Opowieści dziwnej treści, czyli o warsztatach innych niż wszystkie i życiodajnym oddechu 1/4

Zadano mi pytanie: Gdzie jedziesz? Odpowiedź brzmiała: Będę pracować z oddechem. Zobaczyłam wielkie zdziwienie w oczach i usłyszałam głośniejsze: Ale — Ale przecież Ty umiesz oddychać! Każdy umie. Wiem, że dla niektórych to będzie inna bajka. Ciekawy? No to posłuchaj bajki, która ma szczęśliwe zakończenie. Dzisiaj głównie o miejscu, w którym uczą na nowo oddechu. Takie wprowadzenie.

W środku lasu
Przyjęłam w życiu zasadę. Kiedy czegoś chcę bardzo spróbować lub dotknąć, lub miło spędzić czas na naszej polskiej ziemi, nie patrzę na adres. Najpierw zgłaszam udział i wpłacam zaliczkę. Dlaczego? Bo zbyt wiele widziałam przypadków zniechęcenia i rezygnacji z tego powodu, że gdzieś jest za daleko. Zbyt wiele razy zrezygnowałam już na początku, a potem pojawiał się żal.
Formalności stało się zadość. Jadę na warsztaty. Sprawdzam adres. Prawie 7 godzin drogi. Minie szybko. Włączam muzyczkę. Droga przyjemna. Słońce świeci. Troszkę autostrad i dróg szybkiego ruchu, troszkę remontów dla złamania nudy. Prawdziwe emocje zaczynają się przy ostatnich kilometrach. Wokół już ciemność zapadła. Szukam posesji, która nie figuruje w moim GPS.
Wyobraź Sobie wielką bramę z malutką tabliczką przy wjeździe do małego miasteczka o wdzięcznej nazwie Kawkowo. Za bramą zaczyna się las. Czujesz się jak w filmie „Zaczarowany ogród”, Oszronione korony oświetlone przez reflektory samochodu wyglądają magicznie. Tylko drzewa i Ty. Jedna droga, więc jedziesz przed Siebie. Myślisz: Skoro droga jedna, to na końcu będzie cel. Drzew coraz więcej. Tylko Ty i one, i muzyka z głośników dobiegająca. Rytmy szamańskich bębnów i odgłosy z lasów tropikalnych. Pasuje do tego miejsca. Przed tobą leśny rozjazd. No kto by się spodziewał. Leśna droga śliska. Tłumaczysz sobie, że to naturalne, bo przecież w lesie dróg nikt nie posypuje. Wyjeżdżone, czyli drogą dedukcji stwierdzasz, że ktoś tędy jeździ.
Gdyby tylko nie te górki. Samochód sam zjeżdża. Jazda jak na sankach. Jest frajda. Zakładasz, że w nikogo nie wjedziesz, co najwyżej będziesz miał bliskie spotkanie z tutejszym zadrzewieniem. Muzyka coraz bardziej tajemnicza. A końca jak nie ma, tak nie ma. Przed Tobą amochód jakiś stoi w bezruchu, a Twoje hamulce się nie słuchają. Cieszysz się z faktu, że będzie kogo o drogę zapytać. Muzyka sięga zenitu. Jazda bez trzymanki. Kierowca ze stoickim spokojem stwierdza, że utknął i potwierdza Twoją nieomylność. Mówisz sam do Siebie: Ale Ty człowieku to masz fart. Za kilka kilometrów dojeżdżasz na miejsce. Wysiadając, wpadasz na właściciela w charakterystycznym kapeluszu, który w progi zaprasza. Przed samym wejściem wita Cię para gęsi. Dwie, bo resztę lis zjadł. Syczą, ale nie są groźne. Mają prawo, bo są u Siebie.

Bingo. Dotarłam na miejsce. W oknach ciepłe światło. W środku grupa ludzi popija herbatkę. Wylegują się na kanapie i spokojnie czekają na resztę. Duża otwarta przestrzeń z wielkimi prawie jak w „Przeminęło z wiatrem” schodami, pozwala szybko ogarnąć wszystko wzrokiem. W zwiewnej sukience podbiega do mnie młoda dziewczyna. Przedstawia się i przytula. Na jej twarzy pisze się zadowolenie. Za chwilkę ktoś następny. Emanuje z nich ciepło. Przesympatyczna osóbka na antresoli również się uśmiecha. Przytulanie jest tu na początku dziennym, a śmiech jest terapią i lekarstwem. Trudno imiona zapamiętać.
Po kilku minutach zasiadając z innymi w salonie, trzymam już w ręku kubek z ciepłym napojem i napawam się spokojem. Nad głową biblioteka z masą książek. Nie jedyna. W tle spokojna muzyczka. Obok rudy kot przemyka. Starowinka. Podobno dziewiętnasty roczek ma na karku. Drugi dużo młodszy zwinął się, lokując na oparciu jednej z kanap. Języka nie ma. Weteran, którego kąpać co jakiś czas trzeba, bo w przeciwieństwie do reszty kolegów nie ma możliwości sam się umyć.
Pali się w kominku. Ciepło rozchodzi się po całym domu. Na stole jabłka i orzechy, jakby kogoś ochota naszła. Mała dziewczynka babeczkami częstuje. Trudno tutaj odróżnić gości od domowników. Wręcz niemożliwe. To jest jedno z tych miejsc, gdzie przekraczając próg, stajesz się członkiem jednej wielkiej rodziny.

Udaję się do pokoju. Korytarze długie. W jednym z nich następna z bibliotek. Mnóstwo książek, którymi można się częstować. Dużo o szczęśliwości, zdrowiu i jak żyć w równowadze. Tych duchowych, dla matek, o wspaniałych ludziach i dużo, dużo więcej. Pokój znajduje się niedaleko głównej sali, gdzie odbywają się warsztaty. Zaglądam. Dużo materacy, poduszek, kocyków, świec i głośniki. Kolorowo. Będzie ciekawie. Czuję to nosem, podobnie jak ciepły, słodki zapach, który unosi się w powietrzu.
c.d.n.

DSCF9668DSCF9698   DSCF9671 DSCF9685 DSCF9665DSCF9648DSCF9707 DSCF9664DSCF9691  DSCF9646

MAMMA MIA! Erotyczna czy namiętna?

Usłyszałam słowa: Erotyczna MAMMA MIA! Za głowę się złapałam? Że co? Przecież oglądałam film. Przecież grają ten musical na całym świecie. Oglądnęły go miliony ludzi, a następni czekają z utęsknieniem. Powiedziałam sobie: Jadę sprawdzić. No i dojechałam. Jak ja postrzegam MAMMA MIA!? Dowiecie się, gdy dotrwacie do końca.

Przedstawienie czas zacząć
Do teatru Roma w Warszawie, wpadam w ostatniej chwili. O mamma mia! Najważniejsze, że nie spóźniona. W szatni na szybko zostawiam manele. Młoda dziewczyna kurtkę ode mnie odbiera. Sympatyczna ochotniczka z dwoma jak u małej dziewczynki kucykami. Zbiera na wyjazd do Grecji. Tyle o szatni. Biegnę, bo czasu maluteńko.
Oho! Dzwonek. Zaczyna się. Jestem w chmurach, na scenie wyświetlany motyw latania. Fajne chmury, powiało wiaterkiem, ciepło mi się zrobiło. Oho! Jestem w Grecji na wyspie Skopelos. Za te pieniążki i patrząc na oszczędność czasu chyba warto. Morze szumi. O rety. Fajniusio. Superowo. Na pustą scenę wpada dziewczyna. Krótkie spodenki, letnia koszulka. Słychać szum fal a nad dziewczyną chmury cały czas płyną. Zaczyna śpiewać. No to już mnie kupiła. Widzę morze, morze widzę! Hip. Hip hurra. Wydaje się tak blisko. Cholibka, gdyby nie ta loża VIP, miałabym na wyciągnięcie ręki. Teraz krótkie streszczenie tego, co na scenie się dzieje.

Pierwsze piętro i loża VIP
Zasiadam na czerwonych fotelach. Dziwnie się tutaj czuję jak w pierwszej klasie samolotu, tylko w samolocie pierwsza klasa z przodu, a tutaj jakoś tak do sceny daleko. Czuję się, jakbym wylądowała obok najdalszej toalety.
Nigdy nie wierzcie nazwom. Czasami przereklamowane. Słyszę, że na siedzeniu obok kiedyś prezydent siedział. Który? A co to ma za znaczenie, skoro ja twarzy aktorów nie zobaczę i ich emocji wymalowanych. Szczegółów mi będzie brakować kochani. Drobiazgów, które są kropką nad i. Tym, co na dole lekko zazdroszczę. Koniec, już nie panikuję. Będzie dobrze. Zawsze można przyjechać po raz drugi. Wy pamiętajcie ludziska, że wybory często macie. Nie dajcie się zwieźć czerwonym fotelom i atłasom. Małe jest piękne no i tańsze.
Wracam na scenę. O mamma mia! Powiadam, ale nie panikuje.
Nagłośnienie w teatrze ROMA rewelka. Tylko ABBY słuchać. Uwielbiałam ten zespół, mając lat pięć, kiedy po raz pierwszy za czasów PRL nie wiem jakim cudem pojawili się w polskiej TV, uwielbiam go i dzisiaj. Wyobraźcie Sobie czasy, kiedy o języku angielskim mało kto słyszał. Na konferencji znaleźli cudem tłumacza, tylko że ten na muzyce się nie znał. Było ciekawie. Ale wróćmy do szwedzkiej magicznej czwórki, co do polskiego narodu miała wielką cierpliwość. Ich płyty towarzyszą pokoleniom. Nawet najmłodsze z tego, co słyszę, nie powie o nich nic złego.
W tym miejscu szacunek dla tej, co stworzyła całą tę opowieść, dopasowując do niej piosenki ABBY. Niejakiej Cathrine Johnson dziękuję. Za musical i późniejszą jego ekranizację. Czy są wśród nas, Ci co filmu nie oglądali? Nie wierzę.

O czym w ogóle jest MAMMA MIA
O życiu kochani. O szaleństwach za młodu i wyzwaniach, gdy się jest troszkę starszym. Dużo o miłości oraz o tym, że przez życie warto iść w rytmie optymistycznych piosenek. One dają nam siłę do spełniania marzeń.
Wyobraźcie Sobie środek lata i małą wyspę na środku morza. Drobna, urokliwa, dwudziestolatka o imieniu Sophie zaprasza na swój ślub trzech obcych mężczyzn, z których każdy z nich może być tatusiem. Powiecie: Mamusia Donna poszalała? No wiecie: Dzieci kwiaty, młodzieńcza ciekawość i takie tam. Dziwicie się mamusi? Pamiętnik Donny, jej nastoletniej córuni do rąk wpadł. Ups. Ot wiele nie trzeba. Samotna mama była wokalistka szalonego zespołu, w skład którego wchodziły jeszcze dwie jej koleżanki, obecnie tawernę na wyspie prowadzi. Boryka się z kłopotami finansowymi, bo samotne matki na wyspach często tak mają. Koleżanki mamuśka ma szalone, każdej życie inne ścieżki wyznaczyło. Jakie? Ciekawe. Pierwsza o imieniu Tanya obsesyjnie wychodziła za mąż za milionerów. Druga Rosie. Taka w księgarni pracuje i jest niezależna.
Potencjalni tatusiowie, którzy pojawiają się na wyspie, zupełnie się od siebie różnią. Architekt Sam, autor książek przyrodniczych Bill i finansista Harry. W końcu dowiadujemy się, kto jest ojcem, ale hola, więcej tajemnicy nie zdradzę. W ostateczności wszyscy poczuwają się do ojcostwa.
Który z nich jest pierwszą miłością Donny, a który ojcem dziewczyny? Czy Sophie w ostateczności poślubia swojego narzeczonego Sky’a i jak wygląda ich wieczór panieński? Czy koleżanki Donny skazane są na los singielek i kto na koniec kogo poślubia? Sprawdźcie sami. Ślub odbywa się. To jedno zdradzić mogę.
Tym którym nie po drodze film polecam musical. Jest na pierwszym miejscu na liście najlepiej zarabiających filmów muzycznych w historii kina, więc chyba warto zerknąć, chociażby z ciekawości?

Co się dzieje w pierwszym akcie oprócz samej sztuki?
Przede mną co rusz zmienia się krajobraz. Uwielbiam mobilne sceny. Możliwości, jakie daje rzutnik i grę świateł. A do tego muzyka prawdziwa. Spod podziemi wyłania się mała główka dyrygenta. Postać wygląda co jakiś czas na chwilkę, jakby chciała coś skontrolować. Cichociemny elegancki pan. Pół ciemnej czupryny widzę i rączki a reszta gdzieś niżej. Smokingu nie widać, a właśnie w nim go najczęściej kojarzę. Nieodgadniony dla mnie zawód. Zarabia na machaniu rękami, a reszta go słucha. Kiedyś dowiem się, o co w tym biega, ale nie tutaj i nie dzisiaj. Orkiestra również schowana gdzieś pod podłogą gra na żywo. Gratulacje chłopaki i dziewczyny. Bez Was to nie byłoby to.
Na scenie w tym czasie dla każdego coś miłego.

Słońce, woda i „seks” bez pikantnych scen.
Na scenie urokliwe dziewczyny o głosach anielskich i przystojniaków spora garść. Oni troszkę mniej anielsko śpiewają, ale za to, jak oni tańczą. Ho. Ho. Teraz z dedykacją dla dziewczyn i niektórych chłopców, będzie o tym jednym z kaloryferem na brzuchu. Doczytałam o tancerzach. Ten na imię ma Arek i jest swingiem tanecznym. Wysoki, z bródką kilkudniową. Rzuca się w oczy z najdalszego punktu sali. Bawi się sceną, a scena go kocha. Jest również kilku jego kolegów, takich co mu dorównują. Dalej zastanawiacie się nad kupnem biletów?
A teraz uwaga chłopcy i niektóre dziewczęta. Pamiętacie? Jesteśmy w Grecji i jest środek lata. Na scenie bardzo ciepło, więc i stroje są zwiewne, ponętne. Kobiety bez względu na wiek wyglądają bardzo apetycznie. Na Sali widzę wielu panów. Siedzą cichutko i napatrzyć się nie mogą. Jedna żona obok, zamiast na scenę na partnera spogląda.
Czego możecie się jeszcze spodziewać oprócz lekko zazdrosnych żon? Pojawia się łapanie za pupy w formie zabawy. Obmacywanie, ale co najwyżej sztucznych rzeźb. Sceny miłosne jak w dobrych filmach. Mierzi kogoś? Podkreślam, wszystko jest w formie zabawy. Osobiście twierdzę, iż wiernie oddane są wszystkie uczucia, które zbliżają do siebie nas ludzi. Jeśli ktoś szuka erotyki i seksualności, znajdzie ją wysoko na półkach wchodząc na stację benzynową. Tutaj na scenie namiętność z muzyką się przeplata. Zmysłowość, miłość wszechobecna, zamiłowanie do poszukiwań i odkrywania. Coś dla młodzieży? A i owszem. Dla starszych? Jak najbardziej. Przecież na tym świat jest zbudowany. Przytulanie się i słodkie pocałunki, towarzyszą nam od narodzin do śmierci. To nieodłączna część nas.
Na widowni widzę cały przekrój wiekowy. Kilkunastolatkowie w barze coś do picia kupują. Są matki tych dzieci i ich dziadkowie. Kilkuletni chłopcy na przerwie w przesłodkich marynarkach przemykają. Słowo erotyzm do MAMMA MIA! Mnie nie pasuje. Erotyzm potrafi zepsuć, a Ci chłopcy co najwyżej wyjdą z tego miejsca uświadomieni, jak dużo delikatności i radości jest w kochaniu innych.

Druga połowa
No i rozpłakałam się przy solówce. Kobiecy głos króluje. Męskie? MAMMA MIA! Nie ma szczęścia do śpiewających facetów. Zaczęło się od filmowego aktora o dźwięcznym imieniu Pierce Brosman. Kiedyś się trafią Ci, co naprawdę dorównają kobietom. Warto poczekać. Sorry chłopcy. Słodcy jesteście, ale tak podpowiada mi moje ucho.
Zakończenie historii jest refleksyjne. Młodzi wypływają na łodzi w spokojne morze ze słowami z piosenki: „Marzenie mam”. Nad nimi niebo rozgwieżdżone. Zrobiło się romantycznie. To nie koniec. Widzę schody świecące na biało z setkami żarówek, takie jak za PRL, kiedy to ABBA gościła w Polsce. Do tego 3 kobiety w błyszczących strojach śpiewające „Dancing Queen” No i wielka kula dyskotekowa obiecywana na samym początku. Na słowa Chcecie więcej słyszę jednogłośne: Taaak! A potem to już tylko disco i oklaski na stojąco.
No i zleciało 3 godziny w mig. Nie chciało się wychodzić, ale cóż, następni czekają przed drzwiami. Za chwilę oni będą się dobrze bawić.

Cóż mogę powiedzieć o MAMMA MIA na koniec. Piosenki zespołu ABBA śpiewano już po japońsku i chińsku a samą sztukę przedstawiano w większości języków. Flamandzkim, holenderskim, niemieckim i wielu innych. Przyszedł czas na Polskę. Najwyższy.
Czym jest MAMMA MIA! ? Obstaję, że, musicalem i romantyczną komedią. Jak pisałam wcześniej: namiętną, zmysłową i wypełnioną miłością. Jeśli chcecie wyrobić własne zdanie, sprawdźcie sami.
Z Sali Teatru Roma, na żywo, relację zdała sama właścicielka bloga.

20170128_174020

5 POWODÓW I BEZ POWODU, DLACZEGO WARTO LATAĆ NAD CHMURAMI W DZIEŃ POCHMURNY

Jest przed północą. Ostatnią godzinkę spędzam, jadąc tradycyjnie samochodem. Dzisiaj miało być szybko. Podróży po asfalcie jest tylko troszkę. Za oknami ciemno. Nocne szarości przeplatają się z jesiennymi popielatymi kolorami pni drzew i bezlistnych gałęzi. Do tego szaro bure liście, które na ziemi już od jakiegoś czasu przy drodze leżą i myszate barwy sarenek, pasących się w chłodną noc, przy drodze. Sztuk 7 naliczyłam. Bestii małych. Uważaj na nie, bo niejednemu dały już popalić. Szczególnie o tej porze dnia i roku. Jeszcze przed chwilką byłam w przestworzach. Teraz siedząc za kierownicą, na spokojnie szukam powodów do latania, w dni gdzie zima z jesienią się spotykają, gdzie troszkę deszczu, troszkę śniegu i chmur co niemiara. Gdzie do towarzystwa wiatr dołącza.

Powód 1 – Aby było szybciej.
Lot Rzeszów – Warszawa. Dzisiaj testuję możliwości, moje i naszych poczciwych linii lotniczych LOT.
Nawet mimo licznych przesiadek i spacerów na zewnątrz i w środku lotniska, kontroli i oczekiwań i tak latając, czas dostajesz od nich w prezencie. Zaliczam cztery loty w ciągu jednego dnia nad naszą polską ziemią. Tak mnie, wzięło? Nie, o nie. Jak to w życiu. To potrzeba szybkiego przemieszczenia się. Dzięki temu w taki dzień jak dzisiaj masz prawo powiedzieć: Oj dzisiaj to zrobiłam bardzo dużo.

Powód 2 – Aby przełamać obawy lub z czystej ciekawości.
Bo bywa, że latania się boimy. Bo bywa, że ceny nam straszne. Bo nam się lotniska skomplikowane wydają, czy procedury dziwaczne. Niektórych języki przerażają. I ja się wcale a wcale temu nie dziwię. Mówię, po co lecieć od razu wielkim bykiem, po co na koniec świata i całą dobę. Małe jest tańsze. Blisko jest piękne. Zamiast wielkich walizek, torba podręczna wystarczy lub malutki plecak. Tyle wystarczy, aby przekonać się, że nie taki diabeł straszny. Pierwszy raz? Przecież kiedyś zawsze jest pierwszy? Kolejny w strachu? A nóż strachu nie będzie. Nie przekonasz się, jak nie spróbujesz. Z innym nastawieniem lub w innym towarzystwie.

Powód 3 – Aby poznać nowe trendy w modzie.
Przesiadka. Lot Warszawa – Wrocław. Jednemu panu buty się błyszczą. Granatowe. Pan mały, ale stopa duża, bo but tak ciekawie uformowany. Ktoś w trampach bez sznurówek paraduje. Inny pan, płaszcz na lewą stronę odwinął i przez rękę przerzucił. Taki wełniany, z pieczołowicie wykończonymi szyciami. Marka zupełnie mi nie znana, ale mniemam, inni wiedzą, o co chodzi. Gazety i media swoją drogą. Tu zobaczysz cały przegląd firm i marek, które ludzie sobie z całego świata upodobali. Tu często spotkasz tych, co stroić się lubią. Nie musisz tego lubić i nie musisz kupować, ale jeśli chcesz za modami nadążać, przyglądaj się ludziskom w samolotach.

Powód 4 banalny – Dla krasnali.
Kilka chwil w Rzeszowie, nieco więcej w Warszawie, potem Wrocław. Kilka bitych godzin pracy warsztatowej i kilka minut na Wrocławskim rynku, żeby złapać głęboki oddech. Jak na krótką chwilkę aż 13 tamtejszych krasnoludków naliczyłam. Uwielbiam je. Szukając ich po mieście, nawet na szybko, bawię się jak dziecko. Wrocław i krasnale polecam. Są słodkie i bardzo sympatyczne. I bez względu na pogodę ciągle się do nas uśmiechają. Ludzie, o tej porze roku, dorabiają im czerwono — białe czapeczki i kolorowe szaliczki. Również mają do nich sentyment. Dobre z nich duszki. Takie krasnalkowe. Wrocław tętni życiem. Studenci, obcokrajowcy, zwykli mieszkańcy podążający do pracy. Miasto, które ma w sobie dużo ciepła, chociaż na dworze zimno. Pamiętajcie, gdziekolwiek wylądujecie, znajdziecie atrakcje, które będą godne uwagi lub powodem do dobrej zabawy.

Powód 5 – Aby przekonać się, że każdy zawód jest dla nas, gdy tylko tego chcemy.
Przede mną powrót. Lot Wrocław – Warszawa. Pan Kapitan o polskim imieniu Tadeusz i jeszcze bardziej polskim nazwisku Wiącek, w drodze powrotnej ma za towarzyszkę Panią Kapitan Patrycję. To szefowa rejsu. Pani, w czarnej eleganckiej sukience i charakterystycznej dla tych linii bordowo – biało – granatowej chustce, na chwilkę pojawia się w korytarzu. Kobiety za kierownicą czy kokpitem samolotu zawsze mnie cieszą. Odważne bestie, a do tego często bardzo ładne. Jak one to robią, że mimo suchego samolotowego powietrza ich cery są gładkie i delikatne jak ich apaszki ? Warto zapytać przy pierwszej okazji. Na dworze deszczowo. Temperatura na plusie, ale zimno przeszywa człowieka. Przyjemne ciepło czuję na plecach, a przed chwilą wiatr pod kurtką hulał i do uszu zaglądał. LOT się spisuje. Dodam, że kierowców i pilotów mają pierwsza klasa. Dla wszystkich zainteresowanych dziewczyn dodam, że jest na co popatrzyć.

A teraz bez powodu.
Lot Warszawa – Rzeszów. To już ostatni z lotów. Czwarty w kolejności. Autobus dowożący robi po płycie lotniska dziwne esy-floresy. Tu tez obowiązują jakieś zasady. Płyta błyszczy się od deszczu. Niekończąca się wielka powierzchnia. Pierwsza myśl: Ale by się na rolkach jeździło! Bez końca. Druga: A jak można byłoby się rozpędzić i jakie tempo zawrotne osiągnąć. Koniec marzeń. Wsiadam do samolociku. Ten nieco większy niż poprzedni. Nazw nie zapamiętuję. Nie są mi potrzebne. Ważne, że czysty i biały i leci ponad 7 tysięcy nad ziemią. Tutaj ruchu zbytniego nie ma. W samolocie po raz kolejny słyszę: Na pokład nie można wnosić telefonów Samsung Galaxy Note 7. (bo ponoć wybuchają). Jeśli takowy posiadacie, przynieście go do nas. No już widzę, jak ludzie szybciutko lecą. Szybciej niż samolot, w którym siedzą. Kto się przyzna i odda swój ulubiony nowiutki jeszcze telefonik? Oddalibyście? Takie rozporządzenia często mnie bawią. Przy każdym z lotów usłyszałam po pytaniu ciszę. Taką głębią podszytą. Zero szmeru. Ktoś siedzi w bezruchu, inny pewnie nie dosłyszy. Nikt nie ma takiego telefonu, chociaż model najnowszy.
Podczas wszystkich 4 lotów, miło jestem zaskoczona. Dowodów nie sprawdzają. Wystarczą wydruki kart pokładowych. Szybkie przesiadki jak w niejednej tradycyjnej komunikacji miejskiej typu autobus. Miejsca same siedzące. Szybko, sprawnie. Kawa, woda, herbatka, batoniki, troskliwość i uśmiech stewardess całkiem free. Bez świateł i widokiem na szeroki horyzont. Wypatruję pięknego księżyca, który ponoć przez 3 dni jest troszkę piękniejszy niż zazwyczaj. Okrąglutki jak niektóre buzie pasażerów. Księżyca nie ma. Cóż, pewnie schował się za skrzydłem lub w pobliżu silnika.

Jest przed północą. Obok mnie półtoraroczny Pawełek, z suniętą na oczy grubą czapą, siedzi na kolanach mamy. Naciąga ją na oczy jeszcze bardziej. Pod czapką blond włoski jeszcze nieścinane od narodzin. Pucata buzi, raz płacze, a raz się śmieje. Zmęczenie u dzieciaka widać. Ruchliwy, chodzić chce, ruszać się. Dzisiaj tez już troszkę lotów ma za sobą. Płacze. W głośniczkach muzyczka z Jeziora Łabędziego bardzo sympatyczna dla ucha. Silniki wygasły. Pawełek się uspokoił. Najwyższy czas wysiadać.

Jeśli kiedyś staniesz przed dylematem czym po Polsce podróżować, weź również pod uwagę szlaki podniebne. Nasmaruj buzię kremem, bo na lotnisku może Ci być zabrany, weź na ramię małą torbę, gdzie zmieścisz smakołyk i w drogę ku nowej przygodzie obserwować świat z każdej strony.

20161115_23402620161115_234037  20161115_062212

JAK ZOSTAĆ CZĘŚCIĄ BAJKOWEGO ŚWIATA

Za oknem pierwszy śnieg i lekki mrozik. Siedzę w hallu teatru, na nieco ciasnym czerwonym skóropodobnym fotelu. Solidny, aczkolwiek nieco wysiedziany. Modernizacji mam wrażenie, było tutaj mało i za każdym razem na skromnie. Z biegiem czasu przybywają kolejne warstwy farby. Na ścianach przy każdym remoncie wiele dorabianych instalacji. Razem ze ścianą, na szaro, przemalowane nieco naprędce, gniazdka, kable i wtyczki, które pokazują upływający czas. Na rurach doprowadzających ciepło do grzejników oraz w kątach sufitów zagościły pajęczyny. Mało światła więc pajęczaki mają tutaj raj. Jakby nikt ich w tym miejscu nie przeganiał. Na małym stoliku po prawej stronie, w ceramicznym dzbanku bukiet purpurowych róż. Przyglądam się. Sztuczne. Bardziej czuć zapach powietrza, w którym zawisła mieszanka kobiecych perfum, niż samych kwiatów. Wszystko przykryte mgiełką kurzu, który jest tu królem i władcą. Mam wrażenie, że do estetyki korytarza, nikt nie przywiązuje w tym miejscu wagi. Im bliżej przedstawienia, tym bardziej gwarno się robi. Przede mną skromny barek gdzie serwują kilka popularnych słodkości i kawę w plastykowych kubkach. Oblegany jest, bo w trakcie dwugodzinnego przedstawienia, każdy może zgłodnieć. Na myśl przyszło przysłowie: „nie szata zdobi człowieka”. Szukam więc duszy tego miejsca. Magii, która pełne sale przyciąga. Dorosłych i dzieciaki.
Mocne kilkusekundowe brzmienie w kolumnach podnosi mnie lekko z krzesła. Wystrój i wygląd ścian jest tu i owszem na dalekim planie, ale wszyscy wzrokowcy wiedzą, że magia zacznie się na sali. Wszyscy słuchowcy czują, że sekret tego miejsca tkwi w melodiach i piosenkach.

Znacie kultowego Piotrusia Pana, rodzinę Darlingów, dziewczynkę o imieniu Wendy, dzwoneczka i kapitana Hucka? Słyszeliście o chłopcu z Nibylandii, który nigdy nie chciał dorosnąć? To o nim dzisiaj historia. O chłopcu, który zawsze będzie chłopcem, gdy nam będzie lat przybywać.
Zabieram Was na główną salę Buffo, gdzie Piotruś na jakiś czas zawitał. Salka tutaj malutka. Niewiele ponad 200 osób na dole i koło setki na malutkim balkonie. Na niebieskich miękkich krzesełkach siedzi publika. Wszystkie miejsca zajęte.
Gasną światła. Wąskie przejścia między grupami rzędów to pole do popisu dla aktorów. Wychodzą często między ludzi, bo i scena niewielka i chcą mieć z widownią kontakt. Zaglądają ludziom z bliska w oczy. Łatwo wyczytać ich kolor, tak niewielkie to miejsce. Zanim otworzą się kurtyny akcja dzieje się po kątach widowni i nad głowami publiczności.

Przedstawienie czas zacząć. Początek akcji rozgrywa się w domowych zaciszach. Upływa kilkanaście minut. Czuję się, jakbym była częścią tego bajkowego świata, wracam do rzeczywistości, gdy na mojej twarzy lądują krople wody. Spoglądam w gwiazdozbiór pod sufitem. W mgłach ponad mną z oczu znikają postacie. To latający Piotruś ze swoją świtą. W wolnych chwilach widzę ludzi na widowni, których głowy obracają się w każdą możliwą stronę, bo dzieje się za nimi, nad nimi, obok i przed nimi jeszcze trochę.

Dopiero po 43 minutach ukazuje się scena. Jak do tej pory ludzie jakby o niej zapomnieli. Przewijają się sceny z głównymi bohaterami. Potem trochę scenek wśród plemiennych mocnych rytmów, garść na pirackim statku i kilka garści wśród obłoków. Znaczna ilość na wyspie z palmami, kilka w jaskini.
W trakcie przedstawienia na widowni słyszę płaczące dziecko, któremu smutno się zrobiło, bo Piotruś Pan płacze. Chłopiec Piotrusiowi wtóruje. Rodzice pociechę nadaremnie uciszają. Kiedy indziej moich uszu dobiegają głośne okrzyki wszystkich dzieci, których głosy mają Dzwoneczka ożywić, po tym, jak trujący napój wypił.

Przyglądam się twarzom aktorów i liczę skrupulatnie, co nie jest łatwym zadaniem, bo grupa bardzo ruchliwa.
36 aktorów, w tym 10 nieźle wczuwających się w rolę rozśpiewanych dzieciaków, kilku młodzieńców niezłej budowy, plemienne dziewczyny o pięknych twarzach oraz figurach i głosie do pozazdroszczenia, 3 dorosłych o nieźle zapuszczonych piwnych brzuszkach. Tutaj wtrącę, iż zakładam, że role tego wymagały, bo po co komu takie dodatki. Do tego wszystkiego w przedstawieniu biorą udział: dość duża 1 magiczna wróżka o imieniu Dzwoneczek przypominająca motylka, który udaje żywego. Całkiem żywy dużych rozmiarów pies z sierścią w kolorze i o wyglądzie puchu. Jego talent aktorski nie odbiega od pozostałych. Znacznych rozmiarów krokodyl oraz porządnie wypchany niewiele mniejszy rekin. Zwierząt i ludzi byłoby na tyle. Zapomniałabym. Są jeszcze piękne syreny wyświetlane z projektora na tle pirackiej łodzi, deszcz spływający z kurtyn i cień samego Piotrusia Pana, które nie wiem, do czego zaliczyć.

Po przerwie ogień pochodni okiełznany przez aktorów znalazł swoje miejsce w przejściach i drodze na scenie. W lewym narożniku, pod nosem jednego z widzów, ląduje kotwica statku o nazwie „Wesoły Roger”, na której mieści się znaczna ilość aktorów, w tym kilku dość masywnych. W następnej scenie Dzwoneczek, w tym czasie, uzurpuje sobie prawo do przestrzeni pod sufitem. Mocna pełna wigoru muzyka przypomina mi piękne sceny z życia plemion w przedstawieniu z najwyższej półki — Ka w wykonaniu Cirque du Soleil – mój faworyt nad faworytów. Wróćmy jednak do Piotrusia Pana. Na Cirque du Soleil również przyjdzie pora. Pomysłowość i zaangażowanie aktorów są w Buffo godne pochwały a romantyczne piosenki wykonywane przez najmłodszych kruszą twarde serca.

Wsłuchuję się w słowa piratów. Smarkacze czy gówniarze, a może cymbały ? Tutaj wszystkie słówka nawet te mniej poprawne mają swoje wytłumaczenie. Bo jedne uczą, drugie pokazują rzeczywistość, innych przestrzegają, że takie mało pasujące do ust dziecka. Teksty: „Dziewczyny są za sprytne, żeby wypadać z wózków” w ustach Piotrusia brzmią zabawnie. Scena dwójki dzieciaków, którzy mają zginąć w toni podczas przypływu, oraz efekty z rekinem płynącym nad głowami widowni, wraz z efektami świetlnymi, przenoszą nas w świat głębin. Romantyczna scena, gdy Wendy i Piotruś mają spędzić ostatnie chwile życia oraz słowa piosenki: „Przepraszam, bo muszę na siusiu i wracam na śmierć”, wywołują jednocześnie smutek, jak i rozbawienie. Zamknąć dwie emocje jednym czasie niewielu potrafi.

Wątków w przedstawieniu nie brakuje. Wszystkich nie jestem w stanie opisać i poukładać logicznie, ale i nie cel mam taki. Bardziej zachęcić do zaglądania w miejsca, które na co dzień ukryte są wśród starych kamienic. Oglądania bajek, chociaż w torebce już dawno dowód osobisty o świadectwie pełnoletności nosimy.
Czy masz dzieci, czy ich nie masz, czy masz lat kilkanaście, czy kilkadziesiąt, pamiętaj: Każdy z nas ma w Sobie coś z dziecka, każdy ma do dziecięcych zachowań odwieczne prawo. Musical Piotruś Pan w teatrze Buffo jest skierowany do nas wszystkich. Chcesz być częścią bajkowego świata? Do dziecięcego świata jak najczęściej powracaj.

20161112_15123720161112_163758 20161112_170459   20161112_154635

„M” JAK MOTYLE

W nocy przymrozek. W dzień jesienne słońce ślizga się po liściach. Zrzuca niektóre. Przy innych lekki wietrzyk mu pomaga. Środek miasta. Na ławce usiadł poczciwina. Jemu wiatr również chce spłatać figla, ale zefirkowi nie udaje się ani razu. Patrzę na owada. Delikatność ramion i siła nóżek uzupełniają się jak elementy w symbolu Yin Yang. Skrzydła przesuwają się z jednego boku na drugi jak żagle przy zwrocie. Dzisiaj widzę motyla jednego. Wczoraj widziałam kilka w ogrodzie. Usiadły na żółtych główkach słoneczników. Wracam myślami do wakacji. Do zdjęć, na których kiedyś motyle uwieczniłam. Komu chłodno czy zimno, dzisiaj trochę ciepła poczuje.

Jestem w miejscu, gdzie cisza jest władcą a bezszelestnymi podwładnymi imago skrzydlate, znane potocznie motylem.
Budynek na rozjeździe dróg. Szklany dach pokryty kroplami rosy od wewnątrz. Na zewnątrz gorąco jak w klimacie tropikalnym. W hallu ledwo co słyszalna muzyka, dzięki której człowiek szybko zapomina o ostatnich przygodach dnia codziennego. Do tego w oddali dobiega odgłos, leniwie kapiących kropli wody. Na ścianach wielkie zdjęcia. W powietrzu zapach wilgoci. Czuć ją również na skórze. Mikroskopijne kropelki osiadają na drobnych niewidocznych prawie gołym okiem włoskach rąk, dłoni i wszystkich innych odkrytych częściach ciała.

Za ścianą ze zdjęciami zaczyna się magia. Obiekt nie jest duży, ale sprawia wrażenie, jakby kawałek młodej puszczy tu przeniósł. Wokół roślinność wilgotnych lasów równikowych. Gęsta i bujna miejscami. Wielkie listki konkurują z małymi. Wszystkie kolory zieleni. Słodki zapach kwiatów, które czasami z pni wyrastają, zatyka nos. Nie trzeba nawet go zbytnio do obiektu zbliżać. Z innej strony dochodzi zapach cytrusów. To pomarańcze i inne owoce porozkładane przy poidłach, aby przyciągać do nich motyle. Są miejsca, gdzie spotkać motyla to wielkie szczęście, gdzie długo trzeba wypatrywać, żeby na jeden egzemplarz trafić. Tutaj raptem dwa kroki zrobiłam, a już jeden usiadł na ramieniu. Inne na wyciągnięcie ręki, choć z dotykaniem się powstrzymuję. Czasami to dla nich śmierć oznacza, więc tego nie zrobię. Wiem, że ich skrzydła delikatne są. Nie dorówna im żaden stworzony przez ludzkość materiał, Żadne delikatne bawełny i jedwabie. Może sieć pajęcza tylko delikatniejsza jest na obecną chwilę, ale ją podobnie jak skrzydła motyli tworzy największy producent – natura.

W jednym z zaułków gdzie nieco mniej światła dociera a przy ziemi półmrok, patrzę pod nogi poza krawędź chodniczka, na którym stoję. Na ziemi jakby liście zrzucane na jesień. Dziwię się, bo przecież środek lata i tropiki, a tam rośliny liści nie zrzucają. Przyglądam się bliżej. Wśród pni stykających się z ciemnym podłożem cmentarzysko. To tu motyle trafiają do raju. Bez żadnych fanfar i rozgłosu. Nie zdążyły skrzydeł zwinąć. A może nie chciały. Jakby zostawiały nam jeszcze możliwość podziwiania wszystkich niepowtarzalnych wzorów i kolorów. Tu spotykają się w ostatnich minutach życia czasami poniekąd bardzo krótkiego. Odchodzą w ciszy bezgłośnie, w milczeniu. Za życia zachowują się podobnie.
Mimo tysiąca ruchów skrzydeł oraz wrażenia, że mają ADHD moje ucho żadnych szmerów nie jest w stanie wyłapać. Cisza jak makiem zasiał, chociaż czuje się ich obecność i widzi ich kreatywność.
Idę dalej właśnie takie podziwiać. Jeden przy mnie na dużym liściu przysiadł tuż nad pajęczyną. Długo tu nie posiedzi, bo to ruchliwe stworzenia, więc przyglądam się szybko. Wcześniej mój wzrok nie był w stanie za nim nadążyć. Teraz widzę, jak delikatne są nie tylko skrzydła dużo większe od korpusu, ale jak drobne są nóżki i reszta ciała. Jak cały korpus komponuje się z resztą. Tutaj nic nie jest od przypadku. Kolory misternie dobrane i połączone w jedną kompozycję. Patrzę na skrzydła. Zestawienie niebieskiego, pomarańczy i żółci jak w obrazach Salvador’a Dali, który potrafił wgłębić się w najdrobniejsze szczegóły, wyostrzając dodatkowo wszystko przy krawędziach. Podobnie natura szczegółami tego imago obdarzyła. Kiedy patrzę na kolejnego, inny artysta mi się przypomina. Skrzydła brązów i czerwieni jak w dziełach Rembrandta. Na tych skrzydłach kolory płynnie przechodzą, niezauważalnie zmienia się barwa z jasnej w ciemną. Pojawia się masa przejść tonalnych.
Następny motyl zupełnie inny. Temu kolorów nikt nie żałował. Jakbym biżuterię FreyWille z kolekcji Gustav,a Klimta oglądała. Masa kolorów świata i brył geometrycznych misternie zestawiona.
Za alejka przede mną Claude Monet. Ten jakby farby mu zabrakło. Skrzydeł nie domalował. A zamiast płótna używał folię przeźroczystą. Ile motyli tyle kompozycji różnych, tyle pomysłów wszelakich i technik niezliczonych.
Zastanawiam się nad wszystkimi artystami, gdzie nikt nikogo nie naśladuje. Skąd czerpali pomysły. Dlaczego ich ręka właśnie takie kolory wybierała i tak, a nie inaczej na płótnach rozkładała. Transmigracja człowiek – motyl czy może podpatrywanie przyrody ?
Podziwiać mogę bez końca, ale teraz chwila odpoczynku dla oczu. Tak pomyślałam, ale stało się inaczej. Siadam na małej ławeczce. W pobliżu roślina. Znowu liścia suchego widzę ? Suchy liść w tym miejscu. Znowu nie dowierzam. To motyl, który również stwierdził, że odpocznie. Niezły ma kamuflaż. Nieopodal na pniu ćmy jedna przy drugiej, jakby je sklonował. Duże jak dłoń dziecka. Siedzą w bezruchu. Urodziły się, by zaraz odejść, gdyż nie mają układu pokarmowego. Żyją tak długo, ile bez jedzenia są w stanie przetrwać. Natura ich tak ukarała, czy dała wybór, mówiąc: Albo na jeden dzień, albo w ogóle ?
Wzrok przenoszę na liścia dziwnie powcinany jak skrzydła niektórych motyli tu fruwających. Na liściu zielona w kolorach liści sałaty lodowej, gąsieniczka. Grubiutka we wzorki i bardzo zadowolona. Liść wygląda dzięki niej jak rękodzieło. Wgryza się w niego, tworząc jedno za drugim półkole. Jakbym oglądała serwetki wycinanki z papieru. Stworzonko ruchy ma energiczne, powtarzalne i rytmiczne. Jak na to miejsce przystało, robi to bezszelestnie. Te to mają apetyt. Tyle jadła, ile patrzyłam. Gdy przechodziłam drugi raz, liścia już prawie nie było, a ta tyła i tyła.
Kiedy wypatrzyłam poczwarki i się im przyglądnęłam, wiedziałam już dlaczego. To czas odpoczynku od wszystkiego. To czas, gdy zwisa się głową w dół i tylko oddychać można. To czas, gdy zapasy zrobione wcześniej są na wagę złota. Z pozoru można uznać poczwarkę za martwy organizm, tymczasem we wnętrzu formuje się dorosły motyl. Moment, gdy motyl z kokonu wychodzi, gdy zmięte, zwinięte i galaretowate skrzydła powoli rozwijają się i zamieniają w szkielet, jest niezapomniany. Warto wtedy poczekać aż stworzenie wysuszy skrzydła i odleci. To jak być przy narodzinach malej istoty, która w ciągu kilku minut się usamodzielnia, bo motyl w dorosłość w mig wskakuje. Na dzieciństwo czasu nie ma.
Dookoła ludzie. Nikt tutaj głośno nie mówi. Nawet dzieci się cicho zachowują. Co najwyżej szepty słychać. Wszyscy nad wyraz spokojni i nie wykonują żadnych niepożądanych ruchów. Niektórych jakby za hibernował. Życie zwolniło.
Świat imago wciągnął mnie i wielu innych obecnych bez reszty. Wonne zapachy, nieulotne barwy na ulotnych skrzydłach motyli, ciepło z wilgocią wymieszane, to wszystko zatrzymałam w pamięci.
Wiecie ? Jeden powie: Jest tyle miejsc na świecie, że nie ma potrzeby wracać do poprzedniego. Inny zaś: Są miejsca magiczne, do których wracać zawsze warto, a nawet trzeba.
Do świata motyli wróciłam na następny dzień. Wtedy już nie poganiana, że za długo, że iść już trzeba.
Chodziłam tymi samymi ścieżkami, ale twarze motyli inne oglądałam. Tych, co wczoraj wielu ich nie było. Byli nowi. Weszłam na antresolę. Tam dużo cieplej, ale za to widok na całe tropiki z góry. Tam też imago doleciało. Pod sam dach latały. Widziałam z daleka cały ten świat jak z bajki. Przesiedziałam i wpatrywałam się, dopóki moje serce nie powiedziało: Wystarczy. Owszem, wystarczy. Tylko na jak długo ?

Motyle potrafią być wszędzie. Osobiście nie tak dawno, jeden wleciał na kryty basen, chwaląc się swoją urodą. Pływałam. Za oknem chłodno, woda nie rozpieszczała, ale w sercu zrobiło się ciepło. Pomyślałam: Może nam ludziom los nie zafundował takich barw, skrzydeł nie dał, ale dał cieszyć się życiem przez wiele długich lat, podczas gdy latający Cytrynek, co najwyżej kilka miesięcy od świata dostał w prezencie.
Jeśli chcecie kiedykolwiek od życia odpocząć i dostrzec magię kolorów, rozglądajcie się za motylami. Spotkać ich wcale nie jest tak trudno.

DSC03061DSC03050DSC02768  DSC03027 DSC03013 DSC03007DSC02736 DSC03006 DSC02999 DSC02998 DSC02992 DSC02980 DSC02977 DSC02970 DSC02815 DSC02813 DSC02809 DSC02807 DSC02806 DSC02805 DSC02803 DSC02802 DSC02795 DSC02773  DSC02752 DSC02744 DSC02740  DSC02732 DSC02730 DSC02727 DSC02726 DSC02715 DSC02713 DSC02712 DSC02711 DSC02703 DSC02688

JAK SIĘ BAWIĆ TO SIĘ BAWIĆ. LOFOTY 1/10

Dobre dwie godziny po północy. Budzą, bo „Jolka, Jolka” leci. Bo to o mnie i dla mnie. Gardła zdarte od śpiewu. Ręce w górze falują. Nad głową prawie głośnik wisi. Od wielu godzin. DJ Marek sprzęt obsługuje. Same znane i wpadające w ucho polskie kawałki. Nie te najnowsze, ale te bez, których impreza nie ma miejsca. Repertuar niewyczerpany. De Mono, Bajm, Rybiński, Frąckowiak, Czerwone Gitary, Pod Budą, SDM, Jantar i wiele innych. Nie obchodzi się bez „Hej sokoły”, „W stepie szerokim” i wiejskich przyśpiewek.

W wąskim korytarzu „Zorza” tańczy, bo na zorzę w środku nocy dał się nabrać, wyskakując szybciutko z łóżka i piżamy. Taki przydomek w mig jedna z osób dostała. Potem już pociąg taki jak na weselu. Stoi prawie w miejscu, bo miejsca jest jak ma lekarstwo. Za chwilę będzie się rozwidniać. O spaniu nikt nie marzy. Nade mną girlandy z papieru toaletowego. Zegar pokazuje 14 stopni za szybą. W środku klimaty gorące wręcz tropikalne. Jak się bawić to się bawić bez względu na miejsce i godzinę.

Zapytacie, gdzie jestem? W autobusie. Wesołym pojeździe wracającym z norweskich fiordów do domu. Nadchodzi moment, że girlandy mają wzięcie. Czas na toaletę. Pachnie dezodorantem, bo na imprezie trzeba przecież jakoś wyglądać. Ktoś krzyczy: Daj głośniej – bo kawałek fajny. Po kątach jedzenia nie brakuje. „Główny kucharz” donosi, bo słowa głód nie zna. Całe życie z wariatami – jedna z osób się śmieje. A ja powiadam – nie. Całe życie z ludźmi co życie kochają.

Pada pytanie: Idziemy spać? Jak myślisz jaka była odpowiedź? Zakwita biały kwiat zespołu Alibabki wzbudza następne emocje. Nikt nie chciał spać, ale siłą rzeczy nie tylko głośnik się rozładował. Zapada cisza. Dobranoc.

Wszystkim którzy ze mną na tej wyprawie byli i wnieśli w moje życie nowe doświadczenia, dziękuję. Wszystkim wielu podróży, za którymi podąża pasja życzę.

CZY TONA ŻELASTWA POTRAFI ZACHWYCIĆ? LOFOTY 1/8

Wraki mam w pracy. Codziennie za oknem. Ludzie przywożą do kasacji. Trochę złomu. Kto by na to patrzył, a co dopiero się tym zachwycał. Dzisiaj oglądanie łodzi rybackiej. Tak mówią. A ja ramionami wzruszam i pytam: Co Wy w tym widzicie. Widziałam już kawałek samochodu. Praktycznie została oś i kierownica. Trochę żelaza pod wodą porośnięta roślinnością. Będzie fajnie słyszę. Zawierzyłam, bo dlaczego by i nie.

Wyrzuceni zostajemy daleko od lądu. Fale są, bo to prawie pełne morze. Od wielkiej pomarańczowej boi w dół biegnie lina. To miała być lina. Ja widzę tylko cienki biały sznurek. Nade mną nurek, pode mną nurków kilku. I toń i trochę jakby do niebieskiej wody ktoś troszkę mleka dolał. Wszyscy w dół spadają jak ciężarki. Wyrównanie ciśnienia odbywa się nie wiadomo kiedy. Ledwo się oglądnęłam, a jestem na ponad 28 metrach głębokości. To mój rekord. Przed moimi oczami ukazuje się widok kadłuba. Wielka jest bestia i już robi wrażenia. Najnowocześniejsza szwedzka jednostka rybacka z 2001 roku przyjechała tu jako nówka na połów Dorsza. Jak setki innych. Zatonęła rok później, bo ktoś stwierdził, że zrobi sobie mały skrót, żeby było taniej i szybciej.

Zamknij oczy. Ujrzyj wyobraźnią mały statek. 75 metrów długi i 18 m szeroki. Nowiutkie burty lśnią w słońcu. Maszt pnie się wysoko w stronę nieba. Wyposażony jest w najnowocześniejszą aparaturę i szereg komputerów. Kilku rybaków używając najnowszych rozwiązań krząta się po pokładzie wyciągając ciężkie sieci, a w nich tysiące ryb. Jednostka jest w stanie pomieścić w wielkich ładowniach w sumie 800 ton. Każda z nich przechodzi przez ludzkie ręce, aby być wypatroszoną od razu po wyciągnięciu z wody. Są segregowane do odpowiednich pojemników, które są przypisane do odpowiednich ładowni. Tam na wielu poziomach czekają aż dopłyną bezpiecznie do lądu. Wszystko chodzi nienagannie. Łódź wyróżnia się na tle innych. Przeszywa fale norweskich wód bez problemu. Jedynym zagrożeniem dla niej są tutejsze podwodne niespodzianki w postaci wypiętrzających się skał. Jednej takiej nie wykrywa komputer. Przeszywa przód kadłuba jak ostry nóż tnie bułeczkę. Statek powoli nabiera wody. Może i byłby do odratowania, ale idzie weekend, a w weekend Norweg ma wolne. Do tego jedna z pomp, które tłoczą wodę, aby łódź mogła przybić do brzegu zatyka się. Ekipy ratownicze zabierają załogę na ląd. Maszyna idzie na dno. Wielka masa wykłada się na prawym boku pod wodą. Patrzę na nią dzisiaj i mam na wyciągnięcie ręki. Leży spokojnie na około 45 metrach i jest schronieniem dla okolicznej fauny i flory. Dla mnie to Tytanic tylko w nieco mniejszym wydaniu. Pokryty żółtymi i różowymi żyjątkami. Mimo znacznej głębokości żywe kolory zaskakują. Szczególnie żółtawy kanarkowy mnie w tym miejscu zaskakuje. Wszystko na statku zachowane w idealnym stanie. Tylko kolory zmienił na rdzawo brązowe. Kadłub i cała reszta opierzona. Jakby zielony puch się do niej poprzyczepiał. Algi lekko utrzymują się na wodzie, ale odpłynąć nie mogą. Ciężka od wody sieć nie do podniesienia na dnie leży. W wodzie przekrój liny przyjmuje rozmiary zaciśniętej pięści. Woda działa jak szkło powiększające. Małe ławice ryb mają tu swoje szlaki. Czuję się czasami jakbym na skrzyżowaniu była. Ogólnie obowiązuje ruch prawostronny. Czyżby ryby przepisów przestrzegały?

Popływałam między stalowymi elementami, nacieszyłam oczy widokiem. Czas wychodzić z wody. Słońce do wody zagląda. Wyjście trwa dużo dłużej ze względu na przystanki sanitarne i dekompresyjne. Wysoko na powierzchni nieźle huśta. Wykładam się na wodzie. Słona do buzi wpada wraz z falą. Za mną następne czarne postacie wyskakują jak piłeczki. Słońce w buzię świeci, a ja czekam aż łódź podpłynie. Troszkę opalanka. Kolega skafander napompował. Bawi się w wodzie jak dziecko. To był przyjemny spokojny nurek, choć na początku obaw było troszkę i nie tylko u mnie. Zostawił dobre wspomnienia i sentyment do tego, co na dnie.

Są chwile w życiu, kiedy człowiek zakłada, że mało ciekawie będzie, że to nie dla niego. Kiedy jednak podda się chwili i spróbuje, życie daje mu w prezencie niespodziankę w postaci wspaniałych wrażeń. Może, więc nie nastrajaj się z góry, że coś nie dla Ciebie, nie Twoje. Przez takie myślenie właśnie w życiu często omija nas to, co piękne. Dzięki takim chwilom rodzi się miłość, pasje i przywiązanie. Nie daj im przechodzić obok.

TANIEC DROGĄ DO POZNANIA DRUGIEGO CZŁOWIEKA. LOFOTY 1/9

Tańczę. Tym razem na pokładzie promu. Jest 2-ga nad ranem. Jestem w drodze powrotnej do domu. W chwilach przerwy poglądy wymieniam. Ktoś mi mówi, że stary jest. Owszem ma swoje lata, ale do osoby, która właśnie do tańca mnie prosi na dyskotece, jakoś te słowa mi nie pasują. W głośnikach leci „Nie liczę godzin i lat”, a to bardziej mi już koreluje z ludźmi, którzy są ze mną w tym miejscu. Większość znam, bo przez tydzień byliśmy jako jeden team. Z kilkoma w głębszych relacjach z innymi nie miałam okazji porozmawiać. Okazja nadarza się teraz.

Zanim tu się znalazłam założyłam, że dzisiaj się nie bawię. Że zasnę słodko i noc prześpię. Ale przyszli i za nóżki wyciągnęli. I tak znalazłam się pod kopułą imitująca gwieździste niebo z tysiącem lampek mniejszych od choinkowych. Po kilku kawałkach nastrój się poprawia. Obserwuję jak ludzie w tańcu się zmieniają. Dzisiaj pozbawiam się uprzedzeń. Każdy z nas je ma.

Wyobraź sobie sytuację: Mało z kimś rozmawiasz, wiesz o nim niewiele. Wydaje Ci się zamknięty w Sobie i takim co ma własne zdanie. Mało miałeś z nim wspólnych tematów, a on prosi Cię do tańca. Zanim muzyka zacznie grać staje na chwilkę i zamyka oczy. Po to, żeby wyczuć rytm i sprawdzić się jako prowadzący. Odkrywasz, że w tańcu jest delikatny i pełen mądrości wynikających z życiowych doświadczeń. Otwarty i miły, i ma swoje pasje. Kilka kawałków i już wiesz o nim dużo więcej. Już inne jest Twoje wyobrażenie.

Inny osobnik o mocnej konkretnej nieco misiowatej budowie też przechodził za dnia koło Ciebie wielokrotnie bez odzewu. Słyszałeś wiele razy jak ma odmienne niż Ty zdanie o tym czy tamtym. Tańcząc już przy pierwszym kroku wyczuwasz jego miłość do ruchu i muzyki. Kroki przewidywalne i płynne przejścia, mocne przytrzymania, żeby kobieta przy szybkich obrotach czuła się bezpieczna. Zmiany w tańcu, aby monotonii nie było. Ogólnie pełna swoboda. Osoba która na co dzień zaniedbuje postawę tutaj przyjmuje pozycję wręcz idealną. Klata do przodu, napięte pośladki, jakby to w genach miał, ale bez muzyki o tym zapominał. Tańcząc z taką osobą patrzysz najpierw na nogi. Dopasowujesz się. Ale wiele czasu nie trzeba, aby przy takiej osobie nogi same myślały za siebie.

Na parkiecie dziewczyna w srebrnej krótkiej sukience. Czarne szpilki nieco wyniosły ją wyżej. Zadbana, wymalowana, przed chwilą jeszcze w różowej kreacji. Bo ona właśnie tak ubrana dobrze się czuje. Dla innych zwykły codzienny sportowy but wystarczy i t-shirt, ale nie dla niej. Pięknie wygląda. Piękne jest również to, że na promowej dyskotece strój nie ma znaczenia. Ważna jest dobra zabawa, aby 18 godzin szybciej i w miłej atmosferze minęło. Wróćmy jednak na parkiet. Dziewczyna ciemne proste włosy luźno spinką z tyłu głowy podpięła. Tańczy w parze. Kroki jakby wyćwiczone. Może na lekcjach tańca, a może ta para tak przez całe życie kroczy krokiem tanecznym? Lekko głowę przekręciła, oczy w parkiet lekko skierowała, ale wzrok nie tam patrzy. Zagląda gdzieś wgłąb siebie. Jest jej po prostu dobrze. Za mężem płynie. Myślisz Sobie: Czy w życiu też? Ja im tak osobiście życzę.

Inna para ma wreszcie czas, żeby być faktycznie blisko. Widzisz całusy, uśmiechy i patrzenia sobie w oczy. Dotyku nieco więcej. On z buzią opaloną od norweskiego słońca i wiatru. Meloman. Muzyki słucha, kawałków zna multum, dobrą muzykę do zastanych klimatów umie dobrać gdy sam się w DJ – a bawi. Ona drobniutka wywija się i odchyla do tył prawie mostek robiąc. Chłopak elastyczną dziewczynę przytrzymuje. A potem znowu patrzą na siebie i białe zęby widać. W dzień u nich tych gestów mi brakuje. Jest im razem dobrze. Są tutaj i teraz, i razem.

Jeden z „przyjaznych obcych” w trakcie tańca opowiada o udanym wędkowaniu, na które się wybrał i przygodzie, która go właśnie spotkała gdy samochód jednego z Norwegów w jego łódkę wjechał. Ten człowiek przyszedł tu, aby wypełnić czas i nie być sam. Do żony i dziecka wraca. Większość z tych ludzi jest już po długiej podróży i jeszcze dużo przed nimi. Tutaj powroty już na dni się liczy, a nie na godziny. Jedni z wielkich połowów dorsza wracają, inni z nurkowania, a jeszcze inni z widoków podziwiania. Zmęczenia na ich twarzach nie widać. To zasługa endorfin, hormonów szczęścia.

Często ci, o których myślisz: dziwak, podrywacz, szaleniec, okazują się przyzwoitą osobą. Ja tylko o takich w tym wątku piszę. Warto jednak ze względu na czasy wspomnieć, że wariatów, którzy chcą wykorzystać nie brakuje, więc pamiętaj, że czujnym warto jest być zawsze. Słowa kieruję do czytającej młodzieży i tych co nadmierne zaufanie mają. Baw się i dbaj zawsze proszę o swoje bezpieczeństwo i tam, gdzie ochrona bezpieczeństwo ci zapewni.

A co do muzyki. Kiedy jest ciemno, a ona w ucho wpada mimowolnie stajemy się innym człowiekiem. To, o czym w dzień wielu z ludzi zapomina albo myśli, że przy ludziach nie wypada pojawia się wraz z piosenką i kiedy się ruszasz. Wtedy wokół nic się nie liczy oprócz tańca. Wtedy do głosu dochodzi własne „ja”. Muzyka i drgania cząsteczek poruszane przez dźwięk sieją magię. Są jak lekarstwo. To czas, żeby zapomnieć o wyzwaniach. Czas nowych znajomości, a czasami też zadumy w przerwach nad tym czy się w życiu przypadkiem za mało się nie uśmiechamy. A, więc tańcz człowieku, kiedy tylko będziesz miał okazje i kiedy tylko ochota najdzie. Z kimś, samemu i w grupie. Wśród znajomych i nie tylko. Na promie, w remizie czy eleganckich klubach. Bez wstydu, że coś nie tak i z dumą, że masz odwagę. Po swojemu i dla Siebie.

p.s: I tak się zatańczyłam że zdjęć nie zrobiłam. Na zdjęciach para, o której pisałam w poprzednim poście. Bo tańczyć można wszędzie. O tańcu jeszcze będzie.

DSC03908 DSC03920 DSC03922 DSC03925

ZAUFAĆ FACETOWI. LOFOTY 1/7

Kolejny poranek. Już wiemy, gdzie płyniemy. Klarowanie sprzętu. Zakładam cały osprzęt. Już nie liczę ile tego jest. Ponad 30 kg na pewno. Pod wodą nie czuć. Płci pięknej w tym sporcie zazwyczaj garstka. Facetów dużo więcej. Już tutaj można na nich liczyć. Po ubraniu skafandra, kapturów, butów, komputera, okularów, jacketu z butlą i dopięciu wszystkiego człowiek czuje się jak Wańka Wstańka. Faceci pomagają, przytrzymują, dopinają, sprawdzają. Dobrze mieć ich blisko Siebie. A potem spacerek na brzeg. Do pontonu. Z pontonu na łódź motorową. A potem krecha na miejsce docelowe. Płetwy są, balast również. Bez niego się nie zanurzysz. Okulary przepłukane. Kolega sprawdził czy się dobrze wykładają. Zaparowane i przeciekające odbierają całą przyjemność. Do wody chlup. I co? Balaściku troszkę się zgubiło. Taki jeden walec co ponad 4 kg waży. Nie mój. Był pożyczany. Dyndał po lewej stronie mając przyrodniego brata po drugiej. Redbullem go nazywają. Już go nie ma.
Reszta par już pod wodą. Przewodnika też już nie uświadczysz. Pływa się parami. I znowu mogę liczyć na pomoc. Cofka do łodzi. Dołożyli ołowiu. Kolega przepiął i podpiął co trzeba. Można zejść niżej. Powietrze spuszczone i już jesteśmy na 11 metrach. Zostaliśmy sami. Teraz test pamięciowy. Czyli co człowiek zapamiętał z briefingu porannego. Bo tam mówili gdzie, jak i kiedy trzeba. Co pod wodą, w którą stronę i gdzie się wynurzyć. Kompas w ruch. Ciekawe doznania. Pod Tobą woda i woda za Tobą, również z boku. Gdzie się nie obrócisz taki mały kosmos. Wyleguję się na tej wodzie i czekam. Do partnera mam pełne zaufanie chociaż pierwszy raz z nim pływam.
Po drodze zatrzymujemy się w basenach czyli dużych nieckach z białym żwirowym podłożem. Duży halibut w podłoże się ładnie wkomponował na ponad 20 metrach. Woda mieszana przez fale. Widoczność średnia. Miejscami słońce przebija. Halibuta w ręce trudno złapać. Płaski jak płaszczka i bardzo szybki. Zaskoczony, że go ktoś dotyka znika próbuje schować się w brunatnicach. Ma piękny biały kolor i łatki na Sobie. Troszkę przypomina mi siwą sierść koni rasy arabskiej. Halibut wyłowiony z wody traci oryginalne kolory. Smaczny, ale nigdy już tak oczu nie nacieszy. Chwila nie mija jak w rękach kolegi dostrzegam dużą rozgwiazdę. Ona zaskoczona jest przebiegiem sytuacji. Przecież rzadko w gości do niej ktoś zagląda. A ktoś, kto ma ręce i nogi jeszcze rzadziej. No, a tak w ogóle kto śmie ruszać. Rozgwiazdy w wodzie mają piękną aksamitną skórę. Z wierzchu jakby różnymi markowymi podkładami się malowały. Najpierw tymi co w róż wpadają, potem w pomarańcz, a na końcu beżowe. Wszystkie kolory przechodzą płynnie od środka na zewnątrz, ale nie wchodzą już na odnóża. Te bielutkie jak śnieg pozostają. Kiedy bierzesz je w ręce są mięsiste i próbują zwijać swoje odnogi jakby się wstydziły. Białe brzuszki wylegują się na roślinach lub bezpośrednio na dnie. Te żywe stworzenia nie mają się za bardzo jak przed nami bronić. Odkładamy niebogę.
Obok mnie piękna meduza. Pulsuje rytmicznie. W rytm moich oddechów. Otwiera się i zamyka. Tańczy w wodzie z gracją. Przypomina mi silikonową mięciutką kulę zabarwioną lekko na różowo. Leciutką bez żadnych ograniczeń, bo żadnych w niej mięśni i kości. Kiedy otwiera się przyjmuje kształt kwiatka rysowanego małymi rączkami dziecka. Staje się bardziej płaska pokazując swoją prawdziwą wielkość. Kiedy zamyka robi się pełniejsza. Delikatna i subtelna, a jednak często niebezpieczną ciągnie za sobą delikatne włosy zapuszczane od wieków. W prądach włosy układają się jeden obok drugiego. Jakby wróciła od fryzjera, który w odżywce je umył, a potem długo wyczesywał, żeby żaden włosek się przypadkiem nie poplątał. Kiedy morze jest spokojne meduza rozkłada się jak na plaży. Tu nie ma przestrzeni limitowanej. Delikatne niteczki ciągną się we wszystkie strony. Cieniutkie jak pajęczyna. Omijam je dużym łukiem. Jak wielkim? Wyobraźcie Sobie korpus meduzy większy niż głowa kolegi. A jej ciągnący się welon dłuższy niż on sam. Leżą w wodzie naprzeciwko siebie w odległości około 2 metrów. Oboje w bezruchu jakby w oczy sobie patrzyli chociaż przecież to żyjątko oczu nie ma. Na jedno i drugie promienie słońca przebijające się przez wodę padają. Zjawiskowo. On lekko płetwami wodę miesza. Jej ogon przejmuje subtelny ruch tułowia, aby potem znowu wyłożyć się na wodzie i wyciągnąć jak tylko potrafi. Ominięcie takiej to jak poruszanie się po rondzie. Do tych zwierząt mam respekt. Piękne, ale potrafią dać popalić. A niektóre poparzyć pozostawiając ślady na całe życie. Malutkie jak dłoń niektóre gatunki życie odbierają. A, więc meduzy podziwiajcie, a gdy będziecie próbowali się z nimi zaprzyjaźnić pamiętajcie, że one nie wiedzą co to przyjaźń.
Czas wychodzić. Koniec wycieczki. Na przystankach dekompresyjnych ryby spotykamy. Tych mało. Przynajmniej ja do nich szczęścia pod wodą nie mam. Na lądzie tak, bo dzięki chłopakom z grupy codziennie się nimi zajadam. O chłopakach więcej w innym wpisie. Wynurzyłam się i zaczerpnęłam łyk świeżego powietrza.
Wyciągnęłam ustnik z buzi. Wypłynęliśmy w dokładnie wyznaczonym miejscu. Mój partner leader spisał się na medal. Z takimi pływać to czysta przyjemność. Takiemu się ufa gdy pod wodą mrocznie i gdy traci się orientację.
Jeśli macie blisko Siebie ludzi, którzy pomogą na każdym kroku, którzy poniosą twój balast chociaż swojego już mają pełno, takich którzy czują się za ciebie odpowiedzialni i pilnują, żeby Ci się nic nie stało, a także przekładają Twoje bezpieczeństwo nad swoje, macie dużo szczęścia. A Ty? Zastanawiałeś się kiedyś jak ludzie czują się blisko Ciebie?

A CZYLI MIEJSCOWOŚĆ O NAJKRÓTSZEJ NAZWIE NA ŚWIECIE. LOFOTY 1/6

Jeśli macie ochotę na chwilkę odpocząć od znanych Wam codziennych widoczków, od oglądania z przewodnikami szeregu podobnych do Siebie kościołów czy muzeów. Jeśli chcecie wyruszyć nieco dalej, ścieżkami którymi turyści nie chodzą, bo nie są wyasfaltowane, zapraszam.

Tym razem do miejscowości o dźwięcznej nazwie A czytanej zupełnie inaczej, której nazwę tylko tubylcy są w stanie poprawnie pewnie wymówić. Miasteczko wielkości, no niewielkie powiadam. Malutkie. Kiedy stajesz w centralnym miejscu wszystko obejmiesz wzrokiem. W słońcu diabelska czerwień domów konkuruje z boskim kolorem nieba, które morzu przypisane. Miasteczko cały czas żyje chociaż jak skansen wygląda. Jakieś 250 lat temu jeden młodzieniec stwierdził, że wybuduje tu domek. Dzisiaj dzięki niemu kilku mieszkańców z tego miejsca utrzymuje się. Zliczyć ich można szybko. Jest ich garstka.

Jestem w centrum miasteczka. Obok mnie piekarnia i malutki sklepik z pamiątkami. Na półkach kilka rzeczy do podratowania gospodyni, jak jej coś w domu zabraknie. Jest jeszcze miejsce, gdzie można coś zjeść. W kilku krasnalkowych domkach rekwizyty, które można oglądać. Ot cała miejscowość A. Jeśli tu kiedyś zaglądniecie pytajcie o Olgę. Albo lepiej. Do sklepiku zaglądnijcie. Szukajcie wzrokiem dziewczyny o polskich rysach z długimi włosami, których ona poskramiać nie chce, w letniej sukieneczce i grubym dłuższym rozciągniętym wełnianym swetrze, bez guzików, który co rusz poprawia, bo troszkę chłodno. Na nosie niesforne okulary. Spadają, więc potrzebują poprawek, kiedy sweterek ich nie potrzebuje. Jak tu się znalazła pozostanie dla mnie tajemnicą. Oprowadza turystów, gdyż jest przewodniczką. Z jej ust słyszę: Za dwie godziny jadę do dużego miasta. Pytam jej co to znaczy. Duże miasto na Lofotach to takie, gdzie jest większy sklep i bank. Potem idziemy każda w swoją stronę. Odpuszczam. Gdzie indziej mnie ciągnie. Przemykam między domkami. Przede mną asfaltowa dróżka ciągnie się tylko chwilę. Potem już tylko to, co natura dała troszkę przez ludzi poprawione, żeby samochód mógł wjechać. Tam turyści nie chodzą. Ścieżka chowa się za jedną ze skał. Prowadzi do tubylców, którzy przed obcymi się za skałą chowają. Przysiadam chwilkę na placu zabaw. Piaskownica kamykami wysypana. Wśród nich trawka miejscami wyrasta. Kilka opon na łańcuchu robi za huśtawki. Skromnie jak cała Norwegia. Siadam na jednej. Wokół błoga cisza. Przez chwilę słychać rozmowy z pobliskiego domku, jednak i one szybko milkną, Domki leżą nad zatoczką. Zbudowane na skałach podchodzą blisko pod wodę. Skały schodzą w dół, a tam już tylko morze, horyzont oraz góry. Kamienie pozwalają zejść po skarpach aż do samej wody. Są jak ergonomiczne schody. Siadam na jednym z głazów. Ciepły od słońca. Zamykam oczy. Słyszę jak woda obmywa kamienie.

Wyobraź Sobie matkę kąpiącą noworodka, kiedy z jej dłoni woda opada delikatnie na główkę czy brzuszek dzieciaka. Raz za razem. Bez pośpiechu, delikatnie. Z zamiarem, aby krzywdy nie zrobić, aby woda do oczu się nie dostała, aby szum wody koił i zbytnio hałasu nie robił. Tak właśnie traktowany jest przez wodę tutejszy brzeg. Wyobraź sobie, że ten dźwięk budzi Cię codziennie rano. Do tego widok zorzy polarnej zamiast ciągłych przydrożnych reklam. To wynagradza Norwegom chłodniejszy klimat i noce polarne.

Otwieram oczy. Na środku morza wyspa wyrosła. Azyl i miejsce wypadu na posiłki dla tutejszych ptaków. Tam morze już nie ma litości. Tam woda o skały uderza z łomotem podobnym do tego gdy szybko wodę z michy wylewasz, nie patrząc na nic, bo Ci się śpieszy. Daje do zrozumienia, że mimo delikatności potrafi poszaleć. Na sznurku rozwieszonym na balkonie jednego z domków skarpetki się suszą, a w kącie rower dziecięcy rzucony. W oddali przed domkiem ktoś drzemkę sobie urządził, bo woda kołysankę mu zanuciła. Wracam tam, gdzie ludzi więcej. Gdzie głosy dzieciaków słychać. Francuska rodzina z gromadką rozgląda się za jedzeniem. Pani malucha na środku drogi w spodnie ogrodniczki przebiera. Jedno ramiączko niedopięte, bo maluch już się wyrywa. Młodsza siostra zaczyna brata szarpać za czuprynę. Trzylatka której białe włosy lśnią w słońcu, nie czesana z dobry tydzień, ciągle róg pieluchy w buzi trzyma. Resztę jak długą kitę ciągnie po asfalcie. W świecie dzieciaków już ciszy nie uraczysz. Ale radość i pocieszne zachowania, tak.

Między domkami na palach, wysuniętymi w morze poza linię brzegową, tętni życie. Nie jest ich dużo i wszystkie podobne do Siebie. Liczne pomosty przyklejone do nich pozwalają zaglądnąć w każdy kąt. W ucho wpada mi muzyka, mało współgra z tym miejscem. Romantyczna, wolna, młodzieżowa. Na poręczy jednego z pomostów widzę głośniczek. A obok na deskach dwoje młodych ludzi. Dzieli nas woda, a dojście do nich wymaga obejścia kilku domków. Taka mała Wenecja. Widok jednak mam idealny. Bliżej mi nie trzeba. Wokół nich nikogo, a oni tańczą. Zamieram, bo uwielbiam ten widok. 17 stopni w słońcu, a oni rozgrzani. Ona ubrana w fioletową luźną koszulkę na ramiączkach, która tańczy razem z nią na wietrze. Do tego najzwyklejsze jeansy i buty sportowe. Zgrabna niezbyt wysoka dziewczyna z okrągłymi policzkami włosy w krótki warkocz związała. Wiatr zdążył już zrobić swoje. Twarzy uśmiech towarzyszy. On modny dwudniowy zarost uśmiech oddaje. Wygląda na instruktora. Mój wzrok zatrzymuje się na butach. Są jak domowe miękkie kapciuszki w biało-czarne paski. Wyglądają na zwykłych przechodniów. O tym, że są tancerzami dopiero ruch ich zdradza. Ona w przerwach większość tańczy na palcach stawiając stopy blisko jego stóp. Oboje płyną, ale ruch co jakiś czas przerywany jest miękkim, a jednocześnie energicznym zatrzymaniem. Nie słychać odgłosów stawianych stóp. Tylko muzyka w przerwach wypełniona ciszą. Ciała zbliżone rytmicznie przemieszczają się. Noga za nogą podąża. Za każdym razem inaczej. Tu nie ma deptania drugiemu po butach i nie ma pomyłek. Dziewczyna potrafi przewidzieć każdy ruch partnera. Patrzą sobie w oczy. Do nóg i stawianych kroków przywiązują wielką wagę. Do rąk jeszcze większą. Dłonie partnera delikatnie aczkolwiek pewnie trzymają partnerkę. Postawa nienaganna jak w szkołach tańca. Są teraz we własnym świecie to, co dookoła nie ma dla nich znaczenia, choć wiedzą, że robię im zdjęcia. W przerwach między kawałkami drobne poprawki chociaż dla mnie już nie ma co poprawiać. Widok wart zapamiętania. Tańcząca para, a pod nimi morze tańczy. Wokół nich znienacka gapie się zebrali. Czas wracać.

Dzień kończę spacerem po białej plaży napotkaną w drodze powrotnej. Tak na nią mówią. Dla mnie to miejsce dla tych, którym trudno odróżnić kolor beżowy, kremowy, piaskowy, cielisty czy jasno brązowy. Tu spotkasz je wszystkie w jednym miejscu. Tu widać różnice. Piasek drobniutki jest tutaj jak mąka kukurydziana i gładki jak tafla szkła. Ubity mocno daje dobre podłoże do spacerów i biegania. Nogi się nie zapadają, a na powierzchni pozostają delikatne ślady stóp. Dlaczego nazywają ją białą? Bo takie wrażenie robi z daleka gdy mocne słońce się w piasku odbija. Czasami warto zrobić coś innego niż było w planach. Nie mieć ambitnych wyzwań. Dać ciału odpocząć. Wsiąść do autobusu i po prostu pojechać na wycieczkę. Zobaczyć przy drodze białą plażę, pasące się na trawie owieczki, domy z dachami pokrytymi zielenią i skaliste wybrzeże. Posłuchać ciszy, przypatrzyć zwykłym w ocenie, a jednak niezwykłym ludziom.

DSC03845 DSC04097 DSC04092 DSC04081 DSC04078 DSC04073 DSC04071 DSC04070 DSC04061 DSC04054 DSC04051 DSC04050 DSC04028 DSC04024 DSC04023 DSC04020 DSC04018 DSC04016 DSC04013 DSC04011 DSC04001 DSC03997 DSC03996 DSC03981 DSC03975 DSC03971 DSC03949 DSC03914 DSC03912 DSC03902 DSC03901 DSC03897 DSC03887 DSC03886 DSC03884 DSC03881 DSC03876 DSC03875 DSC03873 DSC03869 DSC03865 DSC03862

DSC03844 DSC04087 DSC04084 DSC04080 DSC04079 DSC04075 DSC04072 DSC04063 DSC04062 DSC04059 DSC04049 DSC04046 DSC04045 DSC04038 DSC04037 DSC04035 DSC04022 DSC04021 DSC04014 DSC04008 DSC04007 DSC04002 DSC03993 DSC03987 DSC03983 DSC03917 DSC03915 DSC03898 DSC03882 DSC03879 DSC03874 DSC03867 DSC03866 DSC03859 DSC03858

O CO TAK NAPRAWDĘ CHODZI W TYM NURKOWANIU? LOFOTY 1/5

Norwegia to nurkowanie. Dzisiaj właśnie trochę o nim. Woda 12 stopni i w lecie na więcej nie ma co liczyć. Niejeden słysząc te słowa, ręki do takiego płynu nie włoży. Ponad wodą wszystko zmienne. Pod wodą różnie bywa, bo norweskie Lofoty to również rozmaitość wrażeń. Spotkasz tu strome ściany i niecki podwodnych basenów. Raz pod Sobą masz płycej, innym razem nic nie zobaczysz, bo dno mam wrażenie, środka ziemi sięga.
Widoki? Pamiętajmy, że reklamy, opowieści i pierwsze oceny nas zwodzą. Na bogate życie nie natrafiłam jeszcze. Słucham, jak inni porównują: tam było ładniej, a tam to nie ma porównania. Tutaj mało się dzieje, a tam była woda czysta jak kryształ. Bez ocen i pomijając fakt zimna, przed którym strach jest przereklamowany, zadaję sobie najpierw pytanie: O co tak naprawdę chodzi w tym nurkowaniu? Dlaczego niektórych tak pod wodę ciągnie bez względu na warunki, miejsce i porę roku?

  • Wchodząc pod wodę bez względu na miejsce na ziemi, przełamujesz własne obawy, wygrywasz ze strachem, uczysz się samodzielności, a cierpliwość tu bardzo popłaca. Jesteś sam ze Sobą. Od tego, jak dokładnie się przygotowałeś, zależy czy wszystko będzie Ci sprawnie działało. Uczysz się, więc dokładności, schematów i tego, że najmniejsze błędy i pośpiech mogą Cię dużo kosztować.
  • Pod wodą zmieniasz nawyki, Dowiadujesz się, że ktoś liczy na Ciebie w razie, gdyby coś nagle zawiodło, że blisko możesz liczyć na pomocną dłoń. Uczysz się empatii i bycia lepszym człowiekiem.
  • Dowiadujesz się co to gościnność i wiesz, że żywe bardziej cieszy oko niż martwe.
  • W toni odkrywasz Siebie na nowo. Tam masz czas, żeby pomyśleć na spokojnie, żeby zwolnić z wszystkim, bo tam gonić jak w życiu się nie da.
  • W głębinach doceniasz oddech, o którym zapominasz na lądzie. Pod wodą płuca czują, że żyją. A Ty? Przypominasz sobie, do czego służą. Będąc w głębinach, słyszysz tylko tchnienie. Przyglądasz się bąbelkom powietrza umykającym i mającym jeden cel — wydostać się na zewnątrz. Wdechy i wydechy, gdy zaciągasz powietrze z butli, tutaj są głębokie i rytmiczne. Pomagają logicznie myśleć, wyciszyć się i zachować spokój w każdej niepewnej sytuacji. Zarówno pod taflą, jak i na lądzie. Zauważ, jak na co dzień oddychamy płytko. Zapominamy, że nasze płuca mają możliwości. Że nasza krew czy mózg powietrze wręcz kochają. O tym, jak ważny w naszym życiu jest oddech wiedzą jogini i medytujący. Wiedzą nurkowie i niektórzy psychologowie.
  • W wodzie liczy się pomysłowość Twoja i Twoich kompanów. Przyglądam się, uśmiecham i kiwam głową. Jak dzieci, jak dzieci – powiadam Wam. I właśnie o to chodzi. Żeby wyzwania zostawić na lądzie a pod taflą i wypływając na powierzchnię po prostu odpoczywać i dobrze się bawić. W pogodę i nie pogodę.

Słuchamy reklam i patrzymy na internetowe obrazki, a nasza głowa sobie wyobraża i zakłada, że będzie wspaniale. Że te dorsze co tak w Norwegii ich pełno będą blisko. A to nie ten okres i czasami nie w to miejsce ławica przypływa. Chcemy widzieć dużo, więc nie cieszy nas małe. A to te drobiazgi składają się na całość. Wygląd to jedno. Ale pamiętajcie korzyści nie tylko z widoczków płyną. Doceń to, czego się uczysz w nowych miejscach. Dostrzegaj chwile które dają powody do radości.

Info dla zmarzluchów, którzy chcą poznać podwodny świat, a zimno ich przeraża. Chłodu w zimnych wodach nie ma co się bać, bo przy odpowiednim ubiorze pod wodą komfort wyższy niż na lądzie. A Info dla tych co obrazki mają największe znaczenie. Jeśli widoku w wodzie będzie Ci mało poczekaj na pokaz, który tutejsze niebo oferuje. Zorza polarna lubi cierpliwość i potrafi zaskoczyć swoim pięknem, kiedy najmniej się spodziewasz. Podobnie jak woda. Norwegię można odkrywać na różne sposoby.

DSC04222 DSC04216 DSC04214 DSC04212 DSC04210 DSC04183 DSC04179 DSC04177 DSC04173 DSC04170 DSC04160 DSC04155 DSC04145 DSC04143 DSC04137 DSC04135 DSC04127 DSC04125 DSC04124 DSC04121 DSC04120 DSC04117 DSC04108 DSC03839 DSC03834 DSC03831 DSC03828 DSC03826 DSC03819 DSC03814 DSC03794 DSC03769 DSC03749 DSC03748 DSC03743 DSC03721

 

DSC03710 DSC04220 DSC04218 DSC04208 DSC04201 DSC04199 DSC04174 DSC04152 DSC04150 DSC04144 DSC04142 DSC04132 DSC04122 DSC04119 DSC04118 DSC04115 DSC04114 DSC04109 DSC04107 DSC04104 DSC04103 DSC04102 DSC04101 DSC03821 DSC03813 DSC03812 DSC03811 DSC03809 DSC03795 DSC03793 DSC03786 DSC03780 DSC03775 DSC03773 DSC03726 DSC03724

6 WSPANIAŁYCH I 1 BABA Z JAJAMI. LOFOTY 1/4

Pierwsze dni na Lofotach. Warto się rozpakować. Wielki ponton, który strażacy na akcje ratownicze biorą, czeka na swoją kolejkę. Doczekał się. Pogoda rano zmienna. Nawet powiem, że dużo padało. Lało jak z cebra chwilami. To dzień, gdzie dwa nurkowania grzybobraniem były urozmaicone. Przy brzegu słyszę małe poruszenie. Podczas składania okazało się, że część podłogi nie przyjechała. Bez tego trudno pływać. Piłka i młotek potrzebna. I kilka desek, których w okolicy nie brakuje. Norwedzy drewno lubią. Tyle chłopakom trzeba, żeby podłoga kompletna była. Oni rąk nie rozkładają, oni rękawy potrafią zakasać. W jedności siła, więc każdy głową troszkę ruszył. Idę zaglądnąć z ciekawości. Pełny profesjonalizm zastaję. No cóż, dla tych chłopaków nie ma rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, że łowienie ryb sobie umyślili. Żaden braki im nie staną na przeszkodzie. Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że faceci, o których piszę żyją jak pies z kotem. W rzeczywistości są jak bracia i łączy ich nieodłączna przyjaźń. Cięty język, żart za żartem i przekleństw nie mało, ale w sympatycznym wydaniu. Każdy ma inny charakter i temperament. Wszyscy mają coś z dziecka. Są też tacy co z dziecka nigdy nie wyrośli. Pozytywnie nastawieni do świata. Uśmiechnięci wstają i z uśmiechem się kładą. Wkurzają się na ciebie, ale to słodkie wkurzanie wiesz, że krzywdy nie zrobią. Czasami pokrzyczą na siebie, ale im szybko przechodzi. Troskliwi. W mig potrafią się zebrać, a snu jakby nie potrzebowali.

Z takimi facetami na ryby się wybrałam chociaż łowienie ryb jest mi bardzo nie po drodze. Ryby jeść owszem, ale lubię. To miała być męska wyprawa, a mnie kusiło. Sześciu ich było. Dosiadłam się w ostatniej chwili. Nic nie mieli przeciwko. Przyjęli z otwartymi rękami. Wsiadamy na łódkę. Jeden w gumiakach inny prawie na bosaka. Jeszcze inny w krótkich spodenkach chociaż pogoda wymagająca. Któremuś buty zamokły i plecak zalało. Ale kto podczas emocji związanych z połowem o takich drobiazgach myśli. Bo emocje są. Ryby biorą. Dorsze, makrele i głębinowe brosmy. Aż im oczy pod wpływem zmiany ciśnienia wychodzą. Ryby mniejsze i duże. Radość jeszcze większa. Cieszą się jak dzieci, a ja razem z nimi. Nie wiem co tam pod wodą, chyba mają fart. Nawet ja coś złowiłam po krótkim kursie. Nawet dwie na raz na jedną wędkę. Bo chłopaki o babę z jajami dbają i nie chcą, żeby z boku tylko siedziała.

Nałowiliśmy dla całej zgrai na lądzie. Oni nałowili mój udział był znikomy. Moje dwie, a ich cała zgraja pod prowizoryczną podłogę, która wieki by przetrwała się pochowały. Nie wiem czy mieliśmy dużo szczęścia, czy to było doświadczenie. Może chłopcy zostali dobrze poinstruowani o tym w jakim miejscu łowić i miejsce na środku morza znaleźli? Czy to ważne? Nawet jeśli ryb by nie było, zabawa byłaby przednia. Bo były przepychanki żartobliwe i żarty przednie, teksty. Dużo męskiej naturalności. Ją trzeba umieć czytać i potrafić śmiać się. Inaczej kobieto masz drogę przez mękę. Taki żart.

Czasami nam coś w facetach przeszkadza, czasami drażni, ale my kobiety powinnyśmy pamiętać, że to nie nasz świat. Pretensjonalność, nadopiekuńczość, wypominanie, rozliczanie odpuśćmy sobie czasami. Zauważajmy, że oni są po prostu inni. Inaczej świat widzą. Dużo prościej. I to się mi w nich podoba. Nie chcą długo pamiętać i szybko rozprawiają się z wyzwaniami. Mogłam przekonać się o tym dzisiaj. Podobnie jak tego, że męskie wyprawy są im potrzebne jak powietrze. Kontakt między mężczyznami to pierwotna potrzeba. Każdy facet zasługuje na przyjaciela. Dużego męskiego grona przyjaciół. Takich do wszelakich wspólnych zadań i wygłupów. Takich, z którymi naprawi łódkę i wybierze się na ryby, wymarznie i przemoczy do suchej nitki. Pamiętajmy, że my możemy dać im delikatność, ale odwagę i siłę faceci czerpią od Siebie nawzajem. Wspólne przebywanie w męskim gronie wydobywa męski potencjał. Nie bądźmy, więc zazdrosne o inne relacje mężczyzny, nie bądźmy spragnione jego ciągłej obecności w domu. Nie ciągajmy ich po sklepach. Poszukajmy swoje babskie przyjaźnie.

Założyłam, że na tej wyprawie będzie super i było. Zmarzłam tak, że nogi po gruncie same iść nie chciały. Przewiało wszystkie kosteczki. Ale co moje to moje i tego popołudnia za skarby bym nie zamieniła na inne. A prą po ryb. Były przepyszne. Każdy facet jest inny i każdego warto zrozumieć. Ale powiadam Wam grono tych co bronią i ratują ludzi z opresji, są wyjątkowi. Również ci, którzy na co dzień im pomagają. A ja właśnie takich mam kompanów. Co umieją udzielić pierwszej pomocy w każdej sytuacji. Mają siłę Guliwera i złote serce. Pomagają. Nie widzą problemów, a jedynie wyzwania. Oczy mają dookoła głowy. Wzajemnie się wspierają. Ratowanie i pomaganie wpisane jest w ich zawód i to w ich krwi płynie. Przy nich czuję się dobrze zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Jeśli kiedyś będziesz potrzebna pomoc o numerze 998 warto pamiętać w pierwszej kolejności.

DSC03568 DSC03551 DSC03541 DSC03536 DSC03518 DSC03421 DSC03416 DSC03394 DSC03392 DSC03367 DSC03358 DSC03347 DSC03339 DSC03327 DSC03325 DSC03322 DSC03321 DSC03286 DSC03283 DSC03282 DSC03561 DSC03539

DSC03561DSC03272DSC03419 DSC03539  DSC03508 DSC03494 DSC03476 DSC03459DSC03320  DSC03412 DSC03388DSC03538 DSC03360 DSC03340 DSC03338DSC03280 DSC03323  DSC03314DSC03277 DSC03309 DSC03290 DSC03284  DSC03279 DSC03278

CO MAJĄ ZE SOBĄ WSPÓLNEGO RUDE BRUNATNICE I POMARAŃCZOWE GRZYBY. LOFOTY 1/3

Na Lofotach jestem z w ekipie: chłopacy strażacy, wojskowi i ich znajomi, lekarze, kierowcy, rolnicy i Bóg wie kto jeszcze. Ale zawody nie mają znaczenia. Jest ciepły człowiek o przydomku „Kucharz”. Rajem dla niego jest świat podwodny i kuchnia. Jest wszędzie i dobry nastrój i siły rozsiewa jak zboże. Jest Prezes. Nazwa słuszna, bo on tu wszystkim zarządza. Kocha to życie chociaż często do takich wypraw z własnej kieszeni dokłada. Bo dla niego liczą się relacje i dobra zabawa. Za każdym razem mówi nigdy więcej i za każdym razem jest jeszcze fajniej. Jest również „Prawa ręka Prezesa” co się na wodzie lubi po wypłynięciu wylegiwać. Nad wyraz spokojna istota pod wodą, a nad wodą to tylko wrażenie, bo ja bym powiedziała wulkan. „Lewa ręka” Prezesa, bo bez dwóch się nie da, jest do rany przyłóż. Nerwowy czasami, bo się przejmuje. Opiekuńczy pracowity, jest jak dobry ojciec. Ojcem jest, więc doświadczenia miał, gdzie nabierać. No i dodam złota rączka. Autobusem twierdzi nie mógłby jeździć ze względu na ludzi. Ja mam inne zdanie. Jest Hanuś co na imię Hanka nie ma. Przydomek dla niej z kabaretu chłopcy zaciągnęli. Są też inni, każdy z ciekawą osobowością. Wartością jest fakt, że Ci ludzie nie patrzą na pogodę. A Ty za nimi pójdziesz chętnie i chętnie pomożesz. Pomysłów im nie brakuje. A optymizm chyba na zapas po wielkich kieszeniach w skafandrach nurkowych pochowali. I jeszcze do butów. I gdzie tylko da się. Spać mogą przez chwilkę. Bawić się zawsze gdy tylko praca na to pozwala.

Ranek jak to mówią: pod psem. Niebo chmury zakryło. Mżawka, wiatr i cholernie zimno. Przygotowani do nurkowania wrzucamy osprzęt na samochód. Dwa kursy, bo ludzisków kilkanaście osób. Wysiadamy w szczerym polu. Na środku jedna ławeczka. Reszta to kamienie algi i długie zejście do morza. Od silniejszych wiatrów chronią nas góry. Woda ciągle w ruchu nieco nerwowa. Dzisiaj nurkowanie z brzegu. Jest przypływ. Do miejsca zejścia w podwodny świat tam, gdzie nieco głębiej jest ładny kawałek. Neoprenowe buty czy gumiaki niektórych skafandrów ślizgają się po kamieniach. Rośliny plączą dookoła nóg. Na głowę krople mokrego deszczu spadają. Chociaż deszcz mógłby przez chwilkę być suchy. Suche są za to od środka nasze skafandry. Cieplutkie co alternatywą są do pianek i jedyne na norweskie zimne wody. Jest jeden śmiałek co piankę ubrał. Wojak to i daje radę. Pełen podziw dla niego, bo wiem co znaczy gdy zimna woda między ciało, a strój się dostaje, zanim własne ciepło nas nie ogrzeje, a pianka go nie zatrzyma. Jakby ktoś wannę zimnej wody na ciebie wylał. No ale co się nie robi dla późniejszych podwodnych wrażeń. Jest nieco głębiej, więc płetwy lądują na nogach. Dyndamy sobie tak chwilę w rześko chłodnej wodzie. Sprawdzenie czy wszystko gra i czy powietrze odkręcone, a potem nur do wody na prawie godzinkę.

Pierwszy widok to las brunatnic. Przypominają mi palmy oglądane z samolotu, które na wietrze się huśtają. Te rośliny są ciągle w ruchu dzięki wodzie. Kołysze nimi na różne strony. Ale słuchają się jak w wojsku. Tam, gdzie masy wody się przemieszczają tam i one. Chodzą płynnie jak w szwajcarskim zegarku. Niesłusznie się ich nazywa. Ich brązowo – pomarańczowy kolor czasami odcienie złota przybiera. Ale tylko gdy na liściu promień słońca się zatrzyma. Tutaj wcale nie jest brunatno. Ich korzenie mocno przyczepione są do skały. Żółte i grube jak szparagi. Liście duże. Wyglądam przy nich jak Calineczka. No może przesadzam. W skafandrze i z białą buzią od zimna wyglądam raczej jak tutejsze trolle. Wiem o tym bo widzę buzie innych. Na liściach rozgwiazdy i różowo białe jeżowce. Pod liśćmi podobno tętni życie. Tam nie zaglądam. Nie dzisiaj.

Pod wodą brakuje mi jedynie zapachów. Nie znam ich. Jedyny zapach jaki można tu spotkać to soli morskiej. Słona jakbyś przez przypadek do zupy zamiast pół łyżeczki soli 10 garści wsypała. W dole życie trochę uśpione. Patrzę jak tafla wody krople deszczu zatrzymuje. Tu mi nic nie zrobią. Ciekawy widok. Jakbym na deszcz od środka wielkiej szklanej bańki patrzyła. Wychodzimy na brzeg. Przewodnik jedzie napompować butle. Nie będzie go ponad godzinę. Kilka osób wraca do bazy, reszta zostaje. Nosząc na sobie dziesiątki kilogramów czujemy się nieco zmęczeni. Ale najwięcej w tyłek daje nam pogoda. Owszem mokrzy jesteśmy. Każdy przy jakiejś skałce przycupnął. Ale wyszliśmy, żeby od wody odpocząć i wysuszyć się nieco, a tu czuję się jakby pranie było na ukończeniu. Jakby podwójne płukanie ktoś w pralce jeszcze włączył. A my w środku bębna maszyny.Szybko pada pomysł: Nie ma co siedzieć. W góry idziemy. No to poszliśmy. Rozeszli i grzybów przy okazji nazbierali. Grzybiarze w skafandrach nurkowych na grzybobraniu w górach i w deszczu. Uśmiech na twarzach się pojawił. Rzadki widok powiadam. Ja zbierałam fotki, grzyby to była działka pozostałych. Uwieczniałam, aby pamiątka została. Czas minął, a w trakcie jeszcze u Lesia w głowie pomysł na kolację się zrodził. Co potem jadłam nie wiem. Podobno kozaki. Piękne dorodne i nie takie z lasu. W kolorach jesieni, pachnące górską roślinnością.

Kiedy samochód wrócił ponowne zejście do morza. Jeden głodny innemu chce się sikać, ale w wodzie się o tym zapomina. Po godzinie znowu był ląd. Przestało padać. Słońce nadal, gdzie indziej poszło świecić. Spędziliśmy w tym miejscu ładnych kilka godzin. Potem już była ciepła herbata i sauna. A potem wędkowanie. Bo po co siedzieć wieczorem. Bo do grzybów świeża ryba dobra. No i jak tu nadążyć za tymi chłopakami? Da się, da. Bo pomagają, zachęcają i nie narzekają, że niebogi. Po pozwalają zapomnieć i cieszyć się chwilą. Patrzę na jednego co zawsze mówi, że pod wodą pięknie. Mówi z taką wiarą i tak na mnie patrzy, że trudno uwierzyć, że może być inaczej. Wieczorem wskoczyłam pod kołdrę i cieszyłam się ciepłem pod nią i nad nią. Radość niosło wdychanie ciepłego powietrza. Doceniasz gdy przez chwilę nie masz. Dyskomfort dozowany co jakiś czas jest jak lekarstwo. Stawia nas do pionu gdy głowa mówi: Oj jak mi źle, jak mi źle gdy jest dobrze.

DSC03673 DSC03670 DSC03667 DSC03666 DSC03661 DSC03650 DSC03632 DSC03623 DSC03595 DSC03593 DSC03588 DSC03587 DSC03578 DSC03574

7 W 1. LOFOTY 1/2

Jest 2.00 w nocy. Zaczyna się lekko rozjaśniać. O 3.30 wschód słońca podpowiada głowie: Wstawaj! Głowa nie przyzwyczajona. Wraz z nadejściem dnia zmieniają się widoki. Niewiele przed granicą Szwecji z Finlandią odbijamy w kierunku Norwegii.

Prawdziwe widoki zaczynają się, kiedy chmury zsuwają się po zboczach w dół. A może to szczyty do chmur się pną? W radio muzyka Country. Dlaczego nie. Gdzie głowy nie odwrócę gra barw. Woda o tej porze grafitowa jest jak lustro. Wodę i ostre krawędzie skał w nią wchodzących dzielą żółtawo – pomarańczowe wodne rośliny pokrywające brzeg. To zasługa odpływu. Kiedy wody mniej, co jakiś czas naszym oczom ukazuje się to, co zazwyczaj pod wodą. To nietypowe kolory jak dla roślinności wodnej. Na brzegu pojawiają się również białe połacie drobnego bielutkiego żwiru, który przechodzi płynnie w niziutka trawę. Zieleń wygląda tu jak na polu golfowym chociaż żadna ludzka ręka do jej wyglądu się nie przyłożyła. Tu o trawę dba sama natura. Klimat trzyma ją w ryzach. Po drugiej stronie na zboczach zaraz za krawędzią drogi, jasno zielone poduszki mchu pokrywają kamienie. W niższych partiach gór niskie zadrzewienie i kosodrzewiny. W wyższych partiach śnieg zalega. Tutaj lato mu nie straszne. Szara skała w słońcu się srebrzy. Głównie tam, gdzie skała mokra oraz w miejscach, gdzie woda z gór spływa tworząc wodospady. Całą grę barw zamyka błękitne niebo tworzące tło dla tutejszych szczytów. Kilka godzin trzeba, aby woda zmieniła kolor na błękitny, a chmury schowały się bawiąc w ciuciubabkę. W pobliżu Narvik.

Kiedy na drodze pojawiają się pierwsze łosie autobus ożywa. Znaki nie kłamią. Te zwierzęta naprawdę mają tu swoje szlaki. Kurcze blade zdjęć łosi nie mam. Ale co tam, każdy wie jak łoś wygląda. Przy drugim trzecim okazie już nie ma takich reakcji. Liczne zagłębienia wypełnione wodą przykuwają wzrok. Słyszę w oddali słowa: Piękne te bajorka. Powiem tak. Chociaż jedno takie bajorko i w takiej oprawie chciałabym dostać w prezencie. I z takim widokiem przez okno budzić się codziennie.

Oczami wyobraźni popatrz na czyste spokojne bezkresne morze, wodę niewielkich czystych jezior z bogactwem ryb, białe i srebrne kamieniste plaże, monumentalne góry z licznymi wodospadami, karłowatą różnorodną zieleń lasów, śnieg którego doświadczasz u nas zimą i słońce, na które czekasz z niecierpliwością latem. I to wszystko w jednym miejscu. Tak witają mnie norweskie fiordy.

Lofoty to słońce, deszcz i znowu słońce. I trochę chmur i wiatr, i dużo więcej. Pogoda na Lofotach kapryśna jest. Taki urok tej części Norwegii. Koniec podróży. Willa Ballstad w miejscowości o tej samej nazwie. Stoję przed malutkim bielutkim domkiem. Urokliwy. Wchodzę do środka. Podłogi również białe. Otwieram małe okienko na piętrze. Żeby nie było: również białe. Niebo jak na podciąganych grafikach z i-stock. Po prostu idealne. W dolinie morze w ląd się wcina. W oddali szczyty zachęcają do spacerów. Na środku skały spod wody na powierzchnię wyszły po to chyba, aby na słońcu się wygrzać. Są prawie na wyciągnięcie ręki. Na nich mewy przysiadły chyba odpocząć po śniadaniu. Na lądzie skałki pod sam dom podeszły. Jakby z ziemi wychodziły i też promieni słonecznych pragnęły. Rzeźbią krawędź tarasu. A ten co ma robić nieboga? Do kamieni się dopasowuje, bo one nie mają ochoty się za nic ruszyć. Kamienie są jak fotele z podgrzewanym siedzeniem gdy promienie słońca ich nagrzeją. Między skałkami roślinność górska się wciska jakby chciała się przytulić do kogoś, jakby schronienia tutaj szukała. Tam, gdzie większe połacie trawka niska tworzy kobierzec. Bez odżywek i grzebieni. Nie rośnie jak szalona, bo przez klimat okiełznana. Spokojna woda za lustro tu robi. Wszystko, co opisałam w niej się przegląda. Tutaj mam wrażenie nic nie trzeba poprawiać. A dzięki lustrze wody wszystko możesz podziwiać na dwojaki sposób.

DSC03883DSC03894 DSC03951DSC04180 DSC04091 DSC04012DSC04095 DSC03964  DSC03896  DSC03891  DSC03728 DSC03645 DSC03639 DSC03602 DSC03545 DSC03480  DSC03318DSC03446 DSC03306 DSC03295 DSC03291

CO SIĘ NIE ROBI DLA WIELKIEJ PRZYGODY. LOFOTY 1/1

W najbliższym tygodniu zabieram Was na jedne z najpiękniejszych wysp świata. Kierunek Lofoty czyli odległa Norwegia i jej malownicze fiordy za kołem podbiegunowym. Dzisiaj o samej podróży, która też ma swoje uroki. O tym co w niebieskim autobusie i poza nim.

100 bitych godzin drogi w obie strony. 6000 km po lądzie, a może i dużo więcej. 1 niebieski autobus. 2 sympatycznych kierowców i 27 osób takich co lat nie liczą. Mieszanka charakterów. Z brzuszkami i bez. Jedni się znają, a inni nie. Ale poznają się szybko. Podstawa, wszyscy pozytywnie nastawieni, otwarci na świat i innych ludzi. Kobiety i mężczyźni tak różni od siebie. Część osób nurkuje, a część po prostu lubi posiedzieć, pochodzić po górach czy dobrze zjeść. Ci którym Bozia więcej dała i pod wodę będą schodzić już na starcie żartują: Po co dieta. Wystarczy dobrze dopiąć zamek skafandra. Dla tych co nie wiedzą dodam że neoprenowe czarne stroje nurka figury dodają, brzuchy wciągają. Z większości facetów robią ciacho. Dowcipy będą towarzyszyły do samiutkiego końca.

Stoję przed autobusem. Pierwsze wyzwanie, bagaż się nie mieści. Ciekawy widok, gdy luki bagażowe zapakowane, miejsca pozajmowane, a walizki nadal na zewnątrz. Pudła, kartony i zgrzewki z napojami. Poduszki, śpiwory, lodówki przenośne i kurtki zimowe chociaż środek lata. Styropianowe pojemniki termiczne na ryby, bo ryb chcą przywieźć z tonę. No dobrze troszkę przesadziłam. Ale dużo. Ponton dla tych co łowić będą, bo łódka by się raczej nie zmieściła. To wszystko jest do zabrania. Dla tych ludzi nie ma rzeczy niemożliwych. Teraz każde wolne miejsce nabrało wartości. To nad głową i to pod nogami. Moim sąsiadem na podróż został grafitowo – granatowy, sympatyczny w dotyku pojemnik wielkości dużego kartonu. Z tym nie pogadam, ale też wiem, że wiercić się nie będzie. Podróż przez prawie całą Polskę, aby na prom się dostać mija szybko. Po godzinie czuję domową atmosferę. Ktoś o kogoś dba. Coś serwują. Catering pierwsza klasa. Z głodu z tymi ludźmi człowiek nie zginie. Tutaj się można przekonać, że są mężczyźni, którzy potrafią gotować lepiej niż nie jedna kobieta. Prom ma swoje lata. Wszystko idzie sprawnie. Ktoś gdzieś zniknął i ktoś nie może znaleźć plecaka. Są nerwy. Stres i skubanie skórek przy paznokciach. A w takich momentach liczy się spokój i opanowanie. Wszyscy o tym wiemy i za każdym razem popełniamy ten sam błąd. Zguba się po chwili znalazła. Emocje u niektórych opadały nieco dłużej.

Wchodzimy na statek. Wymalowany na biało z granatowo czerwonymi potężnymi kominami świeci w słońcu z daleka. Wygląda jak z obrazka. Tylko niebieskiego nieba brakuje. Zamiast niego można podziwiać szarobure kłębiące się na niebie chmury, które też przecież mają swój urok. Z bliska jest już inaczej. Dotykam ścian kadłuba. Ma już swoje lata. Zdradza to liczba warstw nałożonych z czasem farb. Każda powoduje, że pojawiają się coraz większe nierówności. Do tego słona woda. Jest bezlitosna. Miejscami farba odpryskuje i rdza się pojawia. W środku również. Miękkie fotele, lampy oraz wykładzina w hallu i korytarzach sprawiają, że miejsce jest bardzo przytulne. Obsługa polska miło się uśmiecha. Czteroosobowa kajuta bez okien robi dobre wrażenie. Czysto i schludnie. Ceny przyzwoite. Jedzenie również. Intuicja podpowiada będzie dobrze. Prawidłowo podpowiada. Wraz z upływem czasu zaglądam w każdy kąt. Część osób idzie do swoich kajut, inni mają wykupione miejsca lotnicze. Wiele osób przebywających na pokładzie ze śpiworem pod pachą szuka swojego kącika. Efekt jest taki, że, kiedy mija kilka godzin, każdy ma już swoje lokum. Część zjada przyniesione ze sobą zapasy. W korytarzach warto patrzyć pod nogi. Tu śpią ci, dla których zabrakło łóżek. Pojedyncze jednostki oraz całe rodziny. Obok drobnej nastolatki leży wszystko, co ze sobą na pokład zabrała. Ubranie, jedzenie, zabawki i słodkości. Śpi smacznie jak niemowlę. W innym miejscu dziewczynka puzzle układa. Inna z tatą po ziemi się czołga. Bawią się w tygrysy. W małych wnękach na materacach dwóch młodzieńców lekko oddycha. Zapadli w głęboki sen. Nieopodal nich mruga duży napis DISCO. Zaglądam z ciekawości. Magicznie. Sklepienie które czasami można też spotkać w historycznych katedrach ma kolor oceanicznej głębi. Drobne światła migają delikatnie. Wyglądają jak gwiazdy zadomowione w tym miejscu. Dla tych co tu przyjdą szybko minie czas. Na sprytnie zagospodarowanej powierzchni statku łatwo się poruszać i odnaleźć miejsca mniej i bardziej zaludnione. Całość ma 3 poziomy pomijając 2 poziomy doków przeznaczonych dla samochodów. Aby powstał ten wpis przycupnęłam na miękkiej podłodze w połowie długiego, wąskiego i przeszklonego korytarza, łączącego bar z kajutami. Wyglądam przez okno. Na zewnątrz przyjemnie. Ludzie głowy kapturami przykryli, bo wieje. Ci, co nurkują szczególnie. Oni ubrali czapki. Oni wiedzą, że o uszy warto i trzeba dbać. Jakiekolwiek przewianie jest równoznaczne rezygnacją z przyjemności zejścia pod wodę. Powietrze jest ciepłe. Młody Pan z psem wyszedł na spacer. Inny w towarzystwie kobiety wypala przed spaniem ostatniego papierosa. Większość przychodzi tutaj popatrzyć na morze. Zapachy grillowanego jedzenia wchodzą do środka. Woń bigosu miesza się z aromatem kiełbasek. W centralnym miejscu w oczy rzuca się wielka kopuła. Wokół niej miejsca widokowe z poręczą. Pod nią kryje się wspomniana dyskoteka. Po kilkunastu godzinach na wodzie wychodzimy na ląd. Samo południe. W Szwecji wita nas słoneczko. Po chwili znowu w autobusie. Do celu jeszcze daleko. Następne pół dnia mija leniwie. Jazda i krótka przerwa na opróżnianie. Powtarzalność się wkrada. Znudzenie. Dla zabicia czasu ogląda się filmy i żartuje pokątnie. Na przystankach przyjęło się hasło: Wojsko jest można jechać, bo w ekipie kilku co w mundurze służą. Ma być wszystko sprawnie, rzeczywistość jednak jest zupełnie inna. Komendy to wygłupy, wszyscy tu wiedzą, ale wiedzą też, że czas trzyma nas w ryzach. Zapada zmrok. Niebo nabiera kolorów. Niebieski zlewa się z pomarańczowym i żółtym. Dwa ostatnie kolory wstydliwie chowają się za delikatnie rozciągnięte nad linią horyzontu chmury. Autobus płynie po szwedzkich drogach. Wzdłuż linii brzegowej Bałtyku roślinność górska. Zieleń od tej soczystej po głębokie barwy iglastych sosen miesza się z fioletami. Białe akcenty pojawiających się brzóz, szarości skał i pobłyskujące tafle jezior uzupełniają całość. W autobusie przyjemne pomarańczowe światło nad siedzeniami współgra z niebem. W ruch poszły sztruksowe zasłonki. Przytulnie się zrobiło. Na czerwono duży zegar wyświetla temperaturę 12 stopni. Autokar wypełnia muzyka polskich spokojnych przebojów. Niektórzy popijają ciepłą herbatę, inni na ciepłą wodę czekają. Zapachy jedzenia wypełniają wnętrze. Nogi wystają miejscami poza siedzenia co oznacza, że niektórzy myślą już, aby oczy zamknąć. Za głowa słyszę śmiechy tych, którzy jeszcze o spaniu nie myślą. Mówią tylko o wyciszaniu, ale czuję, że jeszcze to potrwa. Na gapę jedzie z nami jedna mucha. Przed nami jeszcze 1000 km do celu. Za nami drogi 2/3.

DSC03164 DSC03166 DSC03177 DSC03186 DSC03187 DSC03203DSC03248 DSC03243 DSC03215 DSC03210 DSC03207 DSC03257 DSC03115 DSC03131 DSC03134 DSC03137 DSC03140DSC03145 DSC03147 DSC03148 DSC03152 DSC03153 DSC03162

 

DSC03766 DSC03255 DSC03250 DSC03242 DSC03233 DSC03219 DSC03216 DSC03204 DSC03197 DSC03188 DSC03184 DSC03163 DSC03159 DSC03158 DSC03157 DSC03156 DSC03155 DSC03154 DSC03151 DSC03136 DSC03135 DSC03126 DSC03110

Malaga czyli wodne i lądowe rarytasy 1/7

To miała być mała wyprawa na Targ z owocami. I takie drobne zakupy gdzieś w jednej z dzielnic. To gdzieś okazało się w samym centrum Malagi wciśnięte w historyczną zabudowę, gdzie już tylko pieszo się możesz przemieszczać. Trafiam na remont uliczki. Małe koparki, bo duża tu nie wiedzie, przerzucają piach, który czuje się między zębami. Bardzo wąskie przejście pozostawiono dla przechodniów. Trafia prosto na jedno z wejść do budynku. Jeśli trafisz tu w odpowiedni dzień i o odpowiedniej godzinie możesz zobaczyć wiele. Ja widokiem napawałam się troszkę, a i tak cały czas było mi mało.

Stalowa hala z wielkim, a’la witrażem, który z czasem pokrył kurz chroni to, co w środku od mocnego słońca. Wyjść i wejść jest kilka. Praktycznie z każdej strony. Wewnątrz na przywitanie rzucają mi się w oczy ryby z tutejszych wód oraz owoce morza. To najbardziej oblegane miejsca. Tam, gdzie mięsko pustki chociaż też różnorodność i wszystko świeże. Ale ryba to ryba. Lokalni o tym wiedzą. A świeża ryba to dużo więcej. To zdrowe jedzenie. Stoisko obok stoiska. Zapach ryb. Inaczej być nie może. Nie każdy lubi. Ja jednak opiszę go pozytywnie.

Nieopodal jest Port rybacki wszystko, więc tutaj tyle co z morza wyciągnięte. Sardele, barweny, ostroboki, pachną jeszcze przyjemnie solą z wody, morską roślinnością i głębinami. Nierdzewne stoły neutralizują mocne zapachy. Pozostają te, które kojarzą nam się wędkarzami co nad morzem przesiadują i muszlami zebranymi na plaży, które morze na brzeg wyrzuciło. Rybom łuski się świecą. Niektóre już wypatroszone pokazują jak zdrowo się odżywiały. Białe z różowym nalotem ośmiornice macki porozkładały. Małże wyglądające jak ślimaczki ciekawe są świata, wypatrują z muszli. Inne lekko odchylają domki jakby tylko chciały nabrać powietrza.

Handlarze spryciarze w białych sztywnych plastykowych fartuchach obsługują zwinnie klientów. Wielu z nich przychodzi tu często. Wiedzą, czego chcą. Rozmawiają, pytają, wybierają skrupulatnie. Każdy kupiec pokazuje palcami upatrzone egzemplarze. Tu tętni życie. Specjalne noże do patroszenia są ciągle w ruchu. Pojadłoby się takich rybek prosto z patelni. Zaraz za rybkami owoce suszone. Mango mniam, ale rodzynki i figi jeszcze lepsze. W Maladze winorośl i figi się uprawia. Lepszych nie jadłam. Kokos suszony w małych kostkach to miód w gębie. Kupiłam za mało. Kosztuję wszystkiego, zanim kupię, bo można. Pojadłam.

W dziwnym miejscu, gdzie sporo winem polewają sympatyczny zadbany Anglik, któremu się siwy włos sypnął, zagaduje. Z kolegami przyjechał. Degustuje różności. Dobrze się bawi. W tym miejscu wolnych miejsc nie ma. Idę dalej. Owocki i warzywa. Tu spotkasz te rodzime typu pomarańcze, cytryny, winogrona i banany, jak i jeszcze bardziej egzotyczne typu smoczy owoc. Ten faktycznie z wierzchu ma skórę smoka z bajek, za to w środku wyglądem i smakiem kiwi przypomina. Koło wielkich soczystych brzoskwini trudno przejść. Ten targ to przestrzeń wielu kolorów. Wszystko świeże nie trzeba przebierać. Towar z namaszczeniem wręcz podaje sprzedawca. Pachnie słodko. Słodki widok.

Za kolejnym zakrętem młoda kobieta o aksamitnej muśniętej hiszpańskim słońcem cerze sery sprzedaje. Do twarzy jej w niebieskim fartuszku. Aż miło kupować. Towar uśmiecha się do mnie razem z panią za ladą. I co. Nie kupisz ? Kupiłam. Pani jeszcze do zdjęcia się uśmiechnęła na do widzenia. Jeśli masz okazję być w takim miejscu polecam próbować. Nowe smaki zaskakują. Stare sprowadzane do nas i tutaj hodowane zachwycają, bo w tym miejscu dojrzewają. Tutaj najświeższe dostaniesz. Docenisz, kiedy wrócisz do domu i popatrzysz na własne półki sklepowe. Często można stwierdzić, że bida jakaś taka. Szybko zatęsknisz za Malagą. Uwierz albo nie wierz. Sprawdź.

 

DSCF1335 DSCF1333 DSCF1329 DSCF1321 DSCF1319 DSCF1318 DSCF1311 DSCF1295 DSCF1292 DSCF1278 DSCF1273 DSCF1271 DSCF1255 DSCF1246  DSCF1241 DSCF1237 DSCF1234 DSCF1233 DSCF1221 DSCF1220 DSCF1212 DSCF1211

Malaga i kilku wspaniałych 1/6

Kiedy wymieniali imiona okazało się, że jednak mieszana ekipa. Delfinarium Selvo Marina w Maladze i 6 podopiecznych. Delfiny. O nich dzisiaj będzie mowa.

Patrzysz na nie. Zawsze uśmiechnięte. Ciekawe czy to przez to, że taki wyraz twarzy mają czy, dlatego że smutki im obce. Trochę mało zgrabne. Mała główka. Małe „łapki”. Długi wąski pyszczek, za którym podąża reszta ciała. Szeroka klata. Nóżek brak. Oczy czasami czujne, innym razem przymknięte jakby marzyły o czymś. Te tutaj zapatrzone w swoich opiekunów. Wiecznie młode. Wieku po nich nie widać. Ja nie potrafię stwierdzić.

Przyglądam się magii kolorów, ale takich gdy jeszcze zdjęć kolorowych i filmów w kolorze nie było. Grafitowa skóra delfina na grzbiecie mieni się, choć gdy patrzę w górę słońca brak. Drobne jaśniejsze plamki nadają delikatności i tak już gładkiej aksamitnej skórze. Mam wrażenie jakby w tych miejscach nabierała przeźroczystości. Bokami pojawiają się przejścia tonalne, które obejmują znaczną część ciała. Tu dojrzysz wszystkie odcienie szarości. Finalny jest kolor biały. Identyczny z barankami na niebie albo tymi co na wodzie czasami widzisz. Całość niesamowicie pasuje do wody. Bo H2O bez delfina, jak i delfin bez niej żyć nie mogą.

Jeden zatrzymał się w pionie. Schylił lekko głowę. Na szyi skóra się zwija. Wydaje się jakby skóry w tym miejscu za dużo miał. Jakby się troszkę odłożyło. Kilka pionowych lekko wklęsłych i widocznych linii nad oczami wyróżniło go. Skóra błyszczy się zadbana wypolerowana domowa srebrna zastawa. Wyszło słońce. Promienie załamały się w wodzie i przyozdobiły zwierzę. Na całym ciele pojawiły się jasne refleksy jakby ktoś szybę na większe kawałki rozbił. A potem ta istota nieludzka płynie zjawiskowo. Już sam ruch wprowadza mnie w zachwyt. Wrażenie, że zwierzę jest mało rozciągnięte, ale za to bardzo szybkie i zwinne. Wielka masa przecina lekko wodę. Kiedy delfin wybija się w górę, wrażenie jakby tafli nie było. Jakby woda trampolinę mu na specjalne życzenie zrobiła. Woda wie, że magik zaraz wróci. Jak tylko zrobi fikołka. Delfin z wodą się bawi. A woda mu w tym pomaga. Tańczą razem.

Ludzie próbują naśladować. Delfinem pływają. Ale mało kto z delfinem rozmawiał jak on to robi. Mało się mu przyglądał. A warto. Bo liczą się drobiazgi, szczegóły. W tle muzyka gra. Operowa z filmową wymieszana. Pasuje jak ulał. Patrzę na ludzi. Oni wpatrzeni. Na sztuczki spoglądają. Dla mnie już sam płynny ruch wystarczy, aby tym zwierzętom pozazdrościć.

Delfinarium zlokalizowane w środku miasta. Wciśnięte w osiedle, bo tuż obok jak na wyciągniecie ręki budynki mieszkalne. Na niewielkiej powierzchni Hiszpanie stworzyli dla delfinów hotel w dobrej lokalizacji, dobrym standardzie i z dobrą obsługą. Delfiny mimo licznych zwierząt czynią to miejsce magicznym. Resztę wypełniają lwy morskie, pingwiny, żółwie i latające ptaki. Papugi, żurawie, bociany przelatują na jednym z pokazów nad głowami. Nad nimi niebo. Bez ograniczających krat i siatek. Ptaki jedzą z ręki. Biała papuga udaje wstyd i nieśmiałość. Ptaki nadlatują z wszystkich stron. Są, a za chwilę ich nie ma. One podobnie jak delfiny robią tu kawał dobrej roboty. Dzieje się wiele w bardzo krótkim czasie. Bardzo sympatyczne miejsce.

Biały Delfin Um. Czy ktoś pamięta tę francuską bajkę? To czasy mojego dzieciństwa. Do dzisiaj mam słabość i sentyment do waleni. Podziwiam je kiedy tylko nadarzy się okazja. Nawet w delfinarium, choć wolność cenię ponad wszystko. Teraz oglądam je z niecek basenowych. Dzisiaj nie płacę za specjalną atrakcję, gdzie mogę je dotknąć. Wierzę, że kiedyś zagoszczę w ich prawdziwym domu na dłużej. Ugoszczą mnie jak potrafią. Zaproszą na wspólny spacer. Po to właśnie człowiek uczy się nurkować.

Jeśli zobaczysz kiedyś walenia, który jedno oko przymyka, a drugie otwarte ma, to znaczy, że śpi. Proszę nie budź go. Bądź wtedy cichutko i daj mu odpocząć. Jeśli będziesz kiedyś wśród tych ssaków, pamiętaj: Od takich warto się uczyć. Twierdzimy że ich inteligencja niewiele mniejsza jest od naszej. Czy na pewno ? Dlaczego więc do dzisiaj nie potrafimy ich rozszyfrować i tyle nas rzeczy u delfina zaskakuje ? Jedno też jest pewne. Mają dobre serca. One nam wolności nie odbierają. My im czasami tak.

 

DSC02610 DSC02600 DSC02597 DSC02595 DSC02589 DSC02588 DSC02584 DSC02577 DSC02572 DSC02571 DSC02551 DSC02547 DSC02546 DSC02539 DSC02528 DSC02526 DSC02524 DSC02519 DSC02514 DSC02510 DSC02507 DSC02500 DSC02498 DSC02491 DSC02483 DSC02481 DSC02472  DSC02456 DSC02450 DSC02442 DSC02439 DSC02434 DSC02433 DSC02429 DSC02425 DSC02421 DSC02416 DSC02412 DSC02408 DSC02397 DSC02387 DSC02386 DSC02383 DSC02382 DSC02359 DSC02356

DSC02471

Malaga Centrum Tatuaży 1/5

Centrum Malagi. Dojeżdżasz samochodem ale tak naprawdę to królestwo motorów bo samochód postawić równa się wyzwanie. Trafiłam tu przez przypadek. Zwiedzania nie było w planie. W planie był tylko lokalny targ. Do Centrum prowadzą wąskie uliczki. Łatwo się w nich zagubić już za drugim zakrętem. Ale to właśnie jest piękne. Odkrywanie. To słowo pasuje do całej Hiszpanii. Wchodzę w uroczy ryneczek z fontanną na środku. Pewnie nie jeden w Maladze. Tam znowu szeroki wybór. Idę tam, gdzie intuicja podpowiada. Sklepiki jeden obok drugiego. Raj dla wszystkich co kochają zakupy.

Sympatyczne małe drogerie i tutejsze marki całkiem inteligentnie wkomponowały się w całość. Moim oczom ukazuje się deptak z baldachimem nad głową. Do wnętrza uliczki wpada łagodne światło. Tworzy odblaski pod stopami. Wszystko dookoła w ciepłych barwach beżów bieli i szarości. W wąskich uliczkach przemyka subtelnie powietrze. Na jednym z placów i rozwidleń w nieco szerszym miejscu dostrzegam w oddali komin statku. To świadectwo portu leżącego nieopodal. I wody. To dzięki niej czujesz tu przyjemny chłód, choć miasto ma prawie milion mieszkańców. Wśród spacerujących setki wytatuowanych osób. Moda czy może fach potomków narodzonego tu Pabla Picassa ?

Szybko zmienił się mój punkt zainteresowania. Spacerując skupiłam się na rękach i nogach osób odpoczywających na ławkach i tych co przed siebie mkną. Odkrywałam dzieła nieudane i takie co do dzieł sztuki można było zaliczyć. Od małych prostych kolorowych gwiazdek począwszy po obrazy, które Panoramę Racławicką przypominają. Nie do ogarnięcia w minutę czy dwie. Pojawiają się teksty w obcym języku, daty, znaki które mają dla właściciela znaczenie, esy floresy bez znaczenia żadnego, postacie z bajek w stylu koniki Pony. Tradycyjne serca, imiona ukochanych, herby, motywy roślinne, przeróżne zwierzęta i trupie czaszki. Czasami przemyślane, innym razem jeden rysunek obok drugiego od przypadku znalazły się na dłoni czy ramieniu. Dominują czarne, ale i tych kolorowych nie brakuje. Cieniowane, tęczowe i takie jakby ktoś tylko kilkoma kolorami operowałam.

Ograniczenia wiekowe ? Tylko świadomość o bólu może powstrzymać. Tatuaż znajdziesz u młodego chłopca, nastolatki oraz ich rodziców. U ludzi starszych też ozdobników nie brakuje. Jedno jest pewne. Moda przyszła. Po raz kolejny. Jak kiedyś na kolczyki. Najpierw jeden, a potem po kilka.

Szkoda, że ludzie gdzieś biegną. Nie mam czasu napawać oczu ani zapytać o nic. Inaczej gdy się gdzieś w knajpce przysiądziesz blisko. Wtedy można analizować szczegóły. A warto. Szczególnie gdy samemu zamierza się tatuaż wykonać. Upatrzyć taki w swoim stylu i o artystę dzieła właściciela zapytać. Dzielą się chętnie. Wiem, bo pytałam. Centrum Malagi to był początek. Prawdziwy show można spotkać w Centrum Wodnym. Tam widzisz, gdzie można zrobić, jak głęboko i jaki mocny. I to, że może zająć znikomą część, jak i również pokryć całe ciało.

Pamiętajcie tatuaż to ozdoba na całe życie. Nie zmyjesz go mydłem, nie zgolisz maszynką. Warto się wcześniej dobrze przygotować. Z relacji tych co tatuaże posiadają wiem, że gdy jeden się zadomowi szybko dla drugiego się miejsca i okoliczności szuka. Tu znalazłam na to potwierdzenie. Dla mnie Malaga była do tej pory miastem Antonio Banderasa. Wyglądałam go spacerując. Wiecie. Zawsze jest jakaś szansa. Teraz to miasto ludzi z tatuażami. Ja z tego miejsca zapamiętałam zmiany na skórze. Dzisiaj widzę je na każdym kroku. Na plaży, w  Centrach handlowych. Na każdej ulicy. Wśród tubylców i turystów.

A co do zwiedzania ? Zwiedzaj zawsze po swojemu. Nie musisz znać historii każdej kamieniczki i tak jej nie zapamiętasz. Jeśli jednak historię lubisz, nie omieszkaj zatrzymać się przy każdym budynku, pomniku i kamieniu. Patrz na to, co Twoje. Zostawiaj co Twoje w pamięci. Nie bój się odkrywać miejsc. W dobie GPS, Google maps, telefonów komórkowych i internetu odnajdziesz się wszędzie i wszędzie wrócisz. Wystarczy zapamiętać miejsce startu. Miłego zwiedzania i odkrywania nowych miejsc życzę.

DSCF1411 DSCF1404 DSCF1401DSCF1354 DSCF1390 DSCF1384 DSCF1368 DSCF1362 DSCF1359 DSCF1358 DSCF1355DSC02828   DSC02906 DSC02904 DSC02897 DSC02886 DSC02884DSC02911 DSC02882 DSC02881 DSC02909 DSC02871 DSC02865 DSC02854 DSC02842 DSC02839 DSC02838 DSC02836 DSC02834 DSC02833 DSC02832 DSC02831

Malaga czyli gdzie zrobić z Siebie skwarka 1/4

Centrum Wodne. Patrzę przez szybę samochodu. Na wielkich zjeżdżalniach, które mieszczą się za murami pustki. Co jest grane ? Podjeżdżam bliżej. No tak wielka kolejka. Tam ich nie ma, bo wszyscy tutaj są. O ludzi chodzi. Szał ciał przy basenach zacznie się za jakąś godzinę. Chowam się pod wielką palmą przed słońcem, zanim moja kolej do kasy przyjdzie. Leżę na trawie. Grube źdźbła ma i rośnie na ciężkiej glebie. Powietrze przynosi ze sobą zapach wody zmieszany z mokrą gliną i podlaną z rana zielenią. Dość przyjemnie zrobiło się przez chwilę. Słońce już na niebie szaleje. Dzisiaj da popis, bo widzi, że ludzie słońca są rządni. Środka jestem ciekawa.

Wchodzę. Ludziska z dziećmi, pompowańcami i przenośnymi lodówkami i zapasami jedzenia na cały dzień, szukają cienia. Dosyć spora ilość parasoli i kilkanaście palm powinno zaspokoić potrzeby wszystkich. Wreszcie większość się rozlokowała. Ciałka padły na leżaczki i ręczniki. Dzieci do wody. Z czasem ogarnia mnie jeszcze ciekawszy widok. Wszyscy chodzą jak w zegarku. Wszyscy przesuwają wraz z cieniem. Monotonii tutaj nie ma, a tubylcy i turyści znakomicie się dogadują.

Stwierdzam, że szkrabów dużo. Słyszę obok: Jakie kraby ? Ja tu żadnych krabów nie widzę ! Mówiąc to, dzieci miałam na myśli. Pociechy. Te malutkie i troszkę większe. Tylko główki wystają, kiedy jedno za drugim biegnie tunelem bez dachu, aby jak najszybciej znaleźć się na zjeżdżalni. Dobrze, że ktoś tym steruje, bo jest ich tyle co mrówek. W południe nie muszę liczyć. Na całym placu ludzi kilka tysięcy. Część z nich w wodzie się moczy, część praży jak skwareczki. Na wszystkie atrakcje kolejki. Fast pass, za którego się dopłaca pomaga tylko troszkę. Dzisiaj dzień luźniejszy. Jeszcze ciekawsze doznania podejrzewam można tu zaznać w weekend.

Kolorowe jak tęcza i fikuśne zjeżdżalnie są wyzwaniem dla wielu. Dla tych co się boją szybkości i dla tych co mają lęk wysokości. Tutaj można się sprawdzić lub po prostu dobrze wybawić. Tutaj na bezpieczeństwo stawia się nacisk, a każdy zjeżdżający wpada do wody z bananem na ustach. W jednym z basenów animacje dla dzieci, więc maluchy fikają. Miły widok. Pozostałe ciekawe.

Dwie starsze panie, chipsy zajadają. Ich stroje troszkę niesfornie na ciele się poukładały, ale im to nijak nie przeszkadza. Taki lajcik. Pachnie goframi. Niespełna roczne dziecko z pomarszczonymi od wody stópkami, długiego frytka pochłania. Dwie muzułmanki ubrane od stóp do głów, siedzą pod grzybkiem dla dzieci. Chłodzą nogi w wodzie i mają nadzieję, że woda opadająca z wielkiego czerwonego kapelusza ochroni ich czaszki przed słońcem. Figa z makiem. Słońce się nie da oszukać. W wodzie młoda kobieta na każdej z rąk ma dziecko. Obwieszona jest z każdej strony, stoi tam, gdzie woda chlapie. Zmęczona, ale szczęśliwa. Przynajmniej jej chłodno. Inne mamy wzdłuż basenu siedzą i czekają aż „znikające główki” wodą się nacieszą. Nawet się nie zorientują jak plecki nabiorą żywo czerwonych kolorków. Rozglądam się dalej.

Kremiki UV mają tu branie. Jeden drugiego co jakiś czas smaruje. Czasami samemu trzeba się troszkę pogimnastykować. Dziennie litry się tego tutaj zużywa. Ludzie chodzą biali z kremu jak niedźwiadki polarne, a Ci odporniejsi nienasmarowani jak niedźwiedzie brunatne. Ci, co zapominają o wyglądają jak raczki. Takie Zoo w Centrum wodnym. Zamykam oczy i słucham. Gwarno jak w ulu. Słychać muzykę i rozmowy w różnych językach, śmiech dzieci i plusk wody. Bo woda towarzyszy Ci wszędzie. Wydobywa się z dysz jak spagetti, zjeżdża na zjeżdżalniach razem z ludźmi i faluje jak morze w jednej z niecek. Tutaj woda jest, a gdy poza mury Centrum popatrzysz bloki i zieleń wypalona przez słońce. Mieszkańcy z okien codziennie na wodę patrzą. Mają miejsce do ochłody w zasięgu, a jednak niedostępne na co dzień. Nadchodzi wieczór.

Słońce nadal mocne. Ale po plecach już tak nie parzy. Palmy odpoczywają, bo spełniły swoje zadanie. Opalone postacie co jakiś czas przemykają, aby ostatni raz zjechać lub złapać jeszcze troszkę promieni słonecznych. Większość wszystko pozjadała i zaczyna być głodna. Wymoczona porządnie. Wszystko, co ciało oddało w postaci potu, kremów i tego, co pod strojami, w wodzie zostało. O tej porze odradzam w okularkach pływać i po dnie szperać. Po co się zrażać, skoro cały dzień sympatycznie było. Jutro nowy dzień i ludzi w tym miejscu jeszcze więcej, choć Centrum ma już ładnych parę lat. Ewenement? Nie. To miejsca, które w czasie wakacji zaliczyć można i warto. Dla dzieci raj dla mnie miejsce obserwacji.

Z tego obserwowania i obfotografowywania o smarowaniu zapomniałam i do grupy raczków godnie dołączyłam. Ale co się dla zdjęć nie robi.

 

DSC02919 DSC02914DSC02821 DSC02912 DSC02896 DSC02870 DSC02864 DSC02863 DSC02862 DSC02860 DSC02851 DSC02848 DSC02845 DSC02843 DSC02826 DSC02825 DSC02823 DSC02822

Malaga. Nie taki diabeł straszny jak go malują 1/3

Następny poranek. Spacery wchodzą mi w nawyk. W drodze powrotnej na mojej drodze skała wyrasta. Wczoraj też ją mijałam szerokim łukiem. Od strony morza wydaje się nie do pokonania. Jest kanciasta i ponura z daleka. Jedną stroną wchodzi w plażę, a drugą w morze. Woda w tym miejscu odbija się od niej. Jakbym była na ringu bokserskim. Fale atakują, a skała oddaje ciosy.

Głowa podpowiada mi: Tam lepiej nie zbliżać się. Obejdź dookoła po piasku za wszystkimi. Podchodzę jednak bliżej. Skała nabiera barw. Na brunatnych płaszczyznach przebarwienia. Jakby żyły miała, a w środku biała krew krążyła. Wcześniej skała się w wodzie zanurzała, ale teraz patrzę na nią z innej perspektywy. Kilka kamieni tworzy przejście. Jakbym mostem bez poręczy mogła przejść. Zachęca. Zaprasza wręcz.

Jestem w połowie. Od strony morza wygląda zupełnie inaczej. Jest oświetlona przez słońce. W środku daje schronienie. Dla wody, która chce chwilę tutaj odpocząć oraz dla tych co mają odwagę. Wchodzę na nią jak po schodkach. Ze szczytu obserwuję okolicę. Znowu z nowej perspektywy. Tu czuję się bezpiecznie. Tu już nic z niczym nie walczy. Tu skała do wody mówi: W gości zapraszam. Od strony morza skałę obeszłam bezpiecznie. 3 razy. Tam i z powrotem tak mi się spodobało. Polubiłam to miejsce.

Jeden powie: Co to za wyzwanie poranny spacer i jakaś mała skałka. Inny oznajmi: Nigdy bym tamtędy nie poszedł. Dla mnie jednak liczy się fakt, że miałam okazję. I to, że sprawdziłam.

Kiedy masz do wyboru dwie drogi nigdy nie mów że tą jedną się nie da. Nie wybieraj tej, która wydaje się prosta, bo czasami głowa z nami igra. Nigdy nie oceniaj. Zaglądnij. Przekonaj się. Życie często miło zaskakuje. Troszkę wiary rodzi ciekawość. A razem wzięte otwierają przed Tobą wrota. Pozwalają Ci przełamywać słabości oraz malutkie i duże strachy, które potrafią zawładnąć twą duszę.

 

DSC02613 DSC02621 DSC02622 DSC02623 DSC02626 DSC02627 DSC02631 DSC02634 DSC02637 DSC02638 DSC02639 DSC02642 DSC02643 DSC02644 DSC02648 DSC02653 DSC02654 DSC02656