Królestwo cykad Skopelos 4/10

Nowe odkrycia
Są miejsca, w które zaglądam na chwilkę i opuszczam, bo nic mnie do nich nie ciągnie. Czasami jednak mam wrażenie, że gdzieś mnie mało. Chciałabym dłużej i jeszcze dłużej. Chłonę przestrzeń i zbieram wrażenia w garści. Upycham do kieszeni, z myślą, że a nóż na zawsze zostaną. Dzisiaj o Limmonari, która bezludna była, ale chyba wieki temu i miejscu gdzieś tam, godnym po stokroć uwagi.

Limmonari
Miejskie plaże są i owszem na Skopelos. Widoki mają ciekawe, jednak nie jest na nich już tak kameralne. Wybieram się na taką jedną co na mapie czerwono białym parasolem zaznaczona. Za kierownicą tym razem nie siedzę, w telefonie kilka tych słów dla Was kreślę. Uważności co do okolicy nie było zbytniej. Pamiętam tylko, że po jednej stronie na wyciągnięcie ręki mam skałę, z której mogę suche kwiatki zrywać a po drugiej bezkresne morze i widok odległych wysepek. Dojeżdżam na miejsce. Z drogi plaża wygląda na przejrzystą. Na tafli unosi się kilka łódek. Woda spokojna. Limmonari ukryta jest w małej zatoczce zaraz przy drodze. Stoi tu kilka samochodów. Na plaży foczki, których opalenizna sięga już prawie zenitu i nowo napływające jeszcze białe osóbki. Równo rozstawione na miejskiej plaży parasole mówią: zapłać i zapraszam do cienia, bo za wiele innego przy samej wodzie nie ma. Muzyki dużo, a wokół rozbawione pociechy, więc miejsce oceniam na nieco hałaśliwe. To właśnie jedno z takich miejsc, gdzie zaglądam i jadę dalej.

Wzdłuż klifów
Wrażeń w drodze powrotnej nie brakuje. Teraz jestem uważna. Polecam siedzieć na miejscu pasażera i mieć linię brzegową po swojej prawej stronie. Emocji nie zabraknie, szczególnie gdy na drodze mijają się dwa samochody. Kiedy koła pojazdu zbliżają się do krawędzi jako tako położonego asfaltu, widzę już tylko kamienistą ścianę. Biegnie w dół. Widok rozpościera się na morze i nieregularny brzeg wyspy. Wiecie? U mnie również czasami strach nie obchodzi bokiem. Okiełznałam go, widząc, że tubylcy nic sobie z tego nie robią. Ot taka droga, której w mojej okolicy nie ma. Kwestia przyzwyczajenia. Takie myślenie powoduje, że strach znika.

Gdzieś tam
Nieopodal miejskiej plaży kilka miejsc, o których wiedzą tylko nieliczni. Wystarczy ostro skręcić i jechać wyżej i wyżej. Droga tyle, co wykuta w skale, koła skaczą, bo pod nimi nieregularna nawierzchnia kamieniem nieco tylko wyrównana. Nie znajdziesz jej na turystycznej mapie. To jedna z tych, które przychodzą do Ciebie, a intuicja podpowiada: Jedź przed siebie. Ciekawość świata popłaca.
Wszystko, co potrafi zaskoczyć, zaczyna się już kilkaset metrów dalej. Kilka drzew i ostre zejście dzieli mnie od zacisznej małej zatoczki, do której lądem nie dojdziesz. Z tego miejsca widzisz w oddali miejską plażę, ale tutaj jej dźwięki już nie docierają. Białe jak wapno skały wchodzą do przejrzystej wody daleko w głąb. Jadę dalej. Zatrzymuję się w miejscu, gdzie droga odbija w głąb wyspy. Prawie u szczytu góry następne zejście. Przede mną widok wart zapamiętania. Tutaj mogę spędzić wieki. Wróć. Nie mogę. Chciałabym.
To tutaj tubylcy przypływają łowić ośmiornice i langusty. Tutaj skały górują nad wodą. Znowu szybuję nad ziemią. Znowu morze zaskakuje. Otwory w skałach zasysają wodę.

Wypatrując smoków
Schylam się i zaglądam do kryjących swoje tajemnice jaskiń. Jedna największa wręcz żyje. Wielka a przy jej wejściu wysoki głaz, który przyjął poważną pozę, jakby robił za ochroniarza. Jaskinia oddycha regularnie. Dobitny rytm oddechu słychać tylko z jednego miejsca.
Wyobraźcie sobie smoka wielkiego jak Guliwer. Takiego, jakiego pamiętacie z dzieciństwa, gdy głowę chowaliście pod poduszkę, gdy ktoś o nim wspomniał. Siedzi w wodzie, schowany w zaułku wysokich klifów gdzie woda przeźroczysta na, tyle że na dnie wielkie łapy wraz z pazurami widać. Moczy się, chłodzi zadowolony. Spragniony nabiera głęboko powietrza, a potem wypuszcza powoli, oddając przy tym sapiąco — chrapiący dźwięk. Potem nabiera wody. Przełyka ją ze smakiem, a woda leci przez cale gardło. Nadmiar wypluwa. Ja jestem bezpieczna. A co ze snurkiem, który w wodzie pojawił się nagle?

Niestrudzeni
Snorkeling w Grecji jest tak popularny, jak samo nurkowanie, chociażby dlatego, że jest jego tańszą wersją. Przyglądam się osobie z króciutką fajką wystającą niewiele ponad prawie nieruchomą taflę, z maską i płetwach, których długość równa jest połowie długości jego ciała. Ów człowiek ma tu chyba ze smokiem umowę. W rękach dzieży długą kuszę przypominającą husarską kopię czy jak kto woli włócznię. Przesuwa się bezszelestnie w poszukiwaniu nietypowych jak dla nas morskich stworzeń. Rozgląda się ciekawie. Dno widzi, ale pamiętajcie, przy klarownej wodzie głębokości bez komputera nurkowego ocenić jest bardzo trudno. Patrzę, jak znika na tyle długo, że udaje mi się o nim czasami zapominać. Śmiem twierdzić, że głębokość można tu liczyć w dziesiątkach. Niestrudzenie wzdłuż brzegu, ciągnąc za sobą bojkę, mężczyzna przeczesuje krok po kroku tutejszą schowaną przed ludźmi okolicę. Uspokajający, a jednocześnie ciekawy widok.

Rozglądam się jeszcze raz dookoła. Patrzę w górę i w dół. Zaglądam ostatni raz w każdy zakamarek. Takie miejsca opuszcza się z żalem. Na takie miejsca wiecznie czasu mało. To tutaj można usłyszeć samego siebie, chociaż wcale nic się w danej chwili nie powiedziało. Posłuchać tego, co smoki mają do powiedzenia. Popatrzyć razem ze skałami w bezkresne morze. Pomarzyć w ciszy lub porozmawiać z echem, jeśli tylko ma się na to ochotę.

Królestwo cykad Skopelos 3/10

Rankiem miałam zabrać Was na krótki poranny spacer po plaży. W pobliżu mam jedno spokojne miejsce, w którym mogłabym przesiedzieć pół dnia. Stwierdziłam jednak, że to nie pora opisywać uroki jednego drzewa oliwnego oraz magiczne cechy wielkiego kamiora, do którego idealnie dopasowują się moje pośladki. O nich jeszcze będzie. O drzewie i kamiorze oczywiście. Tajemnice moich pośladków zostawię dla Siebie.
Teraz skoro już wstaliście, pojedziemy w kierunku Ai Giannis, gdzie na skale znalazła miejsce mała kapliczka znana ze scen filmu Mamma Mia. Dzisiaj będzie troszkę ruchu. Wspinaczka w górę i patrzenie w dół.

Przygotowania
Pakuję plecak. Patrzę na aparat, któremu jeszcze nie dałam się popisać podczas pobytu. Miejsc i sytuacji do fotografowania staram się nie szukać na siłę. Na szczególne miejsca czekam, bo wiem, że w końcu przyjdą. Patrzę przez okno. Słońce znowu chce być blisko mnie, tak jak wczoraj, gdy musnęło za mocno moją prawą piszczel. Niektórzy mają to szczęście, że słoneczko rozpieszcza ich po całości. Dwa uda i oba ramiona. Policzki po obu stronach. A ja? Bogu ducha winna asymetrycznie zostałam potraktowana. No i jak ja teraz moje drogie Słoneczko wyglądam? Żart. Słońcu odpuszczam, ruszamy w drogę.

W poprzek wyspy
Droga do celu wiedzie przez środek wyspy. Wije się i kręci po skałach. Wąsko jest a do tego coraz wyżej i wyżej. W poprzek jezdnię można pokonać czterema krokami. Nie trzeba się zbytnio starać. Oś wyznacza biała ciągła linia, która bawi się w berka, uciekając między koła samochodu. Miejsce docelowe wyznacza mały parking i knajpka z widokiem na interesujący mnie obiekt.
Patrzcie! Mała strzelista skała wyłania się z wody. Mam wrażenie, że kiedyś niedostępna, bo od lądu dzieliła ją woda. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, aby ją ujarzmić. Na górę poprowadził schody, a na szczycie postawił mały budynek z widokiem do pozazdroszczenia.
W oddali widać pierwsze małe postacie, pokonujące schodek za schodkiem. Towarzyszy im nie nikt inny jak rozanielone słońce. Jest samo południe. Świerszcze i cykady przekrzykują się nawzajem.

Droga na Ai Giannis
Stoję w miejscu, gdzie większość wycieczkowiczów robi pierwsze zdjęcie. Urzeka mnie sam wspólny twór ludzkich rąk i natury, ale nie światło. Wszystko widzę jak przez mgłę. To znowu słońce broi. Poczekam. Cierpliwości. Wypatrzę dla Was to, co najlepsze.
Przy zielonym już nie nowym, drewnianym krzesełku, które przypomina siedzisko reżysera, daję sobie chwilkę na złapanie odpowiedniego nastroju. Zaczynam wspinaczkę. Idzie sprawnie. Pamiętacie z wcześniejszego wpisu, że zdążyłam chodzenie poćwiczyć? Pierwszy skalny schodek, drugi, trzeci. Będzie tego jeszcze troszkę. Każdy innej wysokości. Szerokość zmienna jak kolory w kalejdoskopie. Idą w bok, odbijają w jedną stronę potem w drugą, ale każdy prowadzi do celu. Oglądam się za Siebie. Im wyżej, tym mniej cywilizacji, tym więcej widzę tego, co stworzyła natura.
W połowie drogi znajduję zaułek. Wścibska jestem. Trafiam do miejsca, które potocznie nazywam sikatorium. Ja rozumiem oddać naturze co jej, jednak pozostawić w takim miejscu skarby, które się w majtkach przez jakiś czas się nosiło, robić konkurencję piratom, o których legendy tu chodzą? Skarbów więcej nie szukam. Pokonując 212 schodów, docieram na miejsce.

212
Po co
mi było liczyć? Dla zabawy i żeby sprawdzić, czy cyfry zawsze prawdę mówią. Nie mówią, to dlatego rzadko się nimi podczas podróży posługuję. Jak jest wysoko? Tego nie mierzę i nie staram się dowiedzieć. Opiszę to nieco inaczej niż cyfrą.
Czuję się jak na wysokości, gdzie sokoły i inne drapieżne stworzenia w bezchmurne i słoneczne dni wypatrują na skałach pożywienia. Jak pilot helikoptera, który wzbił się, aby wypatrzyć czy na morzu panuje spokój. Czuję się tak wysoko, że wyżej mi już nie potrzeba, bo straciłabym z widoku szczegóły, a wszystko stałoby się jedną plamą.

Na szczycie
Idziemy dalej. Chodźcie za mną i pod nogi patrzcie.
Przez ciężkie otwarte czarne wrota wchodzę na posesję. Na środku kościółek niewielki, którego wnętrzem głowy sobie na razie nie zaprzątam. Szczyt budowli niewiele wyżej niż rosnące na wyciągnięcie ręki drzewo. Tam kieruję mój wzrok. Na drzewie nie większy od głowy przeciętnego człowieka żeliwny dzwon, przytwierdzony do grubej gałęzi za pomocą łańcucha. Co rusz słyszę jego dźwięczny głos. Niesie się w przestrzeń, aby na koniec schować się w zakamarki skał. Przygrywa świerszczom i cykadom, które dotarły nawet tutaj. Na kilkunastu metrach kwadratowych kręci się garstka ludzi. Zaglądają do środka i odpoczywają chwilę na małej białej ławeczce. Ja jak to „JA”: Szukam dalej. Tam, gdzie już nie tak ładnie, czyli na tyłach. Za budyneczkiem widzę ogrodzenie, sterty pozostałych po remoncie desek i to, co mniej potrzebne. Tutaj zazwyczaj pada ostatnia turystyczna fotka. Dla mnie w tym miejscu dopiero podróż się zaczyna. W ogrodzeniu malutka otwarta bramka. Za nią jeszcze jakaś mniej przetarta ścieżka i kawałek siatki z dziurami. Tutaj trzeba się schylić. Plecionka drutów kończy się, ponad głową nie mam już skały.
Zanim dalej usłyszysz o tym miejscu, wczuj się w bohatera książki „Zaczarowany ogród”, który otwiera magiczną furtę, a przed jego oczami pojawia się zniewalający widok. Poczuj się jak Piotruś Pan, który w swoim latającym statku spogląda z góry na morza i oceany. Poczuj wolność i potęgę przyrody i żywiołów. Poczuj w nosie ciepły wiatr pachnący górskimi kwiatami, solą i miodem.
Idziemy dalej?

Skała nowych nadziei
Tu już nie ma ogrodzeń, barierek, pochwytów. To miejsce, gdzie Twoja wolność pomieszkuje czasami, gdy tylkow Twojej głowie barier nie ma. Stawiam kilka ostatnich kroków po zboczu. Dalej się już nie da. Ląduje na zawieszonej w przestrzeni i błyszczącej w słońcu płaskiej skale. Wielkość? Jeśli chciałabym na niej wyciągnąć moje stopy i dłonie, z każdej strony dosięgną krawędzi. Głaz zawieszony jest gdzieś w przestrzeni. Na nim ja. Tworzymy jedność. Kilkaset metrów pod nami morze pokazuje swoją siłę, uderzając o krawędzie klifu, Woda podmywa go od lat tysięcy.
Drobne skały, które z tej wysokości wydają się malutkie, swoją potęgę chowają przed światem w głębinach.
Mam wrażenie, jakby chciały tylko wychylić czubek głowy, aby być na bieżąco z tym, co dzieje się wokół. Łyse są jak pała, bo woda nie pozwala, aby coś wyrosło na ich makówkach.
W kolorach przebieram. Szare skały w wodzie i w słońcu przyjmują barwy brązów. Wokół nich szafirowa woda. Wszystkie odcienie zielonego i niebieskiego w jednym miejscu. Biel fal uderzających o skały i tworzących baranki czasami również chce na siebie zwrócić uwagę. To wszystko w otoczeniu błękitnego nieba, oliwkowej barwy listków drzew i żółtych spalonych od słońca traw, na których końcach uchowały się kremowe drobne kwiaty. Wokół tylko odgłosy morza, wiatru i będących ciągle w ruchu małych skrzydełek.
Obok mnie ciekawska pszczoła. Przegania mnie, mówiąc: Zmykaj, to moje miejsce. Nic sobie z tego nie robię, proszę ją jedynie: Kochana, podziel się na chwilkę. Po namyśle pozwala. Siedzimy razem. W bezruchu zapatrzone w dal. Odpływamy umysłem na chwilę.
W dole mam przepaść i tony falującej wody, do której czuję niesamowity respekt. Za plecami słońce przygrzewa. Bestia jedna, złapała mnie chcąc nie chcąc i tutaj. Oprócz piszczeli dzisiaj do koloru czerwonego dołączyły łopatki i kolano. Tak po troszku mi się dostaje.
Mimo dyskomfortu stwierdzam: Jaki świat potrafi być piękny. Ja piękna potrafi być chwila, jeśli tylko zatrzymasz się w jednym miejscu. Zaobserwujesz. Wsłuchasz się.

Zaduma
W takich miejscach łatwo odebrać Sobie życie. Nikt go jednak tutaj sobie nie odbiera. Dlaczego? Bo tu zapomina się o wszystkich wyzwaniach i wszelkich życiowych perypetiach. W takim miejscu czujesz swoją wartość i wewnętrzną siłę. Niezależność od wszystkiego i wszystkich. Wolność, której tutaj nikt Ci nie odbierze. Wystarczy raptem kilka minut, aby popatrzyć na samego siebie przychylnym okiem.

Jadąc tutaj, miałam zobaczyć w wyobraźni sceny z filmu, wsłuchać się w wyśpiewane prawie 10 lat temu piosenki Abby. Znalazłam zupełnie coś innego. Ciszę i piękno, które w życiu często ładują nasze rozładowane codziennymi zdarzeniami akumulatory.
Z uważności wybił mnie telefon nastolatki. Usłyszałam słowa: Ileż można? Pomyślałam: Tyle ile trzeba. Dzisiaj pora już wstawać. Na mojej pupie odbił się ślad nieregularnego kamienia. Od przymykania oczu, na czole pojawiły się nowe zmarszczki. Do nosa doleciał znajomy zapach. Tym razem nie był to zapach ciepłych skał i tutejszych roślin. Moje stopy przyduszane przez buty na otwartym słońcu zaczęłam czuć na odległość. Oho! Czeka mnie porządne mycie. Wracając łapię mocno za sznur dzwonu. Wybijam melodię. Tak chcę oddać hołd temu miejscu, za to, że mogłam przez chwilę być jego częścią. Zbiegam migusiem, nie omieszkując policzyć ponownie i skrupulatnie stopni. Jeszcze raz obracam się za siebie. Good Bye Ai Giannis, skało nowych nadziei. Wy skoro już dotarliście tutaj ze mną, możecie oczywiście jeszcze zostać. Why? Ponieważ warto nacieszyć się dłużej takim miejscem.

Królestwo cykad Skopelos 2/10

Plaża Milia
Ciepło czy gorąco to dla mnie pojęcia względne. Bo co jeśli napiszę, że tutaj jest 26 stopni? Powiecie: A co to za lato? A ja na to: Po jednej dobie wystawiania się na tutejsze słońce, wiele osób narzeka na swędzącą skórę i szuka po lokalnych sklepach łagodzącego preparatu z Panthenolem. Na bezchmurnym niebie słońce w dzień rozdaje promienie za darmo, a przed samym zachodem dodaje w gratisie. Ciepły wiatr smyra człowieka po odkrytych częściach ciała, które migiem brązowieje. U tych, co mają więcej szczęścia do kolorów, ciało najpierw robi się czerwone. Taki urok. Jednym zdaniem: Słoneczny raj dla turystów, piekło dla mieszkańców.

Dzisiaj zwiedzanie zaczynam na spokojnie. Ciekawi mnie co znajduje się za najbliższym cyplem. Pionowe skały z daleka wydają się nie do przejścia. Wiecie jednak, że przyroda potrafi oszukiwać? Mnie kuszą. Zakładam na ramię aparat i w drogę. Tam, gdzie plaża kończy się, zaczynają się skały. Warstwa po warstwie jak w lazanii skalne płaszczyzny przylegają pionowo do Siebie. Co by nie było ludziskom za łatwo, nastroszyły się jak naelektryzowane włosy wielkoluda. W innym miejscu przypominają olbrzymie pumeksy a w jeszcze innym ohydne pryszcze na nosie wielkiego Trolla. Dotykam: Ostre „Franie”. Jedyne co mi pozostaje to grzecznie się z nimi dogadać. Stawiam pierwszą stopę i podziwiam ich kolor, z daleka szare tutaj widać ich żyły. Stawiam drugą nogę i już jest łatwiej. Dobre buty to podstawa. Druga zasada: zachować uważność. Porozbijańców już widziałam. Ja do nich nie planuję dołączyć. We wspinaczkę malutką troszkę się bawię. W dole woda, po mojej drugiej stronie na wznoszącym się wzgórzu zieleń. Po niespełna pół godzinie skały są mi przyjacielem, a moim oczom ukazuje się plaża. W dalekiej oddali kilka białych parasoli gdzieś pod następnymi oślepiającymi mnie bielą kamieniami. Moje skały na chwilę żegnam i stawiam stopy na pierwszych drobnych kamykach. Od centrum plaży dzieli mnie kilkanaście rzutów beretem.
Szukam czegoś oryginalnego. Na początek dzieło sztuki samego Stwórcy. Nie o to mi chodziło, ale droga do plaży prowadzi jedna. Atrakcję zaliczam. „Adam” toćka w toćkę jak w biblijnych opisach. Z daleka. Z bliska już mniej przypomina. Mała pupka w stosunku do reszty korpusu ciała. O pozostałych rozmiarach nie będę się zbytnio rozpisywać, chociaż dość mocno eksponowane. Równomierna opalenizna zdobi jego ciało. Leży rozleniwiony z buzią wystawioną do słońca jak na obrazkach traktatu Kamasutra. Wyluzowany mężczyzna z parasolem w tle rzucającym cień na plażę. Ogier w nieco podeszłym wieku. Brakuje tylko kurtyzan lub chociażby „Ewy”. Żadna niezainteresowana. Ach my wybredne kobiety.

Zieleń w tym miejsca bujna. Miejscami przypomina mini peruwiańską dżunglę. Żebym nie przesadziła, tylko chwilami. Wracają wspomnienia z Peru. Niewielka skała samotnica chłodzi się w wodzie. Pod stopami robi się przyjemnie. Stąpam po dużych płaskich kamieniach wielkości wielkiej pizzy. Co ja z tym jedzeniem tak przed szereg? Chyba głód doskwiera. Dalej drobny żwirek, który już prawie piasek przypomina. Miłe uczucie. Plażowiczów nie za wiele. Leniwie przekręcają i poprawiają wchodzące w pupę majtki. W okolicy kilka zbitych niezbyt starannie malutkich drewnianych konstrukcji dających cień mniemam obsłudze, której jednak nie widzę. Komercji mało, za to ciekawe widoczki w kierunku morza takie do podziwiania. Patrzę w morze. W oddali następne greckie wyspy stoją w bezruchu. Na nich żywej duszy. Tam już nikt nie odważy się mieszkać, na Skopelos jeszcze. Służą do podziwiania.

Chciałabym coś więcej zapodać, ale czasami się nie da. Miejska plaża, nawet ta bez komercji nigdy dziką nie będzie i zawsze przyciągnie ludzi. Zawsze znajdą się na niej zbędne przedmioty, twory człowieka czy usłyszy odgłosy, wśród których trudno będzie się w przestrzeń wsłuchać. Jak na pierwsze dni nie potrzebuję szaleństw. Cieszę się, tym co dostałam, chociaż umysł namiętnie podpowiada inaczej. Wybraniam się.

Ten spacer zaliczam do tych sympatycznych. Pokonałam małe urwisko, które wydawało się nie do pokonania. Zobaczyłam widoki, których w rodzimym kraju nie znajdę. Tę plażę po powrocie docenię. Przypomnę bardzo szybko, patrząc na kominy elektrowni czy wielką stertę złomu. Teraz w mojej głowie pojawiają się przebłyski porównania, bo głowa zamiast chłonąc chwilę, szuka często czegoś ładniejszego. Chytry i żądny umysł często zwodzi nas na manowce. Czasami warto po prostu wziąć to, co nam dane, cieszyć się, bo inni nie mają nawet tyle. Dzisiaj daję Wam opis plaży, wasz wybór co z nim zrobicie.
Dostajecie w prezencie tylko taką opowieść. TYLKO, a może AŻ taką?
Intuicja podpowiada mi, że w Skopelos są skały, których jeszcze nikt nie dotknął, miejsca dzikie, które mówią do Ciebie. Ta wyspa wiele przed wieloma ukrywa. Opisów nie koniec.

 

Królestwo cykad Skopelos 1/10

Na rozruchu
Nade mną gładkie niebo. Zaraz pode mną chmury, które wyglądają jak bezkresne lodowisko. Samolot tuż nad nimi jakby ślizgał się po białej tafli. Skrzydlata bestia mknąca przed Siebie i niekończąca się pusta przestrzeń bez żadnych kierunkowskazów. Uwielbiam. Światła słonecznego coraz mniej. Dostrzegam jedynie jasną łunę wzdłuż horyzontu. Na skrzydle napis No step. Przymroziło lekko szybę. W tym miejscu właśnie ponad chmurami zaczynam moją następną podróż. Kierunek Grecja. Tym razem zabieram Was na wyspę Skopelos. Po co? Zgaduj zgadula, a ja tymczasem na chwilkę przymykam oczy.
Zostawiłam w niewiedzy? Już podpowiadam. Poszukamy razem śladów, które pozostawili po sobie twórcy i aktorzy filmu Mamma Mia. Czy jeszcze ktoś o tym fakcie pamięta, czy może poszedł w zapomnienie?

Ateny z perspektywy Anioła
Jak wyglądają Ateny nocą, kiedy miasto masz pod Sobą? Wyobraźcie Sobie, że ktoś w bezchmurną noc rozsypuje gęsto w jednym miejscu gwiazdy po wodzie. Jasność a wokół ciemna głębia mórz. Tyle mogę powiedzieć. Maszyna dotyka podłoża. Silniki zwalniają. Tutaj po raz pierwszy spotykam się z nietypowym rozwiązaniem. Skrzyżowanie ulic z lądowiskiem. Samolot toczy się po pasie wiaduktu. Pod nim w poprzek pasa sznur samochodów. Da się? A co stoi na przeszkodzie. Przede mną kilka godzin jazdy samochodem. Kierunek miejscowość Volos, gdzie następnym środkiem transportu jest prom. Kolejne kilka godzin w drodze. Tym razem po morzu. Troszkę zachodu. Pozwólcie, że tu nie będę się rozpisywać. 24 godzin w podróży zrobiło swoje.

S jak Skopelos
Miejsce docelowe jest spokojne, daleko od miasta i nad samym morzem. Pierwsze wrażenia w wątku wyspy Skopelos? Tutaj Was zaskoczę. Bez duszy. Czy to ocena? Tak. Fuj. Jak ja Siebie czasami za to nie lubię. Intuicja podpowiada, że jest zupełnie inaczej. Po prostu nastrój nieco inny niż zwykle, trochę gorszy dzień i zobaczcie, jak niewiele trzeba. Duszy poszukam. Dzisiaj jestem na rozruchu.
Rozglądam się nieufnie. Widoki nietypowe. W oddali okoliczne skaliste wysepki bez zabudowań pokryte zadrzewieniem. Miliony sosnowych drzew i dziesiątki tysięcy oliwnych. Ciemna mocna zieleń igieł w sąsiedztwie spłowiałych i wyschniętych drobnych listów to codzienny tutaj widok. Do tego łupkowe skały. Są wszędzie. Sama nie mogę uwierzyć, jak roślinność się z nimi dogaduje. Woda w morzu nieskazitelnie czysta. Co jakiś czas można spotkać białe głównie żwirowe plaże, często powstałe przy współudziale człowieka. Widok jak z obrazka. Zapiera wszystkim dech w piersiach. Co z resztą? Turyści zadowoleni, jednak mijają mnie jak cienie. Mnie potrzeba czegoś więcej.

Czego dowiaduję się i co dostrzegam dnia pierwszego?
Cykady, koniki polne, świerszcze
Są wszędzie i jest ich, jak podejrzewam więcej niż tutejszych drzew. Zaczynają grać swoją partyturę wcześnie rano, kończąc późnym wieczorem. Przypominają mi odgłosy młockarni powtarzającej wybrane dźwięki jak mantrę. Kiedy melodia narasta, mam wrażenie, jakby przekomarzały się z morzem. W takich momentach będąc z nimi sam na sam, serce zaczyna bić szybciej, a włosy jeżą się na ręce. Wstają wczesnym rankiem, kładą się spać wraz z zachodem słońca. Chociaż tyle. Dla jednych są koszmarem, spędzającym sen z powiek, innych potrafią doprowadzić do orgazmu. Wsłuchać się w nie łatwo, wypatrzyć zaś wielka sztuka. Siedzą wśród gałęzi i chowają przed oczami widzów. Publiczność im do szczęścia niepotrzebna.

Pszczoły
Dużo pszczół i innych stworzeń latających, ale uprzedzam, krzywdy nie robią. Czasami tylko przeganiają, twierdząc, że to ich prywatny teren, chwilkę jednak na widoki dają popatrzyć. Miłe małe bestyjki. Skoro są one, jestem spokojna. Tam, gdzie pestycydy i brudne powietrze trudno im się przy życiu uchować. Tutaj zdrowie im dopisuje. Miodów nie omieszkam więc spróbować. Zdrowym powietrzem na wierzyć się zdążę.

Jaskółki
Chowają się po kątach. Fruwają radośnie, szukając pożywienia dla swoich piskląt, których główki wystają z gniazda, mieszczącego się tuż nad moimi drzwiami.

Tubylcy
Dobrze gotują. Pierwsze co w mojej buzi ląduje to jogurt grecki i prosta sałatka. Tajemnicą są sosy. Proste jest piękne. Tubylcy o tym wiedzą. Do tego ma być świeże. Tę tajemnicę również posiedli. Wraz z jedzeniem dostaję spokój z wnętrza Greka płynący wraz z uśmiechem, który często towarzyszy na początku dnia, chociaż dzień dobiega końca.

Grecka muzyka
Tutaj jest jej miejsce. Nigdzie nie pasuje jak do tego klimatu i do tych ludzi. Czasami staramy się coś przenosić w inne miejsce, aby przedłużyć urocze chwile, które nas spotkały, ale uwierzcie, nigdzie rytmy kubańskie nie będą tak przesycone erotycznością, jak na Kubie. Nigdy sałatka grecka z pomidorami muśniętymi tutejszym słońcem nie będzie smakowała jak na greckich wyspach. Dlatego warto cieszyć się właśnie tym miejscem, zapamiętywać te smaki, wsłuchiwać w tutejszą muzykę, a potem, jeśli pokochacie w ulubione miejsca wracać. Tam, gdzie przyjemności rosną korzenie, których przesadzić trudno.

Kładę się spać spokojna. W jedzeniu, uśmiechach mieszkańców, w muzyce płynącej z wnętrza drzew znalazłam na początek, to co chciałam. Reszta przede mną. Zmęczenie podróżą powoli ustępuje. Na zwiedzanie zapraszam jutro.

 

Życiowa inwentaryzacja

Jesteśmy przed magiczną „50”, a może już po ukończeniu „40”.
Co dostrzegam? Ciekawe trzy bieguny. Dzisiaj mały test.
W której grupie jesteś?

No.1
Przebudzenie
Zdmuchujemy kolejną świeczkę i zaczynamy liczyć. Tyle przeżyliśmy, a tyle prawdopodobnie nam zostało. Patrzymy w lustro. Znowu następna zmarszczka. Zaczynamy zabierać się za Siebie. W ruch idą wszelkie medyczne nowinki. Wstrzykujemy, liftingujemy, farbujemy.
Niektórych wciąga sport. Ciągle więcej i więcej. Dużo ćwiczeń plus białeczko i inne specyfiki, żeby były bicepsy. Nie dbaliśmy latami, a ostatnim rzutem na taśmę chcemy wyglądać katalogowo. Zapominamy, że nasz metabolizm już nie ten, że na regenerację potrzeba nieco więcej czasu. Obok nas młodszy lub taki co ćwiczy latami, a my nagle chcemy mu dorównać, lub być nawet od niego lepsi. Kontuzje przydarzają się nam jakoś tak częściej. Pozbieramy się trochę, polepimy i dawaj dalej.
Niektórzy orientują się, że wraz z przybyciem latek o młodzieńcze szaleństwa coraz trudniej.
Przeminął również instynkt pierwotny, gdzie musieliśmy znaleźć drugą połowę, aby nie zanikła gatunku ciągłość. Pojawia się instynkt macierzyński, który wynika raczej z chęci zrobienia czegoś, bo dobrze by było to coś po sobie postawić. Znajdujemy druga osobę i mówimy: To nie jest wielka miłość, ale rozumiemy się dobrze. To wystarczy. Rodzi się dziecko łącznik, na którym skupiamy całą uwagę. Jak długo. Małe jest śliczniusie, a co dzieje się potem?
W garażu o jeden samochód za mało. Przydałoby się jeszcze poszaleć, no i czasami przed innymi pokazać. Kupujemy więc następny. Potem skuter, kolejny zegarek, smartphone czy inny gadżet. Jak to ująć w kilku słowach? W którą sferę życia nie zaglądnąć bezgraniczna gonitwa za zajączkiem.

No.2
W uśpieniu
Grupa ludzi, którzy żyją chwilą. Szczęściarze. Niczym się nie przejmują. Ubezpieczenia brak, ale po co martwić się na zaś. Nietykalni, dopóki nie nadejdzie śmierć. Żyją z dnia na dzień, ciesząc się chwilą. Tam się prześpię, dojem gdzieś, w przerwie pomiędzy jednym a drugim FLOW. Tematu chyba rozwijać nie muszę.

No. 3
Pogodzenie
Jest dobrze, a potem nagle coś zaczyna boleć. Schylić, jeść albo poruszać się nie możesz. Nie jest to na pewno zwykłe znane Ci przeziębienie. Głowa bez zastanowienia podpowiada: Masz Ty swoje lata, więc czemu się dziwisz. No to się dziwić przestajesz. Naoglądasz się reklam, gdzie wymyślili na Twoją przypadłość lek, więc wybierasz się, tam, gdzie trzeba i ręce zacierasz. Połkniesz, posmarujesz i przejdzie. Tylko że nie zawsze przechodzi. No to głowa dalej Ci wmawia: Żyj z tym, to normalne. Chodzisz, godzisz się, z bólem wchodzisz w komitywę. Tak musi być. Innej myśli nie dopuszczasz. Spuchnięta noga, powracające bóle pleców, niekończące się migreny czy drobny, ale ciągły ból nadgarstka. Rozglądasz się dookoła. Innych również boli, więc spokój powraca. Skoro inni tak mają, to znaczy, że to naturalne. No i oczywiście można przypadłościami się dzielić. A bo mnie to boli, a sąsiadkę to tamto. Rodzeństwo dopadł dyskomfort, mnie również coś pobolewa. Geny. Tak. To na pewno to, a z genami się ponoć nie gada. Wygodne myślenie, nieprawdaż?
Pogodzenie się z losem to pewna ucieczka, którą kieruje poniekąd strach. Podświadomie wiemy, że może być lepiej i to jeszcze nie pora na nas, ale to wymaga pracy, a nam nie do końca chce się tak zaciskać pasa. Przynajmniej taka płynie z „bazy” informacja.

Jesteś No.1?
Przyjrzyj się sobie, przyjrzyj również innym. Starzejemy się i owszem, ale czy faktycznie warto ze starością toczyć przegraną już na starcie walkę?
Przegapiłeś coś? Po co na siłę. Po co w ostatniej chwili? Jest tyle innym pomysłów na życie. Szukaj nowych ścieżek, bo takich nie brakuje, takich co cieszą i na Twoją są miarę.
Co z dbałością o ciało? Warto pamiętać, że siniak w każdym wieku wchłania się inaczej i w inny sposób goją rany. W pewnym wieku ciało domaga się szacunku. Nie rezygnuj z rzeczy wielu, jeśli jednak tylko dostrzegasz niepokojące sygnały, zwróć na nie uwagę. Zwolnij albo skoryguj, aby się nie powtórzyło.
Czy zauważyłeś, jakie życie płata nam figle? Kiedy jesteśmy młodzi, chcemy wszystkiego, ale nie mamy na to pieniędzy. Kiedy zaspokajania potrzeb stało się zadość, w lustrze pojawiają się liczne zmarszczki, a potrzeby materialne tracą na wartości. Co innego w życiu zaczyna być ważne. Łatwo w ferworze pogoni przegapić to COŚ. Warto więc co jakiś czas zatrzymać się i przegląd własnych potrzeb zrobić.

Jesteś No.2?
W pewnym sensie szczęśliwe życie umysłu kosztem nieuniknionej destrukcji życiowego nośnika. Równowagi brak, ale jak ja to mówię: Kto co woli. Czy jednak to są świadome wybory?

Jesteś No.3?
Porównywanie się do innych nie zawsze nam na dobre wychodzi. Jesteś indywidualnym przypadkiem. Nie oszukuj się więc lek na wszystko i dla wszystkich tutaj nie wystarczy. Odpuścisz pracę nad sobą, będzie bolało. Włożysz trochę pracy, boleć może przestanie. Pamiętajmy, że przypadłości i choroby ciężką pracą czy stresem wypracowujemy sobie latami. Podczas zdobywania i dbałości o innych zapominamy przez wiele lat o sobie. Stary numer. Wcześniej czy później przeciążony organizm, daje nam sygnały. Skoro już zauważyłeś, że coś jest nie tak, po co zamiatać pod dywan? Fikcyjne porządki, czy świadome udawanie, że nic się nie dzieje to zaniedbywanie. Brak szacunku do Siebie i nie tylko. Efekt „jakoś to będzie”? Stajesz się obserwatorem albo świadomie zostawiasz porządki bliskim. Będzie bolało nie tylko ciało, bo z czasem będziesz skazany na opiekę innych, a oni z miłości do Ciebie na Ciebie.
Wraz z wiekiem psuje się coraz więcej, ale czy to znaczy, aby nic z tym nie robić? Popatrz na te wszystkie bezcenne zabytkowe samochody, które ktoś pieczołowicie rozkręcił do najmniejszej śrubki, odpicował i złożył na nowo? Zachwycamy się niejednokrotnie nimi. Słyszymy i widzimy, jak po latach nadal znakomicie dają sobie radę. Pozwólmy więc i Sobie na mały przegląd i nie poprzestańmy tylko na tym. Przytakiwanie „tak ma być” pozostaw innym. Głowa niech mówi swoje, a ja powiem: Szukanie mechaników i modlitwy niewiele pomogą. Do pracy więc rodacy, tym razem nad samym Sobą.

Wstaję, bo warto

Wydłuża się lista moich bezcennych słów. Co tym razem?
Otwieram oczy. Biorę do ręki telefon. Czytam:
Wstaję, bo WARTO.
Miłe słowa. Noc u mnie była krótka, a dzień poprzedni należał do tych, co zmęczenie za sobą niosą. Takie słowa w tym momencie całkiem są na miejscu. Kojące i dające do myślenia. Pozytywnie nastawiają. Albowiem warto sprawdzić, co nowy dzień niesie. Po co? Bo można coś naprawić, co w naszym mniemaniu zepsuło się wcześniej, zmienić to, z czego byliśmy nie do końca zadowoleni. Móc pocieszyć się życiem dzisiaj, gdy poprzedni dzień nie należał do tych najlepszych. Warto, by coś nowego zobaczyć, spróbować, dotknąć czy zaplanować, powspominać to, co akurat przyjemnego nam się przydarzyło.
Pamiętajcie: Każdy dzień jest inny od poprzedniego. Nie lepszy. Nie gorszy. Po prostu inny.
Miłe słowa na dzień dobry cieszą. Dostajesz takie? Jeśli tak, to szczęście Ci sprzyja.
Nie? Zastanawiające.
No ale nie powiesz mi, chyba że nie wysyłasz od czasu do czasu? W to nie uwierzę.
Słów dobrze nastrajających Ciebie i innych każdego ranka życzę.

Znalezione nie kradzione w lodowych klimatach

Rodzinne firmy bardzo sobie cenię. Te z dziada, pradziada. Takie z tradycją. Gdzie w dobie nadchodzących czasów zachłanność i wygoda, nie sprowadza ich na manowce. Z tą jedną, którą opiszę, wiąże mnie przygoda. Dzisiaj będzie słodko, lodowo i unikatowo. Dzisiaj o ludzkiej uczciwości i o niżańskiej lodziarni U SUCHOJADA. O tym i o tamtym.

Lody
Czy jest ktoś taki, co ich nie lubi? Który przejdzie koło nich i nie zaślini się na ich widok choć troszkę? Nie wszystkie dobrze smakują, ale są takie, których smak trudno jest zapomnieć. Po które ludzie potrafią jechać dziesiątki kilometrów i które z Polski do Stanów drogę w termosach i walizkach wraz z ciuchami w luku bagażowym przemierzają. Takie od, których uzależniamy się, bo towarzyszą nam od dziecka i naszym dzieciom również.
Wyobraź Sobie lody. Takie słodkie w chrupiącym wafelku szczególnie w dzień, kiedy z nieba żar się leje. Te, co czasami rozpuszczają się od słońca, spływając nam po palcach jak letni deszcz po gładkiej szybie, łaskocząc lekko i dając nam o swojej obecności sygnał. Chłodne oblizujesz z każdej strony, żeby żadna kropla niżej nie upadła. Żeby w Twojej buzi wylądowała, przedłużając podniebienia rozkosz. Trzymasz je jak cenną zdobycz i chcesz ich wartości jeszcze na długo zapamiętać.
Jeszcze przed chwilką widać było zwartą jasną, zimną masę, która powoli wpadała z dyszy maszyny w miejsce docelowe. Pani wafelkiem kręciła. Ruch spiralny sprawiał, że na górze powstała zgrabna forma w postaci stożka. Cacko, któremu żadna lodowa gałka nie dorówna. Teraz trzymasz je w ręce.
Kombinacji kolorystycznych w lodach od Suchojada nie ma, bo nie są po prostu potrzebne. Jeden kolor od lat niezmienny, gdzie biały z odrobiną żółtego i ociupinką słonecznego pomarańczowego miesza się, dając subtelną barwę ecru, lekko błyszczącą w świetle. Patrzysz ile w tym kolorze przyjemnego ciepła, chociaż sam obiekt zainteresowania na przekór barwie jest zimny. A co ze smakiem?
Wyobraźcie Sobie lody, w których smak z zapachem się miesza, tworząc jedność. Jak Yin Yang. Pierwotne i przeciwne, lecz uzupełniające się siły. Takie, które można pokochać, bo dają nam błogie chwile. Dzięki nim przez minutę czy dwie możesz poczuć rozluźnienie. Jesteś tylko Ty i troszkę zamrożonego magicznego słodkawego lekko tłustawego płynu. Siedzisz Sobie na ławeczce, liżesz jęzorem raz za razem i nic więcej dookoła Cię nie interesuje. Tu i teraz w najprostszym wydaniu.
Wyczuwalny smak mleka i żółtek jajek w tutejszych lodach przypomina mi dzieciństwo, kiedy z babcią trzymając w ręce pustą kankę, podążałam po swojskie smakołyki do kobiety, która krowy i kury w centrum innego małego miasteczka hodowała. Czasy beztroski.

Wszystko jest po coś
Jestem w drodze z pracy. Jestem na lodach, chociaż było mi zupełnie nie po drodze. Tak miało być. Wszystko jest po coś. Dzisiaj w kolejce nie stoję. Wiele osób jeszcze w pracy, pusto jednak też nie jest. Przede mną znajoma mi osoba. Wpadam na chwilę na obiecane lody. Temperatura osiąga zenitu. Duszno. Obsługuje mnie miła Pani. Jej twarzy nie zapamiętuję a szkoda. Dopiero wieczorem poznam jej prawdziwe uczciwe oblicze. Większość chodzi, jakby ktoś im dał obuchem w głowę. Ja również po ostatnich dniach jakaś taka nieobecna. Skupienia brakuje. Do tego chcę szybko. Macie takie dni? Ja od czasu do czasu. Kupuję małego loda z maszyny. Zagadałam się. Na ladzie portfel zostaje. Rarytas kończę w samochodzie. Jadę dalej.

Różne spojrzenia
O braku małego, aczkolwiek przydatnego co nieco, dowiaduję się niewiele później. Faktu nie pamiętam. Rodzą się podejrzenia. Kiedy przydarza mi się coś takiego, staram szukać się pozytywów. Po co? Zawsze to lepsze od biadolenia i paniki. Moja głowa podpowiada: Może to nowy rozdział w Twoim życiu? Może przy wyrabianiu nowych dokumentów po urzędach, znowu wydarzy się coś, co zmieni Twoje życie? Może poznasz kogoś nowego? Takie myśli mają na mnie zbawienny wpływ.
Kiedy poprzednim razem ten sam przedmiot zawieruszyłam (dobrze słyszycie, proszę się nie śmiać) doświadczyłam ludzkiej życzliwości, bezinteresowności. Wyobraź sobie sytuację, że odzyskujesz nadzieję, bo komuś zależy, gdy Ty zaczynasz już wątpić. Bo komuś zależy na Tobie. Cóż to jest w perspektywie tych kilku złotych?

U mundurowych.
Chcę zgłosić fakt o zaginięciu lub kradzieży. Na Policji miły funkcjonariusz kieruje mnie do poczekalni. Cicho i pusto. Tylko ja, krzesła i małomówny Benjamin. Mowa o dość pokaźnym kwiatku ficusem nazywanym. On na mnie patrzy a ja na niego. Czy coś mi chce powiedzieć? Jakby chciał pocieszyć. Mam wrażenie, że wie więcej niż nie jeden tutaj stróż prawa. Telefon na rozładowaniu. Dzwoni. Z małego wbudowanego głośnika dochodzą dźwięczne kobiece słowa: Mamy Pani portfel. Numer sczytaliśmy z wizytówki. Znowu nie zapamiętałam imienia. Co za dzień. Jadę. Benjaminie, jesteś kochany. Wszystkim, którzy przyczynili się do odnalezienia zguby w tym właśnie miejscu dziękuję.

Między starymi drzewami
Podjeżdżam pod Suchojada. Miejsca przed wejściem niewiele, ale znalazło się na kilka ławeczek. Wielkie drzewa dają cień, chroniąc często przed słońcem oczekujących tutaj niejednokrotnie. Reklamy ze świecą tu można szukać. Czy jest potrzebna? O tym miejscu wie każdy lokalny, a przyjezdny znajdzie po ustawiających się kolejkach. Pytanie, na co komu wyklejki potrzebne? Kiedy zakładano to miejsce, jakość i człowiek były najlepszą reklamą. Tak jest do dzisiaj. Tylko dzisiaj główny bohater już nie stoi na plantach z niewielkim wózeczkiem, ale godzinami na zapleczu się chowa. Inny zasięg, chociaż ciągle łac. manus, manufactura, czyli rękodzieło.
Mam okazję poznać samego właściciela i jak się potem okazuje dużo z historii tego miejsca. Teraz już wiecie, po co gubi się portfele? Sympatyczny mąż i ojciec półtorarocznej pociechy, której smak lodów nie jest jej obcy, stoi i macha do mnie. Portfel oddaje i zaczyna opowiadać. Jego buzia się uśmiecha. Nie zdążył się jeszcze przebrać. Wygodne ubranie w postaci prostej koszuli zwisającej na luźne spodnie, oprószone jest delikatnie mlekiem w proszku, jednym z tajemnych składników tutejszych lodów. Oczy wpatrzone gdzieś daleko. Obecny, ale jakby gdzieś myślami błądził. Jakby odpoczywał po całym ciężkim dniu pracy. Jest późny wieczór, powietrze nadal ciężkie, ale od kiedy słońce zaszło, zrobiło się o niebo przyjemniej. ON zaczyna opowiadać.

O tym i o tamtym
O tym, że nazwisko Śnieżek dla tego miejsca nie przyjęło się i o tym, że to nie ma znaczenia. O tym, jak pierwsze produkty chłodziły się w bryłach wielkiego lodu wycinanego na rzece San. O perypetiach dziadka, który co rusz musiał zmieniać miejsce handlu, bo działalność własna w tamtejszych czasach była tylko dla wybrańców. O skomplikowanym procesie tworzenia smakołyku i jego skrupulatnie dobieranych składnikach, które zmieniają się na przełomie lat, przez co trzeba być ciągle czujnym. O podgrzewaniu i schładzaniu do odpowiednich temperatur. O dziesiątkach kilogramów mikstury, która przechodzi przez ludzkie ręce, bo bez tego ani rusz. O tym, że stare sprawdzone maszyny ciągle są na chodzie oraz że nowe kosztują krocie, a i tak trzeba je przerabiać, żeby tradycyjny lód miał swój naturalny ciężar. O tym, że lody smakują, gdy słońce na niebie i nie koniecznie musi być wtedy ciepło. I dużo więcej.
Słuchałam i nasłuchać się nie mogłam, o tym, jak Pan Paweł każdego dnia przed świtem wstaje. O krótkich nocach. O życiu bez wakacji. O tym, jak niektórzy daliby dużo, aby tajemnice składu suchojadowych lodów poznać. Jestem pełna podziwu, że na wielkie pieniądze właściciel się nie kusi, tylko dlatego, żeby dziadek nie przewracał się w grobie. Dzięki takiemu myśleniu wiem, że lody, które mam przyjemność co jakiś czas jadać, przez długo pozostaną niepowtarzalne.
Dzisiaj dowiedziałam się, że od drzewa rosnącego po prawej stronie wejścia, do kasy stoisz około 7 do 9 minut. Długo? Nie widziałam nikogo, kto by ze stania zrezygnował, a są tacy, co minuty liczą, bo stałym klientem są prawie od zawsze. Dziwisz się?

Czym dla mnie jest obecnie SUCHOJAD?
To miejsce niestandardowe, które pamiętam z dzieciństwa. Bez reklamowej pompy, przyjazne z każdej strony. Miejsce, gdzie nie stawia się na wygodę, a na ciężką pracę. Nie miesza wody ze sztucznym proszkiem i we włoskich maszynach lodów nie napowietrza. Maszyna, chociaż zewnątrz wyglądem zagraniczną przypomina, serce w środku po przeróbkach ma już zupełnie inne, bo suchojadowe.
W tym miejscu wśród załogi spotykam ludzi którzy znają słowa wyrozumiałość, szlachetność, prawość czy uczciwość. Wśród lodowych zjadaczy obserwuję tych, którzy całokształt dostrzegają, którzy nie mówią, było lepiej, jest gorzej. Delektują się nie tylko smakiem, ale widzą inność tego miejsca. Wracając z pracy, zatrzymują się na chwilę, aby zwolnić. Osłodzić sobie trochę życie. Zakosztować tego, co od lat niezmienne w czasach gdzie za zmianami trudno nadążyć. Odpoczywają kilka minut od zgiełku.
Dzisiaj właśnie w tym miejscu, spotkałam się z uśmiechem na twarzy. Z uczciwością, w którą zawsze wierzę. Mam kilka upatrzonych lodziarni, jednej wierna nie jestem, jednak tutejsze lody są dla mnie czymś więcej. Przesycone miłością do tego, co się robi, przekazywaną z pokolenia na pokolenie jak na razie nie mają pod tym względem sobie równych.
Czytając moje wpisy, możecie czasami mieć wrażenie, że słodzę albo reklamuję na życzenie. Nic bardziej mylnego. Doceniam dobre, kiedy inni słabości rozdmuchują. W czasach gdy ma być szybko, łatwo, opłacalnie. Piszę, gdy coś mnie pozytywnie zaskakuje. Tak jest również tym razem.

Konkluzja
Słyszałam o tym miejscu mniej przychylne opinie. Pamiętajcie: Łatwo jest krytykować, dużo trudniej chcieć poznać prawdę. Może i smak lodów na przełomie tych wielu lat się zmienił, ale czy w życiu chodzi o porównywanie? Możesz testować, próbować, oceniać, krytykować, jak to niejednokrotnie spotykam się na forach. Tylko po co? W czasach gdy nic nie jest wieczne, smakuj, przyglądaj się, dociekaj, przysłuchuj. W dobie gdzie lodziarni na każdym rogu nie brakuje, znajdź po prostu swojego SUCHOJADA. Polecam takiego z duszą. Bo smak zależy również od tego, co kryje się w środku.

 

Pierwsze biznesy

Obok mnie pojawia się chłopiec. Sprytny kilkulatek, taki co raptem szkołę zaczął. Gdybym miała go opisać jednym słowem, hmm: Spiderman. Na jego buzi świecą się piegi. Promienie słońca rozświetlają również rudawo — blond włosy. Właśnie w nie wtopiły się pomarańczowo — czarne okulary lustrzanki. Ciekawa uroda a strój jeszcze ciekawszy. Przykuse niebieskie grube dresowe portki grzeją go w tyłek. Buty podniszczone od kopania piłki. Koszulka bajkowej postaci zdobi górę jego ciała. Taki mały sprytny pajączek.

Za chwilę pojawia się drugi pomocnik. Jest wsparcie. Słyszę słowa: Proszę Pani, główne drzwi są zamknięte. Na zajęcia wchodzimy tyłem. Wie Pani, gdzie to jest? Może zaprowadzić?
Obaj uśmiechają się do mnie. Czuję się wyróżniona. Czuję, że nie za darmo. Wejście łatwo znaleźć, ale wchodzę w propozycję, bo lubię eksperymentować. Akcja POPROWADŹ start. Wspólnie podążamy żwawym krokiem wokół dużego budynku szkoły. Dochodzimy na miejsce. Czy słowo dziękuję, wystarczy? Chwila zastanowienia. Oczy moje i Spidermana spotykają się na dłuższą chwilę. Już wiem. Pieniążek. To o to chodzi.

Jestem w dość skromnej dzielnicy. Czasami słyszę: W tym bloku to patologia, w tym drugim tacy szczególni mieszkają. Wśród nich dzieci, które pod blokiem i na szkolnym boisku spędzają większość dnia. Po stroju widzę ich samodzielność. Mam wrażenie, że co wyciągnie z szafy to jego.

Jeden na sytuację powie cwaniactwo, inny, że to graniczy z żebractwem. Dla mnie Ci chłopcy robią pierwsze biznesy. Nie proszą się i nie kradną. Skromnie bez słów sugerują, iż każda praca popłaca. Podoba mi się ich zaradność i pomysłowość. Takie dzieci nie siedzą przy komputerach, bo i pewnie często komputera w domu nie mają. Nie proszą o darmowego cukierasa w sklepie. Po chipsy czy Pepsi idą z klasą. Płacą gotówką, jak na poważnego klienta przystało. A co jak po papierosy pójdą? Po co od razu złe myśli. Tak naprawdę nie interesuje mnie, na co wydają, bo może akurat moje założenie byłoby mylne. Przecież mogą równie dobrze zbierać na coś pożytecznego. Akcję o nazwie: PODPROWADŹ, popieram w całej rozciągłości. Moje serce się cieszy.

Baloniku nasz malutki rośnij duży okrąglutki

Tak w ogóle to zdarzenie nie miało mieć miejsca. Nie było planowane. Przytrafiło się nagle. Samo przyszło. W dniu, gdy już myślałam, że nie przytrafi się nic miłego. Wzięłam z otwartymi rękami, to co mi życie dało. Powiadam Wam, było przefajnie.

Balonowe lato
Dzień zbliża się ku końcowi. Miałam wracać do domu. Wsiadam w samochód. Tuż obok mnie impreza pt. Balonowe lato. Baloniki lubię. Tutaj mam okazję popatrzyć na te powietrzne. Te o których, twierdziłam, że sympatyczne, lecz do życia niewiele potrzebne. Wdzięczne okrągłe, ulotne coś. Wielka powłoka — dawca reklamy.
Na widowisko dałam się zaprosić. Na wielkim miejskim placu obok stadionu zbiorowisko statków powietrznych. Setki metrów materiału leżące na ziemi. Ludzi troszkę, ale przestrzeń jest. Można podejść bliżej. Tam, gdzie nie bronią, często podchodzę.
Gondolki, czy jak nazywają niektórzy kosze, stoją blisko siebie. Niektóre czasze wypełniają się powietrzem. Bydlaki rosną jak na drożdżach na moich oczach. Następne samochody z aerostatami zjeżdżają się zaraz za mną. Jest szybko. Tak ciach — prach i po sprawie. Nie nadążam kodować.
Jakbym akcję ratowniczą strażaków oglądała.
Stoję obok jednego z samochodów. Z wielkiego wora ktoś ładnie złożoną wielometrową płachtę rozwinął. Dobre 20 metrów będzie. Obstawiam, że trochę więcej. Inni kosz z czterema wielkimi butlami z gazem w jego narożnikach położyli na boku. Nikt mnie nie zna, a czuje się, jakbym była częścią grupy. Nikt mnie nie przegania. Dookoła miłe spojrzenia. Stoję bardzo blisko.
Tuz obok mnie wielki wirnik włączono. Pomyślałam: Ale suszara. Na basenie wszystkich na raz by migiem obskoczyła.

W środku akcji
Nagle słyszę męski głos: Może Pani tutaj nogą przytrzyma? Dmuchawa ma tylko nie odjechać. Oczywista sprawa, że się zgodziłam. I już moja noga wózek wirnika, który czasami lubi uciekać przytrzymywała. Czasza zaczęła się szybko powietrzem napełniać, a ja czułam się, jakbym zaliczała siłownię, chcąc okiełznać urządzenie. Oj! Wczułam się w rolę. Tkanina zamieniła się w wielki parasol. Od czubka balonu, dalej ode mnie następna istotka na długiej grubej linie trzymała wszystko w ryzach. Gdyby ten grzeczny, ułożony, piękny balonik, chciał zrobić psikusa, nie byłoby gadania. Nagle do środka jakaś pociecha będąca z załogą wleciała. Jeden z urzędujących sprawdził w środku materiał. Kiedy wyszli, w ruch poszła zapalniczka. Pojawiła się łuna ognia. Bajer. Sekundami robiło się jak w Mordorze gorąco. Taka sauna na świeżym powietrzu. Bajer jeszcze większy.
Podczas całej akcji przesympatyczna z buzi kobieta, uśmiechała się przy każdej nadarzającej się okazji. Jakby chciała zapytać: Dobrze się Pani bawi? Jakby chciała potwierdzić, że jestem tu mile widziana. Jakby chciała rzucić słowa: Zobacz. To mój świat. Piękny. Nieprawdaż?
Bardzo miło jest, czuć się częścią takiej grupy. Bardzo miło zaznać czegoś nowego. Liznąć świata bez silników, przemierzanego w wiklinowym koszu, gdzie można wczuć się w postać Calineczki.
Na czole pilota ubranego w czarny kombinezon, pojawiła się kropla potu. Nie pamiętam do końca wszystkich twarzy, nie przypominam sobie, kto jak był ubrany. Zbyt mało było na to czasu. Zapamiętałam tę jedną kroplę potu i wszystkie uśmiechy na twarzy. Pełną werwy kobietę i równie aktywnego, aczkolwiek emanującego spokojem pilota. Łuny światła dookoła. Mocne odgłosy ulatniającego się z wielkich dysz gazu. Niskie dźwięki jakby smok z jaskini ogniem co jakiś czas zionął. Mnóstwo kolorowego materiału. Uderzenia ciepła w i tak już ciepłym nagrzanym po całym dniu od słońca powietrzu. Emocje związane z samym rozkładaniem oraz zaangażowanie i organizację do pozazdroszczenia. Radości tych, co latają, że pogoda dopisała. Tym ludziom tak niewiele do szczęścia potrzeba. Stałam zaskoczona. Nagle wirnik przestał się kręcić. Balon już stał grzecznie w pionie. Kosz kilka centymetrów nad ziemią unosił się z gracją. Aerostat był gotów do lotu. Wszystko to raptem w kilka minut. Byłam tam w samym centrum. Uwierzycie? Tak nagle, tak nieplanowanie, tak zjawiskowo. Wiecie? Ja już nawet nie musiałam lecieć, mnie już było dość dobrego. Spanie i ziewanie odeszło. Pojawiły się endorfiny.

Wpis ten dedykuję miłej Pani o imieniu mi nieznanym, która potrafi rozmawiać, uśmiechając się tylko. Która podzieliła się w trakcie całej akcji wiedzą mi dotychczas tajemną. Tej, co balon ma zawsze pod ręką i własnym zamiłowaniem potrafi innych zarażać.
Piszę o tym, aby zachęcić wszystkich:
Łapcie szczęście za ogon. Szanse wykorzystujcie, nowego próbujcie. Szukajcie osób, które kochają inne, które przyjmą Was z otwartymi rękami, dadzą dotknąć i nieznanego życia pokosztować. Tak za drobną pomoc czy po prostu zupełne free.

Zanim zaczniemy robić cokolwiek, warto zapoznać się z całą oprawę. Przekonałam się o tym dzisiaj. Zanim dotknę nieba, doświadczyłam równie wielkich radości. Sam lot balonem można porównać do wisienki na torcie. To szczytny cel. Inauguracja. Pamiętajcie jednak, że to w torcie najlepsze smaki i doznań przy nim najwięcej. Wisienka jedna a tort po drodze duży. Do wisienka czasami droga daleka. Nią również warto się cieszyć.
Czy kiedyś polecę balonem? Rano powiedziałbym: Nie ciągnie mnie. Wieczorem oznajmiam: Oczywiście. Zanim jednak to się stanie, w przygotowaniach osobiście poproszę o udział. Tego, co przyjemne nikt mi już po dzisiejszym dniu nie odbierze.

Noc mnie tu zastała. Wracam. Będąc już w większej odległości, obracam się za Siebie. Jeden balon przy drugim, ocierają się delikatnie o siebie. Każdy innego koloru. Wszystkie wypełnione naturalnym pomarańczowo — żółtym światłem. W nocy robią na mnie dużo większe wrażenie niż w dzień. Fukają i zioną ogniem, żegnając w ten sposób. Nie zostają mi od dzisiaj obojętne.

Coldplay na Narodowym bawi się w kolory

Późną nocą czytam z rockowego koncertu recenzje. Zamykam oczy. Moje wspomnienia wracają. Zabieram Was na show, którego powtórzyć rzeczą wręcz jest niemożliwą. Zapraszam na przedstawienie widziane, podsłuchane i obwąchane. Obiecuję, że nudnych tytułów nie będzie wiele, za to dużo o kolorach, przystojnym ponoć wokaliście i najmłodszej uczestniczce. O Stadionie Narodowym troszkę, bo tez zrobił miłe na mnie wrażenie.

3 godziny przed koncertem
Leżę na poddaszu w jednej z warszawskich kamienic. Do starówki stolicy piechotką raptem kilka minut. Przez małe białe okienko wpadają promienie mocnego letniego słońca. Wyłapują je sprytnie wszystkie białe zwisające luźno rolety. Wpatruję się w równie bielutki sufit. Wsłuchuję się w odgłosy dobiegające z tutejszej uliczki. Od granitowej kostki odbija się dźwięk końskich podkutych kopyt. Wyglądam ciekawa na zewnątrz. Liczne knajpki wyszły na ulicę. Przy stolikach rozmowy takie o wszystkim i niczym jak to w niedzielne ciepłe popołudnie. Pachnie kawą i rozgrzanym miejskim powietrzem. Za chwilkę wyruszam UBER-em, bo tak szybko i przyjemnie. Nie słyszę na jedno ucho. Chwilowy defekt. Czy będzie to miało jakiś wpływ na odbiór samego koncertu znanej brytyjskiej grupy Coldplay? Nie sądzę.

O Narodowym słów kilka
Mimo że
przejeżdżałam tędy wielokrotnie, w środku Stadionu Narodowego w stolicy nad samym brzegiem Wisły jestem po raz pierwszy. Jakoś tak wcześniej nie było okazji zaglądnąć bliżej. Sympatyczne miejsce. Pamiętam moc protestów i krytyki, gdy założenie powstawało. Wewnątrz w pierwszej kolejności urzeka mnie konstrukcja. Tony żelastwa wiszące w powietrzu nad głowami zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Pamiętajcie: Nawet jeśli coś wygląda na delikatne, przy tak wielkich rozpiętościach ma swoją wagę i przekroje. Mocnych nie ma. Wierzcie lub nie wierzcie, sprawdzić zawsze można.
W górze moją uwagę przyciągają również materiałowe żagle na części zadaszenia. Mają w sobie tyle ciepła i delikatności a w dodatku jak niewielu sposoby, aby utemperować światło.
Przez otwarty dach widać niebo a po nim delikatne jak mgiełka przemieszczające się chmury. Patrzę niżej. Czerwone wygodne fotele pięknie komponują się z jasnym materiałem nad głowami, grafitem pokrowców nieaktywnych sektorów za sceną, czarnymi masztami z nagłośnieniem, żółtymi kamizelkami służb informacyjnych i kolorowym tłumem. Ten zlał się w całość. Dziesiątki tysięcy malutkich główek wygląda jak końcówki od szpilek.
Scena wyważona. Po bokach fikuśne ekrany, przypominające starożytny kwiat życia, który pojawia się często w twórczości zespołu. Począwszy od logo po motywy na ciuchach i instrumentach. Na środku kolorowo i bąblowo. Zerkam na centrum. Płyta główna już prawie pełna. Ktoś zdjęcia robi, ktoś inny nagrywa, chociaż na scenie nic się jeszcze nie dzieje. Przecież trzeba dać znak tym, co nie wiedzą, że się jest akurat w takim miejscu. W dobie Internetu, telefonów typu smartphone i SNAP-chatów to wręcz nieodzowny element.

Wielkie oczekiwanie
Tak sobie siedzę i czekam. Półmrok. Pierwsze reflektory poszły w ruch. Nie dość, że głucha jestem, to jeszcze mnie oślepiły. Pięknie. Kaleka ze mnie coraz większa. Nie szkodzi. Podobno wokalista Chris Martin jest przystojny. Trzeba to sprawdzić. Czucie jeszcze jest i węch. Wierzę, że wzrok poprawi się lada moment.
Ja czekam, a tymczasem technicy sprawdzili efekty mgły. Osobniki różnej płci, narodowości i w różnym wieku zaczynają pogwizdywać. Emocje rosną. Zachodzi słońce. Na najwyższych trybunach pojawia się pierwsza tak zwana fala i oklaski tych, co akurat fali nie robią. Teraz na mnie kolej. Opuszczam Was na sekundę. Wstaję z rękami do góry. Siadam. Jakoś trzeba sobie czas oczekiwania zabić. Do opisu wracam.
Rozhulała się tutejsza publika. Fale się zgrały. I to wszystko bez słów. Zaczęło się od jednego człowieczka, a skończyło na dziesiątkach tysięcy. To jest jak zaraza. Gdyby tylko takie nas nękały epidemie. Na koniec dołączyła Płyta. Znaczy ci, co na samym środku będą oglądać na stojąco. Pierwsza fala, druga, końca nie widać. Czy kiedyś nastąpi? Tak. Gdy na scenę wyjdzie czterech wspaniałych: Chris, Jonny, Guy i niejaki Will.

Godz. 20.45
Nad płytą nagle zaczynają latać kamery. Na niewidzialnych wręcz linkach śmigają we wszystkie strony i obracają się wokół własnej osi. Tańczą, wręcz jakby chciały zwrócić na siebie uwagę. Nadaremnie. Ludziska patrzą w inną stronę. Zaczyna się Kochani.
Wow! Szacunek dla Coldplay za punktualność. Co do minutki! Wielcy Niezepsuci. Tak nazywam tych, co szanują Uzdolnionych inaczej. Mgły na scenie i aria operowa otwierają przedstawienie.
Po minucie stadion pokrywa cała paleta kolorów. Po dwóch minutach wszyscy stoją. Wychodzi on. Chris. Główna postać tego zamieszania. Pod szafirowym T — shirt biała bawełniana koszulka z rękawem ¾. Obie mniemam, posłużą do przecierania mokrej głowy i czoła. Na nogach kolorowe charakterystyczne trampki. Pomarańczowe podeszwy, różowe sznurówki, dużo niebieskiego. Dodatki w postaci kolorowego paska i równie kolorowej rzemykowej bransoletki. Cacy. Na tyłku jeansy. Dziury równomierne po bokach. Jakby ktoś dziurkaczem w równych odstępach zrobił. Takie inne niż zwykle. Na portkach również troszkę kolorowych kwiatowych akcentów. Słowo kolor będzie się często dzisiaj powtarzać. Czuję to.
Pachnie mgłą i powietrzem znad Wisły. Podłoga zaczyna tętnić. Stwierdzam, iż wokalista niczego sobie.
Czy Chris jest faktycznie przystojny? Kwestia gustu. Na pewno wysportowany. Już na samym początku wybiega sprintem ze sceny prawie do połowy płyty głównej. Na trzecim kawałku pot go oblewa. Nie dziwne, bo rusza się, wije i skacze. Młodzież twierdzi, że: Jak na swój wiek, nieźle Sobie radzi. Że co myślę? Ach te nastolatki, nie wiedzą, że niedługo i ich dopadnie.
W powietrze w tym czasie wypuszczają „ptaki”. Niebieskie, zielone, fioletowe. Miliony drobnych papierowych osiadło na głowach tych, co na środku. Na wielkich ekranach również skrzydlata zwierzyna. Oczy mam dookoła głowy.
Wyobraźcie Sobie, że ktoś obok Was, do worka wyzbierał czystą nieskażoną tęczę, a teraz obdarza nią w różnej postaci wszystkich co dookoła. Dzieli się z wami kolorami, a wraz z nimi wielką radością. Upajam się chwilą.

Pierwsze pół godziny
Cóż mogę powiedzieć? Efekty wizualne zaskakują od początku. Z ust wokalisty pada spontaniczne, polskie: Dziękuję. Już wiem, dlaczego na wejściu zaobrączkowali mnie na fioletowo. Na kolejnym kawałku zrobiło się ciemno. Widownia zaświeciła całą barw paletą.
Już wiem, że kolorowo będzie, być musi, bo takie jest całe Colplay.
A co z dźwiękiem? Stwierdzam, że wszystkie barwy tego świata nie są w stanie zdominować dobrej muzyki. Do mojego sprawnego ucha wpadają słowa piosenki „Paradise”, wypływające z ust znanego na całym Świecie faceta. Ten tytuł akurat łatwo mi zapamiętać. Tytułów tyle. Nad tytułami nie panuję. Ciężko mi je spamiętać, ale czy one mają takie znaczenie? Cała sala śpiewa. Ja nucę. Cała sala skacze. Wszyscy w rytm muzyki i kolorowych nitkowatych laserów. Taki jest efekt dobrego utworu.
W połowie koncertu Stadion nieco cichnie. Ze środka płyty słychać słowa następnej piosenki.

Wolno, szybko, szybko, wolno
Szybko, wolno. Wolno szybko. Pogubiłam się. Chłonę ogólnie klimat tego miejsca.
Wyobraźcie sobie tysiące rąk podniesionych w górze. Na każdej kolorowe ledy migające jak na świątecznych choinkach. Popatrzcie na właścicieli tych rąk podskakujących w rytm mocnej muzyki. Zerknijcie na dłonie, które przy wolnej melodii falują jak puchate owoce mleczy poruszane lekko przez wiatr. W nocy białe, drobniutkie światełka migające na dłoniach publiczności przypominają świetliki. Odbijają się w częściowo przeszklonym dachu.
A teraz rozluźnij się, proszę. Zamknij oczy na chwilkę. Teraz jest wolno. Na niebie gwiazdy. Pasują jak ulał do tego miejsca. Wiedziały, kiedy przyjść. Dołączyły do całej reszty świecących na Narodowym.
Nagle światełek nie ma. Nie śpij. Na scenie jeden mocny kolor, różne odcienie przybiera. Było biało, teraz czerwone smugi piszą się na żaglach dachu. Piekło? Nie. Teraz jest szybko. Wróciły mocne rytmy, tym razem z gitarą. Nadążasz? Mnie jest trudno.

Chris Martin
Chris gra na wielu instrumentach. Gitara to jego siostra przyrodnia zaś pianino jest jak brat bliźniak. Uzdolniony? Tak twierdzę. Oprócz głosu, sprawnych palców i całego ciała, potrafi wprowadzić ludzi w pozytywny stan. Umiejętność do pozazdroszczenia. Nawet nie wiem, kiedy zmienił koszulkę na białą. Na niej wydruki przypominające kwiatowe hafty. Ze spodni wystaje polska biało — czerwona flaga. Cała stadion śpiewa, cały również tańczy. Chris skacze, tupie i kopie w powietrzu. Na drugą połowę zostawił te weselsze kawałki. Piszę tylko o nim, ale pamiętajcie, bez pozostałej trójki z zespołu nie byłoby tego wszystkiego.

Bliżej końca
Następny utwór. Nie liczę, który to już. Na płycie pojawiają się w następnej kolejności, setki olbrzymich jak piłki do ćwiczeń balonów dodatkowo rozświetlonych przez reflektory. Fruwają nad głowami odbijane przez ludzi. Poczułam się jak na wesołym miasteczku. Potem na Narodowym robi się znowu ciemno. Bardzo ciemno a do tego cicho. Wszyscy nasłuchują, ale mało kto widzi, jak artyści przechodzą przez płytę wśród masy fanów i fanek. Sprytnie. Znaleźli się w zupełnie nowym miejscu na zupełnie nowej scenie. Na koniec grają jeszcze kilka kawałków. „In My Place” to drugi tytuł, który utkwił w pamięci. Efektów nie ma. Jest gitara, lekkie żółte światło i Ich czterech. Czuję się jak w kameralnej Sali gdzieś w małym miasteczku, z tymi, co do małych przyjeżdżali, ale pewnie dawno temu.
Odwracam się. Za mną malutka pucata dziewczynka o blond nieodczesanych włoskach z jaskrawo zielonymi słuchawkami na uszach. Trzymając małego brązowego misia pod pachą, prawie cały koncert wpatrywała się w kolorowy show. Dzielna mała bestia.

Finał
Płytę zaśnieżyło. Ot tyle. Konfetti jak śnieg jest wszędzie. Mała istota ze swoim misiakiem zasnęła słodko. Słów zabrakło. Wyszłam ze wszystkimi, oddając wcześnie należące się grupie brawa. Bisy były niepotrzebne. Jakby ludzie wiedzieli, że nic im nie było żałowane, że było dużo, nawet w nadmiarze. Coldplay dał z siebie wszystko. Wydał mnóstwo na to, żeby było bajkowo.

Wstaję rano. Za oknem cicho. Promienie znowu roletę atakują. Ona się nie daje. Jakby nic nie było, a jednak tyle się wydarzyło. Zapamiętam. Spisałam ten wieczór na karty bloga, bo warto. Do koncertów na żywo na Narodowym i nie tylko zachęcam.

 

Pan Haremu

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 8/8

Tacy jak on mają dużo ciepła i pojawiają się w naszym życiu jakimś przypadkiem. Dzisiaj o takich co dzielą się własną wiedzą i pozytywną energią na przykładzie tego jednego. Dzisiaj o jego haremie, czyli tych, co szukają sposobu na pozbycie się trosk i bycie spontanicznym.

On
Leży. Rozanielony. Mięśnie rozluźnione jak u małego dziecka. Lekko przymknięte oczy. Hiszpańskiej byczej krwi dużo, a jednak teraz emanuje wielkim spokojem. Znowu ubrany na czarno. Wysportowana chudzinka. Pushan. Po raz drugi spotykam go na swojej drodze życiowej. Mniemam, że nie po raz ostatni.
Człowiek, który pojawia się znikąd. Rozmawia, pomaga, znika. Po całym dniu dobrze wykonanej pracy, na jego buzi pisze się radość. Bywa również, że zmęczenie. Czasami rozładowuje się jak smartphone. Do dna. Wtedy siły zbiera w samotności pokątnie. Niewielu to dostrzega. W tym momencie widzę jednak spontaniczną radość.

Oni
Z boku „boska” energia ludzi u których emocji różnych nawet na zapas. To jego dzieło. Każdy z nich nosi w sobie troski, radości, cierpienia, tęsknoty, a jednak zmęczeni potrafią dzielić się tylko tym, co dobre.

Po co ten wpis?
Stwierdzam, że piękne chwile warto spędzać wśród takich ludzi. Być częścią takiego haremu to szczęście. Jeszcze większe mieć w życiu kogoś, kto wspiera podczas naszych wiecznych poszukiwań zrozumienia własnego Siebie. Naszych odwiecznych problemów i wyzwań nikt nie rozwiąże za nas. Uwierzcie jednak, że czasami samo rozświetlenie drogi przez kogoś to już krok milowy.
Jeśli czujecie się przytłoczeni, zwątpiliście w Siebie czy szukacie odpowiedzi na odwiecznie nurtujące Was pytania, szukajcie człowieka z latarnią. Wypłyńcie w poszukiwaniach na szersze wody. Szukajcie tych, co w drodze wspierają. Nawet jeśli mielibyście za to zapłacić krocie. Nie warto samemu pozostawać z własnymi troskami. W grupie łatwiej dojść sedna. Raźniej z Panem Haremu na czele co ma wiedzę o życiu olbrzymią.

 h

Odwieczna walka ONEJ I ONEGO

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 7/8

Oto historia o dwojgu takich co odwieczną toczą ze Sobą walkę. Onej i Onego. Że On nie taki jak trzeba, że Ona jakaś taka dziwna. O Nim co czasami chciałby być tylko po prostu kochany. O Niej co ciągle myślami błądzi, chociaż droga jest jak drut zbrojeniowy prosta. Mężczyzna – Kobieta. Dwa odmienne Twory.

Wspólne oczekiwania
My płci przeciwne mijamy się jakoś tako. Kobiety emocjonalne ciągle czegoś chcą od facetów. Czegoś dla płci męskiej nie do końca zrozumiałego. W drugą stronę faceci mają wrażenie, że jak by nie zrobili i tak nie zostanie to przez kobiety docenione. Kiedy szukamy kompana, głowa podpowiada: Ten to nie dla mnie. Tamten nie sprostał. Kiedy szukamy kompanki, myśli się kłębią: Ta to ma oczekiwania. Tej w ogóle nie wiem, o co chodzi. Z czasem w związkach, kiedy pryska niepielęgnowana miłość, rodzą się pretensje i totalny brak obopólnego zrozumienia. Kiedy nie chcemy być sami, przymykamy oko, kiedy orientujemy się, że coś nam nie odpowiada szybko, zaczynają się próby zmian drugiej osoby.
Jedno jest pewne. Zazwyczaj kochamy i chcemy być kochani, a po drodze toczymy walkę typu Neverending Story. Jakby nam mało było wojen tych terytorialnych czy politycznych.

Wzorce w płci nieprzebierające
Przyglądnijmy się głównym bohaterom ONEJ i ONEMU. Spójrzmy na siebie. Mało kto wie, że każdy z nas idzie przez życie z bagażem przeróżnych wyzwań. Z normami naszych rodziców, dziadków, kościoła. Z ich matrycą myślenia, ich zakazami i nakazami. Bólem za krzywdy, które nam zrobili, kiedy prowadzili przy nas kłótnie w domu, nie zwracali na nas uwagi, byli za dużo, za mało czy po prostu nieobecni. Wzorce, które przenosimy, są, jakie są. Nikt nie nauczył nas jeszcze, że da się inaczej. To często kolebka naszych późniejszego zachowania czy obaw w stosunku do płci przeciwnej.
Spójrz na Siebie. Co Cię trapi? Jakie zaszłości powodują, że nie czujesz się do końca w swoim ciele komfortowo? Popatrz na innych. Tych, których czasami ktoś nie przytulał i przytulania nie nauczył. Na dziewczynę, którą skrzywdził ojciec. Syna, którego mama pod siebie wychowywała. Na bliźniego, który nie da się dotykać, bo jego cielesność została pogwałcona, a co za tym idzie, z czymś złym się kojarzy. Każda z tych osób nie robi czegoś po naszemu, bo ma po prostu złe skojarzenia lub inaczej nigdy nie spróbował. Czy możesz w to uwierzyć?

Ponowne zniewolenie
Istoty chodzące pod nas jak w zegarku i z naszego obrazka wypisz wymaluj, a w głębi duszy chcące zupełnie czegoś innego. Niezrozumiałe. Czy faktycznie chcielibyście tego? Powtarzać błędy naszych i ich rodziców? Zniewalać ponownie? Jeśli nie dojdziemy prawdy człowieka, z którym jesteśmy lub chcielibyśmy być, wcześniej czy później spotka nas zawód. Albo będą blisko, nie będąc sobą, albo nie będzie ich w ogóle.

Pierwsze kroki
Zrozumienie drugiej osoby to w pierwszej kolejności praca nad sobą. Wielką sztuką jest, dogrzebać się najpierw do własnych pierwotnych potrzeb, mówić o tym. Doszukać się przyczyn wszystkiego tego, co nas boli i znaleźć temu upust. Odnaleźć miejsca i ludzi gdzie możemy je zaspokoić. Tam, gdzie inni, również uczą się jak mówić o sobie. Wielką satysfakcją i ukojeniem dojść do tego wszystkiego. Kiedy zaczniesz tę drogę, rodzisz się na nowo. Dopiero wtedy zgłębisz ONEJ i ONEGO różnorodność. Nie chcesz, nie wierz. Chcesz się przekonać, po prostu spróbuj. Poznać, zrozumieć, inność zaakceptować.

Sposób na samotność
Jestem kobietą. Faceci na chwilę zniknęli. Kurka wodna, źle jak byli, ale jeszcze gorzej, gdy ich nie ma. Tak źle i tak nie dobrze. Kobiety kochane. Kochani faceci. Zapytacie co z tym zrobić?
Płci piękna: Kto Cię lepiej posłucha jak nie druga kobieta? Kto będzie miał więcej zrozumienia dla Ciebie jak nie Ona? Kto podzieli się swoimi doświadczeniami i przesiedzi z Tobą całą noc na pogaduchach? Tylko mózg drugiej kobiety ogarnie zawiłe sploty głowy baby.
Facecie z poukładanymi szufladkami w głowie, cieleśni, erotyczni i sercowi, gdzie znajdziecie kogoś, kto zrozumie wasze obawy jak nie wśród kuzynów, kolegów czy innego Onego?

Boska różnorodność
Zauważajmy, że każdy z nas ma swoją głębię. Również, że wykreowani na wojowników mężczyźni potrzebują jak powietrza kilka minut przytulenia. Zauważajmy, jak codzienność narzuca kobiecie być wojowniczą i jaki to ma wpływ na damsko — męskie relacje.
Na co dzień ciągnie nas do siebie, więc co nam pozostaje? Kobiety biegnące ciągle przed siebie: Dajcie facetom nadążyć. Faceci: Poczujcie troszkę chęci bycia wysłuchaną i zrozumianą ze strony kobiety. Na początek dobre i tyle.

Zanim będziemy jakoś chcieli okiełznać tę naszą płciową różnorodność, na którą nie mamy zbytniego wpływu, pozwólmy sobie na zrozumienie własnej istoty. Dociekajmy mechanizmów działania przeciwnika. Uchroni to przed rozpadem związków pozwoli znaleźć drugą połowę. W przeciwnym razie nasze oczekiwania będą tak duże, że nikt im nie sprosta. Ta droga prowadzi do samotności. Zaakceptować to, co niezmienne albo walczyć gdzie na starcie widać przegraną. Wasz wybór.

Człowiek prawdziwie autentyczny

Wpis z serii „Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności”, maj 2017, 6/8

Szczęście, miłość, zadowolenie. Jedne z najbardziej pożądanych emocji na świecie. I tylko one. Też bym tak chciała. Czy da się jednak wykluczyć z życia wszystko, co nas boli i zostać przy tym tylko co nas zadowala? Dzisiaj o zapomnianej charyzmie zwanej autentycznością, przy której jesteśmy w stanie, wyrażać wszystko, co czujemy. O odczuciach, które nazywam „be”, które nam życie zatruwają, ale czynią, że jesteśmy tak niepowtarzalnymi istotami. W tym wpisie o emocjach negatywnych. Co one robią z nami i co my czynimy z nimi. Czy warto żyć w zgodzie z rzeczywistością i wyrażać to, co nas boli? Na to pytanie po przeczytaniu spróbujcie odpowiedzieć sobie sami.

Święta Trójca i cała reszta
Niesforna ze mnie istota i lubię wkładać kij w mrowisko, więc zaczynam gmeranie. W negatywach szukam plusów. Dlaczego? Bo właśnie ich unikamy i o nich nie chcemy mówić. Zacznijmy od Świętej Trójcy STRACH, ZŁOŚĆ, SMUTEK.
Dobrze być ich świadomym. Dobrze wiedzieć jak są nam bliskie i jak bardzo ich potrzebujemy. Pielęgnujemy je często zbytnio, nie dopuszczając do słowa szczęścia, o którym przecież marzymy. Jeszcze częściej chcemy, żeby Trójcy i całej reszty nie było. Próbujemy chować po kieszeniach. Ba! Robimy jeszcze gorzej kochani. Dusimy ich w Sobie. Ukrywamy przed światem. Przed innymi udajemy, że sobie z nimi radzimy, a potem przez to cierpimy. Czy da się przed nimi uciec? Może da, tylko co wtedy z naszą kochaną psychiką? Co z autentycznością?
Świętą Trójcę wymieni prawie każdy, a co z resztą uczuć czy emocji złymi nazywanych? Bardzo często, kiedy zauważamy, że coś nam jest, nie potrafimy znaleźć na nie nazwy. Zazdrość, wstręt, oczekiwanie, odraza, apatia, beznadziejność, nienawiść, obojętność, obrzydzenie, odrzucenie, przerażenie, przygnębienie, rozczarowanie, upokorzenie, wstyd, wściekłość, zawiść, zażenowanie, zdenerwowanie, znudzenie, żal. Czy mam wymieniać dalej? Najpierw warto być świadomym, co nami zawładnęło.

Emocje na twarzy wymalowane
Słyszę: 80% emocji ukrytych jest na twarzy. Skumulowanych bez możliwości wyjścia. Jesteśmy ich sędziami. Te złe skazaliśmy na wieczne mroki. Za miejsce ich odsiadki wybraliśmy nasze ciało. Czy zasłużyło? Czy zrobiło nam coś złego? Popatrzcie na ulicę. Na ludzi Zombi, których pełno dookoła nas. Poruszają się bezwiednie. Ciągle te same miny. Blade twarze z zaciśniętą mocno szczęką, żeby przypadkiem żal buzią nie uciekł. Żeby nikt nie wiedział, że akurat jesteśmy wściekli albo czujemy się zranieni. Chodzimy oprawieni z emocji. W środku sam na sam z tym, co nam doskwiera. Wyłączeni na wszelkie inne odczuwanie, bo skupiamy się właśnie na tym.

Autentyczność to wolność
Pamiętajcie emocje są jak dzieci. Wszystkie „jak jeden mąż” lubią być dostrzegane i przytulane. Lubią, gdy się ich wyraża. Stłumione w postaci energii, tak czy siak wybuchają. Szczera spokojna rozmowa, praca w grupie, płacz sam na sam, szloch głęboki, krzyk w lesie. Masz tyle możliwości uwolnienia nadmiarów negatywnych emocji. I co stoi na przeszkodzie? Brak wiary, że się uda? Bądź wobec Twoich emocji sprawiedliwy. Nie pożądaj tego, co łatwiejsze, nie staraj się tępić tego, co wydaje Ci się gorsze. Wszystko jest po coś. Autentyczność to wolność.

Czasami trzeba burzy, aby przyszedł spokój
Pomijając zaburzenia chorobowe, wszyscy jesteśmy zupełnie normalni i wyrażanie emocji powinno być w naszej naturze. Szkoda, że tego nie uczą we wszystkich szkołach. Popatrz na Siebie. Czy idziesz przez życie jak zombie, a może jednak masz w Sobie wystarczająco prawdziwości, aby czuć się z tym dobrze?

Twierdzę, że uwalnianie emocje to piękny proces a cel jeszcze piękniejszy. Twoje ciało staje się lekkie jak piórko. Znikają wszelkie napięcia. Ciężarów warto się pozbywać. Zdrowo nosić tylko te na siłowni. Nie powiesz mi chyba, że uwolnienie się od balastu nie jest super? A jak się martwisz, że zostanie jakaś pustka, bez obaw. Życie o następne emocje szybko zadba.
Są tacy, co własne bolączki uwalniają w ciszy. Również tacy, którzy własne odczucia potrafią wykrzyczeć przy innych. Czy sam na sam, czy przy kimś, często obserwuję, że trzeba burzy, żeby przyszedł spokój. A więc? Negatywnymi emocjami dzielmy się jak szczęściem. W tym nie ma nic złego. Tylko żebyście mnie dobrze zrozumieli. Jeśli emocje wywołuje drugi człowiek, nie chodzi o karę czy zemstę, chodzi wyłącznie o nas. Czy da się być tylko szczęśliwym? Garstka potrafi. Na pewno warto do szczęścia, miłości czy akceptacji dążyć a nad całą resztą „be” pracować. Autentycznej autentyczności wszystkim życzę. Są tacy, co własne bolączki uwalniają w ciszy. Również tacy, którzy własne odczucia potrafią wykrzyczeć przy innych. Czy sam na sam, czy przy kimś, często obserwuję, że trzeba burzy, żeby przyszedł spokój. A więc? Negatywnymi emocjami dzielmy się jak szczęściem. W tym nie ma nic złego. Tylko żebyście mnie dobrze zrozumieli. Jeśli emocje wywołuje drugi człowiek, nie chodzi o karę czy zemstę, chodzi wyłącznie o nas.

Czy da się być tylko szczęśliwym? Garstka potrafi. Na pewno warto do szczęścia, miłości czy akceptacji dążyć a nad całą resztą „be” pracować. Autentycznej autentyczności wszystkim życzę.

 

Seksualność ukryta za Murem Watykanu

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 5/8

Poruszam temat, który obchodzi się często z daleka. Ulubiony, a jednocześnie uważany za grzeszny. ONA, czyli seksualność. Tak niby jest i fajnie jak się o niej żartuje, ale jak przyjdzie co do czego, to jakoś tak w rankingach i badaniach cieniutko wypada.
Cielesność na tyle mocno ukorzeniona u mężczyzn, że czasami chcieliby z dwiema, chociaż już z jedną nie dają Sobie rady. Ups. Podpadłam chyba. U kobiet, które w wielu przypadkach, potrzebują dłuższego wstępu, często z braku świadomości drugiej połowy, zmysłowość okazuje się klapą, bo nawet nie ma początku. Kurczę blade. Podpadłam po raz drugi?
Wracając do ogółu: Są tacy, co boją się już samego słowa erotyczność a co dopiero czynów.
Uwielbiam tematy tabu. Wielka przestrzeń do zagospodarowania. A teraz całkiem poważnie. Poruszam go, bo wyzwania z seksualnością to obecnie plaga nieudokumentowana do końca. Bo kto się przyzna, że ma z tym kłopot ? Kto o niedosycie wspomni?

Prawdziwe potrzeby
Życiową energię ładujemy na wszelkie sposoby i na wszelakie możemy ją rozładować. Jeden Bóg wie jak wielu z nas za seksualnością tęskni, chociaż w ogóle o tym nie mówi. Bawi mnie, gdy pustce dajemy upust, opowiadając kawały o łóżkowych wyczynach. Kiedy przerabiamy w żarty i popisujemy się naszą wiedzą szeroką. Szkoda, tylko że nie zawsze ma się to na równi z praktyką i że wynika tylko z tego, co podsłuchane. Czy w ten sposób nie chowamy za słowami naszych prawdziwych potrzeb?

Bezwstydna czy Czysta jak łza
Czasami od seksuologów usłyszeć się nam uda a czasami gdzieś doczytamy, jak piękne to zjawisko, kiedy czystą jak łza seksualność dopuścimy do słowa. Szczęściarze ci, którym udaje się doznać uczucia, gdy dwa ciała się jednają. Zespalają, czyniąc z dwojga ludzi jedność. Tańczące wręcz dwie istoty, którym serce rytm wybija. Narastająca w skupieniu czysta energia, pozostawiająca na ten czas wszystkie myśli gdzieś obok. Szybciej krążąca krew w żyłach, która dostaje się do każdego zakamarka, powodująca przekrwienie wielu części naszego ciała. Splecione dłonie, które jakby gdzieś obok cichą rozmowę przeprowadzają. Oczy, które nabierają głębi. Skupione twarze, na których pisze się spełnienie i radość. Jednym słowem: Każda cząsteczka wie, że żyje. Do tego Flow, które towarzyszy na końcu samego aktu miłosnego i jest kulminacją wszystkiego. Piszę o chwili totalnego spokoju i odpuszczenia. Chwila bezruchu lub ostatnich momentów delikatnego tylko dotyku. Chwila, która jest oddaniem hołdu, dla tego, co się wydarzyło. Co stoi na właśnie takiej seksualności przeszkodzie? Przekonania.

Mur Watykanu
Zapytacie: Gdzie ten tytułowy mur co nie pozwala nam z darów Boga korzystać i jak wygląda? Mur Watykanu to przenośnia. Jest częścią naszego ciała i oddziela naszą część duchową na czele z sercem od tej czysto seksualnej w postaci całej strefy intymnej umiejscowionej pod brzuchem i reprezentowanej przez „muszelkę” lub penisa. Znajduje się niewiele ponad pępkiem. Oplata nasze ciało i czerpie moc z naszego źródła zasilania, którym jest kręgosłup. Wiedzą o nim śpiewacy. A tak naprawdę to nie Mur, tylko Ona. Przepona. Większość z nas nie ma o niej zielonego pojęcia. Nie zdaje sobie sprawy, jak ważną rolę w naszym życiu spełnia. Struktura miękka, która zachowuje się jak ameba. Do życia potrzebuje powietrza. Im więcej ma go, tym jest szczęśliwsza. Dzieli nasze ciało w poprzek na pół. Część dolną odpowiadającą właśnie za naszą w wielu przypadkach uśpioną seksualność oraz część górną uduchowioną, która często dolną przydusza. A tak prościej? Brzuszek, genitalia i nóżki osobno. Klatka piersiowa, rączki i głowa z wszelkimi uprzedzeniami osobno. Kody bliskich nam osób i religia zrobiły swoje. Wpajały, gdy byliśmy dziećmi, że to, co na dole to brzydkie i be. Czasami nadal wpajają. Wynik? Dół chce, a góra mówi: Nie. Narobiło się.
Przepona niczemu tutaj nie winna. Kumuluje tylko wszystkie blokady, które możemy uwolnić samemu. Poprzez przeponowy śpiew, autentyczny śmiech i płacz a w szczególności głęboki oddech, który potrafi przeszywać cały korpus. Zdziwieni?

Jak jest naprawdę
Seksualność jest u nas czymś naturalnym.
Przyglądam się dookoła zaciśniętym tyłeczkom na ulicy. Przypatruję się ograniczonym podczas tańca pośladkom Polaków. Ich prawie nieruchomym biodrom i sztywnym ruchom. Seksowny taniec wywołuje potrzebę, a nasze głowy jak zaprogramowane mówią: Byle tylko nie pojawiła się myśl. Oby nie narodziła się potrzeba, bo co my potem z nią zrobimy? Co poczynimy, gdy blisko nie będzie Tej drugiej czy Tego drugiego?
Troszkę zawstydzeni lub po kryjomu oglądamy przepełnione cielesnością teledyski. Zazdrościmy czasami i w tym samym czasie uciekamy do tłumaczeń: Nie jest nam to potrzebne.
Uwierzcie, że JEST. Bo taka jest nasza natura. Bo jak niby mamy rozładowywać energię wywołaną przez hormony czy zaistniałe w naszym ciele miłosne procesy chemiczne?
Górna uduchowiona część ciała nie jest w stanie tego niestety okiełznać. Ciągłe modlitwy są do czasu. Ciężka praca czy uciekanie do sportu to tylko zastępniki. Takie tam małe oszukaństwa. Wszystko, co wymyślicie, pewnie zadziała, ale co z prawdą?

Apel
Faceci, kobiety i pełnoletnia młodzieży, obudźcie się. Popatrzcie na tych, o których czasami słyszę: Wstydu nie mają. Spójrzcie na miłość w innym wymiarze. Tam, gdzie seksualność jest jej integralną częścią. Spójrzcie na mieszkańców Kuby, Brazylii, Argentyny. Jak oni tańczą. Ile w tym ruchu polotu i naturalności. Czy krytykować ich za to? A może pozazdrościć? Przestańcie udawać, że seks jest nam w życiu niepotrzebny i że da się go czymś innym zastąpić.
Uszanujmy naszą fizyczność. Doceniajmy jakie pokłady zostały nam dane. Nie blokujmy tego, co naturalne i nauczmy się temu stawiać czoła. Wyrażajmy uczucia, szanujmy własne odruchy. Cieszmy się i korzystajmy mądrze. Nie zabijajmy tego, co piękne, tłumacząc sobie: Tak musi być. Zastanawiając: Ale z kim? Mówiąc: Ze mnie już nic nie będzie.

Granica naszych możliwości

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 4/8

Granice są, ale wcale nie tam, gdzie nam się wydaje. Nasze stany, nastroje, energia życiowa są jak fale na morzu. Raz spokojniejsze raz bardziej wzburzone. Czasami dopiero pod wodą dostrzegasz jej prawdziwe pokłady. Kiedyś przypływ energii porównywałam do sinusoidy, ale ta metafora bardziej mi się podoba, bo wodę kocham.
Moc przychodzi często, gdy wydaje Ci się, że już sił nie ma. Mieliście tak kiedyś? Wasza głowa podpowiada: już nie mogę, to koniec. A jednak. Jeśli tylko wytrzymałeś chwilkę dłużej, moc przyjdzie jeszcze większa. Nie bój się więc końca. Bo to nie koniec. Wytrwaj. Masz jeszcze dużo zapasu. Wystarczy uzbroić się i chwilkę przeczekać, aż przyjdzie następna fala.
Skąd to wiem? Wielokrotnie sprawdziłam na sobie.

Gdzie chowa się śmierć?

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 3/8

Wdech. Wydech. Raz jedno kroczy raz drugie. W naturalny sposób na przemian.
Wdech daje nam siłę, powoduje, że stawiamy czoła wyzwaniom. Nie zapominajmy jednak, że to głęboki wydech sprawia, że przychodzi spokój i odpuszczenie. Wdech. Wydech.
Gdzie chowa się śmierć? Odpowiedź na końcu, ale całość polecam przeczytać.
Przyglądnij się sportowcom, którzy po przekroczeniu mety mocno i energicznie wydychają powietrze, a wraz z nim odpuszczają całe napięcie. Jakby mówili: Już po wszystkim. Dałem radę. Teraz już tylko odpoczynek. Tym razem wraz z wydechem przychodzi spokój i ogromna satysfakcja. Popatrz na zawodowego pływaka płynącego kraulem, który spokojnie przekręca głowę i zaraz potem znad tafli wody nabiera jak ryba świeżego powietrza. Potrzebne mu jest, aby cieszyć się następnym momentem życia. Tym razem pod wodą. Wypuszcza go spokojnie, nie śpiesząc się. Nagromadzone w płucach i przeponie wydmuchuje do samego końca, zanim zdecyduje się na następny życiodajny wdech. Idealna harmonia. Znakomita równowaga. Uwielbiam się jej przyglądać. Wdech. Wydech.
A teraz nabierz głęboko i długo powietrza i wypuść mocno. Boisz się? Krępujesz? Nie masz czasu? No co Ty. Naciesz się jednym i drugim. Przyglądnij się jednemu i drugiemu bacznie. Wdech. Wydech. Zastanawiam się, dlaczego oddychanie tak bagatelizujemy na co dzień?
Śmierć chowa się w oddechu, popatrz: Ty nadal żyjesz.
Śmierć ukrywa się w oddechu. Życie również. Jedno bez drugiego żyć nie może. Wdech życie dał nam. Był pierwszy i kiedyś może stwierdzić, że musi być sprawiedliwie. Przed szereg nie będzie się pchał. Wydech przekroczy wtedy metę pierwszy. To jeszcze nie ten moment.
Wdech jest życiem. Śmierć przychodzi z wydechem. Którym? Ona wybierze dla nas najlepiej.
Jeśli takie przyjmiesz myślenie, czyż strach przed śmiercią nie będzie mniejszy?
Wdech. Pamiętaj: Głęboki. Wydechu się nie bój. Po nim następny wdech przyjdzie. Jeszcze dużo przed Tobą.

Kim tak naprawdę jesteśmy

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 2/8

Słyszę czasami religijne dysputy o tym, kto był pierwszy. Czy Ewa powstała faktycznie z żebra Adama, czy jednak z innej części ciała? Zastanawiam się, jakie to ma znaczenie skoro w każdym z nas mężczyzny i kobiety po troszku? Możecie mi nie wierzyć, za to po przeczytaniu polecam przyglądnąć się sobie. Może odkryjecie coś ciekawego? Może właśnie tutaj znajdziecie odpowiedź, dlaczego Wam się związek nie układa, dlaczego jesteście sami albo dlaczego nie macie dobrych relacji z dziećmi?

Troszkę tego i troszkę tamtego
Rodzimy się z energią żeńską i męską. Z jedną i drugą spotykamy się na co dzień, dostając różne wzorce. Pierwsze przekazują nam rodzice, gdy jesteśmy jeszcze dzieckiem. Energia męska: Silna. Energiczna. Dająca nam pewność siebie, odwagę i chęć do stawiania czoła wyzwaniom.
Energia kobiety: Delikatna, zmysłowa, opiekuńcza, czuła i pełna zaufania. Piękna wewnątrz. Dopuszczająca serce do słowa.

Kto tu rządzi
Gdzie można przyglądnąć się zjawisku,
kto ile ma której i jaki te energie mają wpływ na nas?
Odpowiadam: Chociażby w tańcu. Przyglądnijcie się pierwszej lepszej tańczącej parze. Depczą Sobie po nogach. Czy to on mając niedomiar męskiej energii, w rzeczywistości prowadzi? Czy on faktycznie czuje się w tym prowadzeniu dobrze i pewnie? A może ona chce przejąć stery i nie chce się zbytnio dopasować? A może po prostu nie może, bo za mało w niej tej kobiecej energii zaufania?
Spójrz na inną parę, która po parkiecie płynie. Bez deptania po stopach i bez słów żadnych zbędnych. Bez zastanawiania się, czy teraz w prawo, czy w lewo. Czysta harmonia. Tutaj właśnie dostrzeżesz męskiej i żeńskiej energii prawidłowość.
On wie, co ma czynić, ona ma pełne zaufanie. On nieco kobiecy, ale dużo w nim męskiej pewności siebie. Ona po troszku męska, ale z dużą dozą zawierzenia. Piękny widok.
Mam wrażenie, że z taką prawidłowością się rodzimy. Z czasem zostajemy kształtowani, co zaburza odpowiedni rozkład. Zniewieściali chłopcy. Dziewczynki, których tatusiowie wychowują jak w wojsku. Przykładów można by mnożyć. Jakie to ma znaczenie później?

Zbyt dużo męskiej energii w kobiecie jest barierą przy związkach. Zbyt dużo kobiecej u mężczyzn z delikatnym sercem podobnie. Popatrz na niewiasty, które obecnie mają być silne, więc zaczynają dominować. Przejmują rolę wojownika. Spójrz na mężczyzn, którzy nie są w stanie stać na przywództwie rodziny. Czasami jednym słowem sodoma i gomora. Przypatrz się teraz troszkę sobie. Jak oceniasz u Siebie energii proporcje? Zobacz, czy dane przez otoczenie i nawarstwiane latami wzorce Ci służą. Może warto proporcje zmienić? Może warto powrócić do korzeni i stać się 100% facetem czy damą z prawdziwego zdarzenia?

Zawód nieklasyfikowany Siebierób

Wpis z serii Nowe Kawkowo. Z dala od chaosu codzienności, maj 2017, 1/8

Zawód SIEBIERÓB, czyli praca nad sobą. Spotykasz się z nią na każdym kroku. Nie wybiera czy kobieta, czy mężczyzna. Zali szczupły zali z wąsem. Emerytura tutaj nie przysługuje. Wykonujesz ją często nieświadomie. Bo jakie masz wyjście, gdy na Twojej drodze staje drobny dyskomfort, niemoc czy depresja? Jeśli chcesz, żeby było lepiej, bawisz się w Siebieroba. Nie chcesz? Zostajesz z tym świństwem.

Bierzesz się więc do pracy i kiedy pragniesz coś zmienić, słyszysz w głowie: Potrzebujesz nowych narzędzi! Spotykasz się z sytuacją, że Twój warsztat pusty albo nie do końca pełny. Skaranie Boskie. Znowu w nowym czujesz się nieprzeszkolony. Chcesz znaleźć sposób. Szukasz miejsca, gdzie można się coś nauczyć. Nie ma takiego.

Jaki morał z tego wpisu krótkiego? Skoro nie ma szkół, dzielmy się wiedzą. Pożyczajmy sami narzędzia, od tych, co przechodzili to samo. Na bazie naszych doświadczeń pozwalajmy innym czerpać z naszej wiedzy. Szukajmy wspólnie rozwiązań.

Prawda jest taka, że jeśli poradzimy Sobie w tym zawodzie, każdy inny będzie dla nas łatwym i przyjemnym. Dopiero rozliczeni z przeszłością, pogodzeni ze śmiertelną chorobą czy bliskimi, akceptujący siebie, bez deprechy możemy z radością, o której tak marzymy, kroczyć przez życie.

Rozdarte podarciuchy

Z zasady nie lubimy, gdy nam się psuje coś, co nasze ulubione. Tak jest często z ciuchami. Kiedy zafarbuje coś w pralce, skurczy, podrze przez przypadek, uśmiech na twarzy znika i na długo pojawia się smuteczek. Czy tak być musi zawsze? Czy można więc chociażby podrzeć najlepsiejsze spodnie i z tego powodu nie lamentować? W przypadku podarciuchów owszem. I za to je kocham.

Opowiem, podpierając się moim przypadkiem. Miałam spodnie. Takie z dziurą. Ulubione, bo ogólnie warto lubić, to co się kupuje, albo odwrotnie, kupować to, co się lubi. Przy wciąganiu na tyłek było tylko: Ups! A potem jeszcze większa dziura. Hmm. Popatrzyłam i stwierdziłam spokojnie: Większa czy mniejsza, przecież i tak była. Sama się sobie dziwię tej mojej reakcji.

Już wiem, dlaczego te podarte są tak długo w modzie. Mniej naszego stresu, gdy coś im się stanie. Zastanawialiście się, dlaczego im większa dziura lub dziur więcej tym są w sklepie coraz droższe?

Zapięłam zamek i poszłam dalej. Najważniejsze znaleźć korzystne dla nas wytłumaczenie. Większa dziura większa spodni wartość. Jak tak dalej pójdzie, moje portki będą bezcenne. Dzień zaczęłam dobrze.

W objęciach Morfeusza

SEN. Raz przychodzi, a raz przyjść nie może. Bestia wybredna. Wieczorem zazwyczaj nami rządzi. Przeproś, nie ma. Czasami z nim walczymy, potrafiąc przetrzymać ten moment, kiedy nie chcemy, aby zamknęły się oczy. Innym razem patrzymy w sufit i błagamy, aby ciało odleciało, bo przecież pospać troszeczkę warto.
Czasami zastanawiam się: Jak z nim postępować? Dać się mu poprowadzić? Mieć mu za złe, że znowu się zaspało, a może dziękować, bo wie co najlepsze dla nas?
Otwieram szeroko buzię. Ziewam. Wstałam, ale łatwo nie było. SEN odpuszczał dzisiaj powoli. Pomyślałam: Poświęca mi tyle czasu czasami, może ja również co nieco o nim napiszę?

Wieczór
Wyobraźcie Sobie, że jest sympatyczny wieczór. Zrobiliśmy już dzisiaj dużo, chcielibyśmy zrobić coś nieco więcej. Zdajemy Sobie sprawę, że gdy przyłożymy głowę do poduszki, już po nas. Czujemy, jak nasze ciało wiotczeje, mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Oczy przestają być spostrzegawcze, jakby prosiły naszą głowę: Daj nam już w chmurach polatać. Daj zobaczyć Morfeusza. My cwani jak lis próbujemy Sen oszukać. Walczymy z wiatrakami Staramy się ciało ocucić, klepiemy się po policzkach, przyjmujemy pewniejszą pozycję. Na moment. Za chwilkę On dalej swoje. Czasami wygrywamy. Częściej dajemy za wygraną.

Przede mną komputer. Tyle myśli chcę przelać na niego i wiem, że już późno. Prostuję usilnie kręgosłup. Przyjmuję pozycję siedzącą z wiarą, że uda się mi się nieco dłużej, że może tym razem Sen da sobie spokój. Może domyśli się, że ja jeszcze mam coś ważnego do zrobienia. A tam domyśli! On o tym dobrze wie. Sen jednak również ważny się czuje jak cała reszta. Mądrzejszy. Przecież też chce mieć swoje pięć minut. Ledwo się zorientowałam, odlatuję. Po chwili łapię się, że w pozycji siedzącej przysnęłam na moment. A może to trwało nieco dłużej? Koniec tego kładę się natychmiast. Wierzę mądrzejszemu, wiem, że chce dla mnie dobrze.

Noc
Noce bywają różne. Raz przesypiamy jak małe dziecko, innym razem coś ze snu non stop nas wybudza. Jeszcze innym Sen chce z nami po cichu pogadać. Przedstawia piękne lub mroczne historie. Może wtedy jemu nie chce się spać? Oj Śnie kochany, czasami mam do Ciebie żal. Dlaczego tulisz nas do snu, a potem spać nie dajesz? Może za to, że wieczorem walczymy z Tobą to jakaś kara?  Przecież wiem, że chcesz dla nas dobrze.

Poranek
Ostatnie tchnienie snu dzisiaj. Nad moim nosem lata mucha. Ociera się o policzki. Bronię się nakładając kołdrę. Sen zabrał mnie do Siebie i jeszcze nie daje za wygraną. Jedno oko próbuje się otworzyć. Drugie jeszcze mocno śpi. Czuję, jak pojawia się drobna asymetryczna mimika twarzy, ale reszta ciała rozpływa się jeszcze po łóżku. Przede mną widzę jeszcze jakieś senne scenki. Chce poznać koniec tej nocnej historii. Mucha o tym nie wie. Bawi się w zegar i twierdzi, że już późno. Podejmuję więc męską decyzję: Pora wstawać. Próbuję spuścić powoli jedną nogę. Waży chyba z tonę. Już prawie na ziemi, a tutaj słyszę głos: Jeszcze sekundkę. Obracam się w druga stronę. Co tam sekunda, myślę. Potem drugie i trzecie podejście. Sen powoli staje się coraz słabszy. Myśli pewnie Sobie: Teraz sam odpocznę, wrócę za godzin kilka lub kilkanaście i znowu zrobię jej niespodziankę. Tym razem inną.

Wstałam. Nad muchą mam litość. Zazdroszczę jej czasami, że taki z niej ranny ptaszek. Ptaka nie przypomina. Brzydka jest jak noc, ale to nie jej wina. Zabić gada co przeszkadza czy dać mu przeżyć? Daję jej spokój, chociaż mam możliwość zemsty. Kiedy wychodzę z domu i widzę, jak teraz ona przysypia słodko. Jakaś taka bardziej przyjazna się wydaje. Oho! Myśl przeszła: Sen znalazł sobie w ciągu dnia zajęcie i o muchę się teraz troszczy.

Wiecie? Czasami warto wieczorem Sen posłuchać. Wie, co robi. Czasami warto posłuchać go w dzień, kiedy chce nas zabrać na małą drzemkę. Czasami przebudzić się w nocy, kiedy woła, wstawaj na chwileczkę. W tym też ma jakiś cel. Śmiem twierdzić, że jest mądrzejszy od nas. Kto jak nie on lepiej wie, że kiedy jesteśmy chorzy, musi być przy nas nieco dłużej?
Pamiętajcie: Kiedy wszystko jest po jego myśli, jest spokojny jak baranek. Wtedy sam budzi nas wcześnie rano, a potem idzie dalej. Prowadzi nas przez życie z biologicznym zegarem w ręce. Wstawanie o piątej staje się wtedy czymś zupełnie dla nas naturalnym. Kiedy Twoja praca wymaga snu w dzień, potrafi się dopasować. Głupi nie jest. Ma dla Ciebie pełne zrozumienie. Tylko daj się ponieść. Tylko w jednym przypadku daj mu reprymendę: Kiedy przyuważysz, że Twój Sen jest wielkim, okropnym śpiochem.
Sen jest ambitny. Warto o tym też pamiętać. Kiedy zaburzamy mu jego własny rytm dnia, sam gubi się, a potem chce nadrabiać. Burzymy mu plany, chcemy przestawiać. On chce nam tylko powiedzieć: Zaufaj. Wiem, co robię. Dzień jest dniem, a noc jest nocą.

Możesz traktować go jak wroga, a możesz jak sprzymierzeńca. Możesz również próbować przechytrzyć i pewnie Ci się uda. W ostateczności do Ciebie należy decyzja. Warto różne opcje przetestować i wybrać tę, która służy Wam obojgu. Dbaj o Siebie. Śpij, czasami Śnij. Na zdrowie.