Czy zaliż pamiętasz swoje imię?

Będzie króciutko. O tym, jak proste i treściwe pytania potrafią zadawać dzieci.

Przy stole siedzi kilka osób w wieku od lat kilku do kilkudziesięciu. Śmieją się. Rozmowa wokół imion się toczy. Z ust starszego rozmówcy padają słowa niezadowolenia: Ja to imion nigdy nie pamiętam!
Potem potok słów i wiele komentarzy. Wśród nich jedno dziecięce pytanie. A pamiętasz imię swoje?
A nawiązując: Wiecie, że dzieci teraz na Ty walą? To takie amerykańskie.
Przypomniało mi się, jak samej mi ciężko było imiona okiełznać. Podziwiałam pedagogów, mówców i wszystkich wokół szkolących. Dopóki nie zaczęłam kojarzyć imion nowych z osobami, które już znam i o imieniu są tym samym. Sprawdza się przy małych grupach. Na razie lepszej metody nie mam.
Rozmowa trwa. Pada następna wypowiedź z ust dorosłej osoby: Za pięć minut Słoneczko. Dziecko natychmiast docieka: Takie dłuższe czy krótsze? Pomyślałam Sobie: Oj chciałoby się to dłuższe. Oj chciało. Tylko gdzie tego dłuższego szukać?

Jakie wnioski zza stołu wyciągnęłam?
Po pierwsze: Dopóki swoje imię pamiętam, po lekarzach nie biegam. Po drugie: Warto dzieci doceniać za ich proste pytania, które dają do myślenia. Po trzecie: Każda metoda zapamiętywania jest dobra, gdy tylko się ją stosuje.

CZYM JEST MIŁOŚĆ?

Czym jest ów uczucie, czerwonym sercem w obrazach malowane? Jest stanem, sensem życia, cnotą wręcz nazywanym. Radością, euforią, smutkiem, tęsknotą, troską, delikatnością, zatraceniem, szaleństwem, spokojem i niepokojem, jak również zaufaniem. Wielkim M. To dwa istnienia w jednym, spróbuj to rozdzielić, a zobaczysz czym jeszcze.

M jak Radość
Jestem świadkiem zabawy dwóch przesłodkich gołąbeczków. Słowem się dzisiaj bawią. Na stole opakowanie najzwyklejszej kukurydzianej przekąski bez smaku:
Ona: Kochanie przygotowałam Ci coś do jedzenia.
On: Ojej! Jak Ty się postarałaś! Pamiętałaś o mnie. Czuję nosem samo zdrowie. Bez GMO i glutenu. I taka duża porcja. Dbałości o mnie nie ma końca.
Ich oczy świecą jak ogniste iskierki. Jedno w drugiego wpatrzone, chociaż on nie ogolił się jeszcze, a ona nie zdążyła uczesać. Na twarzach uśmiech gości. Była wena w wymyślaniu, dużo by pisać. Zwykłe więc czy kukurydziane? A może rarytas? W żartach i nie w żartach, kiedy się kocha prawdziwie, to śmiem twierdzić za wszystko i na całego.

M jak Tęsknota
Przyglądam się nastolatce, zwiniętej w malutki kłębek. Wtulonej w wielką ciemną pościel, która ponurości nabrała nagle. Dziewczyna bez chęci do życia w bezruchu zapatrzyła się martwo w odległy punkt na ścianie. A jeszcze nie tak dawno ze śmiechu się zwijała. Wtedy był On, teraz z Onym spotkać się nie może. Świat stracił sens, a nauka do głowy wchodzić nie chce zupełnie. Pustka jednym słowem.

M jak Troska
W innym miejscu młoda osóbka szuka ciepła w pobliżu swojego lubego. Głaska go łagodnie po głowie. Budzi śpiocha delikatnie, bo wie, że zegar niedługo południe wybije. On dzień wcześniej lekarstwa jej osobiście zapodał. W nocy przy niej czuwał. Już miała wstawać, ale coś jest silniejsze od niej. Obejmuje swojego ukochanego. Ładują się nawzajem niewidzialną mocą. Ciepło ciał rozchodzi się po pokoju. Jeszcze chwilka. Jeszcze tylko chwilka. Miłość w powietrzu koła zatacza. Oj jakby było super, gdyby czas się zatrzymał.

M jak Niepokój
Kiedy ze wspomnianej dwójki jedno ma jakieś zadanie, prosi czule drugiego: Chodź ze mną Kochanie. Lubią, czy nie lubią, jedno podąża za drugim. Kiedy jedno na kilka godzin ma w planach wyjazd, drugie chodzi po kątach i zastanawia się nerwowo: Co ja w tym czasie bez niej przez te kilka godzin pocznę? Wierci się, kręci i miejsca nie może sobie znaleźć. Już sama myśl o rozstaniu wprowadza ów postać w inny niż zwykle nastrój.

M jak Smutek
On znowu odświętnie ubrany. Wychodzi z domu. Ona wie o tym. Chciałaby tam być. Podglądnąć przez chwilkę z ukrycia. Jedno słowo: „Idę” i już ściska w żołądku i gardle. Radość, która w tym dniu towarzyszyła, znika w sekund kilka. W jej miejscu smutek wprasza się w gości. Serce zaczyna płakać, łzy napływają mimowolnie. W najgorszym wypadku robią się wielkie jak grochy. Ona traci nad nimi kontrolę. Na chwilę tylko wraca spokój. Potem następna fala i następna. Szaleństwo czy przesada? Żal a może tęsknota nadmierna? Równowaga wraca, gdy on odświętne ubranie do szafy chowa.

M jak Zatracenie
Na środku kuchni tańczy kobieta. W słuchawkach leci znajoma jej muzyka. Z nim się kojarzy.
Miłością jej życia. Wszystkie magiczne zakotwiczone wspomnienia w jednym miejscu porywają do rytualnego tańca dedykowanego miłości. Nogi same chodzą. Dziewczyna dostaje skrzydeł. Przynajmniej tak jej się wydaje. Zatraca się w tym stanie.

M jak Szaleństwo
To wszystko, co wychodzi ponad normy społeczne. Piękne, ale nieakceptowalne. Seks w windzie i na kuchennym stole. Wspólne bieganie po polach bez majtek. Liczy się chwila. Miłość po swojemu ważniejsza od komfortu i miejsca. Od wszelkich kanonów i ocen. Piękne chwile, o których połowa marzy, a druga twierdzi, że samo myślenie o miłości jest już grzechem.

Czym jest jeszcze miłość? Pięknym uczuciem. Sprawdzianem. Uzależnieniem. Przygodą. Jeden Bóg raczy wiedzieć, czym może być jeszcze. A czym nie jest? Przyzwyczajeniem. Ono przychodzi z czasem, gdy miłość namiętna wygasa. Kiedy rodzi się rutyna. Dlatego warto być czujnym. Miłości pełnej pięknych emocji, jak najdłużej doświadczać. Czekać i doszukiwać się jej obecności. Pielęgnować ją, bo mimo wszystkiego, co niekiedy boli pokątnie, jest tego warta.
Bez względu na wszystko, pięknych miłosnych niezapomnianych doznań i doświadczania na tym polu życzę. W pogodę i niepogodę. O każdej porze dnia i nocy. Po co? Aby móc z autopsji zrozumieć.

Amsterdam w przerwie na kawę

W Amsterdamie jestem godzin raptem kilka. Mam na cosik zerknąć i szybko wrócić. Po 24 godzinach jak gdyby nigdy nic, z powrotem wylądować i zanurzyć się w sen we własnym łóżku. Czy się uda? Sprawdźmy to.

W drodze do celu
Pominę opis wczesnego wstawania i podróży, na której lotnisko muszę poświęcić godzin kilka. Z tym się liczę. Mniej przyjemnym akcent? Po co tak zakładać. Droga minęła szybko. Zacznę więc od lotu w chmurach i samego w Amsterdamie lądowania. Od momentu, gdy pilot wyłącza olbrzymie silniki, podjeżdżają schody, a załoga samolotu otwiera drzwi, za którymi czekają nowe doświadczenia. Jest późny poranek. Tylko przez chwilę cieszyłam się słońcem w chmurach. Wystarczyło jednak, żebym się sama do siebie uśmiechnęła. Na razie na lotnisku jest mocno pochmurno. Po twarzach stewardessy smutku z tego powodu nie widać. Stawiam nogę na holenderskiej ziemi. Żegnam przestworza.
Wysiadka. Oznaczenia jak podróżować czytelne. To podróży nie koniec. Przemieszczam się różnymi środkami transportu. Aby dotrzeć, albowiem do celu lecę, idę, jadę. Wszystko idzie bardzo sprawnie.
Pociąg. Patrzę na ekran wyświetlacza. Mknie przez miasto z prędkością 130 km/h. Pupka miękko wbija się w siedzenia. Podróż w wagonie, a także wcześniejsze łagodny lot i lądowanie samolotu przypominają mi jazdę limuzyną, chociaż wykupiłam drugą klasę w tanich liniach lotniczych.

W środku miasta
Idę piechotką. Uważam na drogach, bo szybko okazuje się, że rowerzyści mają tu pierwszeństwo. Po nich dopiero są piesi, potem tramwaje i samochody, których wyjątkowo tutaj mało.
Rowerzyści są wszędzie. Chcę zrobić zdjęcie. Tylko jedno ujęcie ze ścieżki rowerowej, która nabiera pomarańczowych kolorów w słońcu. Nie ma szans. Ups! Odskakuję szybko. Albo ja, albo oni. Nie ryzykuję. Zdjęcia nie będzie, życie mi miłe. Wrażenia zostają. Dziwne uczucie. Czuję spokój tego miejsca, a dzięki rowerzystom jednoczesną energię i olbrzymie skupienie.

Rowery
Są wszędzie. Jak kolorowe kwiaty na łące, chociaż czerń dominuje. Miasto rowerów mnie urzeka. Wciąga. Stare holenderki, a jednak mają w sobie tyle uroku. Ten obdrapany i ten nieopodal z dekoracją ze sztucznych kwiatów. Takich, które znamy z grobów dekorowanych na Wszystkich Świętych. Jeden ze zdezelowaną ramą, inny z dziwną konstrukcją siedziska dla dziecka. Tamten z foliową reklamówką na wielkim wygodnym krzesełku chroniącą przed deszczem i jeszcze jeden wyglądający jak wiosenny pęk kwiatów. Upchany jest ciasno wśród innych. Setki ich i każdy odmiennością grzeszy. Dwukołowi indywidualiści i indywidualistki. Mało skomplikowane, nie przebajerzone i wygodne ponad miarę. Nowego jednoślada uświadczysz tutaj tylko w sklepie, na ulicy nówka to rzadkość. Skromność mieszkańców czy wygoda? Może inny powód? Nie dochodzę. Rozglądam się dalej. Wszystkie bicykle czyste. Większość mimo widocznego na nich upływającego czasu chronione przed kradzieżą. Pozapinane, do czego się tylko da. Dziesiątki ich w każdym kącie i tysiące w mieście.

Tubylcy
Powrót. To już zapytacie? A nie wspomniałam, z czasu jak na lekarstwo? Załatwiłam, co trzeba. Teraz kilka minut na obserwacje. Wracając, chwilę czasu tubylcom poświęcam. Wokół mieszanka narodowościowa. Gdzie jej teraz nie ma? Na rowerach zaczesani gładko Holendrzy, skośnooka kobieta o kruczych włosach i skośnooki chłopak ze sztywno stojącą jak kolce u jeża krótko przycięto gęstą czupryną. Jadą wszyscy równym tempem. Ruchy są, jak pisałam energiczne, lecz płynne. Spokój dookoła emanuje. Najpierw Pani w czarnych szpileczkach, które mocno oplotły pedało. Potem rodowy Holender elegancik w modnym garniturze odprasowany na maksa mnie mija. Dumnie trzyma głowę w górze. Patrzy się czujnie przed siebie. Jednym tempem płynie czas i woda w kanale, nad którym właśnie stoję. Tym samym tempem w Amsterdamie toczy się życie z początkiem tygodnia. Sumienni i pogodni Holendrzy wracają z pracy. Na ich twarzach nie widać zmęczenia, nerwowości czy smutków wszelakich. Szczupli Ci, co aktywność ćwiczą w drodze do pracy.

Jedzonko
Przysiadam w chińskiej małej restauracyjce umiejscowionej przy jednej z główniejszych dróg w ciągu tutejszych kamieniczek. W powietrzu zaskakujące swojskie zapachy w miejscu miejskich dobrze znanych nam spalin. Tych mało. Chodnikiem przechodzi kobieta w powiewnej tunice, która jeszcze latem żyje i mężczyzna w puchowej kurtce, który za zimnem nie przepada. Wyłapuję wzrokiem ludzi i bawię się w ciepło zimno. Ciemnoskóry tubylec, który osiadł tutaj na dłużej, roznosi codzienne gazety. Znajomy kelnerom kurier przywiózł właśnie do sąsiedniej knajpki przesyłkę. Znają się razem, pogaduch jednak nie ma. Czuję w eterze myślenie: Teraz jest praca, czas przy dobrej małej czarnej potem. Każdy wie, co ma robić i kiedy. Jedzenie pyszne, kelnerka zaangażowana a zupę przynosi sam właściciel. Ubieram kurtkę, bo poczułam jesienny chłód na plecach. Oho! Jeszcze dobrze nie pomyślałam, a z zaskoczenia nad moją głową z gazowego podgrzewacza rozchodzi się przyjemne ciepło. Świeci słońce. W oczy świeci. Moje czoło zaczyna się marszczyć, a ja słyszę delikatny dźwięk silniczka. Elektryczne żaluzje zaczęły rozsuwać się powoli, dając komfort i zacienienie. Zaskakuje mnie spostrzegawczość i czujność obsługi. Taką Holandię lubię. Udziela mi się.

Powrót
Wracam. Pod moimi stopami lotniskowe taśmy przyśpieszacze. Do bramek, których numer nie ma znaczenia, metrów nie zliczę, minut pisze 15. Śmieję się sama do Siebie: Jadę już na wspomagaczach. Nie, nie. To nie o tym, co myślicie, mimo że to Holandia. Energia tego miejsca mnie trzyma, dobry nastrój, pozytywne do życia nastawienie i ciekawość co mnie jeszcze czeka. Słońce zachodzi, a za oknem czyściutkie i zgrabne samoloty czekają na swoją kolej. W jednym czasie potrafi ich odlatywać kilkanaście. Porządek znowu mnie zaskakuje. Siadam na krzesełku i spokojnie czekam na samolot. Opowieść kończę w tym miejscu.

Hola, hola powiecie: A gdzie o ulicy czerwonych Latarni? O De Rosse Buurt, najstarszej i najmniej na świecie chyba grzeszącej nudą dzielnicy. Tej, której opis pełen byłby skromnie odzianych kobiet lub nieodzianych wcale? Pełen niespodzianek, zaułków, tajemniczości, witryn w ciepłych a czasem piekielnych kolorach. Tam, gdzie przy zachodzącym słońcu od nietypowej wystawki trudno wzrok oderwać. Pełen erotyzmu, słodkich zapachów, bibelotów i jeden Bóg wie czego jeszcze.
Kochani: Byłam. Widziałam i z holenderskim spokojem oświadczam: O tym jeszcze będzie, jak tylko nadarzy się ponownie okazja. 24 godziny na takie „cukiereczki” to ewidentnie za mało.

Modern Talking dla ludu

Zabieram Was w podróż do przeszłości. Nie tak dalekiej dla jednych, bardzo odległej dla innych a dla niektórych nieznanej. Czasy mojej młodości. Któż by nie chciał zatrzymać ją na zawsze.
O la Boga
Na plakacie napis Modern Talking. Przecieram oczy. Że co? W moim miasteczku słynącym głównie z koncertów lokalsów a przy większym święcie rodzimych sędziwych wiekiem wykonawców? Ten Dieter Bohlen? Ten Thomas Anders?
To za ich plakatami dołączanymi do znanego niemieckiego kolorowego dwutygodnika Bravo, rozglądałam się jako nastolatka. Była piąta nad ranem, a w kiosku nieopodal mojego bloku długa kolejka i gazet tylko kilka. Po niemiecku były, a ja niemieckiego nie znałam. Pamiętam. Ja ciągle ich pamiętam. Śpiewali dużo o miłości, a ja w wieku byłam, gdzie dziewczyny na chłopaków polują.
Bardziej złośliwi powiedzą: To Oni jeszcze żyją? Ja powiem, troszkę lat upłynęło i siwych włosów im przybyło. O la Boga! Nie aż tyle. Teraz chłopaki po pięćdziesiątce dobrze, ale nie starsi.
Dzisiaj do Modern Talking kroków kilka, a stricte do samego wokalisty Thomasa. Iść więc czy nie iść? Niektórzy ręką machnęli, niektórzy mówią, że już stary. Nie idę. Ja po prostu podjadę samochodem. Sprawdzę, co w trawie piszczy. Takiego wydarzenia nie opuszczę. Zakładam, że będzie się działo, chociaż wiecie? Czasami lepiej się nie nastawiać.

Epizod 1
Sznur pojazdów zjeżdża się cała okolica. Dwupoziomowy autobus z grupą fanów szuka sobie miejsca. Łatwo mu nie będzie. Ja mam dużo szczęście. Idę za muzyką. Koncert na stadionie.
Tak. Tak. Tu gdzie mieszkam, jest stadion, taki zielony, wystrzyżony, wypieszczony dla piłkarzy. Co tam trawa. Przecież w pola Modern Talking zapraszać nie wypada.
Na jednym z końców boiska scena. Przyznać muszę niczego sobie. Tak dużej w tym mieście jeszcze nie widziałam. Powiem – wypasiona. Główny bohater wita wszystkich dookoła. Wsłuchuje się. Głos już nie ten, co ze znanych mi przebojów. Jest nieco niższy, lekko przytłumiony, już nie taki dźwięczny jak kiedyś. Pierwsze kroki są raźne. Uśmiech od początku gości na jego twarzy. Schludnie zaczesane dość bujne jak na ten wiek włosy. Bardzo ciepły i życzliwy człowiek tylko mówi troszkę cichutko, jakby głosu się wstydził.
Stoję daleko od sceny. Na płycie ulokowali się młodsi oraz starsi fani nad fanami. Na trybunach siedzą Ci bardziej stateczni z poważnym wyrazem twarzy. Ciągle w ruchu są tacy, których zowiem szwędaczami. Sympatyczni, chodzą w kółko, jakby się im siku chciało. Siedzą, podpierają barierki, stąpają z nogi na nogę i czekają, co się dalej wydarzy. W powietrzu czuć zapach perfum i trunków wszelakiego rodzaju, zapodanych przez niektórych przed wyjściem dla nieco lepszej zabawy. Specyficzne klimaty. Thomas zaczyna śpiewać. Porusza się dość asekuracyjnie. No cóż, przyznam, że pierwszy kawałek zbytnio fanów nie porywa. Nie ma aplauzu, rąk w górze, a o euforii nie wspomnę. Patrzę po twarzach, Brakuje emocji. Wszyscy tacy jacyś zastani i zrezygnowani nieco. Nastawienie zrobiło swoje. Wiary, że będzie lepiej, zrobiło się mało.
Będę z wami szczera. W pierwszych kilkunastu minutach poddałam Thomasa ocenie. Wielkich szans nie dawałam. Moja głowa pomyślała: Dlaczego niektórzy nie potrafią dać pożegnalnego koncertu i powiedzieć sobie i światu: Tak to już koniec? Dlaczego nie pójdą na ryby czy nie zaczną czytać książek? Dlaczego nie przestaną śpiewać, skoro słyszą co się z ich głosem dzieje? Dlaczego upadają tak nisko? Why?
Lekko oparta o poręcz odsłuchałam jeszcze trzech poprawnie wykonanych z playbacku piosenek. Potem miałam dwa wyjścia. Wrócić do domu albo dać Modern Talking jeszcze jedną szansę.

Epizod 2
Blisko sceny kilka podniesionych rąk pochyla się jak zboże na wietrze. Tam jest potencjał i moc. Wierzę, że tam się coś zmieni. Po kilku minutach wszystko mam jak na wyciągnięcie dłoni. Od Thomasa dzielą mnie barierki i ochroniarz, który stoi w bezruchu jak woskowa w muzeum postać.
Na scenie i wokół niej przepiękna gra świateł, godnych muzyki disco i pop. Dominuje niebieski, nie brakuje też innych kolorów z palety tęczy. Odcienie szarości przenoszą nas przy jednym z kawałków w czasie. Po bokach sceny na tle nocnego nieba setki drobnych baniek leci śmiało ku górze. Moje serce bije w rytm mocnych dźwięków dochodzących z wielkich stojących na scenie kolumn. Wprowadzają w drgania całe moje ciało. Decybele i powtarzalny rytm nadawany przez przystojniaka walącego w talerze zrobiły swoje. No nareszcie. To miejsce w sam raz dla mnie.
W trakcie robienia zdjęć masywny kawaler uderza mnie łokciem, bo żyje mocno właśnie tą chwilą. Za złe mu nie mam. Inna Pani rozanielona giba się i pupą huśta w te i we w te. Teraz delikatnie, ale wierzę, że się rozrusza. Czasami dostaje mi się po bioderkach, na zasadzie podaj dalej.
Wokalista co rusz uśmiechem obdarowuje. Prosta grafitowa marynarka i spodnie w kolorze morskim lekko luźne na pupie dodają mu uroku. Siły już u niego nie te, ale z czasem scena coraz bardziej jego. Ma wieloletnie doświadczenie. Miłe słowa i opowiastki płyną co rusz z ust. Kontakt z publiką jest, a ta w różnorakim przypominam, jest wieku. Im bliżej jestem sceny, tym lepiej. Wpatruję się w ciemne oczy Thomasa. Z młodości pozostał charakterystyczny ruch ręką i wielka chęć śpiewania. Tak do końca świata i o jeden dzień dłużej.

A ja na to, jak na lato
Wybaczyłam uciekający czas, brak głosu dźwięcznego, który z płyt pamiętam. Wybaczyłam playback. Dla mnie te drobiazgi przestały mieć w ogóle znaczenie. Zobaczyłam tych, którzy angażują się na całego. Modern Talking Band i samego dawnego guru muzyki discodance. Bo takim Thomas kiedyś był, sprzedając ze swoim kompanem dziesiątki milionów płyt. Wypuszczał na rynek raz za razem, coraz to nowy przebój. „Wczoraj” wraz z mocnym w rytmach Roxette i przystojniejszymi o niebo Bad Boys Blue grali i śpiewali na największych scenach świata, dzisiaj w mało znanym na kuli ziemskiej miasteczku. Taka kolej rzeczy. Ważnym jest fakt, że starają się bez względu na miejsce, pogodę czy rodzaj publiczności. Grają, bo kochają. Śpiewają, bo bez tego tęsknota za muzyką miałaby swoje miejsce. Bronię? Nie. Staram się znaleźć pozytywy.
Wpatrywałam się w najmłodszego z członków grupy perkusistę. Długie włosy ruszały się w rytm muzyki. Czarne okulary skrzętnie zakrywały oczy. Ręce chodziły jak najęte. Cóż on nie poczynał ze swoim instrumentem. Inny szczupły muzyk z gitarą wczuwał się w każdy najmniejszy dźwięk. Napinał całe ciało, jakby miało mu to w czymś pomóc. Wsłuchiwał się we własną muzykę przy zamkniętych często oczach. Uśmiechał się sam do siebie, kiedy stwierdzał, że mu wychodzi to grajkowanie. Przebój za przebojem. Powracały wspomnienia. Słowa znane starszym, nucili również nastolatkowie. Rąk w górze po godzinie nie brakowało, a bisów było kilka.

Koniec koncertu
Na elektrycznym wózku uzbrojonym w szereg udogodnień mocno niepełnosprawny chłopak jeździ w rytm muzyki, zakreślając po murawie ósemki i koła. Uśmiech od ucha do ucha świadczy o jego stanie. Jemu tak niewiele potrzeba.
Wyszłam szczęśliwa, że mogłam z bliska, że chciałam, że zrozumiałam. Wsiadłam w samochód. Włączyłam muzykę. No zgadniecie jaką? W głośnikach Modern Talking z czasów największej kariery. Chłopcy o czystym głosie i refren śpiewany falsetem. Czy za złe mieć wokaliście, że czas przemija? Wszystkich nas to czeka.

W miejscu, kiedy doszukujący powiedzą, że kicha, ja oddaję szacunek za chęci, miły wieczór, uśmiech, szczere spojrzenia, odwagę. Wszystkie przyjazne rytmy, do których nogi same chodzą. Motywujące i pełne miłości słowa piosenek. Takie Modern Talking zapamiętam.
Jeśli kiedyś z daleka przekreślicie coś na szybko czy poddacie pochopnie ocenie, pamiętajcie: Czasami, a nawet zawsze warto podejść bliżej i lepiej się wszystkiemu przyglądnąć. Wejść w samo centrum. Zobaczyć szczegóły. Poczuć. Dotknąć. Doświadczyć dłużej. Doczekać do końca. Nie oczekiwać za dużo, cieszyć się tym, co się właśnie otrzymało.

Jesteś rozlazła!

Jesteś rozlazła! Ty to leń jesteś! Uczesz się, gdzie tak pójdziesz między ludzi! Ja to bym tak zrobiła! Wsłuchuję się w te i inne podobne im słowa. Z wszelkich opinii i ocen mogłabym wiersz niezły ułożyć. Dzisiaj o tym, co z tym zrobić.

Patrzę się i uśmiecham. Przyglądam się poszukiwaniom w nas czegoś gorszego, żeby ktoś inny mógł poczuć się lepszym. A co gdybyśmy to wszystko brali sobie do serca? Masakra. Poczucie winy. Ciągłe zmiany pod kogoś. A przecież tyle ile ludzi tyle spojrzeń na daną sytuację czy zachowanie. Po co zaspokajać pychę innych? Jestem, jaka jestem.

Zmieniaj w Sobie to, co przeszkadza Tobie. W pracy w domu. Szanuj poglądy i postawy innych, ale rób swoje. Zmieniaj się dla kogoś, gdy nie jest to wbrew temu, co Twoje. Nic na siłę. Rezygnuj z tego, co Ci nie służy.
Jeśli schodzi Ci na czymś dłużej, nie zawsze jesteś rozlazły. Potrzebujesz więcej, bo więcej czerpiesz z chwili albo robisz coś dokładniej. Za cechą rozlazłości często kryją się dociekliwość i dokładność.
Lenistwo? Owszem jest coś takiego, ale pamiętaj: Ludzie nie widzą wszystkiego. Spotkałeś się z sytuacją, gdy padasz ze zmęczenia i słyszysz słowa: Zmęczenie? Skąd? Czasami potrzeba nam wytchnienia. Ile? Tyle ile trzeba, aby mieć siłę być Sobą.
W swoim tempie i po swojemu. Powtórzę się: Innym nigdy nie dogodzisz.

Prawdziwy rozmiar duszy

Wśród szumu fal rodzimego morza słucham krótkiego wykładu. Niektórzy porównują go do nudnej mszy. Pojęcie względne. Ten stwierdzam, że nie jest nudny, o ile się wsłuchasz dobrze i weźmiesz to, co dla Ciebie. Dzisiaj wzięłam coś dla Was. Nabrałam w garść, aby móc słowo nieść dalej. Ojej! Zabrzmiało jak w kościele, ale klimaty zupełnie inne. Siedzę, a obok statek przepływa. Nade mną latarnia morska. Przede mną wielka scena a wokół namiotów wiele. Kołobrzeg a w nim Festiwal Indii. Od 3 dni się dzieje. Jest kolorowo, smacznie, wesoło, i duchowo jednocześnie. Słowa o duszy i ciele płyną z tutejszej wielkiej sceny. O materii i tym, co zupełnie transcendentalne. Bliskie, a zarazem bardzo odległe. O istnieniu tego, co na wyciągnięcie ręki i istnieniu czegoś ponad czymś. O materii i bycie absolutnym.
Dzisiaj odlotowo o zrozumieniu istoty egzystencji, o której niektórzy twierdzą, iż jest wieczną duszą przyjmująca niczym okrycie tymczasowe ciało fizyczne.

Matematycznie
Jaki jest prawdziwy rozmiar duszy? Mówią, że jest to jedna wielotysięczna przekroju naszego włosa. Zlokalizowana w okolicy serca. To za nie przecież najczęściej się łapiemy, gdy wyrażamy nasze najgłębsze emocje. Jaka jest powierzchnia ciała? Niecałe 2 metry kwadratowe. Dość duża w wielkościach różnica, nieprawdaż?
Omijam wszelkie wprowadzenia. Pytam prosto z mostu. Dbamy o duży płat ciała niejednokrotnie. Z pieczołowitością a często nawet z przesadą. A co z naszą malutką duszą zapomnianą?

Zgodnie z prawami natury
Spójrzmy jak to jest. Malujemy się, będąc nastolatkami. Opalamy, żeby nabrać kolorów. Będąc coraz starszym, kombinujemy na wszelkie sposoby z włosami. Naciągamy skórę i wypełniamy wszelakimi specyfikami, aby jak najdłużej wyglądała młodo. A ona? I tak swoje. Starzeje się, odkształca, zmienia wbrew naszym wszelakim działaniom. Zgodnie z cyklem narodzin i śmierci. Malutka dusza, której czas się nie ima, czeka cierpliwie, aż zwrócimy na nią uwagę. Jak piękny ptak w klatce. Przygląda się i czeka zapomniany w momencie, gdy skupiamy się wyłącznie na pucowaniu kawałka metalu klatki, który ma się błyszczeć często, aby mogli podziwiać go inni.

Filozoficznie
Jak to się przekłada na życie codzienne? Szukamy wokół osób z duszą. Opiekuńczych, umiejących rozmawiać, czujących i ciepłych zarazem. Kusimy ciałem, nie wiedząc, że dla dobrych dusz to nie materia ma często znaczenie. Ciało, czyli materia, która zmienną jest. Wysokie szpilki, krótkie sukienki, wygolony tors czy włosy na żel. Na temat gustów będzie kiedy indziej. O granicach dbałości i czystości również. Jeśli zależy Ci na głębokich relacjach, akceptuj Siebie takim, jakim jesteś. Po co przystrajać to, co piękne samo w Sobie. Inne? Nie szkodzi. Mniej kolorowe? I cóż z tego. Odbiegające od przyjętych norm i rysunków w gazetach? Kto ma prawo do ustalania i narzucania nam standardów. Patrzę na to z boku i stwierdzam przy okazji. Ile to nasze ciało ma cierpliwości. Co my potrafimy z nim robić to czasami głowa mała.
Pamiętajcie młodzieży kochana i wszyscy, którzy nie zaprzestają w pokrewnych dusz poszukiwaniach, że dla ludzi z duszą raczej dusze są ważne. Cenią to, co w środku, wiedząc, że ciało to tylko znak ile nam do końca istnienia w danym miejscu zostało. Wiedzą, że wszystkie ozdoby są tylko okryciem tego, co niesłusznie stwierdziliśmy, że brzydsze, bo starzejące się lub po prostu inne.

Malutka nieprzemijająca i czysta dusza warta jest zauważenia. Teraz. Po co się budzić z ręką w kieszeni, gdy zorientujemy się, że nasze ciało odziewane całe życie cennymi szmatkami kupowanymi co rusz po okazji ląduje właśnie w betonowym grobie? Kochane piękne dziewczęta. Uroczy podbijacze serc. Dbajcie o „Siebie”, zadając Sobie pytanie:
Czy „JA” to tylko moje ciało? A może coś dużo więcej?

Życie jak droga w Kołobrzegu

Siedzę na wydmach i patrzę w morze. Tak zgodnie z wszelkimi przepisami. Odpoczynek przed powrotem do miejsca, z którego zaczęłam poranną podróż. Świeże morskie powietrze wchodzi do dziurek w nosie. Wiatr we włosach. Dookoła spokój i cisza. Kołobrzeg jeszcze śpi. Wzdłuż plaży biegnie mężczyzna. Siwa kręcona czupryna. Na ciele męski jednoczęściowy sportowy strój dla biegaczy. Pod pachą małe zawiniątko. Piach stawia mu przeszkody. Mija mnie i obdarowuje najszerszym z możliwych uśmiechem.
Pada pytanie: Do Gdańska to tędy? Cokolwiek bym nie odpowiedziała, dla niego tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie biegnie. Cieszy się chwilą. Szczęściem zaraża. Niesamowity widok. Od początku.

Start
Zaczynam od miejsca, które nazywam wypasione jak na kołobrzeskie warunki. Okolice Molo. Pod nogami równiutko. Zakładam, że na rolkach przez całą drogę będzie się jechało jak po masełku. Zaplanowałam, że będzie idealnie, uroczo, łatwo. Marzenie. Zgodnie z powiedzeniem: Chcesz rozśmieszyć Boga? Zrób Sobie plan.
Niewiele czasu potrzeba człowiekowi, aby przekonać się po raz kolejny, że nie jest różowo. Jadę. Duże płyty pod stopami kończą się szybko. Widok morza i wschodzącego słońca zmienia się na parkowy ponury i zacieniony. Kostka, na którą niejeden wymagający mógłby już ponarzekać, okazuje się wcale nie taka zła, albowiem po kilkuset metrach przechodzi w pamiętający jeszcze czasy komunizmu niechlujnie położony asfalt. A ten już wychodzi ponad wszelakie standardy. Jestem znaczny kawałek od molo. W tym miejscu prawie pod samo morze podchodzą nowe apartamentowce, które ciągle są jeszcze w budowie. Moim ciałem trzęsie jak galaretą. Muszę uważać na każdy krok. W oddali słyszę szum morza. Dzisiaj burzy się nieco. Kilka zakrętów oddala mnie od niego. Pojawia się znowu kostka. Bruk ucieka spod nóg. Jest nieco lepiej, niż było. Droga zmienia się jak w kalejdoskopie a do tego nieprzewidywalna. Po co Wam ten kawałek kilku kilometrów opisuję? Bo lubię porównania. Czy zauważyliście, jak dużo w życiu zakładamy? Ile planów snujemy? Jakie ambitne mamy założenia i cele? Nic w tym złego nie ma oczywiście. Jedyny mankament, że nie umiemy się do tego ustosunkować, gdy życie narzuci nam z zaskoczenia swoją drogę. Wtedy często nie potrafimy nowego zaakceptować. Trudno nam się z obcą sytuacją pogodzić. A wystarczy się przyglądać. Wystarczy wierzyć, że za którymś następnym zakrętem będzie inaczej. Może tak jakbyśmy tego chcieli, tylko w inny sposób podane? A może lepiej niźli żeśmy się spodziewali?
Zwolniłam nieco. Oho! Prawie weszłam w kupsko.
Widzicie, jak to jest? Czasami trzeba w coś wejść, żeby smak tego poznać. Ja poczułam zapach. Znowu nabrałam uważności. Stanęłam w miejscu starego przewalonego konara. Uśmiechał się do mnie. Po pokonaniu wielu rodzajów nawierzchni, wzniesień i zakrętów, w tym właśnie miejscu stwierdzam, że zawracam. W końcu zawsze przychodzi czas, kiedy trzeba podjąć decyzję. Jak w życiu. Stanąć oko w oko z wyborami. Najpierw jednak zasłużony wypoczynek.

Posiadówka
Siedzę na kamieniu. Jestem w miejscu pięknym. Takie chcę je widzieć. W tyłek mi niesamowicie zimno. Na głowie czapka, chociaż środek lata. Uroki polskiego morza. A jednak: Ludzie kochają je za to COŚ. Waśnie tutaj spotykam Pana, o którym pisałam na początku. Osobę, która za darmo rozdaje pozytywną energię, ale nie bierze nic w zamian.

Powrót
Wracam drogą mi już znaną. Jest łatwiej, ale nie tak samo. Jadę szybciej i bardziej pewnie. Słońce przedziera się między koronami drzew i oświetla mi drogę. Czy liczę jednak na mniej niespodzianek? Nie. Zdaję sobie sprawę, że zawsze może spotkać mnie coś nowego. Dlaczego? Bo życie nudy nie lubi.
Bardzo szybko orientuję się, że przeoczyłam zjazd i jestem w zupełnie innym miejscu. Czy nie tak wygląda nasza egzystencja? Nagle gubimy się, nie mogąc drogi do celu odnaleźć. Jesteśmy zaskoczeni. Wpadamy na chwilkę w panikę. Czy potrzebnie?

Jeśli w życiu przydarza Ci się coś nowego, przypomnij Sobie drogę wzdłuż morza w Kołobrzegu. Zapamiętaj: Życie to czasami spacer gołymi stopami po ciepłym drobnym nieludzko przyjemnym piasku lub drobny przyjemny bieg z uśmiechem na twarzy u mojego napotkanego tubylca. Bywa, że jest jazdą po ponurej dającej wiele do życzenia drodze. Czasami wchodzimy w życiu w coś cuchnącego, a czasami orientujemy się, że los nam sprzyja. Warto się temu naszemu bytowi przypatrywać. Cieszyć się chwilą dobrą. W chwilach zwątpienia na lepsze mieć cierpliwość do tego, co się nam wydarza. Umieć gorszą chwilkę przeczekać.

Po twardym asfalcie na przeciwko mnie biegnie chłopak. Następny biegacz. Wie że bieganie po twardym do najzdrowszych nie należy. Kilka metrów od niego zaraz za wydmą chowa się równolegle biegnąca plaża. Woda wygładza ją i idealnie. Ubija piasek tworząc naturalna bieżnię której końca nie ma. W miarę przewidywalną bo morze tylko czasami nam jakieś muszelki pod stopy wyrzuci dla zabawy. Dlaczego chłopak nie biegnie tą trasą? Widzicie: Każdy w danej chwili wybiera co dla niego najlepsze.
Ważne, aby wyborów dokonywać, aby nie bać się tego co przed nami. A nóż chłopak skręci w las i trafi na Zaczarowany Ogród? Jaka przygoda czeka go za następnym zakrętem? Kto to wie.

Chciejstwo

Jak dalece jest wygodne i jak trudno nam z niego zrezygnować? Do myślenia życzeniowego w tym wpisie nawiąże. Do naszych potrzeb chciejstwem nakręconych i ideałów, których jak wielu twierdzi, nie ma.

Idealność
My ludzie ciągle chcemy czegoś od innych. Nie patrząc na pozytywne strony, doszukujemy się negatywnych. W głowie naszej ciągle obraz idealnych ludzi. Tych obrobionych w Photoshopie z obrazków i gazet. Weźmy przykład. Szukamy, chociażby faceta. Ma być taki i, taki i jeszcze siaki. A niech nie będzie posiadał jednej z tych cech co „nasze”, biada mu, bo właśnie przy niej będziemy tkwić uparcie. Zachłannie jej pożądać. W następnej kolejności drążyć i doszukiwać się innych u partnera niedoskonałości. Dzieci coś przeskrobały? Niewybaczalne. Trudno dostrzec ile dobra w międzyczasie i pożytecznego wniosły. Skupienie na jednym i ogniskowanie, a potem już klapki na oczy. Wieczne poszukiwania. Granica wyżyłowana do maksimum.

Paralela
Wyobraźcie sobie jabłoń. Drzewo, któremu na czas tego wpisu nadam symbol celu naszych potrzeb i oczekiwań w stosunku do innych. Patrzymy na nią i doszukujemy się w niej ciągle czegoś niekorzystnego. Jabłka na niej są za twarde, za małe albo zbyt robaczywe. W najgorszym wypadku chcielibyśmy z jabłoni zebrać pomarańcze. Jabłka nie do końca nam jakoś pasują. Chcemy i uparcie dążymy, aby drzewo zmienić. Czekamy na cud. I co?
Jabłoń zawsze pozostanie jabłonią. Jeśli chcecie przy niej zostać, musicie zdecydować. Albo polubicie jabłka, albo znajdziecie swoje własne drzewo pomarańczowe. Tak. Tak. Oczywiście. Ja wiem jakie to niewygodne. Co Wam jednak pozostaje? Możecie oczywiście żyć w świecie iluzji, że osiągnięcie, co chcecie. Że w obecnym partnerze w końcu znajdziecie ideał, do którego dążycie. Czekać i próbować dopasowywać, przekonywać czy do zmian namawiać. Możecie również po prostu coś w w swoim życiu zmienić zamiast w życiu innych. Wraz z odkryciem, że ludzi się nie zmienia, a raczej akceptuje, przychodzi olśnienie. Staniecie w progu drzwi wyborów. Jeśli zaakceptować jest Wam bardzo trudno, cóż Wam pozostaje? Poszukać faceta, który spełni te oczekiwania? To też jest rozwiązanie. Tylko uwaga.

Małe „ale”
Zawsze warto mieć z tył głowy, że im większe stawiamy wymagania tym droga do szczęścia dłuższa i trudniejsza. Ideał? Wytnijcie z obrazka i powieście na ścianie. Ten nigdy Was nie zawiedzie, ale tez nie da miłości i ciepła. Inne niebezpieczeństwa? Jeśli macie dar przyciągania pomyślicie może o opcji: wezmę i jak nie spasuje, odrzucę. Zamienię na coś innego. A jeśli się nie uda? Będę dalej przebierać w środkach. Gdyby się uparł tak można całe życie. No chociaż nie do końca. Gdy ciało się starzeje dar przyciągania na cycole, zgrabne pupy i biały uśmiech słabnie.

Warto zapamiętać. Jeśli kurczowo będziemy trzymać się ideałów i naszych wygórowanych zachcianek możemy zostać z niczym. Straszę? Nigdy w życiu. Zostawiam do przemyślenia.

Oddech smoka

Co tym razem? Kwintesencja tego, co działo się przez pięć kolejnych dni w sąsiedztwie mazurskich Jezior. Wraz z większą grupą osób, dla których język nie jest przeszkodą, bawiłam się, krzyczałam, płakałam, smuciłam, radowałam, tańczyłam, odkrywałam no nowo samą siebie. Doświadczałam i przyglądałam się własnym emocjom. Czasu na przerwy i pisanie mniej było niż mało. Za to pracy z oddechem, sercem, ciałem i duszą bez liku i więcej by się chciało. O oddechu dzisiaj będzie, jedynym w swoim rodzaju. Nie ważne czy hiszpańskim, meksykańskim, polskim wszak dla oddechu nie ma granic. Oddechu, który bez względu na to, z jakiego końca świata niesie tę samą ze sobą dla każdego wartość. Życie. Wraz z nim jego jakość.

Urodzinowe klimaty
Na środku pomieszczenia stolik i wielki tort urodzinowy. Palce lizać. Na torcie świeczki małe zgrabne a wokół ściśnięte urokliwe białe teelighty. Jest ich nieskończenie dużo. No przesadziłam. Tyle ile konkretnej wielkości stolik kawowy pomieści. Ledwo zauważalna poświata dymu czystego jak poranna mgła unosi się spokojnie w górę. Ogień poruszony przez stojące wokół osoby delikatnie kołysze się i rzuca na ścianę żółte odblaski. Te z kolei mieszają się z pomarańczowo — czerwonym kolorem ścian dużego pomieszczenia. Homo sapiens obu płci ubrani jak anioły, dzierżą w dłoni białe jak śnieg róże i tego samego koloru balony. Wszyscy zatrzymali na chwilę oddech i czekają, co się zaraz wydarzy. Solenizant zamarł w skupieniu na chwilę. Nabrał powietrza. Płomienie przechyliły się i nagle wszystkie świeczki jednocześnie zgasły. Jakby po sali przeszło potężne tsunami. Wielki podmuch, jaki można spotkać u smoka, sprawił, że wszystkie światełka posłuchały się bez mrugnięcia oka. Wszyscy zamarli. Gdybym napisała, że to był oddech pełną piersią, skłamałabym. Wychodził z całego ciała, z wszystkich zakamarków gdzie wewnątrz nas zaglądać może życiodajne powietrze. Ten moment to potwierdzenie, że trafiłam na niepowtarzalnego nauczyciela, który praktykuje bez końca. No cóż, szczęściarz. Materiał, na którym pracuje ma przecież zawsze pod ręką.

Warsztaty oddechowe
Ktoś powie śmiech na sali. Przecież oddychanie zostało nam dane i mamy do niego odwieczne prawo. Jest i uznajemy to za zupełnie normalne. Po co tak w ogóle głowę sobie tym zawracać. W czasach gdy tyle mamy na głowie. Czyżby?

Oddychanie
Czy zauważyliście, jak jego jakość spada, z każdym dniem im jesteśmy starsi i starsi? Wyobraźcie sobie noworodka. Słodkiego bobasa leżącego w łóżeczku. Rozgląda się spokojnie. Ma rozluźnione ciało odwiedzione na boki nóżki i rączki, które odpoczywają. Co jakiś czas tylko unoszą delikatnie do góry i bawią się z przestrzenią. Jego klatka piersiowa, brzuch i przepona unoszą się w odpowiedniej kolejności. Oddech jest rytmiczny i głęboki. Powietrza maluch sobie nie żałuje. Wypełnia nim po brzegi wszystkie wewnętrzne organy odpowiedzialne za oddech. Ładuje się, aby mieć siłę kopać i ruszać rączkami, kiedy na zabawę przyjdzie ochota. Brzuch unosi się, przypominając ruch meduzy. Piękny widok. Jeszcze piękniejsze jego doznania.
A teraz przyglądnij się sobie. Jaki jest Twój oddech? Czy jest płytki i bez życia? Jak mocno trzeba się wsłuchiwać, aby go usłyszeć? Popatrz na swoją klatkę piersiową i całą linię od gardła aż do okolic, gdzie zaczyna się strefa intymna. Co tam się dzieje? Czy przypomina to ruch łagodnych fal na morzu? Czy czujesz, jak pod pokładem skóry powietrze przepływa jak krew w żyłach? No tak różnie to z nami bywa. Powiem nawet, że często kiepsko to widzę. Zgarbieni, w wyniku wielokrotnego strachu zaciskający klatkę piersiową, z napiętymi mięśniami w jej okolicach, pełni obaw, traum, zamykający serce przed tym, co piękne kroczymy z tym przez życie. Z oddechem, który kończy się w okolicach piersi, bo dalej nie dajemy mu dojść do słowa. Dziwimy się, że sił przy ćwiczeniach fizycznych nie ma, że poblokowane w nas emocje spać nie dają i że seks nie wychodzi. No Kochani moi drodzy: Z pustego i Salomon nie naleje. Dalej powiecie E tam?
Dziwicie się, że wybieram lekcje oddychania zamiast SPA? Tak. Wybieram, bo wiem, co w życiu jest ważne.

Zatracenie
Nabieram wielki łyk powietrza. Rozkładam szeroko dłonie, jakbym miała wzbić się do długiego lotu. Czuję powietrze muskające mnie pod pępkiem. Czuję go, jak schodzi dużo niżej. Mam wrażenie, jakby moja tchawica miała średnicę rury od odkurzacza. Ładuję się. Gdybym tylko miała skrzydła.
Oddech. Jak wiele ma wspólnego z naszymi blokadami, smutkami, strachem, bólem, złością i innymi emocjami. Jak wielkim może być lekarstwem w walce z naszym kiepskim samopoczuciem i wszystkim, co nie pozwala żyć pełnią życia. Jak dalece odpowiada za jakość naszego życia, niewielu zdaje sobie sprawę. Wiedzą to ci, którzy są tutaj ze mną dzisiaj.

Dobrze po północy
Z dużej sali ćwiczeń do mojego pokoju sznur korytarzy. Wchodzę po stromych schodach. Mijam wielki zbiór książek poustawianych w gablotach i uśpioną kuchnię, gdzie jutro znowu będzie pachniało ciepłą owsianką. Zaraz potem jadalnię i rudego kocura, który zapadł na stole w głęboki sen. W wielkim pokoju dziennym z kominkiem pośrodku grupki rozanielonych ludzi polegują na wielkich miękkich kanapach. Przytuleni, uśmiechnięci z błyszczącymi oczami, którym spanie nie w głowie teraz. W większości poubierani na biało wyłożyli się, celebrując ostatnio spędzone w tym miejscu dni. Jest dobrze po północy. W pokoju przytłumione światło rzuca na ścianę żółtą poświatę. Warsztat oddechowy, nie mój pierwszy dobiega końca. Trudno ująć go w kilku słowach: Miłość, praca nad sobą, satysfakcja.
Patrzę na twarze. Policzki rumiane jakby muśnięte słońcem, radość w oczach, mocno ukrwione wargi i zaróżowione ciało, które właśnie dostało potężną dawkę tlenu. Zero frustracji i mimo że nie wszystko przepracowane, wielka wiara na przyszłość. Zerkam na głowy, które znalazły na wiele pytań odpowiedzi i otwarte serducha, które mają chęć do dalszego działania po dniu pełnym pracy nad samym sobą. Moje serce się cieszy. Kocham przebywać wśród takich ludzi.
Mijam wszystkich, nie zatrzymując się. Cenię ich bliskość, ale czasami lubię też być sama. Wszyscy tak mamy. Jutro po śniadaniu wiem, że znowu dostanę w prezencie „prysznic miłości”, że zupełnie za darmo ludzie, których dopiero co poznałam, wesprą mnie zastrzykiem wspaniałej energii. A wszystko dzięki pracy z oddechem.

Wątpisz, w to, co piszę? A może pojawiła się ciekawość?
Jeśli znalazłeś czas na czytanie, wierzę, że znajdziesz jeszcze kilka minut, na sprawdzenie ile w tym prawdy co piszę. Dla chętnych, którzy lubią doświadczać wskazówka. Zrób ćwiczenie dokładnie bez oszukiwania samego siebie. Sprawdzaj.
Połóż się wygodnie. Zostaw na chwilę wszystkie płynące myśli a wraz z nimi codzienne bolączki. Idealnie, jeśli jesteś po jakiś wysiłku fizycznym, ale niekoniecznie. Rozluźnij ciało. Odchyl lekko głowę. Zamknij oczy i otwórz szeroko usta. Oddychaj tylko ustami. Bez obaw nikt nie patrzy. Nabierz głęboko powietrza. Powoli, powolutku. Poczuj, jak Twój korpus unosi się rytmicznie. Trudne? Z każdym oddechem jest lepiej. Powtórz kilka razy. Baw się tym i sprawdź, jak reaguje Twoje ciało. Luknij, co się dzieje z brzuchem. Połóż delikatnie na mim rękę. Czy brzuch drży? A może zrobił się cieplejszy? Spróbuj pomasować, poklepać, oddychaj głęboko. Poczuj, to zanim podejmiesz decyzję, że wstajesz, bo to nie działa. Daj sobie chwilkę.
To, co poczułeś to kropla w morzu. Namiastka. To dopiero z oddechem początek przygody.

Kładę się spać. Przed oczami mam jeszcze wielkie stopy Trenera i człowieka, dzięki któremu mogę dzisiaj o magii oddechu pisać. Mają wysokie podbicie i są mocno uziemione. Prowadzący stoi stabilnie. Na Sali stóp dużo więcej. Czuję jeszcze energię, którą obdarzają mnie pozytywnie nakręceni ludzie. Mieliście okazję przebywać z takimi? Dotykam własnej przepony. Unosi się wysoko. Chcę więcej i więcej. Chcę rozkładać ręce. Masy pochłoniętego dzisiaj powietrza rozluźniły moje mięśnie. Zasypiam jak dziecko. Rączki w górze. Pozycja z wczesnego dzieciństwa, w którym nieznane nam były złe doświadczenia. Gdzie drzemała w nas ciekawość, zaufanie i miłość do świata. Do samego Siebie. Mruczę jak kot. Wiem, że żyję. Zasypiam. Zostawiam Was z nową wiedzą. Do Was należy decyzja, co z nią zrobicie.

Współczesne kontra historia, czyli Ateny w 24h – cz. 3/3

Akropol. Szukam dalej jego duszy. Już nie od środka. Chcę popatrzyć na niego z dystansu. Docieram do założenia umieszczonego na drugim krańcu miasta. Udaję się na peryferia. Najpierw dostrzegam wielkie pole żółtych traw. Ciągnie się bez końca. W środku nich ku mojemu zaskoczeniu kolumny. Sprzęt, z którego od czasu do czasu wiatr muzykę niesie. Powietrze ciężkie, brak cienia, a z nieba żar się leje. Ratunkiem jest najnowsze w Atenach założenie, do którego mam niezły kawałek. Najnowocześniejsza perełka tego miasta. Przestrzenny, bijący po oczach surowością betonowo — szklany stwór z wielkim płaskim dachem, który jest dla mnie ratunkiem, bo może ochronić od skwaru.
Idę, idę i idę. Wielkie to bydle. Oj wielkie. Na górze kryje w sobie kawiarnie, sale ekspozycyjne i miejsca wypoczynku. Na dole pod ziemią skrywa wielką operę. Co krok ochroniarz, kieruje mnie dalej i dalej, aż do miejsca docelowego. Siadam w cieniu na stalowym lazurowym krzesełku, wśród setek innych w podobnym kolorze. Patrzę w dal i widzę Akropol. Wreszcie go czuję i jestem szczęśliwa. Widzę całe założenie, chociaż oddalone kilometry stąd. Nie słyszę tupotu setek turystów, żadnych rozmów przez telefon, komentarzy. Kontempluję.
Pamiętajcie, nie zawsze musimy być w centrum, żeby chłonąć.

 

Nieszablonowa historia pewnego Odeonu czyli Ateny w 24h – cz. 2/3

Dobrze by było znać wszystkie nazwy. Dobrze wiele dat pamiętać. O jak dobrze by było. Człowiek wtedy się taki mądry wydaje. Ja nie mam często głowy do tego. Nie płacze z tego powodu. Aby coś na dłużej zostało, dopowiadam własne opowiadania. Odeon Heroda Attyka. Ten unikatowy. Stałam przy nim chwilkę. Miał to „coś” w sobie. Na końcu języka mam tego miejsca własną historię. Wracam na chwilę na Akropol, kilka tysięcy lat wstecz. Masz chwilkę i ochotę? Posłuchaj.

Dawno, dawno temu — bardzo dawno — KTOSIK o imieniu Herod, wpadł na pomysł, żeby wydrążyć dziurę w skale. Miejsce, gdzie jego małżonka mogłaby czasami przysiąść. Od czasu do czasu popatrzyć co do otworu wpadnie. Powód? Kobieta piekielnie się nudziła. Małżonek wybrał stok góry, bo szczyt był już zajęty. Sam nie podjął się zadania. Głupi przecież nie był.
Herod, którego imię wielu dobrze się nie kojarzy, na pomoc innych śmiałków zwołał. Tak dla towarzystwa. We wsi był lubiany, więc chętnie wielu przyszło. Chociaż któż to wie? Zakładam jednak taką wersję.
Wszyscy wzięli się ostro do pracy, żeby żona jeszcze za młodu miejscem się mogła nacieszyć. Jak jeden brat w dłonie chwycili ogromne stożkowe wiertło. W połowie prac zacięło się urządzenie. Rzekł Herod: Psia kość i nie poddał się tak szybko. Na dole pozostała duża platforma. Ściana schodząca do niej w dół była gładka i nieco stroma.
Aspasia, bo tak miała żona na imię, przysiadła i stwierdziła: Ciekawie, aczkolwiek pupa po skałach w dół nieco mi się ślizga. Wołała błagalnie strapiona:
Mężu kochany, na sam dół zejść nie mogę. Dlaczego, mężu mój, oj dlaczego.
Na prośbę żony pracowici mieszkańcy podkuli więc skały troszkę po brzegach. Kawałek po kawałku. Pierwszy rząd dopieścili, potem dalej również poszło gładko. Tym sposobem zgrabny kształt schodów powstał na całym obwodzie. Stopnie mogły spełniać funkcję miejsc siedzących. Policzyli i stwierdzili z zaskoczeniem, że jest ich niespełna 6 tysięcy. Dzielne chłopaki. Nieprawdaż?
Schodzili się wszyscy z „wioski” z ciekawości do środka zerknąć. Żona miała towarzystwo, zadowolona chwaliła więc męża. W dole niewiele się działo. Tylko od czasu do czasu, jakiś ptak przeleciał. Nuda?
W końcu znalazł się TAKI JEDEN z tłumu, co pomyślał prosto:
Skoro inni chcą patrzyć, to JA im pokażę, co potrafię.
Poszukał na jednym z krańców dogodne sobie miejsce. Tak z nudów troszkę a troszkę na pokaz, dał ludziom pierwszy występ. Jego piękny głos docierał wszędzie. Dziura okazała się, albowiem bardzo przyjazna akustycznie. Herod był słuchowcem, więc wiedział, co poczyna. Występów nie było końca. Podczas nich zdolnemu Grekowi śpiewakowi wiało od czasu do czasu po plecach. Chorował często biedak, smuciła się wtedy Aspasia, a z nią cała reszta.
Nadmienię w tym miejscu: Herod od małego uwielbiał zabawę klockami. Lego wtedy nie było, cóż więc miał zrobić chłopina? Wyzbierał wszystkie marmurowe kamienie dookoła. Podrównał je dokładnie, aby pasowały do Siebie. Do drobiazgów pamiętajmy, że przywiązywał dużą wagę. Ułożył sprytnie jeden na drugim. Miało być nie za wysoko. Z jednego, trzy raptem piętra zbudował. Tak powstała scena i wszystko, co w jej sąsiedztwie.
Mogłabym dalej ciągnąć tę historię, ale nie chcę Was jednym zanudzać. Podoba Wam się ta wersja? Nieco inną znajdziecie w Wikipedii. Jeśli żadna nie pasuje, polecam poruszyć wodzę własnej wyobraźni.

Wracamy do Tu i Teraz. Stoję Sobie i patrzę na Odeon Heroda Attyka. Podejrzewam, że dzisiaj miał tu miejsce koncert. Patrzę na obsługę, która poprawia poduszki w piaskowym kolorze. Rozpieszczają dzisiaj nasze delikatne tyłki. Aspasia by była zdziwiona: Po co to, komu miękkie poduchy i na co?
Postęp kochani. Przecież my ciągle staramy się poprawiać coś na lepsze. Dla mnie cywilizacyjne wygodnictwo, nieco zakłóca widok tego miejsca. Dla wielu zbawienie, gdy mogą tutaj miękko na kilka godzin przysiąść.
c.d.n.

Jest! Tylko co to? czyli Ateny w 24h – cz. 1/3

Jestem w Atenach. Naprawdę! Dzisiaj troszkę o nich i o wszystkim znanym nam Akropolu. Również o Partenonie co wielu myli się z rzymskim Panteonem. Ach te nazwy fikuśne. Sama do nich często głowy nie mam.

Pierwsze zderzenie z miastem
Od mieszkańca wielkiej metropolii słyszę: Dzisiaj jest gorąco. Skoro on tak mówi, nie może być inaczej. Potwierdzają się moje przypuszczenia. Jest raptem 40 stopni.
Jestem w centrum wielkiego betonowego tworu. Ateny i Akropol. Od niego wszystko się zaczęło dużo przed tym, jak na kalendarzu ujrzeliśmy cyfrę 0. Nie ma tego, co by o nim nie słyszał. Mniemam z kosmitami włącznie, nawet jeśli ich istnienie pozostaje dla niektórych pod znakiem zapytania. Reszta miasta Ateny rozlała się od szczytu jak lawa. Obecnie liczenia budynków bym się nie podjęła, bo jest ich jak mrówek, a ja tyle czasu nie mam. Tak naprawdę tylko 24 godziny. Od czego by tutaj zacząć? Może od tego, co blisko.
Późne popołudnie. O miejsce parkingowe trudno. Wysiadam z samochodu a pod moimi stopami podgniła pomarańcza. Obok następna do zjedzenia kusi. Nad głową korona wielkiej rośliny a na niej następne małe zielone owoce. Kwitnie i owocuje na okrągło. Jestem pełna podziwu. Drzewek oliwnych, cytrusowych i starych sosen wzdłuż chodników nie brakuje. Dają jednak cienia tylko tyle, ile same potrzebują. Samolubne, ale tutaj w zupełności ich rozumiem. Łatwo nie mają. Między gałęziami chowają się ptaki, które z drzewami mają wspólne cele. W wielkiej konglomeracji przeżyć. Powietrze zawisło w ulicach. Stoję przez chwilę podobnie jak ono. Plecy i brzuch całe oblepione potem. Staram się odwrócić od dyskomfortu uwagę, bo narzekanie niewiele zmieni. Obok sklepik. Paradoks, bo z owocami, za które ludzie płacą. Pomarańcz jednak nie widzę. Z moich spostrzeżeń wynika, że Grecy uwielbiają wszystko, co słodkie, ale nie koniecznie owoce. Patrzę w cukierniczą witrynę.
Wyobraź sobie puchate croissanty, złociste tosty na słodko, nabrzmiałe pączki, delikatne ciasta na bazie filo, kruche na zewnątrz i mięciutkie w środku ciasteczka maślane. Czerwone, żółte, pomarańczowe galaretki pod pudrowym kożuszkiem czy czekoladowe okrągłe mecyje w kolorowych złotkach. Płynne masy budyniowe typu pie lub te półtwarde cięte nożem polane karmelem, Wielkie trzymające linię obwarzanki posypane sezamem, paluszki owsiane. Wszystkie możliwe cudeńka. Małe, duże, twarde, miękkie z jedną wspólną cechą: Jak diabli słodkie. Niezliczone ilości i w każdej postaci. Czujecie to w ustach? No to jak już pojedliśmy, czas w drogę. Teraz trzeba nieco zrzucić, co by nie poszło w bioderka i brzuszki.

Kierunek Akropol
Podjeżdżam UBERem. U kierowców zawsze można dowiedzieć się coś ciekawego. Są mili, bo liczą potem na dobrą ocenę. Siwy starszy Grek okazuje się małomówny. Potwierdza tylko wcześniejszego rozmówcę, że gorąco. Czy o tym trzeba mówić, skoro i tak wszyscy to widzą i czują?
Dalej idę na piechotkę. Pnę się w górę. Wieczór zbliża się dużymi krokami. Na murkach tutejszych kamienic wylegują się zmęczone koty. Ledwo żyją. Podobnie pies przed samym wejściem do strefy zabytków. Chowa się pod drzewem. Ktoś zostawił mu wodę w kubku. Nie ma siły pić, ciężko złapać mu oddech. W uszach słyszę muzykę ulicznych grajków.
Kolejka do kasy długa, chociaż za godzinę zamykają. Bilecik kupiony. Wchodzę. Trzeba iść za tłumem, bo niby innej drogi nie ma. Za takim zwiedzaniem nie przepadam. Znacie mnie już troszkę. Powtórzę się. Ja lubię od zaplecza i w miejscach, gdzie można oddech złapać. Tam, gdzie bez barierek i tabliczek z ostrzeżeniem: nie dotykać lub przejścia nie ma. Ja lubię tam, gdzie można przysiąść i poczuć dane miejsce. Porozmawiać z boginią Ateną i samym artystą dzieł Fidiaszem. Zupełnie inne odczucia. To jakbyś miał wybór między: wynajmować małe mieszkanie lub mieć własną rezydencję z wielohektarową posesją. No cóż, nie mogę wymagać wiele, bo wpadłam tu jak do sklepu, gdy podczas pieczenia ciasta okazało się, że mąki zabrakło. Mam godzinę. Więcej, jak powiedział tubylec w taki dzień jak dzisiaj, wśród skał nie da się wytrzymać. Dzisiaj z pełną odpowiedzialnością na wynajem się decyduję.
Jestem w drodze do samej świątyni. Zatrzymuję się na moment. Pod moimi stopami Odeon Heroda Attyka. O nim szczegółowo i po mojemu już jutro. Teraz trudno się skupić. Ktoś woła, ktoś o coś prosi, ktoś stoi obok i buzia mu się nie zamyka. Mija niecała chwila. Sympatyczny Filipińczyk prosi mnie o zrobienie zdjęcia. Następuje miła wymiana słów Idziemy dalej.

Jest. Jest! Jest? Tylko co to?
Główne założenie w nieznanym mi wydaniu. Kolumny w mocnym słońcu razem z solidnym rusztowaniem bawią się w ciuciubabkę. Wielkie betonowe płyty przytrzymujące jeszcze większy dźwig, konkurują z tutejszym nieco od nich starszym rodzeństwem. Miejsca brakujące, wyglądają jak skrupulatnie zalepione białą plasteliną. Gdzie ten Panteon znany mi z internetu i pięknych książek? No cóż. Dobrze, że dbają, szkoda, że właśnie tak. Słyszałam, że prac nie ma tu końca.
Za plecami słyszę ekscytujące rozmowy wschodnich najeźdźców. Głównie młodych drobnych kobiet o cerze gładkiej jak płatki kwiatów, ubranych w kapelusze i błyszczące sandałki. W powietrzu pachnie kobiecymi perfumami i męskim potem. O moich stopach nie wspomnę. Telefony na teleskopach i dzierżone w dłoniach atakują we wszystkich kierunkach. Czuję się jak na wojnie.
Obok mnie rodzime klimaty. Wsłuchuję się w długi monolog podekscytowanej kobiety:
– Kupiłam trzy breloczki, jeden dla ciebie i jeszcze ręczniki takie z napisem, takie zaje fajnie. I jeszcze dużo innych rzeczy.
W tym miejscu cieszę się, że języków nie znam wielu. Szukam spokojnego miejsca. Marzenie ściętej głowy. Zamykam oczy. Przypominają mi się sceny z lokalnych targów gdzie przekupy, chcą zachęcić przybyłych interesantów do kupowania, a ci znowu targują się o wszystko. Przypominają wesołe pogaduchy, które odbywają się przy obstawionych stołach biesiadnych.
Hałas, plac budowy i ukrop. To dla mnie następne doświadczenie. Dzisiaj stojąc przy najstarszych budowlach, uczę się na nowo, co poprawić, aby zwiedzanie wnosiło w moje życie prawdziwą wartość.

Wierzę, że to miejsce ma duszę podobnie jak dużo młodsze peruwiańskie Machu Picchu, czy każde inne, do którego rękę przyłożyli Przemocni. Dzisiaj prawdy stojąc pod samym Panteonem, nie odkryję. Zostawię na jutro rano. Spojrzę na niego z innego miejsca. Przygotujcie czapeczkę, okulary i butelkę z wodą. Na dalszą podróż w towarzystwie mocnego słońca zapraszam jutro.

Kobieta interesu


Ustalając godzinę biznesowego spotkania,
usłyszałam w słuchawce wolny głos: „Ale ja pracuję w gastronomii”. Słowa utkwiły mi dość mocno w pamięci. Dlaczego? Bo ja z tych, co śpią nocą a „gastronomia” z tych, co o północy i nad ranem często bawią się w nietoperza, sowę czy jeża. Ups? Czyżbym kobietę obudziła? Z godziną szybko doszłyśmy do porozumienia. Jadąc na spotkanie, zastanawiałam się, kogo tym razem będę miała okazję poznać. Przypadkowa osoba zdziwiona pytała: Jedzie Pani negocjować ceny z „kucharką”? Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Po głosie z telefonu byłam osobiście przekonana, że jadę rozmawiać z kobietą interesu. Kim faktycznie okazała się ów tajemnicza osoba? Sprawdźmy.

Okolica
Lasy Janowskie. Miejsce, które bez względu na pogodę za każdym razem wzbudza mój zachwyt. Przede mną jezioro. Za mną lasy i wzniesienia, wśród których co jakiś czas dostrzegam piaszczyste wydmy. Wyczesane przez naturę i zaplanowane przez nią skrupulatnie. Tu nic nie ma z przypadku. Nawet zabudowania typu hotel i rezydencja wpisane są w teren bardzo zgrabnie.
Dopiero tutaj widzę jak w biegu dnia codziennego, zatraciłam pory roku. Dzisiaj przyglądam się, jak piękna jest tegoroczna jesień. Nad moją głową, jeszcze mokrą po wyjściu z wody, świeci słońce. Wiatr głowę chce urwać. Ta zbytnio się nie daje. Równie dzielnie bronią się przed nim złociste na drzewach liście. Oj jakby chciało się wszystkiego dotknąć. Przyjdzie i na to pora. Nos wypełniam ciepłym powietrzem. Pachnie wodą, mokrym piaskiem i wilgotnymi po ostatnich deszczach drzewami.

Pierwsze koty za płoty
Rozglądam się dookoła. Nadjeżdżający biały samochód energicznie i płynnie wchodzi w zakręt. Zatrzymuje się, jakby czas był mu dzisiaj szczególnie drogi. Jemu również? Z samochodu wysiada kobieta. Dlaczego to ją wybrałam do rozmów? Bo mam nosa. Podobno ona i tylko z nią. Potwierdzam. Czuję to po pierwszym uścisku dłoni. Pewny, śmiały, konkretny. Silny, a zarazem kobiecy. Głos już nie ten ze słuchawki. Teraz jest pewny, radosny i śmiały. Słowa strzelają jak z karabinu. Kobieta delegowanie zadań ma w jednym palcu.
Zanim się oglądnę, siedzę przy stoliku, popijając ciepłą darmową herbatę. W rękach niewiasty spoczywa już długopis. Zadbane paznokcie wymalowane w ciekawym kolorze łączącym ze sobą paletę barw fioletów róży, pomarańczowych, wyglądają zjawiskowo na tle białej kartki. Dopasowują się do otoczenia i granatowych wiszących w oknach zasłon. Pasują do jej blond włosów i szaro niebieskich oczu, w których dopatruję się chęci ciągłego działania, tworzenia i zmian. Zerkam mimochodem za okno. Na jeziorze pływają kaczki. Zwierzyny na każdym kroku jest tu bez liku. Przez okno do środka chcą się wbić ciekawskie promienie jesiennego słońca. Czyżby chciały wpaść tak dla towarzystwa?
Kobieta wpatruje się w szyby. Pokazując na nie, stwierdza: „Brudne te okna, ile by je nie mył”. Wpatruję się równie szczegółowo. I co widzę? Jest dobrze. Po prostu ok. Why? Wiosenne i jesienne słońce zawsze mnie dobija. Ile bym nie sprzątała i tak każdy pyłek kurzu będzie tańczył przed oczami, próbując wyprowadzić z równowagi. Tutaj paprochy stwierdziły, że z tańcem poczekają na wieczór. Wybawią się na całego do rana na sali bankietowej w towarzystwie innych biesiadników. W tym miejscu podpowiedź: Sprawdzajmy czystość okien w dni pochmurne, a będziemy spać spokojniej.
Wracam do rozmyślań. Czyżbym trafiła na perfekcjonistkę? Nie wiem, ale kobiety dbającej o szczegóły jestem pewna. Widzę ją pierwszy raz, czuję, jakbym znała całe życie.

Biznesowo, ale czy faktycznie?
Patrząc sobie w oczy, ustalamy szczegóły. Noclegi, manu, alkohole, bo bez nich tradycji nie stałoby się za dość. Dla kogo? Na co? Za ile? Na stole papiery. Co jakiś czas pada rząd cyfr skrzętnie zapisywanych w papierach. Biznes to biznes. Na koniec ma być przejrzyście, bo po co wracać do czegoś po razy kilka.
Z ust rozmówczyni w przerwach słucham ciekawych historii. Dlaczego? Bo biznes to też ludzie i wszystko, co ich w życiu spotyka. Są więc rozmowy rodzinne i o podróżach trochę, o młodzieży nieposkromionej, gotowaniu, budowie, remoncikach. Pięknych i ambitnych planach na przyszłość. Wspomnień z tym miejscem tez nie brakuje. Uwielbiam słuchać, gdy ktoś ma pomysły, chęci nieposkromione, siłę, pogodę ducha i uśmiech na twarzy w niepogodę. Wiarę, że się uda.
Czujecie te klimaty? Do tego wyobraźcie sobie dwie kobiety, wybierające wino, które potem będą spożywali znawcy. Mnie, która wino rozpoznaje po ładnych butelkach bardziej niż po ich zawartości. Przyznaję się bez bicia, że słuchając sommeliera, robię wielkie oczy i jestem dla niego pełna podziwu, za to ile smaków jest w stanie w winie rozpoznać. Potrafię odróżnić białe od czerwonego i słodkie od wytrawnego, ale na tym jakby koniec. Martwicie się? Spokojnie. Blisko są Ci, co się znają i podpowiadają. O wybór wina jestem spokojna.

Cyfrom staje się zadość
Po całym tygodniu trajkotania, miałam dzisiaj mówić mało. Załatwić co trzeba i wrócić mówiąc: Zadanie wykonano. Inaczej się stało. Zasiedziałam się. Bo jak ktoś słucha, lubię również dzielić się tym, co moje.
Cyfrom stało się zadość. Czas w szyby postukał. Popatrzyłam na taras wiszący prawie nad wodą i stojące tam ogrodowe krzesełka. Kusiły. Wołały. Kaczki nadal wygrzewały się na wodzie. Cisza wyciągała ręce, zachęcając do wsłuchania się w nią. Z takich miejsc aż żal wyjeżdżać.

Tajemnica tkwi w szczegółach
Niektórzy zastanawiają się,
dlaczego do jednego miejsca nas ciągnie, chociaż już nie takie nowe, a inne, chociaż nowoczesne i wypasione potrafi świecić niekiedy pustkami. Tajemnica tkwi w człowieku. To dzięki niemu miejsce ma duszę. Tam, gdzie jest ten, co dobrą energią emanuje, tam będą ciągnąć inni. Do Pani Asi w recepcji czy Pana Stasia kelnera. Do Pani Iwonki co pójdzie między ludzi, nie przejmując się widocznym nabitym niedawno siniakiem.

Pamiętacie pytanie z początku: Kim faktycznie okazała się ów osoba? Odpowiadam.
Człowiekiem i fajną energiczną babką. Konkretną jednocześnie ciepłą, kochającą to, czym się zajmuje i miejsce, w którym ma okazję biznesy prowadzić. Człowiekiem. Przepraszam za wyrażenie, które w moich ustach traktuje jako komplement: Kobietą z „jajami” i taką z krwi i kości. Było miło. A mówią, że w biznesie dwóm kobietom dogadać się trudniej. Czyżby? Lubię łamać przekonania. To jedna z moich pasji. Wpis kończę, grzejąc się w promieniach jesiennego słońca. Może też będziecie mieli okazję do magicznego Janowa wkrótce zaglądnąć? Osobiście polecam.

Królestwo cykad Skopelos 10/10

Zbliżamy się do końca. O przyrodzie tego miejsca i ich mieszkańcach było już dużo. W ostatni dzień krótko o kontrastach. O urlopowiczach, którzy myślą, że wyjazdy zmienią coś w ich życiu i takich co nie dostrzegają, że w nie ma w nich synchronii.

Śniadanie. Takie hotelowe. Obok słyszę rozmowy. Kilka osób w wieku, gdy już wszystko wydaje się, zwalnia powoli, wpadło tu na dni kilka. Jasne ciało kobiety, o które słońce już kilka razy się otarło, zdobi żółta plażowa sukienka. Obok pasujący do niej z pozoru mężczyzna z wyjątkowo dużym nosem i pobłyskująca siwizną. Oboje zwracają uwagę swoim zachowaniem, które zupełnie nie pasuje mi do tego miejsca. Jakieś smuteczki dosiadły się do stołu, a przecież są wakacje? W pięknym otoczeniu obserwuję sytuację:

Akt 1
Żona patrzy na męża, nie pozostawiając jego zachowania bez komentarzy. Wsłuchuje się w to reszta biesiadujących przy stole, pan więc obraża się nieco. Przechodzi do innego stolika z nosem spuszczonym na kwintę. Zapada cisza. Reszta patrzy po sobie. Nie obchodzi się bez komentarzy. Mija kilka minut. Małżonek wraca. Ponownie trwa dysputa. Dopóki są wspólnie w gronie, jest całkiem nieźle. Nagle para małżonków pozostaje sama. Słowa milkną. Jedno wpatrzone gdzieś w dal, inne w talerzu grzebie widelcem. Na niebie piękne słońce. Widoki, którymi znudzić się trudno. Oboje zupełnie myślami gdzie indziej. Zamknięci w sobie. Smutna chwila w miejscu, które mogłabym pokusić się rajem nazwać.

Akt 2
Tę samą parę niewiele później spotykam na plaży. Morskie odgłosy fal wprowadzają mnie w dobry nastrój. Dwa niebieskie leżaczki skrywają się pod jednym dającym im nieco cienia białym, słomkowym parasolem. Na posłankach Ich Dwoje. Małżonkowie jacyś tacy smutni. Pani zwinięta prawie w kłębek odwróciła się na prawy bok, plecami do męża. Śpi albo poleguje w bezruchu, oczy ma zupełnie zamknięte. Jego ciało rozlewa się nieco dalej. Spuścił leniwie rękę, grzebiąc i szukając wśród drobnego żwirku, tego czegoś. Na buzi raczej smutek się pisze niż boskie wakacyjne rozanielenie. Bywa. Czasami najpiękniejsze miejsca nie pomogą, aby uratować, to co się latami psuło niezauważenie.

Co z tym zrobić?
Dzisiaj obserwowałam ludzi, którzy mimo wielkiego stażu są Sobie zupełnie obcy. Zamarli w bycie bez celu, daleko od jakichkolwiek radości. Smutne. Życie płata nam czasami niezłe figle. A może łatwo na życie zwalić? Pamiętajcie, wyjazdy są po to, aby nabrać dystansu. Nabrać sił witalnych. Przypomnieć Sobie jak wygląda zabawa w lenia. Wrzucić na luz. W pokonywaniu życiowych wyzwań nie trzeba przemierzać tysięcy kilometrów. Większość z nich wymaga tylko chęci i zrozumienia. Słońce i piękne widoki nie są kluczem do drzwi szczęścia. Jest nim raczej „wiedzieć czego się chce” i umieć w każdym miejscu i o każdej porze szczerze ze sobą rozmawiać.

Walizki spakowane. Wsiadam na prom. Wracam z głową wypełnioną kolorami i widokami, które tak naprawdę docenię po powrocie do domu. Żądni podobnych podróży? Będą. Już niebawem.

Królestwo cykad Skopelos 9/10

Jest taka jedna skała. Towarzyszy mi od początku. Miałam o niej nie pisać, jednak zbytnio się zasłużyła. Uświadomiła mi, albowiem, że nie zawsze to my musimy gdzieś iść czy gonić, czasami wiele przychodzi do nas. Po co tułaczka, skoro to, co dobre jest blisko? Dzisiaj więc zatrzymam się w miejscu. Przestanę na chwilę gdzieś gonić. Beztroskich chwil poszukam za rogiem. Na tę krótką, ale wartościową podróż zapraszam.

Zróbmy coś
Najpierw były poranne wielkie plany.
Miało być ambitne opłynięcie wyspy łodzią motorowodną. Łodzi, jak na lekarstwo więc plany spełzły na niczym. Do wyprawy wzdłuż nieco stromego brzegu na plażę Kastani, miejsca, gdzie kręcili pierwsze sceny Mamma Mia, również nie doszło. Ostatecznie zostałam na miejscu. Filmową plażę przełożyłam na sam koniec.
Dzień upływał leniwie. Wylegiwałam się w cieniu na leżaczku, obserwując jak inni, opiekają się na słońcu jak chipsy. Plażing. Słoneczkowanie. Opalanko. Medytacja w słońcu. Nazywajcie to, jak chcecie. Wiecie, o co chodzi. Leżałam, czytałam i jajka znosiłam. W oddali usłyszałam słowa: Zróbmy coś, zatrzaśnijmy się w toalecie. Rozbawiły mnie.
Było już dobrze po południu. Wsłuchałam się w otoczenie. W basenie chlapały się beztroskie dzieciaki. Tyle w nich było życia i tyle spontanicznej radości. Popatrzyłam w morze, było tak pięknie, że trudno opisać. Wstałam i poszłam przed Siebie. Minęłam kilka wielkich drzew, które wrosły w przybrzeżne skały. Drzewa były tam bezpieczne. Nieopodal nich kamienie. Ba, nie tyle kamienie ile skały nieokiełznane. Były dla drzew bliskim sąsiadem. Mijałam ich, nie mogąc się nadziwić. Cóż za wyrozumiałość z ich strony. Dlaczego tak i po co? To się nazywa symbioza. Zawsze ją podziwiam. Skały dawały drzewom stabilny byt. Żaden sztorm im nie zagrażał. Ich korzenie schowane głęboko w skałach były nie do naruszenia, Skały wiedziały, co robią. W zamian dostawały cień. Wielkie korony drzew skałom chłodu, które dawał cień, nie żałowały. Pod jednym z nich skała. Byłam już tutaj wcześniej. Dzisiaj przyglądnęłam się bliżej. Z boku zawieszona nad innymi. Duża, płaska, bezpieczna. Pasowała idealnie do mojego tyłka. Następna dołączyła do kolekcji. Przysiadłam na chwilę. Z minutki zrobiło się dużo dłużej.

Woda i jeżowce
Zerknęłam w dół, nieopodal mnie odpoczywały tutejsze jeżowce. Piękne i nieprzystępne, chociaż na wyciągnięcie ręki. Liczę: 2 sztuki. Sztuk 30 i jeszcze kilka dziesiątek. W rachunkach wyszło 120, potem zaprzestałam matematyki. Przypomniały mi się schody, które ostatnio na skale przemierzałam. Stopnie dało się dokładnie sumować. Zwierzątek nawet nie próbuję. Nie ma szans i znaczenia. Wiem za to, że namierzyłam miejsce ich spotkań. Zdobiły kilka kamieni. To tutaj bawiły się z wodą w chowanego. Wygrzewały się na słońcu, gdy fala ustępowała. Dawały nura, gdy H2O stwierdzała, że chce chwilę dotknąć dalej brzegu. Wodę dzisiaj nosiło, nie potrafiła usiedzieć na miejscu, za to one w bezruchu, nie zmieniały swojej pozycji. Majestatyczne. Tutaj były bezpieczne. Wiedziały, że nikt na nich nie nadepnie. Woda i jeżowce. Następna po drzewach i skałach symbioza. Zapytacie: Jak to? A tak to. Przyuważyłam rzecz nietypową. Czarne sztywne i bez skazy kolce wodnych zwierzątek rozczesywały wodę raz za razem. Dzieliły na chwilę jej zbitą strukturę na jednolite pasma przypominające długie włosy syren. Turkusowa woda, nie chcąc być dłużnikiem, masowała je wokół bardzo delikatnie. H2O oraz najeżone czarne jak węgiel, błyszczące jak lustro piękności. Następni co bez siebie żyć nie mogą. Mogły tak bez końca, a ja bez końca mogłam się temu zjawisku przyglądać.

Odlot
Popatrzyłam nieco w górę. Wielkie drzewo z ogromną koroną rozpościerało się tuż obok. Jego igły błyszczały w słońcu. Ostatnie bardzo mocne promienie słońca bawiły się w berka między gałęziami. Rozświetlały każdy zakamarek. Piękne wyszłoby zdjęcie, a jednak po aparat nie sięgnęłam. Pomyślałam: Zrobię potem. Czasami na później odkładam. Jak na tym wyszłam? To za chwilkę. Zamknęłam oczy. Wszystkie myśli schowały się gdzieś po kątach. Czyżby chciały odpocząć? Ucieszyłam się. Pozostałam tylko „JA”. Moje ciało odbierało bodźce z zewnątrz. Wrażliwe czuło każdy dotyk najmniejszego wiatru. Muskał po stopach i plecach. Na czole usiadło jakieś zmęczone lataniem stworzenie. Gilgało. Takie chwile warto przeczekać. Skupiłam się na odgłosach. Prawie wsłuchałam się w oddech jeżowców. Za chwilkę uciążliwego skrzydlatego uparciucha muchą potocznie zwanego, już nie było. Potem już było tylko „NIC”. Pozostała czujność. Jak długo? Tyle ile trzeba. Otworzyłam oczy. A raczej to one zdecydowały, że chcą się już otworzyć. Ponownie popatrzyłam na drzewo. Roślina nabrała ostrości. Żyło jak wszystko dookoła łącznie skałami, które nam się często martwe wydają. Zabawy światłem już nie było. Żyło, ale spało. Na zdjęcia było za późno. Czasami chwile pozostają tylko w naszym wnętrzu. Sercu i pamięci.
Rozglądnęłam się dookoła. Było mi po prostu dobrze. Wróciłam tam, gdzie dużo głosów radosnych i ludzi. Tam, gdzie życie tętni inaczej.

Wg Wojciecha Eichelbergera sekret nasycenia tkwi w jakości i głębokości przeżywania chwili, a nie w liczbie zaliczonych podróży. Często o tym zapominam. Jeszcze częściej staram się o tym pamiętać.

Nigdy w życiu

Tak wiem. Cisza. Przerwa. Zapomniałam o tym miejscu? Nigdy w życiu. Patrzę na wykresy i cyfry na kokpicie. Ktoś właśnie jest na stronie. Przegląda starsze wpisy. Na nowe czeka ten, który nie uważa ich za czczą paplaninę. To niesamowite. Wy ciągle jesteście.
Wstaję rano. Szukam nadziei i radości, które czasami gdzieś nam umykają. Gdzie je znaleźć? Ja znalazłam kiedyś w pisaniu. Czasami o tym zapominam. Życie co rusz płata figle, a machina wyzwań wciąga. Znacie to uczucie? Do pisania dla Siebie i dla Was wracam. Dzisiaj tylko taki wpis. Jutro będzie inaczej. Jutro jest zawsze inne. Czy warto czekać? Będzie o dalszych przygodach na wyspie Skopelos. O Atenach w pełnym letnim słońcu. O koncercie Modern Talking i trochę o obserwacjach zza rogu. Do czytania zachęcam. Nie tylko mojego bloga, a wszystkiego, co pod ręką. Dnia pogodnego we wszystkie dni z niepogodą ducha.

Królestwo cykad Skopelos 8/10

Moja mama tutaj gotuje
Jadę dla równowagi tam, gdzie tętni życie. Na wyspie Skopelos jest miejscowość Skopelos. Małe portowe miasteczko. Samochodem dojeżdżam do najbardziej wysuniętego miejsca na wodzie. Tutaj łódki parkują wraz z samochodami. Skałę obrosły zabudowania. Latami powstawały, a teraz jest ich jak grzybów po deszczu. Wzdłuż brzegu i stojących tu łódek można łatwo spacerować. Mam wrażenie, że nieplanowanie znalazłam się w najciekawszym miejscu. Knajpka przy knajpce zachęca do skosztowania czegoś typowo greckiego. Przyjechałam coś zjeść, więc dobrze trafiłam. Pod dużym zadaszeniem przy jednej z kamieniczek miła Pani ubrana jak na co dzień, wychodzi nieco do klienta i tych mniej zdecydowanych zaprasza do środka. Rozglądam się dookoła. Stolików większość zajęta, a w knajpkach obok jakoś tak pusto. Słyszę słowa: Moja mama tutaj gotuje. Oho! Rodzinny dobrze zaplanowany biznesik. Sprawdzić więc warto. Żadnej ściemy nie ma. Widzę jak w kąciku przysiadła kobieta. Włosy zebrane siatką, taką jak można wielokrotnie spotkać u kucharek, które lubią czystość i nie zapodają potraw z włosami. Oto i mamę wyłapałam. Wyszła złapać świeżego powietrza. Będzie ciekawie. Doszukuję się reszty rodziny. Młoda dziewczyna o kruczych włosach związanych skromnie z tył zerka na małą kręcącą się między stolikami dziewczynkę. Zakładam, że wnuczka. Kilkulatka ze złamaną prawą rączką stoi w drzwiach prowadzących do kuchni i czuje się jak u siebie w domu.
W knajpce rytmy Zorby niesione przez ciepłe powietrze. Mimo że powtarzalne nie męczą ucha. Muzyka rozpędza się i rozpędza, podkręcając klimat. Jeśli nie słyszeliście, warto w necie Greg Zorba wstukać.
Jeden z kelnerów również dogląda całości bardziej niż reszta, zagaduje do dziewczyny i w nieco inny sposób dotyka kobiety, która nas tutaj zapraszała. No to namierzyłam trzy pokolenia rodziny Kosmas. Nazwisko w karcie wyczytuję.
Jedzenie wygląda na smaczne. Bakłażany z fetą gdzie ciemny z białym dopełniają się jak dobrane małżeństwo. Kozie mięso i mussaka. Risotto z różowymi krewetkami, które mam wrażenie, że bawią się w chowanego. To tylko kilka z potraw, które wyciągnięte z pieca wystawione są w wielkich brytfankach i czekają na zamówienie. Świeże ryby w lodzie, z których możesz przebierać a w manu wzmianka o zwiniętym jak ślimak ciepłym cynamonowym cieście milk pie z gorącą budyniową masą. Moje i wielu ulubione. Ślinka cieknie.
To miejsce żyje. „Mama” i cała Kosmas Family przy jednym ze stolików pomieszkują. To ich codzienność. To przy nim matka głaska czarnowłosą córkę po głowie, a czarnowłosa dziewczyna tuli zasmuconą córkę, której zabrano kredki, bo jedna z dziewczynek, która jest klientką, chciała właśnie coś porysować. Zabawek dziecko nie ma wiele, ale jak to mówią klient nasz Pan. Mija raptem kilka minut, jak rodzinny stolik znika, aby dołączyć do innych, bo większa grupa ludzi coś przekąsić przyszła. To miejsce, które ciągle ewoluuje. W karcie wzmianka o wizycie Jamie Oliviera. Znacie przesympatycznego anglika, który uwielbia gotowania prostotę? Podobało mu się i pewnie smakowało, skoro nie omieszkał o tym w znanym czasopiśmie wspomnieć.


Prawie do nieba
Zanim
przyjdzie zamówienie, decyduję się na króciutki spacer. Zaciekawia mnie kilka białych schodków zaraz nieopodal knajpy. Patrzę na zabudowę. Jeden budynek przytulony do drugiego, trzeci zaraz nad drugim. Wspinam się. Pierwszy, piąty, pięćdziesiąty. Jestem coraz wyżej. Zakręt, rozwidlenie, w którą teraz stronę skręcić? Białe ściany budynków powodują, że mrużę oczy. Wszystkie nieopodal jak na wyciągnięcie ręki. Niebieskie okiennice, małych otworów okiennych chronią od słońca. Niektóre drzwi do domostw pootwierane, bo w przejściach mimo gęstej zabudowy przyjemnie chłodno. Tutaj nie docierają samochodowe spaliny ani hałas z głównej uliczki. Jestem wysoko. Miasto z góry obserwują ze mną ptaki. Komentują, a ja ich w ząb nie rozumiem. Echo niesie odgłosy codziennego życia. Jest pora obiadowa. Słyszę uderzające sztućce, mniemam, że o białe talerze, gaworzenie małych dzieci oraz rozmowy przy stole w obcym mi zupełnie języku. Czuję świeże zapachy warzyw dobiegające z pieców i kuchenek. Kilkuletni chłopiec spokojnie stoi na przejściu. Przez chwilkę zaciekawiony moją obecnością chowa się z powrotem do domu. Przy następnym zakręcie niewielki zadbany ogródek za furtą. Rośnie w nim trochę ziół a palma i oliwka dają im cień. Roślinność rośnie jak na drożdżach. Schody dalej wołają. Nad moją głową balkon z balkonem znad przeciwka dzielą jedynie centymetry. Zapomnisz klucza od domu? Przejdziesz od sąsiada. Ciekawe czy tak to działa?
Uzależniłam się od wspinania, a w głowie z tył coś podpowiada: Jedzonko czeka. No cóż, odpuszczam. Schodzę. Znaleźć tę samą drogę to cud, ale skoro cały czas schodzisz, w końcu osiągniesz celu. Czyż nie tak to hula? Ląduję w porcie kilkadziesiąt metrów od miejsca docelowego.

Czego to ludzie nie wymyślą
Zanim
usiądę coś wszamać, przypominam Sobie o urządzeniu, które ostatnio zakupiono do jednej z dużych miejskich siłowni. Kilka schodków zasilanym prądem i napędzanych przez specjalny mechanizm. Podobno robią furorę. Trzeba dojechać, przebrać się, zapłacić i wtedy można pochodzić w klimatyzowanym pomieszczeniu. Schody? Ja uwielbiam te w Skopelos. Te, co prowadzą zawsze w inną stronę, gdzie zawsze nad szczytami domostw mogę zaczerpnąć świeżego powietrza, gdzie zamiast odgłosów silnika ludzkie w oddali słyszę. Dopełnia ich szum morza. Takie do odkrywania i zupełnie za darmo. Kamienne, lekko rozgrzane od słońca, częściowo bielsze od białego, gdzie chodzenie zarówno na bosaka, jak i w butach jest przyjemnością. Setki ich, a nawet tysiące. Takie ćwiczenia kocham. Czuję w udach, że wieczorem będą zakwasy. Fajniusio.

Nieco dalej
Wracam do stolika. Pojedzone. Nie do końca czuję się przez obsługę cały czas rozpieszczana, bo są ciągle następni po mnie. Jedzenie za to jest świeże i smaczne, a ja mam przestrzeń, aby się poprzyglądać. Z pełnym brzuszyskiem ruszam przed siebie. Mam jeszcze minut kilka. Im dalej jednak oddalam się od portu, tym miasto bardziej nasze przypomina. Sklepiki z pamiątkami, motory, skutery, samochody, spaliny. Liczne hoteliki. Powietrze suche i już nie tak przeźroczyste. Cywilizacja. Wracam więc tam, gdzie mi dobrze. Miasta widziałam jedynie namiastkę, ale chyba dalej już mnie nie ciągnie. Jak zapamiętam miasteczko Skopelos? Biało – niebieskie nasączone mocnym słońcem. Ciągle pnące się w górę i w górę.

Rodzi się pytanie? Gdzie faktycznie się zaszyć, gdy czas nam na to pozwala? Jakie miejsce wybrać, gdy wiele na Skopelos pięknych? Każdy z nas ma inne potrzeby. Dlatego ja opisuję, a Wam pozostawiam wybory. Przepływającego w porcie wielkie statki kontra żaglówki na wodzie. Ludzkie rozmowy przesycone różnym emocjami kontra dźwięki oszalałych z radości cykad. Ciągłe uzupełnianie zapasów w knajpkach kontra bezmyślne, aczkolwiek wiele wnoszące w życie wpatrywanie się z pustym brzuchem w bezkres morza. Nocna zabawa i towarzystwo kontra cisza, spokój oraz widoki, które niewielu widziało.
Cóż mogę powiedzieć? Wybierajcie miejsca, które wam służą, a zawsze będziecie wracać zadowoleni.

 

Królestwo cykad Skopelos 7/10

Deska plus pagaj czyli paddlebording
Na lekcję pływania stawiam się kilka minut po dziesiątej. Lekkie opóźnienie jak to u mnie. Czekam na pozostałą dwójkę delikwentów. Linos, z którym mamy płynąc na paddlebording, krząta się. Długie włosy związał w kucyka. Żółta koszulka ładnie komponuje się z opalenizną. Do tego obowiązkowo czapeczka. Pojawia się i znika. Jestem w centrum nurkowym, więc innego prowadzącego w wolnym czasie chwilkę zagaduję. Podobno wcześniej miałam mieć szybki kurs, jako że to mój pierwszy raz. Czekamy jednak na resztę, która niebawem dołączy. Linos pożycza mi gumkę do okularów, proponuje nasmarować się mocnym kremem do opalania, stojącym na pobliskim stoliku. Ktoś przynosi chłodną wodę. Wszystko zaczyna się pół godzinki później. Bez nerwów liczenia czasu, bo przecież po nas umówiona następna grupa. Nic z tego. Nie na Skopelos. Krótkie instrukcje na plaży jak zadbać o siebie i deskę. Prosty angielski, a jak go nie znasz i tak wszystko zrozumiesz.
Nauka paddlebording przy plaży trwa kilkanaście minut. Ważne to pełny lekkie ugięcie w kolanach i pełny luzik, aby utrzymać równowagę. Ważne, w którym miejscu postawić nogi, gdzie patrzyć podczas wstawania, jak złapać wiosło, jak płynąc prosto i jak się obrócić. No i chodu w morze. Ot tyle zapytacie? Tyle.
A co jak się wpadnie? Wtedy fun jest, bo jak mnie kiedyś uczono najpierw, trzeba nauczyć się spadać i wpadać. Święte słowa. Morze uspokaja. Szybko zapominasz, że ledwo co nowicjuszem się było. Po godzinie różnic nie widać, chyba że ktoś zacznie wykonywać sztuczki. A Linos sztuczek uczy oczywiście, tylko nieco później. To ich właśnie płyniemy pouczyć się w sąsiedniej zatoczce. Popływać slalomem między bojkami, robić na desce fikołki, stawiać na wodzie deskę prawie do pionu i obracać się w podskoku o 180 stopni. Do tego pogawędzić co nieco, napić się zimnej wody, porobić fotek i wyłożyć się na wodzie. Osiągnąć FLOW, o którym często zapominamy.

Zatoczka niewielka, głęboko, bo bez odpowiedniego sprzętu nawet wprawiony dna nie dosięgnie.
Chłopak wymienia po kolei, co w tym miejscu zostawił. Dwie pary okularów, telefon, który kilka dni w szczelnym opakowaniu rozmawiał z rybami. Ja właśnie wyłowiłam własną czapeczkę, tylko dlatego, że kiedyś sama nabyła umiejętność pływania. Dobra czapeczka. Patrzę na moich współtowarzyszy. Ups! Na dno właśnie w tym momencie poszło jedno z wioseł. Stanęło równo w pionie. Bul, bul, bul i już go nie było. Rozglądnęliśmy się wszyscy po wszystkich, a czwórka nas była. Młodzieniec uśmiechnął się. Usłyszałam słowa: Chcecie się jeszcze pochlapać? Czas nie ma znaczenia. Pomyślałam: No a jakże Greku. Zero paniki, wywodów, nawet zero zdenerwowania. No bo przecież Linos wraca tu potem ze sprzętem i wszystko po kolei wyławia. Tak się historie znalezisk w tym momencie kończą. Historia potwierdza teorię mi już znaną: Panika w niczym nie pomaga. Dowiedziałam się dzisiaj również, że z telefonu leżącego przez kilka godzin na dnie, nawet jeśli szczelnie zapakowany i tak już nic nie będzie. Pamiętajcie: Telefonu, który ma Ci długo służyć, na paddlebording ze sobą nie zabieramy.

Popływane, pooglądane, na luzaka wracamy. Tym razem Linos zaproponował mi swoją prywatną deskę. Dopytywałam o nią wcześniej. Chętnie przetestowałam. Sprawa oczywista. Niebieska o kształcie płaskiej łódeczki mknęła, bo wodzie. Niezbyt szybko, bo nie o prędkość, ale o ruchy tu chodzi. Dzięki paddlebording jesteś sam na sam ze swoim ciałem. Dowiadujesz się, co tak naprawdę potrafi i jak go często nie doceniasz. Chcesz ćwiczyć bicepsy? Pragniesz wersji sportowej? Machasz szybciej, a ruchy są bardziej zamaszyste i skrętne. Chcesz podziwiać widoki? Marzysz o typowej rekreacji? Rozglądasz się dookoła, ruszając wiosłem jak łyżką w zupie.
Paddlebording to przemiło spędzony czas. Delikatniejszy od kajaka daje możliwość wypłynięcia na szerokie wody.
Nadal macie obawy? No proszę. Skoro ja dałam radę w ortezie i głębia mnie nie pochłonęła — no dobrze już nie straszę — dla Was to drobiazg. Pamiętajcie: Strach ma wielkie oczy a próba nie strzelba.

Dopływając do brzegu, usiadłam, że tak powiem potocznie na niej rozkrakiem. Zamyśliłam na chwilę. Po niespełna dwóch godzinach pływania stwierdziłam, że wpaść do wody jest dużo trudniej niż się z niej wydostać. Pewne wynalazki często nie są mi po drodze. To ustrojstwo za prostotę w każdym wymiarze pokochałam.

Królestwo cykad Skopelos 6/10

Ludzie. Mówi się, że Grecy są niezależni od czasu. Że czasu nie liczą. Obserwuję jednak, że do pracy przychodzą punktualnie, a jedzenie podają migiem. Twierdzę więc, ze wszystko zależy od miejsca i sytuacji.

Poranek
Słyszę pukanie do drzwi. W drzwiach staje pokojówka, która twierdzi, że wróci za 5 minut, przychodzi nieco później. W tym czasie nie siedzi, a krząta się po innych kątach. Czy to coś złego, że z kilku minut robi się godzina? W pokoju codziennie wracając z plaży i tak czystość zastaję, a dziewczyna dziękuje serdecznie, że mogła mi pomóc? Z pogodą ducha odchodzi, czynić dalej swoją powinność. Bez nerwów, płynnie i w tempie, na który pozwala tutejsza pogoda.

Popołudnie
Siedzę na pomoście, którego woda lekko kołysze i uspokaja. Wokół mnie pachnie świeżo ciętym tartacznym drewnem i solą morską. Obok mnie zapatrzony w morze Grek, moczy w wodzie nogi. Jego jasne wilgotne i ciężkie od morskiej H2O włosy zwisają po ramionach. Dzięki nim mimo suchego ciała wiem, że przed chwilą jeszcze pływał. Na ręce i nodze kilka wdzięcznych tatuaże. Ach jak one wyglądają pięknie na opalonej skórze. Zmężniały już dawno chłopak patrzy na kobietę, która pływa po falach, stojąc na długiej piankowej desce wraz z kilkuletnim chłopcem między nogami. W ręce dzierży pagaja. To paddleboarding. Słyszałam o tym sporcie, więc dopytuję więcej, bo nową wiedzę nabywać lubię.
Zwracam się więc do Linosa, bo tak brzmi jego imię.
– Chciałabym spróbować. Można?
– Jak najbardziej, ale jutro. Sprawdzę wolne godziny. Jaki jutro będzie dzień?
Patrzy na mnie, ja na niego. Uśmiechamy się. Po chwili dodaje.
– Straciłem poczucie czasu. Jestem Grekiem — stwierdza fakt.
Ja również nie wiem, przecież jestem w Grecji na wakacjach. No to żeśmy się dobrali. A dogadali na pewno.
Rozmowa spokojna jak tutejsze morze i fale, które w jej trakcie co kilka sekund z nadzwyczajną delikatnością uderzały o konstrukcję pomostu. Rytmiczna jak przesunięcia pagaja wzdłuż deski, która obok nas bezszelestnie przesuwała się ze stałą prędkością po wodzie. Przypomniałam Sobie o miejskiej codziennej pogoni i związanych z nią stresach. Jak mi teraz dobrze. Jeśli kiedyś znajdziecie takiego rozmówcę, warto docenić niezwykle zwykłą rozmowę. Jeśli trudno Wam będzie o taką, szukajcie rodowitego Greka wyspiarza.
Jutro okazało się jutrem. Po tym, jak słońce zajdzie, a potem pojawi się ponownie na horyzoncie, mam się stawić na plaży równo o 10.00. A więc możecie być pewni, że pagaja do rąk wezmę co by sprawdzić i pokazać, że wszystko, co wymyślono, jest dla ludzi. Wszystkich. Bez wyjątku.

Wieczór
Patrzę na kelnera, który po całym dniu, w białej koszulce i lekko spadających z pupy jeansach przesuwa charakterystycznie nogami po drewnianym tarasie tutejszej knajpy. Jakby go kręgosłup w odcinku krzyżowo – lędźwiowym pobolewał. Znam to uczucie. Na imię ma Vassilis. Pociągła twarz, dość mocne rysy i wysunięta do przodu czaszka, na której mocno rysują się brwi. Wielu w jego wieku dopadają siwizna, łysina czy zakola, ale nie jego. Zadbane, miękkie i krótko obcięte włosy, pokrywają równomiernie głowę. Uśmiech gości na jego twarzy. Do niego dołącza się uwaga. Wyłapuje każdy ruch przybyłych tu osób. Nieopodal niego krząta się dziewczyna z obsługi. Ona również pogodna. W oczy rzucają mi się pełne usta wymalowane szminką w kolorze dojrzałych malin. Pięknie komponuje się z grecką urodą. Duże ciekawskie oczy i ciemne włosy lekko upięte w koka uzupełniają resztę. Przechodząc obok, delikatnie przesuwa chłopakowi rękę po łopatce. Rzuca przyjacielskie spojrzenie. Zastanawiam się. Jest późno, a Vassilisa widziałam również przy śniadaniu. Lekko przygarbiony i nieco bardziej zmęczony, nadal stara się zachować skupienie i poczucie humoru. Dopiero potem dowiaduję się, że każdego dnia krząta się godzin 14 z dwugodzinną przerwą na złapanie oddechu. 7 dni w tygodniu. Od maja do września to jego czas. Potem w Grecji przychodzi turystyczna posucha.
Grecy na Skopelos są więc pracowici, do tego sumienni, dokładni, pogodni, skromni i na każdym kroku pomocni. Oddadzą co do centa, zaopiekują się pozostawioną na plaży książką. Poczekają tyle, ile trzeba, przez co człowiek nie czuje się nigdy poganiany. Podadzą strawę, nawet jeśli to ostatnie minuty ich nocnej pracy. Nie tkną co Twoje. Z dziećmi obchodzą jak z bańką, bo to rodzinny naród od pokoleń. Obdarowani przez Boga pięknymi widoczkami oraz słońcem dla wielu do pozazdroszczenia, nie liczą na profity za uśmiech. Urodzili się z nim i codzienną pogodą ducha się dzielą. Tak jest tutaj. Duże miasto to inna inszość.

Wśród greckich wyspiarzy na peryferiach wyspy odpoczywam od miejsc handlowych. Supermarketów tutaj niewiele. Jeśli już znajdziesz sklep, to przypomina rodzime Żabki. Upraw co kot napłakał, bo i co na skałach uprawiać. Biura podróży tu nie docierają, bo na czym niby mieliby zarobić? Próby są, ale mieszkańcy mogą na razie czuć się bezpieczni. Wierzę, że wyspa jeszcze długo zachowa swój spokój, a sympatyczni tubylcy nie zostaną zdominowani przez żądnych pieniądza obcych najeźdźców, którzy będą chcieli na nich zarobić.

Jeśli lubisz kupować i zbierać, cóż mogę w tym miejscu dodać? Pamiętaj, że na pamiątkę ze Skopelos możesz przywieźć co najwyżej wspomnienia, bo wyspiarzom bardziej zależy na tym, jak zostaniesz tu przyjęty, niźli tym, co od nich wywieziesz. Zapomnij wiec o wielkich zakupach. W tym miejscu pomyśl o Sobie. Po pamiątki i łaszki polecam kierunek Ateny.

Królestwo cykad Skopelos 5/10

Nowe smaki
Należę do tych, co ich wszędzie nosi. Ciekawość świata nie pozwala mi długo usiedzieć w jednym miejscu. Wyspa Skopelos jest niewielkie i do zaglądania w jej zakamarki wręcz mnie zachęca. Dzisiaj krótko o tubylczej drodze do posesji. Takiej jednej z wielu. Również ku może waszemu zaskoczeniu o sposobie jedzenie mirabelek innym niż zwykle.

Jak będę ją wspominać? Wąską, kamienistą, krętą pełną owoców i słońca. Taką niedokończoną gdzie o krawężnikach niewielu słyszało, a zatem za nimi nie tęsknią zbytnio. Taką co niesie ze sobą multum niespodzianek. Zatrzymuję się na chwilkę zaraz za zakrętem. Po obu stronach opuszczone domostwa mam jak na wyciągnięcie ręki. Obok pnie owocowych drzew przytulają się prawie do ściany. Dalej suche łąki i dzikie gaje oliwne. Wiejskie klimaty jednym słowem.
Nad moją głową kiście mirabelek i uginające się od nich gałęzie. Żółte i czerwone, czyli: Do wyboru do koloru. Na tle zieleni, szarości drogi, białych ścian, czerwonych drzwi i niebieskich okiennic drugiego domu wyglądają zjawiskowo. Oprócz owoców kolory są tutaj równie soczyste. Mirabelki proszą: Zjedz mnie bez mycia. Mniamusia dla oczu. Przyjmuje zasadę: Wszystko, co poza prywatną posesją jest do częstowania. Zrywam żółtą. Mirabelkę można zjeść na dwa sposoby. Pierwszy to wrzucić do buzi zmielić i wypluć pozostałość, czyli pestkę. Właśnie tą stosuję teraz. Dla żółtych zwartych i nieco twardych to trafny wybór. Poza tym to sposób dla głodnego a ze mnie chwilowy głodomór. W samochodzie stawiam na sposób drugi, czyli delektowanie się. Biorę kolejną i nad nią się skupiam, chociaż mam ich całą reklamówkę. Czerwoną tym razem rozpracowuję. Naciskam lekko. Czuję, jakbym w ręce trzymała napompowaną gumową piłeczkę, która sprężynuje przyjemnie między dwoma palcami. Bardzo cienka skórka dzieli mnie od tego, co w środku. Nadgryzam delikatnie, tworząc małą dziurkę. Na podniebieniu czuję zajawkę, tego, co mnie czeka. Zasysam powoli. Na język trafia słodki mus. Masa podobna do tej zmiksowanej czasami w blenderze. Zbędne mi są cukry i miody, bo to już miód mam w gębie. Masa rozchodzi się po buzi. Przełykam. Zjedzone. Na jednej się nie kończy. Mirabelek czas nastał, zachęcam próbować.

Dookoła niewielkie zabudowania. Część opuszczonych. Dzikie gaje oliwne, o których tubylcy pamiętają, gdy owoc dojrzewa. Jakiś traktor schował się pod drzewem przed słońcem. Mało z niego na skalistych stokach pożytku, ale z jakiegoś powodu jest tutaj jednak. Wracam i jest mi dobrze. Kierunek basen ze słoną wodą, która wchodzi do nosa. Tak czasami również można przyjemnie czas spędzić.