Mobilna bezpłatna Szkoła Życia. Gdzie jej szukać i kiedy zapisać – MAZURY 1/3

No. 1 wśród nadbrzeżnych pomostów – Mazury 1/2
Była fantastyczna kąpiel w jeziorze. Tak około południa. Były szuwary i wydostawanie się z nich. Ale to było już po tym jak słońce było w zenicie. Nadszedł wieczór. Żeglarze szukają miejsca na nocleg. Na Mazurach o całkiem dzikie miejsca już trudniej. W nowoczesnych marinach za kąpiel pod prysznicem płacisz tyle, że jeszcze długo ją pamiętasz. Najbardziej popularne miejsca postoju to takie, które nazywam „pół na pół”. Jest tam sobie jakiś pomościk. Za przycumowanie do pomościku często się płaci, za drewno na ognisko również. Jest prysznic, ale jak się nie ma bilonu nikt nie ma wydać. Więc prysznica nie ma. Jest za to ten co zawsze pilnuje i Ci się przygląda. Ale za to ile wody w jeziorze tego nikt nie zliczy za nią się nie płaci, bo ona wolna od opłat. W takich miejscach pomosty czasami odpływają. Byłam świadkiem takiego zdarzenia. Ciekawe doznanie. Woda tańczy a Ty przywiązany do drewnianej konstrukcji z lodka zabezpieczoną obijakami czujesz się bezpieczny. Słyszysz jak coś skrzypi, a potem to już razem z pomostem odpływasz. Dobre duszyczki z sąsiednich łajb wskakują do wody. Bez namysłu. Bo to Ci, co służą pomocą zawsze i wszędzie. Woda wieczorem owszem ciepła, ale nad wodą powietrze dużo pozostawia do życzenia. Jest po burzy, późny wieczór i zrobiło się nadzwyczaj chłodno. A kotwicę trzeba rzucić daleko. Bardzo daleko. I to nie jedną, a dwie. Druga pożyczana. Trwa akcja. W ruch idą liny i kotwice. Ci, co zgłosili się na ochotnika ciągają własnoręcznie kilkusetkilogramową łódkę z powrotem na brzeg, aby mogła dołączyć do innych. Ci, co byli przycumowani po drugiej stronie też się nie nudzą. Również szukają nowej lokalizacji. Dobrze, że w tym miejscu jest nieco płycej. Od nowa przywiązujemy żaglówkę. Już tym razem do drzewa. O drzewach jeszcze będzie. Nawet pomost wrócił na swoje miejsce. Ładny drewniany, z polakierowanych desek w przyjemnym ciepłym pomarańczowo – brązowo – rudawym kolorze. Równo pozbijanych i dobrze obrobionych. Takich bez skazy. Ale na tym się kończy urok pomostu. Tak się okazało. Pozostała konstrukcja to kilka metalowych rur zabetonowanych w oponach. Całość połączona śrubami, na których czasami w domu wieszacie większy obrazek. Ja bym go pomostem do końca nie nazwała. Bo pomost ma służyć, a nie być elementem do podziwiania. Następny przystanek nazywam „dziki przez ludzi okiełznany”. No. 1. Tutaj pomosty nie odpływają. Tutaj przejścia i estakady tworzą korzenie przybrzeżnych drzew, które głęboko wchodzą do wody. Tu pomosty buduje natura. Nie brakuje w tym miejscu starego zadrzewienia i pozostałości w postaci pni raptem metr czy dwa od brzegu. Z wiekiem urosły w siłę. Nikt ich stąd nie ruszy, bo jak to mówią starych drzew się nie przesadza. Drzew to przysłowie też dotyczy. Ich miękka skóra korą zwana krzywdy łódce nie da zrobić. Nawet jeśli wiatr łódkę na drzewa rzuci one delikatniejsze niż betonowe nabrzeże, które nie ma litości. Maszt i gałęzie drzew również się nieźle dogadują. Jedno dopasowuje się do drugiego. Co najwyżej maszt suchą gałąź gorzej potraktuje. Drzewo wybacza, a nawet szczęśliwe, daje w zamian przyjemny cień i ochronę przed słońcem. Nastaje ranek. Patrzę na wodę. Słońce zza horyzontem wstydliwe. Zastanawia się czy wyjść czy nie wyjść. Codziennie tak ma. Zerkam za siebie. Kilkanaście metrów od brzegu na dość stromym wzniesieniu miejsce kontemplacji nie jednego. Miejsce Boskich Posiedzeń czy jak kto woli WC wśród drzewostanu. Drzwi szeroko otwarte. Na łódkach wszyscy śpią. Udaję się w tamto miejsce. Przyznam się Wam po cichu. To niezapomniany widok podziwiać wschód słońca z leśnej toalety na wzgórzu. Kiedy pomarańczowa kula nabiera odwagi i sił, aby zdobyć dzisiaj cel i dojść do zenitu. Kiedy na tafli parująca woda wygląda jak dym unoszący się nad ogniskiem, które kilka godzin wcześniej ktoś rozpalił na powierzchni całego jeziora a potem wygasił. Takich miejsc, kiedy chcecie nie znajdziecie na mapie one pojawiają się na waszym szlaku tylko na chwilkę, na jeden moment. Żeglowanie, widoki z nietypowych miejsc, naturalne pomosty i wschody słońca z bezpłatnej wygódki. To dzisiaj No. 1 na mojej liście miejsc noclegowych.
\
Dlaczego szczypiorek rośnie na środku jeziora i do czego go używać – Mazury 1/1

10 sposobów na to jak uwolnić marzenia
Czasami patrzymy na nasze marzenia jak na nieostry obrazek. Kiedy przypatrujemy się dłużej, coś dostrzegamy coś zaczynamy widzieć wyraźniej. Coś nam bliskie, a jednak dalekie. Kusi nas. Coś nas tam ciągnie. Tam jest świat czy życie, o którym marzymy. Coś wiemy. Czegoś się domyślamy. Wiemy, że coś jest w zasięgu ręki, a ręki nie wyciągamy. Ciągle coś. Jakby ktoś nam założył obrożę i na smyczy trzymał. Po głowie chodzi nam niewyraźny obraz naszych marzeń przyćmionych ciągłymi obawami i tłumaczeniami.
Zrealizować marzenia. Trudne ? Tak. Łatwe nie jest. Bo to decyzje, bo to wybory, bo to pozytywne nastawienie. Jeśli myślisz że marzenia się spełniają możesz nigdy ich nie doczekać. Marzenia się po prostu spełnia. Warto o tym pamiętać. Jeśli nie chcesz tylko żyć marzeniami, zacznij działać. Życzę powodzenia.
Marzenia:
- Przypomnij Sobie, że je masz.
- Nie daj, aby poszły w zapomnienie.
- Wpatruj się w nie jak w piękny obrazek, wsłuchuj, wypisuj na kartkach.
- Wyciągaj z worka jedno po drugim, nie wszystkie na raz.
- Zacznij od tych małych, ćwiczenie czyni mistrza.
- Nie pytaj innych czy warto, każdy Ci powie, że tak.
- Marzenia są nieco wymagające, zaplanuj wdrożenie z myślą, że nagroda będzie niewspółmiernie większa.
- Pożegnaj się ze strachem, który je więzi. Zamknij go na 4 spusty w szafie.
- Pamiętaj o innych, ale głównie o Sobie, troszkę egoizmu nie zaszkodzi.
- Stosuj „zasadę przyciągania”, gdzie myśl rzeźbi rzeczywistość. Każda myśl to krok bliżej celu.
Dlaczego złoty krążek idzie w zapomnienie
Wielu z Nas ma ją na dłoni. Niejeden z Was o niej marzy. Wielu ma z nią miłe wspomnienia i niejeden chce się pozbyć, bo mu nie leży. Złoty krążek obrączką zwany przez jakiś czas jest naszym obiektem pożądania. Wyniesiony ponad ołtarze. Historia obrączek na początku zaczyna się zawsze tak samo. Zazwyczaj mają być dwie. Złote lub wydziwiane. Ale zawsze w formie koła nie mające początku i końca. Biegamy po sklepach. Szukamy nerwowo. Decyzja nie jest prosta. Toć to przecież znak wielkiego uczucia i wierności. Takie im przypisano znaczenie. No i musi podobać się obojgu, bo przecież na całe życie. Grawerujemy coś na nich, aby jeszcze podkreślić wzniosłą chwilę lub wykładamy szlachetnymi kamieniami, żeby jeszcze bardziej nabrały oryginalności. Bez nich ani rusz. Bez nich panika w kościele lub Urzędzie Stanu Cywilnego. Kiedy już zdobędziemy cenny przedmiot, kamień z serca spada. Idziemy powiedzieć sobie historyczne „tak”. Jedno drugiemu na palec serdeczny obrączkę zakłada. Są wzruszenia, wiara, miłość i marzenia. Podczas ceremonii pięknie śpiewają, a potem gratulują z wiarą, że każdy dzień będzie wyglądał tak samo. Wtedy jeszcze zauroczeni chwilą nie wiemy, że emocje po jakimś czasie opadają. Bo jesteśmy zakochani i zapatrzeni. Nikt nam jeszcze nie powiedział jak szybko wpadamy w wir życia codziennego i pracy. Nikt nie przestrzega, że niepielęgnowany związek dwóch par może tracić kolory, choć obrączka wciąż widnieje na palcu. Jak z tego całego co jednością miało być na całe życie, może zrobić się połowa. Nie widziałam tego gdy byłam młoda, teraz spotykam się na każdym kroku. Tu sprostowanie. Teraz nadal jestem młoda tylko inaczej.
Biorę obrączkę pod lupę i badam zadając sobie podstawowe pytania. Po co nam symbole ? Po co biżuteria, na którą niektórzy są uczuleni ? Czy nie wystarczą słowa ? Rozglądam się po dłoniach i historii ludzi słucham. U niektórych widzę ręce splecione i oczy zapatrzone po latach, choć obrączka już dawno z upływem czasu blask straciła. Jedna dłoń muska drugą, czasami para idzie w objęciach chociaż już starsi i choć ludzie patrzą. Miły widok, choć rzadkość. W sklepie do kasy stoi Pan z Panią. Oboje ze złotem na palcu. Ona beszta męża bo się zamyśliił. On staje grzecznie i kuli uszy. To częsty widok. Potem nie ma co się zbytnio dziwić, że życie płata ludziom figle. Kiedy to obrączki lądują w koszu, w najlepszym razie w szufladzie. Złoty krążek staje się symbolem bólu i wszystkich żali, które przez lata się nazbierały. Szkoda mi się troszkę robi tej obrączki. Latami spoczywa na palcu i znosi dzielnie wszystko. A jak przychodzą gorsze chwile to ona właśnie winna. W niej kotwiczymy nagle wszystkie złe wspomnienia, Wszystkie krzywdy. A, gdzie wszystkie radości, wspólne wyzwania i wielka garść wspomnień ? Gdzie pochowane wszystkie piękne chwile, wspólne wyprawy, przygody, radości, wspólne wyzwania zakończone sukcesem? Warto czasami się zastanowić co dla nas jest ważne. Które chwile pozostawiać w pamięci. Gdzie wspomnienia przechowywać, w przedmiocie czy może w sercu.
A czym dla Ciebie jest obrączka ? Jest częścią Ciebie, czy może już nie spoczywa na palcu pod pretekstem spuchniętych palców. Popatrz na swoje dłonie. Spójrz na złoty krążek na sklepowej wystawie. Złote obrączki nasz cały majątek śpiewała Krystyna Giżowska. Owszem mają swoje zadanie do spełnienia, ale czy aż tyle faktycznie są warte ? Przecież jakiej wartości nabierze po latach ten urokliwy przedmiot zależy wyłącznie od Ciebie. Od nas tylko zależy czy w ogóle potrzebujemy go do szczęścia.
ZAZ – MUZYKA WIELU POKOLEŃ
Posłuchałam. Zobaczyłam. Dzisiaj troszkę o Isabelle Geffroy z paryskiej ulicy Montmartre. Popularnej i znanej pod pseudonimem ZAZ.
Chyba wolę ją z długimi włosami nad, którymi trudno zapanować. Takie czasami zebrane fikuśnie w niebieską chustę. W czerwonych luźnych spodniach w kratkę i prostej czarnej koszulce na ramiączkach. Isabelle, która przycupnęła przy ścianie blaszaka. Zamyśloną, zapatrzoną gdzieś w dal z głową pełną młodzieńczych marzeń. Bez żadnych ozdobników bez zbędnych makijaży. Tak pamiętam pierwsze zdjęcie, na którym ją zobaczyłam. Jeszcze jej głosu nie znałam. Skromna i delikatna za to głos przeciwnie. Potem kilka kawałków usłyszanych w klubach. Skojarzyłam. Kupiła mnie swoimi piosenkami. Wpadły w ucho. Potem były następne. Różnorodne.
Lubię ją również jako panienkę z buzią wymalowaną na kolorowo, bo to klimaty, które do niej niesamowicie pasują. Teraz nieco dojrzalsza dała koncert w Polsce. Włosy podcięte podkreślają upływający czas i artystyczną dojrzałość. Na scenie energiczna, a co najważniejsze swobodna. Jest cały czas Sobą. Uroczo poprawia podwijającą się króciutką sukienkę zaciągając ją na kolana. Ale sukienka nie słucha. ZAZ żartuje. Nie wie jak na krześle usiąść. Ale po co ma siadać. Śpiewa na stojąco, pięknie romantycznie i sentymentalnie. Ale nie tylko. Klimaty koncertu niebanalne. Trochę rockowych rytmów dla młodych, troszkę spokojniejszych kawałków dla starszych. ZAZ wie jaką ma publikę. Bo ZAZ słuchają wszyscy Ci co ją usłyszą mimochodem. Widać to po Sali, po której się rozglądam. Obok młody chłopak nuci. Widać, że dobrze zna francuski i że ZAZ to jego faworytka. Dwie rozbawione, w średnim wieku koleżanki bujają się w prawo i lewo, aż cały rząd się trzęsie. Jedna z pań w rzędzie jajka przez to znosi, bo nie może tego wytrzymać. Szuka winnego trzęsienia, bo chce się na spokojnie wsłuchać. Jakaś starsza Pani zapatrzona, choć muzyka ostra, chyba z wnuczką przyjechała. U Słuchacza siedzącego obok mnie powieki opadają. Mam wrażenie, że drzemie. Mylę się. On nie śpi. Wsłuchuje się w rytmy. W muzyce artystki można doszukać się kawałków bluesa, a jazz i soul przeplatają się ze sobą. Dla tych co lubią latino też się coś znajdzie. Rock mam wrażenie dominuje na początku, aby pobudzić wszystkich. Charakteru nadaje. Ja czekam tych kameralnych kawałków. Właśnie takimi ZAZ porusza struny w duszy niejednego. Eblouie Par la Nuit – oślepiona przez noc snopem zabójczego światła – płyną słowa ze sceny. To coś dla mnie.
Scenografia do każdego kawałka inna, tak jak artystka. ZAZ śpiewa, a na scenie pojawia się kobieta. Kręci się po domu. Lampą huśta. Kobieta prawdziwa czy iluzja, sama już nie wiem. Może to sama ZAZ, bo zniknęła mi nagle z oczu. Innym razem artystka gwiazdami się bawi, a, kiedy indziej jakbym kreskówkę w kinie oglądała na wielkim ekranie. To widzę. A co słyszę ? Rodzaj zastosowanych instrumentów nie do zliczenia. Wszystko nieprzewidywalne. Urzeka gra na akordeonie. Instrumenty dęte to dla mnie mistrzostwo. Czuję jak ZAZ tworzy klimaty Paryża i zabiera publiczność do stolicy Francji na różne sposoby. Raz za pomocą strojów, innym razem za pomocą słów. Mocny głos artystki szybko przenosi mnie do klimatycznego Bordeaux rodzinnego miasta artystki. Nie byłam. Ale czuję że tam jest super. Cała Francja ma swoje klimaty. Chcesz to państwo poznać bez wychodzenia z domu ? Oglądnij romantyczną komedię z Meg Ryan „Francuski pocałunek”, a potem wycisz chałupkę i wsłuchaj się w ZAZ. Obie artystki są dla mnie jak dwie trzpiotki, które potrafią wnieść w życie wiele radości. Jeśli dzięki nim przez jeden wieczór zakochasz się we Francji pomyśl o wyprawie. Poszukaj tam ZAZ na ulicy, z której trafiła na scenę lub znajdź miejsce, w którym przesiaduje, a które widnieje na okładce jej płyty. Poza miastem zasmakuj wina, o którym tak pięknie opowiadają w filmie. Tak zaczyna się planowanie tak spełnia własne marzenia, które często są na wyciągnięcie ręki. Wracamy na scenę.
Piosenkę Je veux – Ja chcę – śpiewa cała publiczność. Piosenkarka niewiele pomaga. Ma wiarę, że ten kawałek wszyscy znają. Tupie śmiesznie na scenie. Przebiera nogami. Bo jej ruchy są inne i nie wydają się tak zgrabne jak u innych artystek. Zabawne i bardzo do ZAZ pasujące. Dziewczyna co w trampkach chodzi, a szpilki są jej obce. Już by chciała się dołączyć, ale nie. Czeka do drugiej zwrotki. Śpiewa: „Mam dość waszych dobrych manier, to za dużo dla mnie. Ja jem rękami i taka właśnie jestem”. Taka właśnie jest naturalna Isabelle. Bawi się na scenie wszystkimi swoimi radościami i smutkami.
Słowami z tej piosenki: „Mówię otwarcie i jestem szczera” zakończę ten wpis. Bo mówię otwarcie, że ZAZ warto słuchać nawet jeśli język jest nam obcy. Szczerze to mówię. Słowa to jedno, można je zawsze przetłumaczyć czy podglądnąć. Ale czasami wystarczy zamknąć oczy. U ZAZ domyślisz się szybko o czym śpiewa, włącz tylko w słuchanie serce.

Naturalne nie zawsze w naszej naturze
Pierwsze kicha, drugie ziewa, trzecie w nosie coś sprawdza. Inne przytula się mocno do kogoś, bo właśnie naszła je ochota. Jedna z dziewczynek zdążyła dziurę zrobić w rajstopach innej troszkę majteczki widać. Ale one się tego nie wstydzą. Strofują się nawzajem lekko poszturchując czy brwi marszcząc przy ludziach. Często w tekstach mylą. Jasnowłosa dziecina kwiatka przez przypadek do oka sobie włożyła, a niewiasta młoda z warkoczami cukierki z koszyczka koledze podjada. Bo cukierki są do jedzenia, a ona ma teraz potrzebę.
Dzieci. Obiekt moich dzisiejszych obserwacji. Czasami się z nich śmieją. A one posiadają tyle uroku w sobie. Mają jedną wspólną cechę, której nam dorosłym brakuje. Są nadzwyczajnie naturalne.
Patrzę na świat, gdzie przejmujemy się wieloma rzeczami, gdzie niedoskonałości przykrywamy drogimi kosmetykami. Gdzie boimy się chodzić na boso, bo cała reszta ma buty i gdzie przejmujemy się, bo wyglądamy inaczej niż na obrazku w gazecie. Gdzie idziemy za całą modą, którą nam w telewizji narzucają. Zapominamy o drobnych potknięciach, do których mamy odwieczne prawo. Nie pamiętamy o przyjemnościach przyćmionych przepisami, które nam narzucono. Nie można wejść i położyć się na trawie, choć właśnie temu trawa od wieków służy. Facetom nie wolno płakać i nie można zagadać do obcej osoby, bo to już pachnie zdradą.
Potem patrzę na ten dzieci świat niedoskonały. Chłonę go. Napawam się nim, za naturalność która u nas dorosłych nie w naturze już leży. Bezceremonialności, otwartości i prostoty brakuje mi w dzisiejszym świecie. Spontaniczności i dużo luzu w życiu dorosłym wszystkim Wam życzę. Równowagi pomiędzy tym, co narzuca Savoir-vivre, a bycia po prostu Sobą. Zrównoważenia pomiędzy tym, co kontrowersyjne, a tym, co sprawia nam prawdziwą przyjemność i niesie nam radość w życiu codziennym.
Uśmiechnij się !
W naszym życiu często wypatrujemy motywacji. Samemu się zmotywować można i nawet wskazane. Być zmotywowanym przez coś lub kogoś jest dużo prościej. Czasami pomysłów nam brakuje. Czasami wydaje nam się to bardzo skomplikowane. Ten pomysł jest bajecznie prosty. Niepozorny i zwykły. Mały słoiczek po szprotkach. W pomidorach były. Miał wylądować w śmieciach. Niewielki przedmiot, który wrócił do mnie po dniach kilku i stał się wzruszeń powodem i przedmiotem mojego codziennego zainteresowania. Słoiczek życzeń. Pomysł Pań z przedszkola. W ciągu krótkiego czasu nabrał kolorów. Łatwo go zrobić samemu. Warto mieć go pod ręką, kiedy chandra nadchodzi. Ale nie tylko, bo może również wzniecać radość, którą już w Sobie mamy, bo tej przecież nigdy nie za dużo od życia dostajemy. Nad nią pracujemy sami. Słoiczek szczęścia karteczek jest pełen. Każda z innym napisem. Jedne dają do myślenia, a inne mówią: Nie tłumacz się ! Czytasz, a czasami myśl Ci przychodzi: Czy to czysty przypadek, że akurat taki tekst dzisiaj a nie inny ? A może zbieg okoliczności ? I uśmiechasz się, bo w słoiczku życzeń spotykają Cię samiuśkie dobre rzeczy. To nietypowy prezent, który możemy ofiarować nie jednemu. Możemy ofiarować sobie. Dziecinny, ale jakże nietypowy i jak barszcz tani. Bo słoiczek każdy ma w domu. Komputer z dostępem do netu – prawie. Wystarczy wpisać „hasła motywacyjne” i cytatów wyskakuje masa. Setki tych co w sporcie przydatne, tysiące dla biznesu. Są te o miłości do Samego Siebie i takie na odchudzanie. Jest w czym wybierać. Wystarczy wypisać te co sercu najbliższe. Polecam brać ile wlezie, bo wszystkie są za darmo. Kiedy słoiczek pustoszeje nie ma się czym martwić. Zawsze możesz go na nowo wypełnić. Przy systematyczności i odpowiednich hasłach może nie raz zaskoczyć. Nie zapomnij też sprawdzić i podziękować po cichu. Ledwo się oglądniesz słoiczek może być powodem małego lub większego sukcesu. Podziel się nim ze mną. Chętnie posłucham. Zobaczyłeś dno słoiczka ? Kontynuuj lub ustal nowe cele. Bo z czasem też cele się zmieniają. Dobierz nowe teksty. Wypełnij i korzystaj ponownie. Masz nieograniczone potrzeby. Słoik po ogórkach jest za mały ? Weź duży babciny słój. Tutaj nie robi się z przepisu. Tutaj masz pełną dowolność. Spoglądam na mój własny słoiczek stojący na szafce. Kusi. Zaglądam i wyciągam zieloną karteczkę. Na niej napis: Uśmiechnij się jesteś piękna ! Na Dzień Dobry słoiczek życzeń zawsze polecam. Może i u Was na twarzy tym prostym sposobem pojawi się uśmiech.





Czy Twoje miasto pachnie ?
Miasto. Mieszkasz w nim lub na jego obrzeżach. Bywasz w nim czasami.
Dzisiaj zobacz jedno z miast oczami duszy. Miasteczko jedno z wielu. Kiedyś nie wyglądało za ciekawie. Rozrosło się wokół przemysłu. Szybko powstały szare blokowiska. A na obrzeżach wśród tutejszych lasów wraz za nimi wielkie śmietnisko. Wyobraźcie Sobie to samo miasto dzisiaj. Po tamtym wysypisku nie ma już śladu, bo ekologia o to zadbała. Wokół czuć już zapach lasów, po których ludzie chodzą na grzyby i konwalie. Są tacy co z tego żyją. Bloki na kolorowo są malowane. Na rondach rosną bratki, a ludzi ceniących ruch i zdrowie można spotkać wszędzie. Znajdziesz tutaj „sanatorium” i liczne ośrodki sportu, gdzie można ćwiczyć w środku i na świeżym powietrzu.
No właśnie i tutaj się zatrzymam, bo u mnie nos delikatny, a tej świeżości na chwilę zabrakło. Po okolicy roznosi się jak zaraza coraz bardziej nieprzyjemny zapach. Moje miasto zaczyna śmierdzieć. Przysłuchuję się. Coraz liczniej zaczynają o tym mówić ludzie. W mieście jest strefa, którą nazywa się przemysłową. Nazwa słuszna bo nieco więcej niż zwykle tu zakładów. Tędy prowadzą najdłuższe utwardzone ścieżki na których spotkasz rolkarzy. Tutaj na swoich dwukołowcach pomykają rowerzyści. Do pracy, ale nie tylko. Pracodawcy mają zalecenia dbać o środowisko i ludzi z którymi pracują tak samo jak o własne zdrowie. Tak stara się robić większość. Bo miasto na to zasługuje. Bo właściciele zdają sobie sprawę, że to, co w powietrzu albo im służy albo nie służy. Strefa nie leży na obrzeżach. Strefa dla wszystkich mieszkańców miasta jest ich bliskim sąsiadem.
Dzisiaj coś mi nie leży gdzie trzeba. Rozglądam się w prawo i w lewo. W środku miasta napawam się widokiem wielkiego śmietniska. Patrzę w niebo. Lubię ptaki. Również gawrony i mewy śmieszki. Ale w polach i nad wodą, bo tam jest ich miejsce. A one latają ponad mną. Na dachach sąsiedniego ogromnego budynku z nowoczesną instalacją ptaki zlatują się z całego miasta. Zrobiły tu sobie jadalnię i toaletę jednocześnie. Szukają resztek jedzenia. Na niedawno mytych szklanych elewacjach znowu widać nietypowe dekoracje. To najlepsze miejsce na wypad na drugie śniadanie. Na środku dachu objedzone z mięska kości i okazy tego samego gatunku, które tu zakończyły z nieznanych mi przyczyn swój żywot. Ciekawie musi się dziać na dachu wieczorem, kiedy czas kolacji nadchodzi a na wysypisku ludzi już nie ma. Nie chcę jednak tego oglądać. Oszczędzę Sobie widoków. Myślę o ludziach którzy w tym miejscu pracują. O mieszkańcach pobliskiego osiedla. O dzieciach co na przedszkolnym ogródku się bawią.
Zarówno w przyrodzie, jak i w biznesie jestem za równowagą. Z ludźmi przedsiębiorczymi spotykam się od lat 30. Od kilku myję samochód, choć wiem, że za chwilę i tak oblepi go metalowy pył. Od wielu lat wdycham aluminium, które krąży w powietrzu nad moją głową. Od lat pracuję w strefie przemysłowej. Wiele rozumiem i wiele sobie tłumaczę. Mimo to moim skromnym marzeniem jest żyć zdrowo wśród zdrowych ludzi. Nigdy nie spotkałam się z wysypiskiem w środku miasta. Jako zwykły człowiek wierzę, a jako architekt z wykształcenia wiem, że przy dzisiejszych technologiach, w życiu i biznesie można pogodzić wiele. Można prowadzić wysypisko bez ptaków i gryzoni, bez drapiących po nosie zapachów i nieciekawych widoków. Podążać za przepisami, ekologią i postępem. Przykładem są pobliskie podobne placówki świecące przykładem. Warto tylko chcieć i czasami popatrzyć na ludzi. Warto pamiętać o tym, co w życiu ważne. Opłaca się postawić na zdrowie, które ceni ten co go nie ma i na to jak zapamiętają nas inni.
Żyć w mieście, gdzie wszyscy dbają o jego czystość to połowa sukcesu. Druga połowa to dbać samemu podnosząc chociażby papierek leżący na ziemi. Oczywiście dobry sąsiad to też połowa sukcesu. Inna połowa to być równie dobrym sąsiadem.
Jeśli masz sąsiada, w bloku który zbiera śmieci uwzględnij, że może być chory albo robi to z biedy. Jeśli Twój sąsiad w domku ma stan, który oceniasz jako nieład i nieporządek, pomyśl jaka może być tego przyczyna. Jeśli stan, który Cię nie satysfakcjonuje nie wynika ze złej woli nie psiocz, nie krytykuj, nie oceniaj, pomóż rozwiązać problem. Staw czoła wyzwaniu.
A co z sąsiadem, u którego trudno zrozumieć proces myślowy ? Gdzie o zrozumienie trudno ? Gdzie priorytety inne ? Dbaj o Siebie. O Twój komfort. O zdrowie Twoje i Twoich bliskich. I zrób wszystko, aby w twojej okolicy powietrze znowu pachniało lasem. Czy wiesz co wdychasz Ty i co wdychają Twoje dzieci ? Czy wiesz jak pachnie Twoje miasto ? Uruchom zmysł powonienia. Wybierz się na spacer czy rower. Sprawdź czy Twoje miasto pachnie. Jeśli nie czujesz odorów, które kojarzą Ci się z koszem na śmieci, do którego wyrzucałeś wraz z mięsem obiadowe resztki, a potem zostawiłeś w cieple na miesiąc pamiętaj, JESTEŚ SZCZĘŚCIARZEM.








Największa Artystka Świata – Drawsko cz. 5
Wymykam się z rana w kierunku jeziora. Słońce już ponad horyzontem. Jasno. Kłódkę wiszącą w bramie ściągam, a przechodząc na drugą stronę zostawiam jak zastałam. Nie śmiem zabierać przywilejów właścicielowi. Otwieranie i zamykanie posesji, jak i karmienie psiaków to tutejsze rytuały. Za bramą i wielohektarową działką pola się ciągną.
Dolinkę mgła pokrywa. Jest jak bielutka lekka pierzynka z naturalnego pierza. Konkurencja dla niebieskiego nieba i chmurek, które przy mgle wydają się dużo cięższe. Idę w jej stronę, żeby dotknąć i poczuć jej świeżość oraz wilgoć, którą pozostawia w powietrzu. Samo zdrowie dla cery. We mgle ukryte są wszystkie zapachy tutejszych ziół i kwiatów. Wydaje się tak niedaleko. Raptem 500 metrów może 1 kilometr. Kiedy dochodzę mgły już nie ma za to odkrywa przede mną piękno tego miejsca. Zostawiła po sobie rosę na trawach. Błyszczące jak koraliki kropelki wody wiszą na utkanych jak babcine koronki pajęczynach. Misterna robota. Przyroda budzi się do życia. Robaczki kochane zaspane. Pająki wiedzą o tym i czujnie czekają. Ale muchom nie chce się jeszcze latać, a chrząszczom tym bardziej. Ślimak leniwie przez drogę przechodzi. Wiecie jak porusza się ślimak ? Ten chodzi dwa razy wolniej. Leniuszek. Czarna brzydula, a jednak jakaś taka na zdjęciach urokliwa wychodzi. Przed zdjęciem mi nie ucieknie bestia co domek zgubiła. Rozglądam się po polach. I co widzę ? Pracę zespołową pajęczaków. Jedno wielkie dzieło sztuki pokrywa łąkę. Gdzie nie spojrzę artystyczne dzieła. Warte wpisu do księgi Guinessa. Delikatne sieci jedna prawie przy drugiej. Gdzie wzrok nie sięga mienią się w słońcu większość w kolorze białym, ale są takie, gdzie kolory tęczy można dojrzeć. Na zdjęciach uwieczniam. W trawach i powietrzu życie tętni. Ważki mają niepowtarzalne kolory. Lazurowy przechodzi w szafir i miesza się z żywą zielenią. Czyste nieskażone. Skrzydełka ważki wyglądają jak sieci, których oczka jedwabiem są wypełnione. Robiąc zdjęcie nie trzeba nic podkręcać w Photoshopie. Twarde pancerze żuczków mienią się złociście. Nawet muchy mają swój urok, choć dla mnie osobiście najmniej urokliwe. Przyroda która nie potrzebuje poprawek zaskakuje mnie co krok. Na drodze kałuża w kształcie serca. Krople deszczu, które spadły wcześniej z nieba znalazły swój azyl w odpowiednich kształtów dołku. Kilka kamyków wpisane w założenie jak projektowane. Pięknie wygląda. Jakby ktoś dla kogoś stworzył misterne dzieło. Gra kolorów roślin, zwierząt i ziemi, po której stąpam zachwyca. Urzeka. Paleta barw nieprzebrana i w odpowiednich zestawieniach. Wrażenie, że tu nic nie dzieje się z przypadku. Wena twórcy nie zna tu granic. Oko cieszą dzieła umykające, które pojawiają się na chwilę, jak i te co powstają latami i czas ich jeszcze długo nie tknie. Na odcinku pół kilometra spotkałam Największą Artystkę Świata – poznałam Panią Naturę.






8 powodów dla których warto spędzić wakacje wśród pól i lasów – Drawsko cz. 4
Agroturystyka nad wodą i swojskie klimaty. Jadąc w takie miejsce garnitur i szpilki zostawia się w domu. Tutaj przyjeżdża się, aby pobyć z dala od cywilizacji. Czasami odpocząć od dzieci. Połowić rybki i pagajami pomachać. Tak dla zdrowotności. Na posesji łodzie, a w powietrzu czuć wodę. Tu się większość na łowieniu ryb zna. Faceci i kobiety wędkują namiętnie. Ja się znam tylko na ryb jedzeniu. Siedzę na huśtawce. Czas leniwie leci. I przyglądam się za co ludzie wieś lubią.
– Za kury i koguty. Koguty pieją. Myślałam, że tylko wczesnym rankiem, ale one już tak od godziny nadają i wcale nie od wschodu. Mówię im, że już wstałam. Ale co tam przecież nie dla mnie gardła zdzierają. Chcą zapewnić kurom życiodajne ziarna. Strażnicy kurnika chcą się przypodobać i każdy być pierwszy przed konkurencją. Bawi mnie to. Kogut który zawsze ma ochotę, ale nie zawsze może, chce się przypodobać kurze, która zawsze może, ale nie zawsze chce. Teraz widocznie nie chce. Śpi jeszcze. Przecież będzie miała dla niego cały dzień. Tyle o krzykaczach.
– Za lokalną ludność. Właściciel posesji dogląda. Kury wypuszcza. Ogarnia wszystko. Na koszulce ma napisane: Na mnie się nie krzyczy, mnie się przytula. Bardzo ciepła osoba. Otwarta. Pomysłów na smaczne potrawy ma niezliczenie dużo.
– Za jedzonko. Drzem cytrynowy, powidło z zielonych pomidorów. Rzodkiew naciowa na delikatnym sosie jogurtowym z miodem z mniszka lekarskiego, zupa kukurydziana, naleśniki gryczane jeszcze gorące, wyciskane soki i swojskie nalewki. O tym się tutaj mówi. To się tutaj jada. Dieta bezglutenowa czy wegetarianizm to żadne wyzwania. Mam wrażenie, że pomysły czekają w kolejce. Ogródek i las w pobliżu domu potwierdzają, że wszystko tu swojskie i świeże.
– Za kociaki. Koty oczekują na wędkarzy, bo zawsze jakaś mała płotka im się do pyska dostanie. Miłe są gdy masz coś dla nich albo biznes mają. Kociaki słodziaki nie bezinteresowne.
– Za huśtawkę. Na której mogę się właśnie huśtać. Chwilkę lub od rana do wieczora.
– Za trawę niewykoszoną. Tu wszystko to dzieło natury, tylko lekko okiełznane. Ogródki jak z obrazka i masą urządzeń przeciw kretom, komarom czy kotom, które mają perfekcji nie niszczyć w takim miejscu nie uraczysz. Tu wszystko reguluje przyroda.
– Za jaskółki. Patrzę nieco w lewy bok i w górę. Jaskółki gniazdo na słupie Sobie uwiły. Też już wstały. On i ona. Drobinki obie. Białe brzuchy pokazują. Nie gdakają za to od razu biorą się do pracy. Razem z innymi. Bo wszystkich to z kilkanaście jest. Słodziaki. Siedzę przy nich, bo wiem, że tu żaden komar się nie odważy przylecieć ani nawet mucha.
– Za czas na rozmowy. Na krzesełku Pani wpatrzona w dal. Siadam i rozmów nie ma końca. O życiu, o tym jak się dzieci kiedyś wychowywało, o zbiegach okoliczności o radościach. Babcia ma lat ponad 80. Od takich ludzi się dowiesz, że tak bez miłości to nie warto zaczynać, a jak jest miłość to czasami 60 lat razem mija jak z bicza. Przyjemne rozmowy o życiu, w którym czasami radość, a innym razem smutek gości.
Na skraju miast i lasów gdzie drogi bez asfaltu prowadzą do celu masz czas na szwendanie się po polach, lasach i łąkach, na patrzenie pół dnia w wodę i na nic nie robienie.






Boso czy na bosaka ? – Drawsko cz. 3
Ciekawe są okolice Jeziora Drawsko. A nazwy lokalnych przysiółków jeszcze ciekawsze. Warniłęg, Mięcidół. Ćwiczę pamięć. Jadę wokół jeziora. Droga wąska. Widoki których nie uraczysz tam, gdzie mieszkam. Wielkie pola roztaczają się po obu stronach drogi. Wszędzie polne kwiaty. Raz są to całe łany innym razem tylko, gdzie nie gdzie. Biało się robi i żółto. Czasami kończą się rozległe łąki i jakiś dom ukaże. Ale polne kwiaty wchodzą do ogrodów. Ludzie o to dbają. Tu nie zobaczysz wymyślnej katalpy czy tui wystrzyżonych. Tutaj góruje natura. Na wąskiej drodze słońce obrazy z cienia maluje, bo przy drodze co rusz aleje drzew. Kasztany dumne po obu stronach stoją wchodząc prawie na asfalt. Zaraz potem drzewa liściaste, a wśród nich strzeliste graby, które chcą najszybciej z całego zadrzewienia dotknąć nieba. Choć mają swoje lata ich jasno szare błyszczące w słońcu strzeliste prościutkie gładkie pnie wyglądają bardzo młodo przy strzępiastych szaro burych pniach starych sosen. Korzenie wychodzące z ziemi przypominają kurze łapki. Przyroda potrafi zachwycać detalami. Aby być w zgodzie z naturą buty zdejmuję. Prowadziliście kiedyś samochód na bosaka ? Goła stopa dotyka pedałów. Niezłe doznania. Zupełnie inna jazda. Inne skupienie i inne bodźce się odbiera. Gdy na zewnątrz ciepło w samochodzie w stopy jest chłodno. Praktykuję od czasu do czasu gdy jadę nad wodę czy na wieś.


A jest ich tyle, że nikt nie wie ile – Drawsko cz. 2
Droga chwilowo nudna. Ale co to ! Pola facelii robią wrażenie. Fioletowe łany drobnych kwiatów ciągną się po horyzont. Główka przy główce zawieszone na mięsistych mocnych łodygach. W odbiorze trochę kłujące jakby broniły się przed światem. Dziecinę w pole wpuściłam. Dzielnie to zniosła. Widok facelii boski dla tych co im się już żółty rzepak znudził. Warto zatrzymać się lub chociażby zwolnić. Polecam otworzyć okno. Zapach zapiera dech w piersiach. To dlatego pszczoły ją uwielbiają. Robi wrażenie. Przełamuje nudę podczas podróży.



Czy Piła jest ostra i czy w zamku Drahim straszy – Drawsko cz. 1
Piła. Zatrzymuję się tu tylko na chwilkę. Wyostrzam zmysły. Nazwa jaka jest to jest. Wydawałoby się, że będzie jakoś tak kanciasto i oschle. A tu co ? Ostro owszem drogi remontują. A reszta zaskakuje. Ludzie mili i cierpliwi. Uśmiechają się. Pani w Aptece rzuca wyzwanie. Zbyt duży wybór. A Pan za mną banan na buzi. W innym miejscu już czoło by się marszczyło. Miasto jak to niektórzy mówią wrażenie skromnego. Dzieci w kałuży i na kawałeczku trawnika przed blokiem się bawią. Trawnik trawy mam wrażenie nigdy nie widział za to czarnej ubitej ziemi tu dużo. Piła architektonicznie mało ciekawa. Ale zatrzymać się na chwilkę w podróży w lokalnych sklepikach nie ma się co obawiać. Jadę dalej.
Zamek Drahim. Dziwne miejsce. Specyficzne. Takie jakieś mało średniowieczne, choć same mury czasy Krzyżaków pamiętają. Mało tych murów, a przy wrotach lniana lina. Pociągam. Dzwonek słyszę. Otwiera młoda dziewczyna i do środka zaprasza. Kilka osób się kręci jakby tutaj mieszkali. Starsza Pani w białej prostej sukni biega po dziedzińcu. Pokręciłam się trochę. Szlakiem pajęczyn przeszłam. Kilka pomieszczeń i zbroje zardzewiałe luzem porozrzucane pooglądałam i podotykałam. Może miejsce nie zachwyciło do końca, ale narzeczoną dla Stefana znalazłam i podglądnęłam tutejsze życie, które toczy się jak setki lat temu bez pośpiechu. Tylko, że ludzie teraźniejsi. O Stefanie przystojniaku pisałam jakiś czas temu. Jadę dalej i znowu się wsłuchuję i rozglądam. A co zobaczyłam o tym w następnym wpisie.


NATURALNY SPOSÓB NA ZMARSZCZKI
Przebywając z młodzieżą zawsze czuję dreszczyk emocji. Nadążyć za nimi, zrozumieć, znaleźć wspólny język. Jeśli Wam się uda jest cudownie. Przy nastolatkach zacierają się granice bycia młodym i starym. Przy nich moja energia wzrasta. Z nimi nadążam za tym, co modne i nie myślę czy coś mniej lub bardziej wypada. To oni wiedzą jaką muzykę puścić, żeby dobrze się bawić. Tylko małolat Ci powie: poćwicz pośladki, bo jeszcze mogą ładnie wyglądać. Obcując z młodzieżą często czas zaczyna się cofać. Może to tu tkwi tajemnica wiecznej młodości nauczycieli.
Czego się dowiedziałam i co dostrzegam przebywając z nastolatkami ? Że nie tylko ja chodzę po sklepie w skarpetkach. Że w modzie cały czas są trampki i jeansy, a także długie włosy, aparaty ortodontyczne, niebieskie paznokcie i jeszcze kapelusze zarówno u chłopców, jak i u dziewczyn. Że kapelusz służy do ochrony przed zdjęciem a czasami można założyć go psu na głowę. Że włosy nadal się kręci, a nie tylko prostuje i że u młodzieży często uśmiech na twarzach gości, ale też i łzy młodzieńczej tęsknoty się pojawiają. Za czym ? Wiem i Wy też wiecie. Bo każdy z nas jest albo był młody.
Przyglądnęłam się dzisiejszemu młodemu pokoleniu. Jedni tańczą albo grają w siatkówkę, z innymi na rolkach jeżdżę. Jedni lubią chemię, inni będą chcieli zostać informatykiem. Oni i One. Mają nieograniczone wybory. Czasy im na to pozwalają. Życzę im, aby miały otwarte umysły i nie bały się zmieniać zdania czy popełniać błędów. Aby szukały swojej drogi nie koniecznie podążając tylko jedną ścieżką. Życzę, żeby wchodząc w dorosłość pozostało w nich jak najwięcej z dziecka. Życzę im aby napotkali na swojej drodze wielką miłość.
Jeśli macie nastolatka w domu macie dużo szczęścia. W waszym domu wieczna młodość gości i niespożyta energia. Sprawdźcie gdy go na chwilę zabraknie. Nawet tego, co łobuz nazywacie. Spokój nastaje, a może nuda się wkrada ?



DLACZEGO CZASAMI WARTO JEŹDZIĆ W KÓŁKO
Jeżdżę wokół jeziora. Jezioro jest okrągłe to i jazda jest w kółko. Robię pierwsze okrążenie. Mijam starszą kobietę. Drobina szybkie żwawe kroki stawia. Przed nią psiak mieszaniec. Oboje bardzo pogodni. Widząc mnie starsza pani na dzień dobry daje mi w prezencie uśmiech. Długi i szczery, więc pozostaje w mojej pamięci. Białe zęby lśnią w porannym słońcu. Uśmiech za uśmiech. Mijamy się i każdy podąża w swoją stronę. Drugie okrążenie. Z daleka widzę znajomą mi osóbkę, a ona widzi mnie. Oprócz uśmiechu od ucha do ucha pojawia się Dzień dobry. Głos ma miły. Jakbyśmy się dłuższy czas znały. Okrążenie trzecie inaczej być nie może. Pies ogonem macha i z daleka wiem, że się zatrzymam. Tematów do rozmowy z tak pogodnym tubylcem jest wiele. Czwarte kółko to czas refleksji.
Z takimi ludźmi warto zacząć dzień. Przy takich ludziach świat z rana kolorów nabiera. W ośrodku, w którym jestem domki nie mają gwiazdek. Ale śpię pod czystą białą pościelą, a pod prysznicem mam zawsze ciepłą wodę. Tutaj, gdzie na śniadanie Pani kucharka widząc, że nie jem mięsa z dbałości o moje dobro jajecznicę proponuje, choć wszystkim parówka przysługiwała. Gdzie ludzie na ścieżce rowerowej ręką machają, choć całkiem im obca jestem. Gdzie w lokalnym sklepiku można pożartować, a Pani mimo krótkiego sezonu i przy konkurencji okolicznych sklepów mówi, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Gdzie psiaki się łaszą. Gdzie spokój i dobre słowo można znaleźć na każdym kroku.
Często słyszę zmieniaj coś w życiu i nie popadaj w rutynę. Rób inaczej, a nie ciągle tak samo, bo wyrobi się nawyk. To wszystko prawda. Ale ważne, aby nie przesadzić w żadną stronę. Dlatego czasami wybieram nowe miejsca i to, co nieznane, a czasami jeżdżę w kółko i powracam do miejsc, które miło wspominam i które mi służą. Polecam odkrywać Polskę.


ŚWIAT Z PERSPEKTYWY ROLKARZA
Jest wczesny poranek Przede mną ukazuje się ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż brzegu jeziora. Buty rzucam w krzaki. To dobre miejsce. Nikt nie weźmie, bo po co komu takie. A zresztą przecież każdy ma swoje. Na nogi rolki ubieram. Ledwo zaczynam jazdę, a już przystaję. Dęby z gruboskórnymi liśćmi, sosny z żółtymi przyrostami i postrzępione białe kory brzóz lśnią w porannych promieniach. Wiosna. Zapachniało lipą. Listki stoją nieruchomo jak na obrazku. Słońce wzeszło, malując na horyzoncie jeziora kolorową poświatę, która pnie się w kierunku nieba. Mienią się na wodzie różowy z pomarańczowym kolory wymieszane. Po ścieżce rowerowej szaro – bury kot się przechadza. Kroczy majestatycznie i w jezioro spogląda. Obok ślimak dużo mniejszy, ale podobnego koloru. Jedno i drugie w paski. Śmiesznie razem wyglądają. Po drugiej stronie jeziora koncert. Tam królestwo żab. Mają rano dużo do powiedzenia. Przekrzykują się, a ptaki słuchają i mówią w przerwach. Nie konkurują ze Sobą. Siedząc na drzewach, śpiewają swoją melodię. Spokojniejszą wolniejszą i w nieco innej tonacji. Na molo pachnie rybami. Horyzont z linami poręczy pomostu się zlewa. Wędkarz małomówny, ale wiem, że ryby nie biorą. Inteligentne wiedzą co robią. Jest im dobrze to, co będą zmieniać. Pająk chyba też odpuścił. Jego posesja jakaś taka zaniedbana. Chyba opuszczona. Na brzegu puchata pałka wodna znalazła miejsce, przeistacza się cały rok. No i nieźle rozmnaża. Zasiłek 500 plus się należy, tylko zapomniała złożyć stosowne papiery. Zaraz za roślinnością zakochaną parę łódek widzą. Ludźmi się nie przejmują. Przytulone do siebie. Na wodzie dwa łabędzie. Duże. Wielkie. Nie prawdziwe. Takie rowerki do pływania. Chyba lekko nie jest nimi pedałować.
Zastanawiam się, kto chce tak Sobie życie utrudniać, skoro i tak już ludzie twierdzą, że nie jest w życiu lekko. Obok mała prosta łódka prawie nic nie waży. Ja wiem którą bym wybrała. A Ty wiesz ?
Rozglądam się. Chyba już tu byłam przed chwilą. Ta sama mewa na ten sam słup znowu przyleciała. Ten sam małomówny wędkarz tylko w innym miejscu, przesiadł się. Przypomniał mi, że czasami miejsce warto zmieniać. Dzisiaj pojechałam w prawo, a jutro pojadę w lewo. Na to samo jezioro zerknę, aby mogło odkryć przede mną zupełnie coś nowego. Zaskoczyć mile. Jazda na rolkach daje możliwości. Jest czas pomyśleć, jest czas, aby się porozglądać i jest czas, aby wracać. Buty stoją na swoim miejscu. Dzielnie czekały. Ubieram. Wracam w to miejsce również wieczorem. Wtedy wszystko się wyostrza i w wodzie jak w lśniącym wypucowanym środkiem czystości lustrze odbija. Łódek jest dwie, a łabędzi dwa razy tyle niż za dnia. Kolory znikają. Woda i las idą spać. W takich miejscach wypoczywam.

TAJEMNICA MIŁOŚCI W PEWNYM UROKLIWYM PAŁACU
Miejsce historyczne. Pałac. Dla niektórych jeden z wielu. Dla mnie niepowtarzalny. Poszukam tu coś ciekawego. Tego o czym przewodniczka nie powie i przewodniki nie piszą. Dzisiaj na tapecie oczy i usta. W oczy ludziom zaglądam. Na mimikę twarzy patrzę. A jest komu. Teraz sprawdźmy co można w pałacowych kątach wyszukać.
Młoda przewodniczka o miłym głosie zaczyna oprowadzać. Za nią grupa licealistów. Super dzieciaki. Piękne dziewczyny. Każda jedna ładniejsza. I przemili chłopcy. Co się uśmiechają. Każdy jeden. Za grupą długa przerwa. Potem ja, a za mną przemiła osóbka co drzwi zamyka. No to ja z nią pogaduchy, bo mam wrażenie, że na moje pytania odpowie. Widzę to po jej ślepkach. W między czasie Zosię na obrazach oglądam. Upatrzyłam Sobie. Była piękną kobietą. Panią domu. Dlaczego ona ? Daty, opowieści o drzewie genealogicznym, nowinkach technicznych, lampach przepięknych, czy zastawach stołowych owszem bardzo ciekawe, ale mnie to ludzie interesują. A ludzi tu nie brakuje. Na płótnach, które pokrywają większość ścian jakby tylko na chwilę zatrzymała się tu cała liczna rodzina. Ich psiaki i życie, które się tutaj toczyło. Polowania, rodzinne spotkania, przygody. Ja szukam na obrazach jeszcze czegoś. Czuję przez skórę dawną domową atmosferę, zapach świeżego jedzenia, które do pomieszczenia zwanego kredens z kuchni tutaj trafiało. Zapach i smak świeżej ciepłej płynnej czekolady, prawie niedostępnej w tamtych czasach. Takiej na swojskim mleku co jeszcze z pianą. Czekolada w pięknym kolorze brązu, który po zamieszaniu przyjmuje jaśniejsze i ciemniejsze odcienie. Czuję miłość i szacunek do jedzenia ludzi, którzy tu zamieszkiwali. Mięsiwa i kasze, i owoce przeróżne. Teraz zostały już tylko puste zastawy. Ale one też pamiętają. Nie mam czasu ich o to wszystko zapytać. Innym razem.
Na obrazach co rusz Zofia na mnie spogląda. Ach jak ona patrzy. Obrazów na ścianach dziesiątki, setki. Duże i małe, i w przepięknych złotych rzeźbionych ramach. Tu kiczu nie znajdziecie. Za to Zosia prawie w każdym pomieszczeniu w innej pozycji uwieczniona. Każdy obraz przez innego malarza malowany. Oczy Zosi na większości, zamyślone, pełne tęsknot. Jakich ? Jeszcze nie wiem. Jakby ciałem przy mężu i dzieciach była, ale duchem i sercem zupełnie, gdzie indziej. Potwierdza to luźno zwisająca ręka. Jakby już nie chciało jej się pozować. Mąż dumny klatę do przodu wypręża. Wokół gromada dzieci. Zofia miała ich dziesięcioro. Sprawdziła się jako żona. Miała pewnie wszelaką pomoc. Ogłoszono ją Miss Europy tamtych czasów. Potwierdzam jej inność. Bardzo zgrabna. Filigranowa. Drobnej kości o ciemnych błyszczących w słońcu włosach. Kiedy inni w ciężkie haftowane stroje ubrani ona jedna w zwiewnej białej sukience jak anioł wygląda. Czuję jeszcze powiew wiatru, który przez okno wpadał gdy ją malowano. Dostawał się pod sukienkę lekko nią poruszając. O co, więc chodzi z tą Zosią. Dlaczego czasami w jej oczach smutek gości, choć delikatny uśmiech na twarzy malowany. Moje ucho czujne. Przewodniczka mówi o miłości malarza, który jeden z obrazów malował. Józek podobno Zosię kochał. O tym wszyscy mówią, więc patrzę na obraz. Inni idą dalej. Zostaję z nią sama. I już wiem wszystko. Zosia się tylko do mnie uśmiecha. Na tym obrazie oczy ze Sobą rozmawiają. Jej i moje. Jej i malarza Józefa. Nie wiem jak wyglądał. Ale wiem, że to na niego patrzyła inaczej. Pamiętacie mój wpis o oczach co błyszczą ? Na tym obrazie błyszczą nadal. Bo miłość ma czasami jedną stronę, ale często ma strony dwie.
Osobiście nie wiem co o Zosi i Józefie piszą. Historyczka ze mnie żadna. Dla mnie to miłość odwzajemniona była. Słyszę, że malarz ją na płótnach upiększał, bo zakochany był. Ja twierdzę inaczej. Kiedy zakochani na Siebie patrzą nie tylko oczy się zmieniają. Zmienia się twarz. Rysy łagodnieją. Cera różowieje i blasku nabiera. Nie wspomnę co jest gdy dochodzi do zbliżenia, bo młodzież może to czytać. Co się dzieje z ustami i mimiką zmarszczek, z mięśniami twarzy również. Oj Zosiu Zosiu mówię. Nie ukryjesz przede mną. Czy Grassi malował Cię inaczej ? Cisza. Nie sądzę – powiadam do niej. I mówię sama do Siebie. Nie musiał. Ona przy nim inaczej wyglądała, a pozowanie sprawiało jej przyjemność. Mam wrażenie, że mogła tak siedzieć i siedzieć. Żegnam się z Panią domu i znowu zagaduję Panią klucznik, która mi się przygląda i myśli z kim to ja tak rozmawiam. Opowiadam jej o miłości Zosi do Józia. Zdziwiona przez chwilę analizę przeprowadza. I nie dowierza, bo pierwszy raz takie rzeczy słyszy, choć lata tu pracuje. Dla mnie oczy to studnia tego, co w naszym wnętrzu siedzi. Tam ukryte wszystkie emocje. Resztę ciało dopowiada.
Opuszczam to miejsce przechadzając się po zielonym ogrodzie jak kiedyś Zosia i jej rodzina. Patrzę na budynki. Te odrestaurowane są pięknie. Ale są rzeczy, które zawsze będą takie same. Od setek lat niezmienne. To odgłos wody w fontannie czy szum starych drzew i widok z okna na niebo. Ono się zmienia co sekundę, ale zmienia zawsze tak samo. W to samo niebo przecież Zosia patrzyła wiele lat temu. W to samo niebo zerka ze swoich obrazów. W Muzeum Zamoyskich z Zofią Czartoryską Zamoyską naprawdę można bez słów o wszystkim pogadać. Obraz Józefa Grassi podziwiałam najdłużej.

KRÓTKO I TREŚCIWIE O BŁĘDÓW POPEŁNIANIU
Kochanie – mówię spokojnie do przesłodkiej małolaty. Nie kroimy bezpośrednio na drewnianym blacie. Od tego są deseczki.
Dziecina rozkłada rączki i z uśmiechem oznajmia – No co Mamo !, przecież każdy błędy popełnia. Oczy jej świecą jak iskierki, a na buzi uśmiech i pewność Siebie.
Pomyślałam: Wszyscy o tym wiemy od dziecka, tylko czasami zapominamy. No i przecież święci nie jesteśmy bo tylko święty błędów nie popełnia. Chociaż z tym też bym polemizowała.
Blat jest teraz wyjątkowy, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. No i ktoś za mnie szczypiorek pokroił. Nie potrzebowałam ale do kanapek zużyłam.
Zadałam Sobie pytanie. I co by mi z tych nerwów było, czy krzyków. I na co gdybanie po fakcie. Sama czasami niezdara coś rozleję, innym razem zapomnę, a jeszcze innym urażę kogoś słowami. Mamy przecież możliwość zetrzeć rozlane, przypomnieć Sobie i nadrobić co zapomniane, przeprosić tego co smutny przez nas chodzi.
A więc może nie ma co złościć się na błędy Swoje, czy innych. Może warto je pokochać i żyć z nimi w zgodzie.
