KARAIBY – ŻĄDZA PLAŻ, PALM ILAND, Middle Grenadines 11/25

Jestem żądna plaż. Nie piratów. Nie morza i nie słońca, bo jego mam ostatnio pod dostatkiem, a piasku, na którym mogę po prostu posadzić mój biały tyłek, a potem już tylko lukać, zawiesić się w czasoprzestrzeni i marzyć.
Wiecie? Mówimy, że często w życiu jest pod górkę, ale czasami są takie dni, kiedy dostajesz od życia i dostajesz. I łapiesz się na tym, że mówisz: „Poczekaj, proszę życie, bo to za dużo na raz tego dobrego”.
Dzisiaj jest taki dzień.
Patrzę po twarzach tych, co są tutaj ze mną. Dech im zapiera na chwilę. Na kolory wody można by było patrzyć i patrzyć. Uzależnia jak tutejsze słońce, morze i marihuana, o której wielu zaprzeczy, że tak jest.

Lady Bestia podpływa do małej zatoczki. Malutkiej wysepki, która jeszcze dzieckiem wśród reszty się wydaje. Woda spłyca się i spłyca. Już jej dno pod taflą widać. Tutaj wsunę moje nogi w piasek i postaram się poznać tajemnicę plaż, które dech w piersiach zatykają. Gdzie woda ma kolor soczystych kolorów zieleni, która budzi się do życia wiosną. Niebiańskich błękitów po troszku zebranych z całej kuli ziemskiej, tak wszędzie po troszku.
Wydaje się bardzo płytko. Łódź mamy kilkanaście metrów od plaży, a kotwica leci w dół, który dna jakby nie miał. Czekamy. Czekamy. I jeszcze troszkę czekamy. Uff. Katamaran się stabilizuje. Przede mną już tylko rzut beretką do błyszczącej w słońcu sterty piachu, która wzdłuż wysepki się wije.
Stawiam krok. I następny. I następny. Robię wielkie moje małe oczy. Piasek mimo stopni wielu w stopy nie parzy, jak to często bywa na innych plażach. Przeciwnie delikatnie chłodzi, a do tego masuje. Gdzieś w głębi wyspy za przybrzeżnymi falami hotel o wypasionym standardzie jest ukryty skrzętnie. Skąd wiem? Strażnik przegonił, ale miły był, bo pozwolił zatrzymać się i odpocząć minut kilka, a nawet więcej. Tych co nieco na dłużej przybyli nie czuje się obecności a cywilizacji, tylko troszeczkę.

Jo ho ho
Wskakuję do wody. Płynę. Wiję się. Wykładam na niej. Fala za falą unosi na wodzie. Jest czysta jak łza zmieszana z odrobiną Ludwika. Zero pływających farfocli i resztek roślinności. Zero kamyków pod wodą lub resztek z morza, o które się można skaleczyć. Cala zwierzyna morska, która nas często odstrasza, na takich plażach mam wrażenie, że ma podwodne zalecenie od Boga. Taki cichy zakaz wstępu.
Nawierzyć się nie mogę. Słono mi w buzi więc na chwilę wychodzę. Patrzę na innych. Bawią się jak dzieci. W szuru szuru stóp i małe podtapianie. W układanie ciała na piachu gdzie każda kończyna inny kierunek świata wyznacza i przytulanie do piachu. W przepuszczanie piachu między palcami okładanie nim własnych i cudzych kończyn, zanim woda piachu z następną delikatną falą nie zmyje. Bawią się, a w zabawie zapominają o bożym świecie. Każdemu się takie błogie chwile należą. To właśnie takich warto szukać na chwilkę na co dzień.
Patrzę i myślę? Jak natura to robi. Odpowiedź jest blisko. Posłużę się tym razem matematyką. (Słońce + woda) + (to, co pod stopą + wolność) = raj na ziemi.

Slońce
nie może być ani za wysoko, ani za nisko. Nie za daleko ani nie za blisko. Tylko gdy jest tak w sam raz, najdelikatniejsze z promieni mogą pod pewnym kątem wskoczyć do czystej wody.

Woda
Nie może być za głęboka ani za płytka, a jej dno ma być wyścielone czymś, na co z przekonania własnego piach wołamy zazwyczaj. Biorę troszkę tego czegoś do ręki.

Piach
Na pierwszy rzut oka tak twierdzę: Gdyby był sprzedawany w sklepach to tylko w delikatesach tam, gdzie z produktami najdroższa półka. Mylę się. Robię najzwyklejszą obdukcję. W gruncie rzeczy na Karaibach piach często piachem nie jest. Moja dłoń kolorami się mieni. Wśród biało kremowych drobinek chowają się czarne i czerwone niejednokrotnie. Są cięższe od piasku. To miliony muszli, które Syreny Aniołom w prezencie dają, aby te mogły przesiać je przez oczka drobnego sita, a potem bawić nimi w budowanie zamków na piasku.

Wolność
To ostatni z warunków. Dlaczego jest potrzebna? Dopóki ekosystem tu rządzi, od którego nie ma dla mnie mądrzejszego, takie miejsca będą trwać i trwać po wieki.

Patrzę w morze. Szumi. I tylko tyle. Podłoże błyszczy się i mieni jak kryształki Swarovskiego. Woda rozkłada maleńkie kolorowe ziarenka na moich stopach, a potem zabiera z powrotem w morze. Nie za daleko, bo drobinki muszli dość ciężkie i szybko opadają przy brzegu. Wody nie mącą. Moje ciało jest jak po najdroższym z pilingów. Nie używam ręcznika. Resztki wody na skórze same odparowują, pozostawiając na niej drobinki morskiej soli. Czuję, jak sól tworzy barierę ochronną, a mikroelementy odżywiają moje ciało. Siedzę. Natura dba o mnie i nie woła za to żadnej zapłaty. W zamian pragnie tylko jednego. Poszanowania.

Chwilę popadam w zadumę. Wiecie, kiedy się w nią popada, mina troszkę rzednie. Czas kończyć. Reszta zbiera się powoli. Żal takie miejsca opuszczać, bo myśl przychodzi: „Już tak za chwilę nie będzie”. Nie tak. Nie dajcie się zwodzić myślą. Czasami jest zupełnie odwrotnie.

KARAIBY – GRENADA DNIA JEDNEGO 10/25

Płyniemy z prędkością 8 węzłów Bijemy rekordy? Wiatr przystąpił do wyścigów. Goni do przodu i goni. Dzisiaj jest naprawdę w formie. Czyżby wyzdrowiał? Jeszcze 2 dni temu był chory. W oddali Grenada. Z wiatrem, który nie odpuszcza, wpływamy do zatoki. Rozglądam się po innych pływających domach. Myślałam, że to my jesteśmy duzi. Pamiętajcie: Zawsze znajdzie się coś większego, innego, ciekawszego czy wyższego. To wynik porównywania. Czasami warto sobie go odpuścić.

Port Louis
Marina jak to mówią niektórzy wypasiona. Prywatne jachty z całego świata się tutaj spływają. Pieniędzy tutaj nie żałowano na bajkowe domki czy basen blisko plaży. Miejsca, gdzie król chodził piechotą, wyglądają jak salony kąpielowe. Dla żeglarza to 5 gwiazdek.
Jak tutaj codzienność wygląda? Chodnikiem, wzdłuż którego tropikalna roślinność rośnie w kierunku, który ludzka ręka nadała, idzie dziewczyna o skórze błyszczącej w słońcu jak tutejsza słynna czekolada. Ciągnie za sobą wózek dwukółkę z wielką rączką. Dużo większy jest niż taczki, ale też dużo lżejszy. Na nim niewinna nieco większa damska torebka. Taki spacer?
Widok dla mnie nietypowy, a jednocześnie zjawiskowy. Jak ja ciągle staram się ludzi zrozumieć. Przy basenie ludziska nogi moczą. Łodzie i statki przy brzegu odpoczywają. Tutaj jedni mieszkają na stałe, inni są tylko przez chwilkę. O sąsiedzkich zażyłościach trudno coś powiedzieć. Ogrodzona Marina o wysokim standardzie z ochroną na każdym kroku. Tutaj tylko trzeba mieć pieniądze. Chcielibyście tak na długo?

Grenady tylko liznę
Nieco przy brzegu kilka kilometrów spaceru. Tylko na tyle wystarczy czasu. Idę i doświadczam przez chwilę. Mijam miejsca, gdzie cumują łodzie rybaków. Duszący nieco zapach ryb i kolorowe sieci to tutaj codzienność. Wśród starych mały łódeczek kawałek zieleni. Na drzewie tuż obok nieznane mi zielone, duże owoce zwisają. Biały ptaszek o dziubku cienkim jak szewska igła i jeszcze cieńszych, długich nóżkach, powoli stąpa po wodzie. Przygląda się bacznie i na coś poluje. Na jego twarzy pełne skupienie, na mnie nawet nie spojrzy „gad” jeden. Po mojej jednej stronie woda po drugiej droga. Za nią budynki murowane. Jedne całkiem nowe inne prawie historyczna ruina. Wchodzę między niektóre. Wrażenia? Grenada to wąskie bardzo strome uliczki z porządnym asfaltem i ubogimi chodnikami, w których miejscu są głębokie rowy odpowiedzialne za odprowadzanie z miasta wody. Studzienek nie widzę, nie ma to, jak proste rozwiązania. Na Grenadzie wszyscy praktycznie samochodem jeżdżą. Na szczycie Fort, z którego widok zjawiskowy podobno. W tę stronę podążam. Gdzieś wysoko na słupach ludzie w kablach grzebią. Ledwo zipię, ale widok faktycznie wart wspinaczki. Samochody o mocnych silnikach, bo i stromo bardzo, nawet tutaj dojeżdżają. Nawet tutaj na szczycie toczy się zwykłe życie. To w tym miejscu młodzież chodzi na randki. Białe opadywujace spodnie spoczywają jako tako na ich tyłkach. Wzorzyste kolorowe koszule torsy zakrywają. Moda szybko tu dociera.

Wraz z mrokiem w mieście klimat się zmienia. Na ulicy mieszkańcy o karnacji konkretnie odmiennej od tej znanej mi na co dzień, na ulicę wychodzą. „Białego” wieczorem trudno tutaj uświadczyć. W każdym z samochodów głośna muzyka i mnóstwo jej fanów. Z otwartymi drzwiami i oknami przewożą z miejsca na miejsce tubylców.
Matka z dziećmi. Przyjaciel z przyjacielem. Znajomi zza rogu, po knajpach się rozsiadają. Jedzą, piją, śmieją się, bawią. Na ulicy mija mnie pojazd z kolumną na dachu. Na pół miasta wieść się niesie, że jutro znowu impreza. Ruch jak na Marszałkowskiej. Gdzie ja trafiłam? Małe ślepia w czekoladowej otoczce, zerkają na mnie. Blond włosy i rozjaśniona prawie do białości od słonka brwi, nie są tutaj raczej codziennością. W mieście widok przypomina nowojorskie dzielnice, o których mówią: Uważaj tam na siebie. W kontakcie bardzo mili i raczej dobrze z oczu im patrzy, więc co jest grane, że człowiek nie może się tutaj odnaleźć? Osobiście czuję się jak piąte koło u wozu. Jak nie zaproszony przybysz na czyimś weselu. Dla mnie ludzie Grenady są jak drużyna, jak jedna wielka rodzina, która trzyma się razem. Szczególnie wieczorami. Ci z zewnątrz jak ja, są tylko chwilowymi przypadkowymi obserwatorami.

– Grenada jest głośna, bo Grenada to muzyka.
– Grenada to czekoladowi chłopcy w żółtych jak cytryny koszulkach, którzy grają popołudniami w piłkę na soczysto zielonej murawie, jak większość ich rówieśników na całej kuli ziemskiej.
– Grenada to mnóstwo żywych kolorów z murem przypominającym ogrodowe dzieła Gaudiego.
– Grenada pachnie rybami. To miasto kutrów starych jak świat, które ledwo już zipią, jednak co dzień wypływających w morze.
– Grenada to miejsce, gdzie bogactwo żeglarzy styka się ze skromnością rybaków.
– Grenada to mnóstwo białych oczu i czarnych bawełnianych obcisłych czapeczek, w których schowane są zwinięte w wielkiego koka włosy i dredy.
– Grenada to ciepło, palmy, wiatr i deszcze. Nieprzewidywalna i zmienna pogoda.
– Grenada to czekolada z imbirem i pomarańczowe owoce kakaowca.

Miało mnie tu nie być. Jestem. Ekskluzywną Marinę w ciasnej zatoce traktuję jak pestkę mało znanego mi owocka, który widokiem i zapachem zaskakuje. Widziałam tylko tyle, żeby zachcieć więcej. Może kiedyś? Przecież czasami wystarczy tylko chcieć.
Stoimy w miejscu dla wielkich elitarnych łodzi. Miejsca mamy jak na życzenie. Romantyczne ławeczki kilka kroków dalej kuszą, aby usiąść na nich. Taki Fuks? Nie do końca. Dobra intencja czasami wystarczy, a potem chwilkę cierpliwie poczekać.

KARAIBY – CARRIACOU ZATOKA WIELKIEJ STOPY 9/25

Mordownia
W Carriacou piękna plaża trochę jak z okładki książki. Lazurowy Brzeg i żółty piach z tych najlepszych najlepsiejszych, chociaż … Człowiekowi zawsze się wydaje, że widzi najlepsze, a następnego dnia spotyka jeszcze coś bardziej zachwycającego.
Stajemy na kotwicy. Zatoka otwarta, ale tutaj robi się nagle cichutko. Wysiadam przy małej knajpce. Cała miejscowość to kilka tysięcy mieszkańców, sklep i długa piaszczysta plaża. No i Mordownia, a w niej Rastafaran, którego palce złote pierścienie zdobią i rum i wódka i piwo i rum raz jeszcze. O! Sok pomarańczowy! Tylko on Ci on raczej do drinków.
Tańczę na ulicy. Muzyka Soca do tańca spontanicznego porywa. Ze mną inni. Niesamowite. Tubylcy patrzą. Rytmy afrykańskie to rozumiem, ale skąd namiastka w piosenkach kultury Indii? Ciekawe połączenie.

W Carriacou w otwartej zatoce wieje tylko od czasu do czasu. Wiatr ucicha nagle, gdy jesteś już zupełnie blisko piaszczystej białej plaży. To tutaj po raz pierwszy zachwycam się Lazurowym kolorem wody, który podpowiada żeglarzom, jak jest tutaj głęboko. Przed samą Zatoką mała wyspa prawdziwa bezludna.
Zamknijcie na chwilę oczy. Połóżcie na ciepłym piachu. Wyobraźcie sobie wodę, której tafla mieni się wieloma odcieniami. Wodę, której ufasz od pierwszego wejrzenia. Której dno wydaje się na wyciągnięcie ręki. Pojawia się na środku ciemnego oceanu a wzrok od niej trudno oderwać. Wraz z nią kremowy piach, który miejscami bieli się w słońcu. Wygląda, jakby ktoś skrupulatnie przesiał go przez drobne sito. Bez skazy bezgrzeszny. Wchodzi w błękit i lazur wody.
Daleko w głąb na tyle, aby stworzyć efekt mieszania się lazuru z kremem. Słońce uwielbia to miejsce i przychodzi się to czasami opalać. Przemyca promienie w każdej szczelinie. Na środku piaszczystej wyspy wyrasta tropikalna zieleń. Najpierw bardziej gęsta i ciemna, jaśniejsza ta, co bliżej brzegu. Pomarzcie jeszcze chwilę w tym miejscu, a jak już wam się znudzi, dołączcie do mnie na Carriacou.

Poza plażą też się dzieje
Spójrzmy na tutejsze dzieci. W morzu nie mają żadnych dmuchańców ani pompowańców. Wyszukanych zabawek nie ma w zasięgu wzroku. Jak i gdzie szukają rozrywek?
Zerkam dookoła. Grupka kilkulatków bawi się w wodzie. Ich śmiechy słychać z daleka. Bawią się tekturowym kartonem, który już dawno namókł od wody. Ciężki, bo nasączony i trudno go unieść w górę. Rzucają nim w siebie i śmieją przy okazji. Karton szybko znika na dnie. Na buziach chłopców mina wykazuje chwilę zastanowienia. Jak w bajce „Pomysłowy Dobromir” nie mija sekunda, a już jest pomysł na nową zabawę. Biegną wzdłuż brzegu. Mają charakterystyczną budowę. Długie ręce i jeszcze dłuższe nogi. W bieganiu jak wielu o czekoladowej skórze robią światowe rekordy. Dar od Boga? Kilka metrów dalej pod jedną z tutejszych palm, leży niesprawna lodówka. Samotnica pozostawiona na pastwę losu. Nie pierwsza i nie ostatnia. Jeden z chłopców chwyta w dłoń muszlę, która u nas w kraju mogłaby być unikatem. Ostre wystające kolce uderzają o zawiasy lodówki. Muszla w słońcu mieni się w kolorach różu. Za chwilę widzę jak styropian, który jeszcze niedawno w drzwiach służył za izolację, na wodzie się unosi. Na nim chłopiec na leżąco lub półsiedząca po falach w głąb morza odpływa. Można? Można. Niezły recykling w Karaibskim wydaniu.

Wodne piękności
Muszla służąca za łom wpadła mi w oko. Ta jednak swoje przeszła. Wdrażam więc w życie ostatni spacer w poszukiwaniu takiej lub podobnej. Nieopodal szczeliny i płytkie zagłębienia wzdłuż brzegu zbierają miejscami morską wodę. Tutaj muszli nie brakuje. Nie są jednak idealne. Ciężkie, a jednocześnie delikatne odnogi łatwo łamią się, uderzając o brzeg czy skały. No cóż, miło i choć taką na chwilę potrzymać taką w ręce. Zostawiam ich, tam gdzie znalazłam. To jest ich miejsce. Przykładam jedną do ucha, zaraz potem drugą. Szumią z tęsknoty za morzem i głębią. Porozumiewają się nieznanym mi językiem. Szyfrem, którego nie staram się zrozumieć. Tutaj słowa są zbędne. Wsłuchuję się tylko w dźwięczną pieśń o czymś, co utraciły.

Plaża Wielkiej Stopy
Robi się wieczór. Stąpam po piachu. Plażowanie nie jest tutaj w modzie. Żadnej żywej duszy. Na ziemię kilka orzechów kokosowych z drzewa palmowego spadło. Z jednego z nich słodki troszkę bardziej gęstawy niż woda sok po skorupie się rozlewa i ze szczeliny sączy. Przypomina bardzo rzadki krochmal. Do picia nie ma chętnego. Dla nas smakołyk, za który płacimy w puszce czy plastikowej butelce krocie, tutaj napój, którym mieszkańcy są już znudzeni, bo mają na wyciągnięcie ręki.

Zabrać czy nie zabrać
Plaża i piach. Stawiam stopę. Lekko wilgotny najdrobniejszy, jaki widziałam napęczniały delikatny dla skóry. Noga zapada się jak dłoń w cieście drożdżowym, które podrosło znacznie, jeszcze przed włożeniem do pieca. Przyjemne doświadczenie. Idę dalej. Bawię się w detektywa. Odbite na plaży wielkie bose giry z ogromnymi paluchami, rozlewają się po piasku, prowadząc do celu. Zaraz przy brzegu samotna palma. Wielkie liście dotykają prawie ziemi. Pień przechyla się lekko w kierunku morza. Drzewo nasłuchuje czegoś, patrząc w dal.
Przesiadam, nadstawiam ucha razem z nim. Na tubylczej drewnianej łodzi sieci czekają na swoją kolej. Dzisiaj są już po pracy. Towarzyszy im jeden kormoran i grupa rybitw, które obsiadły krawędź dokoła. Czujny przewodnik nie swojego stada. Zamieram w bezruchu, aż do zachodu słońca. Bezmyślne siedzenie? Nie ma takiego.

KARAIBY — BEQUIA, NA KOLACJI U JULII 8/25

Bohaterowie:

Wyspa Bequia, knajpka Whalecorner, Julia.
Julia to polska dziewczyna nasi Julka na nią wołają. Ciekawa jest jej historia. Niebieskooka trzpiotka o ciemnoblond, długich, kręconych włosach, które wiatr po wyspie Bequia rozwiewa, dzisiaj jest, a jutro może już jej tutaj nie być. Drobniutka o miękkim głosiku, którego można godzinami słuchać, co rusz przeplatanym radosnym śmiechem. Trafiła w to miejsce, bo zna swoją wartość. Wysiadła ze statku i wybrała zawód kelnerki, chociaż w głowie i na dyplomach cenną ma wiedzę. Odkryte muśnięte tutejszym słońcem plecy i poreo płynące za nią, kiedy się porusza. Taki widok jawi się jako pierwszy. Opowiada, a ja słucham od niej: O uprzejmości tutejszych ludzi, o biedzie, o mentalności. Ze mną po polsku, z tubylcami po angielsku rozmawia. Po francusku ze znajomą rodziną spod wieży Eiffla. Co rusz ktoś ma dla niej jakiś drobiazg, co jakiś czas całus i jeszcze kogoś przytula, jak bliskiego, którego zna wieki. Miałam pisać o owocach morza, ale Julia to ewenement. Warto się przy niej na chwilę zatrzymać.

Spacer
Bequia to miasteczko turystyczne. Wieczorem knajpki muzyka i drinki. Nie wyróżnia go wiele od innych w okolicy jedna knajpka z Julią i kilka sąsiednich. Ostatnia jest na szczycie góry praktycznie rzut beretem, a z niej piękny widok. Bank, sklep, żaglówki, czyli taka podstawa potrzebna do przeżycia.

Do Julii wracam. Dzięki niej bliżej poznaję francuską rodzinkę. Ich domem jest morze. Dla dzieci jest szkołą, bo do zwykłej szkoły nie chodzą. Czy tak się da? Dla niedowiarków, których buda ich dzieci jak łańcuch na uwięzi trzyma, powiadam: Tak.
Cała czwórka wolnością jest przesiąknięta. Widać to jak na dłoni. Błogość z każdej strony. U chłopaka sztywna czupryna od głowy odstaje. Wygląda jakby na tutejsze kokosy, ktoś trochę rdzy wylał. Na jego buzi wyraźnie zaznaczają się liczne piegi. Taka Pipi Lansztrung w chłopięcym wydaniu. Jego siostra nastolatka jest nieco inna. Długowłosa skrupulatna młodziutka i zdolna. Krucha jak porcelana. Po knajpkach nosi przy sobie zaczarowaną szkatułkę. Tak sobie dorabia. W środku niej to do czego mam odwieczną słabość: ręcznie robione bransoletki z tego, co natura dała. Z drobnych sznureczków za bezcen prawie, z których cenne, bo z duszą przedmioty powstają. Kupuję jedyną na Karaibach pamiątkę, a w niej muszelki z Grecji, kamyczki prosto z Karaibów, skórzane paseczki Bóg wie skąd jeszcze. Pamiątki z duszą z dobrej ręki. Uwielbiam za każdą cenę, stawiam ponad wszystkie z Apart – u.

Bequia to Julia, Julia to Bequia.
Pod stopami miękki, pulchny i ciepły piach się rozściela. W oddali na swojej malutkiej niebieskiej łódeczce z mini silniczkiem odpływa w nieznane francuska familia. Trzech chłopa się przede mną do kąpielówek rozbiera. Rozpiera ich energia. Pomijam pierwszy plan. Sorki chłopcy mnie to nie interesuje. Za wami, albowiem zachód słońca, morze w oddali i następne cudowne kolorami mieniące się wyspy. Opuszczam to miejsce. Bequia to Julia. Dla mnie. Bez Julii Bequia to tylko jedne z wielu cywilizowane miasteczko, które przybliżam wam na zdjęciach. Ona-wolny ptak, który albo tu, albo tam. Czy zostanie tutaj na zawsze? Płynę dalej w poszukiwaniu białego piachu oraz plaż z palmami z billboardów i katalogów. Piratów nie było i nie ma. Wierzę, że czas zrobi swoje.

 

KARAIBY — NIECO BAJKOWO O LUDZIACH MORZA 7/25

Z załogami jest tak: Albo są zgrane, albo nie. Mnie się poszczęściło. Jaka jest naprawdę ta moja karaibska? Różnorodna. Dzisiaj kilka słów o „ludziach morza”, aby każdy mógł otworzyć oczy, jak ważne jest gdzie, ale jeszcze ważniejsze z kim po przygodę jedziemy.

„Osiem krasnoludów i nie do końca śpiąca królewna”
Dawno, dawno temu, a może tak całkiem niedawno gdzieś na prawie bezludnej wyspie siadłam na brzegu i kątem oka wyłapałam wszystkich dookoła. Popatrzyłam po twarzach kompanów mojej podróży. Część kąpała się w morzu, inni na piachu czas miło spędzali. Pierwsze skojarzenie z popularną bajką i masz Ci wypisz wymaluj: Osiem krasnoludów i nie do końca śpiącą królewnę. No i ja oczywiście. Narrator. A więc teraz troszkę bajkowo będzie, o tych, co teraz mają jak w bajce.
Tu i teraz w czystej jak łza wodzie wyłożył się właśnie Kapcio. Pierwszy z krasnali jest wszystkich na łodzi przywódcą. Najmniejszy z nich i często paradujący w czerwonej czapeczce, teraz jest w stanie Flow. Unosi się na wodzie bezwiednie, bez wysiłku, Wyleguje jak w królewskim łożu, pieszczony przez wiatr, wodę i słońce. Przepiękny widok. Kiedyś miałam wrażenie, że czujność nigdy Kapcia nie opuszcza. A jednak. Są i takie chwile jak ta. Bezczujne.

W innej części akwenu trzech innych zabawę sobie urządziło.
Kuchcio w wodzie zaczął szorować nogi koledze Wesołkowi. Kim jest Kuchcio? To takie chodzące 3 w 1 a może nawet 4. Wszędzie go na łodzi pełno. Opiekuńcza z niego istotka. W kuchni to on wydawał jeszcze kilka godzin temu rozkazy. Rosół w niedzielę u niego to mus bez względu na warunki. A jak już kończy gotować w sztormie? Psikusów nie ma końca. Pomysł na szorowanie stóp kolegi mniemam, że do niego należy.

Wesołkowi z krwi i kości tymczasem zabawa się podoba. Leży w wodzie, pilnując, tylko aby głowa była wyżej niż reszta jego ciała. Przypomina mi się kilka scenek z życia Wesołka. On na wszystko ma proste rozwiązanie. Jego słabość to plecy. Z dbałości o nich pamięta i często chroni je przed słońcem. Oj jak nasza Katamaranka z lekkością się go słucha. Obsługa koła sterowego jednym palcem? Uczyć się można od niego.

Śmiałek o duszy strażaka nad bezpieczeństwem Wesołka czuwa. Trzyma rękę tuż nad jego głową. Rzuca cień, który chroni kompana przed promieniami mocnego słońca. Czułam, że ten z krasnoludów będzie naprawiał, to co inni nabroją i tak się często dzieje. To jego najczęściej z wiadrem w ręku mogę na łodzi spotkać. To on za klucze odpowiada i jego ster pontonu oraz silnik słuchają się zazwyczaj. Również on po drzewach, za kokosami się wspina.

Kuchcio, Wesołek i Smiałek. Trójka rozrabiaków pławiących się w słońcu? Nie. Trzech takich, co łapią właśnie chwile szczęścia w garści.

Jedziemy dalej. Zaraz przy brzegu Gapcio pławi się swobodnie. Kąpielówki ubrane ma poprawnie. Czasami po pokładzie w gatkach na lewą stronę chodzi. Na poważnie! A może dla żartu? A po co dochodzić. Gapcio jak się okazuje, do nawigowania jest zawsze pierwszy. Przez dnie całe patrzy w ekran na głębokości, kamienie pod wodą, małe i duże wyspy. Teraz jego wąsy srebrzą się w słońcu. Czoło marszczy, a głowa czujna nadal kierunki świata namierza. Gapcio! Zbastuj.

Kto jeszcze? Bawiącym się i pławiącym Mędrek przygląda się z brzegu. Nawet w kąpielówkach wygląda elegancko. W oczy rzucają się czerwona buzia i jeszcze bardziej czerwone piszczele. Słońce go lubi na łodzi, a i poza nią również. Dlaczego? Bo w słońce, deszcz wiatr i każdą inną pogodę zawsze go można wypatrzyć. Gdzie? Przy sterze oczywiście na straży. Do tego do papierów ma głowę tęgą po brzegi. Skrupulatny wszystkie księgi wypełnia. Plażowanie udziela się teraz i jemu. Z lekkim uśmiechem wpatrując się w tych, co w wodzie, chłonie karaibskie chwile.

Pod rozłożystą palmą wypatruję Śpioszka. Bez dwóch zdań indywidualistę. Gdy idzie na ląd, nie wiadomo gdzie go szukać. W swojej malej koi, zakopuje się często. Na dziobie w kajucie dużo mniejszej niż najmniejsza hotelowa jedyneczka, łatwo go jest namierzyć bez zbędnych urządzeń typu GPS. Siedzi teraz na piachu wpatrzony gdzieś daleko w dal. Ciemne okulary przysłaniają oczy. Do piersi przytula swój ulubiony aparat. Trwa w bezruchu jak w modlitwie. Sen na jawie a może po prostu jest tu i teraz i nigdzie, nigdzie indziej? Sama wpadłam chwilę w zadumę. Cosik mi jednak nie pasuje.

A gdzie ostatniego krasnoluda szukać? No tak. Apsika rejs nie oszczędza. Niemoc Apsika od początku do końca nie opuszcza. Znosi to dzielnie. W przerwach takich jak ta kontempluje w odosobnieniu na łódeczce. Kojarzycie czołówkę amerykańskiej wytwórni filmowej Dreamwarks? Apsik mimo swojej dorosłej postury, jest tym chłopcem siedzącym na księżycu z kijem i puszczającym w niebo balony. Kiedy schodzi na ziemię, chłopakiem z wędką co srebrzyste rybki na kolację łowi. Do tego wiecznie młodym facetem śpiącym często pod gwiazdami. Dobrym obserwatorem, a ponad wszystko marzycielem.

No i ośmiu mamy: Kapcio, Kuchcio, Wesołek i Smiałek. Gapcio, Medrek, śpioszek i Apsik co rzadko, aczkolwiek teraz zaniemógł. No i królewna. Bez królewny bajki nie ma. Poszukajmy gdzie i ona. Królewna siedzi ze stopami zatopionymi w mokrym piachu. Pupa, plecy, kończyny i kilka piegów odbijają się w nim jak w świeżo wypolerowanym lustrze. Jej rude włosy komponują się z koralowymi paznokciami a te z wybranymi drobinkami muszelek na tutejszej plaży. Woda co rusz dolne partie ciała obmywa, pozostawiając skórę gładką i błyszczącą od drobinek soli. Oczy poza horyzont zaglądają, jakby szukały tam jeszcze czegoś.
Często podczas rejsu widuję ją rozmawiającą z morzem. Jakby odpływała gdzieś myślami, chociaż ciało ciągle w tym samym miejscu spoczywa. O czym myślą w takich chwilach królewny, daleko od domu i bliskich? Czego pragną? No cóż. Kiedy spotkacie na swojej drodze jakąś, warto ją o to zapytać.

Nie wiem jak długo, tym scenkom się przypatrywałam. Wsiadając na łódź, o jednym pomyślałam. Są chwile błogie, są i wyzwania. Ten rejs utwierdza mnie w przekonaniu: Jaka załoga taki standard. Jakość pływania dużo od nich zależy.

Jaki tego wpisu morał? Poznaj charaktery i słabości tych, z którymi na małej powierzchni na wielkim morzu się zamkniesz. Poznaj ich dobre strony, bo stamtąd nie ma ucieczki. Jeśli każdego osobowość akceptujesz, czeka cię piękna przygoda, jeśli nie, narzekanie odpuść sobie, bo to wszystko twoje świadome okazują się wybory.
Wydaje ci się, że znasz ludzi? Prawdziwe oblicze poznajesz dopiero w warunkach ekstremów. Brak gazu w butli, wywrotka pontonu, pusta lodówka czy brak tabletek na chorobę morską. Kto pierwszy wyciąga dłoń wtedy pomocną? Kto silnik rozbierze, żeby znowu zaczął działać lub posprząta po wszystkich, gdy inni w sen głęboki odpływają? Kto na zakupy pierwszy i kto powie drugiemu: Wytrzyj nosa z budyniu? Kto stanie za sterem, gdy inni w karty grają i kto będzie pytał, jak się czujesz, gdy niemoc ogarnie? Załoga jest jak przybrana rodzina. Jeśli chcesz się z nią dobrze czuć:
Akceptuj. Doceniaj. Wspieraj.
W podziękowaniu za rejs wpis dedykuję wszystkim krasnalom i królewnom. Dla wszystkich czytających gratis krasnalkową piosenkę roku dorzucam.

https://www.youtube.com/watch?v=hAS7mASew08

 

KARAIBY – NA ŚNIADANIU U ANTONIEGO KONTRA PIRACI Z ZATOKI WALLILABOU BAY 6/25

Pirates of the Karibbean na wyspie Saint Vincent i Grenadines
Niewiele ponad rok temu opisałam miejsce, gdzie powstawała Mamma Mia. Tamto planowałam. To zastaję zupełnym przypadkiem. Dzisiaj moje stopy stąpają po plaży filmowych rozbójników. Oglądam pozostałości ze scen właśnie do tego filmu. Miejsca, gdzie Kapitan Jack Sparrow nieludzko broił i śmiertelnie mocny trunek, od którego nikt jeszcze nie umarł, w darze pozostawił. Piraci z Karaibów Gore Verbinski’ego. Wyszukane efekty specjalne, obsada do pozazdroszczenia i niepowtarzalna muzyka Hansa Zimmera. Kojarzycie?

Wallilabou Bay
Właśnie tutaj jestem. Upłynęło lat ponad 10. Czy życie przez to, że kręcili tutaj jedną z najbardziej dochodowych produkcji filmowych, zmieniło tych ludzi jakoś? Nie widzę. Mieszkańcy w marketing nie weszli, może dlatego dobrze się tu czuję. Stary rozlatujący się pomost? Taki powinien być. Starość każdego dopada. Obok zjawiskowa atrapa budynku, w którym leżące luźno na ziemi akcesoria filmowe można dotykać, i nikt nie ma nic przeciwko temu. W środku założenia niepozorna żarówka nadająca filmowy nieco mroczny klimat. Na plastikowych przeźroczystych charakterystycznych taśmach jeszcze twarze bohaterów widać. Zarys jednego z nich powtarzalny na setkach następnych matowych klatek. Klisza.

Przypomina mi dzieciństwo. Uwielbiałam wywoływać zdjęcia. Ciemna kuchnia. Musiało być ciemno. Liczne kuwety. Kwaśny zapach wywoływaczy i utrwalaczy. Powiększalnik wyciągał wszystkie szczegóły. Wpatrywałam się w nie, zanim na lata przelane zostały w postaci rysunku na gładki bielutki papier. Czy wracasz czasami do pięknych wspomnień, które są tylko twoje?

Biorę głęboki oddech. Czuję zapach drewna, które w tutejszym słońcu się suszy. Powietrza, które wpada do środka od czasu do czasu. Zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Pozostałości, na których czas też już położył swoją rękę. A na nich: Johnny Deep, Geoffrey Rush, Orlando Bloom i wielu innych. Byli tutaj. Ja tutaj jestem. W rogu następna z trumien i ta cisza tak bardzo pasująca do tego miejsca. Udziela się. Popatrzyłam na ręce. Skóra wyglądała jak gruboziarnisty papier ścierny. Chwilkę ciarki przeszły. Jak niewiele trzeba. W pobliskiej knajpce, gdzie ścian nigdy nie wybudowano, bo i po co, wcisnęłam cztery litery w miękki stary jak świat wygodny fotel z miękkim siedziskiem i twardym oparciem. Zaraz obok nie inaczej następna charakterystyczna skrzynia. Taka prosta, najtańsza, najpiękniejsza, bez zdobień i lakierowania. Sprawdzam. Ta tutaj jest pusta. Następne przybite są do pali za moimi plecami czarne jak noc i tylko księżyc ich krawędzie rozświetla miejscami. Trumny, mary i skrzynie. Słuchajcie. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Polubiłam to miejsce. Proste w swojej prostocie, nie „nadmuchane”. Takie zgodne z naturą: Ktoś tu był, ktoś poszedł a po nim przyszli następni. Czuję błogi spokój. Jakbym w ciemną noc na cmentarzysku przesiadywała. Jedyna drobna od miasta umarłych różnica? Tutaj jest błogosławione dla wielu i czasami nieprzystępne Wi — Fi.
Czasami słyszę w powietrzu słowa tych, co się za łepskich uważają: Nie wykorzystali, zaprzepaścili, a można by było na tym zarobić. Osobiście cieszę się z zastanego.

Śniadanie u Antka inne niż wszystkie
Na kolacji nie byłam, bo w trumny się zapatrzyłam. Z tymi, co Sparrow’s rum wieczorkiem u Antosia popijali, nie omieszkałam w miejsce, o którym mówili, zaglądnąć z samego rana.
Przy plaży mała knajpka. Mówią „U Antoniego”. Trudno to knajpą nazwać. Konstrukcja bardziej na tymczasową chatkę wygląda. Jedna żarówka pośrodku ze szczytu dachu zwisa na długim kablu. Nieczynna, bezczynna i czas o niej zapomniał. Druga w postaci krótkiego leda, który też po małych przejściach. Jedyna sprawna, tyle o ile rozświetla skromne pomieszczenie. Pajęczyna misternie utkana zaraz obok w sąsiedztwie. Wytężam wzrok. Antoni to kolekcjoner. Za cel upatrzył sobie biustonosze, majtki, a nawet używane skarpety. Wszystkie wiszą mniej misternie upięte nad drewnianym potężnym blatem. W drugim planie koszulki i czapeczki z daszkiem. Wszystkie przedmioty przekazane od turystów darczyńców. Wśród takiego wystroju Antoś rozlewa i podpala na stole rum w ramach powitania. Do ucha polska muzyka wpada. Wpadam w zadumę. Człowiek wyjeżdża. Leci na drugą półkulę i martwi się, jak dogadać, po czym gdzieś w jednej z najmniejszych zatoczek spotyka Antosia, co pod ręką ma tak na wszelki wypadek polskie liczne ballady. Muzyka, bardzo mocne „co nieco” i nieco inne mniej u nas popularne skręty. Tutaj ich zawartość rośnie zaraz za rogiem. Jedni na nie gandzia inni „marycha” wołają. Zapach starych kart i zleżałych pamiętników, zeszytów z setkami od serca wpisów. Płyty, dużo płyt. Śmiech tańce i on. Czy czujesz już ten klimat?
Jaki jest Antoni?
Antoni z zatoki st. Vincent pochodzi i polskim kaleczy. Rano uśmiechem wita, a wieczorem częstuje jointami. Czasami bawi w DJ – a czasami śpiewa pod nosem. Kiedy już wszyscy dobrze się bawią, w błogą potrafi zapaść.
Jak wyglądało moje śniadanie w Wallilabou? Z Antonim rozmawiałam i z Antonim w kuchni się kręciłam. Jajecznicę usmażyłam i zmywałam, bo miałam taką ochotę.
Jaki go zapamiętam?
Szczuplutkiego drobnego faceta, siedzącego na małym stołeczku, wsłuchanego w rytmy tutejszego tanecznego, dźwięcznego i przyjemnego dla ucha Calypso.

Na włościach Fritza
Na wyspie jest kilka miasteczek ze stolicą tego państwa na czele. Do wyspy jeszcze kilka mniejszych wysepek przynależy. Jadę w szczękę cywilizacji. Po drodze wśród wystrzyżonej trawy ścielą się niepozorne cmentarze. Malutkie i każdy inny. Grobowce wychodzą z podziemi. Podchodzą aż pod domostwa i traktowane są jak nasze miejskie parki. W nich się wpatruje mieszkanka, gdy siada odpocząć pod domem. Żywi i umarli razem. To ono służy za skrót do pobliskiego w miasteczku sklepu, tutaj też bawią się najmłodsze pociechy, to skrót dla tych, co poboczem wracają raźno ze szkoły. Wysypały się jak mróweczki i idą wielkimi Od stóp do głów w mundurki kolorowe ubrane. To tutaj poznaję Fritza. Policjanta, który kokosami częstuje. Z własnego ogrodu egzotyczne owoce strąca. Dzięki niemu poznaję stolice i przez chwilę od jego kolegi długie czarne włosy zapożyczam. Wielkich miast podczas wypadów wypoczynkowych nie opisuję. Jeśli macie niedosyt o Kingstown polecam poczytać w necie.

 

 

KARAIBY – MORSKA 6 – TKA 5/25

Gdzieś pomiędzy St. Lucia a St. Vincent
Wieje dobre 6 w skali Beauforta. Wielu zapyta a ile to do diabła. Już tłumaczę łopatologicznie: Siedzę sobie na zewnątrz łodzi, przy stoliku na rufie, między dwoma pływakami. W dłoni trzymam talerz z zupą pomidorową taką prawdziwą. Lepszą nawet niż u mam. Z pomidorów, które tutaj właśnie urosły na słońcu Nie stawiam jej na stoliku co by nie utracić. Zsunęłaby się i znikła z oczu a Bogowie morza zjedli w głębinach, zanim bym się oglądnęła. Biorę łyżkę wypełnioną smaczną potrawą. Kieruję w stronę ust celem zwyczajnej konsumpcji. Mimo że chcę to zrobić szybko, wiatr zupę z łyżki zabiera tą i każdą następną. Myślę sobie: morze nie odpuści, bo na zupkę ma dziś chrapkę. To właśnie jest Morska szóstka. Przy siódemce jest bardzo podobnie z małą różnicą. Z łyżki nie pomidorówka ucieka a gulasz w gęstym sosie. Jak się nie domknie szafki talerze jak UFO pod pokładem fruwają, a kiedy lądują, słyszysz dzwony kościelne. Taka mała atrakcja. LB sunie. Ryby nie biorą, a jak biorą to wstyd dla gara.

Płynę, leżę, leniuchuję. Patrzę tym razem w górę. Siatka wbija się w moje ciało. Pode mną woda myje mi tyłek, muskając również co jakiś czas po buzi. Nade mną niebo i tęcza z zupełnie nowej perspektywy. Ścieli się po nieboskłonie jak Anielska aureolka. W kilku miejscach chmury chcą ją rozmyć trochę a w kilku przykryć lub rozdmuchać. Twierdzicie, że tak się nie da? No proszę was. Nie da się, gdy patrzymy tylko przed siebie. Czasami warto popatrzeć pod nogi i na to, co nad potylicą. Stanąć na rękach czy na stole, położyć się i zerknąć tam, gdzie zapominamy, a do tego być tu i teraz. No i masz wrota do nieba o barwach, które trudno opisać. Wrota do naszej duszy, zaproszenie od Boga. Kilka godzin wcześniej przeszła myśl złowroga i o czym ja to napiszę skoro wszędzie woda i woda.

No i masz ci los. W takich momentach życie mnie dobrze nastraja. Leżę i lenistwo ogarnia, bo tęcza zniewala, ale nie tylko. No dobrze przyznam wam w sekrecie: Przy sześciu Beauforta dopadła mnie choroba morska. Pozycja na trupa chroni przed chwilami, gdzie wrota do świata zewnętrznego otwierają się górą. Neptunowi wody nie będę zaśmiecać, więc łączę przyjemne z zastanym i tak trwam.
Wieczorem dopływamy znowu do lądu. Błędnik i cała reszta dużo lepiej huśtanie znoszą. Przede mną jakiś tam pomost, który nie okazuje się jakimś tam.
W wodzie niebieskiej jak majtki Uli rybki przyglądają się nam ciekawie. Inaczej kolor trudno mi opisać. Chudziny i niebogi przypominają krótkie węże wodne. Jednym słowem piękniusie bestie. Rzucają się w oczy, mimo że dookoła ciemno.
Po krótkiej wizycie na brzegu słyszę kobiece słowa: Mogłabym zostać tu na całe życie. Na brzegu skrzynie umarlaków przybite na pale stoją na baczność jak w wojsku. Jest wieczór, więc widok dość ekscytujący. O ho! Trzeba to będzie obniuchać i oglądnąć z bliska. Ciąg dalszy nastąpi. Przecież nie zostawię tak tego.

 

 

 

 

 

 

KARAIBY – SOUFRIERE 4/25

Papaja Day
Dopływam do małej zatoki jednej z licznych na tej wyspie. Na niebie gęste chmury przykrywają czubek jednego charakterystycznego i wyróżniającego się wśród wszystkich innych szczytów. Czarny strzelisty, diabelski jak by patrzył na mnie swoimi ciemnymi ślepia mi. Wychodzi z wody, która nie śmie go nawet poruszyć, chociaż też sprawia wrażenie bardzo charakternej.
Tafla wody w słońcu nabiera nieco zielonych kolorów. Kiedy niebo chmurami zakryte to mieszanka oleju silnikowego z pięknym ciemnoniebieskim atramentem i nutką fioletu. Błyszczy jak tłusty olej na patelni. Na ląd dostaje się małą łódką. Dzisiaj trochę wycieczkowo, pobawię się w przewodnika.
Widok niewiele przypomina St. Lucię z obrazków w grafice google.

Wodospad
Prowadzą mnie do wodospadu. Idę za przewodnikiem, dopasowują się do grupy i jakoś mi tak nie po drodze, bo ja, jeśli o zwiedzanie to tak trochę wolę sama. Wodospad nie robi na mnie zbytniego wrażenia. Zerkam, jak ludziska zasiedli w ciepłym bajorku, szukając atrakcji i dla zabicia czasu. Woda na głowy im spada z czegoś, co na kawałek instalacji wodnej wygląda. Pogoda ducha, nie ma to, jak ona. Kaskada niepozorna tak troszkę naciągnięta pod turystę. Oto pierwsze wrażenie, gdy patrzy się na niego z miejsca tarasowego. Ruszam leniwą pupę i idę po kilku kamieniach za zaułek. Tam woda też ma swoje szlaki. Ucieka przed wzrokiem ciekawskich. Patrzę w górę. Skała wygląda jak szczęka krokodyla, a woda ześlizguje się po jego zębach. Pod nogami wśród kamieni upadły kokosy. Z włosami czarnymi jak smoła już prawie na stałe wrosły w ziemię. Mam wrażenie, że chcą się ukryć przed tłumem ciekawskich. Nieopodal brązowy ślimak z wyglądu całkiem jak ten europejski. Na słońcu wygrzewa się słodko. Kilka kroków od miejsca atrakcji życie toczy się innym rytmem. Wracam, wspinając się po schodach. Zabieram ze sobą dobrą energię tego małego zakamarka. W powietrzu pachnie kakao, a na drzewach dojrzewają owoce kakaowca i papaja. Mimo pochmurnej pogody na buzi czuję ciepło odbijającego się od skał i wody promieni słońca. Łapię się ręką za poręcz zrobioną z resztek rur wodno — kanalizacyjnych i metalowych. Taka składanka wszystkiego i niczego. Przy wyjściu miła niespodzianka. Na tacy z liści bananowca mały poczęstunek z mango w pięknych pomarańczowy i żółtych kolorach. Białe grejpfruty, które u nas z gorzkim się kojarzą, tutaj słodkie są jak pomarańcze.
Do ust wkładam mały miękki kawałek kokosa. Zjadam razem z cieniutką brązową skorupą. Słodka pychota przypominająca zrobione z mleka kostki lodu błyszczące w słońcu. Dzięki nim Papaja Day uważam za mocno udany.

Tatuaże
Czarne na czarnym
Czasami mam wrażenie, że już widziałam prawie wszystko.
Bujda tak się nie da. Patrzę na ciemną skórę tubylców na dłonie przedramiona i barki. Wystarczy się nieco bardziej przyglądnąć, a dopatrzysz się na nich tatuaży, które w słońcu chowają się przed światłem dziennym, nie chcąc być dojrzanym. Mimo chęci właściciela, który chciałby się wyróżnić czy być zauważonym w tekst trudno się wczytać. Rysunek: Przyglądam się długo. Z jakiego powodu nie jest biały na czarnym, gdy u nas czarny na białym? Taki psikus od Boga?

Wulkan
Popadało. A przede mną następna atrakcja. Droga Stroma. Kierowca w górę się wspina. Nagle obraca samochód i pnie się na wstecznym w górę. Wsteczny ponoć mocniejszy wiec samochód daje radę. Mówią, że Polak potrafi, Kreole również. Na rękach kierowcy blizny i świeże jeszcze rany. Skąd? Teraz nie znam odpowiedzi. Dajcie mi jeszcze chwilkę.
Nieopodal czarciej góry schowany, wśród innych wzniesień wulkan. A raczej wielka dziura, powstała po zapadnięciu się stożka wulkanicznego. Jestem gdzieś na jej skraju. Tutaj diabły wodę mieszają, a kaldera jedną wielką kuchnię przypomina. Wybranych przez licho wie kogo mniejszych otworach ziemi, czarna maź przyjmuje temperaturę nie do opisania. Dźwięk bulgotania słychać przed obok i nad moją głową. W gorącym zastanym powietrzu kłęby dymu unoszą w górę i bez pośpiechu. Ściany zboczy ku mojemu zdziwieniu przybierają ciekawych ciepłych i przyjaznych kolorów. Wśród pomarańczowo żółto brązowych skał olbrzymie bambusy upatrzyły sobie miejsce. Z każdym jednak krokiem zaczyna robić się coraz bardziej ponuro. Zatrzymuję się nad czarcim brzegiem. Nad głową figowe drzewo chroni mnie przed mocnym, niegroźnym w tym klimacie deszczem. Deszcz? A no. Ja to mam szczęście. W powietrzu unoszą się mocno siarkowe zapachy. Dominują, tłumiąc wszystkie inne. Zapomniana Toi Toi – ka, do której zawsze kolejka, to przy tym bułka z masłem.
O ile dźwięki przyjemne widoki boskie i klimat do zaakceptowania, o tyle woń nie do dłuższego podziwiania. Patrzę na innych. Przechodzą z nogi na nogę, wiercą się i rozglądają. Mają podobnie jak ja. Tylko przewodnicy do miejsca przyzwyczajeni nic sobie nie robią. Mój nochal bardzo jest wyczulony, w kilka minut staram się, zatem wyłapać szczegóły, a zaraz potem powiadam: Żegnaj wulkanie i jadę do miasteczka. Tam już zapachy znad morza, a to już zupełnie inna bajka.

Miasteczko Soufriere
Usytuowane jest zaraz nad brzegiem zatoki. Już na pierwszy rzut oka sprawia miłe wrażenie i to nie dlatego że pierwsze moje spostrzeżenia to mężczyźni sikający gdzie popadnie. Z naturą nikt nie wygra, a skoro oni się nie wstydzą, mnie to nie przeszkadza. Każde miejsce ma swoje atrakcje. Ta wyróżnikiem dla tego właśnie jest miasteczka.
Wracam jednak do bardziej przyziemnych opisów. Miasteczko to kilka wąskich uliczek, do których przylegają przyjemne dla oka kolorowe nieco bajkowe budynki. Przypominają skansen. Nowe chatki, malutki szpital, kościółek i supermarket o angielskich w środku klimatach. Jeśli chcesz zapamiętać to miejsce jako nieco oryginalne, sklep warto ominąć, za to kupić kilka produktów do przeżycia u tutejszych nielicznych ulicznych handlarek.
Rozglądam się po twarzach. Jest poniedziałek, więc w miasteczku toczy się codzienne życie. Dzieciaki z buziami w kolorze gorącej czekolady ubrane we wszystkie dostępne kolory ziemi z plecakami małymi jak dla Calineczki podążają w kierunku szkoły. Mija mnie młoda kobieta o delikatnych rysach i jasnobrązowych błyszczących włosach, które przypominają świderki dopiero co wyprodukowanego z maszynki makaronu. Niesie pod pachą miniaturową pociechę. Ta rozgląda się ciekawie swoimi białymi oczkami dookoła. Dziewczyna tyle, co wyszła z banku i pogodna raźnym krokiem do domu podąża. Zwykłe życie Kochani. Na całej kuli ziemskiej, bez względu na widoki, kolor skóry i język. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Chcecie przykładu
Następny mężczyzna, u którego widzę blizny na ramieniu. Mogę się tylko domyślać, że to dzieło tutejszej roślinności. Piękna pachnąca, ale za darmo nie chce oddawać swoich owoców. Mówią: Każdy orze, jak może. Wśród pozornej turystycznej sielanki trud i znój kryje się po kątach.

Widowisko
Wieczorem patrzę na wyspę z dystansu. Jest już ciemno Stoję na burcie łodzi i wpatruję ślepia w oświetlone jeszcze miasteczko, aby za chwilę z nostalgią za pazuchą przyłożyć głowę do poduszki.
Przede mną spokojna poniekąd wyspa niewielka, w której bomba stworzona przez naturę tyka. Jej świadectwem jest czarcia góra i wielka dziura. Tutaj żaden samochód nie dojedzie i samolot tak zwyczajnie nie doleci. Pomijam, że samochodów na wyspie nie brakuje. Przypływają statkiem i zostają już tutaj na zawsze.
Noc odkrywa ostatnie tajemnice tego miejsca. Lukam w brunatną czystą wodę pod taflą. Wzdłuż wybrzeża jak podniebne lampiony świecące meduzy do snu się ścielą. Jasne kręgi jak lampki o dziesiątkach błędów każda. Pulsują raz za razem. Zataczają kręgi wokół własnej osi. Świetlny popis. Jeszcze raz zerkam na wyspę. Zwierzęta chronią ją, czy są może jedną z barier, tworząc nieprzystępne więzienie? Zamykam oczy, a do snu przygrywa wiatr. Woda kołysze łodzią. Specyficzny delikatny zmieszany w tym miejscu z wiatrem zapach siarki, sprawia, że wyspę zapamiętam jako nieco tajemniczą i inną niż wszystkie. Inną niż z opisów w Wikipedii.

Świt
Rankiem po raz ostatni zaszywam się w uliczkach miasta. Jego mieszkańcy nie lubię zbytnio zdjęć. Chronią swoją prywatność. Uszanuję. Tam, gdzie turyści iść się już nie chce, można dostrzec specyfikę tego zakątka. Pod kościółkiem leniwie pies się wyleguje. Szczuplutki niewielki budzi przechodniów zainteresowanie.
Uliczki w głębokie kanały zbierają deszczówkę. Na drewnianych słupach zbiegają się liczne kable. Wśród małych kolorowych domków chatek, jeden charakterystyczny. Z niego dziecięce odgłosy dobiegają. Zaglądam przez małe okno. Zwraca się w moją stronę kilkanaście ciekawskich oczu. Ciemne buzie kręcone włoski i piękny uśmiech. Każde co do jednego. Ja nie mogę napatrzeć się na tutejsze małe laleczki one wpatrzone w rzadko spotykaną w tym miejscu blondynę.
Z ust opiekunki padają do dzieci pytania: kim jesteś? Skąd pochodzisz? Już jako trzylatki uczą się swojej przynależności. Wszystkie co do jednego dźwięcznie odpowiadają. Zza powiewającej firanki bawię się z nimi przez minutkę w chowanego. Żegnają mnie radosne uśmiechy tych, których pewnie nigdy nie spotkam na ulicach europejskich miast. Tu się rodzą i Tu umierają. Trzeba to być, żeby widzieć, jacy są naprawdę. Spokojni, pogodni, pracowici, uczynni skromni, wstydliwi i szanujący co im życie daje. Zwykli Tacy sami, a jednak tacy inni.
Do półwyspu iberyjskiego stąd kawałek, kultury żydowskiej tutaj nie uświadczysz, ale właśnie płyta Alkimja Justyny Steczkowskiej i piosenka „Świt” najlepiej oddają mi klimaty tego miejsca.

 

KARAIBY – KIERUNEK ST. LUCIA 3/25

Jest jeszcze ciemno. Różnica czasowa ciągle daje mi w tyłek i nie pozwala się wyspać. Wychodzę na deski Mariny. Wszystko śpi. Jedno i dwukadłubowce odbijają się w spokojnej gładkiej jak lustro wodzie. Na niebie gwiazdy i kilka chmurek, ale tylko przez chwilkę. Dzień w pobliżu równika zastaje człowieka w mgnieniu oka, jakby ktoś gniazdkiem się bawił rano, a potem wieczorem. Gotowi? Pamiętajcie: Zanim zaczniemy zwiedzać, trzeba jakoś dopłynąć.

Lady Bestia
Nazwałam ją tak, zanim po raz pierwszy wzięłam do ręki ster. LB jest jak pływające mieszkanie, wielkości, o której nie jeden mieszkający w bloku marzy. 2 łazienki, 10 miejsc do spania i zadaszony taras. Cyfr na dzisiaj wystarczy.
Stoję i patrzę na nią z przodu, a ona na mnie boczkiem zerka. Wypisz wymaluj Boeing, któremu skrzydła odpięto, żeby zmieścił się i zajął dwa pasy w typowym górskim tunelu. Cała biała mieniąca się w słońcu, miejscami gładka, szorstka w dotyku tam, gdzie zajdzie potrzeba. Wokół liczne okienka. Na pewno nie jest zakompleksiona. Czeka. W porcie jest bardzo spokojna, jednak na wodzie podejrzewam ją o niezły charakterek.

Po pierwsze siatka
Bez siatki się nie obędzie. Struktura przypomina sieć utworzoną z nici przędnej pająków, którą zwierzę utkało, upatrując sobie za główne krawędzie mocujące dwa przeciwległe kadłuby z przodu katamaranu. Biała gęsta na, tyle że noc można wsadzić plecionka, wypełnia pustą przestrzeń, powiększając metraż.
Moja pierwsza przygoda z dwukadłubowcem właśnie od siatki się zaczęła. To było tak dawno, a jednak szczegóły najmniejsze pamiętam. Jak myślicie: Dlaczego? Siatka to „wolność”. Siatka to moje marzenie.

Wspomnienia
Wróćmy nieco wstecz. Wyobraź sobie katamaran wycieczkowy i półtoragodzinną wyprawę w morze. Skusiłam się wtedy na delfiny. Byłam młoda. No dobrze. Teraz też jestem. Nie łapcie za słowa. Byłam wszystkiego ciekawa, bez wielkich doświadczeń życiowych, ale już zaczynająca przygodę z dorosłością i wyzwaniami, jakie ona niesie, ciągle marzycielką wpatrzoną gdzieś wiecznie w dal, wrzuconą w ramy rytmu dnia: Praca, Dom, Gotowanie, Śmierć i Narodziny. Na siatce leżałam przez chwilę, obok był ktoś jeszcze. Następni w kolejce czekali. Pamiętam jak dzisiaj, ten niesamowity stan. Trwał raptem kilka minut. Czułam się jak piórko, które nie ma nic przeciwko, że go wiatr unosi nad oceanem. Jak w początkowej scenie filmu „Forrest Gump” z Tom Hanks w roli głównej. Białe, delikatne, niewinne, nieskażonej ufne. Czyżby metafora naszych narodzin i życia? Żadnej wydanej złotówki na ten rejs nie żałuję. Film oczywiście polecam.

Po drugie siatka
Dzisiaj mam ją całą dla mnie. Tak długo ile tylko będę chciała. Bajka. Wchodzę na niestabilny grunt. Stopa obiera się na nim. Potem druga. Siatka ugina się jak trampolina. Łódź podskakuje na falach, a ja lekko się unoszę w dół i w górę, nóg od sieci nie odrywając. Kładę się na brzuchu. Wbijam nochal w jedno z oczek. Mój się mieści. Pławię się w niej. Czuję powiew świeżego wiatru, który dostał się pod dno pokładu w pustkę, która dzieli go od wody. Niebieska połać wody a na niej mnóstwo drobnych kropli. Czuję się jakbym była łodzi nieodłączną częścią, zawieszona w czasoprzestrzeni jak kosmonauta na Marsie. Moja głowa znajduje się na wysokości dziobów obu kadłubów. Ani bliżej, ani dalej. Jakbym razem z nimi łeb w łeb do mety biegła. Łapię się siatki jak Spiderman. Łódź lata na wodzie, unosi się i skacze. Woda wpływa pod jej spód. Odbija, a potem ląduje na mnie. LB wygląda z tego miejsca jak łyżwiarz, którego płozy ledwo co stykają się z lodem. Katamaran daje lekkiego nura. Dzioby tną wodę, a widok przypomina płynne rozpinanie zamka błyskawicznego. W miejscu rozpięcia woda błyszczy się i wkurza, posłusznie jednak poddaje całej tej powtarzalnie rytmicznie procedurze. Następna kropla wody na mój nos spada. Inne lądują na czole. W ustach czuję sól, na policzkach ciepło od wody. Powtarzające się przyjemne dla ucha dźwięki zabierają mnie do podwodnego świata. Mogłabym tak leżeć i leżeć. Patrzyć i patrzyć. Słuchać i słuchać. Doczekałam się tej chwili. Hurra! Wstaję zupełnie mokra. Spełniona. Jeszcze tutaj wrócę. Ba. Bo to raz? Jeszcze warto popatrzyć z tego miejsca w górę i w boki. Tam też się dużo dzieje. Nie wszystko jednak naraz. Szczęście warto łapać garściami, ale potem go mądrze dozować. A teraz mała zmiana.

Po trzecie ster
Po raz pierwszy stoję za sterem LB. Oj jak kusiło. Okazuje się bardzo delikatna. A nie mówiłam, że kobieta? (No dobra. Wymądrzam się). Tylko ją dotkniesz, a już wierci się i kreci, jakby na dotyk była bardzo wyczulona. Nieufna na początku. Jeśli ja tylko z wyczuciem traktujesz, szybko się do Ciebie przekonuje.
Koło sterowe lekko przesuwa się pod moimi palcami. Lubi, bo nie przepada za silną ręką. Czuję opór i uderzenie. Lady Bestia odpiera atak fali. Lekko kontruję. Zresztą znakomicie radzi sobie sama. Zosia Samosia. Jak w wierszu J. Tuwima: Jest taka jedna Zosia, nazwano ją Zosia Samosia […]. À propos Tuwima. Jakoś się mnie na Karaibach trzyma. Wracamy na łódź. LB z tych, co „zastaw się, a nie daj się”. Nie popuści, chyba że ją w łańcuchy zakujesz i włączysz auto sterowanie. Uprzedzam. Nie lubi tego. Robi na opak i wolniej płynie.
Daję trochę wolnej ręki, ale również sygnał, że dopiero razem możemy zdziałać cuda. Pasuje jej takie podejście, bo ponad wszystko nie znosi ludzkiego cwaniactwa i ego.
„Lady”? Bo jednak dama z niej. Rozpycha się trochę w portach, jednakże robi to bardzo dyskretnie. „Bestia”? Bo wodzie i Neptunowi łatwo nie odpuszcza.
LB rozejrzała się dookoła. Zbadała sytuację i obrała stosowny kierunek. W dole dwie płozy mknęły równiutko po wodzie. Miałam wrażenie, jakby się do tafli przyssała bez względu na wielkość fali. Rozwinęła żagle. Popatrzyłam w górę. Kawałki materiału, jak nadęte policzki wypełniły się powietrzem. Silniki nagle zamilkły. Najpierw jeden, potem drugi. Teraz już słychać tylko wiatr, wodę i przestrzeń. Kilkunastotonowa masa pozwala się lekko prowadzić. Czuję się, jakbym zasiadała mustanga, który kiedyś był wolny, ale, mimo że w ludzkich rękach dużo wolności się mu daje. Fajne uczucie, chociaż za słowem fajne nie przepadam. Satysfakcja wielka Wiara w samego siebie znowu skacze o jeden słupek. Nowe doświadczenie? Zupełnie nowe. Jeszcze cieplutkie.
Patrzę na współtowarzyszy podróży. LB, przez niejednokrotnie traktowana grubiańsko czy nietaktownie, trafia w dobre ręce.

Na siatce i za sterem czas płynie inaczej. Wyspę St. Lucia już widać. Przygotujcie okulary i coś na głowę. Jutro schodzimy na nowy ląd. A z tymi akcesoriami to nie żartuję. Jak do czytania następnego wpisu ubierzecie, od razu odczucia będą inne. Bawić się życiem w przerwach między wyzwaniami? A dlaczego by nie.

KARAIBY – MARINA NA MARTYNIE 2/25

Leżę. Słucham. To pierwsza i ostatnia noc na Karaibach spędzona na lądzie. Potem już tylko woda. Za ścianą ktoś smacznie chrapie a wraz z nim tutejsze słońce za oknem. Ktoś inny z psiakiem rozmawia, tylko psiaka nie widać. Tak tez można. Jest środek nocy, ale czas wstawać, bo w miejscu, z którego pochodzą, środka dnia można już wypatrywać. Kilka godzin później nie mogę się napatrzeć, nasłuchać, najeść, na wierzyć. Kwiaty piją tutaj słońce. Palmy kokosowe o soczyście zielonych liściach, do nieba pną się, lub lekko ku morzu pochylają. Drzewa pod ciężarem owoców, których nawet nie nazwę, uginają się do ziemi. Kiedy kończy się ranek, w miejscu odgłosów żab pojawiają się pieśni tutejszych ptaków. Nagrzane podłoże przyjemnie grzeje po stopach. Zapach kwiatów i morskiej soli w nosie przyjemnie kręci. Gdzieś między drzewami bezszelestnie zawiesił się w miejscu miniaturowy koliberek. Jego wilgotne szare piórka wyłapując promyki, nabierają subtelnych kolorów. Brązowy drobniutki ptaszek przypominający naszego gołębia przechadza się mimochodem, nic sobie z mojej obecności nie robiąc. Nie wiem, od czego zacząć. Nie wiem czym się cieszyć najpierw. Tyle radości na raz. Milczę, wsłuchuję się, zamykam oczy. Łapię oddech czuję się taka wolna. Za godzin kilka moje nogi będą zwisać po kadłubie katamaranu.

Marina na Martynie
Jestem w Marinie. Wszystko jakieś takie duże. Patrzę w górę. Olbrzymie maszty stoją w pionie. Od niejednego mężczyzny słyszałam już po kilku głębszych, że również by tak chciał. Na tarasach jachtów suszą się ciuchy. Oho! Ktoś pranie zrobił przy weekendzie. Na pomoście ktoś wystawił kwiaty i rowery, robiąc porządki przy tej okazji. W wodzie, w której właśnie odbija się mocne południowe słońce, zwinne ławice malutkich rybek szukają resztek pożywienia. Mały psiak w kolorze szarej myszki dyszy przyzwyczajony do tych temperatur i na rybki razem ze mną spogląda ciekawie. Trudno za nimi wzrokiem nadążyć. Dobre ćwiczenie dla oczu pomyślałam sobie. Poprawia widzenie. Wszystko jest po coś, stwierdzam. Do uszu dobiegają przez chwile rytmy reggae i Boba Marleya. Toć Jamajka stąd już całkiem niedaleko. Auć! Bezlitosne słońce właśnie dorwało się do moich białych pośladków, które jeszcze trzy dni temu marzły mimo ciepłych pantalonów. Patrzę na moje krótkie, aczkolwiek ciemne portaski. No cóż. Warto pamiętać, iż czarne nawet, chociaż cieniutkie warto zostawić na wieczór. Wszędzie, a to wszędzie ubierać się adekwatnie do pogody. O! Właśnie przede mną przemknęła męska płeć w niczym innym jak w białych obcisłych slipkach. Jemu upał tak nie dokucza. Dosyć tego rozglądania się. Uaktywniam słuch. Naciągnięte na maksimum liny przywiązane do kotwic brzęczą i trzeszczą w uszach. Ich twarde odgłosy o niskim brzmieniu mieszają się z tutejszym, dźwięcznym językiem francuskim. Trzymają w objęciach wielkie katamarany. Krótki poobiedni spacer zaliczony. Nogi parzą się w butach. Dalej idę na bosaka. No cóż, skoro inni w gaciach po marinie chodzą, bose stopy mniemam, nie są niczym nadzwyczajnym. Dzisiaj spacer. Jutro wypływamy. Nie zaśpijcie, proszę.

KARAIBY PRELUDIUM 1/25

Usłyszałam głos w telefonie: Katamaran, wyspy i morze. Szybko podjęłam decyzję. Potem rezygnowałam, a potem chyba było mi pisane. Nie czytałam o tym miejscu, nie zaglądałam w mapy. Znałam z obrazków i serii filmów Jerry’ego Bruckheimera o korsarzach. Gdzie dzisiaj uderzamy? Na Karaiby jedziemy Kochane Robaczki. Bez walizek, bez zwolnień z pracy. Tak w wolnych chwilach. Co Wy na to?

Gdzie leży początek przygody
Przed wyjściem robię mały porządek na biurku. W komputerze dla tych, co zostają, nakreślam poniższe słowa:
Czy wiecie, że czasami warto się na moment zatrzymać, aby potem zrobić coś inaczej czy chociażby lepiej? To właśnie ten moment. Jeśli trudno będzie się do mnie dodzwonić i dopukać, nie bądźcie zaskoczeni. Do cywilizacji wracam wkrótce. Karaiby czas podbijać.
Pozostaje wcisnąć przycisk Enter. Poszło — czytaj długie pierwsze „o”. Dosuwam do biurka krzesło. Ostatni rzut oka na pomieszczenie i pierwsza myśl o podróży. To właśnie w tym momencie zaczyna się często nowa przygoda. Potem jest troszkę zamieszania z pakowaniem i loty z przesiadkami, które końca wydaje się, nie mają. A jednak.

Martynika
Wysiadam z samolotu. Pierwszy rzut oka na Martynę. Tak nazwałam francuski departament Francji, który od Francji dość daleko i którego miano nie bardzo mi podeszło. Martynkę łatwiej spamiętać. Pierwszy powiew ciepłego powietrza ociera się o mój policzek. Elektronika nie działa. Telefon wariuje od wilgoci która zawisła w powietrzu. Siedzę pod drewnianym daszkiem na jeszcze bardziej drewnianej podłodze w małym budyneczku bez ścian, który chroni mnie przed drobnym deszczykiem. Podobno mało tu deszczów. Hmm. W powietrzu unosi się słodkawy zapach, ale nie ma on nic wspólnego z sąsiadującym nieopodal lokalnym przy lotniskowym fast foodem, a raczej z unikatową roślinnością. Obok mnie przycupnął starszy Pan, który zna to miejsce od podszewki. Cieniutkimi jak młode gałązki nogami odzianymi w letnie klapeczki koła zakreśla, upatrując za cel jakiegoś biednego owada, który wybrał się na spacer. Na głowie czerwona wełniana czapeczka i daszek przypominający czapkę garnizonową. Każdy z palców zdobią złoto podobne pierścienie. Pełne jego skupienie na czynności a moje na nim. Bezdomny? W wilgotnym równikowym klimacie to słowo łatwiej przełknąć. Przypominają mi się wiadomości w radio dzień przed wyjazdem. O zamarzających na przystankach mężczyznach w minus 15 stopniach. Ten tutaj ma ciepło i zajęcie na cały dzień.

A co z resztą tubylców?
Patrzę po twarzach. Potomkowie Afrykańczyków lub Hindusów, Chińczycy, Kreole i Europejczycy w tym dużo tych, co żabki i ślimaczki wcinają. Różnorodności nie brakuje.
Przenoszę wzrok z jednej osoby na drugą. Następną i następną. Otacza mnie przyjemny spokój, tempo życia i mimo zmęczenia podróżujących pogodne nastawienie. Łapię głęboki oddech. Podróż do celu dobiegła końca. Bus. Airbus, autobus szusujący po estakadach, łączących dwa paryskie lotniska, wyglądających jak macki ośmiornic. Do tego wielki Boeing, taksówka i trochę pieszo. Wiele godzin w zamknięciu i do tego uderzenie równikowego wilgotnego klimatu. Różnica temperatur 42 stopnie. Najwyższy czas zrzucić puchową kurtkę i czapę. Zostaję w koszulce. Opuchnięte z podróży nogi powoli wracają do siebie. Za chwilę zmywam podróżną nieświeżość i odsypiam różnicę czasową. Na początek wystarczy. Warto sił po podróży nabrać. Dalej ruszamy, jak tylko odeśpię.

O czym będzie przez następnych dni kilka, a może kilkanaście? O miejscach, które różnią się od siebie jak karnacje ludzi na ziemi. O ciemnych tatuażach na jeszcze ciemniejszych ciałach. O lazurach w morzu i wodzie czystej jak łza, chociaż podejrzewam, że nikt tam łzy żadnej jednak nie uronił. O prostym jak drut zbrojeniowy życiu. O wietrze trochę i o tym, jak się żegluje w warunkach, które na morzu karaibskim są ewenementem. O ludziach innych, a jednak takich samych. Wiele, wiele więcej, jeśli tylko będziecie mieli na czytanie ochotę.

Ich dwoje i ona jedna 2/2

Stoję przy sklepowej kasie. Znowu biegiem, znowu szybko. Za kasą młoda dziewczyna na spokojnie czyni swoją powinność. Tuż obok starsza istota w płaszczu, którego już od dawna w sklepie nie wypatrzysz i moherowym berecie, który przywołuje różne nam skojarzenia. Kobieta skupia całą moją uwagę. Czas przykrył nieco jej oczy powiekami, zniekształcił stawy i przygarbił zmęczone ciało. Zaglądnijmy jednak do środka. Jej buzia promienieje, chociaż zmarszczek tyle, że zliczyć się nie da. Ciepła, serdeczna, a do tego sama. Druga jej połowa w sercu na zawsze gości. Żyje swoim tempem, z innymi ludźmi ma dobry kontakt. Samodzielna, pełna uroku, z głową pełną wspomnień i doświadczeń. Stały rytm dnia, stałe obowiązki, rytuały, stałe miejsca i jeden sklep, w którym lubi robić zakupy. Bo czegóż w tym wieku do szczęścia człowiekowi potrzeba?
Pani żegna się ze sprzedawczynią z ciepłym uśmiechem i głosem anioła. Kiedy zaczepiam na starszych ludziach oko, mój czas znowu biegnie zgodnie z przesuwająca się wskazówką sekundnika. Tik, tik, tik. Nie wolniej i nie szybciej. Wraca uważność, świadomość przemijania. Szukam piękna w każdym wieku, bo każdego przecież będę częścią.

Ludzie, którzy potrafią wprowadzić w nasze życie spokój ducha. Pocieszać, wspierać, być ostoją, dawać dużo ciepła. Wśród takich trudniej o stres i łatwiej radzić sobie z wyzwaniem. Trudniej wyciągnąć nóż na środku wielkiej zatłoczonej w piątkowe popołudnie galerii i ranić z tyłu jednego przechodnia za drugim. Łatwiej wygadać się, wypłakać czy znaleźć spokój a wraz z nim rozwiązanie. Starsi uczą ze samotnością się oswajać. Boimy się ich. Nie dostrzegamy często. Unikamy. Do nich jeszcze nie raz będę wracać.

Ich dwoje i ona jedna 1/2

Tym razem o dwojgu takich co dziesiątki lat ze sobą a mimo to wielki szacunek do Siebie czują. O kobiecie napotkanej w sklepie i kilkunastu minutach wśród ludzi, których już sama obecność lekarstwem jest na wszelkie bolączki. O jesieni życia, mądrości w latach sędziwych, o urodzie innej niż zwykle, w której piękna można się dopatrywać.

Blokowisko
Mam z nim miłe wspomnienia. Samochód na parkingu postawić wydawało się cudem, a jednak, kiedy za setkami okien wszyscy układali się do snu, każdy wehikuł znalazł swoje miejsce. Jeden do drzewa się przytulał, inny do słupa. Ten za rogiem drugiego prawie po zderzaku całował, a jeszcze inny dziwne pozycje przyjmował, zaliczając wysokie krawężniki.
Ale nie o samochodach miało być a o ludziach, chociaż ja jak to ja, widzę i między nimi podobieństwo. Dzisiaj wchodzę do jednego z mieszkań. Pięter jest tam kilka. Drzwi otwiera mężczyzna. Lekko przygarbiony, wysoki, za młodu, mniemam, niezłym był przystojniakiem. Uśmiech na twarzy nie po raz pierwszy widzę na jego twarzy.
Zaraz potem w wąskim przedpokoju pojawia się „Ona” z bujną blond fryzurą misternie wyczesaną. Teraz jest ich dwoje. Są razem, od kiedy pamiętam i inaczej Sobie nie wyobrażam. W tym małym korytarzyku emanuje spokoju dużo. I jeszcze więcej ciepła, które nie pochodzi, od grzejników, żarówek czy promieni słonecznych, które nagrzały jeszcze mieszkanie za dnia. Oboje na pokoje zapraszają.
„Ona” siada na małej kanapie. Ubrana w bawełnianą szarą, krótką podomkę z różowymi dodatkami wygląda zjawiskowo. Co rusz naciąga ją na kolana, stwierdzając, chyba że tej części ciała pokazywać w tym wieku nie wypada. Przyglądam się nogom. Niejedna nastolatka by pozazdrościła i nie jedna młodsza istota, która ma problem z krążeniem. „On” siedzi z boku. Nie mówi, kiedy ona pyta. Obserwuje czujnie. Z dbałości informuje dyskretnie żonę, iż jakiś okruch przypadkiem na policzku jej się zatrzymał. Mam wrażenie, że gdyby siedział bliżej, sam by strząsnął go niepostrzeżenie. Okruch znamieniem się okazuje. Ach te drobiazgi, wiecznie na nowo odkrywane.

Rozmowa płynie jak chmury po niebie. Wśród niej wiele słyszę z życiowych doświadczeń. Chociażby jak to czasami na młodzieńcze dojrzewanie z przymrużeniem oka warto popatrzyć. Zauważać, ale nie pokazywać po sobie, że się widzi. Jak przeczekać a po drodze po prostu kochać.
Jestem wśród ludzi, którzy czują, co teraz przeżywają nieco od nich młodsi. Daty inne a wyzwania podobne. Widzą zmagania, rozterki, zabieganie, nerwowość, której w obecnych czasach tak dużo. Uspokajają tonem głosu, zachowaniem, opanowaniem, uśmiechem ciepłym. Na bazie doświadczeń udowadniają, że opanowanie, cierpliwość, dystans, miłość bez oczekiwań, pokora do uciekającego czasu to droga do wewnętrznego spokoju.

Przedmioty z duszą
W tle z telewizora dobiega sygnał wieczornych wiadomości. Rozglądałam się po pokoju. Czyściutko. Żadnych okruchów. Na półeczce okulary do czytania w pogotowiu czekają. W meblościance kilka przedmiotów nie pierwszej młodości. Dla mnie to przedmioty z duszą te, do których przywiązujemy się lub co najmniej czulibyśmy się bez nich nieco dziwnie. Rodzinne pamiątki. Na podłodze „nieikeowe” dywany. W całej tej przestrzeni ludzie, którzy używają na co dzień komputera, telefonów komputerowych i skype’a, Odnajdują się w sieci a latanie samolotami to dla nich gratka. Życie narzuciło. Niesamowite, że udaje im się zachować co ich, a jednocześnie nadążać za cywilizacją i nie rzadko oczekiwaniami innych. A przecież oni już „nie muszą”.
Kocham u starszych to, co starsze. Solidne i miękkie w odbiorze przedmioty, zbierane latami. Zapomniane krytykowane i zepchnięte na plan dalszy. Zamiecione po dywan w dobie modnych zimnych szarości i przestrzeni bez drobiazgów. Emanujące ciepłem zadbane relikwia z duszą w domach starszych ludzi, działają na mnie jak remedium. Minimalistyczne piękno podziwiam na obrazkach. Tam się sprawdza. Energię, ciepło i spokój czerpię z prawdziwego życia.

Wpadłam do blokowiska, z marszu dnia codziennego, wyszłam „inna”. Harmonia wewnętrzna wzięła górę. Zwolniłam. Złapałam głęboki oddech. Będzie dobrze, cokolwiek złego by się działo.
A jak Wy czujecie się wśród starszych? Co w Wasze życie wnoszą dobrego?

Mały zwierz kontra duża fobia

Stoję w sklepie przy kasie. Obok mnie ciekawskie dzieciątko po wszystkich kątach zagląda. Nagle słyszę męskie słowa unoszące się w powietrzu i skierowane do małej trzylatki: „Nie idź tam, bo cię pająk zje! Taki wielki!”.
Rozglądam się dookoła, a pająka jak nie było, tak nie ma. Zerkam ponownie na małolatę. Dziewczynka wzdryga się nieco i do rodziców szybko przybiega. Myśl przeszła: No pięknie. Za chwilę będzie następny przypadek do fobii leczenia. Podrośnie dzieciątko, a z nim strach będzie rósł w oczach wielki. Za każdym razem, gdy pajączka na cienkich nóżkach zobaczy. Czarno to widzę? Raczej nie. Znam z autopsji.

Przypomina mi się historia. Miałam kiedyś suczkę. Jako szczeniak wrzucona była do wody dla zabawy, bo przecież psy i tak umieją pływać. Jaki był efekt jednego nic nieznaczącego dla wielu zdarzenia? Po tym fakcie suczka ostrożnie i z obawami wchodziła do wody po kostki. Z oporem dawała się wykapać. Głębsze akweny wielkim łukiem omijała. Do końca swojego życia.

Widziałam, jak człowiek na widok myszki zamiera. W popłoch wpada, gdy widzi tą malutką udomowioną. Ciało osoby z fobią do myszki reaguje dość specyficznie. Ciało zastyga, ciarki przechodzą, w oczach pojawia się strach, który trudno opisać, bez krzyku często, bo w gardle zaciska. Chciałby się uciekać, a tu postawić kroku nie może.

Kojarzy mi się to z zachowaniem, kiedy zwierzak bojący się sztucznych ogni dostaje dużą dawkę leku typu „głupi Jaś”. Nam się wydaje, że załagodziliśmy sytuację i ulżyliśmy zwierzęciu, a realia są zupełnie inne. Mięśnie odmawiają posłuszeństwa, więc ciało ruszyć się nie może. Mózg świadomy sytuacji nadal na impulsy zapodane z zewnątrz reaguje. Poza ciałem, które nie może uciekać sielanka, w głowie koszmar i walka toczy się o przetrwanie. Takie są często realia.

Byłam świadkiem pracy z fobią i traumami. Technikami z zakresu neurolingwistyki i psychoterapii, powoli powolutku pracuje się z delikwentem nad tym, aby popatrzył na przeszłość i zwierzaka dużo chłodniejszym okiem. Zabliźniamy tym sposobem rany, do których niejednokrotnie nieświadomie dołożyli się inni. Przestawiamy człowiekowi w głowie. Nie każdemu jednak klientowi udaje się, spojrzeć na rzeczywistość inaczej, a o pokochaniu na nowo myszki czy jeszcze mniejszego pożytecznego pajączka można raczej zapomnieć. Wierzę w słowa: Łatwo jest zepsuć dużo trudniej naprawić.

Podsumowując:
Zanim zaczniemy kogokolwiek straszyć, patrząc na własną wygodę. Zanim zrobimy psikusa, który wydaje się błahy, ruszmy nieco głową. Mamy, albowiem do czynienia z bardzo delikatną indywiduum. Człowiekiem z krwi i kości, którego również, a nawet ponad wszystko otoczenie programuje. Strasząc innych małym zwierzakiem, zadajmy sobie dodatkowo pytanie: Czemu ten biedny pajączek winny i ta myszka bezbronna? Co nam zrobiły te stworzenia Boże, że traktujemy je czasami jak małe przyrządy zbrodni?

Żarliwy temat

Kiedy słyszę: „Tak się nie da”., tylko czekam na okazje, aby sprawdzić na własnej skórze czy zaliż faktycznie. Pamiętam kilka lat temu łamanie grubej dechy gołymi rękami a nieco później u T. Harv Ecker’a, wciskanie w moje podgardle grota strzały. Następną okazję wzięłam bez negocjacji. Chodzenie boso po rozżarzonych węglach. Na samą myśl robi się ciepło. Jak było faktycznie? Najpierw o tym, gdzie i z kim.

W borze głębokim
Było zimno. Od tego zacznę. Wieczór, ciemno i wiało z każdej strony. Odstraszało od wszelakich czynności czynionych na dworze. Wylądowałam w środku lasu wśród zabudowań, o których wiedzą tylko ciekawscy i wtajemniczeni. W dużej sali przy licznych stołach przykrytych ceratą, którą niektórzy pamiętają z komuny, zebrała się grupka ludzi, u których ciekawość i odwaga bierze górę nad całą resztą. Na ich twarzach w łagodnym żółtym świetle żarówek skrywały się różne emocje. Od zadumy, przez spokój eksponowany ciszą, aż po radość, czyli śmichy i chichy.

W borze szerokim
Jak to w życiu bywa, najpierw była mała obsuwa. Suma summarum ogień rozpalono. Oj! Było na co popatrzyć. Lukałam więc na pomysłodawcę, w skórzanym kapeluszu z bajkowego kota w butach i kamizelce żywcem ściągniętej z Robin Hooda. Lider, dzierżąc w dłoni miotacz ognia z czterema dyszami, zarażał czarne i ostre kształtem węgle przypominające łupki skał. Jakbym zerkała na scenę z popularnego Shrek’a, gdzie wdzięczna smoczyca, z miłości do osła, pokazywała, jak pięknie zionąć potrafi. Wszystkie odcienie pomarańczowego, żółtego i odcieni fioletów mieszały się w jedno. Tworzyły efekty przypominające zorzę polarną w najpiękniejszych zakątkach Norwegii. W oczach mieniła się biała poświata. Ogień niemalże tańczył nad ziemią taniec niebiański, po czym osiadł na węglach, aby tam kontynuować swoją powinność. Wreszcie uspokoił się i przyjął pozę stateczną. Towarzyszyło mu przyjemne rozchodzące się w powietrzu ciepło. Dźwięk wiatru bawiącego się między gałęziami i konarami mieszał się z odgłosami palonych bryłek. Przypominał strzelający w mikrofalówce popcorn. Pachniało lasem, dymem i trawą, która już wpadała w zimowy sen. Napatrzyć się nie mogłam. Co rusz nadstawiałam ucha.
Zanim żar z pomocą wielkiej dmuchawy nabrał czerwonych piekielnych kolorów, wysłuchałam małej pogadanki, o tym, skąd ten pomysł, po co i w jakim celu. Troszkę żartów dla rozładowania stresu o specyficznej technice podnoszenia z żaru pośladków. Troszkę więcej informacji co robić a czego nie robić, kiedy już stopy dotkną żaru. Wreszcie nadszedł moment próby. Zdjęłam czarne buty do kostki podszyte mocno kożuszkiem. Stopy od chłodnego późno jesiennego podłoża marzły, chociaż miało być gorąco. Było, ale nieco później.
Popatrzyłam na twarze osób uczestniczących. Nabrały czerwonych barw od ciepła i wszystkich występujących w ciele emocji, które ciągle jeszcze narastały. Te potęgowały się jak w matematyce. Niektórzy żarliwie komentowali, inni stali w ciszy, zbierając siły i szukając spokoju gdzieś w głębi siebie. Jakbym słyszała słowa: „Będzie dobrze”, „Dam radę”. Za plecami padło żartobliwe pytanie: Ktoś ma ogień? Reszta żart podchwyciła. Dobiegł do mnie śmiech przesycony nutką strachu. Dziwicie się?

Co w głowie to w nogach
Przyznaję, że to był moment, kiedy emocje i mnie się udzieliły. To, co było wokół, teraz przestało mieć znaczenie. Skupiłam się na sobie. Myśli, które stania nie lubią, po głowie mojej chodziły.
Wiedziałam, że temperatura spalania węgla drzewnego jest dość niska w stosunku do innych materiałów. Nie obca mi była wiedza, że najcieplej jest zawsze w centrum. Również, że noga poci się pod stopami a woda, zanim cokolwiek nas poparzy, musi najpierw odparować. Słyszałam o podobnych rytuałach w afrykańskim buszu, na Bali czy u rdzennych mieszkańców Polinezji. Również o buddystach i japońskich taoistach, którzy takie obrzędy celebrują z dumą. Do praw fizyki i innych założeń, które mówią: „Da się”, również nie omieszkałam powrócić.
Niewielki z tłumaczeń miałam pożytek. Bo? Jaką moc mają argumenty wszelakie, skoro instynkt człeka pierworodnego podpowiada nam, że przy ogniu ciepło, ale jak włożysz w niego nogę czy rękę, to „auć” jest i koniec kropka?
Kropką nad „i” był fakt potwierdzony badaniami, że temperatura spalania suchego węgla drzewnego, który przyjmuje barwy czerwone, karmazynowe i żółte wynosi średnio 400 stopni Celsjusza. Co oczywiście podkreślił również prowadzący. Popatrzyłam na kolory ognia. Bez dwóch zdań teraz karmazyn, żółty i czerwień przypominały.
Obawy miałam i wcale się tego nie wstydzę. Strach pierwotny nie raz uchronił mnie przed nieszczęściem, nie raz dodawał siły. Tak było i tutaj. Wysłał sygnał do nadnerczy, które są odpowiedzialne za adrenalinę. Przygotował organizm do pierwotnego zachowania, jakim jest walka z wyzwaniem. Zwiększył koncentracje i czujność. To było wystarczające.

3 metry i 5 kroków
Wszelkie odgłosy nagle znikły. Ogień ustał. Żar przypominał mieniące się wszystkimi ciepłymi kolorami niebo usłane milionami gwiazd, które zebrały się w jednym miejscu, aby podjąć jakąś ważną decyzję. Zamknęłam się na chwilę w ciszy. Ktoś nagle przebiegł obok mnie. Wszystko działo się szybko. Nie było na co czekać. Popatrzyłam na truchtające w miejscu stopy sąsiadki. Zbierała moce. Ustąpiła mi miejsca. W takich momentach po prostu się idzie. Jedni chcą mieć to za sobą szybko, inni podążają za grupą. Złączyłam palce, aby rozżarzone małe drobinki nie wpadły na pomysł, że chcą wrócić ze mną do domu. Popatrzyłam przed siebie, stwierdzając, że jeśli nadal będę na boso spoczywać na zimnej mokrej trawie, bez kataru się nie obędzie, a ja śpika za nic w świecie mieć nie chce. Argument był wystarczający. Przeszłam. Nogi same wiedziały co robić. Zaraz potem był drugi raz. Na koniec powiedziałam basta, bo w życiu warto zrobić też innym miejsca.
Stanęłam na ziemi i popatrzyłam w dół. Moje stopy zerkały na mnie i nie dowierzały wszystkiemu. Mówiły: Szalona jesteś kobieto, ale nam się to podoba. Stopy pogłaskałam i pochwaliłam. Z ciekawości sprawdziłam ich stan. Wszystko na swoim miejscu. Nieco brudne, ale nic nienaruszone. Spojrzałam na dopalające się resztki węgli. Odgłosy w powietrzu świadczyły o pełnym zadowoleniu uczestników. Impreza dobiegała końca. Jak wyglądał powrót do domu? Cierpliwość, zaufanie i wiara zaowocowały. Siedziałam w samochodzie, a moja klatka piersiowa sama wyciągała się do przodu. Byłam wypełniona dumą, pozytywną energią i miłymi wspomnieniami, które zostaną na długo. W stopach czułam przyjemne ciepło.

Czasami robię coś na opak. Niepoprawna ze mnie bestia. Gdy wszyscy w jedną stronę ja idę inną ścieżką. Sprawdzam, udowadniam, testuję, gdy tylko mam na to ochotę. Dobrze mi z tym. Nie robiąc krzywdy innym, czynię tym samym moje życie ciekawszym. Wierzę, że magia fizyki plus siła woli i wiara potrafią zdziałać cuda. A Wy? W takie cuda wierzycie?

Odkurzanko

Bieganie. Czy zastanawialiście się kiedyś, widząc biegnącego po leśnych ścieżkach czy tartanie, czy on goni do celu tak naprawdę, czy może od czegoś ucieka?

Wracają wspomnienia. Jak ja kiedyś uwielbiałam odkurzać. Bez wyciągnięcia sprzętu przed wyjściem do pracy nie było o czym mówić. W każdym zasranym kącie, że tak dzisiaj brzydko powiem. A jak się wracało z pracy, też się coś znalazło. Również wieczorem przed spaniem i przed każdym wyjazdem. Tak wedle zasady. Miało być czysto. Ot tyle. Tak myślałam wtedy. Dedukowałam, że porządność z domu wyniosłam. Dzisiaj skrupulatnie obserwując siebie, patrzę na to zupełnie inaczej.
Każde czynności czy zajęcia, które stają się Wam nagle bliskie, mogą być obudzoną drzemiącą w nas pasją, ale również nieświadomą ucieczką. Przed pracą, wyzwaniami z bliskimi czy szefem. Przed bólem, strachem czy wyrządzoną nam przez kogoś krzywdą.
Może warto niekiedy przysiąść i zastanowić się: Czy nie majsterkujemy w ciemnej zimnej piwnicy zbyt długo? Czy nie ćwiczymy godzinami na siłowni przez wszystkie dni w tygodniu, chociaż ciało już dawno siły nabrało i rzeźby? Czy nie pucujemy samochodu do przesadnej wręcz perfekcji? Czy nie zostajemy za długo w pracy, chociaż robota już dawno skończona? Czy nie bywamy zbyt często w delegacjach dalekich, a wracając do domu, migiem nie planujemy następnych? Chyba się rozpędziłam. Zakończę krótko. Czasami po prostu warto zrobić życiowy remanent i sprawdzić przyczynę takich, a nie innych własnych zachowań. A co jak się w inwentaryzacji nie zgodzi? Przyjdzie moment kiedy będzie i o tym.

Odkurzanko? Nadal je lubię. Kiedyś było ucieczką dzisiaj świadomą przyjemnością. Życzę zdrowego i zdroworozsądkowego podejścia do wszystkich ulubionych czynności oraz dużo z pasji radości.

Niuchacz 2/2

Jak odbieramy świat? Niektórzy go widzą, inni czują nosem, jeszcze inni muszą świat dotknąć. Niektórzy lubią go posmakować. Są też tacy, co bez wsłuchania się w temat, nie załapią nic z niego konkretnego. Wczoraj było o wąchaczu. Dzisiaj w krótkiej historyjce o nim i całej reszcie, a w gratisie coś jeszcze. Zapraszam.

GUMOWE UCHO, czyli nie chcę, a słyszę
Słucham. Tak. Właśnie tak. Poniekąd jestem słuchowcem. Do moich małżowin dochodzą powtarzalne, nisko tonowe, słowa prowadzącego. Tekst ciekawy więc bardziej nadstawiam ucha. Nie tylko ja. Mówca podglądam również. Ktoś nogami o posadzkę szura. Młoda osobniczka, między palcami przesuwa długopis, którym od casu do czasu robi we własnym zeszycie notatki. Nadsłuchuję dźwięku, jaki wygrywa ten mały przedmiot, kiedy styka się z kartką. Rytm kreślonych słów sprawia, że tekst płynie jak wartki strumień. Muzyka dla uszu do czasu. Ktoś przysypia z lekka na sali, bo za oknem o szyby uderzają cyklicznie przeźroczyste krople deszczu, który pada od kilku już dni. Szumi i kapie po szybach i nie chce się od nich odkleić. Gra niektórym na nerwach. Sąsiad szepcze mi do ucha, komentując słowa prelekta, które mieszają się z szelestem przewracanych przez drugiego sąsiada kartek. Cała sytuacja wprowadza mnie w błogi nastrój, dopóki coś nie huknie, grzmotnie czy zawyje na pobliskim osiedlu. Dopóki nie zadzwonią w oddali kościelne dzwony.

KIZIAK nad kiziaki
Drapiąc się po głowie, zastanawiam się nad godziną. Rozglądam się po sali. Nie po raz pierwszy zresztą. Elokwentna dziewczyna naprzeciwko mnie podjęła właśnie dyskusję. Zdenerwowania u niej nie widać, a jednak jej ręce są w ciągłym ruchu. Kiedy słowa płyną, ona dotyka delikatnie palcami jednej ręki o cieńkie patyczkowate palce drugiej. Od czasu do czasu bierze coś w dłonie, aby za chwilkę znowu przedmiot odłożyć. Pamiętam, jak podawała mi pierwszy raz rękę. Złapałam uścisk prawie w locie. Był nad wyraz delikatny. Moje myślenie przerwało dziwne kłucie w tyłek. Moja pupa! Siedziała na krześle od ładnych paru godzin, a ja zupełnie o niej zapomniałam. Powierciłam się więc chwilkę. Przeniosłam ciężar z jednego pośladka, przygniatając nieco drugi. Drugiemu tez dałam złapać oddech. Potem podniosłam oba. Pod stołem wyciągnęłam moje obie długie kończyny. Poprzekręcałam ciało w te i we w te. Nie powiem: Dyskusje były interesujące, jednak ja, człowiek, który zazwyczaj w ruchu ciągłym, czułam się jak kłoda i marzyłam o krótkiej chociaż przerwie. Do niej było jeszcze daleko. Cóż przyszło mi robić: Poklepałam się po ramieniu, mówiąc sama do siebie: Dasz radę Kochana. Dasz radę.

LUKACZ niepospolity
Dyskusja prawie wrzała. Moje oczy zaczęły biegać po sali. Za oknem było szaro, w środku żółte światło lamp przyjemnie wypełniało wnętrze. Patrzyłam, jak jedna z koleżanek zsunęła się lekko na krześle. Wpatrywałam się w jej twarz. Obserwowałam, jak krok po kroku zapadała w przyjemny stan zwany potocznie snem. W ostatnich fazach wyglądało to dość ciekawie. Przypominało mi walkę bokserką na ringu. Przez wąskie przesmyki co jakiś czas ukazywały się błyszczące bielma. Tylko na chwilę. Zaraz potem przychodził kryzys i ślepia znikały pod powieką na dłuższy niż chwila moment. Lukacze potocznie oczętami zwane, znalazły się koniec końcem na pozycji przegranej. Sprawa była jasna i do przewidzenia, osobniczka słodko na chwilę zasnęła. Zerkałam raz na nią raz na prowadzącego. Zazdrościłam kolorowych snów. Wyobrażałam jak jej teraz dobrze. Aby samej nie zasnąć, wyostrzyłam wzrok i skupiłam się na rzutniku. Jasne światło padało na ekran i wyświetlało teksty, które zaczęłam przepisywać do grubego zeszytu. Za oknem przestało padać. Przerwa była blisko a ja byłam głodna. Czyżby z siedzenia?

NIUCHACZ inny niż wszyscy
Spojrzałam na mój plecak. To z niego dochodziły zapachy i nie tylko. Sięgnęłam lekko po termos. Uchyliłam wieko. W środku czekała na mnie pachnąca imbirem, cytryną i mleczkiem kokosowym zupa z dyni. Zapach rozniósł się po sali. Jako że siedzieliśmy w pomieszczeniu jakiś czas, wymieszał się zapachem perfum użytych podczas ostatniej przerwy wymieszanych z naturalnym zapachem ciała i powietrzem nie pierwszej świeżości, . Do tego woń wydostająca się z nagrzanej lampy rzutnika, zapach zimnej już kawy zakupionej dość dawno i moich stóp, bo jakiś czas temu odważyłam się dla wygody ściągnąć zimowe obuwie. Ogólnie niezła mieszanka. W tym samym czasie za oknem pachniało wilgotną bryzą i jesiennymi wilgotnymi liśćmi, Zapach ulotny jednak do zapamiętywania. Czułam nosem, że za chwilę cała reszta poprosi o przerwę. Ja poczekam. Jak powiedziałam, że dam radę to dam. Choćby nie wiem, co się działo. Taki odruch uparciucha.

SMAKOSZ wybrednym czasami odbierany
Jest! Doczekałam się. Większość szybko udała się na lunch. Została nas garstka. Nikt na mnie nie zważał zbytnio, więc otworzyłam ponownie pojemnik. Tym razem z impetem. Zupa była płynna. Zaciągnęłam łyk. Skosztowałam. Ciepło zrobiło się na języku. Na podniebieniu poczułam smak soli i apetycznej świeżej kolendry. Łyk płynu rozlewał się po dziąsłach i okrywał policzki od wewnątrz jak babcina pierzynka, którą pamiętam z dzieciństwa. Czerwony pieprz pobudzał kubki smakowe, a nuta kwaskowatej cytryny orzeźwiała za każdym włożeniem nowej porcji do buzi. Miód w gębie, a raczej słodkawo – ostra dynia.
Apetyczna, świeża, tania jak barszcz i szybka w wykonaniu. Idealna potrawa, którą czasami warto zabrać do domu i wchłonąć ze smakiem w porze lunchu. Zjadłam. Dzień się kończył.
I na tym koniec opowieści.

A teraz?
Zamknij oczy. Zobacz, kim Ty jesteś. Sprawdź którymi kanałami Ty odbierasz świat. W jakich proporcjach. Pomyśl: który kawałek czytało Ci się najprzyjemniej, a który Cię nieco nudził? Poniżej odpowiedzi.

1. GUMOWE UCHO. Jesteś w większej części słuchowcem. Wrażliwe masz bardzo ucho. Usłyszysz każdą nietypową rozmowę, niejeden cichy odgłos zaniepokoi cię lub zaciekawi. Usłyszysz ciszę, gdy tylko zechcesz. Twój świat to świat dźwięków i muzyki. Tej koncertowej, tej co na wielkich arenach i tej ledwo dla innych codziennej słyszalnej. W muzykę się więc wsłuchuj. Śpiewaj i śpiewem ptaków w lesie ciesz się, ile wlezie. O uszy dbaj, bo są Twoją lokatą.

2. KIZIAK Jesteś w dużym stopniu kinestetykiem. Twoje paluchy są często w ruchu. Lubisz dotyk, a jeszcze bardziej lubisz dotykać. Szczęściara ta, co trafi na kiziaka. Szczęściarz ten, co lubi być przytulany, głaskany czy drapany po plecach. Pamiętaj, z kiziakiem obchodź się bardzo delikatnie. Zimne ręce, zanim dotkniesz, uprzednio zagrzej.

3. LUKACZ. Jesteś wzrokowcem i chwała Ci za to. Urodziłeś się, żeby rozglądać się i patrzyć. Cieszą Cię ładnie udekorowane potrawy na talerzu. Wpatrujesz dokładnie w zestawienie kolorów na obrazie w muzeum. Zauważysz obrazek, który wisi krzywo na ścianie. Wszystko cię interesuje i łatwo Ci opisać ze szczegółami każdą sytuację. Policja w razie zdarzenia ma z ciebie niezły pożytek. Sadzając nas w ławce w szkole, wzrokowcami być uczą, ale prawdziwym wzrokowcem się rodzimy. Takiemu nic sprzed oczu nie umknie.

4. NIUCHACZ. Jesteś w głównej mierze olfaktorykiem. Obwąchujesz wszystko i wszystkich. Lubisz naturalny zapach kwitnących młodych sosen w lesie. Omijasz w sklepach działy z chemią, kosmetykami, wszystkie Sephor’y i perfumerie typu Douglas. Wiesz, że krótkie i szybkie niuchanie daje więcej zasobów niż długie i głębokie zaciąganie się powietrzem? Niuchacze takie rzeczy wyczuwają.

5. SMAKOSZ. Działasz głównie w systemie gustatorycznym. Jedząc potrawę, wiesz, z czego została zrobiona. Nie zaglądając w przepis, potrafisz wymienić cały jej skład. Biada temu, co przesoli. To żart. Delektujesz się jabłkiem, nie patrząc na jego wygląd, bo to smak ma znaczenie, bez ładnej oprawy się obejdziesz. Z jedzenia czerpiesz przyjemność jak nikt inny. Wiesz, co wkładasz do buzi, nawet podczas ciekawych rozmów przy stole. Delektujesz się każdym kęsem. Jeśli do tego jesteś Niuchaczem, zawody typu sommelier jest jak najbardziej dla ciebie.

Tacy sami a tak różni jednocześnie. Każdemu w różnych częściach nam się dostało. Z naszymi różnymi predyspozycjami, żyjemy na tym świecie w jednym stadzie. Może dlatego warto mieć, to o czym pisze na uwadze?

Niuchacz 1/2

Pytacie się z czasami, skąd ja mam tyle tematów. Z życia Kochani. Jest ich dużo więcej, niźli bym chciała opisać. Oto jeden z nich. Inny, potrzebny, bo te  nieprzydatne mnie mało interesują. Do dzieła.
Uczę się. Tak. Właśnie tak. Po szkołach różnorakich i na warsztatach wszelakich. Najwięcej jednak uczę się od życia. Tej wiedzy chcę dotykać. Czy tylko dlatego, że jestem po trosze kinestetykiem ? Nie zupełnie. Tym razem o kanałach, którymi odbieramy, o naszej każdego innej wrażliwości. O tym, co potrafi nas zaskoczyć i o tym, czego często nie zauważamy, a co bywa powodem do obrażania się czy wszelakich konfliktów. Dzisiaj o wąchaczach, bo na nich się ostatnio natykam. Jutro o kiziakach, smakoszach, lukaczach i gumowym uchu, czyli dużo więcej.

Zapach kobiety
Jest wieczór. Młoda dama przed lustrem w łazience prestiżowego lokalu delikatnie poprawia włosy. Zaraz potem wyciąga z torebki szklaną buteleczkę, skrywającą w środku miks naturalnych eterycznych olejków. Dziewczyna odmierza dwie krople na rękę i smaruje delikatnie buzię. Zapach róży damasceńskiej wymieszany z migdałem wypełnia pomieszczenie. W tle zamiast woni toalet czujesz woń parzonych płatków nagietka, soczystej skórki brzoskwini i limonki zerwanej prosto z drzewa. Całość dopełnia ziołowy aromat jakiejś polnej rośliny. Wychodząc z łazienki, istotka robi ostatnie poprawki. Dekolt i delikatny łańcuszek na szyi leżą idealnie. Idzie między ludzi. Bardzo mocny bukiet powoli rozchodzi się dalej. Dociera do nozdrzy wszystkich, którzy znajdują się w pomieszczeniu. Mało kto z uczestników zajętych rozmową zwraca na ten fakt uwagę. Katar mają, bo jesień deszczowa? Raczej inny jest powód. Dziewczyna wodzi wzrokiem, aż wreszcie podchodzi do jednego z mężczyzn. Ten stoi spokojnie nieco od wszystkich z boku. W przytłumionym świetle zaczynają konwersację. Słowa płyną lekko. Cichutkie i tłumione, przez i spokojną muzykę giną w przestrzeni ulotne. Mam wrażenie, że oboje wspólnych tematów mają bez liku. Po chwili jednak chłopak myśl gubi. Między wyrazami robi coraz to dłuższe przerwy. Język zaczyna się plątać. Zdania zaczynają tracić sens, chociaż chłopak bardzo się stara. W głowie zaczyna mu się kręcić. Podobnie dzieje się w brzuchu, za który się nagle łapie. Przechodzi z nogi na nogę, wreszcie rozgląda się nerwowo za bezpiecznym miejscem, jakim jest toaleta. Wychodzi poganiany odruchem, jakby zbierało go na torsje. Chciałby bardzo zostać, bo kulturalny przecież, ale zapachu dalej znieść nie może. Potrzebuje teraz jednego: Zaczerpnąć przez chwilę świeżego powietrza. Wychodzi. Dziewczyna zostaje zagubiona. Prawdziwy niuchacz wypisz wymaluj. Takich nie ma wielu.
Jaki z historii morał? Zanim sięgniecie, bo batalie pachnideł, pamiętajcie wszystkie dziewczyny i chłopcy, którzy też nie chcą być gorsi: W sytuacjach gdzie nie mamy złych intencji, to co dla jednego piękne, innemu może nieźle dopiec. W życiu często wiele wynika z braku spostrzegawczości lub po prostu zwykłej niewiedzy. Szukając kawalerów czy damy warto więc pamiętać, że jednego zapach przyciągnie, innego może do mdłości doprowadzić. Szare mydło czy palmowe zamiast wyszukanych perfum? Czasami, jeśli na kimś nam zależy, takie wybory również nas czekają.

Jadę samochodem. Obok mnie młoda istota otwiera metalową tubkę z kremem. Wyciska odrobinę na atłasową skórę rąk. Po samochodzie rozchodzi się zapach. Mocny i rześki jednocześnie. W moich nozdrzach kręci. Cytrusy mieszają się ze świeżym korzeniem imbiru, leśnym igliwiem i źródlaną wodą. Całość nieco zaburza zapach sztucznych silikonów. Przyjemny, a jednak myśl przeszła, aby uchylić nieco okno.
Czy jestem wąchaczem pospolitym? Po części tak. Chcesz się przekonać, którymi zmysłami Ty odbierasz? Jeśli tak, zaglądnij do następnego wpisu.

Lord of the Dance 2/2

Stoję na schodach wielkiej areny. Muzyczno — taneczny zespół stworzony przez Michaela Flatleya wystukuje stopami ostatnie irlandzkie rytmy. Tysiące uderzeń niosą się po wielkiej arenie. Zbliża się finał. Znalazłam sobie dobre miejsce. Widzę to, co na scenie a równocześnie to, co za kulisami. Jakbym patrzyła na krawędź lustra oraz to, co przed nim i za nim.

Na scenie
Po jednej stronie tysiące ludzi siedzi jakoś bez ruchu. Niezliczone reflektory zawieszone po całym suficie areny rozświetlają dużą scenę. Wsłuchują się w dźwięki butów z metalowymi podeszwami, dotykających co rusz podłogi. Nadążyć wzrokiem nie mogę. Moc uderzeń przypomina tętent setek dzikich koni przebiegających galopem w mocnym słońcu po wapiennych płytach płaskowyżu Burren. Wszystko jakby ze zdwojoną siłą i w przyśpieszonym tempie. Mocne światła oświetlają stroje artystów. Zarówno te u mężczyzn, które tworzą postacie mroczne, jak i te białe i pastelowe zwiewne okrywające stepujące na scenie dziewczyny.
Pomyślałam: Gdyby zebrać w całość te miliony uderzeń stóp uderzanych przez prawie setkę występujących w spektaklu artystów i następne miliony podczas wielogodzinnych ćwiczeń i przygotowań, matematyki by logicznej zabrakło.

Po drugiej stronie lustra, czyli za kulisami
Na zapleczu półmrok. Wytężam wzrok. W głębi krzątają się ci, którzy zaraz na scenę wyjdą wykonać ostatni taniec. Ostatnie małe poprawki. Żeby wypaść jak najlepiej? Kto to wie co w ich głowach siedzi. Widzę samego leadera. Przed nim jedna z jego ostatnich solówek. Jest na co czekać. Ćwiczy przed samym wyjściem. Tam, gdzie nikogo nie ma. Tam gdzie ciemno. Czuje się, jakbym jako jedyna oglądała przed premierę. Reszta na pozostałych na scenie wpatrzona. Ten to daje popis. Mam wrażenie, że nogi same mu chodzą, nie znając słowa „dość”. Po prostu tylko tak potrafią. Jakby robiły to całe życie. Jedni ubolewają, że skrzeli nie mają, chociaż czują się jak ryby w wodzie, inni żałują, że stonoga ma nóg sto, a im tylko dwie dano. Tancerze figlarni a on jednym z nich.
Zaplecze to jedna wielka garderoba utrzymana w nienagannym porządku. Każdy wie, co tutaj ma robić, każdy wie, gdzie jest jego miejsce. Jeden drugiego się nie krępuje. Pozostać sekund kilka w stroju Ewy czy Adama nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Czas goni, ale ład totalny za kulisami zachowany. Nie znam Irlandczyków, ale wiem jaki spokój niosą ze sobą irlandzkie widoczki wiecznie zielonych spektakularnych krajobrazów, lazurowych wód wzdłuż wybrzeży Oceanu Atlantyckiego, wysokich klifów i wodospadów. Luz kontrolowany w tym miejscu czuję. Precyzję, pewność siebie i wysoki kunszt.
Lord of the Dance z tego miejsca to gra kolorowych świateł contra przyjemny mrok. Rytm i energia nieposkromiona contra opanowanie i błoga harmonia. Wciskająca w krzesło muzyka kontra cisza. Przeciwieństwa, które dzieli tylko czarna kurtyna. To miejsce mnie urzeka.

Zatrzymałam na chwilę oddech. Scenę finałową jak wspomniałam na początku, oglądałam, z najwyższych trybun. W najwyższych rzędach, gdzie można objąć wszystko wzrokiem. Słuchałam, jak podłoga sceny znowu rytmicznie dudni, a wielkie kolumny wzmacniają wielokrotnie ten odgłos. Patrzyłam na idealną synchronizację wykonawców i tysiące ludzi w nich wpatrzonych którzy zamarli na chwil kilka, które przestałam pod koniec liczyć. Trzy owacje na stojąco i tyle samo bisów. Czy trzeba cos mówić więcej? Było — inaczej.

Dla tych, co dotrwali do końca:
https://www.youtube.com/watch?v=CTHycKz70HI

Lord of the Dance 1/2

Tym razem w dwóch odsłonach będzie o „Lord of the Dance”, które od wielu lat, w dziesiątkach już liczyć, świat muzyki i tańca na całym świecie podbija. O Irlandkach z blond włosami i nogami jak u Marylin Monroe i Irlandczykach, którzy nie gorsi są od modelowych wzorców z europejskich gazet. Dlaczego tutaj jestem? Bo deszczową piosenkę w wykonaniu Freda Astaire’a bardzo lubię. Za oknem właśnie pada deszcz. Jak na zamówienie.

Ta to się zaczęło
Usiadłam na krzesełku, które przydzielono mi w momencie, gdy zapłaciłam za bilet. Obok mnie znajomy mi tancerz nad tancerzami, który tym razem przyjechał pooglądać, co jakiś czas nogami przebierał. Jego mocno czerwone buty nadążały grzecznie za nim. Tancerzom ustać w miejscu jest ciężko. Temu, udawało się co jakiś czas . Stawał wtedy z rękami w kieszeniach i uniesioną głową pokazując, że stanie również jest w jego naturze. Rozbawiona grupa takich, u których słońce często w sercu gości fotki strzelała, aby pamiątka z wydarzenia miła została. Obok starsza Pani marszczyła brwi, swojego miejsca bacznie od początku pilnując. Aluminiową kulę dzierżyła w dłoni jak broń wojenną. Powagi w niej dużo, dużo mniej radości. Tyle o tych, którym w ten dzień udało znaleźć się w tym miejscu.

Pierwsze kicanki
Show zaczęło się od nowoczesnych projekcji, muzyki, która łapie za serce i scen, które wprowadziły w klimaty dotąd mi nieznane.
Całość Lord of the Dance to historia, w której dobro ze złem wygrywa. Oparta na irlandzkich opowiadaniach ludowych przepełniona była bajkowymi scenami jednorożców pędzących po pięknych tęczowych krainach i mrocznym światem podziemi, gdzie rządzi piekielny ogień. Dwa światy, które przeplatały się nawzajem przerywane od czasu do czasu irlandzką muzyką wydobywająca się spod strun skrzypiec i nogi, które grały w całym przedstawieniu pierwsze skrzypce.

Trochę o dziewczynach
Oglądając całą opowieść, wyciągałam szyję, aby lepiej widzieć, to co wyczyniały stopy występujących. Spoglądałam na sprężyste ciała. Zerkałam na całe postacie. Podziwiałam piękne dziewczyny o blond włosach, nieco dłuższych niż te u Merylin Monroe. Idealnie wyczesanych, lekko falujących lub nieco bardziej przyodzianych lokami. O twarzach podobnie do Merylin malowanych i podobnie smukłych nogach z udami jak atłas gładkimi. O ustach w kuszących kolorach krwistej scenicznej czerwieni, niezmiennej, nawet gdy światła się zmieniały. Gdybym wspomniała o celulicie, byłoby to nie na miejscu. W krótkich jasnych spódniczkach jakby z mgły tkanych skakały w bok i w górę podskakując, a wszystko stwarzało wrażenie lekkości. Ich gołe lub ubrane w baletki stopy po cichutko zwinnie przesuwały się względem siebie. Cisza rozpływała się, gdy dziewczyny buty do stepowania na nogi zakładały.

Trochę o facetach
Kobiety swoją drogą. A jak było z facetami? No nie wiem, czy opowiadać. Robić smaka, czy nie robić? Zrobię. Było na co popatrzyć. Stepowanie to umiejętność ponad przeciętność. Wymaga precyzji, zwinności, siły, równowagi, wytrzymałości, szybkości i sama nie wiem czego jeszcze. Ruchów i postawy, o której niejeden facet marzy. Kiedy stepowanie to Twoje życie, ciało jest w idealnych proporcjach. Twarde mięśnie naturalnie eksponujące się pod delikatną skórą. Widoczne są nawet pod białą elegancką idealnie przylegającą koszulą. Ciało bez sztucznych barwników i białek. Takie ECO.
Podczas tańców wyprężony lub kiedy trzeba plastyczny korpus, trzymał całość. Niczego nie za mało, niczego nie za dużo. Skąd to wiem? Bez koszul jedna ze scen też była. Z cichą dedykacją dla panien.

Ochroniarz
Na chwilę mój wzrok zawiesił się na tutejszym ochroniarzu. Jego spokój udzielał mi się od początku. Przedstawienie dobiegało końca. Siedział wyprostowany tuż przed sceną na małym plastikowym krzesełku. Ubrany w dopasowany garnitur, z elegancją mężczyzny z filmów jeszcze przedwojennych uśmiechał się prawie niezauważalnie. Nawet on zamarł w bezruchu. Jego wypolerowane na błysk buty tkwiły przy ziemi w bezruchu. Akinezja ogarnęła całe jego ciało. Ostatnią scenę obserwował bez słowa i bez mrugnięcia oka.

A ja?
Bez słowa patrzyłam na niego. Zastanawiałam, czym tak naprawdę jest Lord of the dance?
Dla mnie Lord of the dance to mało znane mi dotychczas irlandzkie piosenki Nadine Coile znanej z Idola. To jeszcze mniej znana, ale ujmująca muzyka Ronana Hardinana pojawiająca się również w reklamach Guinnessa. To świat motyli, czerwonych lampionów, tysiąca białych kwiatów kwitnących u podnóża legendarnych zamków. To walka dobra ze złem wątkiem miłosnym oczywista sprawa. To świat bohaterek przypominających kruche porcelanowe laleczki ukryte w melodyjnych pozytywkach. Świat mężczyzn w kaszkietach o sercach delikatnych i kruchych, którzy mają stawać w ich obronie do walki. To wreszcie finałowa scena, której owacje trwały dłużej niż długo.

W tym właśnie momencie zadumy natura przypomniała co nieuniknione. Przerwa była wymuszona. Toalety drzwi stanęły mi otworem. Przerwę więc i teraz czynię. A o tym, co było po przerwie, jutro Wam opowiem.