Malaga tygodniowy detox od odkurzania 1/2

Pierwszy poranny spacer po plaży. Plaża ciągnie się z Mijas aż do Malagi. A potem dalej, bo takie są właśnie plaże. Końca nie mają. Tutaj słońce trochę później się budzi. Leniwe jest ? Raczej nie. Powiedziałabym że życzliwe, bo daje ludziom pospać. Na plaży pusto. Jeszcze przez chwilę. Przyglądam się. Morze ma tu swój charakter i przyzwyczajenia. Bo wiecie, morza się różnią. Jedno lubi daleko zapuszczać się na brzeg i powtarza to codziennie gdy inne trzyma się od nas z dala, bo się nas wstydzi. Jedno jest głośne i rozkrzyczane, kiedy to następne siedzi cichutko jak trusia.

To Hiszpańskie ma temperament jak sami mieszkańcy. Waleczne jest jak andaluzyjskie byki. Może to morze jest złe za to, że na plażach nie wszystko to, co z morza ? Tu dużo znajdziesz też darów cywilizacji. Tutaj plaży nie czesze się z rana. Panie, które mają być dla tego miejsca jak mama, trochę macierzyństwem są znudzone. Mam wrażenie, że tutaj morze musiało szybko wydorośleć po to, aby móc radzić Sobie samemu, że za mało miłości dostało i dlatego teraz mniej zaufania ma do dorosłych. Samo jednak bardzo opiekuńcze jest w stosunku do dzieci. Chce dać to, czego samo nie dostało.

Słyszę i widzę radość tych co w morzu się pławią. Fale wyrzucają na brzeg łagodnie wszystkie pociechy się tu bawiące. Dość mocno kołyszą je jak w mega bujaku. Rytmicznie, miarowo, energicznie. Bo tu morze jest jak ojciec. Dla dzieci kołysankę śpiewa. Morze w tych okolicach ma mocny męski głos, który z czeluści płynie. Ono nie jest nam tutaj wrogiem.

Zbieram muszle, które woda na brzeg przyniosła. Są gruboskórne, ale nie dlatego że tak chcą. Tutaj woda ich nie rozpieszcza. Z tysięcy tylko pył został wymieszany z tutejszym grubym piaskiem i trawami morskimi. Ciemny piach dostaje się między palce. Bliżej wody jest ubity prawie na kamień, więc idzie się lżej. Tam, gdzie fala nie dotrze, piach zamienia się w żwirek. Pokonanie tego kawałka jest dużo trudniejsze. Raptem kilometr dalej zaczyna się trasa biegowa. Urokliwa. Na niej spotykam tych co biegać lubią. Najpierw kilku, a potem jest ich już setka. Nogi chcą biec. Dzisiaj mi odpuszczą, bo mam ze sobą aparat, ale jutro już nie będzie przeproś.

 

DSC02324 DSC02347 DSC02658 DSC02679 DSC02677 DSC02665 DSC02662 DSC02659 DSC02957

Malaga a w niej pierwsze koty za płoty 1/1

Czy planuję dłuższe wakacje, czy dwudniowy wyskok za miasto zazwyczaj jest tak samo. Rozeznanie się w nowym miejscu wymaga ode mnie nieco cierpliwości. Ale o tym później. Wyobraź Sobie, że mimo małych niedogodności, już na początku za oknem wyrasta na Twoich oczach bananowiec i kilka owocujących drzew cytrusowych. W drugim planie rosną wysokie palmy, a błękitne morze wyrzuca na brzeg muszle perłowe. Przez chwilę na chwilę, tych co teraz mają troszkę czasu, zabieram w najbliższych wpisach do słonecznej Andaluzji w południowej Hiszpanii.
Przyjeżdżasz na miejsce po długiej podróży. Oceniasz sytuację. Na początku zazwyczaj patrzysz nieco podejrzliwie. Podejrzewasz już, że będzie fajnie, ale czujesz się cały czas niepewnie. Żeby odnaleźć się w nowym miejscu potrzebujesz czasu. No bo przecież, zanim usiądziesz beztrosko na tarasie czy plaży, przed Tobą kroi się kilka wyzwań. Chociażby jak otworzyć drzwi, bo ustrojstwo nie zawsze ma tradycyjny kluczyk. Zastajesz zamek na palucha, gdzie trzeba 10 cyferek wstukać. Potem zapamiętujesz cyferki, bo będą towarzyszyć Ci często. Jeszcze częściej będziesz kody wstukiwać gdy głowa zapomina, bo dopiero za którymś razem się uda. Będąc już w pokoju czy apartamencie szukasz pierwszych przydatnych przedmiotów. Chociażby ręczników, bo chcesz prysznic wziąć po podróży. W łazience trzeba rozszyfrować jak się baterię włącza, bo jakaś taka nietypowa. Przy każdym wyjeździe inna. Życie nie może być proste – mówisz Sobie pod nosem i uśmiechasz się do lustra. Mała klamka do bramki. Znowu kody. Z jednej strony się przekręca z drugiej naciska. Chcesz coś zjeść. Nie wiesz, gdzie najbliższy sklep lub knajpa, a głód po podróży doskwiera. Szukasz i pierwsze miejsce wiele pozostawia do życzenia. Wiesz, że następnym razem będzie lepiej, bo to było na szybko. Kiedy już brzuch pełen, wszystko wreszcie oglądasz na spokojnie i bardziej szczegółowo.
Przy ścianie apartamentu rośnie kilkunastometrowa bylina o długich ciemnozielonych liściach, bananem zwyczajnym zwana. Owoce pozjadane, trzeba poczekać aż urosną następne. Po drugiej stronie chodnika drzewka cytrynowe. Zielone owoce dojrzewają w słońcu. Dotykasz. Takie prawdziwe ze skórką nieregularną, niezgrabne, mniejsze i większe, i takie z trądzikiem. Błyszczą się inaczej niż te sklepowe i jędrne w dotyku. Po prostu naturalne. Nie potrzebują oprysków ani lakierowania. Nie muszą być piękne. Mają dużo większą przewagę. Kiedy dojrzeją będą pachniały tutejszym słońcem, a smakiem żaden sklepowy owoc im nie dorówna. Drobne białe kwiaty zebrane w kiście na grubych pnączach zaplecionych o siatkę przypominają zapachem naszą rodzimą leśną konwalię. W drugim planie palmy i bielone budynki z granatowymi okiennicami. Idealne zestawienie kolorów biorąc pod uwagę, że w ich sąsiedztwie lazurowe morze i basen z wodą niebieską jak bratki. Na plaży piasek w towarzystwie skał. Piasek ciągle w ruchu, bo woda mu żyć nie daje. Skały jakby w miejscu z wodą dają Sobie radę. Morze szaleje. Na niebie ani chmurki.
Mija pierwszy dzień. Wszystko rozpakowane. Zagadki co, gdzie i kiedy rozwiązane. A jak wygląda potem ? W drugi dzień wiesz już wszystko, a po tygodniu czujesz się jak u Siebie w domu. Żal wracać. Spokojnie jeszcze nie wracasz. To początek. Czytając pytasz Siebie po cichu: Gdzie ja w ogóle jestem ? Zapraszam w okolice Malagi. Ciąg dalszy nastąpi.
DSC02947 DSC02339 DSC02336 DSC02323 DSC02321 DSC02318 DSC02310

Spalić go na stosie – Mazury 1/5

Przypłynęli razem. Obóz żeglarski. 10 żaglówek, piękne Antile z białymi żaglami w czarnych pokrowcach. Jedna obok drugiej. Prawie 80 osób. Wszyscy się znają. Nastolatki plus kilku młodych sterników. Rano zbiórka wśród drzew. Zadania rozdysponowano. Przysłuchuję się jednej grupce. Katolicy kontra jeden chłopiec innej wiary. Zielonoświądkowiec. Grupka żartuje: – Spalić go na stosie. – To dlatego tak daleko się wczoraj od ogniska trzymał. Słyszę i nie mogę uwierzyć. Chłopiec się jeszcze uśmiecha. Jeszcze, Padają pytania w jego kierunku. Jedno za drugim. To kim Ty w ogóle jesteś ? Wierzysz w Maryję ? Kto urodził Chrystusa ? Byłeś w Częstochowie ? Chodzisz do Kościoła ? Dziesiątki pytajników. Chłopiec nerwowo z ręki do ręki przerzuca wokół pasa miękki materiałowy portfel z drobniakami. Monety dzwonią jak dzwony w kościele. Dzwonów nikt nie słucha. Stara się udzielać odpowiedzi. Ale dzieci nie czekają na odpowiedź. One nie są po to, żeby słuchać. Zanim zapytały miały już wyrobione zdanie. Mają już swój kod w głowie i znają odpowiedzi. W ich pytaniach odczuwa się ironię. Chłopiec od początku jest na pozycji przegranej. Mam wrażenie, że niewiele brakuje, aby dla zabawy został ukrzyżowany. Kiedy młodzieniec zadaje proste pytanie zalega cisza. Dzieci nie potrafią odpowiedzieć. Dziecko jest zawiedzione, speszone i trudno mu się odnaleźć. Uśmieszków i żartów nie ma końca.

Smutny dla mnie widok. Dlaczego ? Bo to obóz katolicki. Chłopiec ma raptem 15 lat. Jak się tu znalazł ? Tato go zapisał. Świadomie czy nieświadomie w to już nie wnikam. Rozmowa z młodzieńcem to czysta przyjemność. Poznaję Chłopca, który ma swoje plany i marzenia. Pisze słowa i tworzy muzykę komputerową w stylu Rap. Z hip Hopem wiąże przyszłość i czeka aż jego głos zmężnieje, aby móc zacząć śpiewać. Gdyby to nie wyszło planuje zostać policjantem, bo chce pomagać ludziom. Ma kochającą rodzinę. Chce zdobyć patent żeglarza. Spełnia marzenia swoje i swojego taty. Poznaję kawalera, który nie przepycha się w kolejce, chętnego do rozmów, uczynnego który stanął przed nie lada zadaniem. Zadaniem uczestnictwa w obozie młodzieży katolickiej. W obecności księdza. Gdzie przez dwa tygodnie codziennie przygląda się codziennej porannej mszy. Gdzie stawia czoła młodzieży wychowywanej w katolickim duchu, która litości nie ma, choć mieć już może powinna. Miałam szczęście spotkać 1 z 23 tysięcy mieszkających w Polsce osób należącą do Kościoła Zielonoświądkowców. Spotkałam miłą naturalną w zachowaniu osobę, od której biło ciepło. Miałam okazję spotkać młodzież z duchownym na czele największej wspólnoty wyznaniowej w Polsce. Wspólnoty, gdzie miliony osób żyją w wierze poszanowania drugiego człowieka już od przedszkola. Gdzie młodzież uczestniczy w Dniach Młodzieży, a w mediach często słyszę: Miłujcie się. Daje dużo do życzenia. Czytam i obserwuję różne religie. Te dwie owszem coś różni, a tak mało o Sobie wiedzą. Obie wiary wywodzą się z chrześcijaństwa i obie darzą miłością Boga. Czy to nie wystarczy ? Czy warto toczyć spory o Maryję bez jej wiedzy ? Czy ktoś ją zapytał jak dalece chce być wyciągana na piedestały ? Czy miłujący Ojciec nie jest dla nas wszystkich jeden ? Czy to on nas dzieli czy sami Sobie nawzajem robimy krzywdę ? Czy oceniać człowieka po tym w co wierzy czy jakim jest dla nas, czy oceniać za czyny i czy w ogóle oceniać. Ile ludzi tyle zdań. Ja chłopca polubiłam bez względu na to w jakiej rodzinie się urodził. Bez znaczenia było mi do jakiej szkoły chodzi i w co był ubrany. Dobrze mi się z nim rozmawiało. W końcu każdy musiał iść w swoją stronę. Jego łódka z załogą odpływała. Chwilę postałam w zadumie zaskoczona tym co ujrzałam.

20160628_101755 20160628_100610

Wielki skok na małe bułki – Mazury 1/4

Bułki przyjechały. W środku lasu podjeżdża mały, biały, czysty samochód dostawczy. Sympatyczny Pan ubrany w białą koszulę drzwi odsuwa. Zapach jest. Pachnie jeszcze piekarnią chociaż pieczywo już ciepłe nie jest. Różnorodność, a i owszem. Może samochód nie jest zastawiony skrzynkami pod sam dach, ale jest  tego troszkę. Oceniam, że w sam raz, bo Pan wygląda na takiego co ma doświadczenie i przyjeżdża tutaj codziennie znając rozkład kto, gdzie i kiedy. Szybko ustawia się kolejka. Staję grzecznie. Wśród ludzi głównie małolaty co na obozie patenty robią. Młodzież śmieje, zabija czas zabawą, bo wtedy czas szybko leci. Każdy z nich czeka, bo mu się zwykłej drożdżówki zachciało. Każdy po tę jedną w kolejce stoi. Swoją ulubioną. Są też kobiety co chcą rodzince na łajbie rarytasy zapodać. Czyli świeże pieczywo z serem. Z masłem różnie bywa. Panie już prawie u celu. Tuż, tuż. Cóż za radość. Ręką do mnie machają. Za mną dwóch takich co pamiętają czasy trochę lat wstecz. „Jak za komuny” słyszę stwierdzenie jednego. Czasy PRL pamiętam. Wyostrzam zmysły ciekawa co się będzie działo. W świecie, gdzie sklep obok sklepu, gdzie mamy wszystko w zasięgu ręki dużo ludzi w jednym czasie chcą czegoś, czego jest mało. Patrzę na wspomnianych panów. Brzuszki tęgie. Mają zapasy, a jednak w ich oczach pojawia się strach jakby mogli nie dożyć jutra. Stoją za mną. Chyba jako ostatni. Jestem bardzo ciekawa jaki ślad ta komuna na nich zostawiła. W głębi duszy wiedziałam co mogą zrobić. Prosiłam dla zabawy: Chłopcy nie róbcie mi tego.
Komuna jednak górą. Obawy zrobiły swoje. Znalazły się znajomości. Było podszeptywanie do ucha. Podawanie po kryjomu pieniążków. Jeszcze nie było bułeczek, a już wielka radość. Bo udało się. Bez kolejki prawie. Szybkość działania, organizacja, spryt i pomysłowość do pozazdroszczenia. Minęliśmy się wzrokiem. Rzuciłam w ich stronę lekki uśmiech. Miał oznaczać rozumiem. Mówił do nich: „Chłopcy są przecież wakacje. Czasy się zmieniły. Ja też tamte czasy pamiętam, ale tamtego już nie ma.”. Zostałam ostatnia w kolejce. Z młodym chłopcem miło porozmawiałam. Popatrzyłam na młodzież prawie kończyli zajadanie się pączkami z lukrem, paluchami i drożdżówkami z dżemem. Panowie zniknęli ze zdobyczą. Przyszła moja kolej. Nadal było z czego wybierać. Zakupiłam co chciałam. Jakże różne potrzeby. Jak różne podejście. Mam wrażenie, że dawne metody, zdobyć, aby przeżyć, nie są już na czasie. Dzisiejsza młodzież nie musi uciekać się do takich kroków. Ma więcej cierpliwości i więcej luzu, a kolejki są dla nich bardziej atrakcją niż powodem do stresu.

Mobilna bezpłatna Szkoła Życia. Gdzie jej szukać i kiedy zapisać – MAZURY 1/3

Zabieram Was najpierw nad jedno z Mazurskich Jezior. Miejsce jedno z wielu. Gdzie często łajby się zatrzymują i dzieci często pełno. Ktoś chciał to miejsce uczynić bardziej atrakcyjnym, więc postawił dmuchańca i trampolinę. Ale dzieci nie są tego żądne. Urządzenia stoją puste, a one szukają atrakcji zupełnie, gdzie indziej. Ja to nazywam źle zbadany rynek. Rozglądam się. Nieopodal miejsce, gdzie dzieci są szczęśliwe. Zatrzymuję wzrok ma chwilę. Tam szkraby pływają z kołem ratunkowym w zimnej wodzie. Tam mogą wpaść do jeziora w ciuchach. Nie przeszkadza im to zbytnio. Chłopcy zwykłymi patykami dłubią w trawie lub z patykami biegają bawiąc się w wojnę na miecze. Są inne podobne miejsce. Pływając na żaglówce co rusz lokalizację zmieniasz. Na tym pływanie polega. Następne miejsce jest troszkę bardziej dzikie. Jest wieczór. Znowu grupa dzieci. Zagaduję dziewczynkę co palec w chusteczkę zawija skrupulatnie. To nic mówi, zaraz się zagoi, to tylko zadrapanie. Zdjęcie palucha daje sobie zrobić. Uśmiecha się i idzie dalej. Ta sama za jakiś czas kawałek chusteczki ma przyklejonej do nogi na chwilę, aby ranka przestała krwawić. Obok biegnie chłopiec z płaczem. Do rodziców po plaster. Ten plasterka potrzebuje, bo delikatniejszy ma nieco charakter. Za chwilę o bólu zapomina i biegnie bawić się dalej. Patrzę na małe ludki i stwierdzam fakt. Dzisiejsze dzieci też przepadają za zabawą w chowanego w lesie. Lubią zabawę w podchody bez względu na pająki kleszcze czy komary.
Z patykiem zrobią cuda. Trzeba zabawy w wojnę patyk w dłoń i jest wojna. Noc im nie straszna. Zapominają się w zabawie. Znakomicie dostosowują do warunków. Czasami z nosa leci katar, bo się zapomniały. Bo, mimo że wieczór nastał one nadal w wodzie lub na bosaka po chłodnej już murawie i piachu biegają. Katar przechodzi gdy słońce wychodzi. Dzielne maluchy. Przyglądam się 2 małym mężczyznom co wojownikami chcą być. Lat mają koło 10. Ktoś dał im siekierki do ręki, bo drewno na ognisko trzeba przynieść. Kroczą żwawo po ścieżce w posztukowaniu ofiar czyli jakiś złamanych drzew i gałęzi. Czasami łupem pada młoda samosiejka, choć wiedzą już, że świeże drewno się dobrze nie pali. Zerkałam mimo chodem. Zabawę mieli przednią.
Przeraża Was taki widok ? Przecież kiedyś to była naturalna kolej rzeczy. Wierzcie lub nie, ale nie jeden facet pozazdrościłby wprawy, siły, trafności uderzeń i zaradności. One nie mają tych zabawek w ręce po raz pierwszy. Są fachowcami. Te wszystkie dzieci są szczęśliwe, a radość czerpią z natury prostoty. Przy okazji szałas powstaje całkiem spory. Do zabawy dobry. Wchodzi jeden za drugim do środka. Konstrukcja na tyle mocna, że szałas trwa i nic się z nim nie dzieje. Jest taki jeden co szałasu pilnuje i nie da obcym dotknąć. Takie zabawy to symbol zmian naszych pociech. Gdzie dziecko zamienia się w zaradnego chłopca i przygotowuje do bycia prawdziwym facetem, kiedy wejdzie w dorosłość. Plemienne niby zabawy. Czy zdajemy Sobie sprawę jak dużo w nasze życie wnoszą ? Wieczorem nastolatka wyciąga gitarę. Zaczyna śpiewać. Wiedzie prym wśród dorosłych. Dzieci podsłuchują. Niektóre już nucą. Czuję się jak w szkole. Szkole życia, do której dzieci uwielbiają chodzić mimo ran, zadrapań i wszystkich niedogodności. Kilka informacji dla chętnych. Kiedy można zapisywać ? Od najmłodszych lat. Gdzie ? Wszędzie, gdzie jest troszkę mniej cywilizacji. Dlaczego ? Bo w takich miejscach łatwiej przeciąć jest pępowinę. Zostawić dzieciom i sobie więcej swobody. Tutaj dziewczynka uczy się jak być delikatną, ale nie przesadzać. Tutaj chłopiec uczy się operatywności. Tu wszyscy bez względu na wiek uczymy się życia w symbiozie i dystansu do wielu rzeczy. W Mobilnej Bezpłatnej Szkole Życia ocenę wystawia samo życie. Wystarczy troszkę poczekać.
DSC02068 DSC02155 DSC02153 DSC02148 DSC02147 DSC02145 DSC02080 DSC02079 DSC02071

No. 1 wśród nadbrzeżnych pomostów – Mazury 1/2

Była fantastyczna kąpiel w jeziorze. Tak około południa. Były szuwary i wydostawanie się z nich. Ale to było już po tym jak słońce było w zenicie. Nadszedł wieczór. Żeglarze szukają miejsca na nocleg. Na Mazurach o całkiem dzikie miejsca już trudniej. W nowoczesnych marinach za kąpiel pod prysznicem płacisz tyle, że jeszcze długo ją pamiętasz. Najbardziej popularne miejsca postoju to takie, które nazywam „pół na pół”. Jest tam sobie jakiś pomościk. Za przycumowanie do pomościku często się płaci, za drewno na ognisko również. Jest prysznic, ale jak się nie ma bilonu nikt nie ma wydać. Więc prysznica nie ma. Jest za to ten co zawsze pilnuje i Ci się przygląda. Ale za to ile wody w jeziorze tego nikt nie zliczy za nią się nie płaci, bo ona wolna od opłat. W takich miejscach pomosty czasami odpływają. Byłam świadkiem takiego zdarzenia. Ciekawe doznanie. Woda tańczy a Ty przywiązany do drewnianej konstrukcji z lodka zabezpieczoną obijakami czujesz się bezpieczny. Słyszysz jak coś skrzypi, a potem to już razem z pomostem odpływasz. Dobre duszyczki z sąsiednich łajb wskakują do wody. Bez namysłu. Bo to Ci, co służą pomocą zawsze i wszędzie. Woda wieczorem owszem ciepła, ale nad wodą powietrze dużo pozostawia do życzenia. Jest po burzy, późny wieczór i zrobiło się nadzwyczaj chłodno. A kotwicę trzeba rzucić daleko. Bardzo daleko. I to nie jedną, a dwie. Druga pożyczana. Trwa akcja. W ruch idą liny i kotwice. Ci, co zgłosili się na ochotnika ciągają własnoręcznie kilkusetkilogramową łódkę z powrotem na brzeg, aby mogła dołączyć do innych. Ci, co byli przycumowani po drugiej stronie też się nie nudzą. Również szukają nowej lokalizacji. Dobrze, że w tym miejscu jest nieco płycej. Od nowa przywiązujemy żaglówkę. Już tym razem do drzewa. O drzewach jeszcze będzie. Nawet pomost wrócił na swoje miejsce. Ładny drewniany, z polakierowanych desek w przyjemnym ciepłym pomarańczowo – brązowo – rudawym kolorze. Równo pozbijanych i dobrze obrobionych. Takich bez skazy. Ale na tym się kończy urok pomostu. Tak się okazało. Pozostała konstrukcja to kilka metalowych rur zabetonowanych w oponach. Całość połączona śrubami, na których czasami w domu wieszacie większy obrazek. Ja bym go pomostem do końca nie nazwała. Bo pomost ma służyć, a nie być elementem do podziwiania. Następny przystanek nazywam „dziki przez ludzi okiełznany”. No. 1. Tutaj pomosty nie odpływają. Tutaj przejścia i estakady tworzą korzenie przybrzeżnych drzew, które głęboko wchodzą do wody. Tu pomosty buduje natura. Nie brakuje w tym miejscu starego zadrzewienia i pozostałości w postaci pni raptem metr czy dwa od brzegu. Z wiekiem urosły w siłę. Nikt ich stąd nie ruszy, bo jak to mówią starych drzew się nie przesadza. Drzew to przysłowie też dotyczy. Ich miękka skóra korą zwana krzywdy łódce nie da zrobić. Nawet jeśli wiatr łódkę na drzewa rzuci one delikatniejsze niż betonowe nabrzeże, które nie ma litości. Maszt i gałęzie drzew również się nieźle dogadują. Jedno dopasowuje się do drugiego. Co najwyżej maszt suchą gałąź gorzej potraktuje. Drzewo wybacza, a nawet szczęśliwe, daje w zamian przyjemny cień i ochronę przed słońcem. Nastaje ranek. Patrzę na wodę. Słońce zza horyzontem wstydliwe. Zastanawia się czy wyjść czy nie wyjść. Codziennie tak ma. Zerkam za siebie. Kilkanaście metrów od brzegu na dość stromym wzniesieniu miejsce kontemplacji nie jednego. Miejsce Boskich Posiedzeń czy jak kto woli WC wśród drzewostanu. Drzwi szeroko otwarte. Na łódkach wszyscy śpią. Udaję się w tamto miejsce. Przyznam się Wam po cichu. To niezapomniany widok podziwiać wschód słońca z leśnej toalety na wzgórzu. Kiedy pomarańczowa kula nabiera odwagi i sił, aby zdobyć dzisiaj cel i dojść do zenitu. Kiedy na tafli parująca woda wygląda jak dym unoszący się nad ogniskiem, które kilka godzin wcześniej ktoś rozpalił na powierzchni całego jeziora a potem wygasił. Takich miejsc, kiedy chcecie nie znajdziecie na mapie one pojawiają się na waszym szlaku tylko na chwilkę, na jeden moment. Żeglowanie, widoki z nietypowych miejsc, naturalne pomosty i wschody słońca z bezpłatnej wygódki. To dzisiaj No. 1 na mojej liście miejsc noclegowych.

DSC02056 DSC02204 DSC02211 DSC02212 DSC02220 DSC02221 DSC02228 \

Dlaczego szczypiorek rośnie na środku jeziora i do czego go używać – Mazury 1/1

Od miesiąca z ust ludzi padały słowa: Mogłoby być cieplej, oj mogło. Kiedy tak bardzo dużo ludzi coś chce nie ma przeproś. Przecież marzenia się spełniają. Nadeszły upały. A jak upały to burze. Burze z piorunami. Jestem na Mazurskich Jeziorach. Na środku jednego z nich. Takie tam małe żeglowanko. Parno. Słońce ustawia potencjometr na maksa. Flauta. Żagle głodne wrażeń. Silnik czeka na sygnał gdyby nic się nie zmieniło. Na niebie drobne chmurki. Na środku jeziora żaglówki. Białe, a czasem innego koloru płótna tylko od czasu do czasu łapią powietrze muśnięte lekkim wiatrem. Prawie stoją lub leniwie się przesuwają. Wszystkie kolory wyostrzone. Jak na cudownym letnim obrazku z wakacji. To najlepszy czas na wodne zabawy. Wystarczy koło ratunkowe, kapok, kawałek liny. Na żaglówce o takie rzeczy nie trudno. I chlup do wody. Woda czysta. Schładza natychmiast. Słońce odbija się w czystej tafli. Błyszczące jak lustro krople wody na ciele zbierają promienie słoneczne obdarowując Cię cudowną równomierną opalenizną. Takiej nie uzyskasz w żadnym solarium. Żaden krem nie zastąpi.
Ci, co w wodzie siedzą szczęśliwi. Jakbym patrzyła na letni kulig, gdzie łódź ciągnie cały peleton dzieciaków i tych co jak dzieci się bawią. Urokliwy widok. Sternik rozmawia, ale robi swoje. On pilnuje. On czujny.
Każdy żeglarz wie, że za chwilę wszystko może się zmienić. Ja wiem. Nagle wietrzyk powiał. Taki inny. Nagle chmurki z obrazka zniknęły. Niebo zmienia się niespodziewanie. W miejsce lazurów i błękitów pojawiają się szarości. To sygnał, że trzeba wychodzić z wody. I w nogi. Kwestia minut, a wszystko może wyglądać jak w filmach Alfreda Hitchcocka. Szkwał i burze z piorunami na środku jeziora to zjadane przelewki. W niedalekiej oddali most. Złożenie masztu i przepłynięcie pod mostem na co dzień to nic niezwykłego. To normalna procedura tam, gdzie mosty i kanały. Ale most i burza razem wzięte to dla żeglarza wyzwanie. Kiedy przy moście łapie Cię deszcz wszystko jest ważne. Jakie kto ma zadanie i gdzie ma być w danym momencie. Gdzie mają być dzieci i gdzie wszystkie rzeczy, które mogą uratować życie. Czy silnik będzie miał wystarczająco dużo sił. Dlaczego łódka nie ma sterowności i co z mieczem. Czy śruba blokująca maszt będzie dała się tym razem odkręcić i czy da się maszt złożyć, kiedy z łódką wiatr zaczyna tango tańczyć. Woda o wiatr zazdrosna zaczyna łajbie dokuczać, choć ta niczemu nie jest winna. Ważna jest każda sekunda, a nerwy niewskazane. Wiatr i H2O są jak kolega z koleżanką. Znają się od zawsze. Często jest im razem dobrze. Kiedy jednak nie mają wspólnego zdania, a zdarza się tak często, pokazują swoją siłę. Dobrze jest o tym pamiętać. Kiedy łódka ląduje w szuwarach jest dobrze. Szuwary w znaczeniu trawy rosnące kępami. Znajomy woła na nie pieszczotliwie „szczypiorek”. Szczypiorek rośnie na środku jeziora. Ktoś może powiedzieć, że te chaszcze są niepotrzebne. Ja powiem: wszystko jest po coś. Czasami trawska można podziwiać, a czasami ratują życie. Ile uratowały stworzeń tylko one wiedzą.
Dlaczego, więc szczypiorek rośnie na środku jeziora ? Bo jest tam potrzebny. Jak go używać ? Czasami szukać w nim schronienia. Oplecie swoimi ramionami jak kochana babcia. Przytrzyma, kiedy trzeba, a gdy niebezpieczeństwo minie przywróci wolność. Wiatr, woda i inne żywioły. Nawet jeśli jesteśmy na nie przygotowani zawsze spłatają nam figla. Ba. Czasami takiego, że wyzbierać się trudno. Stawiają przed faktem nagle. I tak jak szybko przyszły znikają pozostawiając ślad, emocje i wyzwania. Żeglarstwo, surfing, kating, wioślarstwo, kajakarstwo i inne sporty wodne to piękna przygoda. To moc niezapomnianych wrażeń. Chwile do pozazdroszczenia. Kiedy jednak jesteście w miejscach, gdzie spotyka się wiatr z wodą pamiętajcie: Czujnym być warto zawsze. Cudownych wakacji nad wodą i nie tylko wszystkim moim czytelnikom życzę.
DSC01919 DSC01923 DSC01934 DSC01942 DSC01976 DSC01978 DSC01980 DSC01982 DSC01988 DSC01990 DSC02009 DSC02015 DSC02027 DSC02060 DSC02143 DSC02281 DSC02285

ZAZ – MUZYKA WIELU POKOLEŃ

Posłuchałam. Zobaczyłam. Dzisiaj troszkę o Isabelle Geffroy z paryskiej ulicy Montmartre. Popularnej i znanej pod pseudonimem ZAZ.

Chyba wolę ją z długimi włosami nad, którymi trudno zapanować. Takie czasami zebrane fikuśnie w niebieską chustę. W czerwonych luźnych spodniach w kratkę i prostej czarnej koszulce na ramiączkach. Isabelle, która przycupnęła przy ścianie blaszaka. Zamyśloną, zapatrzoną gdzieś w dal z głową pełną młodzieńczych marzeń. Bez żadnych ozdobników bez zbędnych makijaży. Tak pamiętam pierwsze zdjęcie, na którym ją zobaczyłam. Jeszcze jej głosu nie znałam. Skromna i delikatna za to głos przeciwnie. Potem kilka kawałków usłyszanych w klubach. Skojarzyłam. Kupiła mnie swoimi piosenkami. Wpadły w ucho. Potem były następne. Różnorodne.

Lubię ją również jako panienkę z buzią wymalowaną na kolorowo, bo to klimaty, które do niej niesamowicie pasują. Teraz nieco dojrzalsza dała koncert w Polsce. Włosy podcięte podkreślają upływający czas i artystyczną dojrzałość. Na scenie energiczna, a co najważniejsze swobodna. Jest cały czas Sobą. Uroczo poprawia podwijającą się króciutką sukienkę zaciągając ją na kolana. Ale sukienka nie słucha. ZAZ żartuje. Nie wie jak na krześle usiąść. Ale po co ma siadać. Śpiewa na stojąco, pięknie romantycznie i sentymentalnie. Ale nie tylko. Klimaty koncertu niebanalne. Trochę rockowych rytmów dla młodych, troszkę spokojniejszych kawałków dla starszych. ZAZ wie jaką ma publikę. Bo ZAZ słuchają wszyscy Ci co ją usłyszą mimochodem. Widać to po Sali, po której się rozglądam. Obok młody chłopak nuci. Widać, że dobrze zna francuski i że ZAZ to jego faworytka. Dwie rozbawione, w średnim wieku koleżanki bujają się w prawo i lewo, aż cały rząd się trzęsie. Jedna z pań w rzędzie jajka przez to znosi, bo nie może tego wytrzymać. Szuka winnego trzęsienia, bo chce się na spokojnie wsłuchać. Jakaś starsza Pani zapatrzona, choć muzyka ostra, chyba z wnuczką przyjechała. U Słuchacza siedzącego obok mnie powieki opadają. Mam wrażenie, że drzemie. Mylę się. On nie śpi. Wsłuchuje się w rytmy. W muzyce artystki można doszukać się kawałków bluesa, a jazz i soul przeplatają się ze sobą. Dla tych co lubią latino też się coś znajdzie. Rock mam wrażenie dominuje na początku, aby pobudzić wszystkich. Charakteru nadaje. Ja czekam tych kameralnych kawałków. Właśnie takimi ZAZ porusza struny w duszy niejednego. Eblouie Par la Nuit – oślepiona przez noc snopem zabójczego światła – płyną słowa ze sceny. To coś dla mnie.

Scenografia do każdego kawałka inna, tak jak artystka. ZAZ śpiewa, a na scenie pojawia się kobieta. Kręci się po domu. Lampą huśta. Kobieta prawdziwa czy iluzja, sama już nie wiem. Może to sama ZAZ, bo zniknęła mi nagle z oczu. Innym razem artystka gwiazdami się bawi, a, kiedy indziej jakbym kreskówkę w kinie oglądała na wielkim ekranie. To widzę. A co słyszę ? Rodzaj zastosowanych instrumentów nie do zliczenia. Wszystko nieprzewidywalne. Urzeka gra na akordeonie. Instrumenty dęte to dla mnie mistrzostwo. Czuję jak ZAZ tworzy klimaty Paryża i zabiera publiczność do stolicy Francji na różne sposoby. Raz za pomocą strojów, innym razem za pomocą słów. Mocny głos artystki szybko przenosi mnie do klimatycznego Bordeaux rodzinnego miasta artystki. Nie byłam. Ale czuję że tam jest super. Cała Francja ma swoje klimaty. Chcesz to państwo poznać bez wychodzenia z domu ? Oglądnij romantyczną komedię z Meg Ryan „Francuski pocałunek”, a potem wycisz chałupkę i wsłuchaj się w ZAZ. Obie artystki są dla mnie jak dwie trzpiotki, które potrafią wnieść w życie wiele radości. Jeśli dzięki nim przez jeden wieczór zakochasz się we Francji pomyśl o wyprawie. Poszukaj tam ZAZ na ulicy, z której trafiła na scenę lub znajdź miejsce, w którym przesiaduje, a które widnieje na okładce jej płyty. Poza miastem zasmakuj wina, o którym tak pięknie opowiadają w filmie. Tak zaczyna się planowanie tak spełnia własne marzenia, które często są na wyciągnięcie ręki. Wracamy na scenę.

Piosenkę Je veux – Ja chcę – śpiewa cała publiczność. Piosenkarka niewiele pomaga. Ma wiarę, że ten kawałek wszyscy znają. Tupie śmiesznie na scenie. Przebiera nogami. Bo jej ruchy są inne i nie wydają się tak zgrabne jak u innych artystek. Zabawne i bardzo do ZAZ pasujące. Dziewczyna co w trampkach chodzi, a szpilki są jej obce. Już by chciała się dołączyć, ale nie. Czeka do drugiej zwrotki. Śpiewa: „Mam dość waszych dobrych manier, to za dużo dla mnie. Ja jem rękami i taka właśnie jestem”. Taka właśnie jest naturalna Isabelle. Bawi się na scenie wszystkimi swoimi radościami i smutkami.

Słowami z tej piosenki: „Mówię otwarcie i jestem szczera” zakończę ten wpis. Bo mówię otwarcie, że ZAZ warto słuchać nawet jeśli język jest nam obcy. Szczerze to mówię. Słowa to jedno, można je zawsze przetłumaczyć czy podglądnąć. Ale czasami wystarczy zamknąć oczy. U ZAZ domyślisz się szybko o czym śpiewa, włącz tylko w słuchanie serce.

20160615_202025

Największa Artystka Świata – Drawsko cz. 5

Wymykam się z rana w kierunku jeziora. Słońce już ponad horyzontem. Jasno. Kłódkę wiszącą w bramie ściągam, a przechodząc na drugą stronę zostawiam jak zastałam. Nie śmiem zabierać przywilejów właścicielowi. Otwieranie i zamykanie posesji, jak i karmienie psiaków to tutejsze rytuały. Za bramą i wielohektarową działką  pola się ciągną.

Dolinkę mgła pokrywa. Jest jak bielutka lekka pierzynka z naturalnego pierza. Konkurencja dla niebieskiego nieba i chmurek, które przy mgle wydają się dużo cięższe. Idę w jej stronę, żeby dotknąć i poczuć jej świeżość oraz wilgoć, którą pozostawia w powietrzu. Samo zdrowie dla cery. We mgle ukryte są wszystkie zapachy tutejszych ziół i kwiatów. Wydaje się tak niedaleko. Raptem 500 metrów może 1 kilometr. Kiedy dochodzę mgły już nie ma za to odkrywa przede mną piękno tego miejsca. Zostawiła po sobie rosę na trawach. Błyszczące jak koraliki kropelki wody wiszą na utkanych jak babcine koronki pajęczynach. Misterna robota. Przyroda budzi się do życia. Robaczki kochane zaspane. Pająki wiedzą o tym i czujnie czekają. Ale muchom nie chce się jeszcze latać, a chrząszczom tym bardziej. Ślimak leniwie przez drogę przechodzi. Wiecie jak porusza się ślimak ? Ten chodzi dwa razy wolniej. Leniuszek. Czarna brzydula, a jednak jakaś taka na zdjęciach urokliwa wychodzi. Przed zdjęciem mi nie ucieknie bestia co domek zgubiła. Rozglądam się po polach. I co widzę ? Pracę zespołową pajęczaków. Jedno wielkie dzieło sztuki pokrywa łąkę. Gdzie nie spojrzę artystyczne dzieła. Warte wpisu do księgi Guinessa. Delikatne sieci jedna prawie przy drugiej. Gdzie wzrok nie sięga mienią się w słońcu większość w kolorze białym, ale są takie, gdzie kolory tęczy można dojrzeć. Na zdjęciach uwieczniam. W trawach i powietrzu życie tętni. Ważki mają niepowtarzalne kolory. Lazurowy przechodzi w szafir i miesza się z żywą zielenią. Czyste nieskażone. Skrzydełka ważki wyglądają jak sieci, których oczka jedwabiem są wypełnione. Robiąc zdjęcie nie trzeba nic podkręcać w Photoshopie. Twarde pancerze żuczków mienią się złociście. Nawet muchy mają swój urok, choć dla mnie osobiście najmniej urokliwe. Przyroda która nie potrzebuje poprawek zaskakuje mnie co krok. Na drodze kałuża w kształcie serca. Krople deszczu, które spadły wcześniej z nieba znalazły swój azyl w odpowiednich kształtów dołku. Kilka kamyków wpisane w założenie jak projektowane. Pięknie wygląda. Jakby ktoś dla kogoś stworzył misterne dzieło. Gra kolorów roślin, zwierząt i ziemi, po której stąpam zachwyca. Urzeka. Paleta barw nieprzebrana i w odpowiednich zestawieniach. Wrażenie, że tu nic nie dzieje się z przypadku. Wena twórcy nie zna tu granic. Oko cieszą dzieła umykające, które pojawiają się na chwilę, jak i te co powstają latami i czas ich jeszcze długo nie tknie. Na odcinku pół kilometra spotkałam Największą Artystkę Świata – poznałam Panią Naturę.

DSC01115 DSC01123DSC01026  DSC01135 DSC01142 DSC01154 DSC01134 DSC01191DSC01161 DSC01203   DSC01227DSC01207 DSC01231 DSC01238 DSC01265DSC01214  DSC01307 DSC01348 DSC01355DSC01271

8 powodów dla których warto spędzić wakacje wśród pól i lasów – Drawsko cz. 4

Agroturystyka nad wodą i swojskie klimaty. Jadąc w takie miejsce garnitur i szpilki zostawia się w domu. Tutaj przyjeżdża się, aby pobyć z dala od cywilizacji. Czasami odpocząć od dzieci. Połowić rybki i pagajami pomachać. Tak dla zdrowotności. Na posesji łodzie, a w powietrzu czuć wodę. Tu się większość na łowieniu ryb zna. Faceci i kobiety wędkują namiętnie. Ja się znam tylko na ryb jedzeniu. Siedzę na huśtawce. Czas leniwie leci. I przyglądam się za co ludzie wieś lubią.

– Za kury i koguty. Koguty pieją. Myślałam, że tylko wczesnym rankiem, ale one już tak od godziny nadają i wcale nie od wschodu. Mówię im, że już wstałam. Ale co tam przecież nie dla mnie gardła zdzierają. Chcą zapewnić kurom życiodajne ziarna. Strażnicy kurnika chcą się przypodobać i każdy być pierwszy przed konkurencją. Bawi mnie to. Kogut który zawsze ma ochotę, ale nie zawsze może, chce się przypodobać kurze, która zawsze może, ale nie zawsze chce. Teraz widocznie nie chce. Śpi jeszcze. Przecież będzie miała dla niego cały dzień. Tyle o krzykaczach.

– Za lokalną ludność. Właściciel posesji dogląda. Kury wypuszcza. Ogarnia wszystko. Na koszulce ma napisane: Na mnie się nie krzyczy, mnie się przytula. Bardzo ciepła osoba. Otwarta. Pomysłów na smaczne potrawy ma niezliczenie dużo.

– Za jedzonko. Drzem cytrynowy, powidło z zielonych pomidorów. Rzodkiew naciowa na delikatnym sosie jogurtowym z miodem z mniszka lekarskiego, zupa kukurydziana, naleśniki gryczane jeszcze gorące, wyciskane soki i swojskie nalewki. O tym się tutaj mówi. To się tutaj jada. Dieta bezglutenowa czy wegetarianizm to żadne wyzwania. Mam wrażenie, że pomysły czekają w kolejce. Ogródek i las w pobliżu domu potwierdzają, że wszystko tu swojskie i świeże.

– Za kociaki. Koty oczekują na wędkarzy, bo zawsze jakaś mała płotka im się do pyska dostanie. Miłe są gdy masz coś dla nich albo biznes mają. Kociaki słodziaki nie bezinteresowne.

– Za huśtawkę. Na której mogę się właśnie huśtać. Chwilkę lub od rana do wieczora.

– Za trawę niewykoszoną. Tu wszystko to dzieło natury, tylko lekko okiełznane. Ogródki jak z obrazka i masą urządzeń przeciw kretom, komarom czy kotom, które mają perfekcji nie niszczyć w takim miejscu nie uraczysz. Tu wszystko reguluje przyroda.

– Za jaskółki. Patrzę nieco w lewy bok i w górę. Jaskółki gniazdo na słupie Sobie uwiły. Też już wstały. On i ona. Drobinki obie. Białe brzuchy pokazują. Nie gdakają za to od razu biorą się do pracy. Razem z innymi. Bo wszystkich to z kilkanaście jest. Słodziaki. Siedzę przy nich, bo wiem, że tu żaden komar się nie odważy przylecieć ani nawet mucha.

– Za czas na rozmowy. Na krzesełku Pani wpatrzona w dal. Siadam i rozmów nie ma końca. O życiu, o tym jak się dzieci kiedyś wychowywało, o zbiegach okoliczności o radościach. Babcia ma lat ponad 80. Od takich ludzi się dowiesz, że tak bez miłości to nie warto zaczynać, a jak jest miłość to czasami 60 lat razem mija jak z bicza. Przyjemne rozmowy o życiu, w którym czasami radość, a innym razem smutek gości.

Na skraju miast i lasów gdzie drogi bez asfaltu prowadzą do celu masz czas na szwendanie się po polach, lasach i łąkach, na patrzenie pół dnia w wodę i na nic nie robienie.

DSC01252DSC01046DSC01012 DSC01016 DSC01017   DSC01076 DSC00917DSC01288DSC01066   DSC01290DSC01325

 

Boso czy na bosaka ? – Drawsko cz. 3

Ciekawe są okolice Jeziora Drawsko. A nazwy lokalnych przysiółków jeszcze ciekawsze. Warniłęg, Mięcidół. Ćwiczę pamięć. Jadę wokół jeziora. Droga wąska. Widoki których nie uraczysz tam, gdzie mieszkam. Wielkie pola roztaczają się po obu stronach drogi. Wszędzie polne kwiaty. Raz są to całe łany innym razem tylko, gdzie nie gdzie. Biało się robi i żółto. Czasami kończą się rozległe łąki i jakiś dom ukaże. Ale polne kwiaty wchodzą do ogrodów. Ludzie o to dbają. Tu nie zobaczysz wymyślnej katalpy czy tui wystrzyżonych. Tutaj góruje natura. Na wąskiej drodze słońce obrazy z cienia maluje, bo przy drodze co rusz aleje drzew. Kasztany dumne po obu stronach stoją wchodząc prawie na asfalt. Zaraz potem drzewa liściaste, a wśród nich strzeliste graby, które chcą najszybciej z całego zadrzewienia dotknąć nieba. Choć mają swoje lata ich jasno szare błyszczące w słońcu strzeliste prościutkie gładkie pnie wyglądają bardzo młodo przy strzępiastych szaro burych pniach starych sosen. Korzenie wychodzące z ziemi przypominają kurze łapki. Przyroda potrafi zachwycać detalami. Aby być w zgodzie z naturą buty zdejmuję. Prowadziliście kiedyś samochód na bosaka ? Goła stopa dotyka pedałów. Niezłe doznania. Zupełnie inna jazda. Inne skupienie i inne bodźce się odbiera. Gdy na zewnątrz ciepło w samochodzie w stopy jest chłodno. Praktykuję od czasu do czasu gdy jadę nad wodę czy na wieś.

DSC01039DSC01342 DSC01092 DSC01094 DSC01097 DSC01100 DSC01349 DSC01380 DSC01335

A jest ich tyle, że nikt nie wie ile – Drawsko cz. 2

Droga chwilowo nudna. Ale co to ! Pola facelii robią wrażenie. Fioletowe łany drobnych kwiatów ciągną się po horyzont. Główka przy główce zawieszone na mięsistych mocnych łodygach. W odbiorze trochę kłujące jakby broniły się przed światem. Dziecinę w pole wpuściłam. Dzielnie to zniosła. Widok facelii boski dla tych co im się już żółty rzepak znudził. Warto zatrzymać się lub chociażby zwolnić. Polecam otworzyć okno. Zapach zapiera dech w piersiach. To dlatego pszczoły ją uwielbiają. Robi wrażenie. Przełamuje nudę podczas podróży.

DSC01395DSC01409DSC01399 DSC01417

Czy Piła jest ostra i czy w zamku Drahim straszy – Drawsko cz. 1

Piła. Zatrzymuję się tu tylko na chwilkę. Wyostrzam zmysły. Nazwa jaka jest to jest. Wydawałoby się, że będzie jakoś tak kanciasto i oschle. A tu co ? Ostro owszem drogi remontują. A reszta zaskakuje. Ludzie mili i cierpliwi. Uśmiechają się. Pani w Aptece rzuca wyzwanie. Zbyt duży wybór. A Pan za mną banan na buzi. W innym miejscu już czoło by się marszczyło. Miasto jak to niektórzy mówią wrażenie skromnego. Dzieci w kałuży i na kawałeczku trawnika przed blokiem się bawią. Trawnik trawy mam wrażenie nigdy nie widział za to czarnej ubitej ziemi tu dużo. Piła architektonicznie mało ciekawa. Ale zatrzymać się na chwilkę w podróży w lokalnych sklepikach nie ma się co obawiać. Jadę dalej.

Zamek Drahim. Dziwne miejsce. Specyficzne. Takie jakieś mało średniowieczne, choć same mury czasy Krzyżaków pamiętają. Mało tych murów, a przy wrotach lniana lina. Pociągam. Dzwonek słyszę. Otwiera młoda dziewczyna i do środka zaprasza. Kilka osób się kręci jakby tutaj mieszkali. Starsza Pani w białej prostej sukni biega po dziedzińcu. Pokręciłam się trochę. Szlakiem pajęczyn przeszłam. Kilka pomieszczeń i zbroje zardzewiałe luzem porozrzucane pooglądałam i podotykałam. Może miejsce nie zachwyciło do końca, ale narzeczoną dla Stefana znalazłam i podglądnęłam tutejsze życie, które toczy się jak setki lat temu bez pośpiechu. Tylko, że ludzie teraźniejsi. O Stefanie przystojniaku pisałam jakiś czas temu. Jadę dalej i znowu się wsłuchuję i rozglądam. A co zobaczyłam o tym w następnym wpisie.

DSC00920 DSC00993DSC00982  DSC00949

DLACZEGO CZASAMI WARTO JEŹDZIĆ W KÓŁKO

Jeżdżę wokół jeziora. Jezioro jest okrągłe to i jazda jest w kółko. Robię pierwsze okrążenie. Mijam starszą kobietę. Drobina szybkie żwawe kroki stawia. Przed nią psiak mieszaniec. Oboje bardzo pogodni. Widząc mnie starsza pani na dzień dobry daje mi w prezencie uśmiech. Długi i szczery, więc pozostaje w mojej pamięci. Białe zęby lśnią w porannym słońcu. Uśmiech za uśmiech. Mijamy się i każdy podąża w swoją stronę. Drugie okrążenie. Z daleka widzę znajomą mi osóbkę, a ona widzi mnie. Oprócz uśmiechu od ucha do ucha pojawia się Dzień dobry. Głos ma miły. Jakbyśmy się dłuższy czas znały. Okrążenie trzecie inaczej być nie może. Pies ogonem macha i z daleka wiem, że się zatrzymam. Tematów do rozmowy z tak pogodnym tubylcem jest wiele. Czwarte kółko to czas refleksji.

Z takimi ludźmi warto zacząć dzień. Przy takich ludziach świat z rana kolorów nabiera. W ośrodku, w którym jestem domki nie mają gwiazdek. Ale śpię pod czystą białą pościelą, a pod prysznicem mam zawsze ciepłą wodę. Tutaj, gdzie na śniadanie Pani kucharka widząc, że nie jem mięsa z dbałości o moje dobro jajecznicę proponuje, choć wszystkim parówka przysługiwała. Gdzie ludzie na ścieżce rowerowej ręką machają, choć całkiem im obca jestem. Gdzie w lokalnym sklepiku można pożartować, a Pani mimo krótkiego sezonu i przy konkurencji okolicznych sklepów mówi, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Gdzie psiaki się łaszą. Gdzie spokój i dobre słowo można znaleźć na każdym kroku.

Często słyszę zmieniaj coś w życiu i nie popadaj w rutynę. Rób inaczej, a nie ciągle tak samo, bo wyrobi się nawyk. To wszystko prawda. Ale ważne, aby nie przesadzić w żadną stronę. Dlatego czasami wybieram nowe miejsca i to, co nieznane, a czasami jeżdżę w kółko i powracam do miejsc, które miło wspominam i które mi służą. Polecam odkrywać Polskę.

DSC00576 DSCF1187 DSCF1132 DSC00899 DSC00607 DSC00586 DSC00578

DSC00628

ŚWIAT Z PERSPEKTYWY ROLKARZA

Jest wczesny poranek Przede mną ukazuje się ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż brzegu jeziora. Buty rzucam w krzaki. To dobre miejsce. Nikt nie weźmie, bo po co komu takie. A zresztą przecież każdy ma swoje. Na nogi rolki ubieram. Ledwo zaczynam jazdę, a już przystaję. Dęby z gruboskórnymi liśćmi, sosny z żółtymi przyrostami i postrzępione białe kory brzóz lśnią w porannych promieniach. Wiosna. Zapachniało lipą. Listki stoją nieruchomo jak na obrazku. Słońce wzeszło, malując na horyzoncie jeziora kolorową poświatę, która pnie się w kierunku nieba. Mienią się na wodzie różowy z pomarańczowym kolory wymieszane. Po ścieżce rowerowej szaro – bury kot się przechadza. Kroczy majestatycznie i w jezioro spogląda. Obok ślimak dużo mniejszy, ale podobnego koloru. Jedno i drugie w paski. Śmiesznie razem wyglądają. Po drugiej stronie jeziora koncert. Tam królestwo żab. Mają rano dużo do powiedzenia. Przekrzykują się, a ptaki słuchają i mówią w przerwach. Nie konkurują ze Sobą. Siedząc na drzewach, śpiewają swoją melodię. Spokojniejszą wolniejszą i w nieco innej tonacji. Na molo pachnie rybami. Horyzont z linami poręczy pomostu się zlewa. Wędkarz małomówny, ale wiem, że ryby nie biorą. Inteligentne wiedzą co robią. Jest im dobrze to, co będą zmieniać. Pająk chyba też odpuścił. Jego posesja jakaś taka zaniedbana. Chyba opuszczona. Na brzegu puchata pałka wodna znalazła miejsce, przeistacza się cały rok. No i nieźle rozmnaża. Zasiłek 500 plus się należy, tylko zapomniała złożyć stosowne papiery. Zaraz za roślinnością zakochaną parę łódek widzą. Ludźmi się nie przejmują. Przytulone do siebie. Na wodzie dwa łabędzie. Duże. Wielkie. Nie prawdziwe. Takie rowerki do pływania. Chyba lekko nie jest nimi pedałować.

Zastanawiam się, kto chce tak Sobie życie utrudniać, skoro i tak już ludzie twierdzą, że nie jest w życiu lekko. Obok mała prosta łódka prawie nic nie waży. Ja wiem którą bym wybrała. A Ty wiesz ?

Rozglądam się. Chyba już tu byłam przed chwilą. Ta sama mewa na ten sam słup znowu przyleciała. Ten sam małomówny wędkarz tylko w innym miejscu, przesiadł się. Przypomniał mi, że czasami miejsce warto zmieniać. Dzisiaj pojechałam w prawo, a jutro pojadę w lewo. Na to samo jezioro zerknę, aby mogło odkryć przede mną zupełnie coś nowego. Zaskoczyć mile. Jazda na rolkach daje możliwości. Jest czas pomyśleć, jest czas, aby się porozglądać i jest czas, aby wracać. Buty stoją na swoim miejscu. Dzielnie czekały. Ubieram. Wracam w to miejsce również wieczorem. Wtedy wszystko się wyostrza i w wodzie jak w lśniącym wypucowanym środkiem czystości lustrze odbija. Łódek jest dwie, a łabędzi dwa razy tyle niż za dnia. Kolory znikają. Woda i las idą spać. W takich miejscach wypoczywam.

DSC00611 DSC00604 DSC00599 DSC00595 DSC00591 DSC00588 DSC00579 DSC00575 DSC00573

 

TAJEMNICA MIŁOŚCI W PEWNYM UROKLIWYM PAŁACU

Miejsce historyczne. Pałac. Dla niektórych jeden z wielu. Dla mnie niepowtarzalny. Poszukam tu coś ciekawego. Tego o czym przewodniczka nie powie i przewodniki nie piszą. Dzisiaj na tapecie oczy i usta. W oczy ludziom zaglądam. Na mimikę twarzy patrzę. A jest komu. Teraz sprawdźmy co można w pałacowych kątach wyszukać.

Młoda przewodniczka o miłym głosie zaczyna oprowadzać. Za nią grupa licealistów. Super dzieciaki. Piękne dziewczyny. Każda jedna ładniejsza. I przemili chłopcy. Co się uśmiechają. Każdy jeden. Za grupą długa przerwa. Potem ja, a za mną przemiła osóbka co drzwi zamyka. No to ja z nią pogaduchy, bo mam wrażenie, że na moje pytania odpowie. Widzę to po jej ślepkach. W między czasie Zosię na obrazach oglądam. Upatrzyłam Sobie. Była piękną kobietą. Panią domu. Dlaczego ona ? Daty, opowieści o drzewie genealogicznym, nowinkach technicznych, lampach przepięknych, czy zastawach stołowych owszem bardzo ciekawe, ale mnie to ludzie interesują. A ludzi tu nie brakuje. Na płótnach, które pokrywają większość ścian jakby tylko na chwilę zatrzymała się tu cała liczna rodzina. Ich psiaki i życie, które się tutaj toczyło. Polowania, rodzinne spotkania, przygody. Ja szukam na obrazach jeszcze czegoś. Czuję przez skórę dawną domową atmosferę, zapach świeżego jedzenia, które do pomieszczenia zwanego kredens z kuchni tutaj trafiało. Zapach i smak świeżej ciepłej płynnej czekolady, prawie niedostępnej w tamtych czasach. Takiej na swojskim mleku co jeszcze z pianą. Czekolada w pięknym kolorze brązu, który po zamieszaniu przyjmuje jaśniejsze i ciemniejsze odcienie. Czuję miłość i szacunek do jedzenia ludzi, którzy tu zamieszkiwali. Mięsiwa i kasze, i owoce przeróżne. Teraz zostały już tylko puste zastawy. Ale one też pamiętają. Nie mam czasu ich o to wszystko zapytać. Innym razem.

Na obrazach co rusz Zofia na mnie spogląda. Ach jak ona patrzy. Obrazów na ścianach dziesiątki, setki. Duże i małe, i w przepięknych złotych rzeźbionych ramach. Tu kiczu nie znajdziecie. Za to Zosia prawie w każdym pomieszczeniu w innej pozycji uwieczniona. Każdy obraz przez innego malarza malowany. Oczy Zosi na większości, zamyślone, pełne tęsknot. Jakich ?  Jeszcze nie wiem. Jakby ciałem przy mężu i dzieciach była, ale duchem i sercem zupełnie, gdzie indziej. Potwierdza to luźno zwisająca ręka. Jakby już nie chciało jej się pozować. Mąż dumny klatę do przodu wypręża. Wokół gromada dzieci. Zofia miała ich dziesięcioro. Sprawdziła się jako żona. Miała pewnie wszelaką pomoc. Ogłoszono ją Miss Europy tamtych czasów. Potwierdzam jej inność. Bardzo zgrabna. Filigranowa. Drobnej kości o ciemnych błyszczących w słońcu włosach. Kiedy inni w ciężkie haftowane stroje ubrani ona jedna w zwiewnej białej sukience jak anioł wygląda. Czuję jeszcze powiew wiatru, który przez okno wpadał gdy ją malowano. Dostawał się pod sukienkę lekko nią poruszając. O co, więc chodzi z tą Zosią. Dlaczego czasami w jej oczach smutek gości, choć delikatny uśmiech na twarzy malowany. Moje ucho czujne. Przewodniczka mówi o miłości malarza, który jeden z obrazów malował. Józek podobno Zosię kochał. O tym wszyscy mówią, więc patrzę na obraz. Inni idą dalej. Zostaję z nią sama. I już wiem wszystko. Zosia się tylko do mnie uśmiecha. Na tym obrazie oczy ze Sobą rozmawiają. Jej i moje. Jej i malarza Józefa. Nie wiem jak wyglądał. Ale wiem, że to na niego patrzyła inaczej. Pamiętacie mój wpis o oczach co błyszczą ?  Na tym obrazie błyszczą nadal. Bo miłość ma czasami jedną stronę, ale często ma strony dwie.

Osobiście nie wiem co o Zosi i Józefie piszą. Historyczka ze mnie żadna. Dla mnie to miłość odwzajemniona była. Słyszę, że malarz ją na płótnach upiększał, bo zakochany był. Ja twierdzę inaczej. Kiedy zakochani na Siebie patrzą nie tylko oczy się zmieniają. Zmienia się twarz. Rysy łagodnieją. Cera różowieje i blasku nabiera. Nie wspomnę co jest gdy dochodzi do zbliżenia, bo młodzież może to czytać. Co się dzieje z ustami i mimiką zmarszczek, z mięśniami twarzy również. Oj Zosiu Zosiu mówię. Nie ukryjesz przede mną. Czy Grassi malował Cię inaczej ?  Cisza. Nie sądzę – powiadam do niej. I mówię sama do Siebie. Nie musiał. Ona przy nim inaczej wyglądała, a pozowanie sprawiało jej przyjemność. Mam wrażenie, że mogła tak siedzieć i siedzieć. Żegnam się z Panią domu i znowu zagaduję Panią klucznik, która mi się przygląda i myśli z kim to ja tak rozmawiam. Opowiadam jej o miłości Zosi do Józia. Zdziwiona przez chwilę analizę przeprowadza. I nie dowierza, bo pierwszy raz takie rzeczy słyszy, choć lata tu pracuje. Dla mnie oczy to studnia tego, co w naszym wnętrzu siedzi. Tam ukryte wszystkie emocje. Resztę ciało dopowiada.

Opuszczam to miejsce przechadzając się po zielonym ogrodzie jak kiedyś Zosia i jej rodzina. Patrzę na budynki. Te odrestaurowane są pięknie. Ale są rzeczy, które zawsze będą takie same. Od setek lat niezmienne. To odgłos wody w fontannie czy szum starych drzew i widok z okna na niebo. Ono się zmienia co sekundę, ale zmienia zawsze tak samo. W to samo niebo przecież Zosia patrzyła wiele lat temu. W to samo niebo zerka ze swoich obrazów. W Muzeum Zamoyskich z Zofią Czartoryską Zamoyską naprawdę można bez słów o wszystkim pogadać. Obraz Józefa Grassi podziwiałam najdłużej.

DSC00835 DSCF1193 DSCF1191 DSCF1142 DSC00902 DSC00879 DSC00874 DSC00857 DSC00831 DSC00822 DSC00815 DSC00810 DSC00807 DSC00795 DSC00786 DSC00734 DSC00730 DSC00844 DSC00841

 

MAGIA CZY KICZ ?

Ta historia nie ma obrazków. Nie są potrzebne. Wierzę w Waszą wyobraźnię.
Ta opowieść jest dla tych, co nie wyjeżdżają na weekend. Oraz dla tych co wyjeżdżając lubią posłuchać co nieco. To podróż do mojego świata. Może kiedyś Wy zabierzecie mnie do Swojego.

Słowacja. Tatralandia.
Dla jednych duża wanna gdzie się „Morsy” moczą. Dla innych raj, gdzie siedząc w wodzie popija się drinka. Ludzi na ogół tu masa. Gnieżdżą się często jeden na drugim.
Ja szukam, w tym wielkim kompleksie, wymarzonego kawałeczka dla Siebie. Bo wierzę, że każde miejsce ma fajne zakamarki. Że w każdym jest jakaś magia. Trzeba ją tylko wypatrzyć.

Rozglądam się dookoła. Większość ludzisk pupy moczy. Jeden basen świeci mocno na zielono. Inny niebieski jakiś taki. Lubię kolory, ale to nie dla mnie.
Strefa dzieci. Dobrze się bawią. Gwarno. Baseny na zewnątrz. Tam troszkę tłoczno. Nosa nie mam gdzie włożyć. Na środku Bar Wodny. No ale mi się przecież nie chce pić.

Siedzący w przejściu Pirat spogląda. Prosto na mnie zerka. A ja patrzę na niego. Nie rusza się bo sztuczny, ale patrzy prosto w oczy i podpowiada:
– Strefa saun. Tam znajdziesz miejsce dla Siebie.
No to poszłam.

Juź na wejściu piękny zapach lasu i aromatów cytrusowych. Lubię jedno i drugie. I błoga cisza złamana szumem wody, w której schładzają się ludzie. Widok przemiły. Wszyscy opasani żółtą tkaniną, która ma służyć za chwilowe odzienie. Stroje i wszelkie okrycia pozostały w szatni.
Wybór saun duży. Szukam tej dla Siebie. Zaglądam w najdalszy zakątek. Do jednej z najbardziej ukrytych prowadzi winda. Wsiadam. Jeszcze kilka kroków, otwieram szklane drzwi i już wiem że to miejsce czekało na mnie.
Drzwi prowadzą na pole – podwórko na dachu. Całkiem spory ogródek. Na środku głęboka niecka z lodowatą wodą i jaccuzzi. Pod stopami podłoga z desek. Przyjemnie się na niej stoi, w połowie lutego późnym wieczorem. Gdzie nie gdzie ozdobna żwirowa nawierzchnia i przycięte finezyjnie i równiutko iglaki. Wszystko przypomina Ogród Japoński. Obok mnie drzwi do dużej kabiny sauny. Cała przeszklona wygląda jak bajkowa chatka. Świeci ciepłymi pomarańczowo – żółtymi kolorami. W środku ciemnej nocy wygląda przepięknie. Wewnątrz przyjemne ciepło i ludzie. Jedni zakrywają się mniej, a inni nieco więcej. Są tacy co w ogóle, bo takie tu obowiązują zasady. Sauna kusi. Wciąga swym wyglądem. Dosiadam się do innych. Wsłuchuję w muzykę. Kukułka kuka, a potem dochodzi dźwięk fletu i delikatne brzmienie fortepianu. Muzyka wycisza i dobrze nastraja. Podziwiam. Widok z sauny jest na miasto. W oddali widać światła przejeżdżających samochodów. Nie chce się wychodzić. Sauna rozgrzewa. Przychodzi czas na jej opuszczenie. Schładzam się szybko. Woda w niecce lodowata.
Czeka mnie jeszcze przyjemna kąpiel. Wchodzę do wielkiej wanny z bąbelkami. Woda wylewa się poza krawędź wydając odgłosy płynącego strumienia. Przyglądam się wodzie. Zmienia kolory. Delikatny fiolet przypomina mi majowe kwiaty bzu rosnące w ogrodzie. Lazurowy – południowe morze. Zielony – świeżą trawę, która dopiero co wzeszła. Poczułam nosem wiosnę. Przyszła w środku zimy.
Na powierzchni wody tworzy się delikatna pianka. Taką samą widuję, gdy morskie fale kończą swój byt na piaszczystym brzegu.
Po buzi muska ciepła mgiełka którą wiatr po tafli wody przemieszcza.
Patrzę w górę. Nade mną korona drzewa. Jej pień przypomina stary dąb. Listków setki. Świecą. Są dla gwiazd konkurencją. Wzroku nie odrywam.
I choć wiem że w listkach ukryte są ledy a drzewo jest sztuczne, nie przeszkadza mi to. Dla mnie jest w nim magia choć niektórzy stwierdzą pewnie że kicz.

Każdy z nas widzi co chce zobaczyć.

Na moją głowę pokapuje chłodny deszcz. Zimnym kroplą udaje się przemknąć pomiędzy gałązkami. Deszcz sprawia że wszystko w ogrodzie się błyszczy. Rośliny i postacie w stroju Adama, odbijają się w mokrej podłodze. Nikt nikogo się nie wstydzi. Nie jest to raj, ale niewiele brakuje.
Trudno było wyjść, więc powtórzyłam wszystko razy trzy. W pamięci pozostanie.

A teraz szybciutko wracamy, żeby nie zabierać Waszego cennego czasu. Potrzebujecie go aby poszukać takiego miejsca dla Siebie. Kto wie. Może kryje się tuż za rogiem ? Powodzenia w poszukiwaniach Moi Drodzy.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 15

Powrót

Wszystko spakowane.
Ostatni posiłek przy jednej ze spokojniejszych uliczek Iquitos. Śniadanie zaczynam od soku. Czuję w nim posmaki banana, granata, truskawki, ananasa. Mniamusia. Sałatka owocowa. Jeszcze smaczniejsza. Zupa typu minestrone. Warzywka nie straciły naturalnego żywego koloru. Pływają w delikatnym rosołku. Pochłaniam.
Podchodzi mała dziewczynka. Ma niewiele ponad 6 lat. W rączce trzyma kilka bransoletek. Pyta bez słów. Jej oczka świecą. Jej mama próbuje coś sprzedać nieopodal. Obie są bardzo pogodne. Młodszy brat dziewczynki bawi się pod sąsiednim stolikiem. Mała zakłada mi tutejszą ozdobę na rękę. Delikatnie zawiązuje. Tak pomaga mamie zarabiać. Trudno się z taką handlować. Biorę na kolana. Sok jej posmakował.
Ta cała oprawa. To się pamięta. Bransoletka nabiera wielkiej wartości. Nie jest już jedną z wielu. Niesie za Sobą wspomnienia i dobre uczynki. Ja wiozę do domu wspaniałą pamiątkę. W sumie 5 pamiątek, bo na jednej się nie skończyło. Dziewczynka z rodziną będą miały za co zjeść niejeden obiad. Takie biznesy cieszą mnie najbardziej.
Dobrze jest tak zacząć dzień.

Bus wiezie nas na lotnisko.
Muzyka. Słyszę ją od kiedy wjechałam do Iquitos. Wpada w ucho. Salsa, Reagge, Merengue. Hiszpański i muzyka pasują do Siebie. Jest z nami Madzia. Kocha taniec. Wciąga ją. Mnie też wciąga. W końcu kocham zumbę. To moje rytmy.
Muzyka dobrze nastroi mnie na podróż.

Rozglądam się. Jest ranek. Zwykły dzień tygodnia. Z okna busa widzę znowu riksze. Ciekawi mnie dlaczego ich aż tyle. Zaglądam do środka tuk – tuka.
Dużo matek z malutkimi dziećmi. Jeszcze więcej dzieciaków z plecakami, które jadą do szkoły. Koledzy. Wygląda na to że do pracy jadą. To podstawowy środek transportu. Tańszy od samochodu. Dużo mniej pali. Lekki i łatwo go naprawić. Zwrotny i wszędzie wjedzie. Zajmuje mało miejsca. Wygodnie wsiada do niego 3 osoby plus kierowca. W tym klimacie sprawdza się idealnie. Pełny przewiew. Daszek chroni dobrze przed słońcem. Idealny pojazd dla rodziny. Idealny na zarobek, do wożenia turystów i lokalnych mieszkańców.
Między rikszami motory. Tu widać klasę średnią. Kobieta elegancko ubrana. Jedzie prawdopodobnie do pracy. Inna. Może na zakupy. Jakaś para i mężczyzna w koszuli. Motory są szybsze. Niektóre fragmentami mają ręcznie malowane wzory.

Robi się coraz spokojniej. Dojeżdżamy do lotniska.
Przede mną, odprawy, nadawanie i odbieranie bagażu, kontrole, przesiadki, oczekiwanie na następne loty. W sumie około 30 godzin pod i nad chmurami. Wracam. Przeżyłam następną przygodę. I cieszę się że mogłam się tym z Wami podzielić.

Życzę Wam wszystkim dużej ciekawości nowych miejsc i ludzi. Podróży dalekich i tych całkiem bliskich. Krótkich i nieco dłuższych. Bez strachu że coś może pójść nie tak. Bez obaw że za każdym rogiem czai się zło.
Życzę nowych znajomości i pięknych przyjaźni. Nieskończonej liczby pamiątek w postaci przepięknych wspomnień.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 14

Pożegnanie z dżunglą. Czy na pewno ?

Zastanawiam się czy wszystko zabrałam. Pozostaje tylko sprawdzić plecaki czy żadne zwierzątko, nie chce ze mną jechać na gapę.
Jeden taki chciał. Karaluszek Świntuszek. Ba. Nie taki malutki. Wielgaśny był. Przegoniłam.
Plecaki lądują w Tuk tuku. Taki pojazd sprawdza się w dżungli znakomicie. Dodam że gdy jest sucho. Motor na trzech kółkach, z małą paką. Załadowany jest już po dach. Wiezie wszystkie bagaże na dół. Dzisiaj nie padało, więc ta opcja wchodzi w grę.

A teraz rachunek zysków i strat. Podczas pobytu zabiłam tylko 2 komary. Tubylcy też się z nimi nie patyczkują. Zużyłam troszkę deszczowej wody. Ta za chwilkę spadnie nowa. Dla innych nie zabraknie. Kosmetyki, których nie użyłam zostawiłam pani z obsługi. Ucieszyła się. Przytuliła mocno. Chyba jakiś ciuch się zawieruszył. Nie szukam. Zakupione tu gumiaki zostawiam. Niech służą innym. Zabieram z tego miejsca mnóstwo niezapomnianych chwil i nowe doświadczenia.

Znowu parno. Wracam piechtą na bosaka. Takie było założenie, gdy tu przyjeżdżałam. Czuję wtedy pod nogami ciepło ziemi. Glina, piasek, czasami drewniane deski napotkane na drodze. Miło się po tym stąpa. Odczucia niezapomniane. Przypominam Sobie mokrą rosę na trawie wczesnym rankiem. I odczucie chłodu od niej płynące. Albo stąpanie po białym puchu, którego ludzie z tutejszego plemienia nie widzieli na oczy. Czuję się wtedy szczęściarą że mam dostęp do tego wszystkiego. Doceniam.

Droga się dłuży. Kiedy widzę następne wzniesienie mówię: Ooo Nieee ! I idę dalej. Wreszcie dochodzę do głównej drogi. Ciało oblane jest całe potem. Około 40 minut piechotką w słońcu zrobiło swoje. Nogi umyłam wodą z butelki i jest git. To była bardzo dobra decyzja.
Bagaże już czekają pod zadaszeniem. Po Tuk tuku ani śladu. Szukam w stercie własnego plecaka. Podjeżdża bus. Wsiadam z resztą ekipy. W poprzek drogi anakonda. Wow. Ale bydle. To nie jest dla mnie codzienny widok.

Za oknem dżungla, a w samochodzie już powiew cywilizacji. W radiu Enrice Iglesias, ze swoimi latynoamerykańskimi przebojami.
Koniec Amazońskiej ciszy.
Wjeżdżamy do miasta. Iquitos tętni życiem. Jest dzień. Ląduję w pokoju hotelowym.

Pod prysznicem dwa kurki i ciepła woda. Jest przeźroczysta. Taka sama w kibelku. W pokoju wysoko na ścianie wielki wiatrak. Ale zasuwa. Mocna bestia. Daje przyjemny chłodek. Chodzi głośno. Coś za coś. W gniazdkach prąd przez całą dobę. A ile tych gniazdek jest. Ho. Ho. Ładuję zegarek, telefon. Podpinam power bank, aparat. Wypas. Na łóżku biała pościel. Komara nie uświadczysz. Jestem w luksusach.

Wybieram się ze znajomymi na pobliski targ.
Wychodząc z hotelu pierwsze zderzenie z tym miastem. Głośno. Setki riksz. Nie boję się napisać – tysiące w tym mieście. Jedna obok drugiej. Do tego motory. Co jakiś czas przejedzie samochód i charakterystycznie wyglądający autobus. Nieduży o zaokrąglonych kształtach. Kolorowy bo cały w grafitti. Bajkowy. Nie ma szyb i drzwi. Dzięki temu jest przewiem i pasażer może wskoczyć w biegu.
Wszystkie pojazdy w ciągłym ruchu. Podjeżdżają do Siebie na centymetry. Jeden wyprzedza drugiego. W pośpiechu. Trąbią ostrzegawczo. Jadą całą szerokością drogi. Te w większości jednokierunkowe. Jeśli się zatrzymują to tylko na moment. Pieszy ma być czujny i tyle. Hey ! Co to jest ? Pytam samą Siebie. Wsiadamy do rikszy. Nawet nie trzeba ręki podnosić. Wystarczy że staniesz przy krawężniku, popatrzysz i jedna która się z wszystkimi kręciła w kółku jest już przy Tobie. Kosztuje grosze. Zawozi mnie na targowisko. Teraz troszkę o nim.

Wyobraźcie Sobie uliczki. Dużo uliczek z niską zabudową. Dom przyklejony do domu. Biednie. Przecinające się na rzucie siatki drogi wypełnione są po obu stronach zbitymi z drewna i desek straganami. Upchane ciasno jeden koło drugiego. Przed deszczem chronią je blaszane dachy. Nagrzewają się od słońca. Jest ciasno i duszno. Kupić tu możesz wszystko. I nie masz tu działów jak w sklepie. Ciuchy przesączone są zapachem naftaliny. Szmaty, miotły i maczety. Obok ciuchów ktoś sprzedaje świńskie łby. Inny kozie racice. A jeszcze inny obrane z piór kurczaki, podroby, kości. Są słodkości. Są owoce i warzywa. Całe i te obierane na bieżąco. Miejsca gdzie sprzedają wyciśnięte soki. Artykuły codziennego użytku. Przyprawy. Ryby. Wiele z nich filetowanych. Następny sprzedawca ma żywe pisklęta w klatkach do kupienia. Zaraz obok gotowe kanapki. Na środku w przejściu ktoś griluje dorodne pędraki. Wcześniej moczy je w jakimś sosie.
Kobieta na małym stoliczku ma wielką miskę w której ubija ręcznie coś a la pianę z białek.

Wyobraź Sobie gorące popołudnie. Wszystkie śmieci, obierki z owoców i warzyw, resztki kości lądują w przejściu lub pod straganami.
Dzień dobiega końca. Stoły nadal pełne.
Czujesz mieszankę tych wszystkich zapachów. Woń zleżałego w upale mięsa i ryb miesza się z formaliną i aromatem psujących się resztek. Wszystko to zawieszone w wilgotnym, ciepłym powietrzu, które zamarło w bezruchu.

Przedzierasz się wśród straganów. Ocierasz co jakiś czas o innego przechodnia. Jest trochę turystów. Większość kupujących to mieszkańcy, którzy przyszli zrobić podstawowe zakupy. Targują się. Pytają.
Rozglądasz się dookoła. Pod nogami musisz uważać na zwierzęta. Bezdomne psy i koty schodzą się z okolic. Tutaj się żywią. A jeśli tutaj nie uda im się zdobyć pożywienia, umierają z głodu zwijając gdzieś w kulkę pod straganem. Najlepiej radzą Sobie wielkie czarne ptaszyska. Skaczą po dachach i robią dużo hałasu. Panoszą się.

Twój wzrok przyciągają dzieci. Są wszędzie. Te malutkie, handlujące mamy trzymają na rękach. Nie mają z kim zostawić w domu. Niektóre z tych maluszków słodko śpią. Leżą na stole wkomponowując się w towar. Te co potrafią już chodzić, chowają się pod straganami lub bawią w przejściach. To miejsce przez większość dnia jest ich domem. W oddali dostrzegasz więcej światła i uliczkę po której jeżdżą motory i riksze. Udajesz się tam.

Wyszłam nic nie kupując. W pierwszym zaułku bez straganów wzięłam głęboki oddech. Uważając oczywiście, żeby nic mnie nie przejechało.
Po pobycie w zielonej Amazoni moje zmysły są bardzo wyczulone. Nie byłam na takie miejsce przygotowana. Zaskoczyły mnie te zapachy i widoki. W wiosce w której byłam nie przelewało się. Dzieci biegały na bosaka. Ale wypełnione były radością. Na ich buziach widziałam uśmiech. Nad ich głowami świeciło słońce. Czułam zapachy ziemi, ziół i roślin które rosły dookoła. Świeżego powietrza było pod dostatkiem. Zwierzęta dostawały tu fory. Nawet komary miały protekcję. Oczywiście dopóki nie przegięły.

Wróciłam do hotelu. Aby chwilkę odpocząć. Czekała mnie jeszcze jedna wyprawa na miasto. Wybraliśmy się grupą na kolację.
Zrobiło się ciemno. A życie w Iquitos zaczyna się nocą. Jestem tego świadkiem. Robi się chłodniej więc całe rodziny wychodzą aby odpocząć. Siedzą na ulicach. Dzieci zajmują się dziećmi. Pociechy rzucają mi się szczególnie w oczy. Na ulicach znowu gwarno. Na razie nikt i nic nie ma zamiaru zwolnić. Ludziska siedzą po knajpach i na tutejszych bulwarach. Bawią się bo lubią śpiew i taniec. Służby miejskie można spotkać na każdym rogu. Mają przy sobie broń z amunicją.
Duże miasto mnie przytłacza. Szczególnie że ledwo co opuściłam Amazonię – Mekkę spokoju. W Iquitos widzę zurbanizowaną Amerykę Południową i codziennie życie ludzi z metropolii w pigułce.
.
Kolacja smaczna. Można popróbować potraw z bardzo popularnej w tej części Peru, kaszy Quinoa. Soki jak zawsze wyśmienite.
O kuchni podczas tej wyprawy mało.
Ze względu na dietę nie miałam okazji popróbować tutejszych specjałów. Osobiście mogę polecić zupy i sałatki. Każda była smaczna. Owoce i świeże warzywa są tu przepyszne. Z nich przygotowują większość tutejszych specjałów. A więc warto degustować.
Dla mięsożerców w górach bezwzględnie polecam mięso z lamy. Próbowałam. Wygląda jak stek. Rozpływa się w ustach. Delikatne. Soczyste. Kuszące. Nie da się go zapomnieć.
W tej części kraju popularny krokodyl. Wygląda jak kurczak. Smakuje podobnie. Kosztowałam. Lama pobija krokodyla o głowę.

Popijam Sobie herbatę rumiankową, bo prym w Peru wiodą herbaty ziołowe. Przychodzą na myśl wioska i Iquitos. Dwa różne światy.
Który z nich to prawdziwa dżungla ?
Kiedyś może sprawdzicie to Sami. Ja już mam własne zdanie.

PO DRUGIEJ STRONIE GLOBU – PERU 13

Komarzyce, Ayahuaska i tutejsze standardy.

Dzisiaj niedziela. Ktoś to zauważył. Odzew prawie żaden. Leżymy całą grupą pod zadaszeniem. Większość po Ceremoni Ayahuaski. O niej nieco później. Każdy ledwo zipie. Kilka hamaków oblegane. Reszta na materacach. Taka grupka wychudzonych mizerotek. Ale przypominam, to dla zdrowotności.
Temperatura po południu 38 stopni. W dzień wolę nie myśleć.
Jest pogoda ducha. Słychać żarty. Żartujemy z rzeczy przyziemnych. Główny temat to komary. Wszyscy w kropkach. „Wampirzyce” gryzą nie wiadomo kiedy. Każdy biały tutaj to nowa świeża krew. Ręce, plecy, nogi, głowa. A za zadki zabierają się na podwieczorek.
No to leżą Sobie ludziska i się drapią. Smarują smoczą krwią. Pomaga na chwilę.
Ktoś przyniósł jakiś polski środek sklepowy. Łagodzi objawy. Jeden się posmarował. W głosie słychać ulgę. I komentarz że fajnie piecze i pachnie eukaliptusem. Inni podchwycili.
Nastało ożywienie: Mogę się ukoić ? Mogę ?
Podaj dalej. Please.

Zapytacie może ile to miejsce ma gwiazdek.
Powiem gwiazd na niebie jest tu masa. Sklepienie niebieskie wygląda zachwycająco.
Standardy mogę opisać a wraz z nimi moje odczucia.

WIOSKA

Jedna posesja w kształcie koła w środku dżungli. Nieogrodzona. Kilkuosobowe domki dla przyjezdnych w tym jeden większy który mieści zaplecze sanitarne. Kilka dla tubylców. Duża i mała Moloca. Kuchnia ze stołówką. Wszystko na lekkim spadku więc chodzi się w górę i w dół. Tam gdzie płasko miejsce rekreacji. Boisko z naturalnym podłożem.

KUCHNIA

Dieta. Bez soli. Bez cukru. Bez mleka. Bez glutenu. Bez tłuszczów. Bez seksu. Trzymam dietę do końca. Tu jest nieźle.
Słyszę żartobliwy tekst. Jak skończę dietę, zjem sól posypaną cukrem, polaną oliwą i w trakcie jedzenia będę uprawiała seks. To tylko tęsknota za codziennością.
Głodówka przez pięć dni.
Do picia tylko woda z baniaków. Nijaka. Bezpostaciowa. Bez smaku. Wytrzymałam dwa dni. Dla mnie sukces. Schudłam i z sił opadłam. Powiedziałam koniec basta. Zwykła dieta mi wystarczy. Przez dwa dni oczyściłam nieźle jelito grube, zregenerowałam wątrobę, odciążyłam żołądek. Jest dobrze.

ZAPLECZE SANITARNE

Żadnych środków myjących.
O paście do zębów zapomnij.
Po to aby oczyścić organizm z toksyn.
Sama woda. Deszczówka. Zimna. Specyficzna. Przypomina wodę w której gotuje się ziemniaki w koszulkach. Nie ma jej gdy jej najbardziej potrzebujesz. Co tu dużo mówić po 5 dniach użyłam szamponu. Nie tylko ja. Toksyn się trochę pozbyłam czas uzupełnić zapasy.
Toalety z zasłonkami. Cztery na całą wioskę. I dwa prysznice. Zasłonki foliowe. Ciekawe wzornictwo. Szybko można się przyzwyczaić.

MEDIA

Zasięg. Brak. Internet. Brak. Wi – Fi. Brak.
Ale tubylca z białymi słuchawkami w uszach spotkasz.
Prąd na agregat dostępny przez dwie godzinki wieczorem. Jedno gniazdko w mniejszej Moloce. Warto mieć ze sobą dobrą latarkę.

FAUNA

Robaczki.
O tak. Komary. Tarantulki. Jaszczureczki. Skaczące karaluchy. Wielkie i małe skrzydlate zwierzątka nocne, mrówki. Trudno zrobić z nich zwierzątka do przytulania.
Na czas pobytu zaakceptowałam.
Gruba zwierzyna.
Codziennie w nocy czuwa w wiosce osoba z giwerą w ręce. W oddali czasami widać dwa świecące oczka kociaka. Jaguar. Takie zwierzę. Prostuję gdyby ktoś pomyślał o modelu samochodu. W nocy czasami słychać strzały.
Czuję lekki dyskomfort jak o tym piszę.
Kury, kogut i pisklęta biegają po całej wiosce.
Warto patrzyć pod nogi jak się na bosaka chodzi.
W trawnikach chowają się przesympatyczne ale bojaźliwe jaszczurki. I troszkę mniej sympatyczne węże. Na te trzeba uważać szczególnie w nocy.
Ptactwo. Różnorakie. Kolorowe wielkie papugi to codzienność. Słychać w dzień i w nocy. Są wszędzie. Czasami przyjemne dla ucha, ale w nocy czasami łebki bym im ukręciła za to jak głośno w nocy rozmawiają.

FLORA

Zielono dookoła. Na wyciągnięcie ręki drzewa z limonkami, bananowce i palmy. Oczy odpoczywają. Można się ich widokiem nacieszyć. W gąszcz nie pójdziesz. Możesz podziwiać z daleka.

SPA

Błotko.
Pora deszczowa. Leje równo. Słońce. Skwar. Wszystko paruje. Wilgotność jak w saunie parowej. Znowu pada. I tak w kółko.
Moje stopy często poddawane są kąpielom błotnym. Nie wyglądam wyjściowo, aczkolwiek moje stopy na tym zyskują. W SPA za takie rzeczy się płaci. Tutaj darmocha.
Właśnie męska brygada na takim błotnym boisku mecz gra. Bo w dżungli piłka jest. Bawią się jak małe dzieci.
Sauna ziołowa. Ta mi bardzo spasowała. O saunie już było co nieco.

KURACJE LECZNICZE

Narayao. Polega na piciu wyciągów z kory drzewa Narayao. Oczyszcza, wzmacnia. Dodaje sił witalnych. Chroni podczas Ceremoni Ayahuaski.

Mochura. Leczy zatoki i choroby związane z układem oddechowym.

Takich specyfików jest tu setki. Nazwy nawet trudno spamiętać. Jedne słabsze, inne bardzo mocne. Za to leczą najcięższe choroby. Wioska to takie dżunglowe sanatorium.

CEREMONIE

Ayahuaska
O niej troszkę więcej.
Ceremonia odbywa się co drugi dzień. Zaczyna się gdy tylko się ściemni i trwa całą noc. Za każdym razem inna. To wielkie przeżycie. Ale warto być do niego mentalnie przygotowanym. Dużo doczytać. Dopytać tych, którzy mają z „babcią Ayu” doświadczenie. Warto być otwartym na wszelakie niedogodności. Przygotowanym na dyskomfort. Jaki ? Wyobraźcie Sobie podstawowy zestaw Ayuhaskowy: wiadro, papier toaletowy i wc w pobliżu.
Podstawowe motto: zaufać, podążać, obserwować Ayu. Wyobraźcie Sobie dżunglowe kino. Okrągła Maloka ze stożkowym dachem pokrytym palmowymi liśćmi. Zamiast krzeseł materace. W środku czeka na Ciebie jedno miejsce. Sala często jest pełna. Tu niedługo wyświetlany będzie film. Obrazy jak w kinie 5D. Okulary nie są Ci potrzebne. Dla każdego indywidualna projekcja. I takich filmów nie znajdziecie w żadnej wideotece. Reżyserem jest Twoja podświadomość. Muzykę idealnie dobiera prowadzący ceremonię Maestro. Śpiewa Icarosy. Cały ubaw w tym że bilet kupujesz w ciemno. Nie wiesz czy tym razem będzie to horror czy komedia. Kiedy zaczynasz oglądać, nie ma już odwrotu. Drzwi zamknięte do końca seansu.
Jednego mi tu brakuje. Tabliczki na drzwiach: Tylko dla odważnych i ciekawych własnego wnętrza.
Wreszcie przychodzi radość końca. A potem grupowe spanko do rana.
Aya otwiera oczy. Aya uczy pokory. Aya czyści nas ze śmieci. Aye znajdziecie w dżungli.
Do ostatniej, piątej z rzędu nie przystępuję. Jest bardzo wyczerpująca – dla mnie.

Nie dziwcie się że zaczynam łamać zasady tu obowiązujące. Zaczynam czuć zmęczenie i mały dyskomfort. W końcu noc przed wyjazdem spałam w Mariocie.
Żartuję. Lubię zmieniać standardy. Wtedy wiem że nie poprzewraca mi się w główce.
Dla mnie to nauka.

Piękne jest to że nikt z naszej grupy nie powiedział o tym miejscu nic złego. Pełna akceptacja tego co nas tu spotyka. Wiele z sytuacji nas śmieszy. Kosztujemy wszystko co nam dają. Grupa śmiałków. Eksperymentatorzy. Ciekawi wszystkiego.
Po takich wyjazdach bardzo doceniam moją codzienność. A ludzi, którzy potrafią dobrze się bawić w amazońskich niejednokrotnie trudnych warunkach, kocham. Dla nich wielki szacun. Przy takich nawet brak drzwi do toalet nie przeszkadza.
Z takimi można jechać do dżungli i na koniec świata.