A CZYLI MIEJSCOWOŚĆ O NAJKRÓTSZEJ NAZWIE NA ŚWIECIE. LOFOTY 1/6

Jeśli macie ochotę na chwilkę odpocząć od znanych Wam codziennych widoczków, od oglądania z przewodnikami szeregu podobnych do Siebie kościołów czy muzeów. Jeśli chcecie wyruszyć nieco dalej, ścieżkami którymi turyści nie chodzą, bo nie są wyasfaltowane, zapraszam.

Tym razem do miejscowości o dźwięcznej nazwie A czytanej zupełnie inaczej, której nazwę tylko tubylcy są w stanie poprawnie pewnie wymówić. Miasteczko wielkości, no niewielkie powiadam. Malutkie. Kiedy stajesz w centralnym miejscu wszystko obejmiesz wzrokiem. W słońcu diabelska czerwień domów konkuruje z boskim kolorem nieba, które morzu przypisane. Miasteczko cały czas żyje chociaż jak skansen wygląda. Jakieś 250 lat temu jeden młodzieniec stwierdził, że wybuduje tu domek. Dzisiaj dzięki niemu kilku mieszkańców z tego miejsca utrzymuje się. Zliczyć ich można szybko. Jest ich garstka.

Jestem w centrum miasteczka. Obok mnie piekarnia i malutki sklepik z pamiątkami. Na półkach kilka rzeczy do podratowania gospodyni, jak jej coś w domu zabraknie. Jest jeszcze miejsce, gdzie można coś zjeść. W kilku krasnalkowych domkach rekwizyty, które można oglądać. Ot cała miejscowość A. Jeśli tu kiedyś zaglądniecie pytajcie o Olgę. Albo lepiej. Do sklepiku zaglądnijcie. Szukajcie wzrokiem dziewczyny o polskich rysach z długimi włosami, których ona poskramiać nie chce, w letniej sukieneczce i grubym dłuższym rozciągniętym wełnianym swetrze, bez guzików, który co rusz poprawia, bo troszkę chłodno. Na nosie niesforne okulary. Spadają, więc potrzebują poprawek, kiedy sweterek ich nie potrzebuje. Jak tu się znalazła pozostanie dla mnie tajemnicą. Oprowadza turystów, gdyż jest przewodniczką. Z jej ust słyszę: Za dwie godziny jadę do dużego miasta. Pytam jej co to znaczy. Duże miasto na Lofotach to takie, gdzie jest większy sklep i bank. Potem idziemy każda w swoją stronę. Odpuszczam. Gdzie indziej mnie ciągnie. Przemykam między domkami. Przede mną asfaltowa dróżka ciągnie się tylko chwilę. Potem już tylko to, co natura dała troszkę przez ludzi poprawione, żeby samochód mógł wjechać. Tam turyści nie chodzą. Ścieżka chowa się za jedną ze skał. Prowadzi do tubylców, którzy przed obcymi się za skałą chowają. Przysiadam chwilkę na placu zabaw. Piaskownica kamykami wysypana. Wśród nich trawka miejscami wyrasta. Kilka opon na łańcuchu robi za huśtawki. Skromnie jak cała Norwegia. Siadam na jednej. Wokół błoga cisza. Przez chwilę słychać rozmowy z pobliskiego domku, jednak i one szybko milkną, Domki leżą nad zatoczką. Zbudowane na skałach podchodzą blisko pod wodę. Skały schodzą w dół, a tam już tylko morze, horyzont oraz góry. Kamienie pozwalają zejść po skarpach aż do samej wody. Są jak ergonomiczne schody. Siadam na jednym z głazów. Ciepły od słońca. Zamykam oczy. Słyszę jak woda obmywa kamienie.

Wyobraź Sobie matkę kąpiącą noworodka, kiedy z jej dłoni woda opada delikatnie na główkę czy brzuszek dzieciaka. Raz za razem. Bez pośpiechu, delikatnie. Z zamiarem, aby krzywdy nie zrobić, aby woda do oczu się nie dostała, aby szum wody koił i zbytnio hałasu nie robił. Tak właśnie traktowany jest przez wodę tutejszy brzeg. Wyobraź sobie, że ten dźwięk budzi Cię codziennie rano. Do tego widok zorzy polarnej zamiast ciągłych przydrożnych reklam. To wynagradza Norwegom chłodniejszy klimat i noce polarne.

Otwieram oczy. Na środku morza wyspa wyrosła. Azyl i miejsce wypadu na posiłki dla tutejszych ptaków. Tam morze już nie ma litości. Tam woda o skały uderza z łomotem podobnym do tego gdy szybko wodę z michy wylewasz, nie patrząc na nic, bo Ci się śpieszy. Daje do zrozumienia, że mimo delikatności potrafi poszaleć. Na sznurku rozwieszonym na balkonie jednego z domków skarpetki się suszą, a w kącie rower dziecięcy rzucony. W oddali przed domkiem ktoś drzemkę sobie urządził, bo woda kołysankę mu zanuciła. Wracam tam, gdzie ludzi więcej. Gdzie głosy dzieciaków słychać. Francuska rodzina z gromadką rozgląda się za jedzeniem. Pani malucha na środku drogi w spodnie ogrodniczki przebiera. Jedno ramiączko niedopięte, bo maluch już się wyrywa. Młodsza siostra zaczyna brata szarpać za czuprynę. Trzylatka której białe włosy lśnią w słońcu, nie czesana z dobry tydzień, ciągle róg pieluchy w buzi trzyma. Resztę jak długą kitę ciągnie po asfalcie. W świecie dzieciaków już ciszy nie uraczysz. Ale radość i pocieszne zachowania, tak.

Między domkami na palach, wysuniętymi w morze poza linię brzegową, tętni życie. Nie jest ich dużo i wszystkie podobne do Siebie. Liczne pomosty przyklejone do nich pozwalają zaglądnąć w każdy kąt. W ucho wpada mi muzyka, mało współgra z tym miejscem. Romantyczna, wolna, młodzieżowa. Na poręczy jednego z pomostów widzę głośniczek. A obok na deskach dwoje młodych ludzi. Dzieli nas woda, a dojście do nich wymaga obejścia kilku domków. Taka mała Wenecja. Widok jednak mam idealny. Bliżej mi nie trzeba. Wokół nich nikogo, a oni tańczą. Zamieram, bo uwielbiam ten widok. 17 stopni w słońcu, a oni rozgrzani. Ona ubrana w fioletową luźną koszulkę na ramiączkach, która tańczy razem z nią na wietrze. Do tego najzwyklejsze jeansy i buty sportowe. Zgrabna niezbyt wysoka dziewczyna z okrągłymi policzkami włosy w krótki warkocz związała. Wiatr zdążył już zrobić swoje. Twarzy uśmiech towarzyszy. On modny dwudniowy zarost uśmiech oddaje. Wygląda na instruktora. Mój wzrok zatrzymuje się na butach. Są jak domowe miękkie kapciuszki w biało-czarne paski. Wyglądają na zwykłych przechodniów. O tym, że są tancerzami dopiero ruch ich zdradza. Ona w przerwach większość tańczy na palcach stawiając stopy blisko jego stóp. Oboje płyną, ale ruch co jakiś czas przerywany jest miękkim, a jednocześnie energicznym zatrzymaniem. Nie słychać odgłosów stawianych stóp. Tylko muzyka w przerwach wypełniona ciszą. Ciała zbliżone rytmicznie przemieszczają się. Noga za nogą podąża. Za każdym razem inaczej. Tu nie ma deptania drugiemu po butach i nie ma pomyłek. Dziewczyna potrafi przewidzieć każdy ruch partnera. Patrzą sobie w oczy. Do nóg i stawianych kroków przywiązują wielką wagę. Do rąk jeszcze większą. Dłonie partnera delikatnie aczkolwiek pewnie trzymają partnerkę. Postawa nienaganna jak w szkołach tańca. Są teraz we własnym świecie to, co dookoła nie ma dla nich znaczenia, choć wiedzą, że robię im zdjęcia. W przerwach między kawałkami drobne poprawki chociaż dla mnie już nie ma co poprawiać. Widok wart zapamiętania. Tańcząca para, a pod nimi morze tańczy. Wokół nich znienacka gapie się zebrali. Czas wracać.

Dzień kończę spacerem po białej plaży napotkaną w drodze powrotnej. Tak na nią mówią. Dla mnie to miejsce dla tych, którym trudno odróżnić kolor beżowy, kremowy, piaskowy, cielisty czy jasno brązowy. Tu spotkasz je wszystkie w jednym miejscu. Tu widać różnice. Piasek drobniutki jest tutaj jak mąka kukurydziana i gładki jak tafla szkła. Ubity mocno daje dobre podłoże do spacerów i biegania. Nogi się nie zapadają, a na powierzchni pozostają delikatne ślady stóp. Dlaczego nazywają ją białą? Bo takie wrażenie robi z daleka gdy mocne słońce się w piasku odbija. Czasami warto zrobić coś innego niż było w planach. Nie mieć ambitnych wyzwań. Dać ciału odpocząć. Wsiąść do autobusu i po prostu pojechać na wycieczkę. Zobaczyć przy drodze białą plażę, pasące się na trawie owieczki, domy z dachami pokrytymi zielenią i skaliste wybrzeże. Posłuchać ciszy, przypatrzyć zwykłym w ocenie, a jednak niezwykłym ludziom.

DSC03845 DSC04097 DSC04092 DSC04081 DSC04078 DSC04073 DSC04071 DSC04070 DSC04061 DSC04054 DSC04051 DSC04050 DSC04028 DSC04024 DSC04023 DSC04020 DSC04018 DSC04016 DSC04013 DSC04011 DSC04001 DSC03997 DSC03996 DSC03981 DSC03975 DSC03971 DSC03949 DSC03914 DSC03912 DSC03902 DSC03901 DSC03897 DSC03887 DSC03886 DSC03884 DSC03881 DSC03876 DSC03875 DSC03873 DSC03869 DSC03865 DSC03862

DSC03844 DSC04087 DSC04084 DSC04080 DSC04079 DSC04075 DSC04072 DSC04063 DSC04062 DSC04059 DSC04049 DSC04046 DSC04045 DSC04038 DSC04037 DSC04035 DSC04022 DSC04021 DSC04014 DSC04008 DSC04007 DSC04002 DSC03993 DSC03987 DSC03983 DSC03917 DSC03915 DSC03898 DSC03882 DSC03879 DSC03874 DSC03867 DSC03866 DSC03859 DSC03858

O CO TAK NAPRAWDĘ CHODZI W TYM NURKOWANIU? LOFOTY 1/5

Norwegia to nurkowanie. Dzisiaj właśnie trochę o nim. Woda 12 stopni i w lecie na więcej nie ma co liczyć. Niejeden słysząc te słowa, ręki do takiego płynu nie włoży. Ponad wodą wszystko zmienne. Pod wodą różnie bywa, bo norweskie Lofoty to również rozmaitość wrażeń. Spotkasz tu strome ściany i niecki podwodnych basenów. Raz pod Sobą masz płycej, innym razem nic nie zobaczysz, bo dno mam wrażenie, środka ziemi sięga.
Widoki? Pamiętajmy, że reklamy, opowieści i pierwsze oceny nas zwodzą. Na bogate życie nie natrafiłam jeszcze. Słucham, jak inni porównują: tam było ładniej, a tam to nie ma porównania. Tutaj mało się dzieje, a tam była woda czysta jak kryształ. Bez ocen i pomijając fakt zimna, przed którym strach jest przereklamowany, zadaję sobie najpierw pytanie: O co tak naprawdę chodzi w tym nurkowaniu? Dlaczego niektórych tak pod wodę ciągnie bez względu na warunki, miejsce i porę roku?

  • Wchodząc pod wodę bez względu na miejsce na ziemi, przełamujesz własne obawy, wygrywasz ze strachem, uczysz się samodzielności, a cierpliwość tu bardzo popłaca. Jesteś sam ze Sobą. Od tego, jak dokładnie się przygotowałeś, zależy czy wszystko będzie Ci sprawnie działało. Uczysz się, więc dokładności, schematów i tego, że najmniejsze błędy i pośpiech mogą Cię dużo kosztować.
  • Pod wodą zmieniasz nawyki, Dowiadujesz się, że ktoś liczy na Ciebie w razie, gdyby coś nagle zawiodło, że blisko możesz liczyć na pomocną dłoń. Uczysz się empatii i bycia lepszym człowiekiem.
  • Dowiadujesz się co to gościnność i wiesz, że żywe bardziej cieszy oko niż martwe.
  • W toni odkrywasz Siebie na nowo. Tam masz czas, żeby pomyśleć na spokojnie, żeby zwolnić z wszystkim, bo tam gonić jak w życiu się nie da.
  • W głębinach doceniasz oddech, o którym zapominasz na lądzie. Pod wodą płuca czują, że żyją. A Ty? Przypominasz sobie, do czego służą. Będąc w głębinach, słyszysz tylko tchnienie. Przyglądasz się bąbelkom powietrza umykającym i mającym jeden cel — wydostać się na zewnątrz. Wdechy i wydechy, gdy zaciągasz powietrze z butli, tutaj są głębokie i rytmiczne. Pomagają logicznie myśleć, wyciszyć się i zachować spokój w każdej niepewnej sytuacji. Zarówno pod taflą, jak i na lądzie. Zauważ, jak na co dzień oddychamy płytko. Zapominamy, że nasze płuca mają możliwości. Że nasza krew czy mózg powietrze wręcz kochają. O tym, jak ważny w naszym życiu jest oddech wiedzą jogini i medytujący. Wiedzą nurkowie i niektórzy psychologowie.
  • W wodzie liczy się pomysłowość Twoja i Twoich kompanów. Przyglądam się, uśmiecham i kiwam głową. Jak dzieci, jak dzieci – powiadam Wam. I właśnie o to chodzi. Żeby wyzwania zostawić na lądzie a pod taflą i wypływając na powierzchnię po prostu odpoczywać i dobrze się bawić. W pogodę i nie pogodę.

Słuchamy reklam i patrzymy na internetowe obrazki, a nasza głowa sobie wyobraża i zakłada, że będzie wspaniale. Że te dorsze co tak w Norwegii ich pełno będą blisko. A to nie ten okres i czasami nie w to miejsce ławica przypływa. Chcemy widzieć dużo, więc nie cieszy nas małe. A to te drobiazgi składają się na całość. Wygląd to jedno. Ale pamiętajcie korzyści nie tylko z widoczków płyną. Doceń to, czego się uczysz w nowych miejscach. Dostrzegaj chwile które dają powody do radości.

Info dla zmarzluchów, którzy chcą poznać podwodny świat, a zimno ich przeraża. Chłodu w zimnych wodach nie ma co się bać, bo przy odpowiednim ubiorze pod wodą komfort wyższy niż na lądzie. A Info dla tych co obrazki mają największe znaczenie. Jeśli widoku w wodzie będzie Ci mało poczekaj na pokaz, który tutejsze niebo oferuje. Zorza polarna lubi cierpliwość i potrafi zaskoczyć swoim pięknem, kiedy najmniej się spodziewasz. Podobnie jak woda. Norwegię można odkrywać na różne sposoby.

DSC04222 DSC04216 DSC04214 DSC04212 DSC04210 DSC04183 DSC04179 DSC04177 DSC04173 DSC04170 DSC04160 DSC04155 DSC04145 DSC04143 DSC04137 DSC04135 DSC04127 DSC04125 DSC04124 DSC04121 DSC04120 DSC04117 DSC04108 DSC03839 DSC03834 DSC03831 DSC03828 DSC03826 DSC03819 DSC03814 DSC03794 DSC03769 DSC03749 DSC03748 DSC03743 DSC03721

 

DSC03710 DSC04220 DSC04218 DSC04208 DSC04201 DSC04199 DSC04174 DSC04152 DSC04150 DSC04144 DSC04142 DSC04132 DSC04122 DSC04119 DSC04118 DSC04115 DSC04114 DSC04109 DSC04107 DSC04104 DSC04103 DSC04102 DSC04101 DSC03821 DSC03813 DSC03812 DSC03811 DSC03809 DSC03795 DSC03793 DSC03786 DSC03780 DSC03775 DSC03773 DSC03726 DSC03724

6 WSPANIAŁYCH I 1 BABA Z JAJAMI. LOFOTY 1/4

Pierwsze dni na Lofotach. Warto się rozpakować. Wielki ponton, który strażacy na akcje ratownicze biorą, czeka na swoją kolejkę. Doczekał się. Pogoda rano zmienna. Nawet powiem, że dużo padało. Lało jak z cebra chwilami. To dzień, gdzie dwa nurkowania grzybobraniem były urozmaicone. Przy brzegu słyszę małe poruszenie. Podczas składania okazało się, że część podłogi nie przyjechała. Bez tego trudno pływać. Piłka i młotek potrzebna. I kilka desek, których w okolicy nie brakuje. Norwedzy drewno lubią. Tyle chłopakom trzeba, żeby podłoga kompletna była. Oni rąk nie rozkładają, oni rękawy potrafią zakasać. W jedności siła, więc każdy głową troszkę ruszył. Idę zaglądnąć z ciekawości. Pełny profesjonalizm zastaję. No cóż, dla tych chłopaków nie ma rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, że łowienie ryb sobie umyślili. Żaden braki im nie staną na przeszkodzie. Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że faceci, o których piszę żyją jak pies z kotem. W rzeczywistości są jak bracia i łączy ich nieodłączna przyjaźń. Cięty język, żart za żartem i przekleństw nie mało, ale w sympatycznym wydaniu. Każdy ma inny charakter i temperament. Wszyscy mają coś z dziecka. Są też tacy co z dziecka nigdy nie wyrośli. Pozytywnie nastawieni do świata. Uśmiechnięci wstają i z uśmiechem się kładą. Wkurzają się na ciebie, ale to słodkie wkurzanie wiesz, że krzywdy nie zrobią. Czasami pokrzyczą na siebie, ale im szybko przechodzi. Troskliwi. W mig potrafią się zebrać, a snu jakby nie potrzebowali.

Z takimi facetami na ryby się wybrałam chociaż łowienie ryb jest mi bardzo nie po drodze. Ryby jeść owszem, ale lubię. To miała być męska wyprawa, a mnie kusiło. Sześciu ich było. Dosiadłam się w ostatniej chwili. Nic nie mieli przeciwko. Przyjęli z otwartymi rękami. Wsiadamy na łódkę. Jeden w gumiakach inny prawie na bosaka. Jeszcze inny w krótkich spodenkach chociaż pogoda wymagająca. Któremuś buty zamokły i plecak zalało. Ale kto podczas emocji związanych z połowem o takich drobiazgach myśli. Bo emocje są. Ryby biorą. Dorsze, makrele i głębinowe brosmy. Aż im oczy pod wpływem zmiany ciśnienia wychodzą. Ryby mniejsze i duże. Radość jeszcze większa. Cieszą się jak dzieci, a ja razem z nimi. Nie wiem co tam pod wodą, chyba mają fart. Nawet ja coś złowiłam po krótkim kursie. Nawet dwie na raz na jedną wędkę. Bo chłopaki o babę z jajami dbają i nie chcą, żeby z boku tylko siedziała.

Nałowiliśmy dla całej zgrai na lądzie. Oni nałowili mój udział był znikomy. Moje dwie, a ich cała zgraja pod prowizoryczną podłogę, która wieki by przetrwała się pochowały. Nie wiem czy mieliśmy dużo szczęścia, czy to było doświadczenie. Może chłopcy zostali dobrze poinstruowani o tym w jakim miejscu łowić i miejsce na środku morza znaleźli? Czy to ważne? Nawet jeśli ryb by nie było, zabawa byłaby przednia. Bo były przepychanki żartobliwe i żarty przednie, teksty. Dużo męskiej naturalności. Ją trzeba umieć czytać i potrafić śmiać się. Inaczej kobieto masz drogę przez mękę. Taki żart.

Czasami nam coś w facetach przeszkadza, czasami drażni, ale my kobiety powinnyśmy pamiętać, że to nie nasz świat. Pretensjonalność, nadopiekuńczość, wypominanie, rozliczanie odpuśćmy sobie czasami. Zauważajmy, że oni są po prostu inni. Inaczej świat widzą. Dużo prościej. I to się mi w nich podoba. Nie chcą długo pamiętać i szybko rozprawiają się z wyzwaniami. Mogłam przekonać się o tym dzisiaj. Podobnie jak tego, że męskie wyprawy są im potrzebne jak powietrze. Kontakt między mężczyznami to pierwotna potrzeba. Każdy facet zasługuje na przyjaciela. Dużego męskiego grona przyjaciół. Takich do wszelakich wspólnych zadań i wygłupów. Takich, z którymi naprawi łódkę i wybierze się na ryby, wymarznie i przemoczy do suchej nitki. Pamiętajmy, że my możemy dać im delikatność, ale odwagę i siłę faceci czerpią od Siebie nawzajem. Wspólne przebywanie w męskim gronie wydobywa męski potencjał. Nie bądźmy, więc zazdrosne o inne relacje mężczyzny, nie bądźmy spragnione jego ciągłej obecności w domu. Nie ciągajmy ich po sklepach. Poszukajmy swoje babskie przyjaźnie.

Założyłam, że na tej wyprawie będzie super i było. Zmarzłam tak, że nogi po gruncie same iść nie chciały. Przewiało wszystkie kosteczki. Ale co moje to moje i tego popołudnia za skarby bym nie zamieniła na inne. A prą po ryb. Były przepyszne. Każdy facet jest inny i każdego warto zrozumieć. Ale powiadam Wam grono tych co bronią i ratują ludzi z opresji, są wyjątkowi. Również ci, którzy na co dzień im pomagają. A ja właśnie takich mam kompanów. Co umieją udzielić pierwszej pomocy w każdej sytuacji. Mają siłę Guliwera i złote serce. Pomagają. Nie widzą problemów, a jedynie wyzwania. Oczy mają dookoła głowy. Wzajemnie się wspierają. Ratowanie i pomaganie wpisane jest w ich zawód i to w ich krwi płynie. Przy nich czuję się dobrze zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Jeśli kiedyś będziesz potrzebna pomoc o numerze 998 warto pamiętać w pierwszej kolejności.

DSC03568 DSC03551 DSC03541 DSC03536 DSC03518 DSC03421 DSC03416 DSC03394 DSC03392 DSC03367 DSC03358 DSC03347 DSC03339 DSC03327 DSC03325 DSC03322 DSC03321 DSC03286 DSC03283 DSC03282 DSC03561 DSC03539

DSC03561DSC03272DSC03419 DSC03539  DSC03508 DSC03494 DSC03476 DSC03459DSC03320  DSC03412 DSC03388DSC03538 DSC03360 DSC03340 DSC03338DSC03280 DSC03323  DSC03314DSC03277 DSC03309 DSC03290 DSC03284  DSC03279 DSC03278

CO MAJĄ ZE SOBĄ WSPÓLNEGO RUDE BRUNATNICE I POMARAŃCZOWE GRZYBY. LOFOTY 1/3

Na Lofotach jestem z w ekipie: chłopacy strażacy, wojskowi i ich znajomi, lekarze, kierowcy, rolnicy i Bóg wie kto jeszcze. Ale zawody nie mają znaczenia. Jest ciepły człowiek o przydomku „Kucharz”. Rajem dla niego jest świat podwodny i kuchnia. Jest wszędzie i dobry nastrój i siły rozsiewa jak zboże. Jest Prezes. Nazwa słuszna, bo on tu wszystkim zarządza. Kocha to życie chociaż często do takich wypraw z własnej kieszeni dokłada. Bo dla niego liczą się relacje i dobra zabawa. Za każdym razem mówi nigdy więcej i za każdym razem jest jeszcze fajniej. Jest również „Prawa ręka Prezesa” co się na wodzie lubi po wypłynięciu wylegiwać. Nad wyraz spokojna istota pod wodą, a nad wodą to tylko wrażenie, bo ja bym powiedziała wulkan. „Lewa ręka” Prezesa, bo bez dwóch się nie da, jest do rany przyłóż. Nerwowy czasami, bo się przejmuje. Opiekuńczy pracowity, jest jak dobry ojciec. Ojcem jest, więc doświadczenia miał, gdzie nabierać. No i dodam złota rączka. Autobusem twierdzi nie mógłby jeździć ze względu na ludzi. Ja mam inne zdanie. Jest Hanuś co na imię Hanka nie ma. Przydomek dla niej z kabaretu chłopcy zaciągnęli. Są też inni, każdy z ciekawą osobowością. Wartością jest fakt, że Ci ludzie nie patrzą na pogodę. A Ty za nimi pójdziesz chętnie i chętnie pomożesz. Pomysłów im nie brakuje. A optymizm chyba na zapas po wielkich kieszeniach w skafandrach nurkowych pochowali. I jeszcze do butów. I gdzie tylko da się. Spać mogą przez chwilkę. Bawić się zawsze gdy tylko praca na to pozwala.

Ranek jak to mówią: pod psem. Niebo chmury zakryło. Mżawka, wiatr i cholernie zimno. Przygotowani do nurkowania wrzucamy osprzęt na samochód. Dwa kursy, bo ludzisków kilkanaście osób. Wysiadamy w szczerym polu. Na środku jedna ławeczka. Reszta to kamienie algi i długie zejście do morza. Od silniejszych wiatrów chronią nas góry. Woda ciągle w ruchu nieco nerwowa. Dzisiaj nurkowanie z brzegu. Jest przypływ. Do miejsca zejścia w podwodny świat tam, gdzie nieco głębiej jest ładny kawałek. Neoprenowe buty czy gumiaki niektórych skafandrów ślizgają się po kamieniach. Rośliny plączą dookoła nóg. Na głowę krople mokrego deszczu spadają. Chociaż deszcz mógłby przez chwilkę być suchy. Suche są za to od środka nasze skafandry. Cieplutkie co alternatywą są do pianek i jedyne na norweskie zimne wody. Jest jeden śmiałek co piankę ubrał. Wojak to i daje radę. Pełen podziw dla niego, bo wiem co znaczy gdy zimna woda między ciało, a strój się dostaje, zanim własne ciepło nas nie ogrzeje, a pianka go nie zatrzyma. Jakby ktoś wannę zimnej wody na ciebie wylał. No ale co się nie robi dla późniejszych podwodnych wrażeń. Jest nieco głębiej, więc płetwy lądują na nogach. Dyndamy sobie tak chwilę w rześko chłodnej wodzie. Sprawdzenie czy wszystko gra i czy powietrze odkręcone, a potem nur do wody na prawie godzinkę.

Pierwszy widok to las brunatnic. Przypominają mi palmy oglądane z samolotu, które na wietrze się huśtają. Te rośliny są ciągle w ruchu dzięki wodzie. Kołysze nimi na różne strony. Ale słuchają się jak w wojsku. Tam, gdzie masy wody się przemieszczają tam i one. Chodzą płynnie jak w szwajcarskim zegarku. Niesłusznie się ich nazywa. Ich brązowo – pomarańczowy kolor czasami odcienie złota przybiera. Ale tylko gdy na liściu promień słońca się zatrzyma. Tutaj wcale nie jest brunatno. Ich korzenie mocno przyczepione są do skały. Żółte i grube jak szparagi. Liście duże. Wyglądam przy nich jak Calineczka. No może przesadzam. W skafandrze i z białą buzią od zimna wyglądam raczej jak tutejsze trolle. Wiem o tym bo widzę buzie innych. Na liściach rozgwiazdy i różowo białe jeżowce. Pod liśćmi podobno tętni życie. Tam nie zaglądam. Nie dzisiaj.

Pod wodą brakuje mi jedynie zapachów. Nie znam ich. Jedyny zapach jaki można tu spotkać to soli morskiej. Słona jakbyś przez przypadek do zupy zamiast pół łyżeczki soli 10 garści wsypała. W dole życie trochę uśpione. Patrzę jak tafla wody krople deszczu zatrzymuje. Tu mi nic nie zrobią. Ciekawy widok. Jakbym na deszcz od środka wielkiej szklanej bańki patrzyła. Wychodzimy na brzeg. Przewodnik jedzie napompować butle. Nie będzie go ponad godzinę. Kilka osób wraca do bazy, reszta zostaje. Nosząc na sobie dziesiątki kilogramów czujemy się nieco zmęczeni. Ale najwięcej w tyłek daje nam pogoda. Owszem mokrzy jesteśmy. Każdy przy jakiejś skałce przycupnął. Ale wyszliśmy, żeby od wody odpocząć i wysuszyć się nieco, a tu czuję się jakby pranie było na ukończeniu. Jakby podwójne płukanie ktoś w pralce jeszcze włączył. A my w środku bębna maszyny.Szybko pada pomysł: Nie ma co siedzieć. W góry idziemy. No to poszliśmy. Rozeszli i grzybów przy okazji nazbierali. Grzybiarze w skafandrach nurkowych na grzybobraniu w górach i w deszczu. Uśmiech na twarzach się pojawił. Rzadki widok powiadam. Ja zbierałam fotki, grzyby to była działka pozostałych. Uwieczniałam, aby pamiątka została. Czas minął, a w trakcie jeszcze u Lesia w głowie pomysł na kolację się zrodził. Co potem jadłam nie wiem. Podobno kozaki. Piękne dorodne i nie takie z lasu. W kolorach jesieni, pachnące górską roślinnością.

Kiedy samochód wrócił ponowne zejście do morza. Jeden głodny innemu chce się sikać, ale w wodzie się o tym zapomina. Po godzinie znowu był ląd. Przestało padać. Słońce nadal, gdzie indziej poszło świecić. Spędziliśmy w tym miejscu ładnych kilka godzin. Potem już była ciepła herbata i sauna. A potem wędkowanie. Bo po co siedzieć wieczorem. Bo do grzybów świeża ryba dobra. No i jak tu nadążyć za tymi chłopakami? Da się, da. Bo pomagają, zachęcają i nie narzekają, że niebogi. Po pozwalają zapomnieć i cieszyć się chwilą. Patrzę na jednego co zawsze mówi, że pod wodą pięknie. Mówi z taką wiarą i tak na mnie patrzy, że trudno uwierzyć, że może być inaczej. Wieczorem wskoczyłam pod kołdrę i cieszyłam się ciepłem pod nią i nad nią. Radość niosło wdychanie ciepłego powietrza. Doceniasz gdy przez chwilę nie masz. Dyskomfort dozowany co jakiś czas jest jak lekarstwo. Stawia nas do pionu gdy głowa mówi: Oj jak mi źle, jak mi źle gdy jest dobrze.

DSC03673 DSC03670 DSC03667 DSC03666 DSC03661 DSC03650 DSC03632 DSC03623 DSC03595 DSC03593 DSC03588 DSC03587 DSC03578 DSC03574

7 W 1. LOFOTY 1/2

Jest 2.00 w nocy. Zaczyna się lekko rozjaśniać. O 3.30 wschód słońca podpowiada głowie: Wstawaj! Głowa nie przyzwyczajona. Wraz z nadejściem dnia zmieniają się widoki. Niewiele przed granicą Szwecji z Finlandią odbijamy w kierunku Norwegii.

Prawdziwe widoki zaczynają się, kiedy chmury zsuwają się po zboczach w dół. A może to szczyty do chmur się pną? W radio muzyka Country. Dlaczego nie. Gdzie głowy nie odwrócę gra barw. Woda o tej porze grafitowa jest jak lustro. Wodę i ostre krawędzie skał w nią wchodzących dzielą żółtawo – pomarańczowe wodne rośliny pokrywające brzeg. To zasługa odpływu. Kiedy wody mniej, co jakiś czas naszym oczom ukazuje się to, co zazwyczaj pod wodą. To nietypowe kolory jak dla roślinności wodnej. Na brzegu pojawiają się również białe połacie drobnego bielutkiego żwiru, który przechodzi płynnie w niziutka trawę. Zieleń wygląda tu jak na polu golfowym chociaż żadna ludzka ręka do jej wyglądu się nie przyłożyła. Tu o trawę dba sama natura. Klimat trzyma ją w ryzach. Po drugiej stronie na zboczach zaraz za krawędzią drogi, jasno zielone poduszki mchu pokrywają kamienie. W niższych partiach gór niskie zadrzewienie i kosodrzewiny. W wyższych partiach śnieg zalega. Tutaj lato mu nie straszne. Szara skała w słońcu się srebrzy. Głównie tam, gdzie skała mokra oraz w miejscach, gdzie woda z gór spływa tworząc wodospady. Całą grę barw zamyka błękitne niebo tworzące tło dla tutejszych szczytów. Kilka godzin trzeba, aby woda zmieniła kolor na błękitny, a chmury schowały się bawiąc w ciuciubabkę. W pobliżu Narvik.

Kiedy na drodze pojawiają się pierwsze łosie autobus ożywa. Znaki nie kłamią. Te zwierzęta naprawdę mają tu swoje szlaki. Kurcze blade zdjęć łosi nie mam. Ale co tam, każdy wie jak łoś wygląda. Przy drugim trzecim okazie już nie ma takich reakcji. Liczne zagłębienia wypełnione wodą przykuwają wzrok. Słyszę w oddali słowa: Piękne te bajorka. Powiem tak. Chociaż jedno takie bajorko i w takiej oprawie chciałabym dostać w prezencie. I z takim widokiem przez okno budzić się codziennie.

Oczami wyobraźni popatrz na czyste spokojne bezkresne morze, wodę niewielkich czystych jezior z bogactwem ryb, białe i srebrne kamieniste plaże, monumentalne góry z licznymi wodospadami, karłowatą różnorodną zieleń lasów, śnieg którego doświadczasz u nas zimą i słońce, na które czekasz z niecierpliwością latem. I to wszystko w jednym miejscu. Tak witają mnie norweskie fiordy.

Lofoty to słońce, deszcz i znowu słońce. I trochę chmur i wiatr, i dużo więcej. Pogoda na Lofotach kapryśna jest. Taki urok tej części Norwegii. Koniec podróży. Willa Ballstad w miejscowości o tej samej nazwie. Stoję przed malutkim bielutkim domkiem. Urokliwy. Wchodzę do środka. Podłogi również białe. Otwieram małe okienko na piętrze. Żeby nie było: również białe. Niebo jak na podciąganych grafikach z i-stock. Po prostu idealne. W dolinie morze w ląd się wcina. W oddali szczyty zachęcają do spacerów. Na środku skały spod wody na powierzchnię wyszły po to chyba, aby na słońcu się wygrzać. Są prawie na wyciągnięcie ręki. Na nich mewy przysiadły chyba odpocząć po śniadaniu. Na lądzie skałki pod sam dom podeszły. Jakby z ziemi wychodziły i też promieni słonecznych pragnęły. Rzeźbią krawędź tarasu. A ten co ma robić nieboga? Do kamieni się dopasowuje, bo one nie mają ochoty się za nic ruszyć. Kamienie są jak fotele z podgrzewanym siedzeniem gdy promienie słońca ich nagrzeją. Między skałkami roślinność górska się wciska jakby chciała się przytulić do kogoś, jakby schronienia tutaj szukała. Tam, gdzie większe połacie trawka niska tworzy kobierzec. Bez odżywek i grzebieni. Nie rośnie jak szalona, bo przez klimat okiełznana. Spokojna woda za lustro tu robi. Wszystko, co opisałam w niej się przegląda. Tutaj mam wrażenie nic nie trzeba poprawiać. A dzięki lustrze wody wszystko możesz podziwiać na dwojaki sposób.

DSC03883DSC03894 DSC03951DSC04180 DSC04091 DSC04012DSC04095 DSC03964  DSC03896  DSC03891  DSC03728 DSC03645 DSC03639 DSC03602 DSC03545 DSC03480  DSC03318DSC03446 DSC03306 DSC03295 DSC03291

CO SIĘ NIE ROBI DLA WIELKIEJ PRZYGODY. LOFOTY 1/1

W najbliższym tygodniu zabieram Was na jedne z najpiękniejszych wysp świata. Kierunek Lofoty czyli odległa Norwegia i jej malownicze fiordy za kołem podbiegunowym. Dzisiaj o samej podróży, która też ma swoje uroki. O tym co w niebieskim autobusie i poza nim.

100 bitych godzin drogi w obie strony. 6000 km po lądzie, a może i dużo więcej. 1 niebieski autobus. 2 sympatycznych kierowców i 27 osób takich co lat nie liczą. Mieszanka charakterów. Z brzuszkami i bez. Jedni się znają, a inni nie. Ale poznają się szybko. Podstawa, wszyscy pozytywnie nastawieni, otwarci na świat i innych ludzi. Kobiety i mężczyźni tak różni od siebie. Część osób nurkuje, a część po prostu lubi posiedzieć, pochodzić po górach czy dobrze zjeść. Ci którym Bozia więcej dała i pod wodę będą schodzić już na starcie żartują: Po co dieta. Wystarczy dobrze dopiąć zamek skafandra. Dla tych co nie wiedzą dodam że neoprenowe czarne stroje nurka figury dodają, brzuchy wciągają. Z większości facetów robią ciacho. Dowcipy będą towarzyszyły do samiutkiego końca.

Stoję przed autobusem. Pierwsze wyzwanie, bagaż się nie mieści. Ciekawy widok, gdy luki bagażowe zapakowane, miejsca pozajmowane, a walizki nadal na zewnątrz. Pudła, kartony i zgrzewki z napojami. Poduszki, śpiwory, lodówki przenośne i kurtki zimowe chociaż środek lata. Styropianowe pojemniki termiczne na ryby, bo ryb chcą przywieźć z tonę. No dobrze troszkę przesadziłam. Ale dużo. Ponton dla tych co łowić będą, bo łódka by się raczej nie zmieściła. To wszystko jest do zabrania. Dla tych ludzi nie ma rzeczy niemożliwych. Teraz każde wolne miejsce nabrało wartości. To nad głową i to pod nogami. Moim sąsiadem na podróż został grafitowo – granatowy, sympatyczny w dotyku pojemnik wielkości dużego kartonu. Z tym nie pogadam, ale też wiem, że wiercić się nie będzie. Podróż przez prawie całą Polskę, aby na prom się dostać mija szybko. Po godzinie czuję domową atmosferę. Ktoś o kogoś dba. Coś serwują. Catering pierwsza klasa. Z głodu z tymi ludźmi człowiek nie zginie. Tutaj się można przekonać, że są mężczyźni, którzy potrafią gotować lepiej niż nie jedna kobieta. Prom ma swoje lata. Wszystko idzie sprawnie. Ktoś gdzieś zniknął i ktoś nie może znaleźć plecaka. Są nerwy. Stres i skubanie skórek przy paznokciach. A w takich momentach liczy się spokój i opanowanie. Wszyscy o tym wiemy i za każdym razem popełniamy ten sam błąd. Zguba się po chwili znalazła. Emocje u niektórych opadały nieco dłużej.

Wchodzimy na statek. Wymalowany na biało z granatowo czerwonymi potężnymi kominami świeci w słońcu z daleka. Wygląda jak z obrazka. Tylko niebieskiego nieba brakuje. Zamiast niego można podziwiać szarobure kłębiące się na niebie chmury, które też przecież mają swój urok. Z bliska jest już inaczej. Dotykam ścian kadłuba. Ma już swoje lata. Zdradza to liczba warstw nałożonych z czasem farb. Każda powoduje, że pojawiają się coraz większe nierówności. Do tego słona woda. Jest bezlitosna. Miejscami farba odpryskuje i rdza się pojawia. W środku również. Miękkie fotele, lampy oraz wykładzina w hallu i korytarzach sprawiają, że miejsce jest bardzo przytulne. Obsługa polska miło się uśmiecha. Czteroosobowa kajuta bez okien robi dobre wrażenie. Czysto i schludnie. Ceny przyzwoite. Jedzenie również. Intuicja podpowiada będzie dobrze. Prawidłowo podpowiada. Wraz z upływem czasu zaglądam w każdy kąt. Część osób idzie do swoich kajut, inni mają wykupione miejsca lotnicze. Wiele osób przebywających na pokładzie ze śpiworem pod pachą szuka swojego kącika. Efekt jest taki, że, kiedy mija kilka godzin, każdy ma już swoje lokum. Część zjada przyniesione ze sobą zapasy. W korytarzach warto patrzyć pod nogi. Tu śpią ci, dla których zabrakło łóżek. Pojedyncze jednostki oraz całe rodziny. Obok drobnej nastolatki leży wszystko, co ze sobą na pokład zabrała. Ubranie, jedzenie, zabawki i słodkości. Śpi smacznie jak niemowlę. W innym miejscu dziewczynka puzzle układa. Inna z tatą po ziemi się czołga. Bawią się w tygrysy. W małych wnękach na materacach dwóch młodzieńców lekko oddycha. Zapadli w głęboki sen. Nieopodal nich mruga duży napis DISCO. Zaglądam z ciekawości. Magicznie. Sklepienie które czasami można też spotkać w historycznych katedrach ma kolor oceanicznej głębi. Drobne światła migają delikatnie. Wyglądają jak gwiazdy zadomowione w tym miejscu. Dla tych co tu przyjdą szybko minie czas. Na sprytnie zagospodarowanej powierzchni statku łatwo się poruszać i odnaleźć miejsca mniej i bardziej zaludnione. Całość ma 3 poziomy pomijając 2 poziomy doków przeznaczonych dla samochodów. Aby powstał ten wpis przycupnęłam na miękkiej podłodze w połowie długiego, wąskiego i przeszklonego korytarza, łączącego bar z kajutami. Wyglądam przez okno. Na zewnątrz przyjemnie. Ludzie głowy kapturami przykryli, bo wieje. Ci, co nurkują szczególnie. Oni ubrali czapki. Oni wiedzą, że o uszy warto i trzeba dbać. Jakiekolwiek przewianie jest równoznaczne rezygnacją z przyjemności zejścia pod wodę. Powietrze jest ciepłe. Młody Pan z psem wyszedł na spacer. Inny w towarzystwie kobiety wypala przed spaniem ostatniego papierosa. Większość przychodzi tutaj popatrzyć na morze. Zapachy grillowanego jedzenia wchodzą do środka. Woń bigosu miesza się z aromatem kiełbasek. W centralnym miejscu w oczy rzuca się wielka kopuła. Wokół niej miejsca widokowe z poręczą. Pod nią kryje się wspomniana dyskoteka. Po kilkunastu godzinach na wodzie wychodzimy na ląd. Samo południe. W Szwecji wita nas słoneczko. Po chwili znowu w autobusie. Do celu jeszcze daleko. Następne pół dnia mija leniwie. Jazda i krótka przerwa na opróżnianie. Powtarzalność się wkrada. Znudzenie. Dla zabicia czasu ogląda się filmy i żartuje pokątnie. Na przystankach przyjęło się hasło: Wojsko jest można jechać, bo w ekipie kilku co w mundurze służą. Ma być wszystko sprawnie, rzeczywistość jednak jest zupełnie inna. Komendy to wygłupy, wszyscy tu wiedzą, ale wiedzą też, że czas trzyma nas w ryzach. Zapada zmrok. Niebo nabiera kolorów. Niebieski zlewa się z pomarańczowym i żółtym. Dwa ostatnie kolory wstydliwie chowają się za delikatnie rozciągnięte nad linią horyzontu chmury. Autobus płynie po szwedzkich drogach. Wzdłuż linii brzegowej Bałtyku roślinność górska. Zieleń od tej soczystej po głębokie barwy iglastych sosen miesza się z fioletami. Białe akcenty pojawiających się brzóz, szarości skał i pobłyskujące tafle jezior uzupełniają całość. W autobusie przyjemne pomarańczowe światło nad siedzeniami współgra z niebem. W ruch poszły sztruksowe zasłonki. Przytulnie się zrobiło. Na czerwono duży zegar wyświetla temperaturę 12 stopni. Autokar wypełnia muzyka polskich spokojnych przebojów. Niektórzy popijają ciepłą herbatę, inni na ciepłą wodę czekają. Zapachy jedzenia wypełniają wnętrze. Nogi wystają miejscami poza siedzenia co oznacza, że niektórzy myślą już, aby oczy zamknąć. Za głowa słyszę śmiechy tych, którzy jeszcze o spaniu nie myślą. Mówią tylko o wyciszaniu, ale czuję, że jeszcze to potrwa. Na gapę jedzie z nami jedna mucha. Przed nami jeszcze 1000 km do celu. Za nami drogi 2/3.

DSC03164 DSC03166 DSC03177 DSC03186 DSC03187 DSC03203DSC03248 DSC03243 DSC03215 DSC03210 DSC03207 DSC03257 DSC03115 DSC03131 DSC03134 DSC03137 DSC03140DSC03145 DSC03147 DSC03148 DSC03152 DSC03153 DSC03162

 

DSC03766 DSC03255 DSC03250 DSC03242 DSC03233 DSC03219 DSC03216 DSC03204 DSC03197 DSC03188 DSC03184 DSC03163 DSC03159 DSC03158 DSC03157 DSC03156 DSC03155 DSC03154 DSC03151 DSC03136 DSC03135 DSC03126 DSC03110

Czy jest sens ?

W dobie komercji i pogoni za lepszym jutrem. W dobie gdy ciągle słyszysz kup coś lub sprzedaj. W dobie gdy ciągle coś jest lepsze lub gorsze, cały czas czuję w powietrzu jakiś przerost formy nad treścią. Przeliczę, więc, porównam, sprawdzę. Zapytacie: Po co ? Bez tego czasami może się okazać, że ciągle gonimy zajączka. Nie dajmy łapać się, więc w sieć lub pułapkę. Zauważajmy. A jeśli już podejmiemy jakieś kroki róbmy to świadomie, zadając Sobie pytanie. Czy ma to sens ? Po to, aby nie wpaść w pułapkę, gdzie ciągle coś człowiek ma dużo, a jednak jakoś tak mało.

Bo chociażby:

Czy jest sens budowania przy domu placu zabaw dla dzieci ?

Tak. Jeśli będziesz tam czynnie spędzał z nimi czas. Myślenie dorosłych jest proste. Postawię przy domu huśtawkę. Zrobię domek na drzewie. I może jakąś zjeżdżalnię jeszcze. Taki full wypas. A potem powiem: Zobacz malutki to dla Ciebie. Idź Kochanie i baw się. Dziecko idzie sprawdzi raz czy dwa, a potem zabawki idą w zapomnienie. Bo tam przecież życia brak. Towarzystwa nie ma. Nie ma na tyle pup co by kurz ciągle ze zjeżdżalni ścierało. Nie ma nikogo kto przez przypadek uderzy w nos i z kim można rywalizować. Koleżanki czy kolegi nie uraczy i raczej tak pusto i smutno. Za prawdziwym placem się dziecku tęskni. Za tym starym co można kolana poobdzierać razem z innymi.

Czy jest sens kupna samochodu w dużym mieście ?

Oczywiście. Jeśli masz dzieci małe i do szkoły mają nieco dalej. Gdy ciągle gdzieś bywasz. Jeśli posiadasz nieco więcej pieniędzy na wykupienie miejsca parkingowego i pamiętasz żeby mieć drobne na parkometry. Kiedy lubisz pamiętać o przeglądach na drugim końcu miasta i jeszcze ubezpieczeniach. Gdy lubisz przedzierać się godzinkę w korkach, żeby potem przesiedzieć 8 godzin w pracy i wracać godzin dwie, bo pech chciał wtedy całe miasto wraca. W dużym mieście pełny bak i cierpliwość to podstawa. Oj ile by się człowiek taksówkami rozbijał i woził jak król, gdyby umiał przeliczyć. Oj jakby środowisko na tym skorzystało gdyby człowiek w autobus co ma specjalne pasy wydzielone i szybciej jedzie wsiadł. Oj ile zdrowia zaoszczędził i ile książek przeczytał po drodze.

Czy jest sens posiadania wielu podobnych rzeczy zamiast jednej ?

Tak. Jeśli wszystkie używasz. Jeśli nadążysz o nie dbać lub jeśli nadążysz je myć czy sprzątać. Jeśli każda ma swoje miejsce czy swojego właściciela. Zatracamy się czasami w kupowaniu, a potem ? Biżuteria głęboko gdzieś w szafie schowana, bo wszystkim naraz nie jesteśmy się w stanie się obwiesić. Kolejna zabawka w garażu stoi, bo ilomaż na raz można jeździć.

Czy jest sens budowanie domu ponad miarę ?

Owszem. Gdy ma się dużą rodzinę. Tak jeśli lubisz ciągle sprzątać lub gdy masz kogoś, kto o dom pomoże zadbać. Dom to energia i ciepło po wszystkich kątach. Dom lubi gdy ktoś się w nim ciągle krząta. Gdy dzieje się w nim dużo. Gdy ciągle gwarno. Nie lubi pustki i nie lubi być sam. I żaden jego zakamarek. Kiedy zapomnisz na chwilę o jakiejś jego części, zaczyna nieładnie pachnieć. Jakby ze złośliwości przestał się myć. Pamiętaj dom lubi towarzystwo i lubi być dotykany. A gdy jest za duży nawet nie jesteś w stanie wszędzie zaglądnąć. O dotyku nie ma mowy. Dopasuj dom do własnych potrzeb. Jak ciucha w sklepie.

Czy jest sens robienia z dzieci „Barbie” ?

Tak. Z tych co strojenie mają w naturze. Bo dzieciom warto się przyglądać. Są takie co ich ziarnko piachu uwiera. Takie co włos ma im z głowy nie spaść. Z różową kokardką i mnóstwem falbanek. Są też takie zawsze czyściutkie co buciki na obcasiku i w poważnej sukience. Wszystko takie dopasowane. I krój i kolor. I to wszystko jest super. Tylko sprawdź czy Twoje to ten model. Inaczej możesz ujrzeć widok ciekawy. Pamiętaj, że są jeszcze takie co jak ich w prześliczną sukieneczkę ubierzesz to od razu mają pomysł jak ją wykorzystać. Chwytają za pięknie odprasowany dół dwoma rączkami tworząc z przodu nieckę. Wypełniają piachem, bo tak lepiej niż w garściach nosić. Te dzieci są pomysłowe i praktyczne. Takie uwielbiam. Barbie tak, ale gdy dziecko tego chce.

Czy jest sens płacenia w Centrum wodnym za basen z falami gdy akurat wakacje nad morzem spędzasz ?

Jak najbardziej. Jeśli lubisz towarzystwo. Tu, zanim falę puszczą rządny fal tłum ustawia się w rządkach. Owszem gdy lubisz czekać. Bo tu ruchem wody steruje człowieczek. 10 minut rozkoszy i 30 minut przerwy. Tutaj pod stopami gładko. Co najwyżej ktoś Ci na stopę nadepnie. Tłoczno, gwarno, szum morza zastępuje muzyka z głośników, bo tu morza nie ma, a, kiedy już się rozochocisz i zabawa przednia fala znika. Pan idzie na przerwę. Jeśli lubisz takie klimaty. Sztuczne fale są dla Ciebie.

Czy jest sens wyjeżdżania daleko ?

Naturalnie. Bez dwóch zdań. Jeśli jesteśmy kilka rzeczy świadomi. Jeśli nie męczą nas wielogodzinne i nocne jazdy samochodem, odprawy na lotniskach oraz wszystkie wyzwania gdy podróżujemy z dziećmi. Gdy latanie to dla nas czysta przyjemność. Kiedy potrafimy zjeść cokolwiek podczas drogi, a potem jesteśmy otwarci na całkiem nowe smaki i liczymy się z tym, że może nas spotkać w toalecie przygoda. Gdy nie przeszkadzają nam różnice czasowe, które czasami musimy odespać.

Przyglądam się ludziom. Słucham. Jak cieszą się urlopu i o egzotycznej wyprawie mówią. Cieszę się razem z nimi. Indie, Peru, Kambodża, Kuba. O rany myślę jak super. No i wracają ludziska z tego urlopu. Tydzień byli, bo urlopu więcej nie ma. Dwa dni podróży w jedną stronę i dwa w powrotną. A, że dużo zobaczyć się chciało, bo to wyprawa życia to jeszcze loty wewnętrzne i ciągłe wycieczki. Dużo zobaczyli. Wracają, a na buzi zmęczenie. Przygoda jednak niezapomniana. Egipt. Bo cieplutko, bo morze, bo baseny, bo owoce egzotyczne na drzewach. A potem codziennie to samo. Śniadanie, plaże i to samo ciepło przez cały rok, kiedy nie pojedziesz. Obszar ograniczony murem. A za murem pustynia. Jeśli nie jesteś zwolennikiem tego co piszę pamiętaj, że jest też wiele pięknych miejsc nieopodal, poczynając od pobliskiego lasu z dorodnymi jagodami. Potem polskie miasta. Wiele z nich ma swój urok. I góry i lasy. Jeziora i morze. Te na początek polecam. Wszystkim życzę podróży tych dalekich i tych bliskich. Takich, ze świadomością wszystkiego co po drodze. Takie potem cieszą.

W domu i w głowie Matki Polki porządkowanie czyli 3 pomysły skąd czerpać pomoc 1/2

Zacznijmy od początku Najpierw jesteś sama. Masz wszystko na swoim miejscu. Twój dom wygląda po Twojemu. Porządkujesz do momentu aż czujesz, że w tym otoczeniu jest Ci dobrze. Ale samemu nie jest dobrze. Jesteśmy przecież zwierzęciem stadnym. Więc potem jest Was dwoje. Jest wspaniale. Podział obowiązków. Jako kobieta porządkujesz nadal i bierzesz pod skrzydła.

Opiekujesz się domem i nie tylko. Ot tak po prostu dbasz, bo jest to w Twojej naturze. A potem bywa, że jest Was troszkę więcej. Może dzieci i jeszcze chomik, bo wydaje się mało obsługowy. Do tego jakiegoś kotka przygarniesz. Zmieniasz dom na większy. Opuszczasz małe słodkie nieco ciasne mieszkanko, które całe ogarniałaś wzrokiem stojąc na środku. Większe mieszkanie czy duży dom daje przecież większe możliwości. Zakładasz ogród. Prac i obowiązków przybywa. Ty nadal wszystko ogarniasz.

Jeśli w domu są dzieci wtedy prania, suszenia, rozwieszania, składania, odnoszenia na swoje miejsce, mycia, szorowania, podlewania, wycierania, odkurzania, pieczenia i nie zapomnijcie o przytulaniu, jest coraz więcej. Mówisz przecież to naturalne i dziecku co chce zabawy odpowiadasz: Potem, bo teraz mamusia musi obiadek przygotować. Czasami pomoc płynie. Ale tylko Ty jedna, kobieta, Matka Polka wiesz ile pracy wszystko kosztuje. Nie zapominajmy, że w dobie równości pracujesz jeszcze na cały etat. Tylko Ty wiesz, że drugi jest gdy do domu wracasz.

Dom, więc lśni. Goście chwalą. Po latach przecież dochodzisz do wprawy. Potrafisz więcej i szybciej. Nawet potrafisz rozdzielać obowiązki, bo zaczynasz dostrzegać, że potrzebujesz pomocy. Że już tak wszystko się nie da nawet jakby się chciało, nawet jeśli jesteś obrotna, pracowita. Nawet jeśli masz pozytywne nastawienie. Główkujesz co z tym zrobić i pierwsze 3 pomysły przychodzą do głowy.

Do pomocy zjawi się babcia.

Jeśli mamy babcię blisko jesteśmy szczęściarzami. Podwójnymi gdy obok jest dziadek. Wszystkim dziatkom chylę czoła. To co robią jest nieocenione. Ale, zanim poprosimy bliskich warto pamiętać, że jesteśmy już samodzielne. Mamy swoje przyzwyczajenia. Wychowujemy po swojemu. Wszystko w domu po naszemu. A mama lub teściowa ? To kobiety z doświadczeniem. Wiedzą więcej niż my i Twoje dzieci chcą nauczyć własnych standardów i przekonań. Oj ciekawie to czasami wygląda. Pamiętaj dziadkowie są super, a jeśli ustalisz zasady na początku skorzystają na tym dzieci, skorzystasz Ty i Twoja druga połowa. Będzie tak super co najmniej potrójnie.

Zatrudnisz nianię lub pomoc domową.

Tutaj możesz już wymagać i będzie tak po Twojemu. Tylko znajdź taką co spełnia oczekiwania. Z pomocą różnie. Ideałów nie ma. A nawet jeśli jest przygotuj się na dłuższe poszukiwania. W końcu zjawia się ta wymarzona. Spędzasz z nią dużo czasu. Uczysz. Pokazujesz co i jak. Sprawdzasz. Delegujesz zadania. Rozliczasz się regularnie. Wszystko się już tak ładnie ułożyło, a jej za chwilę nie ma. Bo ona potrzebowała pracę przejściową albo za granicą więcej płacą lub Ty za dużo wymagałaś. No i szukasz od nowa. Przy tej opcji uzbrój się w cierpliwość. Naucz, że nic nie trwa wiecznie.

Dzielisz obowiązki między dzieci.

Czekasz i myślisz Sobie: Gdy dzieci dorosną będzie lżej. Pomogą. Bo widziały i wiedzą, że nic samo się nie robi. Nauczyłaś bycia dokładnym i odkładania na swoje miejsce. I doczekałaś się. Podejmujesz próbę. I tu często zaczynają się schody. Dzielisz zadania i spodziewasz się ideałów czy cudów. Patrzysz. Mija dzień, tydzień, miesiąc. Rodzą się zawody. Myśli przychodzą: Mieli pomóc, ale im się nie chciało, zrobili unik, tłumaczyli nie teraz, bo co innego coś muszą zrobić, przyjęli zasadę może mi się uda lub może kolejka ucieknie. No i nie potrafią tak jak Ty. Daj może dopuścić myśl, że nie mieli czasu, mieli ważniejsze powody. Że dzieci mają inne spojrzenie i inny odbiór. Dla Ciebie może coś byś nie tak, dla nich całkiem extra. Pamiętaj też, że dzieci muszą dojrzeć. Spojrzeć ile dają od Siebie i czy wszystko na ile je stać. W życiu tyle dostajemy ile dajemy. Ba. Dostajemy dużo więcej. To wiemy my dorośli. Dawać trzeba się nauczyć, a to wymaga czasu. Poza tym dzieci chcą dzieciństwa, młodzież radości życia, to, co od nich chcemy to dla nich strata czasu. Dlaczego ? Bo młodość ucieknie, a obowiązki będą zawsze.

Pamiętajcie rozwiązań jest wiele. Szukajcie. Sprawdzajcie. I najważniejsze. Dajcie Sobie pomóc. Pomóżcie Sobie same. Tak, aby mieć trochę czasu dla Siebie. Aby kiedyś nie poczuć się jak niewolnik. Warto w życiu umieć wyważyć. Czasami dać coś zrobić za Siebie. Czasami po prostu odpuścić. A czasami zrozumieć.

W domu i w głowie Matki Polki porządkowanie 1/1

Rodzina jak z obrazka. W kącikach kurzu nie uraczysz. Na stole wazon z pachnącymi świeżymi kwiatami, rozkładasz naczynia. Pachnie obiadem, który właśnie co przygotowałaś po pracy. Patrzysz przez szybę. Szkło błyszczy się w popołudniowym słońcu. Wołasz do stołu słodziaki co z pieskiem się właśnie bawią i ze szkoły powracały. Potem na tarasie popijasz kawkę lub herbatkę, wpatrzona w kwitnące wypielęgnowane rośliny i przez uchylone drzwi słyszysz sygnał z piekarnika. Ciasto się właśnie upiekło. Zapach truskawek i wanilii wypełnia otoczenie. Po prostu sielanka. Czy tak to Sobie wyobrażamy ?

Tak jest na filmach. A jaka jest rzeczywistość ? Już nie jest tak dokładnie i nie zawsze jak na obrazku. Wracasz z pracy. Zlew pełen naczyń, w korytarzu barykada z butów, stopa do podłogi się klei, bo ktoś sok rozlał, a pies do tego wszystkiego dywan obsikał. Na szybie historia pewnego ptaszka, który codziennie tędy przelatuje. Nie masz czasu umyć. Chcesz do stołu obiad podać, a na stole mydło i powidło. Bo stół pod ręką i po drodze. Jeśli późnym wieczorem nic nie ugotowałaś masz wyzwanie co na szybko. A jak masz to będzie odgrzewane czyli już nie takie smaczne. O deserze zapomnij. Jak masz dużo szczęścia znajdziesz chwilkę dla Siebie. Chcesz wyjść i się troszkę umalować, a Twoje kosmetyki gdzieś się ulotniły. Masz szczęście, że przynajmniej mydło się nie skończyło.

To schemat, który spotykam bardzo często. Schemat rodzinny. Biorę, więc temat na tapetę. Niedziela. Leżę na hamaku. Leżymy sobie we dwie z psiapsiółą, bo ustrojstwo podwójne. Słońce wysoko. Niebiesko na nieboskłonie. Taka chwilka dla siebie. Rozmawiamy o tym jak kochane dzieci podchodzą do porządków, kiedy im się do końca nie chce. Że więcej wtedy strat niż korzyści. Jakie jest ich zaangażowanie i że lepiej czasami tego nie oglądać. O tym jak zdarza się z pełnymi reklamówkami zaraz po pracy w drzwiach stanąć i widzi to, co nie do końca chciałoby się widzieć. Jak ręce chcą opaść, bo czasami opadają, ale nie mogą, bo pełne. Ale również o tym jakie życie byłoby puste i ile mniej wyzwań. Zaczęłyśmy szukać stron dobrych, bo są przecież takowe. Dostrzegłyśmy plusy, choć ciągle minusów było dużo.

To był początek. Pojawił się śmiech, a zęby w słońcu lśniły. Za brzuch się na koniec ze śmiechu trzymałam. Łzy radości poleciały. Wiecie do czego doszłam i co mnie najbardziej w tym wszystkim ubawiło ? Że często będąc kobietą zadajemy sobie pytania: Dlaczego tak u mnie jest ? Co źle robię ? Może jakieś błędy wychowawcze popełniłam ? Może coś przegapiłam ? Może coś ze mną nie tak ?

Wystarczy kochane Matki Polki oczy otworzyć. Przecież nie jesteśmy inne. Każda z nas przechodzi to samo. W każdym domu te same wyzwania. Tylko, że my takie ambitne i mało która z nas o tym mówi. Stara się po prostu sprostać. Nie dostrzegamy, że w około podobnie. Wyrzućcie, więc troski na bok. Wszystko z Wami ok. Jesteście wspaniałe i wyjątkowe w tych ciągłych pomysłach i do doskonałości dążeniach.

Kiedy dzieci do Was zawołają Matko z dziwnym akcentem i zadziornym wzrokiem pamiętajcie, że to z miłości i przekomarzania. Bo tak naprawdę kochają skrycie. A, kiedy pies na dywan sika to zwyczajnie z radości albo, dlatego że ma problemy z układem moczowym. Więc głowy do góry i nie mazgaić się proszę. Naprzód następnym wyzwaniom jak cała reszta Matek Polek.

Malaga czyli wodne i lądowe rarytasy 1/7

To miała być mała wyprawa na Targ z owocami. I takie drobne zakupy gdzieś w jednej z dzielnic. To gdzieś okazało się w samym centrum Malagi wciśnięte w historyczną zabudowę, gdzie już tylko pieszo się możesz przemieszczać. Trafiam na remont uliczki. Małe koparki, bo duża tu nie wiedzie, przerzucają piach, który czuje się między zębami. Bardzo wąskie przejście pozostawiono dla przechodniów. Trafia prosto na jedno z wejść do budynku. Jeśli trafisz tu w odpowiedni dzień i o odpowiedniej godzinie możesz zobaczyć wiele. Ja widokiem napawałam się troszkę, a i tak cały czas było mi mało.

Stalowa hala z wielkim, a’la witrażem, który z czasem pokrył kurz chroni to, co w środku od mocnego słońca. Wyjść i wejść jest kilka. Praktycznie z każdej strony. Wewnątrz na przywitanie rzucają mi się w oczy ryby z tutejszych wód oraz owoce morza. To najbardziej oblegane miejsca. Tam, gdzie mięsko pustki chociaż też różnorodność i wszystko świeże. Ale ryba to ryba. Lokalni o tym wiedzą. A świeża ryba to dużo więcej. To zdrowe jedzenie. Stoisko obok stoiska. Zapach ryb. Inaczej być nie może. Nie każdy lubi. Ja jednak opiszę go pozytywnie.

Nieopodal jest Port rybacki wszystko, więc tutaj tyle co z morza wyciągnięte. Sardele, barweny, ostroboki, pachną jeszcze przyjemnie solą z wody, morską roślinnością i głębinami. Nierdzewne stoły neutralizują mocne zapachy. Pozostają te, które kojarzą nam się wędkarzami co nad morzem przesiadują i muszlami zebranymi na plaży, które morze na brzeg wyrzuciło. Rybom łuski się świecą. Niektóre już wypatroszone pokazują jak zdrowo się odżywiały. Białe z różowym nalotem ośmiornice macki porozkładały. Małże wyglądające jak ślimaczki ciekawe są świata, wypatrują z muszli. Inne lekko odchylają domki jakby tylko chciały nabrać powietrza.

Handlarze spryciarze w białych sztywnych plastykowych fartuchach obsługują zwinnie klientów. Wielu z nich przychodzi tu często. Wiedzą, czego chcą. Rozmawiają, pytają, wybierają skrupulatnie. Każdy kupiec pokazuje palcami upatrzone egzemplarze. Tu tętni życie. Specjalne noże do patroszenia są ciągle w ruchu. Pojadłoby się takich rybek prosto z patelni. Zaraz za rybkami owoce suszone. Mango mniam, ale rodzynki i figi jeszcze lepsze. W Maladze winorośl i figi się uprawia. Lepszych nie jadłam. Kokos suszony w małych kostkach to miód w gębie. Kupiłam za mało. Kosztuję wszystkiego, zanim kupię, bo można. Pojadłam.

W dziwnym miejscu, gdzie sporo winem polewają sympatyczny zadbany Anglik, któremu się siwy włos sypnął, zagaduje. Z kolegami przyjechał. Degustuje różności. Dobrze się bawi. W tym miejscu wolnych miejsc nie ma. Idę dalej. Owocki i warzywa. Tu spotkasz te rodzime typu pomarańcze, cytryny, winogrona i banany, jak i jeszcze bardziej egzotyczne typu smoczy owoc. Ten faktycznie z wierzchu ma skórę smoka z bajek, za to w środku wyglądem i smakiem kiwi przypomina. Koło wielkich soczystych brzoskwini trudno przejść. Ten targ to przestrzeń wielu kolorów. Wszystko świeże nie trzeba przebierać. Towar z namaszczeniem wręcz podaje sprzedawca. Pachnie słodko. Słodki widok.

Za kolejnym zakrętem młoda kobieta o aksamitnej muśniętej hiszpańskim słońcem cerze sery sprzedaje. Do twarzy jej w niebieskim fartuszku. Aż miło kupować. Towar uśmiecha się do mnie razem z panią za ladą. I co. Nie kupisz ? Kupiłam. Pani jeszcze do zdjęcia się uśmiechnęła na do widzenia. Jeśli masz okazję być w takim miejscu polecam próbować. Nowe smaki zaskakują. Stare sprowadzane do nas i tutaj hodowane zachwycają, bo w tym miejscu dojrzewają. Tutaj najświeższe dostaniesz. Docenisz, kiedy wrócisz do domu i popatrzysz na własne półki sklepowe. Często można stwierdzić, że bida jakaś taka. Szybko zatęsknisz za Malagą. Uwierz albo nie wierz. Sprawdź.

 

DSCF1335 DSCF1333 DSCF1329 DSCF1321 DSCF1319 DSCF1318 DSCF1311 DSCF1295 DSCF1292 DSCF1278 DSCF1273 DSCF1271 DSCF1255 DSCF1246  DSCF1241 DSCF1237 DSCF1234 DSCF1233 DSCF1221 DSCF1220 DSCF1212 DSCF1211

Malaga i kilku wspaniałych 1/6

Kiedy wymieniali imiona okazało się, że jednak mieszana ekipa. Delfinarium Selvo Marina w Maladze i 6 podopiecznych. Delfiny. O nich dzisiaj będzie mowa.

Patrzysz na nie. Zawsze uśmiechnięte. Ciekawe czy to przez to, że taki wyraz twarzy mają czy, dlatego że smutki im obce. Trochę mało zgrabne. Mała główka. Małe „łapki”. Długi wąski pyszczek, za którym podąża reszta ciała. Szeroka klata. Nóżek brak. Oczy czasami czujne, innym razem przymknięte jakby marzyły o czymś. Te tutaj zapatrzone w swoich opiekunów. Wiecznie młode. Wieku po nich nie widać. Ja nie potrafię stwierdzić.

Przyglądam się magii kolorów, ale takich gdy jeszcze zdjęć kolorowych i filmów w kolorze nie było. Grafitowa skóra delfina na grzbiecie mieni się, choć gdy patrzę w górę słońca brak. Drobne jaśniejsze plamki nadają delikatności i tak już gładkiej aksamitnej skórze. Mam wrażenie jakby w tych miejscach nabierała przeźroczystości. Bokami pojawiają się przejścia tonalne, które obejmują znaczną część ciała. Tu dojrzysz wszystkie odcienie szarości. Finalny jest kolor biały. Identyczny z barankami na niebie albo tymi co na wodzie czasami widzisz. Całość niesamowicie pasuje do wody. Bo H2O bez delfina, jak i delfin bez niej żyć nie mogą.

Jeden zatrzymał się w pionie. Schylił lekko głowę. Na szyi skóra się zwija. Wydaje się jakby skóry w tym miejscu za dużo miał. Jakby się troszkę odłożyło. Kilka pionowych lekko wklęsłych i widocznych linii nad oczami wyróżniło go. Skóra błyszczy się zadbana wypolerowana domowa srebrna zastawa. Wyszło słońce. Promienie załamały się w wodzie i przyozdobiły zwierzę. Na całym ciele pojawiły się jasne refleksy jakby ktoś szybę na większe kawałki rozbił. A potem ta istota nieludzka płynie zjawiskowo. Już sam ruch wprowadza mnie w zachwyt. Wrażenie, że zwierzę jest mało rozciągnięte, ale za to bardzo szybkie i zwinne. Wielka masa przecina lekko wodę. Kiedy delfin wybija się w górę, wrażenie jakby tafli nie było. Jakby woda trampolinę mu na specjalne życzenie zrobiła. Woda wie, że magik zaraz wróci. Jak tylko zrobi fikołka. Delfin z wodą się bawi. A woda mu w tym pomaga. Tańczą razem.

Ludzie próbują naśladować. Delfinem pływają. Ale mało kto z delfinem rozmawiał jak on to robi. Mało się mu przyglądał. A warto. Bo liczą się drobiazgi, szczegóły. W tle muzyka gra. Operowa z filmową wymieszana. Pasuje jak ulał. Patrzę na ludzi. Oni wpatrzeni. Na sztuczki spoglądają. Dla mnie już sam płynny ruch wystarczy, aby tym zwierzętom pozazdrościć.

Delfinarium zlokalizowane w środku miasta. Wciśnięte w osiedle, bo tuż obok jak na wyciągniecie ręki budynki mieszkalne. Na niewielkiej powierzchni Hiszpanie stworzyli dla delfinów hotel w dobrej lokalizacji, dobrym standardzie i z dobrą obsługą. Delfiny mimo licznych zwierząt czynią to miejsce magicznym. Resztę wypełniają lwy morskie, pingwiny, żółwie i latające ptaki. Papugi, żurawie, bociany przelatują na jednym z pokazów nad głowami. Nad nimi niebo. Bez ograniczających krat i siatek. Ptaki jedzą z ręki. Biała papuga udaje wstyd i nieśmiałość. Ptaki nadlatują z wszystkich stron. Są, a za chwilę ich nie ma. One podobnie jak delfiny robią tu kawał dobrej roboty. Dzieje się wiele w bardzo krótkim czasie. Bardzo sympatyczne miejsce.

Biały Delfin Um. Czy ktoś pamięta tę francuską bajkę? To czasy mojego dzieciństwa. Do dzisiaj mam słabość i sentyment do waleni. Podziwiam je kiedy tylko nadarzy się okazja. Nawet w delfinarium, choć wolność cenię ponad wszystko. Teraz oglądam je z niecek basenowych. Dzisiaj nie płacę za specjalną atrakcję, gdzie mogę je dotknąć. Wierzę, że kiedyś zagoszczę w ich prawdziwym domu na dłużej. Ugoszczą mnie jak potrafią. Zaproszą na wspólny spacer. Po to właśnie człowiek uczy się nurkować.

Jeśli zobaczysz kiedyś walenia, który jedno oko przymyka, a drugie otwarte ma, to znaczy, że śpi. Proszę nie budź go. Bądź wtedy cichutko i daj mu odpocząć. Jeśli będziesz kiedyś wśród tych ssaków, pamiętaj: Od takich warto się uczyć. Twierdzimy że ich inteligencja niewiele mniejsza jest od naszej. Czy na pewno ? Dlaczego więc do dzisiaj nie potrafimy ich rozszyfrować i tyle nas rzeczy u delfina zaskakuje ? Jedno też jest pewne. Mają dobre serca. One nam wolności nie odbierają. My im czasami tak.

 

DSC02610 DSC02600 DSC02597 DSC02595 DSC02589 DSC02588 DSC02584 DSC02577 DSC02572 DSC02571 DSC02551 DSC02547 DSC02546 DSC02539 DSC02528 DSC02526 DSC02524 DSC02519 DSC02514 DSC02510 DSC02507 DSC02500 DSC02498 DSC02491 DSC02483 DSC02481 DSC02472  DSC02456 DSC02450 DSC02442 DSC02439 DSC02434 DSC02433 DSC02429 DSC02425 DSC02421 DSC02416 DSC02412 DSC02408 DSC02397 DSC02387 DSC02386 DSC02383 DSC02382 DSC02359 DSC02356

DSC02471

Malaga Centrum Tatuaży 1/5

Centrum Malagi. Dojeżdżasz samochodem ale tak naprawdę to królestwo motorów bo samochód postawić równa się wyzwanie. Trafiłam tu przez przypadek. Zwiedzania nie było w planie. W planie był tylko lokalny targ. Do Centrum prowadzą wąskie uliczki. Łatwo się w nich zagubić już za drugim zakrętem. Ale to właśnie jest piękne. Odkrywanie. To słowo pasuje do całej Hiszpanii. Wchodzę w uroczy ryneczek z fontanną na środku. Pewnie nie jeden w Maladze. Tam znowu szeroki wybór. Idę tam, gdzie intuicja podpowiada. Sklepiki jeden obok drugiego. Raj dla wszystkich co kochają zakupy.

Sympatyczne małe drogerie i tutejsze marki całkiem inteligentnie wkomponowały się w całość. Moim oczom ukazuje się deptak z baldachimem nad głową. Do wnętrza uliczki wpada łagodne światło. Tworzy odblaski pod stopami. Wszystko dookoła w ciepłych barwach beżów bieli i szarości. W wąskich uliczkach przemyka subtelnie powietrze. Na jednym z placów i rozwidleń w nieco szerszym miejscu dostrzegam w oddali komin statku. To świadectwo portu leżącego nieopodal. I wody. To dzięki niej czujesz tu przyjemny chłód, choć miasto ma prawie milion mieszkańców. Wśród spacerujących setki wytatuowanych osób. Moda czy może fach potomków narodzonego tu Pabla Picassa ?

Szybko zmienił się mój punkt zainteresowania. Spacerując skupiłam się na rękach i nogach osób odpoczywających na ławkach i tych co przed siebie mkną. Odkrywałam dzieła nieudane i takie co do dzieł sztuki można było zaliczyć. Od małych prostych kolorowych gwiazdek począwszy po obrazy, które Panoramę Racławicką przypominają. Nie do ogarnięcia w minutę czy dwie. Pojawiają się teksty w obcym języku, daty, znaki które mają dla właściciela znaczenie, esy floresy bez znaczenia żadnego, postacie z bajek w stylu koniki Pony. Tradycyjne serca, imiona ukochanych, herby, motywy roślinne, przeróżne zwierzęta i trupie czaszki. Czasami przemyślane, innym razem jeden rysunek obok drugiego od przypadku znalazły się na dłoni czy ramieniu. Dominują czarne, ale i tych kolorowych nie brakuje. Cieniowane, tęczowe i takie jakby ktoś tylko kilkoma kolorami operowałam.

Ograniczenia wiekowe ? Tylko świadomość o bólu może powstrzymać. Tatuaż znajdziesz u młodego chłopca, nastolatki oraz ich rodziców. U ludzi starszych też ozdobników nie brakuje. Jedno jest pewne. Moda przyszła. Po raz kolejny. Jak kiedyś na kolczyki. Najpierw jeden, a potem po kilka.

Szkoda, że ludzie gdzieś biegną. Nie mam czasu napawać oczu ani zapytać o nic. Inaczej gdy się gdzieś w knajpce przysiądziesz blisko. Wtedy można analizować szczegóły. A warto. Szczególnie gdy samemu zamierza się tatuaż wykonać. Upatrzyć taki w swoim stylu i o artystę dzieła właściciela zapytać. Dzielą się chętnie. Wiem, bo pytałam. Centrum Malagi to był początek. Prawdziwy show można spotkać w Centrum Wodnym. Tam widzisz, gdzie można zrobić, jak głęboko i jaki mocny. I to, że może zająć znikomą część, jak i również pokryć całe ciało.

Pamiętajcie tatuaż to ozdoba na całe życie. Nie zmyjesz go mydłem, nie zgolisz maszynką. Warto się wcześniej dobrze przygotować. Z relacji tych co tatuaże posiadają wiem, że gdy jeden się zadomowi szybko dla drugiego się miejsca i okoliczności szuka. Tu znalazłam na to potwierdzenie. Dla mnie Malaga była do tej pory miastem Antonio Banderasa. Wyglądałam go spacerując. Wiecie. Zawsze jest jakaś szansa. Teraz to miasto ludzi z tatuażami. Ja z tego miejsca zapamiętałam zmiany na skórze. Dzisiaj widzę je na każdym kroku. Na plaży, w  Centrach handlowych. Na każdej ulicy. Wśród tubylców i turystów.

A co do zwiedzania ? Zwiedzaj zawsze po swojemu. Nie musisz znać historii każdej kamieniczki i tak jej nie zapamiętasz. Jeśli jednak historię lubisz, nie omieszkaj zatrzymać się przy każdym budynku, pomniku i kamieniu. Patrz na to, co Twoje. Zostawiaj co Twoje w pamięci. Nie bój się odkrywać miejsc. W dobie GPS, Google maps, telefonów komórkowych i internetu odnajdziesz się wszędzie i wszędzie wrócisz. Wystarczy zapamiętać miejsce startu. Miłego zwiedzania i odkrywania nowych miejsc życzę.

DSCF1411 DSCF1404 DSCF1401DSCF1354 DSCF1390 DSCF1384 DSCF1368 DSCF1362 DSCF1359 DSCF1358 DSCF1355DSC02828   DSC02906 DSC02904 DSC02897 DSC02886 DSC02884DSC02911 DSC02882 DSC02881 DSC02909 DSC02871 DSC02865 DSC02854 DSC02842 DSC02839 DSC02838 DSC02836 DSC02834 DSC02833 DSC02832 DSC02831

Malaga czyli gdzie zrobić z Siebie skwarka 1/4

Centrum Wodne. Patrzę przez szybę samochodu. Na wielkich zjeżdżalniach, które mieszczą się za murami pustki. Co jest grane ? Podjeżdżam bliżej. No tak wielka kolejka. Tam ich nie ma, bo wszyscy tutaj są. O ludzi chodzi. Szał ciał przy basenach zacznie się za jakąś godzinę. Chowam się pod wielką palmą przed słońcem, zanim moja kolej do kasy przyjdzie. Leżę na trawie. Grube źdźbła ma i rośnie na ciężkiej glebie. Powietrze przynosi ze sobą zapach wody zmieszany z mokrą gliną i podlaną z rana zielenią. Dość przyjemnie zrobiło się przez chwilę. Słońce już na niebie szaleje. Dzisiaj da popis, bo widzi, że ludzie słońca są rządni. Środka jestem ciekawa.

Wchodzę. Ludziska z dziećmi, pompowańcami i przenośnymi lodówkami i zapasami jedzenia na cały dzień, szukają cienia. Dosyć spora ilość parasoli i kilkanaście palm powinno zaspokoić potrzeby wszystkich. Wreszcie większość się rozlokowała. Ciałka padły na leżaczki i ręczniki. Dzieci do wody. Z czasem ogarnia mnie jeszcze ciekawszy widok. Wszyscy chodzą jak w zegarku. Wszyscy przesuwają wraz z cieniem. Monotonii tutaj nie ma, a tubylcy i turyści znakomicie się dogadują.

Stwierdzam, że szkrabów dużo. Słyszę obok: Jakie kraby ? Ja tu żadnych krabów nie widzę ! Mówiąc to, dzieci miałam na myśli. Pociechy. Te malutkie i troszkę większe. Tylko główki wystają, kiedy jedno za drugim biegnie tunelem bez dachu, aby jak najszybciej znaleźć się na zjeżdżalni. Dobrze, że ktoś tym steruje, bo jest ich tyle co mrówek. W południe nie muszę liczyć. Na całym placu ludzi kilka tysięcy. Część z nich w wodzie się moczy, część praży jak skwareczki. Na wszystkie atrakcje kolejki. Fast pass, za którego się dopłaca pomaga tylko troszkę. Dzisiaj dzień luźniejszy. Jeszcze ciekawsze doznania podejrzewam można tu zaznać w weekend.

Kolorowe jak tęcza i fikuśne zjeżdżalnie są wyzwaniem dla wielu. Dla tych co się boją szybkości i dla tych co mają lęk wysokości. Tutaj można się sprawdzić lub po prostu dobrze wybawić. Tutaj na bezpieczeństwo stawia się nacisk, a każdy zjeżdżający wpada do wody z bananem na ustach. W jednym z basenów animacje dla dzieci, więc maluchy fikają. Miły widok. Pozostałe ciekawe.

Dwie starsze panie, chipsy zajadają. Ich stroje troszkę niesfornie na ciele się poukładały, ale im to nijak nie przeszkadza. Taki lajcik. Pachnie goframi. Niespełna roczne dziecko z pomarszczonymi od wody stópkami, długiego frytka pochłania. Dwie muzułmanki ubrane od stóp do głów, siedzą pod grzybkiem dla dzieci. Chłodzą nogi w wodzie i mają nadzieję, że woda opadająca z wielkiego czerwonego kapelusza ochroni ich czaszki przed słońcem. Figa z makiem. Słońce się nie da oszukać. W wodzie młoda kobieta na każdej z rąk ma dziecko. Obwieszona jest z każdej strony, stoi tam, gdzie woda chlapie. Zmęczona, ale szczęśliwa. Przynajmniej jej chłodno. Inne mamy wzdłuż basenu siedzą i czekają aż „znikające główki” wodą się nacieszą. Nawet się nie zorientują jak plecki nabiorą żywo czerwonych kolorków. Rozglądam się dalej.

Kremiki UV mają tu branie. Jeden drugiego co jakiś czas smaruje. Czasami samemu trzeba się troszkę pogimnastykować. Dziennie litry się tego tutaj zużywa. Ludzie chodzą biali z kremu jak niedźwiadki polarne, a Ci odporniejsi nienasmarowani jak niedźwiedzie brunatne. Ci, co zapominają o wyglądają jak raczki. Takie Zoo w Centrum wodnym. Zamykam oczy i słucham. Gwarno jak w ulu. Słychać muzykę i rozmowy w różnych językach, śmiech dzieci i plusk wody. Bo woda towarzyszy Ci wszędzie. Wydobywa się z dysz jak spagetti, zjeżdża na zjeżdżalniach razem z ludźmi i faluje jak morze w jednej z niecek. Tutaj woda jest, a gdy poza mury Centrum popatrzysz bloki i zieleń wypalona przez słońce. Mieszkańcy z okien codziennie na wodę patrzą. Mają miejsce do ochłody w zasięgu, a jednak niedostępne na co dzień. Nadchodzi wieczór.

Słońce nadal mocne. Ale po plecach już tak nie parzy. Palmy odpoczywają, bo spełniły swoje zadanie. Opalone postacie co jakiś czas przemykają, aby ostatni raz zjechać lub złapać jeszcze troszkę promieni słonecznych. Większość wszystko pozjadała i zaczyna być głodna. Wymoczona porządnie. Wszystko, co ciało oddało w postaci potu, kremów i tego, co pod strojami, w wodzie zostało. O tej porze odradzam w okularkach pływać i po dnie szperać. Po co się zrażać, skoro cały dzień sympatycznie było. Jutro nowy dzień i ludzi w tym miejscu jeszcze więcej, choć Centrum ma już ładnych parę lat. Ewenement? Nie. To miejsca, które w czasie wakacji zaliczyć można i warto. Dla dzieci raj dla mnie miejsce obserwacji.

Z tego obserwowania i obfotografowywania o smarowaniu zapomniałam i do grupy raczków godnie dołączyłam. Ale co się dla zdjęć nie robi.

 

DSC02919 DSC02914DSC02821 DSC02912 DSC02896 DSC02870 DSC02864 DSC02863 DSC02862 DSC02860 DSC02851 DSC02848 DSC02845 DSC02843 DSC02826 DSC02825 DSC02823 DSC02822

Malaga. Nie taki diabeł straszny jak go malują 1/3

Następny poranek. Spacery wchodzą mi w nawyk. W drodze powrotnej na mojej drodze skała wyrasta. Wczoraj też ją mijałam szerokim łukiem. Od strony morza wydaje się nie do pokonania. Jest kanciasta i ponura z daleka. Jedną stroną wchodzi w plażę, a drugą w morze. Woda w tym miejscu odbija się od niej. Jakbym była na ringu bokserskim. Fale atakują, a skała oddaje ciosy.

Głowa podpowiada mi: Tam lepiej nie zbliżać się. Obejdź dookoła po piasku za wszystkimi. Podchodzę jednak bliżej. Skała nabiera barw. Na brunatnych płaszczyznach przebarwienia. Jakby żyły miała, a w środku biała krew krążyła. Wcześniej skała się w wodzie zanurzała, ale teraz patrzę na nią z innej perspektywy. Kilka kamieni tworzy przejście. Jakbym mostem bez poręczy mogła przejść. Zachęca. Zaprasza wręcz.

Jestem w połowie. Od strony morza wygląda zupełnie inaczej. Jest oświetlona przez słońce. W środku daje schronienie. Dla wody, która chce chwilę tutaj odpocząć oraz dla tych co mają odwagę. Wchodzę na nią jak po schodkach. Ze szczytu obserwuję okolicę. Znowu z nowej perspektywy. Tu czuję się bezpiecznie. Tu już nic z niczym nie walczy. Tu skała do wody mówi: W gości zapraszam. Od strony morza skałę obeszłam bezpiecznie. 3 razy. Tam i z powrotem tak mi się spodobało. Polubiłam to miejsce.

Jeden powie: Co to za wyzwanie poranny spacer i jakaś mała skałka. Inny oznajmi: Nigdy bym tamtędy nie poszedł. Dla mnie jednak liczy się fakt, że miałam okazję. I to, że sprawdziłam.

Kiedy masz do wyboru dwie drogi nigdy nie mów że tą jedną się nie da. Nie wybieraj tej, która wydaje się prosta, bo czasami głowa z nami igra. Nigdy nie oceniaj. Zaglądnij. Przekonaj się. Życie często miło zaskakuje. Troszkę wiary rodzi ciekawość. A razem wzięte otwierają przed Tobą wrota. Pozwalają Ci przełamywać słabości oraz malutkie i duże strachy, które potrafią zawładnąć twą duszę.

 

DSC02613 DSC02621 DSC02622 DSC02623 DSC02626 DSC02627 DSC02631 DSC02634 DSC02637 DSC02638 DSC02639 DSC02642 DSC02643 DSC02644 DSC02648 DSC02653 DSC02654 DSC02656

Malaga tygodniowy detox od odkurzania 1/2

Pierwszy poranny spacer po plaży. Plaża ciągnie się z Mijas aż do Malagi. A potem dalej, bo takie są właśnie plaże. Końca nie mają. Tutaj słońce trochę później się budzi. Leniwe jest ? Raczej nie. Powiedziałabym że życzliwe, bo daje ludziom pospać. Na plaży pusto. Jeszcze przez chwilę. Przyglądam się. Morze ma tu swój charakter i przyzwyczajenia. Bo wiecie, morza się różnią. Jedno lubi daleko zapuszczać się na brzeg i powtarza to codziennie gdy inne trzyma się od nas z dala, bo się nas wstydzi. Jedno jest głośne i rozkrzyczane, kiedy to następne siedzi cichutko jak trusia.

To Hiszpańskie ma temperament jak sami mieszkańcy. Waleczne jest jak andaluzyjskie byki. Może to morze jest złe za to, że na plażach nie wszystko to, co z morza ? Tu dużo znajdziesz też darów cywilizacji. Tutaj plaży nie czesze się z rana. Panie, które mają być dla tego miejsca jak mama, trochę macierzyństwem są znudzone. Mam wrażenie, że tutaj morze musiało szybko wydorośleć po to, aby móc radzić Sobie samemu, że za mało miłości dostało i dlatego teraz mniej zaufania ma do dorosłych. Samo jednak bardzo opiekuńcze jest w stosunku do dzieci. Chce dać to, czego samo nie dostało.

Słyszę i widzę radość tych co w morzu się pławią. Fale wyrzucają na brzeg łagodnie wszystkie pociechy się tu bawiące. Dość mocno kołyszą je jak w mega bujaku. Rytmicznie, miarowo, energicznie. Bo tu morze jest jak ojciec. Dla dzieci kołysankę śpiewa. Morze w tych okolicach ma mocny męski głos, który z czeluści płynie. Ono nie jest nam tutaj wrogiem.

Zbieram muszle, które woda na brzeg przyniosła. Są gruboskórne, ale nie dlatego że tak chcą. Tutaj woda ich nie rozpieszcza. Z tysięcy tylko pył został wymieszany z tutejszym grubym piaskiem i trawami morskimi. Ciemny piach dostaje się między palce. Bliżej wody jest ubity prawie na kamień, więc idzie się lżej. Tam, gdzie fala nie dotrze, piach zamienia się w żwirek. Pokonanie tego kawałka jest dużo trudniejsze. Raptem kilometr dalej zaczyna się trasa biegowa. Urokliwa. Na niej spotykam tych co biegać lubią. Najpierw kilku, a potem jest ich już setka. Nogi chcą biec. Dzisiaj mi odpuszczą, bo mam ze sobą aparat, ale jutro już nie będzie przeproś.

 

DSC02324 DSC02347 DSC02658 DSC02679 DSC02677 DSC02665 DSC02662 DSC02659 DSC02957

Malaga a w niej pierwsze koty za płoty 1/1

Czy planuję dłuższe wakacje, czy dwudniowy wyskok za miasto zazwyczaj jest tak samo. Rozeznanie się w nowym miejscu wymaga ode mnie nieco cierpliwości. Ale o tym później. Wyobraź Sobie, że mimo małych niedogodności, już na początku za oknem wyrasta na Twoich oczach bananowiec i kilka owocujących drzew cytrusowych. W drugim planie rosną wysokie palmy, a błękitne morze wyrzuca na brzeg muszle perłowe. Przez chwilę na chwilę, tych co teraz mają troszkę czasu, zabieram w najbliższych wpisach do słonecznej Andaluzji w południowej Hiszpanii.
Przyjeżdżasz na miejsce po długiej podróży. Oceniasz sytuację. Na początku zazwyczaj patrzysz nieco podejrzliwie. Podejrzewasz już, że będzie fajnie, ale czujesz się cały czas niepewnie. Żeby odnaleźć się w nowym miejscu potrzebujesz czasu. No bo przecież, zanim usiądziesz beztrosko na tarasie czy plaży, przed Tobą kroi się kilka wyzwań. Chociażby jak otworzyć drzwi, bo ustrojstwo nie zawsze ma tradycyjny kluczyk. Zastajesz zamek na palucha, gdzie trzeba 10 cyferek wstukać. Potem zapamiętujesz cyferki, bo będą towarzyszyć Ci często. Jeszcze częściej będziesz kody wstukiwać gdy głowa zapomina, bo dopiero za którymś razem się uda. Będąc już w pokoju czy apartamencie szukasz pierwszych przydatnych przedmiotów. Chociażby ręczników, bo chcesz prysznic wziąć po podróży. W łazience trzeba rozszyfrować jak się baterię włącza, bo jakaś taka nietypowa. Przy każdym wyjeździe inna. Życie nie może być proste – mówisz Sobie pod nosem i uśmiechasz się do lustra. Mała klamka do bramki. Znowu kody. Z jednej strony się przekręca z drugiej naciska. Chcesz coś zjeść. Nie wiesz, gdzie najbliższy sklep lub knajpa, a głód po podróży doskwiera. Szukasz i pierwsze miejsce wiele pozostawia do życzenia. Wiesz, że następnym razem będzie lepiej, bo to było na szybko. Kiedy już brzuch pełen, wszystko wreszcie oglądasz na spokojnie i bardziej szczegółowo.
Przy ścianie apartamentu rośnie kilkunastometrowa bylina o długich ciemnozielonych liściach, bananem zwyczajnym zwana. Owoce pozjadane, trzeba poczekać aż urosną następne. Po drugiej stronie chodnika drzewka cytrynowe. Zielone owoce dojrzewają w słońcu. Dotykasz. Takie prawdziwe ze skórką nieregularną, niezgrabne, mniejsze i większe, i takie z trądzikiem. Błyszczą się inaczej niż te sklepowe i jędrne w dotyku. Po prostu naturalne. Nie potrzebują oprysków ani lakierowania. Nie muszą być piękne. Mają dużo większą przewagę. Kiedy dojrzeją będą pachniały tutejszym słońcem, a smakiem żaden sklepowy owoc im nie dorówna. Drobne białe kwiaty zebrane w kiście na grubych pnączach zaplecionych o siatkę przypominają zapachem naszą rodzimą leśną konwalię. W drugim planie palmy i bielone budynki z granatowymi okiennicami. Idealne zestawienie kolorów biorąc pod uwagę, że w ich sąsiedztwie lazurowe morze i basen z wodą niebieską jak bratki. Na plaży piasek w towarzystwie skał. Piasek ciągle w ruchu, bo woda mu żyć nie daje. Skały jakby w miejscu z wodą dają Sobie radę. Morze szaleje. Na niebie ani chmurki.
Mija pierwszy dzień. Wszystko rozpakowane. Zagadki co, gdzie i kiedy rozwiązane. A jak wygląda potem ? W drugi dzień wiesz już wszystko, a po tygodniu czujesz się jak u Siebie w domu. Żal wracać. Spokojnie jeszcze nie wracasz. To początek. Czytając pytasz Siebie po cichu: Gdzie ja w ogóle jestem ? Zapraszam w okolice Malagi. Ciąg dalszy nastąpi.
DSC02947 DSC02339 DSC02336 DSC02323 DSC02321 DSC02318 DSC02310

Najtrudniejszy zawód świata

Zawody. Jest ich setki, a nawet tysiące. Od stojących, poprzez jeżdżące, pływające i latające aż po siedzące biurowe. Wszystkie wyuczone. Jest jednak taki jeden, który często spędza nam sen z oczu. Rodzicielstwo. Jak być rodzicem nie nauczą nas nigdzie. Owszem pielęgniarki pokażą jak przewijać, a gdy dziecko starsze psychologowie powiedzą jak sobie radzić gdy coś nie wyszło. Ale te krótkie kursy to nic, bo tu nawet studia byłoby mało. Wszyscy jesteśmy, więc samoukami. W chwili narodzin dziecka dostajemy bowiem do ręki materiał niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju. Obdarzamy je miłością. Najpierw jest malutkie i bezbronne, i da się tak łatwo rzeźbić. Całujemy, pielęgnujemy, nosimy na rękach i na barana. Dbamy jak potrafimy i uczymy wszystkiego według naszych przekonań, a ono naśladuje i powtarza. To takie słodkie. Pokazujemy nadal co dla niego dobre. Uczymy manier jak ma się zachować i z kim obcować. Mówimy co należy, a, czego nie wolno. Dajemy wszystko, co najlepsze i tyle na ile nas stać. Zapisujemy do najlepszych przedszkoli i szkół, uczymy języków. Wozimy na wakacje i ciągle kochamy bez granic. Wyzwań przy dzieciach nie brakuje. Im większa pociecha tym jest ich więcej. Stawiamy im czoła. Kiedy rodzi się drugie wydaje nam się, że już mamy instrukcję obsługi. Ale nie do końca tak jest. Bo każde następne stworzenie boskie jest inne. Im więcej większych dzieci tym mniej włosów na głowie i tym bardziej siwe. Każdego dnia dajemy z Siebie wszystko. Cały czas z myślą, że one już będą mądre w wyborach i błędów tych co my nie popełnią, bo na naszych się nauczą. Cały czas z myślą, że kiedyś to nasze dobro wróci, że dzieci będą nam wdzięczne i będą robiły tak jak jest w naszych wyobrażeniach. A wyobraźnia działa.

Przychodzi czas, kiedy dziecko przestaje być dzieckiem. I tu zaczynają się rozczarowania. Nie chce wyjść z domu, bo mu dobrze na matczynym stołku lub z domu ucieka. Dzwoni co chwilkę, bo nie może końca z końcem związać albo nie dzwoni w ogóle, bo zapomina. Znalazło Sobie druga połowę, ale ta nam nie odpowiada, bo jakaś inna miała być wg naszych planów. Żyje w wolnym związku albo spotyka się z osobą tej samej płci. Gdzieś mu się noga podwinęła, gdzieś nie w takie kręgi wpadło. Podjęło niesłuszną decyzję i długi ma. Roztrwoniło pieniądze, które dostało. Włóczy się po świecie. Szkoły nie ukończyło. Zawodu nie ma konkretnego. Nie prowadzi domu tak jak uczyliśmy go, no i wyjechało daleko, choć miało być blisko. Czasami drażnią nawet małe drobiazgi. Ach to dziecię. To wszystko nie tak miało być. Opiekujemy się dziećmi gdy są małe i żyjemy w przeświadczeniu, że one będą opiekować się nami wiele lat później. Że będą na wyciągnięcie ręki. Że kiedyś podziękują i zawsze będą pamiętać. Pamiętają i kochają, ale zawsze dziękować nie będą. Zaczynają żyć swoim życiem. Często poznają wielką miłość, która przez chwilę jest mocniejsza niż uczucie do mamy czy taty. Często wyjeżdżają za marzeniami na drugi koniec świata. Często zatracają się w nowej pracy, która daje im pieniądze i niezależność. Pragną wolności i zasmakowania wszystkiego. Mają moc i chcą ją wykorzystać. Wszystkie mimo naszych nauk uczą się życia po swojemu. Bo są inne od nas, choć te same geny. Nawet te najbardziej mamusine lub te, które sami do Siebie przywiązaliśmy. Pomijam tylko te naprawdę szczególne przypadki, gdzie choroba dzieci, rodzica  czy zdarzenia losowe stoją na przeszkodzie.

Jeśli nie chcemy być zawiedzeni w przyszłości podejdźmy do tematu z pokorą. Kochajmy bez zobowiązań. Dajmy co cenne nie licząc na zwrot. Dzielmy się doświadczeniami, ale pozwólmy popełniać własne błędy. Nie spodziewajmy się cudów po latach. Nie dziwmy się innością. Stwórzmy miejsce, do którego nasze dzieci mogą wracać gdy stracą grunt pod nogami, ale nie liczmy, że przyjadą na każdy zaproszony obiad. Kiedy tęsknimy bierzmy pierwsi telefon do ręki. Nie czekajmy na to, że zadzwonią, bo tak rodzą się żale i pretensje. Cieszmy się chwilami razem, zapamiętujmy je i pielęgnujmy.

Jesteśmy istotami stadnymi. Lubimy bliskość osób, które kochamy dlatego do niej dążymy. Boimy się pustki. Marzymy, aby kiedyś mieć już czas tylko dla Siebie po czym nie możemy się odnaleźć bez rozkrzyczanych pociech, których wszędzie było pełno. Najpierw są dzieci potem ich nie ma, są tylko od czasu do czasu lub bardzo rzadko. I jak tu żyć ? Można Kochani.

Nauczcie się żyć po swojemu i z życia korzystać. Bo wreszcie nadszedł czas, o którym marzyliście momentami gdy Was macierzyństwo przerastało. Wyciągnijcie z szuflady pasje. To czas na książkę ogród czy znajomych. Na odsypianie nocy i troszkę szaleństwa. Przy odrobinie szczęścia długo spokojem się nie nacieszycie. Historia toczy się w koło. Ledwo się obejrzycie jak w drzwiach staną wnuki, a dziecko powie: Mamo, tato mogę na chwilkę zostawić, bo mały chory, a ja muszę do pracy. Albo: Przyjedź, bo pomoc do wnusi potrzebna. I co nie zostaniesz, nie pojedziesz na drugi koniec świata ? Tam znowu będzie gwarno, a spokój zamknie się w szafie, bo hałas nie jest jego. Pasje, książki i ogród znowu odłożysz na potem. Tylko pamiętajcie, że w tym świecie jesteście już tylko gościem. A więc bez wymądrzania.

Ja nie chcę być żeglarzem ! Czyli co chcemy będąc dzieckiem, a co dostajemy od życia / cz. 2

Patrzę na zamyślonego człowieka z butelką piwa w ręce. Słucham od ludzi: Ja już starszy. Dla mnie jest za późno. Ja mam już pracę. Jak jest to jest, ale jest.

Co nas takiego wiąże ? Ustawy, papiery i dyplomy, na których napisano jesteś księgowym i krzyżyk na drogę ? Kalendarz, w którym widzimy upływający czas ? Czasami zostajemy kimś z przypadku. Bo czasami ktoś nam podpowiada w dobrej wierze, ale to nie do końca jest nasze. Czasami decyzje podejmujemy zbyt wcześnie, kiedy do decyzji nie dojrzeliśmy. To, co kochamy robić jest w nas od zawsze. Nie wiemy o tym często, bo rodzi się z czasem, potrzebuje lat. Spotykamy na swojej drodze kogoś, kto nam pokazuje nowy świat. Nasz świat. Zaczynamy robić coś, co było nam zupełnie obce, a okazuje się, że jest zupełnie nasze. Bo praca często rodzi się z zamiłowania. Patrzymy na własne życie. W kieszeni mamy już dokument ze szkoły czy uczelni, którego czasami stajemy się więźniem. A przecież wiemy, że praca powinna cieszyć. To, co chcemy przeradza się w marzenie. Zostajemy przy starym.

Zostałeś konstruktorem z zawodu, a chcesz prowadzić biznes i sprzedawać. Jesteś nauczycielem, a chcesz być dyrektorem, bo i wyzwanie inne. Pracujesz przy produkcji felg, a chcesz robić świece. A może lubisz to, co robisz, ale jest coś jeszcze co ciągnie jak magnes. Sprawdź. Jeśli jesteś w sytuacji, gdzie masz w czym wybierać jesteś szczęściarzem. Próba nie strzelba. Przebieraj, wybieraj i zostań przy tym, co Twoje było lub będzie. Nie dajmy się zwodzić myślom, że coś jest za wcześnie albo za późno, że w dzisiejszych czasach się nie da. Że jak jedno to już nie ma drugiego. Podążaj swoją drogą, przypatruj co się dzieje dookoła. Rób to, co w życiu kochasz. To, co jest Twoje jest blisko ciebie, zauważ to i dotknij.

Słucham osobę z ogromną wiedzą o pszczelarstwie, gdy jako dzieciak dziadkowi pomagał. Wiedza nie spisana. Tęskni za tym. Los dał mu papiery na inne zajęcie. Od niego miód kupiłabym z zamkniętymi oczami. Słucham historii, gdzie zdolny artysta, który kochał malować urokliwe uliczki jeszcze bardziej uroczego miasteczka nad Wisłą, zatracił się w pracy biurowej. Komputery, spotkania, dokumentacje i urzędy. Najlepszy w mieście architekt, którego dzieła oglądasz w kraju i za granicą. Ale za czymś po latach tęskni. Za małym krzesełkiem na rynku, sztalugą i setkami szkiców, które wyszły spod jego ręki. Za miejscem, w którym tak dobrze czuł się. Za tamtym słońcem, które sprawiało, że rysunek nabierał mocy, tempem życia i tamtymi ludźmi. Cóż za praca powiecie. A on malował życie i zarabiał na tym dobre pieniądze. Kamieniczki Kazimierza Dolnego może po latach nieco inne. Krzesełko okrył kurz w piwnicy. Jest rodzina, praca. Ale dłoń sprawna tylko czeka, aby tam powrócić. Głowa nadal trzyma w ryzach marzenia, choć argumentów ma za mało. Do Kazimierza drogi godzina. Klucz do piwnicy pod ręką. Bak w samochodzie pełny i wolna niedziela, bo dzieci wyrosły. Wszystko na wyciągnięcie ręki, a jednak jakoś daleko. No może tylko za oknem pada. Dla niego specjalnie pogodę zamawiam. To samo słońce co kiedyś świeciło, bo ono niezmienne. Żeby mógł podjąć próbę. Żeby znowu tego, co było mógł pokosztować na nowo. Bo to nowe doświadczenia. A nóż coś fajnego się z tego zrodzi. Kto wie. Tak przecież rodzą się nowe horyzonty.

Biorę do ręki gazetę, a w niej wywiad z ludźmi z korporacji, którzy rzucili wielkie miasto i przenieśli się na wieś. Przed domem pasą się owce, a oni sprzedają sery jakich w sklepie nie uraczysz. Pachnące świeżą wiosenną trawą o specyficznych smakach. Jest w czym wybierać. Co najmniej dobre jak francuskie pleśniowe. Wiem, bo jem. Oni są szczęśliwi. Realizują się i codziennie rano wstają z ogromną satysfakcją i nowymi pomysłami. Ale im się nie udało. Oni mieli odwagę coś zmienić. Da się ? Da.

Ja nie chcę być żeglarzem ! Czyli co chcemy będąc dzieckiem, a co dostajemy od życia / cz. 1

Jest ranek. Na lądzie chrzest żeglarski dla maluszków właśnie dobiegł końca. Dobra zabawa zwieńczeniem wysiłku. Po ceremonii wszyscy się rozchodzą. Delikatny klaps pagajem w pupę zaliczony. Gratulacje i uścisk dłoni kapitana również. Gadżety rozdane. Buzie uśmiechnięte. Ale nie u wszystkich. Patrzę na smutną minkę kilkulatki siedzącą na pniu drzewa. Ubrana w białą sukieneczkę z morskimi kolorowymi motywami, oświetlona pierwszymi promieniami słońca. Na głowie kok na szybko z długich blond włosów zawinięty, żeby duże niebieskie oczy było widać. Każdy włos, w innym odcieniu żółtego, beżu i bieli mieszanych w różnych proporcjach. Jakby Anioł farbkami z promieni słonecznych się bawił, bo ma na to czas. Dziewczynka wygląda uroczo. Ale oczy w ziemię wpatrzone. Przed chwilą lśniły radością, ale w sekundę szkliste się zrobiły. Jakby zaraz po lekko muśniętych słońcem i gładkich policzkach łza miała popłynąć. W rączkach przebiera żeglarską linę, którą przed chwilką ją przepasano. Oho. Widzę to. Jak mina zrzedła. Widzę jak jej głowa zadaje pytanie i znalazła odpowiedź, która jest dziecku nie na rękę. Myśl która dała do myślenia.

Z ust Błękitnej Laguny, bo takie imię właśnie jej nadano, słyszę:. Ja nie chcę być żeglarzem. Ja chcę być malarką!

Dzieci rozumują bardzo prosto. Jeśli robię coś jednego, drugie musi poczekać. One zawsze są tu i teraz. Kiedy się bawią to się bawią. Kiedy oglądają telewizor za żaden Bóg do nich nic nie dociera, takie skupienie nastaje. Warto o tym pamiętać, kiedy wołamy dziecko i jesteśmy niezadowoleni, bo nie słucha, bo mało czujne. Myśl dziewczynki przyniosła ze sobą strach: Jeśli zostałam żeglarką jak mogę spełnić marzenie bycia malarką. Nikt mnie nie zapytał kim chce być. No i smutek nastał. Bycie w świecie Tu i Teraz to podstawy cieszenia się każdą chwilą. Warto wiedzieć jak go wykorzystywać.

Czy dziewczynka ma jakieś ograniczenia co do profesji w przyszłości ? Może być żeglarzem i kapitanem statku, bo kocha wodę i wiatr we włosach. Malarką, grafikiem czy architektem, bo kocha malować. Ogrodniczką co pięknie przycina drzewa. Prowadzić bloga kulinarnego, w którym jedzenie nie tylko jest smaczne, ale trzeba go pięknie podać. Gimnastyczką w cyrku, gdzie delikatna dusza artystki przełoży się na piękny płynny ruch ciała. Może wykonywać każdą pracę, w której będzie się spełniać manualnie. Każdą która będzie „jej”. Może ich wykonywać kilka na raz jeśli tylko będzie to w stanie pogodzić. Jedyne przeszkody na jakie się natknie to czas i siły, bo jeśli będzie lubiła robić wiele rzeczy na raz, tego jej może nie starczyć. Powiecie może, że jej jest łatwiej. Bo malutka, bo wszystko przed nią. A jednak wokół niej wiele zagrożeń. Pierwsze to rodzice, którzy w dobrej wierze podpowiadają co dla nie będzie najlepsze i gdzie najlepsze pieniądze się czają. Są ludzie, którzy robią w życiu to, co kochają, którzy mają dwie profesje lub robią kilka rzeczy na raz. Dziewczynka to usłyszała. Wrócił uśmiech. Żeglarką już jest, a w głowie mnóstwo pomysłów. Przyjdzie czas na wdrożenia.

DSC02244

Spalić go na stosie – Mazury 1/5

Przypłynęli razem. Obóz żeglarski. 10 żaglówek, piękne Antile z białymi żaglami w czarnych pokrowcach. Jedna obok drugiej. Prawie 80 osób. Wszyscy się znają. Nastolatki plus kilku młodych sterników. Rano zbiórka wśród drzew. Zadania rozdysponowano. Przysłuchuję się jednej grupce. Katolicy kontra jeden chłopiec innej wiary. Zielonoświądkowiec. Grupka żartuje: – Spalić go na stosie. – To dlatego tak daleko się wczoraj od ogniska trzymał. Słyszę i nie mogę uwierzyć. Chłopiec się jeszcze uśmiecha. Jeszcze, Padają pytania w jego kierunku. Jedno za drugim. To kim Ty w ogóle jesteś ? Wierzysz w Maryję ? Kto urodził Chrystusa ? Byłeś w Częstochowie ? Chodzisz do Kościoła ? Dziesiątki pytajników. Chłopiec nerwowo z ręki do ręki przerzuca wokół pasa miękki materiałowy portfel z drobniakami. Monety dzwonią jak dzwony w kościele. Dzwonów nikt nie słucha. Stara się udzielać odpowiedzi. Ale dzieci nie czekają na odpowiedź. One nie są po to, żeby słuchać. Zanim zapytały miały już wyrobione zdanie. Mają już swój kod w głowie i znają odpowiedzi. W ich pytaniach odczuwa się ironię. Chłopiec od początku jest na pozycji przegranej. Mam wrażenie, że niewiele brakuje, aby dla zabawy został ukrzyżowany. Kiedy młodzieniec zadaje proste pytanie zalega cisza. Dzieci nie potrafią odpowiedzieć. Dziecko jest zawiedzione, speszone i trudno mu się odnaleźć. Uśmieszków i żartów nie ma końca.

Smutny dla mnie widok. Dlaczego ? Bo to obóz katolicki. Chłopiec ma raptem 15 lat. Jak się tu znalazł ? Tato go zapisał. Świadomie czy nieświadomie w to już nie wnikam. Rozmowa z młodzieńcem to czysta przyjemność. Poznaję Chłopca, który ma swoje plany i marzenia. Pisze słowa i tworzy muzykę komputerową w stylu Rap. Z hip Hopem wiąże przyszłość i czeka aż jego głos zmężnieje, aby móc zacząć śpiewać. Gdyby to nie wyszło planuje zostać policjantem, bo chce pomagać ludziom. Ma kochającą rodzinę. Chce zdobyć patent żeglarza. Spełnia marzenia swoje i swojego taty. Poznaję kawalera, który nie przepycha się w kolejce, chętnego do rozmów, uczynnego który stanął przed nie lada zadaniem. Zadaniem uczestnictwa w obozie młodzieży katolickiej. W obecności księdza. Gdzie przez dwa tygodnie codziennie przygląda się codziennej porannej mszy. Gdzie stawia czoła młodzieży wychowywanej w katolickim duchu, która litości nie ma, choć mieć już może powinna. Miałam szczęście spotkać 1 z 23 tysięcy mieszkających w Polsce osób należącą do Kościoła Zielonoświądkowców. Spotkałam miłą naturalną w zachowaniu osobę, od której biło ciepło. Miałam okazję spotkać młodzież z duchownym na czele największej wspólnoty wyznaniowej w Polsce. Wspólnoty, gdzie miliony osób żyją w wierze poszanowania drugiego człowieka już od przedszkola. Gdzie młodzież uczestniczy w Dniach Młodzieży, a w mediach często słyszę: Miłujcie się. Daje dużo do życzenia. Czytam i obserwuję różne religie. Te dwie owszem coś różni, a tak mało o Sobie wiedzą. Obie wiary wywodzą się z chrześcijaństwa i obie darzą miłością Boga. Czy to nie wystarczy ? Czy warto toczyć spory o Maryję bez jej wiedzy ? Czy ktoś ją zapytał jak dalece chce być wyciągana na piedestały ? Czy miłujący Ojciec nie jest dla nas wszystkich jeden ? Czy to on nas dzieli czy sami Sobie nawzajem robimy krzywdę ? Czy oceniać człowieka po tym w co wierzy czy jakim jest dla nas, czy oceniać za czyny i czy w ogóle oceniać. Ile ludzi tyle zdań. Ja chłopca polubiłam bez względu na to w jakiej rodzinie się urodził. Bez znaczenia było mi do jakiej szkoły chodzi i w co był ubrany. Dobrze mi się z nim rozmawiało. W końcu każdy musiał iść w swoją stronę. Jego łódka z załogą odpływała. Chwilę postałam w zadumie zaskoczona tym co ujrzałam.

20160628_101755 20160628_100610