzisz do niej, woda jest czysta jak łza. Nie uświadczysz tu zwierzaka ani żadnej rośliny, która kąsa, szczypie, parzy czy palce obgryza. Do tego jest przyjemnie ciepła. Czy tyle wystarczy? Mnie tak.
Wychodzę na ląd. W oddali gra głośna muzyka. Pierwsze spostrzeżenie? Użyję słowa, za którym nie przepadam, a które gra mi w uszach: Bieda. Wielka bieda. Lubimy porównywać do standardów, do których przywykliśmy. Plus porównywania? Na chwilę żyjąc w świecie ciągłego dążenia do luksusów, zdobywania i narzekania stajemy przed faktem, że gdzieś obok świat się zatrzymał. Wróćmy jednak do zatoki Chateblaire. Ja po swojemu jej mieszkańców opiszę i miejsce, gdzie klimat biedy broni. Podobnie widoki.

Imigration
Dzieci. Jest ich tutaj mnóstwo. Od tych malutkich co się ich na rękach nosi do tych większych nieco, co kopią w zdezelowaną piłkę i przesiadują na dachach różnych domostw. Tych, co zwykłą oponę od roweru toczą patykiem po asfalcie i tych szczęściarzy co jakimś cudem stali się roweru posiadaczem. Dla większości najmłodszych zabawką jest po prostu ciemny piach o gradacji kaszy manny i słona jak nieludzkie stworzenie woda.
Całą wyspę objedziesz w jeden dzień samochodem. Tutaj nieco na uboczu samochód rzadziej zagląda. Patrząc na ciemne twarze i spokojne oczy wpatrzone we mnie ciekawie, mam wrażenie, że większość z nich nie była dalej niż za najbliższą zieloną górą, którą podnosząc głowę, obejmuję wzrokiem.
Idąc, słyszę miłe dzień dobry. Dorośli podnoszą dłoń w geście: Witajcie w naszych skromnych progach. A skromny jest każdy. Na podwórkach po kilka ciuchów się suszy. To duża część dobytku. Pod domem tylko to, co najbardziej potrzebne. Stare wiadro czy miotła mam wrażenie przekazywana od pokoleń. Chcąc odpocząć, mieszkańcy przysiadają, na czym popadnie. Firanki w oknach? Zdarzają się. Szyb często jako takich nie wypatrzysz. Złodziej nie ma co tu kraść, a budynek straży granicznej wygląda jak na opuszczony. Stare mury i zardzewiała tabliczka informacyjna. Jestem w środku. Przez małe okno wpada nieco pomarańczowego wieczornego światła. Tylko dzięki słońcu to miejsce jest w miarę przyjazne. W środku dwa stoły i krzesło. Na jednym stole kilka kartek papieru. Na drugim komputer i dość duży monitor. Mam wrażenie, że to jedna z niewielu wartościowszych rzeczy w tym malutkim miasteczku. Po wytłumaczeniu urzędnikowi, skąd my dokąd i po co, usłyszałam mnóstwo tłumaczeń, że nie chce robić problemu. Och jak bardzo dalekie to od zachowań wielu, którzy panami się zwą często, bo tytuł urzędnika im w cywilizowanym kraju nadano. Szanuję ten zawód, ale sama też lubię być szanowana. Tutaj tak się właśnie czuję. Między słowami proceduralnymi ukryte inne słowa: Ja czynię tylko swoją powinność i przepraszam, jeśli w odpoczynku przeszkadzam. Urzędnik uśmiechnął się. Dobrze nastroił. Przypomniał, że tak tez można. Idę dalej.

Zwykłe życie
W tej zatoce życie wydaje się bardzo proste, chociaż prostym zakładam, że nie jest. Ludzi budzi wschód słońca. Zachód do snu układa. W ciągu dnia w bardzo powtarzalnym rytuale ci ludzie walczą o przetrwanie. Starsi wpatrzeni w jeden punkt, przesiadują przed domem od rana, aby na wieczór do łóżek wrócić. I tak mija dzień za dniem. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś nowy od przypadku pojawił wśród tubylców. Dzieci nad morze przychodzą, aby umyć się w słonej wodzie. Wanna w domu w zatoce nie w modzie.

Podążać za muzyką
Na ulicy gra muzyka afro karaibska. Bo na Karaibach słychać ją często w każdym zakątku. Nawet gdy słowa smutne muzyka i tak dobrze nastraja. Ta Reagge, Calypso czy Zouk, który odpowiednikiem jest disco Polo. Głośna muzyka niesie radość, gdy o zarobek ciężko. Podążam za nią. Pnę się pod górę. Po jednej stronie domy po drugiej też domem można to nazwać.
Starsi ludzie, którzy na murkach przysiedli w gorące rytmy wsłuchani. Na rozdrożu dróg gdzie stary most się zapadł, boisko a na nim młodzi chłopcy mecz właśnie rozgrywają. Siatka w bramce przypomina zdezelowane po wielu latach sieci. Pierwszej młodości nie pamięta, a dziur nie miał kto w niej połatać. U dołu do podłoża przyczepiona czym popadnie. Kawałek liny, kawałek pręta i tyle wystarczy. Ważne, że konstrukcja cała wiadomo, w którą stronę kopać. Wpatruję się w linie wyznaczającą boisko. Jest ledwo widoczna. Jakby usypana tymczasowo. Drużyny trudno odróżnić, bo koszulek drużynowych ci chłopcy pewnie na oczy nigdy nie widzieli. Przyszli w tym, czym mieli pod ręką. Jedynie bramkarz wyróżnia się z tłumu. Emocje są. Całe pokolenia patrzą i odpoczywają jakby przyszli na wielką majówkę. Jest środek tygodnia. Wspólne biesiadowanie, ale straganów z jedzeniem nie uraczysz. Mało kto ma w kieszeni, a turyści tu nie docierają. Jedna knajpka z piwem i rumem. Jeden mały stolik a na nim woda i kilka cukierków na słodko. To wszystko a ludzie zeszli się z polowy okolicy. Jeden powie smutny widok, chociaż kolorów dookoła nie brakuje. Drugi dostrzega, że oni innego życia nie znają. Urodzili się przy tej plaży. Kobiety urodzą po kilka pociech i tutaj odejdą w ciszy i spokoju.

Kreolka z zatoki Chateblaire
Wracam. Po drodze mija mnie jedna z mieszkanek. Na postronku kozę na pastwisko prowadzi. Mlekodajna koza tutaj to więcej niż dużo. Tuż przy plaży spotykam kobietę. Młoda o delikatnej twarzy. Mieszka przy samym morzu w czymś, co dom niewiele przypomina. Na rękach trzyma kilkumiesięcznego chłopca. Zagaduje, uśmiechając się słodko: Chcesz moją pociechę? Oddam za 1 dolara. Biorę chłopca na ręce. Kobieta z ufnością oddaje. Białe duże oczy należące do małego szkraba patrzą na mnie ciekawsko. Drobne dłonie jaśniejsze od środka pokazują w stronę mamy, a potem w stronę morza. Chłopiec rozgląda się dookoła. Widząc swoje zdjęcie na ekranie smartphona, jego oczy przestają mrugać. Robią się jeszcze większe i ciekawe nowego. Dotyka, jakby nie wierzył. Jakby po raz pierwszy w lustrze się widział. Zerka na mamę radosny, jakby chciał powiedzieć: To ja. Popatrz mamo. To ja! Matka przytakuje dumnie. Otwarty na nowe dzieciak szybko przyzwyczaja się do białej twarzy. Skórę ma gładką jak inne dzieci na całej kuli ziemskiej. Ciepło jego małego ciałka zniewala. Przytula się. Radosny, bo mimo skromnego bytu i braku wyszukanych zabawek ma coś cenniejszego. Kochającą go matkę. Oddaję chłopca w ręce tej, co na świat go wydała. Całość komentuję: „Chłopiec może i poszedłby ze mną, ale mama zbyt kocha, żeby syna oddała”. Kobieta przytula mocno małego. Czułam, że żartowała. Ona również. Przemiła osoba. Takie sceny z życia na długo w sercu pozostawiam. Oj długo. Tak skromnych ludzi o tak mało zajmującym życiu również.

KARAIBY – MASTIQUE NA SZYBCIUTKO 17/25

Mastique. Tam trzeba być. Tak mówią. Tam bogaci tego świata mają swoje rezydencje. Tak słyszałam w opowieściach. Od Kreoli również, że to miejsce wypoczynku tych z sąsiednich wysp co mają troszkę więcej pieniążków. A jak jest naprawdę? Szczerze to nie wiem. Mogę opowiedzieć o Mustique, które w mojej głowie zostało?

Rzut okiem
Jestem tutaj raptem chwilę więc wybaczcie, jeśli nie opiszę tego, co na mapach i w przewodnikach. Miejsce, w którym zakotwiczyliśmy, nie przyciąga niczym ciekawym, kiedy patrzę na nie z wody. Przybrzeżna budowa. Wielki kuter przy pomoście. Wzdłuż drogi zabudowania.
Kiedy wysiadam, jest już zupełnie inaczej.
Wzdłuż wybrzeża knajpki i sklepiki. Jestem przy małym bajkowym zabudowaniu, w którym zlokalizowano piekarnię. Zapach bagietek i francuskich croissantów przytłacza woń białych kwiatów kwitnących na drzewach i żywopłotach. Takich co na Hawajach dziewczyny wpinają we włosy. Aż dech zapiera. Aż nos zatyka. O takie perfumy nawet w strefie bezcłowej trudno. Patrzę pod nogi. Po trawie niewielki żółw się przechadza tam, ale nie z powrotem. Biorę w rękę. Ciężki jak kamień. Do tego wstydliwy. Zerka na mnie chwilę groźnie. Usta zacisnął. Zostawiam gada. Niech się dalej pasie. Nieopodal pod drzewem sieci a przy nich rybak. Pokazuje coś do mnie. Tłumaczy, abym w dal patrzyła. Tam, gdzie woda się wzbiera, chociaż fal wielkich nie ma. Blisko horyzontu. Tam wieloryby wypłynęły, aby do Mastique zawitać na chwilę. Daleko troszkę, ale i tak rybakowi jestem wdzięczna. Za to, że mu się chciało. Że się spostrzeżeniami podzielił. Mastique to miasteczko zadbane. Sklep dobrze zaopatrzony. Widać, że państwo w infrastrukturę inwestuje. W każdym miejscu, gdzie pojawia się turysta z kasą, życie mieszkańców staje się łatwiejsze. To każdy zauważy, nie trzeba być wzrokowcem.

Skarby Mustique
Spacer przy brzegu. Zaliczam białą plażę z rządkiem palm, które dzielą brzeg od miejskiej spokojnej drogi. Małe pogaduchy z psiapsiułą pod jedną z nich. Na tej wyspie jest energia, która wprowadza spokój. Jakby chroniła cię od wszystkiego, co przytłacza naokoło. To miejsce, gdzie można siąść nad brzegiem morza i porozmawiać o sekretach czy codziennych wyzwaniach. Czy to zasługa wyspy, czy ludzi tu mieszkających? Nie wiem. Próbuję zgadywać.
Biorę w rękę wielką różową muszlę. Wyrzucona przez morze nie jest w najlepszym stanie. Morze Mustique sobie upodobało, aby właśnie tutaj jego skarby na brzeg wyrzucać. Jedna koło drugiej. Jest ich tutaj mnóstwo. Mówią, że tysiące. Ja patrzę na te, co w sterty jak u nas gruz usypane. My się takimi zachwycamy, tutaj nikt nie zwraca na nie uwagi, bo są widokiem codziennym. Szumią jedna do drugiej cichutko zagłuszane przez skrzeczące odgłosy ptactwa wodnego.

Moc jest z nami
Patrzę na szare kamienne rzeźby na jednej z przybrzeżnych posesji. Posągi ludzkiej wielkości hinduskich bożków na czele z Buddą tkwią w tym miejscu w bezruchu. Niektóre patrzą w morze, z którym żyją w harmonii. Niektóre jak sam Budda oczy mają zamknięte. Pogrążone w ciągłej medytacji. Wraz z nimi drewniane popiersia innych istot nieludzkich. Podłużne twarze z lekkim uśmiechem i chude jak szkapy patrzą na mnie. Skąd ja je kojarzę? Kenijskie hebanowe postacie Masajów wiernie oddane. Zamyśliłam się na chwilę. Nabrałam głęboko powietrza. Wzięłam do ręki jedną z ładniejszych muszli. Pięknie wyglądałaby wśród kolekcji. Perłowa skorupa z białą otoczką i różowym jak sukienki słodkiej Barbie środkiem. Ciężka, kurpulentna, z solidnymi ściankami. W niej głosy morza ukryte i rozmowy syren. Chwila zawahania się. Dar morza ląduje z powrotem na swoim miejscu. Wraz z innymi tworzą klimat Mustique. Bez niej to miasto jest jak układanka bez jednego puzzla.

Ostatnie spojrzenie. Mocy, niektórych miejsc i budowli na świecie do dzisiaj nie odgadliśmy. Czyżby komuś tutaj udało się jej troszkę w tajemnicy przed kimś przenieść? Kto wie. Kto to wie.

KARAIBY – ATKA PIRATKA, CZYLI BABA NA POKŁADZIE 16/25

Z wszystkich ludzi, których nie lubię, Ciebie lubię najbardziej. To jeden z moich ulubionych tekstów. U Atki Piratki tak nie ma. Jej nie da się nie lubić. Ot tak po prostu. Jest otwarta i do bólu szczera. Jak zaboli, to przynajmniej wiadomo, że się cos przeskrobało. Tylko że u Atki nic a nic nie boli. Dzisiaj o kobietach na łodzi. Czy dużo ma ich być, czy mało? Jak Sobie radzą? Zobaczcie sami.

.
. . _ _ _ . . . Czyli S O S
Dać babie ster to zawsze coś wymyśli. A jak dasz go do ręki Atce, co ma w genach cos z pirata to już na 100 procent. Fale na morzu. Buja. A ona z opalenizną na lokalsa rozgląda się po morzu i woła na kanale pokładowego radio:
– Tilapia do Tazar zgłoś się! Dajcie kompetentnego do telefonu. Na nawigacji włączony autopilot. Reszcie się przysnęło, a wyspa coraz bliżej. Co robić Panie Kapitanie z innego pokładu? Co robić!

No cóż, wyspa sama się nie przesunie. Do łodzi Atki daleko a ona prosi o koło ratunkowe. Żadnych flag nie widzę. Dźwięków i strzałów nie słyszę. Hmm. Słucham i przyglądam się. Minęło raptem minut kilka. Nagle łódź Atki kurs dobry obrała i pomknęła prosto przed siebie. Wieczorem oczywiście było co opowiadać, a każdy miał swoją wersję. Żart to był czy nie żart? Prawdy nigdy nie dojdę.

Pogodna z tej Atki dziewczyna z głową pełną pomysłów. Szczera i taka do serca przyłóż. Pozytywnej muzyki za pazuchą ma cały repertuar. Nie dziwne, że nuda się jej nie trzyma. Patrzę w czarne oczy, które komponują się z kruczymi włosami. Ma w nich coś z małego diabełka, chociaż już taka mała nie jest. Ktokolwiek by coś nie przeskrobał, na Atkę Piratkę wina spada prawie zawsze. Broi czy psoci? A może jedno i drugie? Jeśli chcesz, aby Twoje wakacje na nudzie się nie skończyły, znajdź swoją Atkę Piratkę, co wiele radości w Twoje życie będzie wnosić.

KARAIBY – PRZECHYTRZYĆ NATURĘ 15/25

Za sterem
Tego dnia chcę przechytrzyć naturę, ale również popatrzyć na chorobę morską z innej nieco perspektywy. Ponoć mówią, że próbować poprawiać jakość swojego życia zawsze warto.
Odblokowuję autopilota. Wielkie koło biorę w swoje ręce. Z LB mam cichą umowę. Jak będzie współpracować, zadbam o jej wnętrzności. Morze na nowo stawia wyzwania. Ilość węzłów niewiele większości mówi podobnie skala Beaufourta. Jak wiec wieje? Pogoda mówiła w porywach a tu jeden wielki poryw. Głowę chce urwać, ale głowa jak to głowa mocno się trzyma. Buja. Skupiam się na tym, co dzieje się z moim ciałem. Bose nogi mocno przyssały się do podłoża. Wszystkie mięśnie napięły się jak struny. Czworogłowy i inne nawet te bezgłowe stanęły na wysokości zadania. Kolana zablokowały, sprawiając, że dolna cześć mojego korpusu zamarła w bezruchu. Po godzinie palce zdrętwiały. Poruszałam nimi lekko. Ciarki przeszły.
W stopie poczułam dziwne uczucie. Au! Parzy. Słonko jak laser wypalało w niej mikro dziurki. Zabawne. Z ja dopiero teraz poczułam. Sama się sobie dziwię.
Patrzę na biceps. Sama nie wiem, czy urósł od pompki i spłukiwania w toalecie, czy od manewrowania sterem. Może od jednego i drugiego?
Patrzę na inną łajbę. Wygląda jak zabawka w wannie z wodą, w której kapią się dzieciaki. Chlapią się i szaleją, o zabawce zapomnieli. Ja napiszę: Piękna fala. Upewniam się u kapitana: Fala ze 2 metry ma? Odpowiedź brzmi: Na pewno.
Ty i łódź. Łódź i Ty. Pełne skupienie na celu. Wtedy zapomina się o chorobie morskiej i o wszystkich innych chorobach. Nie wierzycie? Sprawdźcie.

Patrzę w dal. Szkwał pisze się na wodzie. Jedno spiętrzenie wody i drugie. Za nim następne i następne. Woda, która właśnie rozbiła się o dziób, wylądowała na mojej twarzy, ochlapując również kapitana. Po raz kolejny wdarła się w różnorakie zakamarki. Poczułam w ustach sól. Chmury dodawały całej scenerii nieco powagi. Pokrywały szczyty i wyspy wyrastające przed nami. Byliśmy coraz bliżej celu.

W strefie portowej pływanie nabrało nieco więcej kolorów. Część znudzonej jeszcze jakiś czas temu załogi rozruszała się nagle ciekawa widoków. Frajdą okazał się slalom między bojkami. Mijanki z innymi jachtami. Kapitan i reszta załogi mają do mnie zaufanie. Duma we mnie rośnie. Szybki awans z majtka na sternika? Szybciej chyba się nie da. Kapitan obok w zadumie wpatrzył się w morze. Ale wyszłoby zdjęcie! Moje ręce jednak obie zajęte. Morze i wiatr nie odpuszczają nawet w porcie.

W dzień stoję za sterem, a wieczorem śmieją się, że zaganiam kapitana do mycia garów. Jak odganiam sternika od koła sterowego, to twierdzą, że inteligentnie. Czasami Czort na mnie wołają. Chyba poniekąd słusznie.

 

KARAIBY – W KAJUCIE 14/25

O widokach już było. O morzu również. O tubylcach także napomknęłam niejednokrotnie. O czym to będzie dzisiaj? O tym, jak chorobę morską pokochać. Również na temat jak jest za sterem katamaranki Lady Bestia, której prawdziwe imię brzmi Tilapia.

Żygu żygu
Choroba morska. Dopada przy dużych falach na morzu. Gdy morze tajemniczą dla mnie częstotliwość osiąga. Niejeden powie: Kiedy zbyt późno zorientujesz się, jest po Tobie. Ktoś mnie pyta: Po co to wszystko? Co w tym pociągającego? Odpowiadam: Przecież choroby morskiej się nie wybiera. To ona czasami wybiera nas. Ratunek? Na Jezuska pod pokładem lub stanąć za sterem. Przetrenowałam oba sposoby. Po stokroć polecam ten drugi.

Na Jezuska
Leżę w kajucie. Patrzę przez forluk na niebo. Mam sprawdzić, czy okienko dobrze domknięte, ale niemoc przyszła. Chmury płyną. Ciało słabe jak po długiej chorobie. Mięśnie zwiotczały. Nie ma siły na podniesienie ręki, o reszcie ciała nie wspomnę. To jakby przyssało się do materaca i podskakuje wraz z nim jak na trampolinie. Do tego mam wrażenie, jakbym była częścią gry strategicznej zależnej od joystika. Mdli? A no mdli. Żołądek jakby na wycieczkę się wybrał. Nie może sobie miejsca znaleźć. Jakby ktoś ci rzeźbił do tego w środku piłą w bryle lodu. Brzuch zwiotczały. Ledwo podnosi się wraz z oddechem bidula. Staram się nabrać powietrza jak ryba po łyk wody, gdy ją z niej wyciągniesz. Na nic moje starania. Podczas takiej przygody człowiek ma dwa marzenia. Zasnąć i nic nie pamiętać albo jak najszybciej dopłynąć do brzegu. Plusy: Czy są takowe? Zawsze są. Jeśli ktoś dawno nie czyścił jelit ze złogów przy chorobie morskiej ma do tego sposobność. Wystarczy wstać i wychylić się przez burtę. Wstyd chowamy wtedy do kieszeni.
Leżę. Świata nie ma. Jestem ja i łajba, która uderza co rusz o fale. Skacze po nich jak konik polny Łup. Łup. Łupie woda o kadłub łodzi. Na zewnątrz ulewa. Chyba sztorm na to wołają. LB znakomicie sobie radzi. Zachowuje się jak poduszkowiec. Morze przelewa się pod, nad, wzdłuż i w poprzek łodzi. Na sternika woda chlapie. Przypomina mi to zabawę dzieciaków w Lany Poniedziałek. Gdy dzierżą wiadra z wodą i całą ich zawartość kierują co rusz impetem jedno w drugiego. Ale jazda! Skąd wiem, jak jest na zewnątrz? Słyszę każde wody uderzenie. A do tego opowieści po fakcie. Bo takich przeżyć trudno nie skomentować.
Leżę. I w tym momencie zazdroszczę. Tym, co pod pokładem film oglądają albo w karty grają i nic im w zupełności nie jest. Tak nic a nic. Tak dobrze to ja nie mam, cieszę się, jednak że choroba morska dopada tylko od święta.
Czasu nie liczę. Czekam. Na niebie znowu słońce a za oknem ląd już blisko. Błędnik już się cieszy. Hurra! Będzie dobrze. Głowa podpowiada, a ciało daje propozycje: Następnym razem prosimy na pokład. Tam horyzont w oddali, jest co robić i wrażeń niezapomnianych więcej.
Morze uspokaja się. Wychodzę jak z kosmicznej kapsuły. Nabieram świeżego powietrza. Jest lepiej, a będzie jeszcze lepsiej. Patrzę pod nogi. Dotykam gładkiej konstrukcji. Czysto jak ta lala. Morze zrobiło klar na pokładzie. Szczęściarz ten, który mycie dzisiaj planował.
No i jak, nastraszyłam nieco? No co Wy. Przecież niedogodności to też przygoda. To poznawanie własnych słabości i nabywanie świadomości, że na życie również te wakacyjne składają się chwile lepsze i lepsiejsze. Zraziłam cię, a głowa podpowiedziała, dziękuję za taką przygodę? No cóż. Zawsze można zostać w domu. Mnie jednak dużo więcej spotyka tutaj wspaniałego, abym przez taką niedogodność miała rezygnować. A dla jakich powodów tak naprawdę warto zastanowić się nad wyjazdem dwa razy ? Będzie i o tym, jeśli do lektury o Karaibach dotrwacie do końca.

KARAIBY – ŻĄDZA PLAŻ, MAYREAU, Middle Grenadines 13/25

Tu już lazurów mniej, ale ciągle więcej niż zwykle. Widok za to przyciąga długie przewężenie na wyspie. Jesteśmy jeszcze kawałek od brzegu.
Jeden z tubylcòw podpływa sprytnie na kolorowej łódeczce i macha ręką dając jasne sygnały: „Chodźcie, pokażę Wam gdzie stanąć”. W zatoczce dosyć ciasno. LB z gracją przeciska się między innymi łodziami stojącymi nieco bliżej w głąb morza. Brzeg jest coraz bliżej i bliżej. Mijamy pierwszy rząd łodzi stojący już prawie przy plaży. Tutaj już kapią się ludzie, czy da się jeszcze bliżej? Kilkanaście ton masy powolutku zbliża się do suchego piachu. Ufamy tubylcowi. Tak blisko naszym domem nie podpływaliśmy jeszcze do brzegu. Zrzucamy kotwicę. Kilkanaście metrów od plaży, na której tętni życie. Da się? Da. A i owszem. Przy pomocy tych, co znają tu każdy kawałek. Tak mi nawet troszkę głupio przez chwilkę. Bo dlaczego my pierwsi a za nami cała reszta? Z darami nie polemizuję. Dano. Biorę. Zasłużyłam, bo umyłam chwilkę wcześniej dwie toalety. Cala reszta załogi również coś wniosła do rzeczy.
To na tej plaży poznaję Frediego chudzinę. Tutaj po raz pierwszy mam w ręce żywą langustę. Stworzenie o kształcie, przebarwieniach i wzorach dopracowanych przez Boga przez dni wiele do perfekcji. Tutaj, stojąc na przewężeniu wyspy, widzę jednocześnie Ocean Atlantycki i Morze Karaibskie. Głowa nie ogarnia. Stojąc się i nie ruszając z miejsca, czuję się jak nad Wielkim Kanionem dzielącym ziemię na części dwie. Morza, które dzieli kilka metrów plaży i jedna przechylona palma. Taka jak na bajkowym obrazku, gdy w obrazach w Google wpiszecie Karaiby. Jak myślicie, weszłam na nią?
Odpowiedzi udzielam tylko w cztery oczy. Żart oczywiście. Wlazłam, bo przecież od małpki ponoć pochodzę. Instynkt zrobił swoje.

Na bogato
Kilka stolików, małe drewniane zaplecze i kuchnia pod gołym niebem. Wieczorem w knajpie u szczupłego dobrze marketingowo przygotowanego Frediego zjadłam złocistą langustę. Przyznaję się bez bicia. Jednej tylko połowę. Słono zapłaciłam. W końcu nad słoną wodą jestem. Delikatny smak zapamiętam. Potem podjęłam mocne postanowienie, czy jak kto woli męską decyzję: Drobne owoce morza, a i o wszem, ale te zwierzęta są za piękne, aby dla kawałeczka mięsa ich cale piękno w większości w skorupie ukryte na talerzu lądowało. Uwierzcie lub nie. Wartość niosą tylko, gdy żywe. Od dzisiaj zajadam się smażonymi w głębokim oleju bananami bez skóry. Pychota. Chcę jeszcze. Chcę więcej. Langustom i homarom życzę szerokich podwodnych bezkresów.

Zasypiam pojedzona i pełna wrażeń. W nocy wstałam na chwilkę i popatrzyłam w niebo. Gwiazdy ścielą się na nim jedna obok drugiej. Jak świetliki, które zebrały się na jakieś ważne spotkanie. Na gwiazdach nie znam się ani wiele na astronomii. Mały Wóz i Wielki. Tylko mi się nie śmiać. Wiem jednak, co znaczy niebo gwiazdami usłane. Teraz już wiem. Zjawiskowy widok na domknięcie dnia, który nie zdarza się co dzień.

 

KARAIBY – ŻĄDZA TOBAGO CAYS, Middle Grenadines 12/25

Żółw wynurza się i nabiera powietrza dwa razy. Przyspieszam. Podpływam. Mam go prawie na wyciagnięcie ręki. Uśmiechnął się. Zanurkował. Uciekł drań jeden. Oddech mnie ograniczył.
Duża bestia. Jak duża? Wielkości przeciętnego okrągłego stolika w ulubionej pizzerii. Na tyle duży, że ciężko byłoby mi go objąć. Jak ciężki? Sama go nie uniosę, za to on pociągnąłby mnie bez wysiłku. W wodzie ciężaru nie czuć. Takich żółwi jest tutaj więcej. Całe rodzinki, bo to zakładam, ich jest żerowisko. Z innym osobnikami próbuję. Znowu zabrakło kilka sekund. Uwagę przykuwa mała rybka wydmuszka. Okrąglutka sprawia wrażenie przeźroczystej. Jej ciało zdobią czarne kropeczki. Jak piegi wyglądają na skórze. Mały balonik z cienkim pyszczkiem i żółtawym brzuszkiem. Próbuje wbić się w piasek. Nadmuchana jego reszta dynda w powietrzu. Śmieszny widok. Nieopodal jest ich więcej. Wyglądają ja obstawa. Tuż pode mną zjawiskowa płaszczka. Patrzę na jej długi czarny kolec jadowy. Głowa sama podpowiada, jak daleko mam się od niej trzymać. Widzę ją jednak wyraźnie. Powiewa. Powiecie: Jak to powiewa? Jak plisowana biała sukienka Menrlin Monroe, która w jednej ze znanych scen filmu słomiany wdowiec podnoszona przez powiew powietrza z kratki wentylacyjnej faluje płynnie i delikatnie tym bardziej im bliżej krawędzi zewnętrznej.
Pod spodem gładka i lśniąca, żółta miejscami z wierzchu płaszczka wtapia się w teren, jakby ciągle się gdzieś czaiła. Chwila nie mija, jak rozglądnęła się czujnie i obróciła, szukając innego dogodnego miejsca. Dobrze wiedziała o mojej obecności spryciula. Czułam, jak jest inteligentna. Płaszczki to indywidualistki. Nieco nieufne, ale też pewne siebie Primadonny. Kiedy zauważyła cos w oddali, długo nie trzeba było czekać. Znikła jak odrzutowiec. Cóż za widok. Wystarczy kawałek rurki i płetwy no i masz ci los świat wodny w zasięgu swojej ręki. Czy ja kiedyś się nim znudzę?
Wyciągnęłam głowę nad powierzchnię. Wiało trochę więcej niż troszkę. Wokół kilkanaście łodzi cumowanych na kotwicach. Wielkie kolorowe zatykające dech w piersiach wypłycenia. Gdzie nie spojrzysz horyzont i woda. Gdzieś w oddali tylko jedna wyspa baśniowa.
Widziałam już miejsce, z którego Stwórca wodę źródlaną rozdaje. Tam, gdzie początek górskich jest strumieni. Tutaj mam wrażenie, zaczątek jest mórz i oceanów. Żadne zdjęcie tego nie odda. To miejsce warto poczuć. Zanurzyć się w wodzie, zaglądnąć pod jej niebieską taflę. Poczuć jej słonawy smak na ustach i jej lekko balsamiczną konsystencję. Wokół własnej osi obrócić i popatrzyć na horyzont, który z każdej strony jakby trzymał całą wodę tego świata w ryzach.
Ostatnie zdjęcie. Ostatnie wrażenia zamykam w szufladce pamięci. Co dzisiaj jeszcze? Zbyt dużo wrażeń. Chyba na dzisiaj wystarczy.