Babskie 6 + 1 cz.3

Kiedy słońce jeszcze w piżamie
Spacer. Szukam doznań. Żart oczywista sprawa. Dziewczyny pochrapują. Ja odpoczywam, wypatruję, nadsłuchuję. W jednej z przyczep typu holenderka drzwi na oścież uchylone. W drugim planie spod czerwonego śpiworka tylko stopy finezyjnie wystają. Wyglądają na jegomościowe jakieś takie. Każda w innym rytmie zakręca nieduże koła. Reszta ciała jakby już na tamtym świecie. Ciekawość zżera, do kogo należą. Prywatność jak to ja szanuję, więc nadal skupiam się na dolnych partiach ciała. Kiedy lewa łapka w jedną stronę zawija druga jej na przekór. Jakby poranne ćwiczenia już wykonywały. Relaks czystych jak na te warunki kościstych stóp przy dźwiękach budzących się właśnie ptaków. Patrzę na korony wysokich brzóz. Tam się stworzenia pochowały. Na białym łaciatym pniu, po którym spływają ostatnie krople rosy, ruda wiewiórka siedzi. Jeszcze chwilę temu obserwowałam ją z okienka malutkiej toalety. Ona będąc tego nieświadoma, błyszczące zamarłe w bezruchu oczy zawieszała gdzieś w oddali. Biały brzuszek przytulała do drzewa. Ogon dłuższy od całego ciała stroszyła, jakby ktoś go mocno natapirował. Teraz jest dużo szybsza. Oj! I już znikła.
Tyle na razie o tutejszej przyrodzie.

Kiedy słońce już wysoko na niebie
Poranna kawa. Śniadanie. Przeciąganie. Dłuższe dochodzenie do Siebie i trochę na siedząco ploteczek. I Ola Boga już samo południe.

Po wodzie w deszczu
Mówią Anioła na Festiwalu Bieszczadzkich Aniołów nie spotkasz. Dlatego właśnie jadę poza Festiwalem. No i masz ci los. Spotykam faceta, co tak na niego wołają, a potem zaraz płynę z nim do Króla Juliusza wodną kilkunastoosobową taksówką, chociaż o tym, gdzie płynę, dowiedziałam się dużo później. Cel był zupełnie inny. „6 plus 1” mi towarzyszą. Płynę porozglądać się po okolicy, na wodzie pobyć nieco i wrócić. Przygoda się zaczyna, bo przecież każde wyjście nawet z domu jest życiowym epizodem. Wsiadam na łódź, która bardziej wielką lektykę przypomina. Płynę. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Chcę wsłuchać się w silnik, który zazwyczaj dźwięk mocny, przypominający chrypiący męski niski głos, przy rozruchu wydaje. Ucho nadstawiam. Głucho jakoś. Ten motor ani drgnie. No może raz mu się udało i koniec, basta. Ponownie krótkie pociągnięcie. Patrzę w oczy anielskie. Spokojne. W gardło silnika zagląda, a może w tyłek. Nie ważne gdzie, ważne, że przyczyna już znana. Przymusowy postój, zanim nurek liny nie odplącze. Patrzę po twarzach kobitek. Jak myślicie, co często robią dziewoje, gdy nic się nie dzieje i w oczekiwaniu na jakąś akcję? Kiedy nic się nie dzieje dziewczyny jedzą. Chleb ze smalczykiem z takiej prawdziwej najprawdziwszej świnki i większość tego, co wzięły na drogę, chociaż do drogi jeszcze daleko. Do tego śmieją się, żartują, a głos po całej solińskiej wodzie się niesie, docierając nawet do tutejszych zatoczek.
Płynę w głąb jeziora. Tam, gdzie statki już nie dopływają. Tam, gdzie dzika zieleń i pierwsi osadnicy zostali na dłużej. Bieszczadzcy brodacze, pustelnicy, zakapiory na nich wołają. Tam, gdzie tylko głos natury wzywa. Bieszczadzkie szczyty mocno zarośnięte zielenią, otaczają mnie dookoła. Gliniasto — skaliste brzegi z mocno ubitą nawierzchnią brzegowych dzikich plaż, mienią się, zarysowując mocną granicę między lasem a wodą. Wśród ciszy, pni i koron nie tak mała chata i jeden człowiek macha na dzień dobry. Zaprasza na swoje włości. Wiele o nim historii krąży. Jaka będzie moja? O tym, jak otworzycie oczy jutro, gdy dzisiaj będzie już wczoraj.

 

Babskie 6 + 1 cz.2

Całkiem na temat. Co mi po poprzednim wieczorze zostało? Sławomira „Miłość w Zakopanem” i kilka kawałków w głowie, którymi się dzisiaj dzielę. Big Cyc i „Facet to świnia” do dzisiaj gra mi w uszach. Inne kawałki również, które za dnia nie dałoby się chyba słuchać. A może jednak. Dzisiaj więc niech Wam tez w uszach swojsko szumi:

Kobiety o facetach:

Faceci o kobietach:

Pamiętacie Ich Troje? Ich już jakby nie było, a jednak są, choć ich mało. Starsze kawałki trwają i trwają. Zapomniałam, a lubiłam. Są dla mnie ewenementem. Zespołem, który daje do myślenia jak szybko można zaistnieć, jak szybko idziemy w zapomnienie.

Czy dzisiaj tylko tyle? Tak. Bo czasami lubię dzielić włos na czworo. Wczoraj było dużo, dzisiaj będzie mało. Jutro znowu się rozpiszę. Za to, póki jeszcze gdzieś grają, zamiast czytać, polecam potańczyć. Tak porządnie. Tak do upadłego. Na dyskotece, potańcówce, poprawinach czy wiejskiej biesiadzie. Nawet na sztywnej imprezie pod krawatami. Nawet w domu tak bez nikogo. Disco polo, house, rock, jazz i każda inna. Słuchawki na uszy, podkręcić potencjometry w aucie lub tak tylko cichutko, tyci, tyci. Bo warto co by utrzymać humor.

Babskie 6 + 1 cz.1

Gdzie tym razem? Hmm. A może Ciechocinek? Żartuję oczywiście. Nie ten wiek jeszcze i nie ta pora. Inny temperament i nie wyjechałam na polowanie. Jestem nad Soliną. Gdzieś w lesie, jednak cywilizacja nieopodal. Trochę tam gdzie takie małe białe kółeczka z czerwoną wokół ramką obowiązują, a ja jakby ślepą udaję, bo — Jedź dalej. Jedź! – mówią! No to jadę. Tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie, no, chyba że komuś wytłumaczę.
Na co dzień w biznesie to na męskie grono trafiam. Na budowach, w banku czy rozmowach z managerami. Tam gdzieś facetów więcej, kobiet ciągle mało. Baby to co innego. Baby i zero faceta. Przynajmniej tak mi się wydawało. Chcecie posłuchać?

Jadę
W radio atakują informacjami.
Uwaga! Dziś w nocy burze, grad, silny wiatr i ulewny deszcz. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz rzeczy cenne. A ja baba nad jezioro jadę. Super. Jedyny mój dobytek teraz to podusia, szczoteczka do zębów dla zdrowotności i kilka letnich koszulek. Żar z nieba. Jadę więcej o kobietach się dowiedzieć. Tak wiem. Ja też kobieta. Słyszeliście, jednak że kobiety są nieodgadnione? Ciągle poznaję wśród innych nowe kobiece prawdziwe oblicza.
Wtrącę: Zauważyliście? Jedne kobiety są silne, walą prosto z mostu. Inne nie odezwą się słowem, bo stłamszone są już od małego. Jedne odważne, bo dano im poznawać i nie mówiono, że to bee a tamto ładne. Nie narzucano im nic. Mogą więc doświadczać, poznawać, dotykać. Inne przestraszone, przyglądające się, nieufne i pełne sprzeczności, ale od środka ciekawe i pełne niespełnionych ukrytych głęboko marzeń. Mieszanka tych, co szukają recepty na życie, a nie u lekarza.

Mój pierwszy raz
To mój pierwszy babski wyjazd. Same kobity. Wybywam z babami tam, gdzie one zaplanowały. Ja mam zawieźć. Układ jak najbardziej mi odpowiada. Jadę z takimi co już wiedzą co to dom i pracę jednocześnie ogarniać i dziecko jeszcze w trakcie urodzić. Każda z nich jest inna. Przyjechały na chwilę od codzienności się oderwać. Oj powiadam Wam: Oderwą się, aż wióry będą lecieć z parkietu i nie tylko, tak mi intuicja podpowiada.
7 dziewczyn z Albatrosa tyś jedyna
Dojechałam. Późnym popołudniem. Ktoś wita, ktoś wpada i wieczór już zapowiada. No i masz Ci, ląduję na tutejszej potańcówce. Szybko się dzieje?
Patrzę, jak grupka niewiast tańczy. Tańców końca nie ma. W zabawie drzemie siła. Z kolumn wydobywają się dźwięki: Jesteś szalona zespołu Boys, Żono moja Mastersów. Nawet Big Cyc z kawałkiem „Facet to świnia” zaplątał się gdzieś między Disco Polo. Z parkietu refren niesie się po lesie. Zaraz potem dziewczyny nucą: A wszystko to bo Cię Kocham.
No i już mam w głowie namieszane. Kochają więc czy nie kochają, dziewczyny tych wspaniałych facetów? No pewnie, że tak! Oj jak one potrafią ich kochać. Tylko czasami się na nich nieludzko wkurzają.
Ponownie zerkam. Pięknie dzisiaj wyglądają. Jedyneczka z kruczymi włosami, kręconymi jak u Cherubinka, chociaż diabelska moc w niej drzemie, oj piekielna nieludzko, jednak nic a nic niegroźna. Muzyka. Jej ciało płynie. Sprowadza w ruch kręcone złociste włosy. Loczki nie do policzenia jedyneczki. Jak sprężynki, wśród których różne kolory się zaplątały i próbują wydostać. Wielkie oczy, nieco mniejszy, chociaż ponad swoją miarę charakterystyczny nos, z którym żal by było coś robić, bo wyjątkowy. Wielki uśmiech. Usta, które opowiadają, kiedy tylko muzyka umilknie. Nogi błyszczące podpalanym piaskiem pustyni niechowane pod spodnie i biel bluzki, która podkreśla resztę ciała. Kompozycja unikatowa. Po prostu kobieta. Każdą, która tańczy w transie, nie da się inaczej opisać. Wyjątkowa przechowalnia ludzkich doświadczeń, marzeń czy wspomnień, które potrafią rozbawić w wielu przypadkach.
A co z resztą? Jasnoróżowa sukienka innej niewiasty wtapia się w gładkie jak atlas ciało. To dwójeczka, faceta po wielu głębszych skupiona dłuższą chwilę słucha. Anielska cierpliwość, oj anielska. Taka dla wszystkich „ciepła mama” nie do wyczerpania.
Delikatne damskie dłonie trójeczki dzierżą kufel piwa pełnego, takiego całkiem chłopskiego. Pastelowa bluzka okrywa piersi karmiącej matki i babci. Ach te dzieci jak szybko porosły. Jej piersi nadal jędrne. Ach. Westchnęłam. Energiczną czwóreczka dziwny taniec odstawia. Drobna piąteczka o postawie jak wojak, z boczku ruchy próbuje odtworzyć, te jednak nie do powtórzenia. Szósteczka nie dojechała. Nadrobi. Tego jestem pewna. Podsumowując, przyszedł czas dla babeczek, aby zadbać troszkę o Siebie.

ZaczynaMY się znowu ruszać
Tak. Tak. Dołączyłam. Przecież chcę być blisko. Przyglądam się z bliska. Ich biodra płynne ruchy w rytm dźwięków wykonują. Oczy marzą, reszta ciała porusza się we wszystkie strony. Kobiety w ekstazie. Tworzą magiczny, energetyczny krąg. Jeden „ON” zerka czy drugi. Przykro mi chłopaki. Tutaj nic. Posucha. Czyżby podziwiać wam dzisiaj tylko dane? A jednak. Jednemu się na chwilę udało. Jedna ona. Jeden DJ. Tańczą, a muzyka jakby tylko dla nich grała. No i czmychnęła, jak to kobieta potrafi. Masz Ci los z tymi babami.
Obok kilka zakochanych par pokątnie podpatruje. Piękna młodziutka dziewczyna w mini takiej mniej nawet niż króciutkiej, nogi gdzieś pod stołem zaciska. Sukienkę na długie zgrabne nogi naciąga. Za modą nie nadążam, za wygodą na pewno. Inna parka ociera się o Siebie przy stoliku następnym. Jakby ich do siedziska ktoś przykuł. Stop. Stop. Czar młodziutkich par to inna bajka. Zastanawiam się tylko mimochodem: Dlaczego to „młodzi” siedzą, a „młoda dorosłość” tańczy?
Na chwilkę odrywam wzrok od rozrywkowych jupiterów. Analizuję troszkę. Jakie to nasze życie, gdy już lat nie mamy kilkanaście? Jedna po przejściach, u drugiej mąż w ciągłych rozjazdach. Jeszcze inna już babcią została, chociaż po ruchach i twarzach hmm: No kto by powiedział? No kto śmiałby? Wszystkie powabne. Zmysłowe. O tak!
I nie ma co wątpić, wiecznie młode. Patrzę na zmarszczki. Jak nic mimiczne. Ile one mają sił. Tylko nie ślinić mi się chłopaki. Jeszcze nie.

00.00
Północ. Muzyka ucichła. Kto się wybawił, to się wybawił. Pora spać. Dziewczyny z parkietu wojskowym krokiem do legowisk wracają. Do 7 po harcersku odliczyły. Idą przed Siebie. No prawie przed siebie. W głowie niejednej szumi. Woda z Soliny? Też. Jutro przechodzimy do wątków, gdzie dojrzałość życia króluje. Dzisiaj już cicho sza. Dajmy już niewiastom, co czadu dały na parkiecie, pospać.

 

A gdyby tak wakacje trwały wiecznie?

Letni poranek
Wyszłam właśnie z wody. Nie morza jakiegoś i z żadnych tam ogromnych turkusami opływających oceanów, a raczej z wody basenowej co chlorem pachnie i skórę mocno wysusza. Jest mi „prosto” i jestem szczęsliwa. Bo jak powiada Maia Sobczak:
„Miłość mieszka w codzienności, w drobnych gestach, uśmiechu, dobrym jedzeniu, dzieleniu się i prostocie”.

Obok mnie znana mi, miła postać co lubi pytać to pyta:
Wakacje. Czy jesteś już po?
Tak. Nie. Hmm. Nie wiem.
Nie wiem co powiedzieć. Dlaczego? Dlatego, że aby życie bardziej przyjaznym mi było, troszkę inaczej buduję swój świat. Liczenie upływających lat od daty do daty niewiele mi daje. Za to uważam, że prezent bardziej do potrzeb i marzeń niźli dat jest przypisany. Każdy ranek czy dzień, w którym wygospodaruję kilka chwil tylko dla siebie, wakacjami jest poniekąd, bez dwóch zdań. Wtedy nie czekam od zimy do lata, od lata do zimy. Po co na drugi plan stawiać to, co pomiędzy skoro tam też tyle się dzieje dobrego?

Późne słoneczne popołudnie
Siadam spokojnie na huśtawce. Hu siu. Hu siu. Delikatnie, nawet powiewu wiatru nie czuję. Patrzę w dal. Osiadłam. Uziemiłam się. Na jak długo? Nie wiem. Chcę zaglądnąć na „Opowiem” i coś poczytać. Oj Matulu jak dawno mnie tu nie było. O Litości, Jezusicku, Najświętsza Panienko.
Koniec tego husiania. Nie ma na co czekać. Jak chce się czytać to, co najpierw nakreślić trzeba. Podsumowuję ostatnie tygodnie. WAKACJE? No niech wam będzie. Jakie były?
Niezbyt dalekie, a nawet powiem bliskie. Najczęściej takie babskie, sielskie i proste wbrew wielu innym. Bez palm, lotów międzykontynentalnych i kokosów wielkich. Czasami w polu, w kuchni pełnej jabłek i śliwek. Bywały też w prawie pustym kinie. Niektóre na piechtę inne na rowerze. Czy ciekawe? Każde są wbrew pozorom.
Dla siebie, bo lubię pisać. Dla wszystkich cierpliwych, którzy zaglądają i czekają. Dla Was. Zamiast pięciu gwiazdek hotelowych nad drzwiami, tysiące pod gołym niebem. Zamiast tropikalnych upałów, deszczyk emocji za rogiem.
Właśnie o takich moich wakacjach będzie.
A jakie Wasze były? Dzisiaj pozostawiam wam czas do refleksji. Moje wspomnienia już jutro.

KARAIBY DELUXE 25/25

Wersja deluxe? Dlaczego nie? Skoro płyty takie wydają.

Przemierzając Karaiby, usłyszałam słowa, które w pamięci zapadły:
W życiu powinniśmy wszystko wiedzieć, połowę umieć, nic nie robić.
Czy tym sposobem bylibyśmy szczęśliwi? Ja powiem tak.
Dobrze, gdy jesteśmy ciekawi świata. Dobrze, gdy lenistwo nas nie ogarnia. Dobrze, gdy staramy się go poznać nieco, ze świadomością, że wszystkiego w życiu się nie da. Dobrze, gdy znamy swoje cele i mamy marzenia. Dobrze, gdy bierzemy, co nam życie daje i potrafimy się z tego cieszyć. Dobrze jest, gdy mamy odwagę wyciągać rękę, po to, co niesie nam radość.

 

KARAIBY – BIERZ CO TWOJE 24/25

Jeśli czytacie ten wpis, prawdopodobnie czytaliście o Karaibach wszystkie poprzednie. Tyle tego wyszło! Mega pochwała za cierpliwość.
Dla tych, co po morzu chcą pływać i to nie koniecznie po Karaibskim – czytajcie i bierzcie co wasze. A nuż się w życiu przyda?

Jak się dobrze odnaleźć i czego unikać? Oto kilka sugestii:

– Rum na Karaibach ma swoje procenty. Warto o tym pamiętać gdy będziesz nurkować w głębinach chłodziarki.
– Wiatr i fale. Są często nam nieco straszne. Dużo gadają, warto ich jednak polubić.
– Ubranie. Bierz tylko takie, które nie żal ci stracić. Straty na wodzie są i tutaj. Nie ma przeproś.
– Pływając na łajbie, zamykaj wodę w kranie. Słodka na łodzi jest jak na lekarstwo. Słodka na Karaibach i nie tylko bywa, że słono kosztuje.
– Dobry kucharz na wodzie to podstawa. Sprawdź, zanim wypłyniesz. Od niego zależy, jak i czy rejs przeżyjesz. Z tym „czy” żart oczywiście.
– Zamykaj okienka lub licz się z dwudniowym suszeniem materaca.
– Na siatce dziobu spędzaj ile wlezie , bo o lepsze miejsce trudno.
– Na wyprawę warto wziąć nożyczki do paznokci i maszynki do golenia. Paznokcie czy włosy w słońcu i wodzie rosną w tempie zastraszającym. Wykorzystaj ten fakt, a przypodobasz się niejednej płci przeciwnej. Kobieto, pamiętaj: O złamanie paznokcia na łodzi nie trudno. Tutaj na takie bajery mało kto patrzy. Tipsy i żele? Twój wybór.
– Jeśli w butli gazu mało przekonaj kucharza, że smażenie naleśników to nie najlepszy na ten moment pomysł. Bywa, że będziesz tęsknił za ciepłą herbatą.
– Masz dobry lek na przeziębieniowe perypetie czy wypróżnianie przez usta przez burtę, twoja wartość w oczach innych rośnie. Jak niewiele trzeba.
– Jeśli chcesz dla zabawy polać koleżankę, to tylko słoną wodą z wiadra. Główna zasada lej z wiatrem, a nie pod wiatr. Uwaga zasada dotyczy również sikania.

W poszukiwaniach co jest za horyzontem, życzę wszystkim powodzenia. Szerokości na lądzie i wodzie i mnóstwa nowych doświadczeń.

 

KARAIBY – KONIEC BUJANIA 22/25

Wysiadamy. Koniec bujania. Zamieszanie i szybkie pakowanie. Siedzę ma walizach. OstatnIe focie. Łódź ma raptem kilka godzin na odpoczynek. Zaraz wsiadają na nią następni. Pracowita LB robi 7 dni w tygodniu na 3 zmiany. Pod nią nurek w podstawowym osprzęcie ABC sprawdza dno katamaranki. Z wody wynurza się opalona szczuplutka i nieogolona buzia. Słyszę tak całkiem po polsku: Liny niepowkręcane. Silniki i miecz ok.
Rafał, bo tak ma na imię chłopak, Polak z krwi i kości znalazł tu swoje miejsce. Czy nadal nie wierzycie, że świat jest mały, a rodaka spotkasz wszędzie?
Podczas spaceru spotykam następnego. Plecak a do niego przywiązany mały namiocik i nieco zdezelowane trapery. Nawet nie nadążam, zapamiętać gdzie już był i jakie kraje zamierza przemierzyć. Przemieszcza się waterstopem, czyli od lądu do lądu ktoś go podrzuca własną łajbą. Młody podróżnik gra na tamburynie. Młodzieniec samotnik, który zwiedził już prawie cały akwen Oceanu Atlantyckiego. Tak trzeba umieć. Tak chcieć. Takie życie nie każdemu pasuje. Wielu mu się dziwi i wielu zazdrości. Wielu z otwartymi ustami słucha.

W knajpce znowu spotykam Rafała. Jego ruchy, opalenizna, zachowanie świadczą o tym, że już stał się częścią tego miejsca. Potwierdza to, co sama przyuważyłam. Na Karaibach umiejętność podejmowania decyzji leży. Tutaj każda decyzja to mega wyzwanie. W prawo czy w lewo? W lewo czy w prawo zastanawia się tubylec, stojąc na skrzyżowaniu.
A co z innymi opowieściami?

Ludzie
Na Martynice ludzie są mocno skłóceni. Powód? Pierwsi, którzy tu napłynęli to mieszanka różnych plemion afrykańskich. Ponoć na Martynikę trafili ci najładniejsi zaś najbrzydsi, po prostu zapomniałam. A może nie chcę powiedzieć? Wróćmy jednak do francuskiej wyspy. Wierzyć w to, co na zapleczu mówią? Sprawdzam. Patrzę po twarzach. No faktycznie ładne bestie.

Meczeta
Do wszystkiego meczeta. To podstawowe ponoć narzędzie pracy. A grabie? Też są. To maczety tylko w jednym rzędzie postawione obok siebie. Rafał uśmiecha się pod nosem. Grupka śmieje się, skupiona wokół mnie. Żart, a może troszkę w tym prawdy? Patrząc na ludzi na tutejszej budowie i rolnika gdzieś u podnóża góry stwierdzam, że więcej niż trochę. Młot pneumatyczny i pracownik fizyczny w klapkach remontujący drogę nie idą mi tu bardzo w parze.

Przed samym wyjazdem spotykam Julię. Pamiętacie Julkę? Jeśli nie, to warto sięgnąć kilka wpisów wcześniej. Znowu się uśmiecha. Radosna Julia, która znalazła tu na chwilkę swojego Romeo. Jak potoczą się dalsze jej losy? Julii życzę mnóstwo szczęścia w miłości bez względu na wiek, czas i miejsce. Miłości do siebie przede wszystkim.

Dzisiaj zobaczyłam Afrykę przesiąkniętą Francją. Mieszanka narodowościowa i barwy skóry od kawy latte po gorącą czekoladę. W porcie setki masztów na bielutkich jachtach, których ceny osiągają krocie. Gdzieś w kąciku drewniane kolorowe wielkie łodzie, łódeczki prawie jak z łupiny orzecha i plątanina delikatnych sieci czekających na swoją kolej. Małe samotne krzesełko i odgłosy handlarek, które zwijają właśnie swoje stragany ze świeżą wanilią, imbirem, kurkumą czy cynamonem. Delfiny i morświny przespałam. Czekają na mnie gdzie indziej. Wsiadam do busa. Wracam do domu. Powroty też mają w sobie wiele dobrego.

 

 

KARAIBY – POWROTY, FORT DE FRANCE 21/25

Fort de France. Martynika. Środek nocy. Siedzę na dziobie LB.
Z nieba, na którym ścielą się gwiazdy, drobny deszczyk pada. Zatrzymuje się delikatnie od czasu do czasu na mojej skórze. Po raz ostatni chyba zerkam przez oczka siatki. Łajba bezdźwięcznie przesuwa się po wodzie delikatnymi ruchami. Kołysze do snu, tych co śpią teraz. Tafla wody wygląda jak lustro, a odbicia szczytów wysokich masztów szukają coś w zatoce pod dnem. W ucho wpada delikatne bicie dzwonów kościelnych tyle tylko, że w okolicy kościoła nie ma. Nadstawiam bardziej ucha. Warto się wsłuchać, bo to wiatr na wantach innych łódek gra gdzieś w oddali. Muzykę przerywają odgłosy ludzkiego chrapania. Nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo ludzi ma ten dar. Jeden z sąsiadów za drwala robi. Inni mogliby wspólnie tartak założyć. Bez względu na płeć co drugi piłuje, jak tylko potrafi, wybierając noc i łódź za swoje miejsce pracy. Praca wre. Jak na to zaradzić? Wystarczy delikwenta dotknąć, aby zatopił się na nowo w ciszy. Łaskotanie odpada. Kto o tym pomyślał ma ode mnie w nos. Niucham.
Woń stóp z dusznych nad ranem kabin miesza się z zapachem glonów, które obrosły tutejsze pomosty. Z zapachem smarów z przybrzeżnego warsztatu dla łodzi, drzew, które rosną dookoła no i oczywiście wody. Marina śpi. Śpi morze. Cale Karaiby zapadły jakby w sen zimowy.
Łapię ostatnie podmuchy ciepłego wiatru. Chowam po kieszeniach. Wplatam we włosy. Fakt, że za wiele ich nie ma. Za godzin kilkanaście będę już tam, skąd pochodzę. Zatapiam się w tym spokoju. Chcę skorzystać. Kiedy wraca się do domu, o takich chwilach dla siebie często zapominamy. A przecież usiąść ma chwilę można zawsze i wszędzie. Zatrzymać się. Czyż nie tego w zagonionym świecie właśnie nam potrzeba?
Chwilą ciszy. Tak żegnam się z tym miejscem.
Czas wracać tam, gdzie na co dzień moje miejsce.

KARAIBY – ROZMOWY Z WIATREM 20/25

Rozmowa środkiem nocy. Ciemno dookoła a mnie budzi On – Wiatr, o drugim Zefir imieniu. Czuje się niezauważany. Chce ze mną rozmawiać. Jakby się złościł na coś, na kogoś, a nikt go nie chciał wysłuchać, bo każdy śpi smacznie i mocno lub bo. i się go na co dzień.
Jesteście ciekawi, co dzisiaj do mnie nasz Wiatr Zefirek mówi? Jakie żale ma do nas i jakie miłosne zawody? Prosi o tajemnicę, więc tematu nie zdradzę, Powiem za to, jak z wiatrem rozmawiam. Bo z nim jest dużo łatwiej niż ludźmi.
Podstawa to wiatru słuchać. On tylko uwagi potrzebuje, a nie ciągłego psioczenia, pouczania czy mądrości, które są mądre dla nas. Pamiętajcie, gdy jest Was dwoje, a tylko jeden mówi, to też rozmową zwiemy. Powiem nawet, że takowa, wnosi dużo więcej niż częsta obopólna paplanina. Słucham więc. Zamykam oczy i milczę.
Teraz wiatr nie jest cicho. Mówi, a jego głos roznosi się w każdym tego miejsca zakątku. Bez mikrofonów, kolumn i innych wynalazków, wchodzi w każdą napotkaną szparę. Próbuje przedostać się do mojej koi.
Kiedy zaczyna mówić, dźwięki nie przypominają żadnej piosenki. Co jakiś czas czuje jakąś powtarzalność, jednak nie liczę na zwrotki czy refreny.
Wpierw wiatr w rozmowie stara się mnie czymś zająć. „Popatrz – mówi. Jaki silny jestem” i uderza wodą o burtę jak wielkim ciężkim żeliwnym młotem. Następne mało przewidywalne uderzenie i znowu następne. Tym razem wiatr nabiera powietrza i wypuszcza po tafli wody w stronę mojej łodzi. Kiedy oddech wiatru burtę napotyka, dźwięk przypomina wybuch powietrza, które już dłużej nie chce tkwić w wypchanym po brzegi dziecięcym balonie. Puf! Czekam na następne uderzenie. Wśród mocnych krótkich brzmień jeden delikatniejszy w powietrzu się niesie. Jakby śpiewaczka, która glos straciła, próbowała go, ćwicząc odzyskać. Inne niskie tony wiatr w sieć z gazy zaplata. Zarzuca w powietrzu jak sprawny rybak, ścieląc je po części kadłuba, który nie jest zanurzony w wodzie. Czasami czymś rzuci, co jakiś czas gwizdnie i zaświszczy. Świsty o wielu barwach świadczą o tym, jak wiele dźwięków ma wiatr w zanadrzu.
Mimo braku nieregularności jest w tym wielki zamysł. Wiatr Wicher tworzy nowy utwór i dobrze wie, co robi. Żaden dźwięk żadna nuta nie jest tu z przypadku. Kiedy tylko próbuję wyłapać zasadę, on znów mnie zaskakuje.

Choróbsko
Łódź stoi w zatoce na jednej boi, która nie da jej odpłynąć. Do niej o wielu splotach do dziobów katamaranu, ciężka lina przywiązana. Lina skrzypi. Wiatr jej wtóruje i też dziwne dźwięki wydaje. Każdy następny zgrzyt jego zęboli przypomina, jakby ktoś wymuszał dźwięki, trąc styropianem o zardzewiałą piłę. Okropieństwo. Mówimy: Wiatr okrutnik Jednak kiedy wyłączymy z głowy wszystkie złe skojarzenia, możemy zauważyć, że wiatr z bólu, żeby zaciska, brzuch go boli, a do tego jeszcze chrypy dostał. Na morzu niewiele trzeba. Przeziębiło się nasze wietrzysko i pomocy szuka.

Trwaj chwilo. Trwaj. Wracaj wietrze do zdrowia. Wracaj.
Wysłuchanie go środkiem nocy okazało się najlepszym lekarstwem. Sam się uspokoił. Bo gdy w brzuchu kreci u Zefira, czasu i cierpliwości trzeba. Tak niewiele, a jednak troszkę. Potem już było tylko lepiej. Po godzinach kilku wiatr znów delikatnie i rytmicznie przesuwał łódkę. Kręcił nią wokół, a jego ruch przypominał płynne machanie chorągiewką na pochodzie pierwszomajowym. Rytmicznie powiadacie? Mnie też to zaskoczyło.

Świt
Zaczęło się rozjaśniać, gdy nasza rozmowa dobiegała końca. Wiatr odszedł spokojnie nad ranem. Morze całą noc wzburzone nawet po zatokach ucichło. Widzicie, jak niewiele trzeba? Posłuchać wiatru, odrzucić obawy, poczekać.
Nastał nowy dzień. Moja łódź z zatoki znowu wypływa na głębiny. Wczoraj wiatr w żaglach odpoczywał, nadając naszej łodzi prędkość do pozazdroszczenia. Podczas kolacji muskał po twarzach, zatrzymując na nich ostatnie promienie zachodzącego słońca. Noc nieco przechorował. Może dzisiaj znowu w zdrowiu będzie nam kompanem? Kto wie. Do takich jak on zmiennych i nieprzewidywalnych po prostu warto się dopasowywać.

19. KARAIBY – A IMIĘ JEGO ZEFIR 19/25

W książkach czytam: Wiatr to ruch powietrza względem powierzchni ziemi. Naukowe podejście. Ja mam nieco inne. Wiatr poznałam na Karaibach. Opowiem o wietrze, to, czego nie wyczytacie w Wikipedii.

On
Wiatr jest jak posturalny facet, taki dojrzały z krwi i kości. Z przeponą, która nieludzko napełnia się u niego powietrzem. Z rozwianymi białymi od słońca długimi cienkimi włosami, dla których grzebieniem są gałęzie wszystkich istniejących drzew na ziemi. Odziany w pelerynę niewidkę potrafi być wszędzie w sekundę. Dość nerwowy bywa i impulsywny. Ponadto ciepły, gdy trzeba przytulić i chłodny, gdy sam stwierdzi o zimnego pożyteczności.

Mowa
Słucham, że: Wiatr świszczy, i szeleści. Szumi gdzieś i dzwoni. Dla mnie jego mowa jest dużo bogatsza. Od bezgłosu co jeszcze przed pierwszym dźwiękiem pojawił się na ziemi, po skowyt mitycznego potwora płaczącego w ciemnej jaskini.
Wiatr potrafi być cichutko jak myszka polna pod miotłą. Nie ze strachu a z szacunku do innych na ziemi wszystkich znanych nam żywiołów. Również z wielkiej zadumy nad życiem. Kiedy myśli tak czasami i myśli bez końca, warto obok niego usiąść, w otoczenie bez słów i dźwięków. Warto we wszechobecną mistyczną ciszę się wsłuchać.

Ruch
Oprócz licznych przemów, własnością Neptuna bawi się i deszczem. Promieniami słońca i przyrodą wszechobecną. Wiatr lubi się ruszać. Bezruch z lenistwem kojarzy. Gdy chandra go dopada, a wody pod ręką nie ma, rękę na rękę zakłada, zwija w kłębek i kręci wokół osi, szybciej niż głowa mu podpowiada. Wtedy nikt go nie zatrzyma. Kiedy emocje wielkie przychodzą, żal czy zawód wielki, w trans tańca wpada, a taniec rytualne plemienne ruchy przypomina. Potem zabiera w swoje ramiona, wszystko, co popadnie. Jednej mu mało partnerki. On chce więcej i więcej. Porusza morza i lasy, góry chce przestawiać. Kiedy lapie się potem za głowę jest już dużo za późno. Trochę mi wtedy ludzi przypomina. Gdy łapią się za swoją i mówią: O la Boga!
My ludzie sprzątamy potem długo, a płaczemy jeszcze dłużej. Nie za wiatrem a za tym, co nam właśnie zrobił. Wiatr nieboga siada w tym czasie gdzieś na uboczu, daleko od świata. Przygląda się wszystkiemu, mając niezłe wyrzuty sumienia. Ach ten wiatr wiecznie poszukujący. Nieprzewidywalny indywidualista o zmiennych nastrojach.

Guliwer
Niekiedy wypada popatrzyć na niego jak na białą kartę papieru. Przestać bać się i przeklinać, że za mocny czy za słaby, a starać zrozumieć. Zamiast wszystkie jego ruchy i dźwięki zaczniesz porównywać do scen z nocnego horroru, warto dostrzec, że nie zawsze możesz delikatności motyla wymagać od gruboskórnego. Jeden rodzi się ważką o delikatnych jak mgła skrzydłach, inny Guliwerem, któremu często udaje się zniszczyć, chociaż ostrożnie po powierzchni stąpa. Wiatr jest jednym i drugim. Subtelność za nonszalancją ukryta. Delikatność i dotyk małej dziecięcej dłoni pod przykrywką męskiej wielkiej graby. Tyle że on decyduje co i jak i kiedy. Pogodę możesz przewidywać, na przewidywalność Zefira nie licz.

Chcesz dowiedzieć się jak z nim rozmawiać, przeczytaj następny wpis „Rozmowy z wiatrem”

KARAIBY – PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA, ZATOKA CHATEBLAIR, SAINT VINCENT 18/25

Zatoka Chateblaire
Jestem w drodze powrotnej. Na Saint Vincent, wyspie, którą odwiedziliśmy już wcześniej. Pamiętacie Fritza, który częstował owocami z własnego ogródka? Dzisiaj jestem w zupełnie innej zatoce. I wiecie co? Często powtarzam, że nie da się wszystkiego przeskoczyć. Że jedno miejsce nie mówi o całej okolicy. Że tuż za rogiem możecie zastać zupełnie inny świat nawet na małej powierzchni, którą morze od świata oddziela. Dlatego nie wierzcie zawsze moim słowom, odkrywajcie każde miejsce po swojemu i na nowo.

Dwa oblicza jednego miejsca
W Saint Vincent zapamiętałam serpentyny, którymi jechałam do stolicy po jej drugiej stronie. Zwykłe miasto i długą kolejkę w banku gdzie każdy spokojnie bez nerwów czekał na swoją kolej. Tak było za pierwszym razem. Fritza i świeżą wodę z kokosa zerwanego prosto z drzewa. Dzisiaj za następny cypel dopłynęłam łodzią. Do zatoki, w której jestem, mało ich tu dopływa. Dlaczego? Bo przedzierasz się przesmykiem między licznymi skalami, a na plaży zastajesz piach brunatny jak węgiel śląski. Woda w grafitach się mieni, jednak ciemna jak napój z jagód odstrasza nieco turystów. Złudzenie rodzi strach przed nią. Rozwiejmy ten strach szybko. Kiedy wchodzisz do niej, woda jest czysta jak łza. Nie uświadczysz tu zwierzaka ani żadnej rośliny, która kąsa, szczypie, parzy czy palce obgryza. Do tego jest przyjemnie ciepła. Czy tyle wystarczy? Mnie tak.
Wychodzę na ląd. W oddali gra głośna muzyka. Pierwsze spostrzeżenie? Użyję słowa, za którym nie przepadam, a które gra mi w uszach: Bieda. Wielka bieda. Lubimy porównywać do standardów, do których przywykliśmy. Plus porównywania? Na chwilę żyjąc w świecie ciągłego dążenia do luksusów, zdobywania i narzekania stajemy przed faktem, że gdzieś obok świat się zatrzymał. Wróćmy jednak do zatoki Chateblaire. Ja po swojemu jej mieszkańców opiszę i miejsce, gdzie klimat biedy broni. Podobnie widoki.

Imigration
Dzieci. Jest ich tutaj mnóstwo. Od tych malutkich co się ich na rękach nosi do tych większych nieco, co kopią w zdezelowaną piłkę i przesiadują na dachach różnych domostw. Tych, co zwykłą oponę od roweru toczą patykiem po asfalcie i tych szczęściarzy co jakimś cudem stali się roweru posiadaczem. Dla większości najmłodszych zabawką jest po prostu ciemny piach o gradacji kaszy manny i słona jak nieludzkie stworzenie woda.
Całą wyspę objedziesz w jeden dzień samochodem. Tutaj nieco na uboczu samochód rzadziej zagląda. Patrząc na ciemne twarze i spokojne oczy wpatrzone we mnie ciekawie, mam wrażenie, że większość z nich nie była dalej niż za najbliższą zieloną górą, którą podnosząc głowę, obejmuję wzrokiem.
Idąc, słyszę miłe dzień dobry. Dorośli podnoszą dłoń w geście: Witajcie w naszych skromnych progach. A skromny jest każdy. Na podwórkach po kilka ciuchów się suszy. To duża część dobytku. Pod domem tylko to, co najbardziej potrzebne. Stare wiadro czy miotła mam wrażenie przekazywana od pokoleń. Chcąc odpocząć, mieszkańcy przysiadają, na czym popadnie. Firanki w oknach? Zdarzają się. Szyb często jako takich nie wypatrzysz. Złodziej nie ma co tu kraść, a budynek straży granicznej wygląda jak na opuszczony. Stare mury i zardzewiała tabliczka informacyjna. Jestem w środku. Przez małe okno wpada nieco pomarańczowego wieczornego światła. Tylko dzięki słońcu to miejsce jest w miarę przyjazne. W środku dwa stoły i krzesło. Na jednym stole kilka kartek papieru. Na drugim komputer i dość duży monitor. Mam wrażenie, że to jedna z niewielu wartościowszych rzeczy w tym malutkim miasteczku. Po wytłumaczeniu urzędnikowi, skąd my dokąd i po co, usłyszałam mnóstwo tłumaczeń, że nie chce robić problemu. Och jak bardzo dalekie to od zachowań wielu, którzy panami się zwą często, bo tytuł urzędnika im w cywilizowanym kraju nadano. Szanuję ten zawód, ale sama też lubię być szanowana. Tutaj tak się właśnie czuję. Między słowami proceduralnymi ukryte inne słowa: Ja czynię tylko swoją powinność i przepraszam, jeśli w odpoczynku przeszkadzam. Urzędnik uśmiechnął się. Dobrze nastroił. Przypomniał, że tak tez można. Idę dalej.

Zwykłe życie
W tej zatoce życie wydaje się bardzo proste, chociaż prostym zakładam, że nie jest. Ludzi budzi wschód słońca. Zachód do snu układa. W ciągu dnia w bardzo powtarzalnym rytuale ci ludzie walczą o przetrwanie. Starsi wpatrzeni w jeden punkt, przesiadują przed domem od rana, aby na wieczór do łóżek wrócić. I tak mija dzień za dniem. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś nowy od przypadku pojawił wśród tubylców. Dzieci nad morze przychodzą, aby umyć się w słonej wodzie. Wanna w domu w zatoce nie w modzie.

Podążać za muzyką
Na ulicy gra muzyka afro karaibska. Bo na Karaibach słychać ją często w każdym zakątku. Nawet gdy słowa smutne muzyka i tak dobrze nastraja. Ta Reagge, Calypso czy Zouk, który odpowiednikiem jest disco Polo. Głośna muzyka niesie radość, gdy o zarobek ciężko. Podążam za nią. Pnę się pod górę. Po jednej stronie domy po drugiej też domem można to nazwać.
Starsi ludzie, którzy na murkach przysiedli w gorące rytmy wsłuchani. Na rozdrożu dróg gdzie stary most się zapadł, boisko a na nim młodzi chłopcy mecz właśnie rozgrywają. Siatka w bramce przypomina zdezelowane po wielu latach sieci. Pierwszej młodości nie pamięta, a dziur nie miał kto w niej połatać. U dołu do podłoża przyczepiona czym popadnie. Kawałek liny, kawałek pręta i tyle wystarczy. Ważne, że konstrukcja cała wiadomo, w którą stronę kopać. Wpatruję się w linie wyznaczającą boisko. Jest ledwo widoczna. Jakby usypana tymczasowo. Drużyny trudno odróżnić, bo koszulek drużynowych ci chłopcy pewnie na oczy nigdy nie widzieli. Przyszli w tym, czym mieli pod ręką. Jedynie bramkarz wyróżnia się z tłumu. Emocje są. Całe pokolenia patrzą i odpoczywają jakby przyszli na wielką majówkę. Jest środek tygodnia. Wspólne biesiadowanie, ale straganów z jedzeniem nie uraczysz. Mało kto ma w kieszeni, a turyści tu nie docierają. Jedna knajpka z piwem i rumem. Jeden mały stolik a na nim woda i kilka cukierków na słodko. To wszystko a ludzie zeszli się z polowy okolicy. Jeden powie smutny widok, chociaż kolorów dookoła nie brakuje. Drugi dostrzega, że oni innego życia nie znają. Urodzili się przy tej plaży. Kobiety urodzą po kilka pociech i tutaj odejdą w ciszy i spokoju.

Kreolka z zatoki Chateblaire
Wracam. Po drodze mija mnie jedna z mieszkanek. Na postronku kozę na pastwisko prowadzi. Mlekodajna koza tutaj to więcej niż dużo. Tuż przy plaży spotykam kobietę. Młoda o delikatnej twarzy. Mieszka przy samym morzu w czymś, co dom niewiele przypomina. Na rękach trzyma kilkumiesięcznego chłopca. Zagaduje, uśmiechając się słodko: Chcesz moją pociechę? Oddam za 1 dolara. Biorę chłopca na ręce. Kobieta z ufnością oddaje. Białe duże oczy należące do małego szkraba patrzą na mnie ciekawsko. Drobne dłonie jaśniejsze od środka pokazują w stronę mamy, a potem w stronę morza. Chłopiec rozgląda się dookoła. Widząc swoje zdjęcie na ekranie smartphona, jego oczy przestają mrugać. Robią się jeszcze większe i ciekawe nowego. Dotyka, jakby nie wierzył. Jakby po raz pierwszy w lustrze się widział. Zerka na mamę radosny, jakby chciał powiedzieć: To ja. Popatrz mamo. To ja! Matka przytakuje dumnie. Otwarty na nowe dzieciak szybko przyzwyczaja się do białej twarzy. Skórę ma gładką jak inne dzieci na całej kuli ziemskiej. Ciepło jego małego ciałka zniewala. Przytula się. Radosny, bo mimo skromnego bytu i braku wyszukanych zabawek ma coś cenniejszego. Kochającą go matkę. Oddaję chłopca w ręce tej, co na świat go wydała. Całość komentuję: „Chłopiec może i poszedłby ze mną, ale mama zbyt kocha, żeby syna oddała”. Kobieta przytula mocno małego. Czułam, że żartowała. Ona również. Przemiła osoba. Takie sceny z życia na długo w sercu pozostawiam. Oj długo. Tak skromnych ludzi o tak mało zajmującym życiu również.

KARAIBY – MASTIQUE NA SZYBCIUTKO 17/25

Mastique. Tam trzeba być. Tak mówią. Tam bogaci tego świata mają swoje rezydencje. Tak słyszałam w opowieściach. Od Kreoli również, że to miejsce wypoczynku tych z sąsiednich wysp co mają troszkę więcej pieniążków. A jak jest naprawdę? Szczerze to nie wiem. Mogę opowiedzieć o Mustique, które w mojej głowie zostało?

Rzut okiem
Jestem tutaj raptem chwilę więc wybaczcie, jeśli nie opiszę tego, co na mapach i w przewodnikach. Miejsce, w którym zakotwiczyliśmy, nie przyciąga niczym ciekawym, kiedy patrzę na nie z wody. Przybrzeżna budowa. Wielki kuter przy pomoście. Wzdłuż drogi zabudowania.
Kiedy wysiadam, jest już zupełnie inaczej.
Wzdłuż wybrzeża knajpki i sklepiki. Jestem przy małym bajkowym zabudowaniu, w którym zlokalizowano piekarnię. Zapach bagietek i francuskich croissantów przytłacza woń białych kwiatów kwitnących na drzewach i żywopłotach. Takich co na Hawajach dziewczyny wpinają we włosy. Aż dech zapiera. Aż nos zatyka. O takie perfumy nawet w strefie bezcłowej trudno. Patrzę pod nogi. Po trawie niewielki żółw się przechadza tam, ale nie z powrotem. Biorę w rękę. Ciężki jak kamień. Do tego wstydliwy. Zerka na mnie chwilę groźnie. Usta zacisnął. Zostawiam gada. Niech się dalej pasie. Nieopodal pod drzewem sieci a przy nich rybak. Pokazuje coś do mnie. Tłumaczy, abym w dal patrzyła. Tam, gdzie woda się wzbiera, chociaż fal wielkich nie ma. Blisko horyzontu. Tam wieloryby wypłynęły, aby do Mastique zawitać na chwilę. Daleko troszkę, ale i tak rybakowi jestem wdzięczna. Za to, że mu się chciało. Że się spostrzeżeniami podzielił. Mastique to miasteczko zadbane. Sklep dobrze zaopatrzony. Widać, że państwo w infrastrukturę inwestuje. W każdym miejscu, gdzie pojawia się turysta z kasą, życie mieszkańców staje się łatwiejsze. To każdy zauważy, nie trzeba być wzrokowcem.

Skarby Mustique
Spacer przy brzegu. Zaliczam białą plażę z rządkiem palm, które dzielą brzeg od miejskiej spokojnej drogi. Małe pogaduchy z psiapsiułą pod jedną z nich. Na tej wyspie jest energia, która wprowadza spokój. Jakby chroniła cię od wszystkiego, co przytłacza naokoło. To miejsce, gdzie można siąść nad brzegiem morza i porozmawiać o sekretach czy codziennych wyzwaniach. Czy to zasługa wyspy, czy ludzi tu mieszkających? Nie wiem. Próbuję zgadywać.
Biorę w rękę wielką różową muszlę. Wyrzucona przez morze nie jest w najlepszym stanie. Morze Mustique sobie upodobało, aby właśnie tutaj jego skarby na brzeg wyrzucać. Jedna koło drugiej. Jest ich tutaj mnóstwo. Mówią, że tysiące. Ja patrzę na te, co w sterty jak u nas gruz usypane. My się takimi zachwycamy, tutaj nikt nie zwraca na nie uwagi, bo są widokiem codziennym. Szumią jedna do drugiej cichutko zagłuszane przez skrzeczące odgłosy ptactwa wodnego.

Moc jest z nami
Patrzę na szare kamienne rzeźby na jednej z przybrzeżnych posesji. Posągi ludzkiej wielkości hinduskich bożków na czele z Buddą tkwią w tym miejscu w bezruchu. Niektóre patrzą w morze, z którym żyją w harmonii. Niektóre jak sam Budda oczy mają zamknięte. Pogrążone w ciągłej medytacji. Wraz z nimi drewniane popiersia innych istot nieludzkich. Podłużne twarze z lekkim uśmiechem i chude jak szkapy patrzą na mnie. Skąd ja je kojarzę? Kenijskie hebanowe postacie Masajów wiernie oddane. Zamyśliłam się na chwilę. Nabrałam głęboko powietrza. Wzięłam do ręki jedną z ładniejszych muszli. Pięknie wyglądałaby wśród kolekcji. Perłowa skorupa z białą otoczką i różowym jak sukienki słodkiej Barbie środkiem. Ciężka, kurpulentna, z solidnymi ściankami. W niej głosy morza ukryte i rozmowy syren. Chwila zawahania się. Dar morza ląduje z powrotem na swoim miejscu. Wraz z innymi tworzą klimat Mustique. Bez niej to miasto jest jak układanka bez jednego puzzla.

Ostatnie spojrzenie. Mocy, niektórych miejsc i budowli na świecie do dzisiaj nie odgadliśmy. Czyżby komuś tutaj udało się jej troszkę w tajemnicy przed kimś przenieść? Kto wie. Kto to wie.

KARAIBY – ATKA PIRATKA, CZYLI BABA NA POKŁADZIE 16/25

Z wszystkich ludzi, których nie lubię, Ciebie lubię najbardziej. To jeden z moich ulubionych tekstów. U Atki Piratki tak nie ma. Jej nie da się nie lubić. Ot tak po prostu. Jest otwarta i do bólu szczera. Jak zaboli, to przynajmniej wiadomo, że się cos przeskrobało. Tylko że u Atki nic a nic nie boli. Dzisiaj o kobietach na łodzi. Czy dużo ma ich być, czy mało? Jak Sobie radzą? Zobaczcie sami.

.
. . _ _ _ . . . Czyli S O S
Dać babie ster to zawsze coś wymyśli. A jak dasz go do ręki Atce, co ma w genach cos z pirata to już na 100 procent. Fale na morzu. Buja. A ona z opalenizną na lokalsa rozgląda się po morzu i woła na kanale pokładowego radio:
– Tilapia do Tazar zgłoś się! Dajcie kompetentnego do telefonu. Na nawigacji włączony autopilot. Reszcie się przysnęło, a wyspa coraz bliżej. Co robić Panie Kapitanie z innego pokładu? Co robić!

No cóż, wyspa sama się nie przesunie. Do łodzi Atki daleko a ona prosi o koło ratunkowe. Żadnych flag nie widzę. Dźwięków i strzałów nie słyszę. Hmm. Słucham i przyglądam się. Minęło raptem minut kilka. Nagle łódź Atki kurs dobry obrała i pomknęła prosto przed siebie. Wieczorem oczywiście było co opowiadać, a każdy miał swoją wersję. Żart to był czy nie żart? Prawdy nigdy nie dojdę.

Pogodna z tej Atki dziewczyna z głową pełną pomysłów. Szczera i taka do serca przyłóż. Pozytywnej muzyki za pazuchą ma cały repertuar. Nie dziwne, że nuda się jej nie trzyma. Patrzę w czarne oczy, które komponują się z kruczymi włosami. Ma w nich coś z małego diabełka, chociaż już taka mała nie jest. Ktokolwiek by coś nie przeskrobał, na Atkę Piratkę wina spada prawie zawsze. Broi czy psoci? A może jedno i drugie? Jeśli chcesz, aby Twoje wakacje na nudzie się nie skończyły, znajdź swoją Atkę Piratkę, co wiele radości w Twoje życie będzie wnosić.

KARAIBY – PRZECHYTRZYĆ NATURĘ 15/25

Za sterem
Tego dnia chcę przechytrzyć naturę, ale również popatrzyć na chorobę morską z innej nieco perspektywy. Ponoć mówią, że próbować poprawiać jakość swojego życia zawsze warto.
Odblokowuję autopilota. Wielkie koło biorę w swoje ręce. Z LB mam cichą umowę. Jak będzie współpracować, zadbam o jej wnętrzności. Morze na nowo stawia wyzwania. Ilość węzłów niewiele większości mówi podobnie skala Beaufourta. Jak wiec wieje? Pogoda mówiła w porywach a tu jeden wielki poryw. Głowę chce urwać, ale głowa jak to głowa mocno się trzyma. Buja. Skupiam się na tym, co dzieje się z moim ciałem. Bose nogi mocno przyssały się do podłoża. Wszystkie mięśnie napięły się jak struny. Czworogłowy i inne nawet te bezgłowe stanęły na wysokości zadania. Kolana zablokowały, sprawiając, że dolna cześć mojego korpusu zamarła w bezruchu. Po godzinie palce zdrętwiały. Poruszałam nimi lekko. Ciarki przeszły.
W stopie poczułam dziwne uczucie. Au! Parzy. Słonko jak laser wypalało w niej mikro dziurki. Zabawne. Z ja dopiero teraz poczułam. Sama się sobie dziwię.
Patrzę na biceps. Sama nie wiem, czy urósł od pompki i spłukiwania w toalecie, czy od manewrowania sterem. Może od jednego i drugiego?
Patrzę na inną łajbę. Wygląda jak zabawka w wannie z wodą, w której kapią się dzieciaki. Chlapią się i szaleją, o zabawce zapomnieli. Ja napiszę: Piękna fala. Upewniam się u kapitana: Fala ze 2 metry ma? Odpowiedź brzmi: Na pewno.
Ty i łódź. Łódź i Ty. Pełne skupienie na celu. Wtedy zapomina się o chorobie morskiej i o wszystkich innych chorobach. Nie wierzycie? Sprawdźcie.

Patrzę w dal. Szkwał pisze się na wodzie. Jedno spiętrzenie wody i drugie. Za nim następne i następne. Woda, która właśnie rozbiła się o dziób, wylądowała na mojej twarzy, ochlapując również kapitana. Po raz kolejny wdarła się w różnorakie zakamarki. Poczułam w ustach sól. Chmury dodawały całej scenerii nieco powagi. Pokrywały szczyty i wyspy wyrastające przed nami. Byliśmy coraz bliżej celu.

W strefie portowej pływanie nabrało nieco więcej kolorów. Część znudzonej jeszcze jakiś czas temu załogi rozruszała się nagle ciekawa widoków. Frajdą okazał się slalom między bojkami. Mijanki z innymi jachtami. Kapitan i reszta załogi mają do mnie zaufanie. Duma we mnie rośnie. Szybki awans z majtka na sternika? Szybciej chyba się nie da. Kapitan obok w zadumie wpatrzył się w morze. Ale wyszłoby zdjęcie! Moje ręce jednak obie zajęte. Morze i wiatr nie odpuszczają nawet w porcie.

W dzień stoję za sterem, a wieczorem śmieją się, że zaganiam kapitana do mycia garów. Jak odganiam sternika od koła sterowego, to twierdzą, że inteligentnie. Czasami Czort na mnie wołają. Chyba poniekąd słusznie.

 

KARAIBY – W KAJUCIE 14/25

O widokach już było. O morzu również. O tubylcach także napomknęłam niejednokrotnie. O czym to będzie dzisiaj? O tym, jak chorobę morską pokochać. Również na temat jak jest za sterem katamaranki Lady Bestia, której prawdziwe imię brzmi Tilapia.

Żygu żygu
Choroba morska. Dopada przy dużych falach na morzu. Gdy morze tajemniczą dla mnie częstotliwość osiąga. Niejeden powie: Kiedy zbyt późno zorientujesz się, jest po Tobie. Ktoś mnie pyta: Po co to wszystko? Co w tym pociągającego? Odpowiadam: Przecież choroby morskiej się nie wybiera. To ona czasami wybiera nas. Ratunek? Na Jezuska pod pokładem lub stanąć za sterem. Przetrenowałam oba sposoby. Po stokroć polecam ten drugi.

Na Jezuska
Leżę w kajucie. Patrzę przez forluk na niebo. Mam sprawdzić, czy okienko dobrze domknięte, ale niemoc przyszła. Chmury płyną. Ciało słabe jak po długiej chorobie. Mięśnie zwiotczały. Nie ma siły na podniesienie ręki, o reszcie ciała nie wspomnę. To jakby przyssało się do materaca i podskakuje wraz z nim jak na trampolinie. Do tego mam wrażenie, jakbym była częścią gry strategicznej zależnej od joystika. Mdli? A no mdli. Żołądek jakby na wycieczkę się wybrał. Nie może sobie miejsca znaleźć. Jakby ktoś ci rzeźbił do tego w środku piłą w bryle lodu. Brzuch zwiotczały. Ledwo podnosi się wraz z oddechem bidula. Staram się nabrać powietrza jak ryba po łyk wody, gdy ją z niej wyciągniesz. Na nic moje starania. Podczas takiej przygody człowiek ma dwa marzenia. Zasnąć i nic nie pamiętać albo jak najszybciej dopłynąć do brzegu. Plusy: Czy są takowe? Zawsze są. Jeśli ktoś dawno nie czyścił jelit ze złogów przy chorobie morskiej ma do tego sposobność. Wystarczy wstać i wychylić się przez burtę. Wstyd chowamy wtedy do kieszeni.
Leżę. Świata nie ma. Jestem ja i łajba, która uderza co rusz o fale. Skacze po nich jak konik polny Łup. Łup. Łupie woda o kadłub łodzi. Na zewnątrz ulewa. Chyba sztorm na to wołają. LB znakomicie sobie radzi. Zachowuje się jak poduszkowiec. Morze przelewa się pod, nad, wzdłuż i w poprzek łodzi. Na sternika woda chlapie. Przypomina mi to zabawę dzieciaków w Lany Poniedziałek. Gdy dzierżą wiadra z wodą i całą ich zawartość kierują co rusz impetem jedno w drugiego. Ale jazda! Skąd wiem, jak jest na zewnątrz? Słyszę każde wody uderzenie. A do tego opowieści po fakcie. Bo takich przeżyć trudno nie skomentować.
Leżę. I w tym momencie zazdroszczę. Tym, co pod pokładem film oglądają albo w karty grają i nic im w zupełności nie jest. Tak nic a nic. Tak dobrze to ja nie mam, cieszę się, jednak że choroba morska dopada tylko od święta.
Czasu nie liczę. Czekam. Na niebie znowu słońce a za oknem ląd już blisko. Błędnik już się cieszy. Hurra! Będzie dobrze. Głowa podpowiada, a ciało daje propozycje: Następnym razem prosimy na pokład. Tam horyzont w oddali, jest co robić i wrażeń niezapomnianych więcej.
Morze uspokaja się. Wychodzę jak z kosmicznej kapsuły. Nabieram świeżego powietrza. Jest lepiej, a będzie jeszcze lepsiej. Patrzę pod nogi. Dotykam gładkiej konstrukcji. Czysto jak ta lala. Morze zrobiło klar na pokładzie. Szczęściarz ten, który mycie dzisiaj planował.
No i jak, nastraszyłam nieco? No co Wy. Przecież niedogodności to też przygoda. To poznawanie własnych słabości i nabywanie świadomości, że na życie również te wakacyjne składają się chwile lepsze i lepsiejsze. Zraziłam cię, a głowa podpowiedziała, dziękuję za taką przygodę? No cóż. Zawsze można zostać w domu. Mnie jednak dużo więcej spotyka tutaj wspaniałego, abym przez taką niedogodność miała rezygnować. A dla jakich powodów tak naprawdę warto zastanowić się nad wyjazdem dwa razy ? Będzie i o tym, jeśli do lektury o Karaibach dotrwacie do końca.

KARAIBY – ŻĄDZA PLAŻ, MAYREAU, Middle Grenadines 13/25

Tu już lazurów mniej, ale ciągle więcej niż zwykle. Widok za to przyciąga długie przewężenie na wyspie. Jesteśmy jeszcze kawałek od brzegu.
Jeden z tubylcòw podpływa sprytnie na kolorowej łódeczce i macha ręką dając jasne sygnały: „Chodźcie, pokażę Wam gdzie stanąć”. W zatoczce dosyć ciasno. LB z gracją przeciska się między innymi łodziami stojącymi nieco bliżej w głąb morza. Brzeg jest coraz bliżej i bliżej. Mijamy pierwszy rząd łodzi stojący już prawie przy plaży. Tutaj już kapią się ludzie, czy da się jeszcze bliżej? Kilkanaście ton masy powolutku zbliża się do suchego piachu. Ufamy tubylcowi. Tak blisko naszym domem nie podpływaliśmy jeszcze do brzegu. Zrzucamy kotwicę. Kilkanaście metrów od plaży, na której tętni życie. Da się? Da. A i owszem. Przy pomocy tych, co znają tu każdy kawałek. Tak mi nawet troszkę głupio przez chwilkę. Bo dlaczego my pierwsi a za nami cała reszta? Z darami nie polemizuję. Dano. Biorę. Zasłużyłam, bo umyłam chwilkę wcześniej dwie toalety. Cala reszta załogi również coś wniosła do rzeczy.
To na tej plaży poznaję Frediego chudzinę. Tutaj po raz pierwszy mam w ręce żywą langustę. Stworzenie o kształcie, przebarwieniach i wzorach dopracowanych przez Boga przez dni wiele do perfekcji. Tutaj, stojąc na przewężeniu wyspy, widzę jednocześnie Ocean Atlantycki i Morze Karaibskie. Głowa nie ogarnia. Stojąc się i nie ruszając z miejsca, czuję się jak nad Wielkim Kanionem dzielącym ziemię na części dwie. Morza, które dzieli kilka metrów plaży i jedna przechylona palma. Taka jak na bajkowym obrazku, gdy w obrazach w Google wpiszecie Karaiby. Jak myślicie, weszłam na nią?
Odpowiedzi udzielam tylko w cztery oczy. Żart oczywiście. Wlazłam, bo przecież od małpki ponoć pochodzę. Instynkt zrobił swoje.

Na bogato
Kilka stolików, małe drewniane zaplecze i kuchnia pod gołym niebem. Wieczorem w knajpie u szczupłego dobrze marketingowo przygotowanego Frediego zjadłam złocistą langustę. Przyznaję się bez bicia. Jednej tylko połowę. Słono zapłaciłam. W końcu nad słoną wodą jestem. Delikatny smak zapamiętam. Potem podjęłam mocne postanowienie, czy jak kto woli męską decyzję: Drobne owoce morza, a i o wszem, ale te zwierzęta są za piękne, aby dla kawałeczka mięsa ich cale piękno w większości w skorupie ukryte na talerzu lądowało. Uwierzcie lub nie. Wartość niosą tylko, gdy żywe. Od dzisiaj zajadam się smażonymi w głębokim oleju bananami bez skóry. Pychota. Chcę jeszcze. Chcę więcej. Langustom i homarom życzę szerokich podwodnych bezkresów.

Zasypiam pojedzona i pełna wrażeń. W nocy wstałam na chwilkę i popatrzyłam w niebo. Gwiazdy ścielą się na nim jedna obok drugiej. Jak świetliki, które zebrały się na jakieś ważne spotkanie. Na gwiazdach nie znam się ani wiele na astronomii. Mały Wóz i Wielki. Tylko mi się nie śmiać. Wiem jednak, co znaczy niebo gwiazdami usłane. Teraz już wiem. Zjawiskowy widok na domknięcie dnia, który nie zdarza się co dzień.

 

KARAIBY – ŻĄDZA TOBAGO CAYS, Middle Grenadines 12/25

Żółw wynurza się i nabiera powietrza dwa razy. Przyspieszam. Podpływam. Mam go prawie na wyciagnięcie ręki. Uśmiechnął się. Zanurkował. Uciekł drań jeden. Oddech mnie ograniczył.
Duża bestia. Jak duża? Wielkości przeciętnego okrągłego stolika w ulubionej pizzerii. Na tyle duży, że ciężko byłoby mi go objąć. Jak ciężki? Sama go nie uniosę, za to on pociągnąłby mnie bez wysiłku. W wodzie ciężaru nie czuć. Takich żółwi jest tutaj więcej. Całe rodzinki, bo to zakładam, ich jest żerowisko. Z innym osobnikami próbuję. Znowu zabrakło kilka sekund. Uwagę przykuwa mała rybka wydmuszka. Okrąglutka sprawia wrażenie przeźroczystej. Jej ciało zdobią czarne kropeczki. Jak piegi wyglądają na skórze. Mały balonik z cienkim pyszczkiem i żółtawym brzuszkiem. Próbuje wbić się w piasek. Nadmuchana jego reszta dynda w powietrzu. Śmieszny widok. Nieopodal jest ich więcej. Wyglądają ja obstawa. Tuż pode mną zjawiskowa płaszczka. Patrzę na jej długi czarny kolec jadowy. Głowa sama podpowiada, jak daleko mam się od niej trzymać. Widzę ją jednak wyraźnie. Powiewa. Powiecie: Jak to powiewa? Jak plisowana biała sukienka Menrlin Monroe, która w jednej ze znanych scen filmu słomiany wdowiec podnoszona przez powiew powietrza z kratki wentylacyjnej faluje płynnie i delikatnie tym bardziej im bliżej krawędzi zewnętrznej.
Pod spodem gładka i lśniąca, żółta miejscami z wierzchu płaszczka wtapia się w teren, jakby ciągle się gdzieś czaiła. Chwila nie mija, jak rozglądnęła się czujnie i obróciła, szukając innego dogodnego miejsca. Dobrze wiedziała o mojej obecności spryciula. Czułam, jak jest inteligentna. Płaszczki to indywidualistki. Nieco nieufne, ale też pewne siebie Primadonny. Kiedy zauważyła cos w oddali, długo nie trzeba było czekać. Znikła jak odrzutowiec. Cóż za widok. Wystarczy kawałek rurki i płetwy no i masz ci los świat wodny w zasięgu swojej ręki. Czy ja kiedyś się nim znudzę?
Wyciągnęłam głowę nad powierzchnię. Wiało trochę więcej niż troszkę. Wokół kilkanaście łodzi cumowanych na kotwicach. Wielkie kolorowe zatykające dech w piersiach wypłycenia. Gdzie nie spojrzysz horyzont i woda. Gdzieś w oddali tylko jedna wyspa baśniowa.
Widziałam już miejsce, z którego Stwórca wodę źródlaną rozdaje. Tam, gdzie początek górskich jest strumieni. Tutaj mam wrażenie, zaczątek jest mórz i oceanów. Żadne zdjęcie tego nie odda. To miejsce warto poczuć. Zanurzyć się w wodzie, zaglądnąć pod jej niebieską taflę. Poczuć jej słonawy smak na ustach i jej lekko balsamiczną konsystencję. Wokół własnej osi obrócić i popatrzyć na horyzont, który z każdej strony jakby trzymał całą wodę tego świata w ryzach.
Ostatnie zdjęcie. Ostatnie wrażenia zamykam w szufladce pamięci. Co dzisiaj jeszcze? Zbyt dużo wrażeń. Chyba na dzisiaj wystarczy.

KARAIBY – ŻĄDZA PLAŻ, PALM ILAND, Middle Grenadines 11/25

Jestem żądna plaż. Nie piratów. Nie morza i nie słońca, bo jego mam ostatnio pod dostatkiem, a piasku, na którym mogę po prostu posadzić mój biały tyłek, a potem już tylko lukać, zawiesić się w czasoprzestrzeni i marzyć.
Wiecie? Mówimy, że często w życiu jest pod górkę, ale czasami są takie dni, kiedy dostajesz od życia i dostajesz. I łapiesz się na tym, że mówisz: „Poczekaj, proszę życie, bo to za dużo na raz tego dobrego”.
Dzisiaj jest taki dzień.
Patrzę po twarzach tych, co są tutaj ze mną. Dech im zapiera na chwilę. Na kolory wody można by było patrzyć i patrzyć. Uzależnia jak tutejsze słońce, morze i marihuana, o której wielu zaprzeczy, że tak jest.

Lady Bestia podpływa do małej zatoczki. Malutkiej wysepki, która jeszcze dzieckiem wśród reszty się wydaje. Woda spłyca się i spłyca. Już jej dno pod taflą widać. Tutaj wsunę moje nogi w piasek i postaram się poznać tajemnicę plaż, które dech w piersiach zatykają. Gdzie woda ma kolor soczystych kolorów zieleni, która budzi się do życia wiosną. Niebiańskich błękitów po troszku zebranych z całej kuli ziemskiej, tak wszędzie po troszku.
Wydaje się bardzo płytko. Łódź mamy kilkanaście metrów od plaży, a kotwica leci w dół, który dna jakby nie miał. Czekamy. Czekamy. I jeszcze troszkę czekamy. Uff. Katamaran się stabilizuje. Przede mną już tylko rzut beretką do błyszczącej w słońcu sterty piachu, która wzdłuż wysepki się wije.
Stawiam krok. I następny. I następny. Robię wielkie moje małe oczy. Piasek mimo stopni wielu w stopy nie parzy, jak to często bywa na innych plażach. Przeciwnie delikatnie chłodzi, a do tego masuje. Gdzieś w głębi wyspy za przybrzeżnymi falami hotel o wypasionym standardzie jest ukryty skrzętnie. Skąd wiem? Strażnik przegonił, ale miły był, bo pozwolił zatrzymać się i odpocząć minut kilka, a nawet więcej. Tych co nieco na dłużej przybyli nie czuje się obecności a cywilizacji, tylko troszeczkę.

Jo ho ho
Wskakuję do wody. Płynę. Wiję się. Wykładam na niej. Fala za falą unosi na wodzie. Jest czysta jak łza zmieszana z odrobiną Ludwika. Zero pływających farfocli i resztek roślinności. Zero kamyków pod wodą lub resztek z morza, o które się można skaleczyć. Cala zwierzyna morska, która nas często odstrasza, na takich plażach mam wrażenie, że ma podwodne zalecenie od Boga. Taki cichy zakaz wstępu.
Nawierzyć się nie mogę. Słono mi w buzi więc na chwilę wychodzę. Patrzę na innych. Bawią się jak dzieci. W szuru szuru stóp i małe podtapianie. W układanie ciała na piachu gdzie każda kończyna inny kierunek świata wyznacza i przytulanie do piachu. W przepuszczanie piachu między palcami okładanie nim własnych i cudzych kończyn, zanim woda piachu z następną delikatną falą nie zmyje. Bawią się, a w zabawie zapominają o bożym świecie. Każdemu się takie błogie chwile należą. To właśnie takich warto szukać na chwilkę na co dzień.
Patrzę i myślę? Jak natura to robi. Odpowiedź jest blisko. Posłużę się tym razem matematyką. (Słońce + woda) + (to, co pod stopą + wolność) = raj na ziemi.

Slońce
nie może być ani za wysoko, ani za nisko. Nie za daleko ani nie za blisko. Tylko gdy jest tak w sam raz, najdelikatniejsze z promieni mogą pod pewnym kątem wskoczyć do czystej wody.

Woda
Nie może być za głęboka ani za płytka, a jej dno ma być wyścielone czymś, na co z przekonania własnego piach wołamy zazwyczaj. Biorę troszkę tego czegoś do ręki.

Piach
Na pierwszy rzut oka tak twierdzę: Gdyby był sprzedawany w sklepach to tylko w delikatesach tam, gdzie z produktami najdroższa półka. Mylę się. Robię najzwyklejszą obdukcję. W gruncie rzeczy na Karaibach piach często piachem nie jest. Moja dłoń kolorami się mieni. Wśród biało kremowych drobinek chowają się czarne i czerwone niejednokrotnie. Są cięższe od piasku. To miliony muszli, które Syreny Aniołom w prezencie dają, aby te mogły przesiać je przez oczka drobnego sita, a potem bawić nimi w budowanie zamków na piasku.

Wolność
To ostatni z warunków. Dlaczego jest potrzebna? Dopóki ekosystem tu rządzi, od którego nie ma dla mnie mądrzejszego, takie miejsca będą trwać i trwać po wieki.

Patrzę w morze. Szumi. I tylko tyle. Podłoże błyszczy się i mieni jak kryształki Swarovskiego. Woda rozkłada maleńkie kolorowe ziarenka na moich stopach, a potem zabiera z powrotem w morze. Nie za daleko, bo drobinki muszli dość ciężkie i szybko opadają przy brzegu. Wody nie mącą. Moje ciało jest jak po najdroższym z pilingów. Nie używam ręcznika. Resztki wody na skórze same odparowują, pozostawiając na niej drobinki morskiej soli. Czuję, jak sól tworzy barierę ochronną, a mikroelementy odżywiają moje ciało. Siedzę. Natura dba o mnie i nie woła za to żadnej zapłaty. W zamian pragnie tylko jednego. Poszanowania.

Chwilę popadam w zadumę. Wiecie, kiedy się w nią popada, mina troszkę rzednie. Czas kończyć. Reszta zbiera się powoli. Żal takie miejsca opuszczać, bo myśl przychodzi: „Już tak za chwilę nie będzie”. Nie tak. Nie dajcie się zwodzić myślą. Czasami jest zupełnie odwrotnie.

KARAIBY – GRENADA DNIA JEDNEGO 10/25

Płyniemy z prędkością 8 węzłów Bijemy rekordy? Wiatr przystąpił do wyścigów. Goni do przodu i goni. Dzisiaj jest naprawdę w formie. Czyżby wyzdrowiał? Jeszcze 2 dni temu był chory. W oddali Grenada. Z wiatrem, który nie odpuszcza, wpływamy do zatoki. Rozglądam się po innych pływających domach. Myślałam, że to my jesteśmy duzi. Pamiętajcie: Zawsze znajdzie się coś większego, innego, ciekawszego czy wyższego. To wynik porównywania. Czasami warto sobie go odpuścić.

Port Louis
Marina jak to mówią niektórzy wypasiona. Prywatne jachty z całego świata się tutaj spływają. Pieniędzy tutaj nie żałowano na bajkowe domki czy basen blisko plaży. Miejsca, gdzie król chodził piechotą, wyglądają jak salony kąpielowe. Dla żeglarza to 5 gwiazdek.
Jak tutaj codzienność wygląda? Chodnikiem, wzdłuż którego tropikalna roślinność rośnie w kierunku, który ludzka ręka nadała, idzie dziewczyna o skórze błyszczącej w słońcu jak tutejsza słynna czekolada. Ciągnie za sobą wózek dwukółkę z wielką rączką. Dużo większy jest niż taczki, ale też dużo lżejszy. Na nim niewinna nieco większa damska torebka. Taki spacer?
Widok dla mnie nietypowy, a jednocześnie zjawiskowy. Jak ja ciągle staram się ludzi zrozumieć. Przy basenie ludziska nogi moczą. Łodzie i statki przy brzegu odpoczywają. Tutaj jedni mieszkają na stałe, inni są tylko przez chwilkę. O sąsiedzkich zażyłościach trudno coś powiedzieć. Ogrodzona Marina o wysokim standardzie z ochroną na każdym kroku. Tutaj tylko trzeba mieć pieniądze. Chcielibyście tak na długo?

Grenady tylko liznę
Nieco przy brzegu kilka kilometrów spaceru. Tylko na tyle wystarczy czasu. Idę i doświadczam przez chwilę. Mijam miejsca, gdzie cumują łodzie rybaków. Duszący nieco zapach ryb i kolorowe sieci to tutaj codzienność. Wśród starych mały łódeczek kawałek zieleni. Na drzewie tuż obok nieznane mi zielone, duże owoce zwisają. Biały ptaszek o dziubku cienkim jak szewska igła i jeszcze cieńszych, długich nóżkach, powoli stąpa po wodzie. Przygląda się bacznie i na coś poluje. Na jego twarzy pełne skupienie, na mnie nawet nie spojrzy „gad” jeden. Po mojej jednej stronie woda po drugiej droga. Za nią budynki murowane. Jedne całkiem nowe inne prawie historyczna ruina. Wchodzę między niektóre. Wrażenia? Grenada to wąskie bardzo strome uliczki z porządnym asfaltem i ubogimi chodnikami, w których miejscu są głębokie rowy odpowiedzialne za odprowadzanie z miasta wody. Studzienek nie widzę, nie ma to, jak proste rozwiązania. Na Grenadzie wszyscy praktycznie samochodem jeżdżą. Na szczycie Fort, z którego widok zjawiskowy podobno. W tę stronę podążam. Gdzieś wysoko na słupach ludzie w kablach grzebią. Ledwo zipię, ale widok faktycznie wart wspinaczki. Samochody o mocnych silnikach, bo i stromo bardzo, nawet tutaj dojeżdżają. Nawet tutaj na szczycie toczy się zwykłe życie. To w tym miejscu młodzież chodzi na randki. Białe opadywujace spodnie spoczywają jako tako na ich tyłkach. Wzorzyste kolorowe koszule torsy zakrywają. Moda szybko tu dociera.

Wraz z mrokiem w mieście klimat się zmienia. Na ulicy mieszkańcy o karnacji konkretnie odmiennej od tej znanej mi na co dzień, na ulicę wychodzą. „Białego” wieczorem trudno tutaj uświadczyć. W każdym z samochodów głośna muzyka i mnóstwo jej fanów. Z otwartymi drzwiami i oknami przewożą z miejsca na miejsce tubylców.
Matka z dziećmi. Przyjaciel z przyjacielem. Znajomi zza rogu, po knajpach się rozsiadają. Jedzą, piją, śmieją się, bawią. Na ulicy mija mnie pojazd z kolumną na dachu. Na pół miasta wieść się niesie, że jutro znowu impreza. Ruch jak na Marszałkowskiej. Gdzie ja trafiłam? Małe ślepia w czekoladowej otoczce, zerkają na mnie. Blond włosy i rozjaśniona prawie do białości od słonka brwi, nie są tutaj raczej codziennością. W mieście widok przypomina nowojorskie dzielnice, o których mówią: Uważaj tam na siebie. W kontakcie bardzo mili i raczej dobrze z oczu im patrzy, więc co jest grane, że człowiek nie może się tutaj odnaleźć? Osobiście czuję się jak piąte koło u wozu. Jak nie zaproszony przybysz na czyimś weselu. Dla mnie ludzie Grenady są jak drużyna, jak jedna wielka rodzina, która trzyma się razem. Szczególnie wieczorami. Ci z zewnątrz jak ja, są tylko chwilowymi przypadkowymi obserwatorami.

– Grenada jest głośna, bo Grenada to muzyka.
– Grenada to czekoladowi chłopcy w żółtych jak cytryny koszulkach, którzy grają popołudniami w piłkę na soczysto zielonej murawie, jak większość ich rówieśników na całej kuli ziemskiej.
– Grenada to mnóstwo żywych kolorów z murem przypominającym ogrodowe dzieła Gaudiego.
– Grenada pachnie rybami. To miasto kutrów starych jak świat, które ledwo już zipią, jednak co dzień wypływających w morze.
– Grenada to miejsce, gdzie bogactwo żeglarzy styka się ze skromnością rybaków.
– Grenada to mnóstwo białych oczu i czarnych bawełnianych obcisłych czapeczek, w których schowane są zwinięte w wielkiego koka włosy i dredy.
– Grenada to ciepło, palmy, wiatr i deszcze. Nieprzewidywalna i zmienna pogoda.
– Grenada to czekolada z imbirem i pomarańczowe owoce kakaowca.

Miało mnie tu nie być. Jestem. Ekskluzywną Marinę w ciasnej zatoce traktuję jak pestkę mało znanego mi owocka, który widokiem i zapachem zaskakuje. Widziałam tylko tyle, żeby zachcieć więcej. Może kiedyś? Przecież czasami wystarczy tylko chcieć.
Stoimy w miejscu dla wielkich elitarnych łodzi. Miejsca mamy jak na życzenie. Romantyczne ławeczki kilka kroków dalej kuszą, aby usiąść na nich. Taki Fuks? Nie do końca. Dobra intencja czasami wystarczy, a potem chwilkę cierpliwie poczekać.

KARAIBY – CARRIACOU ZATOKA WIELKIEJ STOPY 9/25

Mordownia
W Carriacou piękna plaża trochę jak z okładki książki. Lazurowy Brzeg i żółty piach z tych najlepszych najlepsiejszych, chociaż … Człowiekowi zawsze się wydaje, że widzi najlepsze, a następnego dnia spotyka jeszcze coś bardziej zachwycającego.
Stajemy na kotwicy. Zatoka otwarta, ale tutaj robi się nagle cichutko. Wysiadam przy małej knajpce. Cała miejscowość to kilka tysięcy mieszkańców, sklep i długa piaszczysta plaża. No i Mordownia, a w niej Rastafaran, którego palce złote pierścienie zdobią i rum i wódka i piwo i rum raz jeszcze. O! Sok pomarańczowy! Tylko on Ci on raczej do drinków.
Tańczę na ulicy. Muzyka Soca do tańca spontanicznego porywa. Ze mną inni. Niesamowite. Tubylcy patrzą. Rytmy afrykańskie to rozumiem, ale skąd namiastka w piosenkach kultury Indii? Ciekawe połączenie.

W Carriacou w otwartej zatoce wieje tylko od czasu do czasu. Wiatr ucicha nagle, gdy jesteś już zupełnie blisko piaszczystej białej plaży. To tutaj po raz pierwszy zachwycam się Lazurowym kolorem wody, który podpowiada żeglarzom, jak jest tutaj głęboko. Przed samą Zatoką mała wyspa prawdziwa bezludna.
Zamknijcie na chwilę oczy. Połóżcie na ciepłym piachu. Wyobraźcie sobie wodę, której tafla mieni się wieloma odcieniami. Wodę, której ufasz od pierwszego wejrzenia. Której dno wydaje się na wyciągnięcie ręki. Pojawia się na środku ciemnego oceanu a wzrok od niej trudno oderwać. Wraz z nią kremowy piach, który miejscami bieli się w słońcu. Wygląda, jakby ktoś skrupulatnie przesiał go przez drobne sito. Bez skazy bezgrzeszny. Wchodzi w błękit i lazur wody.
Daleko w głąb na tyle, aby stworzyć efekt mieszania się lazuru z kremem. Słońce uwielbia to miejsce i przychodzi się to czasami opalać. Przemyca promienie w każdej szczelinie. Na środku piaszczystej wyspy wyrasta tropikalna zieleń. Najpierw bardziej gęsta i ciemna, jaśniejsza ta, co bliżej brzegu. Pomarzcie jeszcze chwilę w tym miejscu, a jak już wam się znudzi, dołączcie do mnie na Carriacou.

Poza plażą też się dzieje
Spójrzmy na tutejsze dzieci. W morzu nie mają żadnych dmuchańców ani pompowańców. Wyszukanych zabawek nie ma w zasięgu wzroku. Jak i gdzie szukają rozrywek?
Zerkam dookoła. Grupka kilkulatków bawi się w wodzie. Ich śmiechy słychać z daleka. Bawią się tekturowym kartonem, który już dawno namókł od wody. Ciężki, bo nasączony i trudno go unieść w górę. Rzucają nim w siebie i śmieją przy okazji. Karton szybko znika na dnie. Na buziach chłopców mina wykazuje chwilę zastanowienia. Jak w bajce „Pomysłowy Dobromir” nie mija sekunda, a już jest pomysł na nową zabawę. Biegną wzdłuż brzegu. Mają charakterystyczną budowę. Długie ręce i jeszcze dłuższe nogi. W bieganiu jak wielu o czekoladowej skórze robią światowe rekordy. Dar od Boga? Kilka metrów dalej pod jedną z tutejszych palm, leży niesprawna lodówka. Samotnica pozostawiona na pastwę losu. Nie pierwsza i nie ostatnia. Jeden z chłopców chwyta w dłoń muszlę, która u nas w kraju mogłaby być unikatem. Ostre wystające kolce uderzają o zawiasy lodówki. Muszla w słońcu mieni się w kolorach różu. Za chwilę widzę jak styropian, który jeszcze niedawno w drzwiach służył za izolację, na wodzie się unosi. Na nim chłopiec na leżąco lub półsiedząca po falach w głąb morza odpływa. Można? Można. Niezły recykling w Karaibskim wydaniu.

Wodne piękności
Muszla służąca za łom wpadła mi w oko. Ta jednak swoje przeszła. Wdrażam więc w życie ostatni spacer w poszukiwaniu takiej lub podobnej. Nieopodal szczeliny i płytkie zagłębienia wzdłuż brzegu zbierają miejscami morską wodę. Tutaj muszli nie brakuje. Nie są jednak idealne. Ciężkie, a jednocześnie delikatne odnogi łatwo łamią się, uderzając o brzeg czy skały. No cóż, miło i choć taką na chwilę potrzymać taką w ręce. Zostawiam ich, tam gdzie znalazłam. To jest ich miejsce. Przykładam jedną do ucha, zaraz potem drugą. Szumią z tęsknoty za morzem i głębią. Porozumiewają się nieznanym mi językiem. Szyfrem, którego nie staram się zrozumieć. Tutaj słowa są zbędne. Wsłuchuję się tylko w dźwięczną pieśń o czymś, co utraciły.

Plaża Wielkiej Stopy
Robi się wieczór. Stąpam po piachu. Plażowanie nie jest tutaj w modzie. Żadnej żywej duszy. Na ziemię kilka orzechów kokosowych z drzewa palmowego spadło. Z jednego z nich słodki troszkę bardziej gęstawy niż woda sok po skorupie się rozlewa i ze szczeliny sączy. Przypomina bardzo rzadki krochmal. Do picia nie ma chętnego. Dla nas smakołyk, za który płacimy w puszce czy plastikowej butelce krocie, tutaj napój, którym mieszkańcy są już znudzeni, bo mają na wyciągnięcie ręki.

Zabrać czy nie zabrać
Plaża i piach. Stawiam stopę. Lekko wilgotny najdrobniejszy, jaki widziałam napęczniały delikatny dla skóry. Noga zapada się jak dłoń w cieście drożdżowym, które podrosło znacznie, jeszcze przed włożeniem do pieca. Przyjemne doświadczenie. Idę dalej. Bawię się w detektywa. Odbite na plaży wielkie bose giry z ogromnymi paluchami, rozlewają się po piasku, prowadząc do celu. Zaraz przy brzegu samotna palma. Wielkie liście dotykają prawie ziemi. Pień przechyla się lekko w kierunku morza. Drzewo nasłuchuje czegoś, patrząc w dal.
Przesiadam, nadstawiam ucha razem z nim. Na tubylczej drewnianej łodzi sieci czekają na swoją kolej. Dzisiaj są już po pracy. Towarzyszy im jeden kormoran i grupa rybitw, które obsiadły krawędź dokoła. Czujny przewodnik nie swojego stada. Zamieram w bezruchu, aż do zachodu słońca. Bezmyślne siedzenie? Nie ma takiego.