Skok w bok

Wiem, o czym pomyśleliście. Plotkarskie tematy zdrady są niezwykle ciekawe. Kiedyś może będzie i o tym. Dziś o zwykłym wyskoku i lądowaniu niefortunnym. Takim co z dnia na dzień zmienia kolej rzeczy. Piszę o ludziach, co w ogródku potknęli się o kamień oraz o tych, co pośliznęli w drodze do łazienki. O ludziach, co im się noga na schodku pośliznęła. Niby takie nic, a życie przemeblowuje. Posłuchajcie.

Poczekalnia z kulasami.
W korytarzu Kliniki kilkanaście osób. Co chwilę cisza bezkresna. Nasłuchiwania. Ktoś przeszedł, ale to nie oczekiwany lekarz co go „Guru” zowią. Doktor spóźnia się. Mija kwadrans, dwa, a potem godzina.
Jedna pani twierdzi, że ona na chwilkę, inna, że jeszcze z wczoraj. Puszczają nerwy panu, któremu ciężko się przemieszczać.
Koło mnie dziewczyna przekłada z niecierpliwości nogami. Przesadziłam. Tylko jedną, bo druga jakoś tak nie chce się słuchać. Wszystkie sytuacje, aby nie zwariować w tym zamieszaniu, w żart zamienia. Kiedy doktor staje w drzwiach, nerwowość znika. Jest, jest nasz Guru! Co za ulga.

GURU
Zbudowany dość mocno Pan z brzuszkiem wpada do gabinetu. Na głowie króciutka siwizna. Emanuje spokojem. Czerwono biała koszula w drobne pasy komponuje się z szarymi spodniami. Jakby właśnie wyszedł z kościoła. Fartucha nie zdążył założyć. Opóźnienie będzie musiał nadrobić. Rozgląda się cierpliwie. Zaczynają do gabinetu prosić.
Ktoś uważający się za znajomego zachodzi mu drogę. Lekarz myślami jednak za pierwszą pacjentką podąża do zabiegowego. Cenne są minuty jego konsultacji. Wie to on i świadomi są oczekujący tutaj ludzie.

Guru wyznacza zasady. On stawia wszystkich na równe nogi. Dosłownie. Zanim jednak postawi, są wyroki. Oj często bunt jest, jeszcze częściej zaskoczenie. Niejednokrotnie myśląc, że lekarz zdziała cuda, szybko się zgadzamy na wszelkie zmiany. Dopiero potem przychodzi uświadomienie, jak dużo nas czeka pracy. Ile wyrzeczeń. I co najważniejsze, że nigdy już nie będzie jak dawniej. Nawet jeśli najnowsze wynalazki wylądują w naszym ciele.

Kiedy nic nam nie jest, mało w nas świadomości, jakimi jesteśmy szczęściarzami. Obce są nam kolejki do lekarza czy zmartwienia skąd na leczenie pieniążki nagle uzbierać. Nie ma żalów, że się za późno do odpowiedniego fachowca trafiło. Nie ma ryzyka, że poprzednik coś zepsuje. Dlatego dbajcie o Siebie. Takich historii jak ta z poczekalni, tylko w opowieściach bądźcie świadkiem.

A co jak się w życiu zrobisz „skok w bok” mimo wszelkiej ostrożności? O GURU wokół dopytujcie. Partactwa unikajcie. Zdrowia każdemu codziennie życzę. Dbania z każdej strony o Siebie. Skoków do góry, w dół i w bok oraz lądowań miękkich.

Małe głupiutkie a przykład daje

Czy czuliście się kiedyś jak rozjechana żaba na środku drogi? Jak ślimak, który niesie ciężar, z którym ciężko niejednokrotnie mu się uporać? A może jak dżdżownica, która wije się i kręci przez chwilkę w poczuciu bezradności, kiedy się ją dotknie?

Przypatruje się jej. Znalazła się na środku mojej drogi. Po chwili zmieniła pozę. Wydłużyła swoje ciało, byle by było szybciej. Wyprężyła, żeby nabrać pewności Siebie. Nie poddała się. Przecież ma cel przed sobą. Może nawet jakieś marzenie wbrew temu, co twierdzą badacze, że to niemożliwe? Przed nią długa droga.
Zatrzymałam się i podziwiałam. Poradziła Sobie. Przemknęła prawie ślizgiem. I uwierzcie, strachu w tym wszystkim nie było, a stoicki spokój. Twierdzimy, że ona dużo mniej od nas myśląca lub niemyśląca wcale. A jednak dała radę.

Poszłam krok dalej. Zdeterminowanemu ślimakowi co odważnie na środek jezdni wyszedł, wybiłam z głowy po jezdni chodzenie. Niech świeci nadal przykładem, dla tych, co narzekają co im ciągle ciężko. Kręcimy czasami nosem, a my przynajmniej nie musimy wszędzie ze Sobą swojego domu zabierać.

Ziemia mokra po ostatnich deszczach. W wilgotnym asfalcie jak w lustrze odbija się: jedna żaba, druga, trzecią mało co rozpoznać. Powiecie O FUJ! No właśnie. A co czasami robimy z własnego życia, nic nie robiąc?
Wiecie, jaką mamy przewagę nad taką żabą? Ona już nie żyje. Nie rusza się, zdania zmienić nie może. Na zmiany dla niej za późno. Przed nami wszystko. Możemy zmieniać świat, otoczenie, własny wizerunek czy zachowania. Nie jutro. Już dzisiaj.

Żaba, ślimak a może dżdżownica. Z kogo brać przykład?
Polecam naśladować dżdżownicę. W martwą żabę się nie bawić. Zmieniać, przeobrażać, przeistaczać się, aż wreszcie poczujemy, że jest nam o niebo lepiej, niż było.

Majowe i nie tylko wybory

„Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem”. Konfucjusz.

U wielu osób, które przeczytały poprzedni wpis, pojawi się myśl: Do czego ona namawia te biedne dzieci? Wiem, że czasami czujemy się życiowo mądrzy. Jeszcze częściej chcemy dla dzieci jak najlepiej.
Wiem, że szukanie drogi za innych i doradzanie tego, co słuszne i u nas się sprawdziło, kusi bardzo. Niesie jednak za sobą niebezpieczeństwo. Jakie? Przestajemy słuchać potrzeb innych.
Poniżej słowa dla młodych w metryce i tych młodych duchem. O tym, co czasami rodzi się w głowach niektórych dorosłych.

Kiedy dzieci wchodzą w dojrzałość, powstają obawy, że im się nie uda, że się potkną o coś, że będą łzy i rozczarowania. Nie chcemy być tego świadkiem.
Przyglądamy się, jak kruche są jeszcze fundamenty na których stoją. Jak delikatne to istoty, kiedy porównamy do młodej roślinki. Twierdzimy często, że pomysłów im brak na życie. Umiejętności mało. W głowie ciągle za pusto, żeby pójść w świat. Nie wszystko im wychodzi, więc malujemy scenariusze, a zaraz potem, bierzemy ich życiowe wybory w swoje ręce. Nie dając im szans, wszystkich bez wyjątku grzecznych, zapatrzonych w nas, a także tych krnąbrnych, nieprzystępnych i opryskliwych wrzucamy do jednego wora z napisem NIEZARADNOŚĆ.

AUĆ!
W szatni basenowej drobna Pani. Blond włosy z poświatą rudego. Delikatne na buzi piegi. Na kolanach trzyma zapłakanego blondaska ze słońcem we włosach. Dopiero co się przewrócił. Granatowe kolory ubrań pięknie komponują się z ich jasną karnacją. Od ścian odbijają się słowa: Widzisz! Mówiłam? Gdybyś tylko mnie słuchał. Łzy po policzkach czterolatka lecą.
Mniemam, że Pani również kiedyś się pośliznęła na mokrej posadzce. Było: Auć! Teraz nie chce, aby jej dziecko doznało tego samego.
Mówiła, mówiła, ale nie uchroniła. Chłopiec sam poszedł w ślady słów Konfucjusza: „Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem”. Malec wstał z kolan i po mokrej posadzce już nie biegał. Teraz mama może być spokojna.
W życiu nie wszystko tak działa, jakbyśmy tego chcieli Kochani. Często spotykam się z sytuacją, gdy na darmo nasze pouczania.
Każda nowa istota rodząca się na ziemi, chce sprawdzić i dotknąć po Swojemu. Dlatego często kiwamy głowami po fakcie i mówimy: A nie mówiłam? A nie mówiłem? Widzisz, co się stało?
Mam wrażenie, że już od dziecka w naszej podświadomości zapisane są na stałe poszukiwania drogi do własnego szczęścia. A, że drogi czasami te same, to i to samo Auć, tylko w innym czasie.

Wracamy do młodzieńczych poszukiwań
Pamiętajmy, że to, co nie jest nasze, może być bardzo czyjeś. Każdy ma Swoje miejsce na ziemi i znajdzie to, czego szuka. Z porażkami i radościami po drodze.

Czy każde dziecko wyjdzie na ludzi? Pierwsza moja odpowiedź brzmiała: Tak, jeśli będzie miało nasze wsparcie, ale w głównej mierze, jeśli samo będzie chciało. Na koniec zadałam Sobie jednak pytanie: Co znaczy „wyjść na ludzi”?
Kiedy słyszę od nastolatka: „Wypad. Sam sobie poradzę”, ukrytą reprymendę w postaci spojrzenia za brzydkie słowa daję. Walki z nastolatkiem nie toczę, bo wiem, że to na starcie przegrana. Z przekąsem w żart obracam: Ładnie to tak do ciotuni? W głębi duszy cieszę się, że dziecko samodzielne i do samodzielności się rwie. Jeśli do samowystarczalności dołącza uśmiech na twarzy, chęć do działań, otwartość do świata, zaradność, chęć dotykania i poznawania moje serce się cieszy. Duża szansa, że własną drogę do szczęścia odnajdzie. Dziwne odzywki i zachowania często przemijają, gdy latorośli młodzieńcze hormony ustępują.
Ot tyle.

Dla maturzystów i nie tylko, o tym, co dalej jak już się zdało 2/2

To Twoje życie
No dobrze. Czytając wcześniejszy wpis, zapytacie: To, kogo się tak naprawdę słuchać?
Najpierw Siebie. Tych, którzy kochają mieć na uwadze.

Jak wiemy, nie wszystkie zawody miliony pod stopy rzucają. Żeby jednak w życiu coś robić warto to mieć we krwi lub najpierw pokochać. Czasami między pasją a milionami na konto płynącymi będziesz wybierać Młody Człowieku. Gratulacje, jeśli uda Ci się pogodzić jedno z drugim. Jeśli wiesz, że połączyć będzie trudno, zadaj Sobie pytanie: Co dla mnie ważniejsze. Pieniądze na koncie czy codzienne czynności, które przynoszą radość?

W dorosłości często bywa tak:
Młoda kobieta w sile wieku ze zmęczeniem na twarzy stwierdza: Jak ja bym chciała już na emeryturę. Do wieku emerytalnego O HO HO i jeszcze troszkę, a ona już by przed telewizorem siadła. Za pracą swoją zapewne nie przepada. Marzenia miał inne kiedyś a teraz pomysłu na życie brak. Jeśli tak nie chcecie, teraz jest moment, aby zastanowić się, co tak naprawdę jest Wasze, a co Wasze nie jest.
Pamiętaj praca w przyszłości to 1/3 życia, 1/3 to sen. Pozostała to zwykłe obowiązki, które towarzyszą wszystkim na co dzień: jedzenie, mycie, gotowanie sprzątanie. A gdzie podróże, zabawa, małe przyjemności, młodzieńcze szaleństwa? Spokojnie. Nie straszę. Wszystko pogodzisz. Pamiętaj czasami można 2 w 1. Kumasz?

Wybory potrzebują czasu
Rozmawiam z piękną dziewczyną o delikatnej naturze. Przetańczyła w zabawie dzieciństwo, a potem na poważnie młodość. Z tańcem zawodowym przyszłości nie wiąże. Przed nią pomaturalne wybory. Dała rok na wstrzymanie. Podlega krytyce? Ocenom niejednego pewnie tak.
Osobiście wierzę, że ma dużo większe szanse na bycie szczęśliwą, niż ten, który w ogień na pierwszego poszedł bez strategii.
Jeśli nie wiesz więc co i jak, może nie warto rzucać się na pierwsze lepsze? Do lenistwa, odpuszczania i drogi na łatwiznę, broń Boże nie namawiam. Jednak nie boję się powiedzieć: Zatrzymaj się, zwolnij, tyle ile potrzeba, daj głowie pomyśleć, przypomnij Sobie, co Ci sprawia frajdę? Wykorzystaj to, dobierając zawód dla Siebie. Dotknij, sprawdź, zrób mały krok, zanim zaczniesz. Chcesz zostać lekarzem? Wkręć się do szpitala na wolontariat. Kierowcą tira? Wsiądź w samochód na wakacjach i przejedź swój kraj dookoła. Oczywiście z przystankami tylko na jedzenie i poranne co nieco w toalecie. Informatyka Cię kręci? Przez tydzień śpij w dzień i przez noc całą, rozwiązuj matematyczne zadania.
Jeśli Cię wciągnie BINGO, jeśli będzie gryzło, SZUKAJ DALEJ. Niejeden rodzic w poszukiwaniach chętnie wesprze. Jeśli nie rodzic to niejeden wujek, przyjaciel, brat. Powodzenia.

Dla maturzystów i nie tylko, o tym, co dalej jak już się zdało 1/2

Kociokwik
Matura już prawie za Wami. Tuż za egzaminem dojrzałości następne wyzwanie. Rodzice już sugerują, w czym będziesz dobry. Dziadkowie narzucają zawód, bo wiedzą lepiej od Ciebie. Wujostwo w trosce o Twoją przyszłość ciągle podpowiada, co się opłaca, a co nie opłaca. Podaje modne zawody typu: Lekarz, bo renoma. Urzędnik, bo jak dobrze pójdzie to spokojnie i może zawód na całe życie.
Robisz wielkie oczy. Przecież ledwo co zdając maturę, zaspokoiłeś swoje i większości potrzeby. Jeszcze nie wiesz, co chcesz robić, bo skąd masz niby wiedzieć. Nie znasz wszystkich zawodów. Nie było czasu, aby się im przyglądnąć. Nie każda głowa do wyborów dorosła, chociaż inni by oczywiście chcieli. Dociera do Ciebie to, co teraz modne, a do tego wszystkie reklamy uczelni płatnych, które oczywiście bez Twojej obecności racji bytu nie mają.
Jeszcze niedawno mówiłeś: Mój tato jest INZINIEREM, a mamusia ZIONĄ. Marzysz, aby na chwilę złapać oddech. Chętnie uciekłbyś gdzieś na moment.

A ja będę gimnastyczką
Kiedy
zbliża się magiczne 18 lat, dziecięce marzenia o byciu sprzątaczką, kasjerem, kierowcą, fryzjerką czy gimnastyczką, często kończą się na niczym. Dlaczego? Z perspektywy dorosłości bliscy nam ludzie uświadamiają nam właśnie, że marzeniami nie ma co rzyć i trzeba mocno stać na nogach. Również, że pewne zawody chronią a inne to mrzonka. Wszystko dla naszego dobra, bezpieczeństwa, ale również bywa, żeby się dzieckiem pokazać.

Przykład
Młoda dziewczyna, która często obłokami pędzącymi po niebie się zachwyca, marzy, że zostanie malarką. Kochała to, będąc dzieckiem. Słyszy krytykę: Malarką zostaniesz? A jak Ty z tego rysowania utrzymasz się Dziecko Moje Drogie? Zobacz na córkę sąsiada! Ta to skończyła europeistykę na ekonomii. Dziewczyna słucha głosów bacznie. Fajnie, ale ona nie chce analizować zagadnień społecznych i politycznych, nie chce modnych na ten czas studiów. Ma swój świat.
Słyszę od ślicznej dziewczynki o kruczych włosach i ciemnych jak węgielki oczach: A ja chcę zostać Kopciuszkiem. Niemożliwe? A co z zawodem Kopciuszka na paradzie w Disneylandzie? Da się? Da.

Czas łapanki
Słuchając tego całego doradzania i patrząc na to, co się dzieje na uczelniach, przypomina mi się opowieść z krwi i kości rolnika. Narzeka: Posadziłem cebulę, bo wszyscy sadzą, a teraz co? Tania i w dodatku wszędzie jej pełno. Do czego chcę nawiązać i przed czym przestrzec niemalże?
Uczelnie mają branie. Wystarczy, że moda przyjdzie lub wymyślą nazwę, która przyciąga uwagę i miejsca szybko się zapełniają. Rodzice płacą z nadzieją, że dziecko kimś zostanie, a po roku dochodzą prawdy. Słowa do mnie dolatują: Jeszcze nie wiem, co będzie robił, ale będzie inżynierem i magistrem. Jeszcze nie wiem, czy uda mu się praktyki zrobić lub uprawnienia, bo szanse mają ci, których rodzice w zawodzie. Uczulam na sytuację, gdzie papier jest, a pracy nie ma. Na piękne nazwy nie dajcie się nabrać, doszukujcie ukrytych szczegółów. Kilka lat nauki Was czeka, więc sprawdźcie, czego tak naprawdę będziecie się uczyć.
c.d.n

O maturach co humory psują

W ciepłym wiosennym powietrzu czuję wiosenne miłosne młodzieńcze uniesienia, ale również strach, niepewność i nutę przerażenia. Mniemam, że to myśli tegorocznych maturzystów. Zarówno tych, co się mocno do egzaminów przygotowują, jak i takich co grają bohaterów. Widzę obawy, wsłuchuję się w dziesiątki pytań. Tych mądrych i tych całkiem naiwnych. Co ze mną będzie? Czy znajdę klucz do odpowiedzi odpowiedni? A może nie przystępować i mieć święty spokój? A jak nie podołam wymaganiom rodziców? A co jak za mało punktów i się nie dostanę? O Matulu jedyna. Po co to na co i w jakim celu? Spokojnie: Policz do trzech. Wszystko po kolei.

Świadectwo dojrzałości
Popularnie zwany maturą. Tak wiem, że ryzykuję. Za głośne wypowiadanie tego słowa w piękny wiosenny dzień, mogę zostać zlinczowana. Wiem, że na wiele innych sposobów dorosłość można potwierdzić, ale cóż: Nie ja wymyśliłam, sama przechodziłam.
Osobiście potwierdzam, że egzamin dojrzałości to motyw w życiu nastolatków mało przyjemny, ale niektórym ludziskom i instytucjom do weryfikacji potrzebny. Wypada nie zawsze, wtedy kiedy trzeba i w życiu potrafi namieszać. Do tego wręcz chorobliwy, bo nie da się o nim nie myśleć, w momencie, gdy inni dookoła trąbią. Ukręciłoby się ambitnemu koledze głowę za gadanie o nim, ale chłopaka szkoda. Udusiło koleżankę, która ciągle przypomina. Matura jest ponoć obrzydliwa i niewygodna jak stwierdzą niektórzy. Jaka jest naprawdę i jak Sobie z nią radzić? Zapytałam kilku osób. Dowiedziałam się kilku praktycznych rzeczy, zmiksowałam z własnym doświadczeniem, a oto i efekt.

Co mówią dzienniki

Z dziennika nastolatki
Pytam upieczonej już maturzystki: Co zrobić, aby lepiej zdać egzamin? Zastanawia się chwilę i odpowiada lekko podniesionym głosem: Uczyć się!? Samo, albowiem nie przyjdzie. Odbijam więc piłeczkę i drażę dalej: Coś więcej możesz powiedzieć? W oczach pojawia się zdziwienie i mocny sygnał potwierdzony ruchem brwi i lekką zmarszczką mimiczną na czole: Nie pytaj więcej. Przecież powiedziałam!
Oho! Chyba nadepnęłam na odcisk.
Pewnie nie wspomina tych kilku miesięcy a może nawet całego roku szkolnego zbyt miło. Może nie chce do tego wracać, jednak teraz jest szczęśliwą studentką, która wtedy ni mniej, ni więcej, ale mocno po nocach zakuwała.
Wiem, że chcielibyście usłyszeć coś więcej lub coś innego, dlatego dopytuję następne osoby.

Z dziennika belfra
Pytam dorosłego. Takiego co po drugiej stronie lustra. Tego z wieloletnim doświadczeniem i o dobrym serduchu. Z krwi i kości nauczyciel. Uspokaja i ostrzega jednocześnie.

Po pierwsze:
Zaufajcie swojemu rozumowi. Emocje trzymajcie w ryzach. Zasada dotyczy całego naszego życia. Ja usłyszałam ją, mając lat dużo więcej. Rozum dobrze Wam podpowiada, zatem rozumków używajcie. Emocje to panika niczemu niepotrzebna. Ewentualne podniecenie sytuacją zostawcie, gdy już będzie po wszystkim. Dystans i spokój ot wszystko.

Po drugie:
Bądźcie wobec Siebie krytyczni i wymagający. Gamoniowatość odłóżcie na bok. MYŚLCIE! Nie na darmo w nazwie słowo „dojrzałość” występuje. Pełnoletność zobowiązuje. Są przyzwolenia, których nie było, no i super, ale są również obowiązki. Tutaj kończy się zabawa i głaskanie po główce. Zaczyna się wolność, niezależność również w znaczeniu samodzielność. Samodzielne myślenie i wolne podejmowanie decyzji. Ponoszenie za nie konsekwencji. Straszę? No może troszkę. Dorosłość mnie kręci, ale niejednokrotnie znowu chciałabym być dzieckiem.

Z mojego dziennika wspomnień kilka
Kiedy
kładę się spać przed północą, od żartobliwej nastolatki słyszę: Dobranoc „Emerytko”. Kiedy uczestniczę w szkoleniu, z tymi, co dopiero w pełnoletność weszli, dostaję od nich tak dla zabawy, przesłodki przydomek „Babcia”. Nie czuję się jednak aż tak stara. Własną maturę i egzaminy na studia pamiętam jak dzisiaj. Porady Profesora uczącego mnie rysunku również. Takie przydatne drobiazgi. Pozostały w pamięci. Z tym podejściem idę przez życie. Tym, co u mnie zdało egzamin, się dzielę. Doświadczajcie, jeśli stwierdzicie, że to Wasze, a jeśli nie bez echa zostawcie. Nic na siłę.

– W dniu egzaminu ubierz się schludnie i wygodnie. Zostaw w szafie, odprasowany przez mamusię gajerek, jeśli tylko poczujesz, że szczypie i gryzie. Ubierz to, w czym czujesz się dobrze. Mamusię przeproś. Myślisz o ubraniu wysokich nowiuśkich czerwonych szpileczkach czy eleganckich lakierkach? Uważaj na obtarcia, zanim dotrzesz do szkoły. Pokażesz się publice, efekt będzie WOW! Swędzące bąble w trakcie egzaminu będą jednak zmorą. Zwykłe czyste trampki, które nosiłeś, sprawdzą się o niebo lepiej. Dlaczegóż? Bo wygodne i sprawdzone.
Ważne, aby wpisać się w pewne wymogi. Tego nie staraj się przeskoczyć. Czarny biały i kolory elegancji w tym dniu wiodą prym. Róże, żółte, ciapki i grochy, ekstra, ale na inną okazję.

– 24 godziny przed maturą odpuść. Daj, aby w głowie poukładało się wszystko, co pakowałeś do niej w ostatnich miesiącach. Jeśli o nauce przypomniałeś Sobie w ostatniej chwili, również odpuść. Idź do kościoła. W cuda nie wierzę, ale kto wie?

Uczyć, czy nie uczyć się w końcu, czyli dwie opcje

Opcja „Zakuwanko
Tu przytoczę przemiły dialog dorosłego z pewną nastolatką:
– Ile się uczysz w ciągu dnia?
– praktycznie cały czas.
– Czyste szaleństwo!
I prawda. A gdzie czas dla chłopaka? A po co tak na dwa etaty? Pamiętajcie, można się uczyć ze zrozumieniem lub wkuwać. Przy jednym masz czas na wszystko, przy drugim szybko się zapomina. Jeśli więc stawiasz na naukę, ucz się z głową. Utrzymuj równowagę.

Opcja „popłynę z prądem”
To wersja nieprzewidywalna. Jeśli lubicie ryzyko, czemu nie, ale tak całe życie w kasynie, z ryzykiem na karku i na wysokich obrotach? Wszystko od Was Kochani zależy. Nauka do matury jest jak staż. Mało na początek dostajesz dużo, musisz pokazać. Profity są nieco później. Jest również satysfakcja i otwarte wrota. Możliwości.

Kiedy podejdziecie do sprawy light’owo lub słabo wszystko rozplanujecie, życie nie musi, ale może spłatać Wam figla. No cóż, w życiu można postawić na fart. Czasami się udaje, ale często drzwi się zatrzaskują. Masz lat niespełna 20 a przed Tobą jeszcze do przeżycia lat co najmniej 60. HO HO! Kiedy nie zdasz matury, otworzyć wrota ciężko, a czasami już się nie da. Co pozostaje? Żal po latach i słowa: Jakoś sobie poradzę. Koniec marzeń o super samochodzie czy mądrej drugiej połowie. Czy warto dać się samemu tak zrobić w konia?

Znam osoby bez matury, które świetnie dają Sobie radę. Mają swoje biznesy i szczęśliwe rodziny. Pamiętajcie, jednak takich zawsze jest mniej, bo do tego trzeba mieć mocną głowę i twardy tyłek.

Znam takich, co maturę po wielu latach dorabiają, bo nie chcą, aby niektóre marzenia, tylko marzeniami na wieczność pozostały. Nad wyraz dojrzali. Po wielu latach poszukiwań robią, wreszcie to, co jest im pisane. Waleczni, wiedzą, że na porażkach się uczymy. Udowodnili, że nic nie stanie im na drodze, a już na pewno nie dojrzałości egzamin.

Są tacy, którzy powiedzą: Zdam, nie zdam, ja to mam już dobrze. Moi rodzice majętni, a nawet jeszcze dziadkowie własny biznes mają. Czy możesz jednak liczyć tylko na to, że wcześniej czy później przejmiesz biznes taty? A jak nie przejmiesz, bo masz rodzeństwo, które myśli tak samo? A jak dziadek zbankrutuje, bo nie szedł z duchem czasu? Kiedy liczymy na innych łatwo się przeliczyć. Jeśli na siebie, jest nieco trudniej, ale satysfakcja bardzo cieszy.

I co dalej
Egzaminy, matury, testy, rozmowy kwalifikacyjne. Jak zwał tak zwał. Małe w formie szkolnych testów już były a te największe przed Wami. Są, będą i taki ich żywot. Witajcie w dorosłości, ale bez obawy. Da się żyć i jest ciekawie. Jestem tego niejedyna zresztą przykładem.
Może już teraz albo za chwil kilka, będziecie klęli, ale przetrwacie. Chęci odejdą, ale Wy się nie dacie. Porady kiedyś były mi zbyteczne, moje może też dzisiaj na darmo. Rozumy jednak uaktywniajcie, lenistwo odganiajcie. O chwili na odpoczynek pamiętajcie. Za chłopakami i dziewczynami nadal się rozglądajcie. W Waszą mądrość wierzę. Kciuki za wszystkich trzymam.

Leśne znaleziska czyli Andy Warhol contra sztuka osobliwa

20170323_131809Bór, las a może knieja?
Leśna droga. Tu dotrzesz samochodem lub dojdziesz piechotą. Rozpoczynam więc wędrówkę przez knieje. Knieja! Co to za słowo? Czy ktoś go jeszcze używa? Może lepiej zostanę przy lesie. Rozglądam się dookoła. Na ziemi śmieci nie brakuje. Butelki po piwie, papierki po czekoladkach, przegląd zużytych prezerwatyw. Oj dzieje się tutaj dzieje. Im głębiej w las, tym śmieci mniej. Na szarych gałęziach drzew resztki rudawych jesiennych liści zwisa, mimo że wiosna już zimę przegoniła. Brudnawe pokrywają również leśną darń. Pachnie żywicą i świeżo ciętym okorowanym drzewem, mimo że drzewa wydają się wszystkie na swoim miejscu. Nieco z boku 3 budowle ukryte. Wyglądają na wojskowe. Solidne zbrojone ściany w najbardziej surowym wydaniu. Mają swoje lata, ale nowomodne, bo teraz beton na topie. Liczne ślady po deskowaniu. Obiekty wysokie na trzy piętra, w środku dość przytulne kształty. Resztki po ognisku. Sterta kartonów. Wygląda na to, że od czasu do czasu ktoś w tym miejscu poleguje. Dawno tutaj nie był. Prawdopodobnie na zimę zmienił lokum?

 

20170323_130032Coś nowego
Czy mnie oczy nie mylą? Czy na ziemi leżący przedmiot, to znana na całym świecie, „warholowska” puszka po zupie pomidorowej firmy Campbell? Podchodzę bliżej. To nie to. To nie amerykański pop — art, a raczej nasza rodzima pucha z firmy Pudliszki. Projekt pojemnika pochodzi z innej więc ręki. Podnoszę wzrok. Na ścianach ukazują się rysunki. Sztuka Andy’ego i ta nieznana. Która bardziej elitarna i niedostępna? Czy może z Warhalem konkurować?
Przyglądnijmy się bliżej. Mieszanka „warholowskich” kolorów i sztuki graffiti, okraszona dodatkowo przez naturę. Widok zaskakuje. Zestawienie barw i technika znana tylko przyrodzie robią na mnie wrażenie. Czuję się jak w nowoczesnym muzeum, gdzie mogę podziwiać niezliczone ilości obrazów. Wszystko to za darmo, od ręki i bez limitów czasowych.
Twórcy nieznani. Ręka jednak sprawna. Płótno nietypowe, wręcz oryginalne. Sztuka osobliwa. Artysta z przyrodą uzupełniają się, jakby tango razem tańczyli. Wszystko wygląda na zamierzone, a jednak często na szybko i z przypadku.
Jak powstawały te dzieła? To tylko moje przypuszczenia. Najpierw była ściana, czas zdążył już na niej kolorowy podkład wymalować. Płaszczyzny skrupulatnie dobranych kolorów jak w obrazach Marka Rothko. Potem przyszedł „artysta z krwi i kości”. Na ścianę popatrzył, domalował to, co mu serce i głowa podpowiadała. Puszka po sprayu lądowała na ziemi, w ruch szła następna. Artysta zrobił sobie przerwę i nagrodził się piwkiem. Kiedy skończył, natura stwierdziła: No to dokończę dzieła i postawię kropkę nad „i”. Rozpędziła się, ale pamiętała, żeby dzieła poprzednika nie przykryć. Plam i drobnych muśnięć jak spod ręki Vincenta Van Gogha wiele powstało. Ciekawe co powiedziałby na ten miks legendarny grafficiarz Fernando Carlo zwany również COPE 2?

Patrzę wyżej. Do środka słońce co jakiś czas wpada. Dzieła chronione przed warunkami atmosferycznymi, co rusz nabierają nowej oprawy. Idę dalej. Wracam. Oglądam jeszcze raz. Robię zdjęcia. W tym wnętrzu nie potrzebuje żadnych dodatków i urozmaiceń, tak, jak w swoich dziełach nie potrzebował ich Rothko. Wychłostałabym tych, co resztki po lesie rozrzucają. W tych bunkrach jednak na bałagan oko przymykam. Jest częścią tej sztuki. Należy do tutejszych artystów, a oni niejednokrotnie są specyficzni.

20170323_131622Refleksja
To miejsce mnie zaskoczyło. O mało go nie przeoczyłam. Teraz wychodzić szkoda. Zmarzłam w ręce nieludzko, chociaż na niebie żółte promienie. Taki jest kwiecień, więc powiem przy okazji, z rękawiczkami i czapkami jeszcze się nie żegnajcie. Dzisiaj uciekam z tego miejsca. Zimno mnie przegania. Pamiętacie, jak napisałam na początku, że tu można zwiedzać bez limitów czasowych? Figa z makiem. Zapomniałam o tym, kto tu rządzi. Widzicie, jak to jest z przyrodą? Na wszystko ma swoje sposoby. Nie doceniamy często.

Z tego właśnie miejsca słowa kieruję do Was: Polecam odkrywać świat na nowo. Nie lubisz skalnych rysunków? Odkrywaj smaki. Za jedzeniem również nie przepadasz ? Odkryj jakąś nową matematyczną formułę. Odkrywaj ludzi, nowe kolekcje ubrań w sklepie, odkrywaj Siebie. Moim znaleziskiem w leśnych zakątkach zwykłego przemysłowego miasteczka dzielę się z Tobą. To, co w słowach niedopowiedziane, dopełniam rysunkami. Wyjątkowego postrzegania świata i własnego sposobu na jego odkrywanie życzę.

20170323_131751 20170323_13220820170323_13164720170323_132507  20170323_131622  20170323_131610 20170323_131417 20170323_131348 20170323_131212 20170323_131131 20170323_131113 20170323_131042 20170323_131027  20170323_130643 20170323_130451 20170323_130333  20170323_130147 20170323_13014220170323_130713 20170323_130010 20170323_125900 20170323_125809 20170323_125700 20170323_125632 20170323_125601 20170323_130616

Porady nie od parady przydatne na lądzie i w wodzie

Patofizjologia nurkowania. Zabrzmiało strasznie? Uwierzcie, że dla mnie również. Kiedy szłam na to szkolenie, myślałam, że będzie o wyliczeniach, tabelach i tak chemicznie. I tylko dla tych, co pływają i z wodą mają do czynienia. Pan był nieco specyficzną i nad wyraz inteligentną istotą więc wyszło nieco inaczej. Okazało się całkiem zabawnie.
Co byście więc miło spędzili czas, poznacie kilka niestandardowych nazw, które utkwiły w mojej pamięci. Dowiecie się kto może, a kto nie może pod wodę schodzić, oraz na jak dużo pod taflą można sobie pozwolić. Znajdziecie tu kilka nurkowych porad życiowych, które przydadzą się każdemu na co dzień.

Niecodzienne słownictwo użyte w tekście
– NFZ
– Narodowa Fikcja Zdrowia. Po ostatnich doświadczeniach potwierdzam. Nazewnictwo bardzo mi spasowało.
– balast sadełkowy – otyłość. Często uciążliwa, przydatna rzadko, ale bywa.
RŚN — Rasa śliczna, ale nieliczna, czyli tak po ludzku z krwi i kości kobieta. Jestem kobietą, więc tą licznością troszkę się nie zgodzę.
Grzebajacze – patyczki do uszu. Od dzisiaj nie kupuję. Dlaczego? Ponieważ prowadzący mnie przekonał.
– Biały Anioł – dentysta z predyspozycjami do partaczenia. Białych Aniołów nie polecam. Na kilku w życiu trafiłam.
– bezrobotny przewlekle – opiniujący na forach. Jak więcej po forach pochodzisz, takowych nosem wyczujesz, nawet jak będziesz miał katar.

A teraz do rzeczy
Kiedy
zaczynałam przygodę z wodą, wszystko traktowałam bardzo poważnie. To prawidłowe podejście, bo bezpieczeństwo najważniejsze. Wiem jednak, że to, co na wesoło pozostaje w pamięci dłużej. U mnie zostało a oto kilka takowych dowodów.

Po co i dlaczego ?
– Zacznijmy od nas Polaków. Nurek polski zazwyczaj pływa w głąb, a nie w dal. Taka moda. Podstawowe popularne pytanie kierowane do tych, co wodę lubi, brzmi: Jak głęboko byłeś? Dla tych, co po tafli: Jak szybko przepłynąłeś? Pobijanie wszelakich rekordów ponoć jest w modzie. Rekord głębokości człowieka to 704 m, rekordów prędkości szczerze, nie pamiętam. Ja się jednak w dobie maszyn pytam: Po co? Prawda jest taka, że w dal wiele więcej zobaczysz i jest dużo przyjemniej. Gdy nie jest szybko, więcej dostrzeżesz, a w technice błędów wyłapiesz. Proponuję więc płytko i wolniej. Jeśli Cię nie przekonałam i wpadniesz na pomysł, że chcesz zostać głębinowym nurkiem technicznym, bo to zawód opłacalny, pamiętaj: Przeżywalność nurka głębinowego to lat 14. Patrząc z tej perspektywy, rentowność warto policzyć od nowa. Jeśli wybierzesz opcję „szybko”, pamiętaj o przeciążeniach i kontuzjach.

Porada praktyczna, dla tych, co chcą zaczynać i nie tylko
– Jeśli
zamierzasz na początek szukać porad o nurkowaniu w necie, uważaj na fora. Dyskutantami są osoby, których zawód wykonywany to bezrobotny przewlekle. Prawdziwi fachowcy wyrzucani są przez moderatora, bo wchodzą w konflikt ze sponsorami. Jeśli zamierzacie coś kupić lub poradzić się kogoś zapytajcie znajomych, tych, którzy praktykują. A jak już o zakupach mowa. Cokolwiek byś nie kupował, uwaga na firmy, które sprzedają za pomocą ładnych obrazków. Nie wszystko złoto co się świeci.

Coraz niżej i niżej, czyli schodzimy pod wodę
Zaczynamy schodzić w dół i co wtedy?
– Podstawowa zasada w nurkowaniu: Oddychasz powoli i głęboko.
– Przedmuchujesz się w wodzie najlepiej w pozycji pionowej.
– Zalewasz uszy przy zanurzaniu. Pomagasz wtedy w wyrównaniu ciśnienia. Stoperów do uszu nie wkładaj. Ciśnienie zrobi swoje. Stopery będą powierzchnię wody zaśmiecać. Kto w ogóle wymyślił używanie stoperów w głębinach? Litości.
– Z katarem pod wodę nie schodzimy. O uraz ciśnieniowy zatok nosa nie trudno. Nochal nigdy nie wraca do normy. Nochala szkoda.
– Jeśli już będziesz pod taflą i z kierunkami się pogubisz, pamiętaj, że pęcherzyki powietrza zawsze wiedzą, gdzie jest góra. Za nimi się kieruj.

Coraz wyżej i wyżej
– W
wodzie szybko się nie da. A jak się chce szybko, to trzeba się liczyć z pęknięciem zatoki, zapaleniem opon mózgowych, lub uszkodzeniem oka. Jak więc nie chcesz być Jurandem ze Spychowa, postacią z „Krzyżaków”, którego żona ze strachu umarła, spod wody wychodź wolno i z przerwami na rozglądanie się.

Ciekawostka spod wody dla tych, co w piankach chcą pływać
– Czy
wiecie, że zmiana ciśnienia to zmiana częstotliwości sikania? Pod wodą po prostu chce nam się częściej i inaczej być nie może. Jest jedna główna zasada. Sikamy w pianki własne, pożyczane oszczędzamy. Ci, co chcą pływać w suchych skafandrach, niech pamiętają, że suche w obie strony wody nie przepuszcza. Są tacy, co na sikanie pod wodą szukają sposobów i pampersy zakładają, Zapominają, jednak że te nie są odporne na ciśnienie, które wysysa z nich zawartość. W suchym wszystko idzie do butów. Nie picie wody przed nurkowaniem niestety niewiele daje. We wszystkich przypadkach polecam ćwiczyć zwieracze.

Informacje zebrane inne niż wszystkie
Od kiedy
pływam, wierzę, że w wodzie mogą dziać się rzeczy przeróżne. Warto wiedzieć więc chociażby o tym, że:
– każde 10 metrów bliżej dna działa na nas jakbyśmy wypili 2 setki, a do tego poprawili galaretą. O narkozę azotową pod wodą nie musisz się zbytnio prosić. Każdego w końcu głupawka złapie, jeśli będzie przesadzał. Zapytasz: A co dzieje się pod wodą, gdy zaczynamy świrować? Z rybkami tlenem się dzielisz, twierdząc, że nie mają czym oddychać, a halucynacje to rzecz powszednia. Syrenki pływają wokół Ciebie piękne. Titanic również nieopodal.
– Rozwolnienie czy wymioty miejsca i czasu nie wybierają. W wodzie więc można na dwie strony.
Jeśli padnie na biegunkę, nie przejmuj się, przyciągniesz do Siebie różne stada. Wymiotować pod wodą można, da się i czasami trzeba. Drugą stroną też można, ale mniej skuteczne. Kwaśność nie każdej rybie smakuje, więc raczej pięknych widoków wodnej fauny nie będzie.
– W głębinach o obrażenia w wyniku zaniedbań nie trudno. Urazy zęba pod wodą i w każdych innych warunkach, gdzie następują zmiany ciśnienia, zawdzięczamy Białym Aniołom. Powietrze pozostawione pod plombą lub zgorzel zęba od środka powoduje, że azot ma gdzie pobaraszkować. Dobrych dentystów przez NFZ lub poza nim szukaj. O uzębienie zadbaj. A propo: – Podobno powierzchnia zębów to najbrudniejsza część naszego ciała. Pupa jest dużo bardziej czysta. Patrząc na częstotliwość mycia jednego i drugiego, zgadzam się z tą opinią.
– Zdrowe ucho w wodzie to podstawa. Cieniutka skóra i błony łatwe są do uszkodzenia. Miliony sprzedawanych „grzebajaczy” lub jednorazowe łyżeczki z McDonalda służące za patyczki do uszu, to rzeczy często zbędne. Żółtą włoszczyną się brzydzimy, a jest nam jednak potrzebna. Bo chroni. Bo zabezpiecza. Im bardziej czyścimy, tym bardziej następuje jej produkcja. Pamiętajcie: Ucho oczyszcza się samo. Pomoc mu jest zbyteczna. Zrośnięcie się błony trwa około 2 do 3 tygodni. Za każdym uszkodzeniem stan błony bębenkowej się pogarsza przez zbliznowacenia. Bulgotanie w uchu powinno więc dać do myślenia. Podobnie jak częstotliwość używania patyczków.
– Jednym z urazów pod wodą jest uszkodzenie jelita. Jeśli takowe pod wodą pęknie, chory czuje się coraz lepiej, zwłoki można odebrać za 8 godzin. Przypadki rzadkie, ale bywają. O tym, jak uchronić, czytaj dalej.

Przeciwskazania
Osobiście za nimi nie przepadam, bo są dla mnie przeszkodą. Warto na nie jednak rzucić okiem i samemu zdecydować. Jak w każdym zawodzie i sporcie jest ich dosyć sporo. Podobnie jak na ulotkach leków.

Co nas dyskwalifikuje?
Choroby i stany pourazowe płuc, urazy czaszkowe, padaczka, przewlekłe stany zapalne i zabiegi na uchu środkowym, implanty ucha, uzależnienie od leków, klaustrofobia i agorafobia, wady poniżej 5 dioptrii, cukrzyca ze znacznymi wahaniami glikemii mimo leczenia, nadciśnienie tętnicze nieleczone, choroba wieńcowa, przewlekłe stany zatok, ludzie uczuleni na tlen. Jest ich wśród nas około 4%.

Przeciwskazania z małym „ale”
– Ostre procesy chorobowe wraz z biegunką Tu drobny szczegół. Przeciwskazanie w wodach zimnych, w ciepłych z efektami wizualnymi.
– Otyłość znacznego stopnia. Chodzi o sprawność fizyczną. Jeśli jesteś idealnie sprawny, a posiadasz kilogramów więcej, balast sadełkowy jest Ci sprzymierzeńcem.
– Niektórzy twierdzą, że podeszły wiek. Kiedy tak naprawdę „starym” się stajemy? Na szczęście metrykalny wiek nie pokrywa się z biologicznym. Wszystko to więc kwestia stanu zdrowia.

Brak przeciwwskazań mimo niedoskonałości
Cukrzyca i przewlekłe stany zapalne są w nurkowaniu dopuszczalne. Również astma oskrzelowa dobrze ustawiona na leki. Alergicy szczególnie Ci uczuleni na pyłki mogą nurkować, po przyjęciu odpowiednich medykamentów, które na co dzień blokują alergię. Pod wodą nie ma bowiem alergenów. Reumatoidalne zapalenie stawów jak najbardziej. Woda wpływa korzystnie na wszystkie choroby zwyrodnieniowe.

Przeciwwskazanie wymyślone przez panów, którzy chcą, zostawić żony w domu
Badania wykazują, że ciąża nie stoi na przeszkodzie. Żeby gaz inertny doszedł do płodu, trzeba czasu. Prawda jest taka, że często przez pierwsze 3 miesiące RŚN nawet nie wie, że jest w ciąży. Jedynym przeciwwskazanie jest więc takie, że można się w piankę nie wbić. RŚŃ na ogół wiedzą co chcą robić, więc im pozostawmy ostateczny wybór.

Kto więc tak naprawdę może bawić się z rybkami?
Przeciwwskazań jak widzicie, lista krótka nie jest. Jeśli uwzględnimy do tego przypadki mniej chorobowe, jaka byłaby frekwencja pod wodą? Jak myślicie?
Jeśli zabronilibyśmy, pływać tym, co biorą leki antydepresyjne, nie pływałyby korporacje. Jeśli tym, co biorą środki odurzające, wyeliminowalibyśmy młodzież. Jeśli do tego dorzucimy tych ze złotymi łańcuchami i BMW z ilorazem na poziomie rozwielitki, lista się nadal wydłuża. Jeśli weźmiemy tych, co lubią alkohol, możemy liczyć na to, że pod wodę nie zejdzie cała reszta rodzaju ludzkiego.
Oczywiście słowa mocno są przesadzone. Prawda jednak jest taka, że nikt by nie nurkował. W słowach ukryty jest przekaz: Po prostu pływajcie z głową. Narządów trzeba używać. Nieużywane podobno zanikają. Wystarczy straszenia a teraz podsumowanie.

Przyjemnie pod kilkoma warunkami
Przeczytałeś ten tekst. Wiesz, że możesz spróbować. Jeśli chcesz nowych doznań, a pływanie pod wodą ma być przyjemnością, pamiętaj:
– Jeśli bierzesz instruktora, bierz takiego z głową. Każdy mądry wie, że jest dużo innych tańszych metod na popełnienie samobójstwa niż schodzenie pod wodę z niewiele więcej od nas doświadczoną osobą. Uważaj więc na instruktorów z poczuciem misji.
– Pomiędzy nurkowaniami rób przerwy dwugodzinne. Opalanko, jedzonko, spanko, szaleństwo na pokładzie czy lądzie. Wszystko oprócz używek wtedy dozwolone. Seks również.
– Nurkuj do 20 m przy małym doświadczeniu, dbaj o kondycję fizyczną i psychiczną, unikaj alkoholu. Tak wiem. Trudno a może nawet najtrudniej.
– Pij jak najwięcej płynów dziennie, pomijając napoje gazowane, eliminuj płyny moczopędne. Zalecane nawet 4 – 6 l. Dlaczego? Odpowiednie nawodnienie organizmu i wydolność organizmu zwiększa bezpieczeństwo nurkowań.
– Unikaj przegrzania.

Cóż na koniec mogę powiedzieć o nurkowaniu? Mogę. Sprawdziłam. Doznałam. Kocham. Polecam.

I gdzie by się tu kimnąć?

Moje życie mnie nosi. Może nie na rękach, ale pozwala bywać „tutaj” i „tam”. Jeden hotel, potem nieco inny. Apartament w centrum miasta lub miejsce w starej kamienicy na obrzeżach. Gdzieś spać na wyjazdach trzeba. Gdzieś od czasu do czasu zatrzymać się warto.
Są miejsca, które z żalem się opuszcza i takie, które nie robią na nas wrażenia. Trafiamy w nich na przedmioty, które przejdą bez echa i takie, które miło trzyma się w rękach, a do tego na sercu robi się ciepło. Dzisiaj o mieszkaniach trzech. To samo przeznaczenie a tak różnorodne klimaty. No to Let’s go. Zabawmy się przy tym w „ciepło – zimno”.

„ZIMNO”, czyli czysto, ale jakoś tak pusto.
Znany portal gdzie można nocleg znaleźć. Na rysunkach schludnie, estetycznie, czysto. Cena nieco ponad większość. Wysoka ocena. W booking.com nie kłamią. Brać nie umierać, a już na pewno nie narzekać. Jadę na dwie noce.
Zajeżdżam na miejsce. Pani nie mogła z kluczykami dotrzeć, więc z przesympatyczną koleżanką podjechałam. Duże miasto, korki, panią zrozumiałam. Obie z dużą dozą cierpliwości, straciłyśmy raptem godzinkę. Wystukuje adres rezerwacji w GPS. Podjeżdżam na miejsce. Sprawdzam ulicę. Przy kluczach widnieje jednak inny adres. Ups! Nowe doświadczenie. Pani pomyliło się coś? Zdarza się. Zawsze plusów w moich przygodach szukam. Dzięki takim osobom może kiedyś będę mogła zostać kierowcą taksówki co mapę ma głowie a nie w aplikacji. Bingo.
Jestem na miejscu zgodnym z opisem na breloku. Klucz pasuje, adres inny, mieszkanie z obrazków z rezerwacji. Skomplikowane? Nie przejmuj się. Sama się pogubiłam. Zamieszania co do kluczy nie dochodzę, ważne, że jest gdzie głowę do poduszki przyłożyć.
No właśnie. Czy tu tylko o przyłożenie głowy do poduszki chodzi i o czystą pościel? Czy do końca tak jest? Nie wiem jak Wy, ale u mnie to działa troszkę inaczej.

W środku jak na shutterstock’owych obrazkach. Wszystko jak na zamówieniu. Ikeowe ręczniki i z Ikei na łóżku narzuta. Ze względu na wszech obecnie powtarzające się czarne, białe, szare i ziemiste kolory nie boję się twierdzić, że troszkę architektoniczna nuda. Nie patrzcie jednak na zdanie opatrzonego architekta. Pamiętajcie tyle gustów ile ludzi. Szanuję to.

Wchodzę do środka i nic nie czuję. No może tylko zapach popularnego środka do higieny toalet. Reszta to jakaś pustka. Tak wg powiedzenia: Pusto wszędzie, głucho wszędzie. To nie brak kwiatka na parapecie i kubeczka na szczoteczkę w łazience, ale brak duszy tego miejsca mnie przeraża lekko i ta pustka, chociaż mebli dużo. Kuchnia obszerna, ale w szafkach zero, jakby dopiero co fachowcy po montażu wyszli, chociaż mieszkanie od jakiegoś czasu zamieszkiwane. Właścicielka zostawiła tu zestaw herbatek Lipton i kilka jednorazowych mydełek wyliczonych po jednym na sztukę. Nic jednak więcej. Chłód mimo ciepłych kaloryferów wzbudza lekki niepokój.
Często po kątach najmujący pozostawia część Siebie. Tutaj tego kawałka mi brakuje. A przecież wyposażanie w duszę jest bez kosztowe. Mylę się? Ciepło którego nie sprawdzisz dotykiem, zapachy, które zostawiasz mimowolnie, wpadając na chwilę zaglądnąć czy poprzedni rezydent porządek zostawił. Twierdzę, że to my tworzymy klimaty danego miejsca. A oto następny przykład.

„CIEPLEJ” lub jak kto woli nieład kontrolowany.
Anglia i angielskie śniadanie. Fasolka, tost wrzucony na głęboki tłuszcz i bekon skwierczący na talerzu.
Zielonego w przydrożnej knajpce nie uraczysz, jedyne zielone to poletko trawy za oknem. Soczyste jak młody jęczmień, który ostatnio w modzie. Angielski klimat zielonemu sprzyja. Myśl przeszła, że w ostateczności przy desperacji można i angielskiej trawki skubnąć. Nie odważyłam się. Tak dużej determinacji nie było. Nieopodal zielonego moje miejsce noclegu. Typowe angielskie osiedle. Przeurocze wąskie domki szeregowe jeden przy drugim. Przytulone do Siebie. Ruda cegła nabiera w słońcu czerwonych rumieńców. Kontrastuje z białymi bajkowymi okienkami. Niezbyt spadziste dachy a na nim kominy. Wszystkie takie same. Domki trudno odróżnić, warto dopatrzyć się szczegółom. Przed posesją, którą mam okazję odwiedzić, trochę materiałów z rozbiórki. Przy drzwiach informacja od dwóch młodych Angielek: „Nie przejmujcie się. Mamy tu mały remoncik. Klucze w skrzyneczce przy drzwiach. Nie wiemy, czy wrócimy na noc. Jeśli nie chcecie towarzystwa przemiłych kotów w nocy, zamykajcie drzwi”.
Serdeczność wyczuwalna już w progu. Nie dziwię się, bo jestem w kraju, gdzie powszednim jest używać do przechodnia określenia Darling, Love czy Honey. W środku domku brak przedsionka. Pod stopami pojawia się pierwszy stopień schodów, które prowadzą na górę. Wąziutkie przejście. Pod nogami kręci się czarne, puchate, kocisko. Kociara to ja nie jestem, ale moją sympatię kupił już na początku. Drugi łaciaty kot wyleguje się na kuchennym stole. Słońce maluje na jego sierści następne łaty. Szok co do miejsca spoczynku? Koty tak mają. Polegują, tam, gdzie im nie wolno, dotykają tego, co nie do dotknięcia. Jeśli myślisz, że Twój lub Twoich sąsiadów nie, to polecam się przyglądnąć. Sprawdzić, czy w maśle nie ma sierści i czy szynka nie zniknęła przypadkiem z kanapki. Czasami znika cała kanapka. Wracamy do opisu wnętrza.
Patrzę przed siebie. Angielski kominek, przy którym mnóstwo bibelotów. Obszerne kanapy i kolorowo. Na ścianach obrazki. Kolaże z wycinków z gazet wśród nich skryte twarze właścicielek. Koleżanki czy może z nich zgodna para? Co to ma za znaczenie. To miejsce tętni życiem. Szafki kuchenne pełne naczyń używanych na co dzień. Pełna lodówka a na jej drzwiach zapiski i przepisy kulinarne. Poduchy, dywany, pamiątki. No i co że na nich trochę sierści? Czuję ciepło i niesamowite zaufanie tych dziewczyn. Dodam, że w domku zimno jak pieron, ale reszta ten fakt przyćmiła. Za oknem typowy angielski ogródek. Wąski i nie za długi. Jest troszkę trawki, pergola, kilka małych drzewek i dużo miejsc do siedzenia. Przy wyjściu na ogród dziura w ścianie dla kota. Przez dziurę może wejść wszystko, ale skoro dla kota to tylko kicie wchodzą. Angielska myślenia i kultury prostota.
Szkoda, że troszkę chłodno na dworze, bo miejsce zaprasza. Dobrze mi tutaj mimo cieknącego kranu w łazience i porozrzucanych twórczo rzeczy. Dobrze, bo ktoś się ze mną czymś dzieli od serca. To miejsce mogę poczuć, dotknąć. Rano, kiedy jeszcze spałam, ktoś przemknął bezszelestnie. Zabrał stojącą jeszcze wczoraj w jednym z kątów torebkę z dokumentami. W kuchni zostawił filiżankę po kawie i jeszcze ciepły express. W powietrzu zapachy. Mieszanka jedzenia i perfum.
Piję ciepłą angielską herbatę i myślę: Są miejsca i miejsca. A to jest z duszą, twórczym bałaganem i specyficzne.

„GORĄCO”, czyli jak poczuć się wyjątkową.
Od właścicielki usłyszałam: U mnie zawsze możesz się przespać. No to pojechałam. Historyczna kamienica i Śródmieście Warszawy. Na parkingu miejsce czeka. Ma się troszkę tego szczęścia. Wciskam się na centymetry. Wejście mam prawie pod nosem. Wchodzę do środka. Podwójne wejściowe drzwi wyglądają jak na pancerne. Wcześniejszy właściciel były wojskowy bronią handlował. Chyba dobrze zapamiętałam. Teraz przestronne wysokie wnętrze przemiła osóbka zamieszkuje. Drzwi z wielkim otworem, w którym kiedyś szyba spoczywała, prowadzą do jednego z pokojów. Wymalowane są w kolorze soczystej czerwieni. Rzucają się w oczy, bo daleko im do doskonałości nowoczesnych wnętrz. Pasują jednak tutaj jak ulał. Przez jedno okno widać rozświetlony nowojorski Manhattan, przez drugie w pomarańczach tutejszego światła tonące kamienice paryskiego Placu Pigalle. Cudowne klimaty. W mieszkaniu ściany przesiąknięte Afryką. Mocne ciepłe kolory gdzie nie zaglądnę. Właścicielka wieczna podróżniczka co w każdy kąt zaglądnie bez Biur Podróży i oprowadzających przewodników. Wszystko, co na półkach, ścianach i po kątach jest oryginalne, prywatne, sentymentalne. Przywiezione skądś, niektóre przedmioty jakby wypatrzone w miejscu szczególnym. Tu mam wrażenie, wszystko ma swoją historię. W kuchni pachnie zupą gruszkowo – pietruszkową. Na kanapie wyleguje się leniwie dość spory, łaciaty psiak ze schroniska. Franciszek ma na imię. Szlachetne może po Franciszku z Asyżu? Głaskam mimowolnie. Głowa sama o kizianiu podpowiada. Jest wieczór. W środku przyćmione światło. Rozsiadłam się na krześle swobodnie. Ciepłą herbatkę popijam i słucham z rozdziawioną buzią nowych opowieści. Co jakiś czas wkładam do buzi jeszcze ciepły kawał ciasta pomidorowego, które smakuje jak piernik, a wyglądem przypomina ciasto marchewkowe. Cholibka, zapomniałam wziąć przepisu. Nade mną na suficie łąka polna się rozciąga. Czuję się swobodnie. Jestem tu pierwszy raz i już myślę o powrotach. Tak dużo przeoczyłam, tylu rzeczom chciałabym się dokładnie przyglądnąć. Nie śmiem się przyznać. Jest mi bosko. Jestem totalnie oderwana od mojej rzeczywistości. Szkoda, że trzeba wracać.

Życie to różnorodność. Jeden nie lubi towarzystwa i wybiera gwiazdkowe hotel z wypasionym telewizorem i obsługą przynoszącą śniadanie do łóżka, inny lubi zatrzymać się u zupełnie obcych osób z pomocą aplikacji Couchsurfing. Dzięki niej może znaleźć ludzi, oferujących nocleg we własnym domu czy mieszkaniu w wielu zakątkach świata.
Spędzić noc możesz na tysiące sposobów. Polecam więc wychodzić poza własne ramy, jeździć w różne miejsca i nie trzymać się tego jednego tylko dlatego, że sprawdzone. Eksperymentuj, a wszystkim, co ciekawe dziel się z innymi i ze mną. Dlaczego? Bo fajne miejsca na to zasługują.

Dozwolone od 0 do lat 100 i więcej

Jest ich multum, ale z nich nie korzystamy. Mam na myśli miejsca, gdzie możemy znowu poczuć się dziećmi. Są sytuacje, kiedy o dorosłości zapominamy, wciągając się w zabawę. Okoliczności, kiedy odkrywamy swe prawdziwe oblicze. Wszystko zaczęło się od lekcji pokazowej przedszkolaków. To ona ukazała mi jak dużo w nas z dziecka, gdy o wszystkich „wypada i nie wypada” zapominamy.

Figle radosne
Na dywanie ubrany tak po codziennemu siedzi facet. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Wokół niego gromadka dzieci. Wrzucają mu zabawkowe jedzenie za sweter. On chichocze i udaje, że smaczne. Domaga się więcej. Prawdziwa gra aktorska, a scenariusz wymyślany na miejscu. Myślami jest „tu i teraz”, na tak długo, jak trzeba. Pokazuje światu, jak dalece zostało mu z dziecka. Piękny seans radości nieudawanej, tej prawdziwej do szpiku kości. Hormony szczęścia czuć w powietrzu. Tak niewiele trzeba. Tylko troszkę chęci. Sytuacja daleka od tej, gdy na placu zabaw tato w telefon wpatrzony, a mama myślami na drugim końcu globu krąży.
Nieopodal inna dorosła osoba przy małym domku przysiadła do zabawy. W ręce obraca lalkę. Potem drugą. W dzieciństwie zakładam, że miała podobne. Wpatrzyła się w zabawkę. Sentymentalna chwila. Inna kobieta na dywanie leży, świata nie widzi, w sufit nie patrzy, wciągnęła się w figle i harce. Tak. To ja.
Kilka osób stoi przy stole z piłkarzykami. Popularna gra. Słychać znowu ten sam męski głos. Teraz mecz relacjonuje. Mężczyzna woła o pomstę do nieba i o pomoc, bo bramkarz mu potrzebny. Jakieś dziecko podbiega łapie za figurkę i bramki broni. Pozostałe maluchy wniebowzięte. Dziewczynki też czynnie biorą udział. „Ludź” co ze skóry dorosłego wyszedł, taniec odstawia. Rusza biodrami, a ręce ma w górze. Nóżki śmiesznie przytupują. To na cześć małego zwycięstwa, albowiem bramkarz wybronił. Mała piłeczka w otwór nie wpadła. Gra toczy się dalej. Plastikowi bohaterowie umieszczeni na sztywnych drążkach, którymi operują dorośli, są malutcy jak liliputy, ale za to emocje wielkie. Prawdziwej piłki i wielkiego boiska nie trzeba. Jest fun bez dwóch zdań. Teraz „ludź” i dzieci są jednym. Różnicę wieku może tylko na twarzy widać. Na nią nie warto jednak zwracać uwagi, po stokroć bardziej warto patrzeć w głąb człowieka.
Kilka osób uciekło szybko. Zaliczone. Musieli biec dalej. Musieli? A co gdyby jednak tę chwilę dłużej zostali? Czy świat by Sobie bez nich te pół godzinki nie poradził? Zyskali Ci, co zostali. Wyszli pełni energii, skorzy do wielkich nowych wyzwań. Dzieciństwo szybko jest na zabierane. O dzieciństwie szybko zapominamy. Im starsi, tym większe prawdopodobieństwo stawiania sobie granic, ograniczeń wszelakich, coraz mniej naturalności. Chowamy ją skrupulatnie gdzieś głęboko. Nie przyznajemy do niej. Zachowujemy jednak podświadomie tam, gdzie nikt jej nie znajdzie, bo dobrze nam z nią. Infantylność przychodzi, gdy się zapominamy. Czyli kiedy?

ZOZ, czyli Zdrowe Objawy Zdziecinnienia
Dwóch dorosłych facetów w sile wieku, w wodzie się przekomarza. Jeden drugiego chlapie na dowód rzekomego niezadowolenia. Bawią się słowem i wodą. Bawią innych dookoła. Potrzebują odskoczni. Stają się na chwilę dziećmi, zanim przepłyną na poważnie kilometry. Lubię takie widoki.

Wielki magazyn i mały podręczny elektryczny wózek do przenoszenia palet. Zastosowanie jedno, ale pomysłów na niego dużo więcej. Słyszę: Pokażę coś Pani i już widzę dziecięcą iskrę w oczach. Oho! Myślę: Odezwało się wewnętrzne dziecko. Operator zasiada za sterem. Zapytaj tego, co ma w sobie dużo z dziecka, czy można się powstrzymać. Czasami wystarczy sekunda, aby nudna praca zabawą na chwilkę się stała, aby uśmiech na buzi zawitał i zarażał innych dookoła.

Mała imprezka. Troszkę wódeczki się polało. Potem budzisz się i przypominasz sobie: Do jasnej ciasnej, ale czad! Zapomniałeś się w tym, co robisz a w tym, co mówisz to już na pewno. Pamiętasz takie chwile? Brak panowania nad swoim wewnętrznym dzieckiem. Jakie to piękne. Drobna sugestia. Bez procentów też się da. Wystarczy odrzucić wstyd i powagę tam, gdzie są niepotrzebne.

Wesołe miasteczko i samochodziki na prąd. Takie dla dzieci, bo siedzonka niewielkie i kierownica dwa razy mniejsza. Takie błyszczące w słońcu i w brokatowym lakierze. Niebieskie, zielone, różowe i jeszcze czerwone. Takie co ciągle w siebie wjeżdżają i kręcą w kółko. Miałam okazję przyglądać się całej zabawie. Wiecie, kto pierwszy tyłek do nich pcha? Dorosły już tatuś. Szczęściarz, posiadacz cudownej pociechy. Kolor samochodu mu nie przeszkadza. Wolny jest różowy? A co tam — wsiada. Startują. Maluch, chociaż zapięty pasem podskakuje sobie bezwiednie i z uśmiechem. Tatuś zauroczony stery na chwile przejął i wiraże robi. Chwila wiecznością się staje. Omija, uderza w drugiego, bo tutaj tak wolno. Wycofuje i do przodu znowu krecha. Iskry po metalowej siatce, która siłą napędową jest dla małego pojazdu, tylko lecą. Znowu czad. Jakie przy tym odgłosy odchodzą, jakie zapomnienie o wyzwaniach i ile emocji z tej chwili płynących. To wszystko trudno opisać.
Przyglądałam się jak ten sam mężczyzna, wysiadał z prawdziwego samochodu. Zadowolony, a i owszem, ale to, co tutaj na małym samochodziku się dzieje to nawet trudno niebo z ziemią porównać. Zatracenie się. Korzystanie pełnią życia przez 3 minuty, bo tyle trwa jeden przejazd. Dziecko przez ten czas bacznie mu się przygląda i myśli: Baw się tatusiu, ja mam jeszcze cały dzień na zabawę.
Patrzę a w co drugim samochodziku dzieje się to samo. Tu tatusiowie pod przykrywką, że dziecko trzeba asekurować, korzystają w pełni z życia. Uroczy widok.
Sama wsiadłam na mały roller coaster, rozłożyłam ręce. Wiatr we włosach. Takich chwil jak najwięcej.
Polecam. Oczywiście nie tylko patrzyć, bo ci, co przy barierkach zazdroszczą. Zachęcam samemu spróbować. Jak wstyd jest przeszkodą, podpowiem: Dziecko zawsze od rodziny można pożyczyć. Maluch ma frajdę, a jego rodzice po rękach całują. Widzicie już korzyści? Apel. Wesołym miasteczkom nie dajmy pójść w zapomnienie, nie dajmy ich wyprzeć nowinkom, które zamkną nas samych w pomieszczeniu z magicznymi okularami i iluzją. Spędzajmy czas wśród dzieci, od nich czerpiąc na radość pomysły.

Uwalniajmy jak najczęściej swój dziecięcy potencjał dla dobra swojego i aby innym udzielać się mogło. Nawet tym, co w szoku i twierdzą: Co to za maniery, przecież nie wypada. Pamiętajmy, że nie zawsze byliśmy poważni, a lata bez powagi bywały najpiękniejszymi. Osobiście dziękuję tym, którzy pozwalają mi się zapomnieć w zabawie.

Być albo nie być

Czasami jest nam coś w życiu dane. Czasami w sekundę odebrane to, co mamy najcenniejsze. Skoro już tutaj wpadłeś, poczytaj o chwilach, które dają do myślenia. O szczęściu, które przyświeca codziennie nie jednemu z nas.

Przygody początek
Skoro masz chwilkę, pojedziemy samochodem na krótką wycieczkę. Ty pojedziesz. Nie przejmuj się, że masz za słabe umiejętności albo że dopiero z samochodu po całym dniu wysiadłeś. Przestań myśleć o braku dokumentów. Tu nie ma też granic wiekowych. Połóż ręce na kierownicy i po prostu zapal silnik.
Rozglądnij się. Jest późny wieczór. Wyjeżdżasz z typowego małomiasteczkowego osiedla domków z osiedlowym sklepikiem i przedszkolem w okolicy. W ich sąsiedztwie las sosnowo — brzozowy. Troszkę olchy, a i buk się przytrafi. Do domu masz rzut beretem. W przydrożnych domach światła już pogaszone. Niebo ciemne. Na drodze z powodu braku lamp zrobiło się nieprzyjemnie. Lubisz kolory, ale tutaj ich trudno o tej porze wypatrzyć. W dzień jest zupełnie inaczej. W lecie potrafi być tutaj pięknie. Kiedy? Gdy słońce między koronami drzew się przedziera i pada na asfalt, tworząc mozaikę i pokazując grę świateł. Dzisiaj jednak uliczka tonie w mroku. Szaro, buro i ponuro, tak to nazwijmy. Gdzieś w oddali widzisz delikatne światła nadjeżdżającego samochodu, ale jesteś od niego jeszcze daleko. Wsłuchaj się w odgłosy hulającego po okolicy wiatru. Zagłusza spokojną muzyczkę, którą sobie w radiu zapodałeś.

Mieszacz pospolity
Często słyszę: Jak ja nie lubię zimy. Jak mi to ten deszcz przeszkadza. A jak jest u Ciebie z wiatrem, który potrafi wszędzie się zakraść?
Jedziesz powoli i po obu stronach drogi widzisz drzewa. Swoje lata już mają i z wiatrem o miejsce walczą. On się z nimi bawi, a one traktują to bardzo serio. Wiedzą, że płata figle i że potrafi wprowadzić nieład. Że czasami w lecie przynosi ze sobą bryzę, zaś innym razem potrafi wywołać niebezpieczny szkwał na jeziorze. Wszystko w zależności od potrzeby. Mieszacz pospolity często pachnie lasem lub kobiecymi perfumami. Jego zapachów tak naprawdę nie zliczysz. Do tego gadżeciarz i kolekcjoner. Zabiera wszystko, co stwierdzi, że mu nagle potrzebne. Od papierka na ziemi po domy bezcenne. Jest sobie ogólnie panem. Wirujący i świszczący w uszach w tej opowieści jest bez dwóch zdań bohaterem pierwszoplanowym. Tyle o nim. Wracamy do pozostałych.
Mówimy: Starych drzew się nie przesadza. A i owszem. Drzewa tu rosnące nie chcą zamieszania i zmian. Ludzie również zmian nie lubią. A co na to dzisiaj wiatr?

Plany planami, a życie Sobie
Ciemnica nie pozwala jechać szybko. Z daleka nagle dobiega do Ciebie znajomy odgłos. Coś spadło ciężkiego i o ziemię gruchnęło. Jesteś bardzo blisko. Runęło w poprzek drogi jedno z drzew. Prawie czułeś na własnej skórze drgania, które ziemia przeniosła. Słyszysz, a może właśnie nie słyszysz, jak sąsiadujący las na chwilę zamarł. W końcu jeden z jego przyjaciół odszedł na zawsze. Las długo jednak nie ma czasu na zadumę. Pisk nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu i jego taniec na drodze przyciągnęły również Twoją uwagę. Trudno, żeby było inaczej. Znalazłeś się prawie w centrum zdarzenia. Pojazd, który jeszcze przed chwilką jechał spokojnie, zawisł w powietrzu na przydrożnym rowie. Jesteś nieopodal tuż po całym incydencie. Młody chłopak wysiadł i zaświecił Ci w oczy smartphonem. Młodzieńcowi nic nie jest. Gdyby nie on Twój samochód byłby następnym. Spoglądasz na młodą dziewczynę. Jechali razem. Jej długie blond włosy świecą na złoto w świetle Twoich reflektorów, dochodzi do siebie powoli. Dzisiaj nikt nie ucierpiał. Zatrzymujesz się. Nie możesz uwierzyć jak w życiu wszystko szybko się czasami dzieje.

A co gdyby?
Nasza głowa, chcąc nie chcąc zaczyna analizować. Przypominasz Sobie, jak to było, gdy wyjeżdżałeś. Widzisz, jak Twój samochód rusza, nieco o innej porze niż planowałeś, bo buta trudno było zapiąć. Zatrzymujesz się po drodze celem sprawdzenia, czy telefon masz przy Sobie. A co gdyby Twój samochód znalazł się tutaj chwilkę wcześniej? Nie znalazł się, bo nie było Ci pisane.
Dostrzegam, że nie minuty a setne sekundy czasami wystarczą, aby coś nie zostało przez nas zauważone lub przytrafiło się nam coś niespodziewanego. Jeden krok postawiony na pasach wcześniej i nas nie ma.

Być albo nie być
Mimo, że
czasami człowiek psioczy na to życie lub żyć mu się nie chce, w takich momentach na buzi i w sercu często dostrzegamy radość i ulgę. Jakie by to ŻYCIE nie było, chylimy mu czoła i dziękujemy, że ŻYCIE dostało się w darze. Dlaczego? Bo myśli przechodzą: Tyle planów przede mną, tyle marzeń niezrealizowanych. Dzieci, które straciłyby kogoś bliskiego, ktoś bliski, który by cierpiał, bo kocha i życia bez nas Sobie nie wyobraża. Możemy nie kochać samych siebie, ale są przecież inni. Mimo naszej nie idealności wybieramy, że lepiej chyba jednak „być”.

Dla tych o silniejszych nerwach
Wsłuchuję się w słowa: Jemu było pisane. Mowa o młodym chłopcu, uczestniku wypadku, który przeżyłby, gdyby jeden z samochodów uczestniczących w kolizji nie zmienił trajektorii i nie spadł prosto na niego. Akrobacji się zachciało. Spadł właśnie w tym samym miejscu co młodzieniaszek o kilka sekund później, a przecież miejsca dookoła miał pod dostatkiem i czasu tez mu nikt nie liczył.
Tego samego dnia na YT oglądam przypadkowo nakręcony filmik: Po chodniku spaceruje para nastolatków. Wzdłuż deptaka pas zieleni z drzewami, a za nimi droga dwupasmowa. Od jadącego tira odpada, koło toczy się z prędkością niewyobrażalną, mija drzewa, chociaż te posadzone dość gęsto i trafia prosto w jedną z przechadzających się osób. Mała chwila. Szans na przeżycie żadnych nie było.

Powód do radości
Kiedy
widzę lub słyszę takie przykłady, przypominam sobie, z czego tak naprawdę warto się w życiu cieszyć. Im wyżej poprzeczkę szczęśliwości stawiamy, tym trudniej zauważać nam radości te nagle nam ofiarowane.
Mówią, że czasami nam pisane. Wierzyć czy nie wierzyć? Cieszyć się chwilą, czy smucić całymi dniami, bo nie możemy mieć tego, co byśmy bardzo chcieli? Ładniejszego ciucha, 100 000 na koncie, większego samochodu, partnera bez wad takiego idealnego. Pamiętajcie, że każdy nowy dzień jest darem. Jeśli wieczorem możemy położyć się spać cali i zdrowi, jest to już całkiem spory powód do radości, o którym zapominamy.

A jak przygoda się zakończyła? Po godzinie śladu po drzewie już nie było. Chłopacy strażacy szybko temat załatwili. W ruch poszły wyciągarki i piły. Wiatr zrobił swoje i ucichł. O tym, że coś tutaj rosło, przypomina pozostała w ziemi wielka dziura. O tym, że ktoś cieszy się nadal życiem, przypomina tylko kilka śladów kół w przydrożnym rowie, które wkrótce deszcz rozmyje.

O różnicy nie bez znaczenia pomiędzy samotnością a byciem samemu

To nie o wyjazdach najbliższych czy pozostawaniu samemu w czterech ścianach dzisiaj piszę, a raczej o bytowaniu z samym z Sobą, które potrafi być cudownym doświadczeniem. Nie o samotności, która może być chwilową niedyspozycją, a takiej, przy której tracimy nadzieję i już trudno nam się potem podnieść.
Przez długie lata nie dochodziłam różnicy. Być samemu i być samotnym. Różnica znaczna czy subtelna, niezauważalna prawie? A może różnicy nie ma? Odpowiedzi znajdziecie, mam nadzieję poniżej.

„Być samemu”
(…) Co lubię robić najbardziej to– NIC, odpowiedział Krzyś. A jak to się robi? Spytał Puchatek po dłuższym namyśle. To znaczy, po prostu chodzić sobie i przysłuchiwać się wszystkiemu, co można usłyszeć, i o nic się nie martwić.
„Chatka Puchatka” A.A. Milne

Po lesie spaceruje dziewczyna. Już nie taka młoda, ale ciągle jak dziewczynka się czuje. Dużo ma w Sobie z dziecka. Ubrana od stóp do głów solidnie, zmierza bez wielkich planów przed Siebie.
W lesie już wiosną pachnie. Drzewa po zimie jeszcze lekko zaspane. Pod stopami ślady saren, które może właśnie przed kilkoma minutami tędy przebiegały. Nieco jest pochmurno, ale widok to rekompensuje. Wśród gałęzi słychać ptaki co cichutko o gościu po ich lesie spacerującym, rozmawiają. Odgłos sroki? Nietypowy jak dla tego miejsca. A może jednak? W zaczarowanym lesie wszystko jest możliwe. Dziewczyna wygląda na szczęśliwą. Emanuje z niej spokój. Jej błogość otoczeniu się udziela. Chce być sama, bo lubi czasami sama ze sobą przebywać. Do lasu zawitała, aby przysłuchać się ciszy i temu, co ją od czasu do czasu zakłóca. Tu przyszła, aby nie martwić się przez chwilę, co było i co będzie, kiedy wróci do świata, który na chwilę zostawiła. Zaglądnęła, aby przyglądnąć się swoim myślom bez ich analizowania. Po prostu pochodzić Sobie biorąc przykład z bajkowego Krzysia.

Zapytacie może: Ale po co to Bycie samemu, skoro wśród ludzi jest dobrze? Nie zawsze dobrze i nie wszystkim. Zdarza się, że przytłoczeni życiem potrzebujemy bezpiecznego miejsca. Azylu, w którym znajdziemy od życia dystans.
Samotne podróże, ćwiczenia do upadłego w pojedynkę, słuchanie muzyki ze słuchawkami na uszach, modlitwa czy zwykłe patrzenie bez celu przez szybę w autobusie. Nawet nie zdajemy Sobie sprawy, jak często sami ze Sobą jesteśmy i jak często takie przebywanie nam służy. Czym się charakteryzuje ten byt dziwaczny? „Bycie samemu” ze Sobą powtarza się jak pory roku, a nawet dużo częściej. Zazwyczaj nie trwa wiecznie. Bywa lekarstwem dla ciała i duszy. Jest nam kompanem nie wrogiem.

„Samotność”
Dokąd idziemy? – spytał Puchatek. Donikąd – rzekł Krzyś.
„Chatka Puchatka” A.A. Milne

W pokoju metalowe, proste w kształtach łóżko. Zimne w dotyku. Na nim osoba. Śpi, ale tylko krótką chwilkę. W powietrzu unosi się ciepłe powietrze. W ruch wprowadza go jedynie rytmiczny oddech. Kiedy osoba oczy ma zamknięte, oddech spowalnia i staje się płytki. Powietrze w przerwach zamiera w bezruchu. Kiedy sen nie przychodzi, oczy człowieka wpatrzone są w obrazek. Ten wisi na ścianie nieco niechlujnie powieszony. Lekko przekręcony. Taka sztuka dla sztuki, chociaż dla niektórych świętość, bo tematyka religijna. Poprawiam i stawiam do pionu, chociaż nie wiem, czy dla lokatora ma to jakieś znaczenie. O to, czy osobie tutaj przebywającej pasują te klimaty, nikt nie pyta. Nie dziwne, więc że na twarzy zero emocji. Wzrok zawisł gdzieś w przestrzeni. Zatrzymał się w drodze do obrazka, zapomniał, gdzie podąża. A może tak naprawdę nie miał żadnego celu?
Dawno nieotwierane okno za głową się schowało. Na stoliku telewizor. Zastanawiam się, czy czarno biały, czy już ten z kolorowych. Co to jednak ma za znaczenie skoro i tak nie działa. Osoba nieco słuch straciła, ale wzrok jeszcze jako taki. Coś tam by pewnie polukała. Zza ściany dobiega z radia monotonna modlitwa. Przyglądam się. Jedzenie i czysta pościel zapewnione, leki i pieluchy również. W powierzchowność się zagłębiam. Łzy powstrzymuję.

Tutaj dzień od dnia niczym prawie się nie różni. Sen wyznaczany przez układ słońca na niebie lub wizyty rodziny i znajomych, ale tych już coraz mniej. Nicość. Pomysły na życie się skończyły. Brak nadziei i planów. Oczekiwanie. Na co? Tego nawet chyba właściciel umysłu spoczywającego na poduszce nie wie. Brak nadziei i poczucie bezradności.

Poczuj przez chwilę, jak leżysz na łóżku w bezruchu. Nie godzinę, nie dwie. Nie całą noc, a czasu tyle, że nie tylko wydaje się wiecznością, a wiecznością się staje. Twoje ciało w dotyku jest jak ciało niemowlaka, tylko zmarszczek przybyło i mięśni ubyło znacznie. Chcesz się ruszać, ale wszystko odmawia posłuszeństwa. Piętro wyżej nad Tobą, również w odosobnieniu pozostała inna osoba, z którą jeszcze niedawno pokój dzieliliście razem. Ona nie może chodzić, Tobie chodzić ciężko. Jesteście tak blisko, a jednak tak bardzo daleko. Było do kogo buzię otworzyć, więc tęsknisz za nią. Również za Tymi, którzy ją odwiedzali. Lubiłeś ich, bo po prostu byli, nawet jeśli wprowadzali czasami zamęt. Dzięki nim powietrze nabierało zapachu i zaczynało tańczyć. Okna nie było, ale co Ci z okna skoro i tak za plecami.
Samotność? Jeśli nie — to jak to nazwiecie?
Czy samotności się boimy? Zapytaj jedynaka, który nie mając rodzeństwa, szuka wśród przyjaciół bliskości. Zapytaj tego, co po portalach randkowych daje ogłoszenia. Zapytaj samego Siebie, jak bardzo słowo samotność jest Ci nie na rękę.

A koniec krótko i rzeczowo
Czy możesz zaplanować na zaś, jak będzie wyglądało Twoje życie za lat kilka? Czy jesteś pewien, że zawsze blisko Ciebie znajdą się ci, którzy blisko Ciebie są teraz? Jak czujesz się dzisiaj, przebywając sam ze Sobą?
Czasami warto nauczyć się „Być samemu”, żeby potem umieć okiełznać „Samotność”, jeśli takowa stanie na naszej drodze, bez naszego planowania.

O choroba!

Zwykła czynność lub wyczyn sportowy. Pojawia się ból. Psiakość. Potem myślisz Sobie: Oj przyszła niemoc to i pójdzie. Za pierwszym razem tak, za drugim może również. Za trzecim słyszymy wyrok.
Niedyspozycja. Ta o małej skali lub taka bardziej groźnie brzmiąca. Jaka by nie była, zawsze jest uciążliwa. Złościmy się na nią i mówimy: Idź Sobie. Ta jak już przyszła, tak szybko odejść zazwyczaj nie chce. Poniżej o tym, jak dbamy o własne ciało i własnej bezsilności, gdy nas niemoc dopada.

Nasze ciało
Nie ma to, jak naoglądać się filmów, gdzie wskakujemy do Niagary, potem do nas strzelają, a na koniec z olbrzymim niedźwiedziem walczymy. Ciało wygląda, jakby czołg po nas przejechał, a i tak wychodzimy z tego cało. Owszem bywa, że i w życiu nam się udaje, jednak na co dzień wygląda to zupełnie inaczej.
Ciało. Zostało nam dane i służy z pokorą wbrew wszystkiemu. Do czasu, bo są momenty, kiedy na odbudowanie nie ma już siły. Potrafimy mu jednak niejednokrotnie dołożyć dalej. Nieświadomie często, a bywa, że podchodząc mniej poważnie i z pełną świadomością.
Wiecie, o czym mówię?
Choroby nie są przypadkiem. Gdy się pojawią, zaburzają wszystko. Nie dobrały nas Sobie ot tak, bo im się zachciało. Zaczynamy doceniać, co zostało nam zabrane, albo zabraliśmy Sobie sami. Tak, tak. Często im pomagamy. Jak? Dbamy o Siebie za mało. Nadwyrężamy ciało albo kompletnie nic z nim nie robimy. Bagatelizujemy sygnały. Twierdzimy, że tak ma być, bo to przecież choroba cywilizacji. U sportowców słyszę: Osiągnąć wyników bez bólu się nie da.
Stwierdzam: Zbyt mało naszej zainteresowania ciałem co oprawą jest dla naszej duszy. Zbyt dużo mniemania o tym, że ono powinno nam służyć. Pamiętajcie jednak: Każdy służący zasługuje, na odrobinę uwagi.
Nasze ciało jest jak korpus porządnego statku. Zniesie wiele, ale bez przesady, więc doceń go, gdyż jest odbiciem Twojego zdrowia i kondycji.

Nie wszystko, co się zepsuło, da się naprawić
Tu będzie krótko i dobitnie. Jeśli ignorujesz sygnały lub tłumaczysz: To jeszcze nie ten moment, żeby o Siebie zadbać, nie ten na przerwę, bo tyle trzeba dookoła zrobić i tyle fajnego ucieknie, nie licz na odstępstwa. Skoro dwa lata bagatelizowałeś drobiazgi, a od trzech wiedziałeś, że coś strzyka, nie myśl, że wrócisz w jeden dzień do formy. Szybciej z własną pomocą owszem, ale nie aż tak szybko. Powrót do pełnej sprawności trwa troszkę. Jest jeszcze jedna kwestia, o której warto pamiętać. Nie wszystko, co się zepsuło, da się naprawić. Wszystko, co naprawiane nigdy nowym nie będzie. Warto o tym pamiętać.

O tym, skąd przychodzi niemoc
Schorzeń jak wiemy na tym świecie nie brakuje.
– Są takie, co po latach wychodzą pod wpływem obaw. Nie ma nic, aż tu nagle. To strach i stres są czasami chorób zapalnikiem.
– Niektórzy twierdzą, że za choroby odpowiadają geny i od samego początku mówią: Skoro mój dziadek był chory i moja mama, to ja również będę. Do którego pokolenia z tymi dywagacjami dotarłeś? O genach czytałam różne teorie. Nawet jeśli coś jest na rzeczy, to po co im pomagać? Po co od razu takie myślenie i dawanie sygnałów: Ciało jesteś chore?
A może od razu tak do łóżka się położyć?
Tak wiem, że to sarkazm. Chciałam dać do myślenia.
– Zdarza się, że czując się samotni, chcemy zwrócić na Siebie uwagę. Zakładamy, że ktoś poświęci nam wtedy więcej uważności, że będzie skakanie wokół. A jak nie poświęca, chorujemy jeszcze bardziej. Branie na litość to błędna droga, bo chorobę myślami przywołujemy. Prawda jest taka, że ludzie dzisiaj nie mają dla innych czasu. Wielu nie ma go nawet dla Siebie.
– Bywa, że chcemy innym coś pokazać. Ubieramy na Siebie gadżety, obwiązujemy bandażami na pokaz. To sygnał: Zobacz. Widzisz mnie, jaki jestem niezniszczalny bohater? Gdzie takiego drugiego znajdziesz?
– Schorzenia przychodzą też nagle i są wynikiem kontuzji. Na te nie mamy wpływu. Dzieją się przy wyjściu z klatki w bloku lub gdy wspinamy się po najwyższych szczytach.
– Wiele chorób wynika z naszego zaniedbania czy niedopatrzenia lekarzy. Inne wywoływane są przez bakterie oraz wirusy, które mutują się im więcej wprowadzanych na rynek leków.

Przykładów można mnożyć, ale po co nam szukać przyczyn. Rwy kulszowe, korzonki, bóle kręgosłupa, grypy, nowotwory, złamania, RZS, boleriozy i cała reszta, mają jedną wspólną cechę. Kiedy już są, to są. Koniec kropka.

Oczy w oczy z chorobą
Dowiadujemy się, że coś nam jest. Jak działa wtedy nasz umysł? Podpowiada, że szybko przejdzie. Chwała, gdy przechodzi. Co, gdy zlekceważona dolegliwość zaczyna dokuczać coraz bardziej? Wpadamy w wir bezradności. Najpierw jest bez leków. Nie pomaga. No to przed wyjściem do pracy, smarujemy czymś lub połykamy coś na szybkacza. Minęło kilka dni. Trzeba by było wybrać się do lekarza. Który? Pierwszy lepszy, żeby tylko receptę na coś mocniejszego przepisał. Biegniemy i dalej łykamy więcej. Jeśli kochamy sport, ćwiczymy mimo bólu, bo do zawodów coraz bliżej. Lepiej nie jest. No to teraz może inny lekarz. Bo tamten się pomylił. Inny nie ma dla nas zbytnio czasu. I przychodzi moment zadumy. Mówimy: O kurcze! To jednak coś poważniejszego. Przychodzi mała słabość lub wielka rozpacz. Wtedy zatrzymujemy się, aby wreszcie logicznie pomyśleć co dalej.
Są w naszym życiu wyzwania, w których cała ta procedura nie ma miejsca. Gdzie z dnia na dzień, życie każe usiąść nam na tyłku. W obu przypadkach życie mówi: Stop. Teraz czas na odpoczynek.

Niektóre rzeczy trzeba zobaczyć, żeby stały się rzeczywistością
Kiedy coś zaczyna się dziać nie po naszej myśli, gmatwać i plątać liczymy na innych. Szukamy specjalistów z wiarą, że Ci zrobią za nas wszystko. Nie licz na innych. Żaden lekarz, pielęgniarka czy fizjoterapeuta nie poświęci twojemu ciału tyle czasu i uwagi, ile Ty mu możesz dać.

Kiedy dopada nas choroba, łapiemy się wszystkiego, co pod ręką. Szukamy i szperamy po necie. Testujemy wszystkie nowe odkrycia i specyfiki. Wierzymy w reklamy i w to, co innym pomogło. Zapominamy o jednym: Jak ważna jest nasza wiara. Żeby być zdrowym, trzeba najpierw chcieć wyzdrowieć.
Najlepsze lekarstwo nie leży na aptecznej półce. Jest w naszej czaszce głęboko ukryte.
Ralph Hodson ujął to w słowa: „W niektóre rzeczy trzeba najpierw uwierzyć, żeby je zobaczyć”.
Kiedy patrzysz na swoje Ciało, mówiąc: Z Ciebie nic nie będzie, nie pomagasz mu zbytnio.
Cóż to dla niego za motywacja, gdy zamykasz oczy i po raz kolejny patrzysz na Siebie, jak na słabą, bezbronną i schorowaną istotę. Twoje ciało potrzebuje Cię właśnie teraz, a Ty w niego nie wierzysz.
A co gdy w wyobraźni ujrzysz Siebie biegającego po kwiecistej łące? Niektóre rzeczy trzeba zobaczyć, żeby stały się rzeczywistością.

Gdy nas słabość dopada
Bierzmy przykład z dzieci, one podchodzą do chorób nieco inaczej:
Biegnie szkrab z brudną chusteczką i katarem w nosie. Chwali się podekscytowany: Zobacz, mam Królową Kozic!
Inna już nastoletnia pociecha, która kaszle niebotycznie, od jakiegoś czasu patrzy na swój brzuch i z uśmiechem stwierdza: Ten kaszel jest lepszy od ćwiczeń brzuszków. Zobacz! I płaski jak blat bębenek.
Optymizm. Szukanie pozytywów w sytuacjach bez wyjścia. Wiara. Może właśnie to są powody, że dzieci u których, stwierdzono ciężkie schorzenie, częściej niż dorośli wracają do pełnego zdrowia? Choroba raczej sama po nas nie spływa. Warto jej pomagać.

Na koniec przypomniała mi się scenka: Szybka rozmowa w korytarzu. Rudobroda istota idzie żwawym krokiem i powiada: Czasami to mnie wirus dopada. Nie mam odporności, bo śledziona wycięta, ale antybiotyk jem tak 3 razy do roku. I z uśmiechem na twarzy poszła dalej. To się nazywa pozytywne nastawienie.

Jeśli do Twoich wrót zapuka niemoc, nie wieszaj psów na nikim, nikogo nie obwiniaj. Poskrom wszystkie złości, bo niewiele Ci po nich. Dopuść chwile słabości, ale nie pozwól im trwać długo. Znajdź swój sposób na lepsze jutro. Wypłacz się na czyimś ramieniu, wykrzycz w samotności. Uwierz w Siebie w gorszych chwilach, tak jak wierzysz i w tych lepszych. Pozwól ciału odpocząć, pozwól wrócić do formy. Dbaj o Siebie.

Nie zadzieraj z fryzjerem

Jest ich w mieście setki, a w większym nawet tysiące. Zazwyczaj kobiety, bo mężczyzn w tym fachu jest jak na lekarstwo. Mówię o profesji, o której będąc dzieckiem, marzy wielu. Tej, co sztuką jest ulotną samą w sobie, albowiem efekt pracy znika już po kilku tygodniach.
Zawód fryzjer. Jego biorę na tapetę. Słuchajcie więc przystojni faceci, wczytujcie piękne kobiety, bo zaufanego fryzjera mieć zawsze warto pod ręką. Dlaczego? O tym dowiecie się nieco później.

Jest dobitnie. Jest Ona. Już mi dobrze
Na początek trochę o mojej oprawczyni. Moja fryzjerka nie jest izraelskim komandosem Zohanem będącym postrachem palestyńskich terrorystów z filmu „Nie zadzieraj z fryzjerem”, chociaż konkretna z niej kobita. Moja stylistka nie jest też wcale moja. Ma własne życie i bliższe jej sercu osoby, ale ja ją tak właśnie nazywam.

Wpadam jak zawsze na szybko. Wyhamowuje w drzwiach. Do moich uszu dobiega spokojna muzyczka, dźwięki kapiącej wody, niezlokalizowane jeszcze szmery, delikatny szum suszarek i mocny głos dobiegający gdzieś z kąta: Cześć Jolka! Myjemy głowę.
Jest dobitnie. Jest Ona. Już mi dobrze.
W środku klimaty domowego ogniska. Światło odbijające się od kryształowych lamp, tealight’y i mnóstwo drobiazgów, tworzą nastrój tego miejsca. Dominują barwy bieli, czerni, srebra i złota. Wśród nich kolorowe kosmetyki. Jest ich mnóstwo. Jedne można kupić, inne lądują w ostateczności na mojej łepetynce. Podobnie jak ich słodkawy zapach unoszący się w powietrzu. Czuję go jeszcze długo potem, po wyjściu z atelier. Jestem nim przesiąknięta.

W pobliżu wejścia siedzi starsza Pani, którą wzięto już w obroty. Odziana w czarną obrendowaną pelerynką i z aluminiową folią we włosach, wkomponowała się w otoczenie. Czyta babską gazetę. O! Jest i jeden facet. Super. Ten kobiecych czasopism nie czyta, ale wygląda na to, że dobrze czuje się wśród większości babeczek. Ten już pod noże maszynki trafił. Tutaj oprawcy są bezlitośni. Żart oczywiście.
W głębi pomieszczenia, na fotelu, który trzęsie się delikatnie, inna kobieta również została poddana jednej z fryzjerskich procedur. Mycie włosów. Tutaj wszystko zaczyna się od wody. Większość wokół naszej głowy się kręci. Wspomniany fotel żaden tan zwykły. Otrzęsiny to funkcji masażu efekt.
Lokal żyje i tętni swoim życiem. W tle słyszę rozmowy.
Moja fryzjerka stoi przy jednym z luster i skrupulatnie dotyka głowy młodej dziewczyny. Pięknotka ma długie blond włosy. Chce je na inny jasny kolor zmienić. Kilka rzeczy z rozmowy mnie zaskakuje.
Słyszeliście, że włosy, zanim ponownie zafarbujemy, najpierw warto wyprać? Ja do tej pory tylko na praniu łaszków się skupiałam.
Czy domyślacie się, że faceci również włosy farbują, nawet jeśli krótkie? Przyczyny można doszukiwać się w siwiźnie.
Widzieliście, ile jest odcieni blond włosów na tym łez padole? O jak skąpa jest ciągle moja wiedza.
Patrzę na paletę z kolorami farb do włosów. Uwielbiam je za zestawienie barw. Mają wszystkie kolory lata i jesieni, misternie w odpowiedniej kolejności poukładane.
Rozglądałam się jeszcze chwilkę, a następnie rozsiadam na spokojnie. Przyszłam tu obciąć włosiska. Moja fryzjerka się do mnie uśmiecha. Zawsze tak robi, chociaż ma ze mną skaranie boskie. Ale to inna bajka.

Codzienne zmagania dobrego fryzjera
Jak wygląda codzienność fryzjera, który wyzwań się nie boi? Zazwyczaj większość z nas przychodząc albo nie wie, czego do końca chce, albo chce zawsze tak samo.

Wyobraź Sobie, że jesteś z tych, co mówią: Ma być szybko, bo czasu mało. Ma być ciekawie, żeby lat odejmowało. Ma być wygodnie, aby nie trzeba było rano układać.
Do tego wszystkiego dzisiaj wymyślasz sobie, że Twoje włosy mają wyglądać jak trawa przystrzyżona przez kosiarkę o tępych ostrzach. Z małym „ale”. Włosy mają zostać w obecnym kolorze. Soczysta zieleń odpada. No i większych wymagań co do włosów nie masz. No i jak myślicie, co na to powie dobra fryzjerka? Nie mówi wiele. Bierze nożyczki do ręki i działa. Kiedy Twoja fryzjerka ma jaja, wychodzisz z włosami, które stoją jak podlana z rana rubaszna trawka pnąca się do słońca, oczywiście ze źdźbłami o różnej wysokości, potraktowane przez tępą kosiarkę. Jest tak, jak chciałeś, bo dobra fryzjerka jest wszechstronna. Nie boi się wyzwań, tego, co nowe i eksperymentów. Wierzy w Siebie.

Innym razem wyciągasz zadowolony zdjęcie, mówiąc do swojej stylistki: Zobacz, jakie mam włosy na tej fotce ciekawe. Wyglądały całkiem nieźle, może by tak tym razem? Spoglądasz na jej minę i czoło, na którym w mig pojawiają się w kosmicznym tempie zmarszczki mimiczne. To efekt zdziwienia wymieszanego z niedowierzaniem i nutką ironii. Chowasz zdjęcie szybciej, niż ujrzało światło dzienne. Myślisz sobie: Baba ma rację. Jest tyle różnych fryzur. Po co wracać do starego? Liczy się chwila i pomysł. Liczy się Tu i Teraz. Wiesz, że ona tak dla Twojego dobra. No i eksperymentujesz na nowo. Twoja fryzjerka odzyskuje szybciutko promienną twarz. Gry zmarszczek na jej licu się nie boisz.

Wiecie, kiedy fryz u dobrej fryzjerki wychodzi najlepiej? Gdy zaufasz. Nie ma wielkich wytycznych, nie ma przeglądania w gazetach. Są tylko pogaduchy w trakcie, a nożyczki chodzą same. Zanim się oglądniesz, Twoja głowa nabiera wartości nieocenionej.

Młodo. Młodziej. Jeszcze młodziej.
Przekonałam się kilkukrotnie, iż dobry fryzjer jest sposobem na zmianę numerów w pesel. Pewnego dnia usłyszałam od mojej fryzjerski w żartach: Nie odmłodzę Cię fryzurą, bo nie będziesz młodziej ode mnie wyglądać. Wychodząc, przeglądam się w lustrze. Pięć lat jakby ubyło. Moja fryzjerka często żartuje.

Trafne wybory
Po co
tak naprawdę idziecie do fryzjera? Dla ładnej fryzury, dla kosmetyków czy pięknego wnętrza? A może po to, aby poprawić Sobie humor, zwolnić na chwilę tempo i wśród żartów oraz opowieści znaleźć zagubioną radość życia?
Dobrać właściwego fryzjera dla Siebie, nie jest takie proste. Takiego co dobrze obetnie i jednocześnie zapewni dobre samopoczucie. Warto jednak poszukać takiego co na Waszych falach nadaje. Takiego co kiedy Ci smutno mówi On, a kiedy chcesz się wygadać, On słucha. Takiego co o wizycie przypomni i z szarego dnia zrobi z Tobą ten radosny. No i na koniec oczywiście takiego co strzyc potrafi. Mimo wszystko bez poświęceń kochani. Przecież każdy z nas chce jakoś wyglądać.

Jak sprawdzić, czy Twój fryzjer jest dobry. To proste? Moment, gdy po kilku tygodniach zaczynasz za nim tęsknić, nie patrząc na Siebie w lustro, świadczy o trafnym wyborze. To się tęsknota za miejscem nazywa. Podobnie jest z kosmetyczkami, ale o nich kiedy indziej.

20170110_12012020170110_12003420170110_11594620170110_120138   20170110_120100

I po co się tłumaczysz?

Czasami czuję się jak ksiądz w konfesjonale. Tylko że to nie ja jestem w malutkim meblu kościelnym zamknięta, a mojego słuchacza poczucie winy, gdy szuka pretekstów, wymówek, usprawiedliwienia czy rozgrzeszenia od innych. To wpis o tym, kiedy i jak rodzi się wewnętrzny dyskomfort i w jaki sposób chcemy się go pozbyć.
Pomijam wszystkie przypadki, o których mówi konwenans towarzyski typu: Spóźniłem się. Przepraszam. O dobrych manierach będzie kiedy indziej. Pomijam również faktyczne zdarzenia losowe. Pod lupę biorę te, o których wydaje nam się, że słowa: Idź w pokoju i niech wszystko zostanie Ci odpuszczone, załatwią wszystko.

BO to, BO tamto, BO siamto
Kiedy byłam w szkole, zdarzało mi się do szkoły nie pójść. No tak. Ideałem chodzącym nie byłam. Donosiłam wtedy zwolnienie. Oprócz podpisu ważny był nieobecności powód. Skoro nie wypadało powiedzieć, że człowiek zwyczajnie zaspał, mama wymyślała poranną wizytę u lekarza. Małe kłamstewka. Dla innych, żeby procedurom stało się zadość. Dla siebie, aby powód był taki poważniejszy i efektowny. Nauczyciel przytakiwał, ale i tak wiedział swoje. Przecież belfrom też zdarzało się zaspać, a nawet się założę na wagary chodzić.
Tak się rodzą małe szkolne kłamstewka. Potem człowiek dorasta.

W telefonie słyszę dorosły głos: Nie mogę, nie byłam, nie odwiedziłam, nie zrobiłam, BO …
Bo byłam chora, bo był ktoś inny w tym czasie, bo było za późno. BO to, BO tamto, BO siamto.
Byliście, kiedyś świadkiem podobnej scenki? Jak wtedy reagujecie? Przytakujecie z politowaniem czy zrozumieniem i poklepujecie dla pocieszenia? A może myślicie Sobie, co on jeszcze wymyśli? Po co ona mi to mówi?

Tłumaczenia i wymówki
Wsłuchuję się w rozmowę profesora biologii z uczennicą, która stoi u wrót pełnoletności. Zleca jej przed wyjściem zadanie: Zdecyduj, zadzwoń, NIE TŁUMACZ SIĘ.
Nie usprawiedliwiaj słowami typu: Nie mam się jak na miejsce dostać. Głowa bolała. Czasu bardzo mało. Nie mogę, bo babcia chora.
Ma być krótko i treściwie. Dlaczego? Wie, że tłumaczenia to często bałamuctwo. Jego brak to oszczędność czasu dla obojga. Zapachniało mi psychologicznym podejściem. Przyznałam rację.
Przecież to jej wybory, jej życie, je samopoczucie. Początek tłumaczeń to karma dla głowy i myśli, które zaczynają się tam kłębić. Rosną w siłę wraz z czasem. Myśli kreujące coraz to nowe historie nikomu niepotrzebne.
Już pierwsza wymówka to wstęp do szukania potwierdzenia na zewnątrz, że dobrze się zrobiło, chociaż w głębi duszy zrobiło się nieprawidłowo. Kogo chcemy oszukać?

W zgodzie z własnym „JA”
Co nasze, to
nasze. Czy przytakiwania i potwierdzenia osoby do której mówisz coś zmienią, kiedy w sercu nadal pozostanie uśpione poczucie winy? Pamiętaj, że to Ty masz się czuć dobrze we własnym towarzystwie. W harmonii z duszą, głową, sercem i ciałem.

Nie chcesz, po prostu nie rób.
Chcesz, zrób to po swojemu.

W zgodzie z przeznaczeniem czy świadomym wyborem. Dla Siebie nie dla innych, bo inni twoich usprawiedliwień nie potrzebują. To pierwszy krok, aby żyć w zgodzie z Twoim wewnętrznym „JA”. Kiedy robisz coś w zgodzie z własnym sumieniem, znikają tłumaczenia i konfesjonały. Nie potrzebujesz nikogo, aby czuć się dobrze we własnej skórze.

 

Czy wylewać dziecko z kąpielą? 2/2

Wychodzę z założenia, że każdy reżyser bez względu na gatunek filmu czerpie pomysły z życia. Po oglądnięciu opisanej w części pierwszej wpisu historyjki o małym chłopcu żyjącym w świecie gdzie mało jest miejsca na codzienne radości, rozglądam się po okolicy.

Współczesne wyzwania szkrabów
Obserwuję małą kilkuletnią dziewczynkę. Pucatego blondaska w kolorowych okularkach. Rodzice zastanawiają się, czy to dobrze, że ich córka beztrosko biega za kolorowym motylem, gdy w tym samym czasie inne dzieci są na zajęciach z matematyki albo uczą się angielskiego. Idą więc w ślady innych. No i znajduję kruszynkę przy małym stoliczku, jak na paluszkach cyfry podlicza. Głowa myśleniem zajęta. Czy tego chce? Jakoś mam wrażenie, że ją to mało na razie kręci.
Pytam więc samą siebie: A gdzie dzieciństwo, które ma swoje prawa? Płacze, bójki, w przedszkolu i jedynki w szkole to przecież najszczęśliwsze lata. Potem dopiero przychodzi czas, kiedy jesteśmy mili, uczynni, elokwentni, poważni i mądrzy. Każdy na swój sposób.

Obecne wyzwania nastolatków
Za rogiem patrzę na młodziutką dziewczynę. Szukam promiennej buzi. Na twarzy widzę zmęczenie. Dziewczynka marzy o pierwszej miłości, o randce w kinie, czy zwykłych młodzieńczych wygłupach. Tymczasem myśli krążą od jednego sprawdzianu do drugiego, bo cel już wytyczony przez większość.
No i cóż jej pozostaje w świecie wielu zagrożeń? Późnym wieczorem po wszystkich możliwych korepetycjach, świadoma dzienników elektronicznych i kiedy już całą wiedzę przyswoi, rozgląda się dziewczyna po necie, przesyłając znajomym wirtualne całuski.
Jeśli masz lat kilkanaście, pamiętaj, że nauka jest bardzo ważna, ale również że to Twoje najpiękniejsze lata. Ucz się, ale pozwól Sobie również na odrobinę szaleństwa. Jeśli przesadzasz w drugą stronę, pamiętaj o równowadze.
Jeśli macie w domu nastoletnią osóbkę, przypomnijcie sobie własne młodzieńcze lata. Kiedy szaleć się chciało i kiedy przyszły pierwsze miłości. Jest coś podobieństw? Znajdziesz różnice?
Moja osobista refleksja:
Tak bardzo chcemy dobra naszych dzieci, że ich prawdziwe potrzeby i radości zsuwamy nieco na plan dalszy. Prawdziwych wyzwań nastolatków często nie dostrzegamy. Martwiąc się o pociechy, widzimy tylko te, które dobry byt im zapewnią.
Coraz częściej nieświadomie zbyt szybko wciągamy ich w dorosłość. Pamiętajmy, że to ich radości, potknięcia, miłosne bezwarunkowe uściski ładują często nasze akumulatory. Niech dzieci jak najdłużej pozostają więc dziećmi.

Czy dorosłość musi być szara?
Na ulicy mija mnie dorosła kobieta. Jak szare ludziki z historyjki ze smutkiem w oczach podąża przed Siebie. Przed wejściem do pracy wypala ostatniego porannego papierosa. Kiedy pytam potem, co się wydarzyło w drodze do zakładu, nie pamięta. Drogi jakby nie było. Było pełno myśli krążących, ale nic więcej dookoła. O dziecięce zachwyty ćwierkającym ptakiem, słońcem, które na chwilkę wyszło czy ciekawym widokiem, nawet nie pytam. Za słońcem kobieta tęskni od wielu tygodni, na pogodę narzeka, ale jakie ptaki, jakie słońce? Kiedy wyjdzie z domu, zapomina się nim nacieszyć.

Ograniczenia
Zostawanie w tyle czy oglądanie motyli — Kto to widział, skoro dzień jak co dzień? Do pracy i z pracy, obiad, sprzątanie i sen. Ograniczamy się i odcinamy od tego, co nam w dzieciństwie sprawiało radość, zabijamy nasze wewnętrzne dziecko czy jak kto woli wylewamy dziecko z kąpielą zrzucając winę na brak czasu.

Jak dużo z dziecka sobie zostawić stając się dorosłym?
Ja twierdzę jak najwięcej. Nie każę Wam biegać z umorusaną buzią, huśtać się głową w dół na drzewie i jeść czereśnie prosto z gałęzi nie zastanawiając się, czy są tam robaki.
Były przecież mniej kontrowersyjne zabawy. Czy zbieraliście, będąc dzieckiem znaczki, puszki czy złotka? Pamiętacie jeszcze, co czuliście, zsiadając ze zwykłej huśtawki? Biegaliście na bosaka po trawie? Poszukajcie rzeczy, które sprawiały Wam radość za młodu i wróćcie do nich, a uśmiech bez zewnętrznych baterii i gniazdek, będzie pojawiał się częściej na waszej twarzy.

Szczęśliwe zakończenie
Wracając do historyjki, pragnę Was uspokoić. Ma pozytywne zakończenie. Tato otworzył oczy i nie pozwolił na smutków więcej. Stanął pod drzewem i zaczął grać bez instrumentu melodię. Dla Siebie, dla chłopca, dla radości ich obojga. Za prezent w postaci filmu darczyńcy dziękuję. Dla tych, co wytrwali do końca mojej opowieści, jako że nie jestem samolubem, prezentem się dzielę.

https://www.youtube.com/watch?v=72vO2CkzW6k

Czy wylewać dziecko z kąpielą? 1/2

Dzisiaj kochani nie przeniosę Was do średniowiecza, skąd wzięło się powiedzenie „wylać dziecko z kąpielą”. Dzisiaj też nie będzie o myciu, które ponoć wtedy skracało życie. Będzie za to o „dziecku“. O tym naszym wewnętrznym dziecku i o jego powolnym umieraniu wraz z tym, jak lat nam przybywa. Chcecie posłuchać historyjki? Zapraszam.

Zadedykowano mi ostatnio filmik krótkometrażowy. Streszczę go w kilku słowach. Zamknij oczy i porusz wyobraźnię. No wiem, wiem. Jak tu czytać z zamkniętymi oczami. No to ślepka szeroko otwarte i zabieram Cię do mojej kreskówki.

Podróż czas zacząć
Przeniosłeś się do wielkiego miasta korporacji i wielkich miejskich zabudowań, w świat śmiesznych ludzików, takich o długich nóżkach i rączkach oraz podłużnych główkach z kanciastymi noskami. Całkiem sympatyczni, ale jacyś tacy wszyscy poważni. Świat ludzi pracy w tym miejscu jest bardzo poukładany. Wszyscy wychodzą rano i wracają o tych samych godzinach. Wszyscy mają powtarzalne zajęcia i zaczynają dzień w podobnym schemacie. Każdy z nich wielką czarną teczkę dzierży w dłoni i krawat na szyi. Przemierzają każdego dnia tą samą szarą drogę. Mijają Cię nieco przygarbieni i zamyśleni. Swoją szarością zarażają.
Wsłuchaj się w lekką muzyczkę instrumentalną Oscara Araujo. Odbierasz wrażenie jakby mała energiczna pchełka, bawiła się klawiszami fortepianu, a potem grała na innych instrumentach. Na początek wyobraź Sobie czarno białe klimaty niemego filmu.
Wśród tych wszystkich ludzi cieni, trzej główni bohaterowie. Drobny szkrab z wielkimi białymi lśniącymi oczkami, którego wszędzie pełno. Spontaniczny o twarzy wiewiórki, potyka się i przewraca często z nieuwagi. Ciekawy jest życia, bywa nieco rozkojarzony. Ogólnie przezabawny. Brzdąc biega, skacze i ponad wszystko kocha życie. Jego skórze nadano barwy słońca. Pomarańczowo złoto żółta karnacja wyróżnia się wśród szarości otoczenia. Oprócz niego kolorowe jest jeszcze drzewo rosnące na środku betonowego bez wyrazu miasta. Jego czerwono purpurowa korona wprowadza w zachwyt. A pod koroną ławeczka i nasz następny bohater:
Przesłodki grajek wygrywa na skrzypcach błogą melodię. Drzewo i wirtuoz nie są raczej punktem zainteresowania. Bo cóż to za zajęcie takie granie w tym poważnym dorosłym świecie. Tylko mały interesuje się skrzypkiem. Tobie również polecam wsłuchać się chwilkę w jego grę.
Trzeci bohater to Tatuś. Szary jak większość w tym bajkowym świecie. Nabiera niebieskich rumieńców i smerfowych kolorów, ale tylko wtedy, gdy w jego ramionach znajdzie się jego mały chłopczyk. Zmęczony ojciec ładuje w ten sposób swoje „baterie”. Magiczna moc wirtualnego gniazda, która powoduje, że na jego buzi pojawia się uśmiech.

Podróży kontynuacja
Spójrz jak ten sam tato, codziennie rano zakłada malcowi na plecy ciężki wypełniony książkami plecak. Wprowadza go powoli w dorosłość. Na początku wszystko wygląda zabawnie. Maluch przewraca się co rusz pod ciężarem, ale potem dumnie i z dziecięcym optymizmem kroczy po ulicy za ojcem. Oczywiście maluch zbacza z drogi, bo jest tylko pełnym energii dzieckiem, którego świat interesuje w szczególności. Maluchem, który nie potrafi patrzyć tylko pod nogi. Zdarza mu się zrzucić gdzieś znienacka swój zielony tornister, aby rozglądnąć się dookoła, powąchać czy zwyczajnie nacieszyć chwilą.
Szybciutko, bo w tym świecie czas jak na lekarstwo, przenosimy się do miejskiego biura.
Tatuś siedzi za biurkiem, na którym ma już przygotowaną stertę papierów. W tle słychać klik, klik. Maszyny piśmiennicze melodię wygrywają. Wszystkie dźwięki wchodzą w kooperatywę. Siedzący obok syn ma literki wypełniać. Ten jednak wesołe obrazki rysuje. Dostaje za to reprymendy. I tak dzień za dniem mija. Pogodnych rysunków z czerwonymi drzewami coraz mniej, literki coraz ładniejsze. Chłopiec do tornistra przywykł, ale zauważ, jak jego kolor skóry blednie. Radosny spontaniczny uśmiech powoli znika z twarzy. Upodabnia się do reszty. Pewnego dnia znika również spod drzewa uliczny grajek. Nie ma już kto tacie ładować baterii. Uściski nie są już tak spontaniczne, straciły moc podobnie jak oczy chłopca blask. Tato pozostaje szary, dawny berbeć szarą postacią się staje.
Stop. No pięknie. Miało być w kilku słowach. Czasami jestem niesforna.

Przestroga czy sugestia?
Powiedzenie „Nie wylej dziecka z kąpielą” kieruję do wszystkich. Jest to w pewnym sensie sugestia, aby chcąc osiągnąć jakiś życiowy cel, nie stracić czegoś cenniejszego – radości dziecięcego świata, zagubionego gdzieś po drodze.
Chcecie poznać bajki zakończenie? Zapraszam jutro.

PO PROSTU BĄDŹ

Dzisiaj o naszej złożoności. O tym, jak pokochać drugiego takim, jakim jest i jak nie mieć mu za złe, że akurat robi tak, a nie inaczej. O tym, jak zrozumieć po to, aby móc sprostać, gdy ktoś poprosi w trzech słowach:
„PO PROSTU BĄDŹ”
„Tylko bycie” czasami nie jest wcale takie proste. Dla mnie nie jest. A jak jest u Was?

Na początek troszkę o naszej naturze
Różnimy się i nie chodzi mi tym razem o wygląd zewnętrzny, chociaż można go wziąć jako przykład. Unikatowa jest nasza prezencja, ale postrzeganie świata jeszcze bardziej złożone. Nasz mózg jest mega. Rzadko operuję cyframi, jednak niektóre przydatne, pamiętam:

Na 200 000 000 informacji świadomie odbieramy tylko 1 z nich.
Co to znaczy? Że ten sam fragment jednej rzeczywistości postrzegamy na miliony sposobów.
Piękne, niepowtarzalne, aczkolwiek często uciążliwe. No i spotkaj tu takiego drugiego, co myśli tak samo. Banalny przykład: Jedna osoba mówi: Ten widok jest piękny, druga stojąc obok niej, stwierdza: Jak tutaj jest brzydko. Obie mają rację, obie się mylą. Widok po prostu jest. Cała reszta to nasz umysł i różne interpretacje oraz właśnie ta jedna wybrana informacja z miliona. Schodzę głębiej w temat.

Zrozumienie
Kiedy
dwie osoby myślą różnie na temat tego samego zdarzenia „po prostu bycie” wymaga zwyczajnie zrozumienia.
Wyobraź Sobie osobę. Nosisz ją w sercu, więc zrobisz dla niej wszystko. Kiedy widzisz zmartwienia na jej twarzy, poruszasz cały swój potencjał. Chcesz tylko dla niej i za nią. Zaczynasz wspierać, podtrzymywać na duchu i nie daj Boże doradzać i prawić nauki. Wszystko oczywiście w jak najlepszej intencji. Spontanicznie pomagasz po swojemu i wydaje Ci się, że to najlepsze rozwiązanie. Lepsiejszego już nie ma. Takie tylko do brania. Bo przecież my ludzie tak mamy, że to, co dla nas dobre, to najwspanialsze dla innych. Skoro nam pomogło, sprawdzi się w każdym innym przypadku. Zakładamy, że, bez nas, ktosik Sobie nie poradzi. Czasami brniemy dalej. Gdy ktoś pomocy nie chce, czujemy się zranieni. Zaczynamy domniemywać, że z nami coś nie tak i doszukiwać się ile w tym naszej winy. Bywa, że posuwamy się jeszcze dalej. Rodzą się dylematy, dochodzenie kto ma rację, dysputy różnorakie. Dlatego między innymi tyle kłótni małżeńskich, tyle rozstań i tyle krzyku dookoła. Blisko i razem są tacy, co to rozumieją i potrafią znaleźć złoty środek. No właśnie to coś, co jest pomiędzy nie pomaganiem a pomaganiem tak na zaś i bez granic. Nie wiem co gorsze.

Uwierzycie mi, że czasami druga strona może już więcej pomagania nie unieść, mieć dość? Uwierzy, ten kto doświadczył.

Gdzie leży przyczyna?
Za mało w nas wiary w innych ludzi. Zagłaskujemy, robimy za innych, żałujemy albo współczujemy nadto, a tymczasem pamiętajmy: My ludzie mamy w Sobie dużo siły, aby znaleźć samemu najlepsze dla nas rozwiązanie. Często zapominamy się, że każdy z nas ma swoją mądrość i często wie co dobre, a co nam nie służy. Potrzebujemy tylko chwilkę czasu, aby to okiełznać.
Popatrzcie czasami z boku, tak bez pomagania, ale czujni i w gotowości. Skorzy do pomocy, ale tylko wtedy gdy ktoś o pomoc poprosi. Zobaczcie: Ile razy w życiu kogoś z naszych bliskich coś spotyka. Daje on Sobie radę, bo akurat żadnego z boku pomagiera nie ma. Taka jest codzienność, co wyzwania, jak kwiaty na procesji Bożego Ciała, pod nogi ludziskom rzuca. Pozostaje nam stawiać im czoła. Jeśli więc widzimy w drugiej osobie, chociaż iskierkę samo naprawiania, zaufajmy. „Po prostu bycie” daje przestrzeń do działania. Pomagajmy, kiedy naprawdę przyjdzie potrzeba.

Z własnych doświadczeń
Człowiek jest jak studnia. Zazwyczaj trzeba zejść na samo dno, żeby go zrozumieć. Kiedyś nie rozumiałam tego. Powód? Nie zeszłam głęboko do studni dna. Byłam zrywna i chciałam bardzo pomagać. Poproszono mnie: Nie rób nic. Stój z boku. Po prostu bądź. Pytałam Siebie: Co ze mną nie tak? Dlaczego tak? Po co „tylko być”? To takie bezużyteczne.
Kiedy było już po fakcie, usłyszałam: Tylko bycie nie jest tylko po to, aby dać sobie czas, aby samemu znaleźć odpowiedzi, ale również po to, żeby chronić. Zapytacie: Przed czym ktoś mnie uchronił?
Dochodzenie do Siebie, kiedy pojawia się tąpnięcie, kiedy coś nas przytłacza nadto, kiedy mamy chwilę słabości, lub borykamy się z czymś, jest pewnym procesem. Pojawiają się różne emocje, nie koniecznie korzystne dla otoczenia. Potrafimy być źli na cały świat, wściekli, zrzędliwi lub chociażby niemili dla innych. Możemy wyładowywać negatywne emocje do otoczenia. Ten, kto kocha, prosi „Po prostu bądź”. Co by na nas nie trafiło. Takie spojrzenie przez myśl mi nie przeszło. Teraz to rozumiem.

Reasumując:
Kiedy więc wyczujesz lub usłyszysz od kogoś zdanie: Po prostu bądź. Przestań działać. Zatrzymaj się. Po prostu bądź. Myślą i sercem. Fizycznie dalej, mentalnie blisko. Dobre uczynki zostaw na kiedy indziej. Odstaw emocje na bok. Przestań gdybać i analizować. Wsłuchaj się. Zaufaj rozmówcy. Zejdź z drogi, po prostu bądź, a jego głowa sama Sobie wszystko poukłada. Cierpliwie poczekaj. Wszystko wróci do normy. Jeśli nie wierzysz, sprawdź przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Czy picie drinka z tyłkiem w wodzie na coś pomoże?

Pewnie tak skoro ludzie to robią. Wszystko jest przecież po coś.
Jestem w Centrum Wodnym Tatralandia. Miejsce, w którym można nieźle wymoczyć zmarznięte po nartach pupy. Narciarze, którzy jeszcze nie mają dość po białym szaleństwie, dorwali deski w strefie dla serferów. W środku ciepło 34 stopnie. Wręcz duszno. Bose nogi. Mnóstwo bosych nóg, stąpają po podgrzewanych płytkach. Pan drobina, chudzina pomyka tam i z powrotem z dzieckiem przestawiając wózek z miejsca na miejsce. Za żoną biega. A gdzie ta pomyka? Licho tylko wie. Turkot kół zakłócany jest przez szum wody. Leje się z grzybków i dysz masujących. W strefach gdzie obowiązuje karnet podstawowy, ciszy nie uraczysz.

Strefa dla dorosłych z dziećmi i tych, co dziećmi są wiecznie.
Dziecięce odgłosy przekrzykują wodę. Na czerwonym krzesełku w kąciku ratownik się schował. Zmienia co rusz pozycje, bo krzesełko plastykowe, niezbyt wygodne jest dla kręgosłupa. Biała koszulka, włosy charakterystyczne dla bruneta, grafitowe klapki i czerwona smycz z kluczykiem na szyi pięknie się komponują. W kąciku pirat siedzi. To manekin z groźną miną, ale całkiem sympatyczny. Tu tętni życie, bo tak jest zazwyczaj tam, gdzie są dzieci.

Tafla wody i wyspa
To miejsce, gdzie o pływaniu nikt nie myśli. Ruch wody prawie żaden. To część założenia wielkiego pirackiego statku, który góruje nad powierzchnią. Na wyspie wcale nie bezludnej dziewczyna uwija się raźno. Światło wokół przytłumione, u niej przy barze jest go nieco więcej. Ona pod stopami ma sucho. Po drugiej stronie baru krzesełka w wodzie zanurzone. Na nich pupy, mnóstwo pup. Należą oczywiście do ich właścicieli, którzy wszelakie trunki w wodzie degustują. Czy w wodzie płyny lepiej smakują? Tego Wam nie powiem. Tym razem nie sprawdziłam. Jak myślicie dlaczego? No dobrze. Powiem. Kiedy widzę kogoś w wodzie, kto długo w jednym miejscu siedzi a do tego w ciepłej wodzie, która rozluźnia wszystkie nasze zwieracze, jakoś mi tamtędy nie po drodze. Kiedy widzę ludzi w takim miejscu więcej, a każdy z nich płyny uzupełnia, wiem, że te płyny mają wcześniej czy później swoje ujście. Rozglądam się. W pobliżu toalet nie ma. Zresztą jakoś nikt w czasie moich obserwacji nie wychodził. Wróć. Nie wypływał z baru. Tak, zdaje sobie sprawę, że jest coś takiego jak urynoterapia, ale w tym basenie swojej pupy dla testów nie umoczę. Może następnym razem, gdy ludzi będzie mniej. Może. Przemieszczam się w miejsce następne. Zwiedzę statek. Zwiedziłam i uwieczniłam na zdjęciach.

Zimnooo? Spokojnie. W pupy jest ciepło.
Zaglądam przez zaparowane okno na zewnątrz. Zaraz za szybą śnieg i woda. Para jak biały dym, który czasami obserwuję nad elektrownią lub garnkiem, w którym się woda gotuje, unosi się nad dużą powierzchnią. Na tafli jedynie zarysy postaci widać. Pod taflą białe światło przenika i podświetla pośrednio ludzkie czupryny. W środku nie czuje się mocno minusowych temperatur. Każdy znajdzie tutaj coś dla Siebie. Młodzież gra w piłkę wodną. Nad głowami chmury. Kto ma szczęście, spadającą gwiazdę tutaj zobaczy.

Zimnooo? O tak, ale również przyjemnie gorącoooo.
Mam tu swoje jedno miejsce magiczne. Za każdym razem urokliwe, kiedy tutaj jestem. Tam mnie ciągnie jak magnes. Opowiadałam o nim kiedyś, gdy blog nawet jeszcze w marzeniach nie figurował.

Obeszłam cały kompleks. Ogarnęłam wszystko. Troszkę tego było. Pupę wygrzałam, moczenia było mało. Tym, co przy barze i innym co odpoczywają na leżaczkach, przyglądałam się z uwagą.
Wiecie? Są miejsca, gdzie się w wodzie pływa i takie gdzie tylko pupy zanurza. Wszystkie są potrzebne. Nawet takie z barem. Jeśli masz wybór, wybieraj to, co Twoje. Najważniejsze to odpocząć po swojemu. Chcesz siedzieć w basenowej knajpie i popijać piwko? Czemu nie? A może pozjeżdżać na zjeżdżalni? Co stoi na przeszkodzie?. Takie miejsca są po to, aby się wyczyścić i nie tylko o mycie mi chodzi. Dla zdrowia osobiście polecam zimne wody. Tak na chwilę i tak po saunie. Tam przynajmniej nie chce się sikać, a innych nie kusi.

Jak znaleźć knajpkę szytą na miarę, czyli Warszawa w odsłonie drugiej

Ile lokali gdzie można coś wszamać tyle pomysłów i klimatów. Trudno znaleźć dwie takie same, no, chyba że są to sieciówki, ale nie o nich dzisiaj będzie. Dzisiaj o tej jednej z polotem, która może być przykładem dla innych. O tej, która mnie zaskakuje innością. A ja inność i swobodę, którą tu spotkałam, cenię.
Czy masz Swoje ulubione miejsce, które Cię kręci i dobre wspomnienia przywołuje? Ja natknęłam się na taką. Dzisiaj napiszę o tej, która jest w moich klimatach. Posłuchajcie.

Przy otwartym oknie
Wczesny poranek. Przez okno widok na Pałac Kultury. Pnie się w górę. Skoro pałac nie ma się co dziwić. Księżniczki na wieży żadnej nie widzę, zresztą wieża schowała się w chmurach. A może to smog? O tym nie myślę, po co psuć sobie dzień. Okna szczelne. Otwieram. Mimo wczesnej pory samochody suną po Marszałkowskiej. Ludzie energicznie po chodnikach się przemieszczają. Zatrzymują na kawę w drodze do pracy. Przeskoczę teraz kilka godzin później.

AiOli.
Duże miasto i pora obiadowa. Co to znaczy? To znaczy, że dużo wokół jedzenia się kręci. W przerwie na lunch jestem w jednej z tysiąca warszawskich knajpek. AiOli. Skąd oni taką sympatyczną nazwę wytrzasnęli? W tym lokalu obsługa już od początku wnosi dobrą energię. Pracą potrafi się bawić. Właściciel zakładam, nie narzuca sztywnych zasad, ma swoje oryginalne jak dla mnie. Otoczenie miło mnie zaskakuje.
Mój ulubiony kelner o pociągłych rysach twarzy i cieniutkich nóżkach jak na szczudłach wśród stołów przemyka. Mówią chudy jak szkapa, ja powiem bardzo szczupły. Z nosem jak u Pinokia i wielkich oczach, Okrągłe okularki na cieniutkich drucikach i bujna kręcona czupryna jakby ktoś niedbale na szybko perukę nałożył, sprawiają, że nie mogę oderwać od niego wzroku. Do tego niezwykle sympatyczny i zwinny. Białe zęby lśnią co rusz, nie dając się schować. W tej zwinności trudno go było uwiecznić na zdjęciu. Sprytna, szybka, obrotna bestia.
Obserwuję również innego z kelnerów. Koleżankę podszczypał, dla zabawy w przekonaniu, że nikt nie widzi. Słodkie zaczepki. W tej knajpce dopuszczalne. Obok mnie dziewczyna z obsługi z klientem żartuje.
Za barem, niedaleko kuchni młoda dziewczyna przykuca. Minę ma smutną, twarz zamyśloną, a oczy wpatrzone w jedno miejsce, świadczą o tym, że dziewczyna buja w obłokach. Nieco więcej ma ciała a na policzkach rumieńce. Spodnie biodrówki nieco spadają, odkrywając krągłości. Wygląda jednak na bardzo sympatyczną. Przekonana, że nikt jej nie widzi, rozkraja cytryny, jedną za drugą. Ma ich niezliczoną ilość. Jakbym Kopciuszka zobaczyła. To jedyny motyw, który mnie w tym miejscu zaskakuje.

Na środku duża kuchnia. Tutaj gotowaniem się bawią. I co ważne widać co na moim talerzu wyląduje i czy kucharz ręce umył. Zapachy rozchodzą się po całym pomieszczeniu. Kelnerzy rozmawiają z kucharzami. Wymieniają się wskazówkami. Pełna synchronizacja. Tempo powiem jak w muzyce Iron Maiden. Jazda, ale nikt się tego miejsca nie boi, wręcz przeciwnie, ciągną tu tłumy. W porze lunchu kolejka w oczekiwaniu na stolik jak za komuny, mimo rezerwacji. Ci, co stoją, zerkają na porozwieszane po ścianach telewizory. Tam modelki często w skromnym odzieniu, reklamują bieliznę. Żony dajcie mężom popatrzyć. Sama nie mogłam się oprzeć.
Czuję się, jakby grupa młodych zapaleńców w środku obiadu do domu mnie zaprosiła. Ludzi, którzy na gotowaniu się znają, mają pomysły i nie lecą po standardach. Zupa podana w szklankach z grubego szkła. Wielka pizza u sąsiada, jeszcze skwierczy na talerzu wyciągnięta prosto z pieca. Cieniutka. Ten, co ciasto robił, nieźle się w powietrzu namachał. Jakby przed publiką występował. Widziałam. Ciasto było prawie przeźroczyste. Fruwało w przestworzach knajpy i to nie jedno. Wyglądały jak talerze UFO i trudno było za nimi wzrokiem nadążyć.
Inna osoba obok mnie wsuwa hamburgera. Niezwykły. MacDonald to przy nim taki skromniutki się wydaje. Ten tutaj opływa bogactwem.
Deserek niepozorny. Urokliwy w swojej prostocie. Taki na miarę. Ma pobudzić kubki smakowe i dodać życiu nieco słodkości. Zresztą, po co duży, skoro brzuch już pełny. Tutaj o tym wiedzą.

Najadłam się i stwierdzam, że różnorodność jest piękna. Losowi dziękuję, bo czasami rzuca mnie w naprawdę ciekawe miejsca. Jak widzicie, w życiu jest w czym przebierać. Miejsc, które potrafią zaskoczyć, nie brakuje.
Czasami słyszę: Mnie nie stać. Każdego stać na odwagę, aby podarować Sobie troszkę czasu tylko dla Siebie. Aby wynagrodzić codzienne starania, złamać monotonię dnia codziennego. Pamiętajcie, w każdym miejscu możecie po prostu napić się herbaty. Miłego herbatkowania i odkrywania życzę.

20170124_14312220170125_075900  20170125_135609