Królestwo cykad Skopelos 4/10

Nowe odkrycia
Są miejsca, w które zaglądam na chwilkę i opuszczam, bo nic mnie do nich nie ciągnie. Czasami jednak mam wrażenie, że gdzieś mnie mało. Chciałabym dłużej i jeszcze dłużej. Chłonę przestrzeń i zbieram wrażenia w garści. Upycham do kieszeni, z myślą, że a nóż na zawsze zostaną. Dzisiaj o Limmonari, która bezludna była, ale chyba wieki temu i miejscu gdzieś tam, godnym po stokroć uwagi.

Limmonari
Miejskie plaże są i owszem na Skopelos. Widoki mają ciekawe, jednak nie jest na nich już tak kameralne. Wybieram się na taką jedną co na mapie czerwono białym parasolem zaznaczona. Za kierownicą tym razem nie siedzę, w telefonie kilka tych słów dla Was kreślę. Uważności co do okolicy nie było zbytniej. Pamiętam tylko, że po jednej stronie na wyciągnięcie ręki mam skałę, z której mogę suche kwiatki zrywać a po drugiej bezkresne morze i widok odległych wysepek. Dojeżdżam na miejsce. Z drogi plaża wygląda na przejrzystą. Na tafli unosi się kilka łódek. Woda spokojna. Limmonari ukryta jest w małej zatoczce zaraz przy drodze. Stoi tu kilka samochodów. Na plaży foczki, których opalenizna sięga już prawie zenitu i nowo napływające jeszcze białe osóbki. Równo rozstawione na miejskiej plaży parasole mówią: zapłać i zapraszam do cienia, bo za wiele innego przy samej wodzie nie ma. Muzyki dużo, a wokół rozbawione pociechy, więc miejsce oceniam na nieco hałaśliwe. To właśnie jedno z takich miejsc, gdzie zaglądam i jadę dalej.

Wzdłuż klifów
Wrażeń w drodze powrotnej nie brakuje. Teraz jestem uważna. Polecam siedzieć na miejscu pasażera i mieć linię brzegową po swojej prawej stronie. Emocji nie zabraknie, szczególnie gdy na drodze mijają się dwa samochody. Kiedy koła pojazdu zbliżają się do krawędzi jako tako położonego asfaltu, widzę już tylko kamienistą ścianę. Biegnie w dół. Widok rozpościera się na morze i nieregularny brzeg wyspy. Wiecie? U mnie również czasami strach nie obchodzi bokiem. Okiełznałam go, widząc, że tubylcy nic sobie z tego nie robią. Ot taka droga, której w mojej okolicy nie ma. Kwestia przyzwyczajenia. Takie myślenie powoduje, że strach znika.

Gdzieś tam
Nieopodal miejskiej plaży kilka miejsc, o których wiedzą tylko nieliczni. Wystarczy ostro skręcić i jechać wyżej i wyżej. Droga tyle, co wykuta w skale, koła skaczą, bo pod nimi nieregularna nawierzchnia kamieniem nieco tylko wyrównana. Nie znajdziesz jej na turystycznej mapie. To jedna z tych, które przychodzą do Ciebie, a intuicja podpowiada: Jedź przed siebie. Ciekawość świata popłaca.
Wszystko, co potrafi zaskoczyć, zaczyna się już kilkaset metrów dalej. Kilka drzew i ostre zejście dzieli mnie od zacisznej małej zatoczki, do której lądem nie dojdziesz. Z tego miejsca widzisz w oddali miejską plażę, ale tutaj jej dźwięki już nie docierają. Białe jak wapno skały wchodzą do przejrzystej wody daleko w głąb. Jadę dalej. Zatrzymuję się w miejscu, gdzie droga odbija w głąb wyspy. Prawie u szczytu góry następne zejście. Przede mną widok wart zapamiętania. Tutaj mogę spędzić wieki. Wróć. Nie mogę. Chciałabym.
To tutaj tubylcy przypływają łowić ośmiornice i langusty. Tutaj skały górują nad wodą. Znowu szybuję nad ziemią. Znowu morze zaskakuje. Otwory w skałach zasysają wodę.

Wypatrując smoków
Schylam się i zaglądam do kryjących swoje tajemnice jaskiń. Jedna największa wręcz żyje. Wielka a przy jej wejściu wysoki głaz, który przyjął poważną pozę, jakby robił za ochroniarza. Jaskinia oddycha regularnie. Dobitny rytm oddechu słychać tylko z jednego miejsca.
Wyobraźcie sobie smoka wielkiego jak Guliwer. Takiego, jakiego pamiętacie z dzieciństwa, gdy głowę chowaliście pod poduszkę, gdy ktoś o nim wspomniał. Siedzi w wodzie, schowany w zaułku wysokich klifów gdzie woda przeźroczysta na, tyle że na dnie wielkie łapy wraz z pazurami widać. Moczy się, chłodzi zadowolony. Spragniony nabiera głęboko powietrza, a potem wypuszcza powoli, oddając przy tym sapiąco — chrapiący dźwięk. Potem nabiera wody. Przełyka ją ze smakiem, a woda leci przez cale gardło. Nadmiar wypluwa. Ja jestem bezpieczna. A co ze snurkiem, który w wodzie pojawił się nagle?

Niestrudzeni
Snorkeling w Grecji jest tak popularny, jak samo nurkowanie, chociażby dlatego, że jest jego tańszą wersją. Przyglądam się osobie z króciutką fajką wystającą niewiele ponad prawie nieruchomą taflę, z maską i płetwach, których długość równa jest połowie długości jego ciała. Ów człowiek ma tu chyba ze smokiem umowę. W rękach dzieży długą kuszę przypominającą husarską kopię czy jak kto woli włócznię. Przesuwa się bezszelestnie w poszukiwaniu nietypowych jak dla nas morskich stworzeń. Rozgląda się ciekawie. Dno widzi, ale pamiętajcie, przy klarownej wodzie głębokości bez komputera nurkowego ocenić jest bardzo trudno. Patrzę, jak znika na tyle długo, że udaje mi się o nim czasami zapominać. Śmiem twierdzić, że głębokość można tu liczyć w dziesiątkach. Niestrudzenie wzdłuż brzegu, ciągnąc za sobą bojkę, mężczyzna przeczesuje krok po kroku tutejszą schowaną przed ludźmi okolicę. Uspokajający, a jednocześnie ciekawy widok.

Rozglądam się jeszcze raz dookoła. Patrzę w górę i w dół. Zaglądam ostatni raz w każdy zakamarek. Takie miejsca opuszcza się z żalem. Na takie miejsca wiecznie czasu mało. To tutaj można usłyszeć samego siebie, chociaż wcale nic się w danej chwili nie powiedziało. Posłuchać tego, co smoki mają do powiedzenia. Popatrzyć razem ze skałami w bezkresne morze. Pomarzyć w ciszy lub porozmawiać z echem, jeśli tylko ma się na to ochotę.

Królestwo cykad Skopelos 3/10

Rankiem miałam zabrać Was na krótki poranny spacer po plaży. W pobliżu mam jedno spokojne miejsce, w którym mogłabym przesiedzieć pół dnia. Stwierdziłam jednak, że to nie pora opisywać uroki jednego drzewa oliwnego oraz magiczne cechy wielkiego kamiora, do którego idealnie dopasowują się moje pośladki. O nich jeszcze będzie. O drzewie i kamiorze oczywiście. Tajemnice moich pośladków zostawię dla Siebie.
Teraz skoro już wstaliście, pojedziemy w kierunku Ai Giannis, gdzie na skale znalazła miejsce mała kapliczka znana ze scen filmu Mamma Mia. Dzisiaj będzie troszkę ruchu. Wspinaczka w górę i patrzenie w dół.

Przygotowania
Pakuję plecak. Patrzę na aparat, któremu jeszcze nie dałam się popisać podczas pobytu. Miejsc i sytuacji do fotografowania staram się nie szukać na siłę. Na szczególne miejsca czekam, bo wiem, że w końcu przyjdą. Patrzę przez okno. Słońce znowu chce być blisko mnie, tak jak wczoraj, gdy musnęło za mocno moją prawą piszczel. Niektórzy mają to szczęście, że słoneczko rozpieszcza ich po całości. Dwa uda i oba ramiona. Policzki po obu stronach. A ja? Bogu ducha winna asymetrycznie zostałam potraktowana. No i jak ja teraz moje drogie Słoneczko wyglądam? Żart. Słońcu odpuszczam, ruszamy w drogę.

W poprzek wyspy
Droga do celu wiedzie przez środek wyspy. Wije się i kręci po skałach. Wąsko jest a do tego coraz wyżej i wyżej. W poprzek jezdnię można pokonać czterema krokami. Nie trzeba się zbytnio starać. Oś wyznacza biała ciągła linia, która bawi się w berka, uciekając między koła samochodu. Miejsce docelowe wyznacza mały parking i knajpka z widokiem na interesujący mnie obiekt.
Patrzcie! Mała strzelista skała wyłania się z wody. Mam wrażenie, że kiedyś niedostępna, bo od lądu dzieliła ją woda. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, aby ją ujarzmić. Na górę poprowadził schody, a na szczycie postawił mały budynek z widokiem do pozazdroszczenia.
W oddali widać pierwsze małe postacie, pokonujące schodek za schodkiem. Towarzyszy im nie nikt inny jak rozanielone słońce. Jest samo południe. Świerszcze i cykady przekrzykują się nawzajem.

Droga na Ai Giannis
Stoję w miejscu, gdzie większość wycieczkowiczów robi pierwsze zdjęcie. Urzeka mnie sam wspólny twór ludzkich rąk i natury, ale nie światło. Wszystko widzę jak przez mgłę. To znowu słońce broi. Poczekam. Cierpliwości. Wypatrzę dla Was to, co najlepsze.
Przy zielonym już nie nowym, drewnianym krzesełku, które przypomina siedzisko reżysera, daję sobie chwilkę na złapanie odpowiedniego nastroju. Zaczynam wspinaczkę. Idzie sprawnie. Pamiętacie z wcześniejszego wpisu, że zdążyłam chodzenie poćwiczyć? Pierwszy skalny schodek, drugi, trzeci. Będzie tego jeszcze troszkę. Każdy innej wysokości. Szerokość zmienna jak kolory w kalejdoskopie. Idą w bok, odbijają w jedną stronę potem w drugą, ale każdy prowadzi do celu. Oglądam się za Siebie. Im wyżej, tym mniej cywilizacji, tym więcej widzę tego, co stworzyła natura.
W połowie drogi znajduję zaułek. Wścibska jestem. Trafiam do miejsca, które potocznie nazywam sikatorium. Ja rozumiem oddać naturze co jej, jednak pozostawić w takim miejscu skarby, które się w majtkach przez jakiś czas się nosiło, robić konkurencję piratom, o których legendy tu chodzą? Skarbów więcej nie szukam. Pokonując 212 schodów, docieram na miejsce.

212
Po co
mi było liczyć? Dla zabawy i żeby sprawdzić, czy cyfry zawsze prawdę mówią. Nie mówią, to dlatego rzadko się nimi podczas podróży posługuję. Jak jest wysoko? Tego nie mierzę i nie staram się dowiedzieć. Opiszę to nieco inaczej niż cyfrą.
Czuję się jak na wysokości, gdzie sokoły i inne drapieżne stworzenia w bezchmurne i słoneczne dni wypatrują na skałach pożywienia. Jak pilot helikoptera, który wzbił się, aby wypatrzyć czy na morzu panuje spokój. Czuję się tak wysoko, że wyżej mi już nie potrzeba, bo straciłabym z widoku szczegóły, a wszystko stałoby się jedną plamą.

Na szczycie
Idziemy dalej. Chodźcie za mną i pod nogi patrzcie.
Przez ciężkie otwarte czarne wrota wchodzę na posesję. Na środku kościółek niewielki, którego wnętrzem głowy sobie na razie nie zaprzątam. Szczyt budowli niewiele wyżej niż rosnące na wyciągnięcie ręki drzewo. Tam kieruję mój wzrok. Na drzewie nie większy od głowy przeciętnego człowieka żeliwny dzwon, przytwierdzony do grubej gałęzi za pomocą łańcucha. Co rusz słyszę jego dźwięczny głos. Niesie się w przestrzeń, aby na koniec schować się w zakamarki skał. Przygrywa świerszczom i cykadom, które dotarły nawet tutaj. Na kilkunastu metrach kwadratowych kręci się garstka ludzi. Zaglądają do środka i odpoczywają chwilę na małej białej ławeczce. Ja jak to „JA”: Szukam dalej. Tam, gdzie już nie tak ładnie, czyli na tyłach. Za budyneczkiem widzę ogrodzenie, sterty pozostałych po remoncie desek i to, co mniej potrzebne. Tutaj zazwyczaj pada ostatnia turystyczna fotka. Dla mnie w tym miejscu dopiero podróż się zaczyna. W ogrodzeniu malutka otwarta bramka. Za nią jeszcze jakaś mniej przetarta ścieżka i kawałek siatki z dziurami. Tutaj trzeba się schylić. Plecionka drutów kończy się, ponad głową nie mam już skały.
Zanim dalej usłyszysz o tym miejscu, wczuj się w bohatera książki „Zaczarowany ogród”, który otwiera magiczną furtę, a przed jego oczami pojawia się zniewalający widok. Poczuj się jak Piotruś Pan, który w swoim latającym statku spogląda z góry na morza i oceany. Poczuj wolność i potęgę przyrody i żywiołów. Poczuj w nosie ciepły wiatr pachnący górskimi kwiatami, solą i miodem.
Idziemy dalej?

Skała nowych nadziei
Tu już nie ma ogrodzeń, barierek, pochwytów. To miejsce, gdzie Twoja wolność pomieszkuje czasami, gdy tylkow Twojej głowie barier nie ma. Stawiam kilka ostatnich kroków po zboczu. Dalej się już nie da. Ląduje na zawieszonej w przestrzeni i błyszczącej w słońcu płaskiej skale. Wielkość? Jeśli chciałabym na niej wyciągnąć moje stopy i dłonie, z każdej strony dosięgną krawędzi. Głaz zawieszony jest gdzieś w przestrzeni. Na nim ja. Tworzymy jedność. Kilkaset metrów pod nami morze pokazuje swoją siłę, uderzając o krawędzie klifu, Woda podmywa go od lat tysięcy.
Drobne skały, które z tej wysokości wydają się malutkie, swoją potęgę chowają przed światem w głębinach.
Mam wrażenie, jakby chciały tylko wychylić czubek głowy, aby być na bieżąco z tym, co dzieje się wokół. Łyse są jak pała, bo woda nie pozwala, aby coś wyrosło na ich makówkach.
W kolorach przebieram. Szare skały w wodzie i w słońcu przyjmują barwy brązów. Wokół nich szafirowa woda. Wszystkie odcienie zielonego i niebieskiego w jednym miejscu. Biel fal uderzających o skały i tworzących baranki czasami również chce na siebie zwrócić uwagę. To wszystko w otoczeniu błękitnego nieba, oliwkowej barwy listków drzew i żółtych spalonych od słońca traw, na których końcach uchowały się kremowe drobne kwiaty. Wokół tylko odgłosy morza, wiatru i będących ciągle w ruchu małych skrzydełek.
Obok mnie ciekawska pszczoła. Przegania mnie, mówiąc: Zmykaj, to moje miejsce. Nic sobie z tego nie robię, proszę ją jedynie: Kochana, podziel się na chwilkę. Po namyśle pozwala. Siedzimy razem. W bezruchu zapatrzone w dal. Odpływamy umysłem na chwilę.
W dole mam przepaść i tony falującej wody, do której czuję niesamowity respekt. Za plecami słońce przygrzewa. Bestia jedna, złapała mnie chcąc nie chcąc i tutaj. Oprócz piszczeli dzisiaj do koloru czerwonego dołączyły łopatki i kolano. Tak po troszku mi się dostaje.
Mimo dyskomfortu stwierdzam: Jaki świat potrafi być piękny. Ja piękna potrafi być chwila, jeśli tylko zatrzymasz się w jednym miejscu. Zaobserwujesz. Wsłuchasz się.

Zaduma
W takich miejscach łatwo odebrać Sobie życie. Nikt go jednak tutaj sobie nie odbiera. Dlaczego? Bo tu zapomina się o wszystkich wyzwaniach i wszelkich życiowych perypetiach. W takim miejscu czujesz swoją wartość i wewnętrzną siłę. Niezależność od wszystkiego i wszystkich. Wolność, której tutaj nikt Ci nie odbierze. Wystarczy raptem kilka minut, aby popatrzyć na samego siebie przychylnym okiem.

Jadąc tutaj, miałam zobaczyć w wyobraźni sceny z filmu, wsłuchać się w wyśpiewane prawie 10 lat temu piosenki Abby. Znalazłam zupełnie coś innego. Ciszę i piękno, które w życiu często ładują nasze rozładowane codziennymi zdarzeniami akumulatory.
Z uważności wybił mnie telefon nastolatki. Usłyszałam słowa: Ileż można? Pomyślałam: Tyle ile trzeba. Dzisiaj pora już wstawać. Na mojej pupie odbił się ślad nieregularnego kamienia. Od przymykania oczu, na czole pojawiły się nowe zmarszczki. Do nosa doleciał znajomy zapach. Tym razem nie był to zapach ciepłych skał i tutejszych roślin. Moje stopy przyduszane przez buty na otwartym słońcu zaczęłam czuć na odległość. Oho! Czeka mnie porządne mycie. Wracając łapię mocno za sznur dzwonu. Wybijam melodię. Tak chcę oddać hołd temu miejscu, za to, że mogłam przez chwilę być jego częścią. Zbiegam migusiem, nie omieszkując policzyć ponownie i skrupulatnie stopni. Jeszcze raz obracam się za siebie. Good Bye Ai Giannis, skało nowych nadziei. Wy skoro już dotarliście tutaj ze mną, możecie oczywiście jeszcze zostać. Why? Ponieważ warto nacieszyć się dłużej takim miejscem.

Królestwo cykad Skopelos 2/10

Plaża Milia
Ciepło czy gorąco to dla mnie pojęcia względne. Bo co jeśli napiszę, że tutaj jest 26 stopni? Powiecie: A co to za lato? A ja na to: Po jednej dobie wystawiania się na tutejsze słońce, wiele osób narzeka na swędzącą skórę i szuka po lokalnych sklepach łagodzącego preparatu z Panthenolem. Na bezchmurnym niebie słońce w dzień rozdaje promienie za darmo, a przed samym zachodem dodaje w gratisie. Ciepły wiatr smyra człowieka po odkrytych częściach ciała, które migiem brązowieje. U tych, co mają więcej szczęścia do kolorów, ciało najpierw robi się czerwone. Taki urok. Jednym zdaniem: Słoneczny raj dla turystów, piekło dla mieszkańców.

Dzisiaj zwiedzanie zaczynam na spokojnie. Ciekawi mnie co znajduje się za najbliższym cyplem. Pionowe skały z daleka wydają się nie do przejścia. Wiecie jednak, że przyroda potrafi oszukiwać? Mnie kuszą. Zakładam na ramię aparat i w drogę. Tam, gdzie plaża kończy się, zaczynają się skały. Warstwa po warstwie jak w lazanii skalne płaszczyzny przylegają pionowo do Siebie. Co by nie było ludziskom za łatwo, nastroszyły się jak naelektryzowane włosy wielkoluda. W innym miejscu przypominają olbrzymie pumeksy a w jeszcze innym ohydne pryszcze na nosie wielkiego Trolla. Dotykam: Ostre „Franie”. Jedyne co mi pozostaje to grzecznie się z nimi dogadać. Stawiam pierwszą stopę i podziwiam ich kolor, z daleka szare tutaj widać ich żyły. Stawiam drugą nogę i już jest łatwiej. Dobre buty to podstawa. Druga zasada: zachować uważność. Porozbijańców już widziałam. Ja do nich nie planuję dołączyć. We wspinaczkę malutką troszkę się bawię. W dole woda, po mojej drugiej stronie na wznoszącym się wzgórzu zieleń. Po niespełna pół godzinie skały są mi przyjacielem, a moim oczom ukazuje się plaża. W dalekiej oddali kilka białych parasoli gdzieś pod następnymi oślepiającymi mnie bielą kamieniami. Moje skały na chwilę żegnam i stawiam stopy na pierwszych drobnych kamykach. Od centrum plaży dzieli mnie kilkanaście rzutów beretem.
Szukam czegoś oryginalnego. Na początek dzieło sztuki samego Stwórcy. Nie o to mi chodziło, ale droga do plaży prowadzi jedna. Atrakcję zaliczam. „Adam” toćka w toćkę jak w biblijnych opisach. Z daleka. Z bliska już mniej przypomina. Mała pupka w stosunku do reszty korpusu ciała. O pozostałych rozmiarach nie będę się zbytnio rozpisywać, chociaż dość mocno eksponowane. Równomierna opalenizna zdobi jego ciało. Leży rozleniwiony z buzią wystawioną do słońca jak na obrazkach traktatu Kamasutra. Wyluzowany mężczyzna z parasolem w tle rzucającym cień na plażę. Ogier w nieco podeszłym wieku. Brakuje tylko kurtyzan lub chociażby „Ewy”. Żadna niezainteresowana. Ach my wybredne kobiety.

Zieleń w tym miejsca bujna. Miejscami przypomina mini peruwiańską dżunglę. Żebym nie przesadziła, tylko chwilami. Wracają wspomnienia z Peru. Niewielka skała samotnica chłodzi się w wodzie. Pod stopami robi się przyjemnie. Stąpam po dużych płaskich kamieniach wielkości wielkiej pizzy. Co ja z tym jedzeniem tak przed szereg? Chyba głód doskwiera. Dalej drobny żwirek, który już prawie piasek przypomina. Miłe uczucie. Plażowiczów nie za wiele. Leniwie przekręcają i poprawiają wchodzące w pupę majtki. W okolicy kilka zbitych niezbyt starannie malutkich drewnianych konstrukcji dających cień mniemam obsłudze, której jednak nie widzę. Komercji mało, za to ciekawe widoczki w kierunku morza takie do podziwiania. Patrzę w morze. W oddali następne greckie wyspy stoją w bezruchu. Na nich żywej duszy. Tam już nikt nie odważy się mieszkać, na Skopelos jeszcze. Służą do podziwiania.

Chciałabym coś więcej zapodać, ale czasami się nie da. Miejska plaża, nawet ta bez komercji nigdy dziką nie będzie i zawsze przyciągnie ludzi. Zawsze znajdą się na niej zbędne przedmioty, twory człowieka czy usłyszy odgłosy, wśród których trudno będzie się w przestrzeń wsłuchać. Jak na pierwsze dni nie potrzebuję szaleństw. Cieszę się, tym co dostałam, chociaż umysł namiętnie podpowiada inaczej. Wybraniam się.

Ten spacer zaliczam do tych sympatycznych. Pokonałam małe urwisko, które wydawało się nie do pokonania. Zobaczyłam widoki, których w rodzimym kraju nie znajdę. Tę plażę po powrocie docenię. Przypomnę bardzo szybko, patrząc na kominy elektrowni czy wielką stertę złomu. Teraz w mojej głowie pojawiają się przebłyski porównania, bo głowa zamiast chłonąc chwilę, szuka często czegoś ładniejszego. Chytry i żądny umysł często zwodzi nas na manowce. Czasami warto po prostu wziąć to, co nam dane, cieszyć się, bo inni nie mają nawet tyle. Dzisiaj daję Wam opis plaży, wasz wybór co z nim zrobicie.
Dostajecie w prezencie tylko taką opowieść. TYLKO, a może AŻ taką?
Intuicja podpowiada mi, że w Skopelos są skały, których jeszcze nikt nie dotknął, miejsca dzikie, które mówią do Ciebie. Ta wyspa wiele przed wieloma ukrywa. Opisów nie koniec.

 

Królestwo cykad Skopelos 1/10

Na rozruchu
Nade mną gładkie niebo. Zaraz pode mną chmury, które wyglądają jak bezkresne lodowisko. Samolot tuż nad nimi jakby ślizgał się po białej tafli. Skrzydlata bestia mknąca przed Siebie i niekończąca się pusta przestrzeń bez żadnych kierunkowskazów. Uwielbiam. Światła słonecznego coraz mniej. Dostrzegam jedynie jasną łunę wzdłuż horyzontu. Na skrzydle napis No step. Przymroziło lekko szybę. W tym miejscu właśnie ponad chmurami zaczynam moją następną podróż. Kierunek Grecja. Tym razem zabieram Was na wyspę Skopelos. Po co? Zgaduj zgadula, a ja tymczasem na chwilkę przymykam oczy.
Zostawiłam w niewiedzy? Już podpowiadam. Poszukamy razem śladów, które pozostawili po sobie twórcy i aktorzy filmu Mamma Mia. Czy jeszcze ktoś o tym fakcie pamięta, czy może poszedł w zapomnienie?

Ateny z perspektywy Anioła
Jak wyglądają Ateny nocą, kiedy miasto masz pod Sobą? Wyobraźcie Sobie, że ktoś w bezchmurną noc rozsypuje gęsto w jednym miejscu gwiazdy po wodzie. Jasność a wokół ciemna głębia mórz. Tyle mogę powiedzieć. Maszyna dotyka podłoża. Silniki zwalniają. Tutaj po raz pierwszy spotykam się z nietypowym rozwiązaniem. Skrzyżowanie ulic z lądowiskiem. Samolot toczy się po pasie wiaduktu. Pod nim w poprzek pasa sznur samochodów. Da się? A co stoi na przeszkodzie. Przede mną kilka godzin jazdy samochodem. Kierunek miejscowość Volos, gdzie następnym środkiem transportu jest prom. Kolejne kilka godzin w drodze. Tym razem po morzu. Troszkę zachodu. Pozwólcie, że tu nie będę się rozpisywać. 24 godzin w podróży zrobiło swoje.

S jak Skopelos
Miejsce docelowe jest spokojne, daleko od miasta i nad samym morzem. Pierwsze wrażenia w wątku wyspy Skopelos? Tutaj Was zaskoczę. Bez duszy. Czy to ocena? Tak. Fuj. Jak ja Siebie czasami za to nie lubię. Intuicja podpowiada, że jest zupełnie inaczej. Po prostu nastrój nieco inny niż zwykle, trochę gorszy dzień i zobaczcie, jak niewiele trzeba. Duszy poszukam. Dzisiaj jestem na rozruchu.
Rozglądam się nieufnie. Widoki nietypowe. W oddali okoliczne skaliste wysepki bez zabudowań pokryte zadrzewieniem. Miliony sosnowych drzew i dziesiątki tysięcy oliwnych. Ciemna mocna zieleń igieł w sąsiedztwie spłowiałych i wyschniętych drobnych listów to codzienny tutaj widok. Do tego łupkowe skały. Są wszędzie. Sama nie mogę uwierzyć, jak roślinność się z nimi dogaduje. Woda w morzu nieskazitelnie czysta. Co jakiś czas można spotkać białe głównie żwirowe plaże, często powstałe przy współudziale człowieka. Widok jak z obrazka. Zapiera wszystkim dech w piersiach. Co z resztą? Turyści zadowoleni, jednak mijają mnie jak cienie. Mnie potrzeba czegoś więcej.

Czego dowiaduję się i co dostrzegam dnia pierwszego?
Cykady, koniki polne, świerszcze
Są wszędzie i jest ich, jak podejrzewam więcej niż tutejszych drzew. Zaczynają grać swoją partyturę wcześnie rano, kończąc późnym wieczorem. Przypominają mi odgłosy młockarni powtarzającej wybrane dźwięki jak mantrę. Kiedy melodia narasta, mam wrażenie, jakby przekomarzały się z morzem. W takich momentach będąc z nimi sam na sam, serce zaczyna bić szybciej, a włosy jeżą się na ręce. Wstają wczesnym rankiem, kładą się spać wraz z zachodem słońca. Chociaż tyle. Dla jednych są koszmarem, spędzającym sen z powiek, innych potrafią doprowadzić do orgazmu. Wsłuchać się w nie łatwo, wypatrzyć zaś wielka sztuka. Siedzą wśród gałęzi i chowają przed oczami widzów. Publiczność im do szczęścia niepotrzebna.

Pszczoły
Dużo pszczół i innych stworzeń latających, ale uprzedzam, krzywdy nie robią. Czasami tylko przeganiają, twierdząc, że to ich prywatny teren, chwilkę jednak na widoki dają popatrzyć. Miłe małe bestyjki. Skoro są one, jestem spokojna. Tam, gdzie pestycydy i brudne powietrze trudno im się przy życiu uchować. Tutaj zdrowie im dopisuje. Miodów nie omieszkam więc spróbować. Zdrowym powietrzem na wierzyć się zdążę.

Jaskółki
Chowają się po kątach. Fruwają radośnie, szukając pożywienia dla swoich piskląt, których główki wystają z gniazda, mieszczącego się tuż nad moimi drzwiami.

Tubylcy
Dobrze gotują. Pierwsze co w mojej buzi ląduje to jogurt grecki i prosta sałatka. Tajemnicą są sosy. Proste jest piękne. Tubylcy o tym wiedzą. Do tego ma być świeże. Tę tajemnicę również posiedli. Wraz z jedzeniem dostaję spokój z wnętrza Greka płynący wraz z uśmiechem, który często towarzyszy na początku dnia, chociaż dzień dobiega końca.

Grecka muzyka
Tutaj jest jej miejsce. Nigdzie nie pasuje jak do tego klimatu i do tych ludzi. Czasami staramy się coś przenosić w inne miejsce, aby przedłużyć urocze chwile, które nas spotkały, ale uwierzcie, nigdzie rytmy kubańskie nie będą tak przesycone erotycznością, jak na Kubie. Nigdy sałatka grecka z pomidorami muśniętymi tutejszym słońcem nie będzie smakowała jak na greckich wyspach. Dlatego warto cieszyć się właśnie tym miejscem, zapamiętywać te smaki, wsłuchiwać w tutejszą muzykę, a potem, jeśli pokochacie w ulubione miejsca wracać. Tam, gdzie przyjemności rosną korzenie, których przesadzić trudno.

Kładę się spać spokojna. W jedzeniu, uśmiechach mieszkańców, w muzyce płynącej z wnętrza drzew znalazłam na początek, to co chciałam. Reszta przede mną. Zmęczenie podróżą powoli ustępuje. Na zwiedzanie zapraszam jutro.

 

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 11/11

Dzień piąty
Dzień ostatni. Jest satysfakcja. Nogi dostały w tyłek, ale też jakieś takie zadowolone. Na jedzeniu jak zwykle nie oszczędzam. Na pożegnanie jest na bogato. Żart. Wcale nie tak drogo. Tak bardzo przyzwoicie i tak jak planowałam.
Zaliczam ostatnie zagubienie się w poszukiwaniu pożywienia. Aż znajdę coś, co powie: Ja jestem tu dla Ciebie. Po kilkunastu minutach już na obrzeżu miasta namierzam całkiem niemałą Trattorię. Zieleni dużo. Przyjemna z wielkim materiałowym zadaszeniem co chroni przed słońcem. Zamawiam zupę rybną. Znowu zapytacie!? Tak znowu. Mogłabym na okrągło. W tym klimacie zupa się sprawdza. Lekka. Nie obciąża żołądka. Ta nieco ostrawa. Zresztą co tu dużo mówić, spróbuj ze mną zasmakować. Zobacz na talerzu górę czarnych, kremowych oraz tych wpadających w róż owoców morza. Ble mówisz? A dobrej zakosztowałeś? Lekko słone zwierzątka morskie przypominają smakiem drób. W przeciwieństwie do świnki są zawsze czyściutkie i wykąpane. Pomijam te z Morza Bałtyckiego. One pod znakiem zapytania. Zwizualizuj Sobie, jak od patrzących na Ciebie ślipkami krewetek na talerzu wyłaniają się małże. Nad samym szczycie kompozycji króluje krab. Piękna bestia. Zaczynasz jeść. W myślach już stąpasz po plaży z muszlami. Przypomina Ci się ostatni wakacyjny spacer po piasku. Wracasz myślami z powrotem do talerza. Powoli Twoim oczom wyłania się na lekko zabarwiony płyn. Na nim drobne tłuste mocno pomarańczowe kuleczki pływają frywolnie. Tyle ich co w sam raz. Nie za mało i nie za dużo. Między nimi tańczy drobna pietruszka. Ona jest wszędzie. Nadaje całości ogłady. Na dnie talerza drobniutkie czarne perełki pieprzu. To one nadają ostatecznie charakteru. Przytyć od tego nie przytyjesz. Najeść się najesz. Bez obaw.

Przed wyjściem dostaję gratisowy Liquori. Limonkowe, rześkie i w kolorze słońca. Wuf! Ma swoją moc. Nie wszyscy z tego, co widzę, są go godni. Chyba byłam grzeczna. A może to dzięki drobniakom? Zapłaciłam wszystkimi grosikami, jakie miałam. Kelnera rozbawiłam. Miłe takie pożegnanie. I jak tu do Wenecji nie wracać.

Nadszedł czas powrotu. Miałam możliwość zgłębienia Wenecji lub samego Biennale. Dwóch z góry założyłam, że się nie da. Zbyt duży byłby to zastrzyk nowego. Zbyt pobieżnie i szybko, a ja tak nie chciałam. Wybrałam miasto. O artystyczne znane na całym świecie wydarzenie się tylko otarłam. Co stwierdzam? Weneckiego Biennale i ogółem sztuki nie da się zbytnio okiełznać. Nie da wsadzić w jedne ramy. Każda sztuka jest polem do dyskusji. Jest indywiduum dla każdego. Formą buntu, manifestacji, zwrócenia na cos uwagi. Pokazania irracjonalności przedmiotów lub zdarzeń. Zwróceniem uwagi na piękno. I to jest piękne. Sztuki nie da się na szybko. Szczególnie tej wizualnej. Ja miejscami szybko miałam. Zobaczyłam kroplę w morzu. A jednak na tyle, żeby zachorować na jeszcze i jeszcze. Kiedy czas nie pozwala na przemyślenia, nad tym, co nas wzruszyło czy zaskoczyło, wracają same. Polecam jednak tak na miejscu porozmyślać. Zachęcam na sztukę mieć czas. Zamknąć temat. Czasami westchnąć głęboko. Dopiero potem pójść dalej.
Nie lubię żałować, choć w żałowaniu i pozytywnej zazdrości widzę pozytywy. Żałując, że zostawiam tu tak wiele, jest szansa, że znowu mnie będzie w to miejsce ciągnęło. Zaglądnęłam ukradkiem, kiedy następne Biennale. Za rok Architektury. Sztuki za dwa lata.

Potem wyłączyłam myślenie. Tak na koniec — koniec podróży po tej części włoskiej ziemi zapodałam sobie coś słodkiego. Zaliczyłam pachnący park miejski i zobaczyłam wcale niepochmurnego, chociaż był w chmurach, wielkiego puchatego misia. Upewniłam się, czy wszystkie dzieci na świecie są takie same. Potwierdzam, że są. Ostatnim moim przystankiem będzie Maestre, nazywane sypialnią Wenecji. Brzydko o nim mówią, ja się z nazwą nie zgodzę. Ma swoje klimaty, ale to już inna historia.

Przed wejściem do autobusu, ostatni raz spoglądnęłam na „Nią”. Błyszczała w słońcu. Gwar dochodził zewsząd. Zastanawiałam się co „Jej” na koniec powiedzieć. Skierowałam takie oto słowa:
Żegnaj Wenecjo, albowiem są jeszcze inne miejsca, które mnie wołają. Wiem, że zrozumiesz. Pytasz, czy wrócę? Do miejsc, które kryją w Sobie tyle tajemnic i ciepła zawsze wracać warto. Oby oczy, nogi i głowa nigdy nie odmówiły mi posłuszeństwa i pozwoliły Cię jeszcze kiedyś ujrzeć Twoje następne oblicze.
I tymi słowami zakończyłam moją piękną Wenecką przygodę.

DSCF0982 DSCF0961 DSCF0965 DSCF0979 DSCF0988 DSCF0987 DSCF0989 DSCF0986 DSCF0990 DSCF1026 DSCF1027 DSCF1030 DSCF1028 DSCF1015 DSCF1031 DSCF1040 DSCF1035 DSCF1042 DSCF1046 DSCF1059 DSCF1054 DSCF1066 DSCF1070 DSCF1050 DSCF0958 DSCF1074

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 10/11

Na włoskiej ziemi popadłam na chwilę w zadumę. Dzisiaj, krótka historyjka o tym, co komu w Mieście Dożów sprawia frajdę.

Domator
Obserwuję młodziutkiego chłopaka, z którym również mam sposobność przebywać na co dzień w pokoju. Jest poranek. Przez szczelne okiennice do pomieszczenia stara się wniknąć słońce. Za oknem rodzi się życie. Siedzi w Centrum Wenecji na łóżku prawie pod sufitem. Nieopodal niego Multum splątanych kabli. Zapatrzony w dwa telefony komórkowe i komputer namiętnie ogląda koreańskie programy i seriale telewizyjne. Wstaje raptem do toalety, bo nieco ciała ma więcej więc schodzenie z piętrowego łóżka go męczy. Liczę na to, że skuszony głosami za oknem oderwie wzrok od ekranu i pójdzie się przewietrzyć.
W południe wpadam do pokoju tylko na chwilkę. Zmiana niewielka. Chłopak przekręcił się na drugi bok. W ruch poszedł telefon. Portale społecznościowe. Jestem coraz bardziej go ciekawa.
Wracam wieczorem. We wspólnym aneksie jadalnym ciemno. Resztki wpadającego do pomieszczenia światła odbijają się od denek grubych okularów na nosie. W uszach słuchawki. Młodzieniaszek w grę strategiczną przycina. Są przeróżne stwory, dobre i złe postacie oraz multum strzelania. Dobry jest! Słuchawki w uszach, skupiony na twarzy, więc nie śmiem przeszkadzać.
Pytam tylko na koniec: I kto wygrał? Mina zadowolona, postawa zwycięzcy. Już wiem wszystko. Nawet nie musi odpowiadać. Słyszę: No jak to kto? Ja. Naprawdę sympatyczny człowieczek.
Zastanawiam się jednak:
Przyjechać do Wenecji i spędzać całe dnie w łóżku, grając z kolegą z drugiego końca świata w gry komputerowe? Ciekawe zjawisko, bo nie jeden marzy, aby być na jego miejscu. Aby zatracić się i mieć sposobność pomieszkać kilkaset metrów w epicentrum jedynego w swoim rodzaju miasta. Jego wybór uszanowałam. Na koniec popatrzyłam jednak, jak i tak zepsuty wzrok Sobie nadal psuje. Pomyślałam, jak ja mój obecnie szanuję. Kiedy wydorośleje, może oczy na świat otworzy, tylko wtedy oczy powiedzą: Sorry.
Muszę przyznać, że temat gier jest mi bardzo odległy. Gdybym go nieco lepiej poznała, może zrozumiałbym chłopaka nieco więcej? Na razie wiem, że w Korei, samobójstwa wśród celebrytów są na porządku dziennym. Narodził się Efekt Wertera, ponieważ znajdują oni rzeszę naśladowców wśród zwykłych obywateli. Co robi wirtualny świat z młodymi ludźmi? Wystarczy obejrzeć „Salę samobójców” Jana Komasy. To mi wystarczy. Na gry jestem uczulona.
Chwilowo jest nostalgia i tylko tyle, a jutro dużo i wesoło o powrocie.

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 9/11

Podobno najpiękniejsza księgarnia na świecie
Dostałam wskazówkę: W Castello znajdź Campiello del Tintor. To magiczne miejsce.
Powiedziałam Sobie: To musisz zobaczyć. Miejsce ukryte wśród zawiłych uliczek. Tak bardzo, że na mapie nie odnajdziesz. Tu można znaleźć się przypadkiem, chociaż twierdzę, że życie nie zna słowa przypadek. Można też po prostu bardzo chcieć. Ja tak miałam.
Malutki zaułek a w nim placyk. Zielono nagle się zrobiło. Po prawej stronie drzewo wyrosło tak ni stąd, ni zowąd. Na nim koszyczki zawieszone z książkami. Zaraz obok taczki z książkami stoją pod gołym niebem. Zaraz przy wejściu drewniany nienowy już stolik.
Na spłowiałej wielkiej kartce zawieszonej u boku stolika, na której leży sterta luźno rozrzuconych zdjęć i plakatów napis: Najpiękniejsza księgarnia na świecie. Na szczycie założenia siedzi czarny kot obserwujący przylatujące tu gołębie. Niektórzy głaszczą go z ciekawości i idą dalej, inni chcą znowu wyciągnąć jakąś pocztówkę spod jego tyłka.
Wielkie drzwi otwarte na oścież zapraszają gości. Zaglądam do środka kamienicy. Końca nie widać. Wszystkie pomieszczenia wypełnione książkami. Wśród poukładanych od ziemi do sufitu stert ludzie szukają tej swojej książki jedynej.
Tu nie ma podziału na te z antykwariatu czy na te nowiutkie prosto z drukarni. Wszystko w jednym miejscu. Tematyką podzielone, ale nie na odrębne działy. Tu jest jedność, płynne przejścia tematów od jednego do następnego. Każda lektura ma swoją wartość. Chociaż cena indywidualna wyznaczana przy kasie nie ma się co przerażać. Tu majątku nie zostawiasz, a kwota jest raczej symboliczna.

Wyobraźcie Sobie zabytkową kamienicę. Przechadzasz się wśród labiryntu. Sam nie wiesz, co kiedyś było salonem a co kuchnią. Z kamienicy wyjść kilka. Możesz z każdego skorzystać, ale tutaj tyle się dzieje, że wychodzić szkoda. A jak wychodzisz na dziedzińce, zdziwienie Cię dopada. Tam też książki prawie do nieba po ścianach się pną. Myślą sobie: Co mi tam pogoda. Mimo że ciasno masz gdzie przysiąść. Na ławeczce na zewnątrz albo na fotelu w środku. Siadasz przy otwartych drzwiach a pod stopami woda. Przez szeroko otwarte wrota patrzysz na jeden z tutejszych kanałów. Na wyciągnięcie ręki właśnie gondola przepłynęła. Wstajesz, ale jeszcze na chwilkę opierasz się o poręcz zrobioną z drewnianego pagaja. Jesteś ciekawy i wychylasz się nieco. Jesteś w miejscu dwóch zbiegających się kanałów. Nietypowy nawet jak na Wenecję widok.
Na jednym z dziedzińców schody. Takie inne, bo z książek. Wspinasz się, aby popatrzyć na to miejsce z góry. Mija sporo czasu, zanim zaczniesz literaturę przeglądać.
Na środku głównego pomieszczenia gondola. A w niej: książki! Jakże by inaczej. Tutaj warto mieć dużo czasu. Tu można odpocząć. Stąd wyjść zadowolonym, nawet jak nic nie kupisz. Tutaj można zakochać się w książce, gdy się książek nie czyta.
Urzeka mnie klimat tego miejsca. Szperanie i czytanie pokątne. Szelest kartek, szurających po posadzce butów, szum wody i przepływających powoli za oknem gondoli. Piękny to pojęcie względne. Ktoś powie miejsce dziwne. Inny zakręcone, inne niż wszystkie. Dla mnie energetyczne.
Ja też znalazłam coś dla Siebie. Piękny album Anny Glades. Nowiutki. Wypatrzyłam również książkę kucharską z tradycyjną włoską kuchnią taką jak od babci. Gdybym tylko miała miejsce w bagażu. Nie mam. Nic nie szkodzi. Co moje to moje. Przywiozę wspomnienia i kilka zdjęć.

Titanic?
Robi się późno. Szukam drogi powrotnej. Jak myślicie, gdzie jestem? Znowu do mnie przyszedł: Piazza San Marco. Znam go już dobrze. Stąd już droga prosta. Dzisiaj patrzę i wsłuchuję się w morze. Wzdłuż brzegu Wenecji przetaczają się różniste pojazdy wodne. Najbardziej popularne gondole i coś, co je przypomina. Motorówki. Te robią dużo hałasu o nic. Turystyka lokalna przewożąca ludzi na wyspy kwitnie. Od czasu do czasu na tle monumentalnych budynków wyłania się wielkie bydle. Statek a na nim napis NORWEGIAN STAR. Ja przy napisie czuję się jak szara mała myszka. Napis świeci, bo ponoć łajba po remoncie. Na samym szczycie boisko i wodne centrum zabaw. Co jest w środku, nie mam zielonego pojęcia. Warto zaglądnąć do neta i doczytać. 17 wielkich lokali gastronomicznych, Spa, Klub Fitness, teatr, kasyno, dyskoteka i Bóg wie co jeszcze. No i Ci, co bestią podróżują. Kusi mnie kiedyś, aby sprawdzić, czy piszą prawdę. Na razie zrozumiałam, co znaczy „DUŻY”.
Prawa wyporności znam, ale i tak nie mogę uwierzyć, że to coś w ogóle po wodzie bieży. Bestia przesuwa się zgrabnie jak na swoją wagę. A przy nim łódeczki wielkości zapałki huśtają się delikatnie. Tak. Tak. Krzywdy im nie robi, jakimś cudem. Do podtapiania Wenecji pewnie się dokłada. Takiego poprowadzić to się nazywa wyzwanie. Przy nim jazda czołgiem to tylko zabawa. Czuję się jak w rodzinnym mieście Guliwera. Przerosło mnie? Nie. Raczej zaskoczyło. Nie pasuje do tego miejsca. Statek oczywiście. Ja pasuję. Idę tam, gdzie małe cieszy.

DSCF0907 DSCF0890 DSCF0897 DSCF0899 DSCF0903 DSCF0906 DSCF0909 DSCF0910 DSCF0912 DSCF0916 DSCF0917 DSCF0918 DSCF0920 DSCF0921 DSCF0922 DSCF0925 DSCF0927 DSCF0929 DSCF0930 DSCF0933 DSCF0934 DSCF0940 DSCF0942 DSCF0945 DSCF0948 DSCF0949 DSCF0954 DSCF0971 DSCF0973 DSCF0975 DSCF0884 DSCF0967DSCF0970

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 8/11

Murano
Po trzech dniach w Wenecji w każdym zakamarku można poczuć się już jak u Siebie. Pomykać zawiłymi uliczkami bez mrugnięcia okiem, bez stresu, bez kierunkowskazów bez pytań o drogę.
Takie jest moje osobiste odczucie. Czas wypłynąć więc na szersze wody. Płynę na Murano. Cel wyprawy? Kupić szklaną małą dżdżownicę. Dziwny cel? Każdy jest dobry byle ruszyć pupę z miejsca. Wyruszam.
Płynąc statkiem, doświadczam stanu flow. Jestem pochłonięta bezczynnością. Milczę, wsłuchuję się i nic więcej. Czuję się, jakby moja skóra była balonem wypełnionym powietrzem. W środku pustka. Pusto wszędzie tam, gdzie zazwyczaj są wszelakiego rodzaju narządy. Pusto również w zazwyczaj główkującej łepetynce. Tylko Ja i morskie fale, nic więcej się dookoła nie liczy. Piękne uczucie bycia Tu i teraz. Cała reszta gdzieś umknęła.
Murano pachnie kwiatami. W nosie przyjemnie kręci od słodkiego. Zapach miesza się z rześką nutą morza zamkniętą w wilgotnym powietrzu. Przyjemnie chodzi się wzdłuż brzegu. Idę na bosaka. Po co będę buty niszczyć. Przyjemne ciepło bije od kamiennej posadzki. Szerokie trakty piesze i mniejsza liczba turystów sprawiają, że przez chwilę można tu odpocząć od weneckiego zgiełku.
Cała wyspa słynie z ręcznie formowanego misternie formowanego szkła. Zaglądam do trzech sklepików. Na półkach drobne szklane figurki wielkości jak dla Calineczki. Są wisienki, cukieraski, ślimaczki, hipcie i cała reszta. Czuje się jak słoń w składzie porcelany. W każdym sklepie prawie to samo. Dżdżownica też jest, ale mało się uśmiecha. Odpuszczam.

Wracając wieczorem do siebie, rozglądam się po twarzach. Cóż za heterogeniczność. Odmienne zachowania, co rusz inny ubiór. Mężczyzna z makijażem i elegancka Pani z parasoleczką. Powtarzam się pewnie, ale twierdzę, że wyjazdy to największa nauka. Potwierdził to również jeden z moich ciemnoskórych współlokatorów. Potwierdza własne doświadczenie.
Czego się uczymy poza domem oprócz języków? Zrozumienia, akceptacji dla różnorodności i wiele więcej. Nadmienię, że omijam tutaj temat wszystkich szaleńców, którzy kochają wojny i zabijanie. Mówię o tych, co życie kochają. A więc:
Tylko poza domem facet w sukience przestaje być dla Ciebie odmieńcem.
Bo w Wenecji, chociażby faceci nie pitolą ze strojem. Co ich to ich. Ubierają to, w czym dobrze się czują. Jednemu ładnie w pończochach i czarnej bawełnianej powiewającej tunice. Drugiemu w rajstopach i lśniącym płaszczu.

Wystarczy przyglądnąć się jednak i bacznie posłuchać lub wejść we wspólną dysputę. Zagadałam jednego takiego, co w lekkiej zbroi był, chociaż na niebie mocne słońce. Z papierosem w ręce, telefonem w drugiej i słuchawkami na uszach podpierał leniwie jeden z mostków. Sympatyczny, kulturalny, pewny siebie i całkiem normalny.
My nad wyraz pachnący mówimy czasami: Tamci to śmierdzą. Tamci to odstawiają dziwactwa w stosunku do całej reszty. Twierdzimy, że czasami tych w naszym mniemaniu odmieńców jest mniejszość, dlatego tak ich nazywamy. Zamknięci w czterech ścianach nie zdajemy sobie sprawy, jak świat jest różnorodny. To zazwyczaj na wyjazdach, ci o jasnej czy ciemnej karnacji, skośnoocy i cali ukryci pod szatą stają się sobie równi. Dlatego uważam, że warto dotknąć i zobaczyć, a nie tylko powtarzać co inni mówią. Naukę czerpaną z doświadczeń nie zastąpi ludzkie gadanie ani żadne mądre książki. Co najwyżej wiedzę uzupełnią.

DSCF0850 DSCF0848 DSCF0844 DSCF0846 DSCF0851 DSCF0860 DSCF0863 DSCF0865 DSCF0871 DSCF0874 DSCF0875 DSCF0876 DSCF0050 DSCF0047 DSCF0033

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 7/11

Dzień czwarty
Piazza San Marco
Za oknem tubylec do pracy podąża i wesołą piosenkę jak z jakiegoś musicalu podśpiewuje. Warto teraz w miasto ruszyć. Teraz budzi się weneckie życie na nowo.
Na moście Rialto pusto. Wczoraj wszyscy patrzyli przed Siebie oparci o kamienną poręcz. Dzisiaj Rialto odkrywa przede mną swoje tajemnice. Wyrazy miłości we wszystkich językach. Imion setki. Daty i znaki, o których tylko przechodzień – rzeźbiarz, wie, co znaczą. Tutaj naprawdę trzeba się postarać. Kamień wiekom się nie daje a co dopiero turyście.
Kierunek Piazza San Marco. Dla Was. Zanim dzwony dziewiątą wybiją i zrobi się nagły wysyp wycieczek. W drodze mijam kilkukrotnie wielkiego śliniącego się psiaka, który fioletową piłeczkę z pyska co rusz upuszcza, dając znak, żeby pan się zatrzymał. Gdzie on tu sika, nie mam zielonego pojęcia. Wiem, jednak że z naturą się nie polemizuje i jak przychodzi pora, to przeproś, nie ma. Nagle wychodzę w samym Centrum wielkiego założenia.
Przeżyj to ze mną. Zamknij oczy. Zobacz.
Tylko kilka osób. Knajpki dopiero co oczy otwierają. Obrusy na stolikach zapodane. Ich biel w słońcu błyszczy. Setki czerwonych żółtych i niebieskich krzeseł piękny widok zawdzięczają otoczeniu. Kolorem dominują. Wyglądają ładnie, bo i tło im sprzyja. Z wielkością elegancją monumentalnością tutejszych założeń nie konkurują. Jakoś się plastik z kamieniem w Wenecji dogadują.
Oglądam szczegóły. Jest tego multum. W rzeźbach i malowidłach bez liter całe historie można godzinami czytać. Samemu dochodzić prawdy. Zapamiętywać to, co nas urzeka. Zapychać głowę cyframi, tylko gdy masz potrzebę, w przeciwnym razie nie warto.
Obok mnie słyszę rodzimy głos. Przewodniczka Polka zaczyna opowiadać o tutejszej wodzie. Tyle centymetrów było, Tyle będzie za godzinę. Sumami matematycznymi operuje. Maturę zdałam, ale niewiele zrozumiałam. Chyba do grupowych wycieczek nie nadaję się zbytnio. Są kałuże, a potem ich nie będzie. Po co mi więcej. Wystarczy, że pewnego wieczoru widziałam przy Canal Grande, co przypływ robi z tym miastem. Woda wpływa do domostw. Jest zagrożeniem.
Wycieczka pojawiła się nagle i nagle zniknęła. Niech Sobie biegnie dalej, ja jeszcze chwilkę zostaję.

Patrzę na historyczny plac, gdzie ptaki taplają się w wodzie, dzieci siadają na rzeźby, a mewy jedzenie podkradają. Na ludzi wschodu, którzy uzbrojeni po uszy w nowoczesny sprzęt mają w naturze wszystko i wszędzie nagrywać. Na czyste niebo. O placu i bazylice możecie wiele doczytać lub zobaczyć sami, jeśli stwierdzicie po zdjęciach, że warto. Osobiście polecam być, oglądać, dotykać, nasłuchiwać, wąchać. Poczuć samemu to miejsce. Na spokojnie bez pospiechu.
Oho! Wody się opiłam. Natura woła. Rozumiem chyba, co czuł pies stojący na środku betonowego placu. Pod lampą mu nie pozwolono. Zmykam. Zwieracze wołają. Siku. Siku! Za chwilkę wracam.

Na jedno z najsłynniejszych miejsc Piazza di San Marco wracam w samo południe. Wyczytałam, że przewija się tu 20 milionów turystów rocznie. Wierzę. Będąc tutaj, również się przecież dokładam.
Ludzi jak mrówek. O rety. Po pietach drepcą. Sprzęt w postaci kamer, aparatów fotograficznych i telefonów odpalili. I ciągle mówią. Zagłuszają szum wody. Zdjęcia robiącym zdjęcia pstryknęłam i idę dalej. c.d.n

DSCF0654 DSCF0659 DSCF0661 DSCF0662 DSCF0669 DSCF0670 DSCF0671 DSCF0672 DSCF0673 DSCF0674 DSCF0675 DSCF0688 DSCF0692 DSCF0693 DSCF0694 DSCF0695 DSCF0696 DSCF0697 DSCF0699 DSCF0701 DSCF0702 DSCF0703 DSCF0704 DSCF0706 DSCF0709 DSCF0711 DSCF0712 DSCF0713 DSCF0714 DSCF0715 DSCF0716 DSCF0717 DSCF0719 DSCF0720 DSCF0725 DSCF0730 DSCF0734 DSCF0735 DSCF0736 DSCF0739 DSCF0740 DSCF0742 DSCF0744 DSCF0746 DSCF0747 DSCF0749 DSCF0750 DSCF0751 DSCF0752 DSCF0755 DSCF0757 DSCF0758 DSCF0760 DSCF0762 DSCF0764 DSCF0765 DSCF0767 DSCF0774 DSCF0776 DSCF0781 DSCF0788 DSCF0865 DSCF0792 DSCF0793 DSCF0798 DSCF0799 DSCF0802 DSCF0808 DSCF0815 DSCF0819 DSCF0826 DSCF0833 DSCF0700DSCF0746

 

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 6/11

Dzisiaj będzie nieco krócej. Czy treściwie sami osądźcie? Dam Wam od długaśnych wpisów nieco odpocząć. Tak dla zdrowotności i różnorodności. Opiszę jeden z moich weneckich wieczorów.
Kolacja
Zabieram się za nią.
Będąc poza domem, włączasz czasami myślenie. Tego zabraliśmy za mało, a czegoś innego nie wzięliśmy w ogóle. Następna myśl: Trzeba kupić. Tylko na wyjeździe możesz spotkać się z wyzwaniem, czym rozsmarujesz masło, gdy noża ze sobą nie zabrałeś. Przecież nóż kupować specjalnie, to rozwiązanie mało praktyczne a jeść przecież warto. A dlaczego nie poczekać jak masło nieco zmięknie i użyć trzonka od szczoteczki do mycia zębów? Takich rozwiązań możesz tworzyć bez liku. Ćwicząc główkowanie, możesz być pewien, że głowa dłużej posłuży.
Z trzonkiem szczoteczki w ręce zjadłam kolację. Zeszłam na psy? Ja się tak nie czuję. Poradziłam Sobie? Owszem.

Zambijski artysta
Za oknem ciemno. Miasto usypia. Wchodzę do pokoju i siadam. Słucham, a on opowiada. Viktor Mutelekesha. Oglądam jego dzieła. Wsłuchuję się, jak powstawały. Za dwa lata widzę go na Biennale mającego własny pawilon i reprezentującego swój rodzimy kraj Zambię. Dlaczego? Bo to jest jego marzenie. A on go ma i chce spełnić.
Viktor, jeśli czytasz ten wpis, pamiętaj: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. Trzymam kciuki.
Wracam do Was. Dzisiaj wiem, że wszystkiego się nie da. Że nie da się wiele i nie w kilka dni. W Wenecji to wręcz niemożliwe. I to nie w trakcie Biennale. To jak pogoń za zajączkiem, którego nie da się złapać. Wieczne zmęczenie i niezadowolenie, bo jeszcze coś trzeba było, ale się nie zdążyło.
Na ten moment staram się cieszyć, z tego, co mi się zobaczyć udało. Jeśli mam ochotę poczytać w środku Wenecji, po prostu czytam. Niech inni biegają. Ja wolę zwolnić i przyglądać się im. Więcej ujrzę i więcej wysłucham w tym czasie.
Jest już dużo po północy. Za oknem ciągle słychać liczne śmiechy i głosy. Niedługo zamilkną. Kiedyś spać trzeba.
Wczoraj spalam na piętrze, dzisiaj zeszłam do parteru. Miałam okazję, to wykorzystałam. Na de mną nowy współlokator. Ciężki. Bardzo ciężki. Łóżko przy każdym jego ruchu wydaje trzeszczące dźwięki. Jest lekka andrenalinka.

Chrapanie jest jak Performance
Na górze obok ktoś chrapie.
Na dole chrapie. Każdy w innym tempie, ale rytmicznie. Nie chrapie tylko tęgi Koreańczyk. Do niego jeszcze wrócę. Patrzy w ekran monitora i jest zupełnie cichutko. Oddycha spokojnie. To trzeba przeżyć. Czasami przytulić sytuację. Czasami zaakceptować. Innym razem w środku nocy poprosić, aby ktoś przewrócił się na bok albo światło wyłączył. Przeżyć to po swojemu. Powiem jedno. Nie zdawałam sobie sprawy jak dużo ludzi chrapie. Chrapie cały świat. Ile ja doświadczam, nawet w pokoju, to głowa mała. Bajer.
Podsumowuję dzień. Jedyną rzecz, jaką zaplanowałam tego dnia to trasa na spotkanie ze znajomą. Znałam już te ścieżki, a jednak zgubiłam się, choć droga była niedaleka i prosta. Los płata figle. Zasypiam. Ciekawe czy ja chrapię? Nie. Ja nie. Ja na pewno nie. Chociaż. A jak jest u Ciebie?

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 5/11

Dzień trzeci
Rozpusta
Wstałam późno. Kiedyś wyspać się trzeba. Za oknem gwar. Otworzyłam ciężkie okiennice a zaraz po nich szeroko okno. Wenecja tętni. Tętni życiem moja uliczka, w którą wdziera się mocne słońce. W knajpkach słychać dźwięk kieliszków. Niektórzy kończą śniadanie, inni już rozglądają się za lunchem. O matko jedyna, dzwony w południe biją! Czas na przechadzkę.
Dzisiaj ślimaczę się. Wychodzę z hostelu i siadam w pierwszej lepszej knajpce. Dzisiaj w środku pobytu rozpusta. Nie przepłacam, ale i nie oszczędzam. Knajpka malutka. Stolików kilka. Zamawiam zupę rybną i rozglądam się po ludziach. Jedni gonią przed Siebie inni patrzą po sklepowych witrynach. Rzadko kto się zatrzyma, a jeśli już to żeby nerwowo sprawdzić, czy droga dobra, kupić z nudów lody czy na szybko zrobić jeszcze jedno zdjęcie jeszcze jednej uliczce. A w górze tyle się dzieje. Wow. W oknach w słońcu znowu suszy się bielizna. Gołębie szukają resztek jedzenia. Ktoś w kąciku gra cichutko na skrzypcach. Muzykę zagłusza co rusz turkot walizek, tych co wyjeżdżają.
Podają zupę. Wygląda zjawiskowo. Jeśli chcesz polubić owoce morza i ryby wybierz Włochy. Nie najbardziej polecaną drogą restaurację w wielkim mieście dalekim od mórz i oceanów. Nie nasze bałtyckie jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz. Spróbuj bogactwa z akwenów Morza Śródziemnego, a nie pożałujesz.

Tutaj wszystkie małże i mule otwierają się na dzień dobry. Krewetki królewskie mają piękny różowy kolor. W zupie wyczuwam lekko kwaśnawy smak cytryny. Czuję zapach słonecznych pomodori i soli morskiej. Ryby rozpływają się w ustach, ale nie są rozgotowane. Do tego wypieczona ciepła bagietka. Miód z morza w gębie. Zjadłam, a płyn do ostatniej kropli wypiłam, na oczach wszystkich.

A teraz o pieniążkach. Pamiętajcie, że we Włoszech doliczają napiwek do rachunku. Zapomniałam, ale i tak zapłaciłam tyle, ile chciałam. Obieram kierunek spaceru. Idę. No zgadnijcie gdzie? Cel ambitny. Zdobyć coś na kolację. A co z Piazza di San Marco? Co z mostem Rialto? Co z innymi znanymi miejscami? Będą. Będą. Jeść coś trzeba, żeby była siła chodzić.

Vagbondare, czyli tułaczka z plecakiem
Idę się znowu zagubić. Why? Ma być przyjemnie. Kiedy gubię się, znajduję miejsca, o których nie piszą w przewodnikach. Równie zjawiskowe i piękne. Do tego lokalne knajpki, które bywają nieco tańsze. Te, co znane też się znajdą. Ich się często przeoczyć nie da.
W jednym z zaułków za kutą bramą tutejsza uczelnia a w niej park schowany. W środku pachnie oleandrami. I Bóg jeden wie czym jeszcze. Ogród nieco zaniedbany, ale w tym cały jego urok. Tu nie słychać turystów, tylko ptaki. Można położyć się na trawie i odpocząć. To dobre miejsce, żeby poczytać książkę.
Kiedyś miałam podejście, że trzeba „zaliczyć”. Najlepiej wszystko. Bo jak to nie zobaczyć czegoś, o czym w przewodnikach piszą?
Dzisiaj patrzę po bajkowo zielono-kolorowych balkonach, donicach z roślinami i kupcach, którzy rano rozstawiają towar. Daszkach, rynienkach, odpływów. Oglądam każdy kamień i cegłę. Zerkam dużo na ludzi. Nawet na ich cienie. Podziwiam rośliny znoszące tutejszy upał. Patrzę na cedry, platany, żywotniki, oliwki, wielkie ketmie, figowce, eukaliptusy, katalpy, perełkowce japońskie, tamaryszki. Kocham, ale wystarczy, bo Was zamęczę.

Ktoś podchodzi. Słyszę angielskie Hi i przyglądam się chwilę. Viktor Zambijczyk? Ten Viktor? On również zdziwiony, że ja w takim miejscu. Przecież on rano wyjechał pomieszkać gdzie indziej. Słów w gębie zabrakło. Stwierdził, że wraca na stare śmieci. Do hostelu, tam, gdzie jeszcze rano miał oglądnąć moje zdjęcia. Nie zdążył. Czasami ludzie wracają. To się nazywa: zbiegi okoliczności. Już czuję, że będą wieczorne pogaduchy.
Czyżby w mieście setek zaułków i uliczek, które nagle ze względu na kanały muszą zmienić kierunek, o spotkanie bez planowania nie trudno? A i owszem. Potwierdzam, że tutaj również. Mówią: Świat jest mały.
Odpoczęłam. Pożegnałam Idę dalej. Jest supermarket. Duży. I mozzarella z bufallo. U nas droższa i trudno uświadczyć. Wyobraźcie Sobie to cudeńko. Na zewnątrz mięciutka w dotyku tworzy zwartą nieregularną kulę, która plastycznie odkształca się po naciśnięciu. Delikatna prawie półpłynna w środku. Bielutka jak śnieg. Po rozerwaniu widać strukturę licznych ścięgien. Pływa sobie w lekko mętnym białym płynie, zapakowana w szczelny gruby woreczek napompowany do maksimum jak balon. Chlupocze. Widzę jej zarys. Smakuje jak: O Matko nawet trudno opisać. Pachnie troszkę naszą serwatką. Biorę bez wahania. I jeszcze kilka innych rzeczy. Woda, bo tutaj ciepło więc warto pić wody dużo. Plecak się przydał. Patrząc na obsługę, Porter Service, czyli ludzi, którzy walizki wielkie wożą gondolami czy na specjalnych dwukołowych wózkach, cieszę się, że mam tylko jego. Jak na razie ogarnia wszystko.

W trakcie tej mojej wędrówki zaczepiam o Piazzale Roma. Tak się trafiło. Przez przypadek. Ludzi tu multum. Zmykam. Tutaj wrócę, jak będzie spokojniej i pewnie jeszcze razy kilka. W drodze powrotnej jednym z zaułków tłum się zebrał. Ktoś przedstawia sztukę uliczną. Drobna scenka. Potem mijam zielony placyk. Tutaj głównie mieszkańcy z dziećmi się schodzą. Placu zabaw nie ma, za to bawią się ładnie, pisząc kredą po kamiennej posadzce. Inne na rolkach jeszcze inne na wrotkach i rowerkach przemykają. Tu inny gwar. Taki swojski.
Przy moście Rialto gościu na gitarze elektrycznej kawałki Vivaldiego przycina zgrabnie. Muzyka pasuje do tego miejsca.
Pomykam zjeść mozzarellę. Długo się nie uchowa. Wracam wkrótce.

DSCF0543 DSCF0544 DSCF0546 DSCF0550 DSCF0553 DSCF0557 DSCF0558 DSCF0560 DSCF0567 DSCF0569 DSCF0571 DSCF0573 DSCF0576 DSCF0577 DSCF0578 DSCF0579 DSCF0581 DSCF0582 DSCF0585 DSCF0588 DSCF0589 DSCF0591 DSCF0592 DSCF0593 DSCF0594 DSCF0595 DSCF0599 DSCF0603 DSCF0606 DSCF0612 DSCF0609 DSCF0613 DSCF0620 DSCF0626 DSCF0629 DSCF0630 DSCF0633 DSCF0636 DSCF0639 DSCF0640 DSCF0644 DSCF0650

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 4/11

Razem na ulicy
Dzień drugi zaliczam do tych, które są wzniosłe i symboliczne.
Pomysł wyjazdu do Wenecji zrealizowałam w pół godziny. Odwrotu nie było bilety zakupione. Hostele zapłacone z góry. Dzięki ciemnowłosej dziewczynie poznanej nie tak dawno, w której zniewalającym uśmiechu zakochałam się od pierwszego wejrzenia, złapałam byka za rogi i już nie puściłam. Wiem. Nie jesteśmy w Hiszpanii, ale wiecie, o co chodzi.
Podobnie było z Performance. Jelili (o nim za chwilkę) rzucił hasło na swoim FB. Skusił mnie wolontariat. Pomysł urzekł, więc zgłosiłam się. Przyjął ciepło. A potem tez ciepło było. W powietrzu i ludzkich sercach. Ujmę to w kilku słowach: To trzeba po prostu przeżyć.
Darmowy bilet na Biennale na jeden calutki dzień był miłym zwieńczeniem spędzonych chwil. Biorąc udział w wydarzeniu, zależało mi jednak na zupełnie czymś innym niż pieniądze. Gest Jelili był miły. Sprawił, że znowu było tanio. Skupmy się jednak na samym zdarzeniu.

Jelili Atiku
W Wenecji poznałam skromnego faceta, który kocha kontakt z ludźmi i nie obnosi się z tym, kim jest. Kocha to, co robi. Gdybym go spotkała w moim hotelu, powiedziałabym: Fajny kompan do rozmów. Facet, któremu baterie nigdy się nie rozładowują. Autentyczny i taki zwykły ze swą sztuką niezwykłą. Dlaczego? Zwieńczeniem Performance była powstała na oczach ludzi rzeźba. Byłam jej integralną częścią. Poczułam, jakby nowa forma miała duszę. Bóg zapłać.
Kim jest tak naprawdę Jelili? Nigeryjskim rzeźbiarzem i artystą multimedialnym. Wiecznie uśmiechnięty, chociaż widziałam go również w akcji, gdy się nieco denerwował. Dyrektor stowarzyszenia zrzeszającego artystów Performance w Afryce. Ciepły i otwarty do wszystkich, Rzecznik Praw Człowieka. Ups! A ja z nim tak normalnie się obchodziłam.
Wiecie? Zdałam Sobie sprawę, że pojechałam, nie wiedząc jak wysokie pełni funkcje. I to jest piękne.

Performance
Jak to ująć? Wspólny zarys, ale Twój własny spektakl. Performance dla mnie samej jest pojęciem prawdziwie zagadkowym. Nie jest teatrem, pokazem poezji ani żadnym koncertem. Nie jest też rzeźbą, malarstwem, czy Body Art, chociaż ciało performera gra tu pierwsze skrzypce. Ważne są czas, przestrzeń, ciało. Jelili nazywa to: Live art. Tyle mogę powiedzieć. Reszta to czysty przekaz artysty, który każdy odbierze po swojemu.

Przedstawienie czas zacząć
Wyobraźcie Sobie 72 dumne, silne, pogodne, skupione na Tu i Teraz kobiety, reprezentujące kobiecą energię. W trakcie La Biennale di Venecia, które cały świat ogląda, wychodzą między ludzi. Przebrane są w rytualne suknie, które błyszczą na Sali. W słońcu suknie promienieją jeszcze bardziej. Dźwięk setek aparatów i światło fleszy rozpraszają nieco ich skupienie. Jeśli masz w ręce aparat, schowaj go na chwilkę. Dlaczego? Bo tutaj nie zdjęcia są najważniejsze, a to, co chce przekazać sam artysta i to, co dzieje się w sercach i ciele tych kobiet. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to nie pokaz czy przedstawienie, a sytuacja artystyczna, której centrum uwagi jest ciało i materia.
Wróćmy do grona kobiet. Nie wierzycie w kobiecą moc? Spróbujcie usiąść blisko takiej, która wydaje się, że jest Ci na pierwszy rzut oka przyjacielem. Zamilknij. Zamknij oczy. Poczuj. Delektuj się. Wracam do opisu.
Jelili wpada radosny. Widzę go pierwszy raz, a jakbym znała od zawsze. Nigeryjczyk, jego asystent i grupa kobiet w różnym wieku i o różnej karnacji skóry. W ich dłoniach i na piersiach widnieją talizmany i przedmioty, które mają swoje podłoże w nigeryjskiej prastarej kulturze. Wszystko trw kilka godzin. Czas upływa nie wiadomo kiedy. Nie liczę. Po prostu przeżywam wydarzenie. W przerwach zwiedzam Pawilony. Sztuka różnorodna. Jedna zaskakuje, inna wręcz przerażał. Wszechobecny motyw kobiet przedstawiany w różnej formie.
Miałeś kiedyś wrażenie, jakby w Twoim życiu pojawiła się wróżka znikąd i posypała z nieba pyłkiem magicznym? Prawda jest taka, że nikt nie musi przychodzić, żeby dzień był inny niż wszystkie. Sami też tak potrafimy. Jesteśmy reżyserami naszego życia. Wystarczy tylko otworzyć się na to, co do nas przychodzi.

Artyści
Czasami się z nich śmiejemy. Mówimy: Dziwak Znowu jakiegoś koszmarka spłodził. Główkujemy: Co to za mazaj? Staramy się zgłębić. Każdy z artystów ma jednak swoją wizję. Każdego dzieło wyraża emocje i niesie ze Sobą przekaz. Trudno jest go wyczytać z krótkiego opisu wiszącego na ścianie. Zawsze warto brać go do Siebie po swojemu.
Mam duszę artystyczną, lecz rozumiałam to dopiero dzisiaj, widząc artystę w akcji. Kiedy patrzyłam na tego człowieka. Z jakim pełnym zaangażowaniem tworzy swoje dzieło na moich oczach. Każdy ruch, gest, wszystkie elementy są przemyślane i czemuś służą. Nawet jeśli potem mówisz na to: Potworek.
Sztuka to stan. Po prostu stań, patrz i przyjmuj. Bez analiz, ocen.
Jest sztuka i sztuka. Ta wykuta, wymalowana, wyrzeźbiona oraz ta ulotna. Taka, za którą potrafimy płacić miliony. W niektóre dzieła nie mamy możliwości zainwestować, ponieważ są, a za chwile ich nie ma. Te, co na płótnach i w materiałach możemy podziwiać wiecznie, ale pamiętajcie, te ulotne też warto doceniać.
Można sztuki nie rozumieć, ale zawsze znajdzie się to jedno miejsce lub jeden artysta, od którego prac nie będziesz mógł oczu oderwać. Jego imię zapamiętaj i podążaj jego tropem. Nie wszystko musi być Twoje, ale ten jeden może mieć wpływ na Twoją drogę życiową.

Przeczytałam ostatnio, że są mózgi prawidłowo rozwijające się i mózgi artystyczne. Coś mi nie pasuje. Sprawdzam wiarygodność słów. W Wenecji artyści są na każdym zakręcie i w każdej knajpce gdzie nie wejdziesz. Są otwarci, życzliwi, pomocni, uśmiechnięci i jest o czym z nimi rozmawiać. Fantastycznie się tu czuję. Stwierdzam: że ich mózgi są zupełnie normalne.

Bighellonare, innymi słowy pijackie zagubienie
Słowo pijackie może mylić. Nie piłam – słowo harcerza. Zwrot pochodzi z weneckiego slangu i w zwykłym słowniku go nie znajdziecie. Spodobał mi się.
Dzień Performance wypadł dokładnie w dniu, który często uważamy za szczególny. Nie świętuję go zazwyczaj. Dziękuję za każdy bez względu na wiek i pogodę. Cały rok czekać? Po co. Ten bez względu na to, co mówi kalendarz, był wyjątkowy. Ten poprzedni również. Jutro też będzie wspaniale. Powiecie może: Ale urodziny to urodziny i prezent musi być. Dzisiaj dostałam jeden z najlepszych prezentów urodzinowych. Czy ulotny? Nigdy w życiu. Bezcenny? A i owszem. Mój, niezniszczalny i zawsze przy mnie. I nawet mogę go przelać na papier.
Został dodatkowo uczczony przez nowo poznane istoty. Włoscy artyści, którzy przysiedli się wieczorem do stolika, uczcili go toastem. Zapraszali na imprezę. Znowu można było zjeść za darmo, jednak przecież nie to liczyło się dzisiaj.
Dzień zakończyłam APEROL SPRITZ. O nim już wspominałam króciutko. Ten trunek zobaczysz w dzień i w nocy na każdym prawie Weneckim stole. Napój, który przypomina wyglądem naszą oranżadę, jest tutaj bardzo popularny. Warto spróbować, ale pamiętajcie o jego mocy. Znacie przysłowie: Woda sodowa Ci do głowy uderza? Ta mieszanka uderza i to dość szybko. Lekko gorzkawa, gdzie nuta pomarańczy się przebija. Orzeźwiająca i wciągająca w cudownych pomarańczowo — różowych kolorach. Wręcz urokliwa. Taka tylko do wypicia.

Do łóżka trawiłam dość późno. Droga była, jakaś taka dziwnie prosta. Działo się już dużo. Teraz przepraszam, bo sen morzy. Jutro znowu piszę.

DSCF0128 DSCF0130 DSCF0131 DSCF0133 DSCF0136 DSCF0140 DSCF0141 DSCF0147 DSCF0149 DSCF0150 DSCF0153 DSCF0156 DSCF0171 DSCF0174 DSCF0176 DSCF0177 DSCF0178 DSCF0182 DSCF0187 DSCF0226 DSCF0227 DSCF0234 DSCF0235 DSCF0237 DSCF0238 DSCF0239 DSCF0240 DSCF0241 DSCF0243 DSCF0244 DSCF0245 DSCF0246 DSCF0251 DSCF0253 DSCF0256 DSCF0261 DSCF0262 DSCF0266 DSCF0271 DSCF0299 DSCF0303 DSCF0310 DSCF0317 DSCF0320 DSCF0324 DSCF0330 DSCF0337 DSCF0346 DSCF0347 DSCF0350 DSCF0353 DSCF0354 DSCF0355 DSCF0358 DSCF0361 DSCF0362 DSCF0364 DSCF0368 DSCF0369 DSCF0371 DSCF0374 DSCF0377 DSCF0379 DSCF0382 DSCF0383 DSCF0384 DSCF0391 DSCF0392 DSCF0397 DSCF0401 DSCF0403 DSCF0405 DSCF0408 DSCF0416 DSCF0422 DSCF0425 DSCF0429 DSCF0430 DSCF0439 DSCF0450 DSCF0451 DSCF0454 DSCF0456 DSCF0460 DSCF0462 DSCF0470 DSCF0472 DSCF0478 DSCF0481 DSCF0484 DSCF0485 DSCF0486 DSCF0490 DSCF0491 DSCF0494 DSCF0506 DSCF0509 DSCF0510 DSCF0516 DSCF0513 DSCF0519 DSCF0520 DSCF0521 DSCF0522 DSCF0529 DSCF0531 DSCF0533 DSCF0534 DSCF0537

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 3/11

Dzień drugi
W moim własnym kalendarzu pisany pogrubioną czcionką.

Przebudzenie
Otwieram oczy. Za oknem odgłosy wózków ciągniętych przez tragarzy z dostawą do sklepików w parterze. Jestem w Hostelu. Za drzwiami już życie się toczy. U mnie wszyscy słodko jeszcze śpią. Jest nas pięcioro. Tu napotykam ciekawych ludzi. Od razu prostuję obawy wszystkich co do znikania przedmiotów w takich miejscach. Zakładasz z góry, że Cię okradną? Już dużo tracisz na samym początku. To, że ludzie w takich miejscach potrafią dzielić się i pomagać, doświadczysz bardzo szybko. Złodziejaszkiem jest tu okoliczne ptactwo. To potwierdzam.

Obok mnie młoda dziewczyna. Z Brazylii przyleciała, była w Niemczech teraz na jej trasie Wenecja. Następny cel: Milano. Słyszałam o Brazylijczykach. Tutaj przekonałam się, jak są mili. Jej język angielski brzmi jak dobra muzyka. Pomyślałam sobie: Cholibka. Mój do lekkich nie należy. Trzeba się postarać, żeby czasami mnie zrozumieć. Czy przeszła Wam myśl: Ona podróżować tak może, bo się łatwo dogada? Nic bardziej mylnego. Komunikuję się na tyle, o ile potrafię. Uważam, że, jak byśmy językiem nie operowali, do ludzi warto być otwartym. Uprzejmością i słuchaniem warto nadrabiać. Boisz się? Z czasem i Tobie przyjdzie łatwo. Daj Sobie czas. Chcesz poczekać, aż będziesz perfekcyjny? Możesz się nie doczekać. Pół świata mówi: „Ja być Kali” i Ci właśnie zyskują.
Śmiem twierdzić, że lepszych lekcji niż te na wyjazdach nie dostaniesz. Akcentu nie będzie, ale masz je za darmo, czyli znowu tanio. Wracamy do ludzisków.

Naprzeciwko ciemnoskóry chłopak o imieniu Wiktor. Drobny, szczupły i nie chrapie. Dobrze rokujący artysta, który przyjechał na La Biennale di Venecia. Pode mną ktoś wrócił nad ranem. Cichutko. Nawet nie słyszałam. Ludzie się zmieniają. Są tacy, co sami podróżują i tacy co z psami lub dziećmi. Młodzi, starsi w każdym wieku. Opowiadają coś ciekawego i jadą dalej. Czasami nie potrzebujesz zwiedzać całego świata. Tutaj w Wenecji świat przyjeżdża do Ciebie. Pamiętaj: Nie z wszystkimi znajdziesz wspólny język. I nie o języki rodzime mi chodzi. Niektórzy po prostu są małomówni. Wtedy uszanuj.

Na piętrze kilka pokoi, dwie łazienki z prysznicem i wanną, salon, duży hall, kuchnia z lodówką. Otwieram okno. O piątej do życia w Wenecji budzą się ptaki. Śpiewają za oknem. Najpierw te małe. Kiedy na targu pojawiają się świeżutkie ryby, skrzydlate wielkie stwory zlatują się nad wody. Wierzą, że coś im się dostanie albo cosik podkradną małe złodziejaszki.
Jeszcze przed ptakami wcześniej przemknęli krętymi uliczkami Ci, co dbają o czystość. Zabrali śmieci z domostw. Z uliczek wiele nie musieli, bo robią to na bieżąco. Zaskoczyło mnie, że przy tylu turystach i tak małej ilości śmietników w wąskich uliczkach śmiecie znikają szybciej, niż się pojawiają. Nie ma ich na lądzie i brak w wodzie wypełniającej kanały.
Woda w kranie gorąca bez względu na gwiazdki. Wszędzie w tym samym tempie leci. W budynkach historycznych cudów nie wymagaj. Tutejszy MZK traktuje wszystkich równo.
Obok znany miejski targ oraz kilka kroków do Rialto, jednego z najsłynniejszych mostów na świecie. Płacę niewiele jak na jedno z najdroższych miasteczek turystycznych. Budzą mnie gołębie zamieszkujące kilkunastowieczne kamienice. Czy potrzeba mi czegoś więcej do szczęścia?

DSCF0686 DSCF0683 DSCF0682 DSCF0678 DSCF0677

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 2/11

Jestem w Wenecji. Było już lotnisko oraz „Nie zgub się, tylko się nie zgub!” A potem jednak zagubienie przyszło. W końcu cel odnalazłam, a potem znowu chciałam się zgubić. Dzisiaj o darmowej kolacji i wieczorze pełnym wspomnień.

Tak się rozochociłam tym gubieniem się i odnajdywaniem, że przeszłam prawie pół „miasta na palach”. Miejsca, o których piszą w przewodnikach same teraz do mnie przyszły. Targ rybny, znane mosty, muzea, pałace i kościoły. Dużo tego. Kiedy nabrałam odwagi, zaczęłam się bardziej rozglądać.
Zerknęłam na piękną kobietę. Na jednej z bardziej kupieckich uliczek robiła sobie zdjęcie przy markowym sklepie. Pewnie upatrzyła coś ładnego na wystawie. Nie przeszkadzałam. Poczekałam, bo tutaj wąziutko i poszłam dalej. Zrobiłam zdjęcie kamiennej skrzynki na listy i pieskowi posikującemu wiekową kamienicę. Oj. Ostrość zawiodła. Zdjęcia nie będzie. Emocje mieszane zostały. Wystarczy.

Nawet nie wiem, kiedy wychodząc z jednej z uliczek, przed moimi oczami ukazały się znajome drzwi z charakterystycznym numerem 1799 nad nimi. Zapamiętam je do końca życia. To miejsce mojego noclegu. Zostawiam plecak i ponieważ nie jest jeszcze późno, na miasto uderzam.
Wiele lat temu byłam tu na szybko. Myślałam, że odnaleźć w Wenecji dwa razy ten sam zaułek graniczy z cudem. Dzisiaj już nie jestem tego pewna. Mam kilka dni na sprawdzenie.

Spotkanie przy Bazylice
Kiedy
ja się przyzwyczajam jeszcze do nowej sytuacji i kręcę w kółka wokół własnej osi, kochana znajoma mi istota, pisze do mnie: Jestem w Wenecji. Widzimy się pod Bazyliką. Ja już tutaj czekam.
No to ja krecha. A co mi pozostaje.

Nogi
Pamiętajcie. Nogi w Wenecji są bardzo ważne. Idę więc pieszo. O jestem. Cud? Nie po prostu czasami wystarczy, jak nam na czymś bardzo zależy. Plac Świętego Marka jest konkretny. Oj duży, powiadam wam. Krakowski rynek to taka przy nim zabawka. Jestem i rozglądam się tymi moimi ciekawskimi ślepiami. Gdzie ta knajpka z grajkami, przy której się umawiałam? Nadsłuchuję. No i pojawia się Ona!
Warto się umawiać zawsze i wszędzie bez względu na wielkość, porę dnia i tego, co mówią. W swojej zawiłości to takie proste. Nikt mi nie wmówi inaczej. Wystarczy chcieć a zasada przyciągania działa wszędzie.

Pojedzona
Zgłodniałam nieco. Pilnuję się założenia: Jolanto: Jedz dobrze i zdrowo, ale pieniędzmi nie szastaj.
No i dobre samo przyszło.
Wyobraź Sobie orzeźwiające Prosseco zapodane w szklanej lampce wraz ze świeżutkim Prosciutto di Parma. Wielki udziec cięty jest na waszych oczach w cieniutkie plasterki. Pozwól Twoim oczom ujrzeć kilkunastokilogramowy parmezan, którego nieregularne pachnące kawałki wyjadasz ze środka. Do tego pyszny łosoś, gdyby na świnkę nie było ochoty, oraz soczyste truskawki wyhodowane w promieniach włoskiego słońca, pasujące do wszystkiego.
Miało być tanio? Było najtaniej, jak się da. Bo? Za darmo.

Gdzie tak można? Czy można tak? Owszem. Przechodziłam obok parku, w którym stały realistyczne rzeźby pływaków. Rzuciły się w oczy. Dzieła Carole Feuerman z serii „Swimmers 1958”. O pływaniu co nieco wiem. Zaciekawiły szczegóły, więc pooglądałam i wręcz popodziwiałam kunszt artystki. Tym razem trafiłam na otwarcie wystawy. Częstowali, więc spróbowałam przysmaków. Udałam się dalej. W innym miejscu znowu było wino. Ponownie jedzonko i pyszna ryba przyrządzona lekko na winno. Ktoś nową książkę reklamował. Artysty nie pamiętam, ale niech mu los sprzyja. Siedziałam na ławce. Obok mnie inna najedzona piękna istota. Przyglądałam się i wsłuchiwałam dysputom, nie znając w ząb włoskiego. Zaraz za moimi plecami historyczna oranżeria a przede mną roztaczająca się po horyzont woda mórz i oceanów.
Ja tylko „chciałam”. Nic więcej. Po prostu przyszło. Do każdego przychodzi.

Ile zobaczyłam w drugiej połowie dnia, nie trzymając nic w rękach to moje. Głowa chodziła dookoła. Ile uniknęłam stresu z powodu zmartwień czy znajdę się w nowym miejscu, czy nie odnajdę, tego tylko patrząc na innych, mogę się domyślać. Zaufałam Sobie i dużo zyskałam. Polecam zawierzyć głowie.

DSCF0074 DSCF0076 DSCF0085

DSCF1047 DSCF1033 DSCF1032DSCF0992 DSCF0993 DSCF1005 DSCF1009 DSCF1011 DSCF1012 DSCF1013 DSCF1065

Z pamiętnika łazika, czyli Wenecja przemierzana piechtą 1/11

Wenecję możesz odwiedzić na różne sposoby. Poszukać noclegów wśród ludu lub przespać się w Hiltonie na wyspie Giudecca, z jedynym chyba w mieście basenem na dachu. Widok na morze i miasto. Szpilki. Szampan z truskawką i takie tam.
Oszczędnie wybrać czy rozrzutnie? Ja jestem za tym pierwszym. Bo uczy gospodarności i zarządzania pieniądzem. Jeśli masz wydać dużo to wyzwanie żadne. Wydawać i panować nad tym, kiedy ile to mądrość życiowa. Pod tym hasłem wyruszam dzisiaj w podróż. Dedykuję ją tym, których głowy podpowiadają: „Nie da się”. Również tym, którzy chcą, ale nie wiedzą do końca „jak”. Tym, co nie wierzą, że minimum z minimum to najwygodniejsze podróżowanie. Takim, co planują podróż po raz pierwszy i takim co twierdzą, że jeśli gdzieś byli, to wszystko udało się im zobaczyć. Czytelnikom, którzy podróżują ze mną, czytając te słowa, a także takim co chcieliby wiedzieć nieco więcej o mieście na wodzie. Podwijam więc kiecę i lecę.

Kierunek: Wenecja
Pobyt: 6 dni
Ilość osób: 1
Bagaż: Podręczny
Rodzaj transportu: Samolot

Dzień pierwszy

Wysiadam na lotnisku. Na początku szaszor. Miejsce mi całkiem nowe, a reszta pasażerów czmychnęła. Znikła ukradkiem. Mieszanka słów z całego świata. Ktoś walizkę zgubił. Ja mam ze sobą tylko mały plecak, więc mnie zagubiony bagaż nie dotyczy. Ulga, ale tylko na chwilę. Pomocne aplikacje w telefonie nie chcą działać. Brak połączenia ze światem. Pierwsze co do nas w takich sytuacjach przychodzi to panika. Nie ma nic gorszego w tym momencie. Dajemy się panice wkręcić.
Co polecam? Śmieszne, ale działa. Poszukać najbliższego siedziska, wyjąć słodkiego batona i zjeść ze smakiem rozglądając się spokojnie dookoła. Mniam. Następnie zaakceptować nowe miejsce. Posłuchać kto, w jakim języku mówi. Przypatrzyć się, w którym kierunku ludzie podążają. Upatrzyć sobie kogoś. Zapytać, którędy potem, ale pamiętajcie nie z pełną buzią. Trudno zrozumieć czasami obcokrajowca a co dopiero takiego.
Wychodzę z lotniska. Pierwsza łapanka. Cena biletów odstrasza. Mam czas więc szukam. Przysiadam tam gdzie spokojniej. Nie daję się wkręcić w turystyczne wariactwo. Przecież tu mieszkają zwykli ludzie. Oni też się jakoś przemieszczają i na pewno nie za takie pieniążki. Niecały kilometr od lotniska. Pierwszy kierunek wyznacza mi osoba z obsługi lotniska. Stwierdza: Wzdłuż drogi, na wylocie drogi dojść proszę do ronda. Potem młody przystojny tubylec palcem pokazuje i twierdzi: Na lewo, proszę panienki, na lewo i prosto.
Przede mną 5 minut spaceru. Za przysłowiowe grosze w małym sklepiku kupuję bilet. Na lotnisku nie chciały gałgany taniego sprzedać. Na przystanku zamieniam kilka słów z wesołą grupą Polaków. Inna przemiła dziewczyna podpowiada, jak sama kupuje bilet za pomocą aplikacji. Jadę komunikacją miejską i nie czuję się oszukana. W 25 minut docieram bez przesiadek na miejsce. Przede mną kanały i miasto, w którym wielu się zadurza do cna.

Nie zgub się, tylko się nie zgub!
Nasza głowa powtarza w kółko: Nie zgub się! Tylko się nie zgub! A co jest złego w gubieniu drogi? I tak wcześniej czy później właściwą odnajdujemy.
Moja też mnie czasami na manowce sprowadza. Łapię się na tym i się nie daję. Wchodząc do weneckiej dżungli zakamarków i zaułków wszelakich, gubię się już z rana. Najpierw tak ostrożnie. Tak pół na pół, czyli trochę nie planuję, a potem tak trochę specjalnie.
Telefon nagrzewa się, mając włączone funkcje, które mają mnie namierzać. Nawigacja nie nadąża za zakrętami. Ja nie mam kontroli nad nawigacją. Bateria szybko moc traci. Mówię do siebie pod nosem: Co to, to nie! Telefon jest do dzwonienia. Koniec kropka. Przyda się, gdy trzeba będzie skontaktować się z miejscem docelowego noclegu. Wyciągam mapę, ona też, mimo że dokładna wszystkiego nie ogarnia. Stoję w środku miasta i do tego w deszczu. Ciepłym wiosennym o zapachu morza. Mapa moknie. Ja już nie jestem sucha.
Siadam i zjadam następnego batona. Dlaczego? Taki relaksik. Rozglądam się dookoła. Jestem tam, gdzie turystów mniej. Tubylcy z dziećmi ze szkoły wracają. Prawie każdy dzierży kolorowy parasol w dłoni. Jednemu z pociesznych chłopców sznurówka rozwiązuje się co rusz. Inny kopie piłkę w deszczu po kamiennej błyszczącej od deszczu nawierzchni. Specyficznie kopie, blisko nogi, aby do kanału nie wpadła. Wenecki styl czy daje Włochom na stadionach przewagę? Ktoś wraca z zakupami. Starszy Pan o siwych włosach szybko ściąga wiszące za oknem pranie, chroniąc go przed deszczem. Łaszków cały długi sznur ciągnie się w nieskończoność. Duże, błyszczące krople spadające z nieba uderzają o kamienne chodniki. Słychać cichutkie: klap, klap, klap.
W deszczu urzekają mnie kolory wilgotnych ścian tutejszych kamieniczek. Mokre mają dużo ostrzejsze rysy. W pobliżu malutka grupa turystów wraz z przewodnikiem schowała się pod jedną z markiz. Dobrze, że tylko na chwilkę. Pani z malej knajpki, zabiera na obrusy, ze stolików stojących na zewnątrz. Złożyła spokojnie parasole. Na pogodę czeka.

Przestało padać dość szybko. W odbiciu na posadzce jak w lustrze widzę drugą twarz Wenecji. Szarawe ruchliwe gołębie spijają życiodajny płyn dyskretnie. Potem przechodzą do zabawy z wodą. Taką właśnie Wenecję pierwszego dnia pokochałam. Wyszło słońce. Mocne, takie charakterystyczne, tutejsze. Popołudnie zbliża się dużymi krokami. Teraz gubię się specjalnie. Nie zakładam, niezgubienia się, bo i tak wcześniej czy później gdzieś znowu zawieruszę się mimowolnie. Wtedy będę się stresować. A mi na urlopie strach nie ma być kompanem. Wracając do hostelu, świadomie już wyłączam telefon i wyrzucam mapę. Wzięłam przykład z tych nielicznych tutaj. Głowa po całym dniu ogarnęła główną zasadę. Pamiętaj, jak biegnie główny Canal Grande, drzwi do kamienicy, w której mieszkasz i lokalizację Piazza di Saint Marco, najbardziej pożądane miejsce dla turystów. Posiadając te trzy azymuty, odnajdziesz się wszędzie.

Dlaczego? Nasz mózg to najlepszy GPS, bazujący na 3 satelitach. Ustalcie 3 charakterystyczne miejsca, nie przestawiajcie ich nigdzie w głowie. Wyobraźcie Sobie, że jesteście połączeni z nimi sznureczkami jak kukiełka. Bez trudu namierzycie się sami.

DSCF0001 DSCF0003 DSCF0002 DSCF0006 DSCF0009 DSCF0012 DSCF0014 DSCF0017 DSCF0018 DSCF0023 DSCF0025 DSCF0028 DSCF0029 DSCF0032 DSCF0035 DSCF0036 DSCF0038 DSCF0040 DSCF0044 DSCF0045 DSCF0051 DSCF0059 DSCF0061 DSCF0062 DSCF0064 DSCF0067

I gdzie by się tu kimnąć?

Moje życie mnie nosi. Może nie na rękach, ale pozwala bywać „tutaj” i „tam”. Jeden hotel, potem nieco inny. Apartament w centrum miasta lub miejsce w starej kamienicy na obrzeżach. Gdzieś spać na wyjazdach trzeba. Gdzieś od czasu do czasu zatrzymać się warto.
Są miejsca, które z żalem się opuszcza i takie, które nie robią na nas wrażenia. Trafiamy w nich na przedmioty, które przejdą bez echa i takie, które miło trzyma się w rękach, a do tego na sercu robi się ciepło. Dzisiaj o mieszkaniach trzech. To samo przeznaczenie a tak różnorodne klimaty. No to Let’s go. Zabawmy się przy tym w „ciepło – zimno”.

„ZIMNO”, czyli czysto, ale jakoś tak pusto.
Znany portal gdzie można nocleg znaleźć. Na rysunkach schludnie, estetycznie, czysto. Cena nieco ponad większość. Wysoka ocena. W booking.com nie kłamią. Brać nie umierać, a już na pewno nie narzekać. Jadę na dwie noce.
Zajeżdżam na miejsce. Pani nie mogła z kluczykami dotrzeć, więc z przesympatyczną koleżanką podjechałam. Duże miasto, korki, panią zrozumiałam. Obie z dużą dozą cierpliwości, straciłyśmy raptem godzinkę. Wystukuje adres rezerwacji w GPS. Podjeżdżam na miejsce. Sprawdzam ulicę. Przy kluczach widnieje jednak inny adres. Ups! Nowe doświadczenie. Pani pomyliło się coś? Zdarza się. Zawsze plusów w moich przygodach szukam. Dzięki takim osobom może kiedyś będę mogła zostać kierowcą taksówki co mapę ma głowie a nie w aplikacji. Bingo.
Jestem na miejscu zgodnym z opisem na breloku. Klucz pasuje, adres inny, mieszkanie z obrazków z rezerwacji. Skomplikowane? Nie przejmuj się. Sama się pogubiłam. Zamieszania co do kluczy nie dochodzę, ważne, że jest gdzie głowę do poduszki przyłożyć.
No właśnie. Czy tu tylko o przyłożenie głowy do poduszki chodzi i o czystą pościel? Czy do końca tak jest? Nie wiem jak Wy, ale u mnie to działa troszkę inaczej.

W środku jak na shutterstock’owych obrazkach. Wszystko jak na zamówieniu. Ikeowe ręczniki i z Ikei na łóżku narzuta. Ze względu na wszech obecnie powtarzające się czarne, białe, szare i ziemiste kolory nie boję się twierdzić, że troszkę architektoniczna nuda. Nie patrzcie jednak na zdanie opatrzonego architekta. Pamiętajcie tyle gustów ile ludzi. Szanuję to.

Wchodzę do środka i nic nie czuję. No może tylko zapach popularnego środka do higieny toalet. Reszta to jakaś pustka. Tak wg powiedzenia: Pusto wszędzie, głucho wszędzie. To nie brak kwiatka na parapecie i kubeczka na szczoteczkę w łazience, ale brak duszy tego miejsca mnie przeraża lekko i ta pustka, chociaż mebli dużo. Kuchnia obszerna, ale w szafkach zero, jakby dopiero co fachowcy po montażu wyszli, chociaż mieszkanie od jakiegoś czasu zamieszkiwane. Właścicielka zostawiła tu zestaw herbatek Lipton i kilka jednorazowych mydełek wyliczonych po jednym na sztukę. Nic jednak więcej. Chłód mimo ciepłych kaloryferów wzbudza lekki niepokój.
Często po kątach najmujący pozostawia część Siebie. Tutaj tego kawałka mi brakuje. A przecież wyposażanie w duszę jest bez kosztowe. Mylę się? Ciepło którego nie sprawdzisz dotykiem, zapachy, które zostawiasz mimowolnie, wpadając na chwilę zaglądnąć czy poprzedni rezydent porządek zostawił. Twierdzę, że to my tworzymy klimaty danego miejsca. A oto następny przykład.

„CIEPLEJ” lub jak kto woli nieład kontrolowany.
Anglia i angielskie śniadanie. Fasolka, tost wrzucony na głęboki tłuszcz i bekon skwierczący na talerzu.
Zielonego w przydrożnej knajpce nie uraczysz, jedyne zielone to poletko trawy za oknem. Soczyste jak młody jęczmień, który ostatnio w modzie. Angielski klimat zielonemu sprzyja. Myśl przeszła, że w ostateczności przy desperacji można i angielskiej trawki skubnąć. Nie odważyłam się. Tak dużej determinacji nie było. Nieopodal zielonego moje miejsce noclegu. Typowe angielskie osiedle. Przeurocze wąskie domki szeregowe jeden przy drugim. Przytulone do Siebie. Ruda cegła nabiera w słońcu czerwonych rumieńców. Kontrastuje z białymi bajkowymi okienkami. Niezbyt spadziste dachy a na nim kominy. Wszystkie takie same. Domki trudno odróżnić, warto dopatrzyć się szczegółom. Przed posesją, którą mam okazję odwiedzić, trochę materiałów z rozbiórki. Przy drzwiach informacja od dwóch młodych Angielek: „Nie przejmujcie się. Mamy tu mały remoncik. Klucze w skrzyneczce przy drzwiach. Nie wiemy, czy wrócimy na noc. Jeśli nie chcecie towarzystwa przemiłych kotów w nocy, zamykajcie drzwi”.
Serdeczność wyczuwalna już w progu. Nie dziwię się, bo jestem w kraju, gdzie powszednim jest używać do przechodnia określenia Darling, Love czy Honey. W środku domku brak przedsionka. Pod stopami pojawia się pierwszy stopień schodów, które prowadzą na górę. Wąziutkie przejście. Pod nogami kręci się czarne, puchate, kocisko. Kociara to ja nie jestem, ale moją sympatię kupił już na początku. Drugi łaciaty kot wyleguje się na kuchennym stole. Słońce maluje na jego sierści następne łaty. Szok co do miejsca spoczynku? Koty tak mają. Polegują, tam, gdzie im nie wolno, dotykają tego, co nie do dotknięcia. Jeśli myślisz, że Twój lub Twoich sąsiadów nie, to polecam się przyglądnąć. Sprawdzić, czy w maśle nie ma sierści i czy szynka nie zniknęła przypadkiem z kanapki. Czasami znika cała kanapka. Wracamy do opisu wnętrza.
Patrzę przed siebie. Angielski kominek, przy którym mnóstwo bibelotów. Obszerne kanapy i kolorowo. Na ścianach obrazki. Kolaże z wycinków z gazet wśród nich skryte twarze właścicielek. Koleżanki czy może z nich zgodna para? Co to ma za znaczenie. To miejsce tętni życiem. Szafki kuchenne pełne naczyń używanych na co dzień. Pełna lodówka a na jej drzwiach zapiski i przepisy kulinarne. Poduchy, dywany, pamiątki. No i co że na nich trochę sierści? Czuję ciepło i niesamowite zaufanie tych dziewczyn. Dodam, że w domku zimno jak pieron, ale reszta ten fakt przyćmiła. Za oknem typowy angielski ogródek. Wąski i nie za długi. Jest troszkę trawki, pergola, kilka małych drzewek i dużo miejsc do siedzenia. Przy wyjściu na ogród dziura w ścianie dla kota. Przez dziurę może wejść wszystko, ale skoro dla kota to tylko kicie wchodzą. Angielska myślenia i kultury prostota.
Szkoda, że troszkę chłodno na dworze, bo miejsce zaprasza. Dobrze mi tutaj mimo cieknącego kranu w łazience i porozrzucanych twórczo rzeczy. Dobrze, bo ktoś się ze mną czymś dzieli od serca. To miejsce mogę poczuć, dotknąć. Rano, kiedy jeszcze spałam, ktoś przemknął bezszelestnie. Zabrał stojącą jeszcze wczoraj w jednym z kątów torebkę z dokumentami. W kuchni zostawił filiżankę po kawie i jeszcze ciepły express. W powietrzu zapachy. Mieszanka jedzenia i perfum.
Piję ciepłą angielską herbatę i myślę: Są miejsca i miejsca. A to jest z duszą, twórczym bałaganem i specyficzne.

„GORĄCO”, czyli jak poczuć się wyjątkową.
Od właścicielki usłyszałam: U mnie zawsze możesz się przespać. No to pojechałam. Historyczna kamienica i Śródmieście Warszawy. Na parkingu miejsce czeka. Ma się troszkę tego szczęścia. Wciskam się na centymetry. Wejście mam prawie pod nosem. Wchodzę do środka. Podwójne wejściowe drzwi wyglądają jak na pancerne. Wcześniejszy właściciel były wojskowy bronią handlował. Chyba dobrze zapamiętałam. Teraz przestronne wysokie wnętrze przemiła osóbka zamieszkuje. Drzwi z wielkim otworem, w którym kiedyś szyba spoczywała, prowadzą do jednego z pokojów. Wymalowane są w kolorze soczystej czerwieni. Rzucają się w oczy, bo daleko im do doskonałości nowoczesnych wnętrz. Pasują jednak tutaj jak ulał. Przez jedno okno widać rozświetlony nowojorski Manhattan, przez drugie w pomarańczach tutejszego światła tonące kamienice paryskiego Placu Pigalle. Cudowne klimaty. W mieszkaniu ściany przesiąknięte Afryką. Mocne ciepłe kolory gdzie nie zaglądnę. Właścicielka wieczna podróżniczka co w każdy kąt zaglądnie bez Biur Podróży i oprowadzających przewodników. Wszystko, co na półkach, ścianach i po kątach jest oryginalne, prywatne, sentymentalne. Przywiezione skądś, niektóre przedmioty jakby wypatrzone w miejscu szczególnym. Tu mam wrażenie, wszystko ma swoją historię. W kuchni pachnie zupą gruszkowo – pietruszkową. Na kanapie wyleguje się leniwie dość spory, łaciaty psiak ze schroniska. Franciszek ma na imię. Szlachetne może po Franciszku z Asyżu? Głaskam mimowolnie. Głowa sama o kizianiu podpowiada. Jest wieczór. W środku przyćmione światło. Rozsiadłam się na krześle swobodnie. Ciepłą herbatkę popijam i słucham z rozdziawioną buzią nowych opowieści. Co jakiś czas wkładam do buzi jeszcze ciepły kawał ciasta pomidorowego, które smakuje jak piernik, a wyglądem przypomina ciasto marchewkowe. Cholibka, zapomniałam wziąć przepisu. Nade mną na suficie łąka polna się rozciąga. Czuję się swobodnie. Jestem tu pierwszy raz i już myślę o powrotach. Tak dużo przeoczyłam, tylu rzeczom chciałabym się dokładnie przyglądnąć. Nie śmiem się przyznać. Jest mi bosko. Jestem totalnie oderwana od mojej rzeczywistości. Szkoda, że trzeba wracać.

Życie to różnorodność. Jeden nie lubi towarzystwa i wybiera gwiazdkowe hotel z wypasionym telewizorem i obsługą przynoszącą śniadanie do łóżka, inny lubi zatrzymać się u zupełnie obcych osób z pomocą aplikacji Couchsurfing. Dzięki niej może znaleźć ludzi, oferujących nocleg we własnym domu czy mieszkaniu w wielu zakątkach świata.
Spędzić noc możesz na tysiące sposobów. Polecam więc wychodzić poza własne ramy, jeździć w różne miejsca i nie trzymać się tego jednego tylko dlatego, że sprawdzone. Eksperymentuj, a wszystkim, co ciekawe dziel się z innymi i ze mną. Dlaczego? Bo fajne miejsca na to zasługują.

Czy picie drinka z tyłkiem w wodzie na coś pomoże?

Pewnie tak skoro ludzie to robią. Wszystko jest przecież po coś.
Jestem w Centrum Wodnym Tatralandia. Miejsce, w którym można nieźle wymoczyć zmarznięte po nartach pupy. Narciarze, którzy jeszcze nie mają dość po białym szaleństwie, dorwali deski w strefie dla serferów. W środku ciepło 34 stopnie. Wręcz duszno. Bose nogi. Mnóstwo bosych nóg, stąpają po podgrzewanych płytkach. Pan drobina, chudzina pomyka tam i z powrotem z dzieckiem przestawiając wózek z miejsca na miejsce. Za żoną biega. A gdzie ta pomyka? Licho tylko wie. Turkot kół zakłócany jest przez szum wody. Leje się z grzybków i dysz masujących. W strefach gdzie obowiązuje karnet podstawowy, ciszy nie uraczysz.

Strefa dla dorosłych z dziećmi i tych, co dziećmi są wiecznie.
Dziecięce odgłosy przekrzykują wodę. Na czerwonym krzesełku w kąciku ratownik się schował. Zmienia co rusz pozycje, bo krzesełko plastykowe, niezbyt wygodne jest dla kręgosłupa. Biała koszulka, włosy charakterystyczne dla bruneta, grafitowe klapki i czerwona smycz z kluczykiem na szyi pięknie się komponują. W kąciku pirat siedzi. To manekin z groźną miną, ale całkiem sympatyczny. Tu tętni życie, bo tak jest zazwyczaj tam, gdzie są dzieci.

Tafla wody i wyspa
To miejsce, gdzie o pływaniu nikt nie myśli. Ruch wody prawie żaden. To część założenia wielkiego pirackiego statku, który góruje nad powierzchnią. Na wyspie wcale nie bezludnej dziewczyna uwija się raźno. Światło wokół przytłumione, u niej przy barze jest go nieco więcej. Ona pod stopami ma sucho. Po drugiej stronie baru krzesełka w wodzie zanurzone. Na nich pupy, mnóstwo pup. Należą oczywiście do ich właścicieli, którzy wszelakie trunki w wodzie degustują. Czy w wodzie płyny lepiej smakują? Tego Wam nie powiem. Tym razem nie sprawdziłam. Jak myślicie dlaczego? No dobrze. Powiem. Kiedy widzę kogoś w wodzie, kto długo w jednym miejscu siedzi a do tego w ciepłej wodzie, która rozluźnia wszystkie nasze zwieracze, jakoś mi tamtędy nie po drodze. Kiedy widzę ludzi w takim miejscu więcej, a każdy z nich płyny uzupełnia, wiem, że te płyny mają wcześniej czy później swoje ujście. Rozglądam się. W pobliżu toalet nie ma. Zresztą jakoś nikt w czasie moich obserwacji nie wychodził. Wróć. Nie wypływał z baru. Tak, zdaje sobie sprawę, że jest coś takiego jak urynoterapia, ale w tym basenie swojej pupy dla testów nie umoczę. Może następnym razem, gdy ludzi będzie mniej. Może. Przemieszczam się w miejsce następne. Zwiedzę statek. Zwiedziłam i uwieczniłam na zdjęciach.

Zimnooo? Spokojnie. W pupy jest ciepło.
Zaglądam przez zaparowane okno na zewnątrz. Zaraz za szybą śnieg i woda. Para jak biały dym, który czasami obserwuję nad elektrownią lub garnkiem, w którym się woda gotuje, unosi się nad dużą powierzchnią. Na tafli jedynie zarysy postaci widać. Pod taflą białe światło przenika i podświetla pośrednio ludzkie czupryny. W środku nie czuje się mocno minusowych temperatur. Każdy znajdzie tutaj coś dla Siebie. Młodzież gra w piłkę wodną. Nad głowami chmury. Kto ma szczęście, spadającą gwiazdę tutaj zobaczy.

Zimnooo? O tak, ale również przyjemnie gorącoooo.
Mam tu swoje jedno miejsce magiczne. Za każdym razem urokliwe, kiedy tutaj jestem. Tam mnie ciągnie jak magnes. Opowiadałam o nim kiedyś, gdy blog nawet jeszcze w marzeniach nie figurował.

Obeszłam cały kompleks. Ogarnęłam wszystko. Troszkę tego było. Pupę wygrzałam, moczenia było mało. Tym, co przy barze i innym co odpoczywają na leżaczkach, przyglądałam się z uwagą.
Wiecie? Są miejsca, gdzie się w wodzie pływa i takie gdzie tylko pupy zanurza. Wszystkie są potrzebne. Nawet takie z barem. Jeśli masz wybór, wybieraj to, co Twoje. Najważniejsze to odpocząć po swojemu. Chcesz siedzieć w basenowej knajpie i popijać piwko? Czemu nie? A może pozjeżdżać na zjeżdżalni? Co stoi na przeszkodzie?. Takie miejsca są po to, aby się wyczyścić i nie tylko o mycie mi chodzi. Dla zdrowia osobiście polecam zimne wody. Tak na chwilę i tak po saunie. Tam przynajmniej nie chce się sikać, a innych nie kusi.

Opowieści dziwnej treści, czyli o warsztatach innych niż wszystkie i życiodajnym oddechu 4/4

DSCF9535Na niebie słońce i ani jednej chmurki. Jego promienie odbijają się od śniegu. Wpada również przez okna do sali, rozświetlając pomieszczenie i ludzi tam przebywających. Wszyscy ubrani są na biało, a w pomieszczeniu dominuje czerwień, żółty i pomarańcz. Słońce kolory miesza.
Zanim zrobiło się jasno, rozpieściłam przed wyjazdem swoje ciało. Zdecydowałam się bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Masaż Lomi Lomi w wydaniu Dorotki jest wyjątkowy. Dlaczego?

Masaż Lomi Lomi
To coś więcej niż dotyk. Dotyczy w szczególności sfery emocjonalnej.
Jestem w malutkim pokoiku. Szafki, łóżko do spania i drugie do masażu umiejscowione na samym środku zajmują prawie całą powierzchnię. Kolory typowe dla tego miejsca. Radosne. Przypominają mi różnobarwne przyprawy Indii i lekkie indyjskie chusty huśtane przez ciepłe powietrze. W tym pomieszczeniu przez cały rok jest lato. Na półkach mnóstwo płyt równiutko jedna na drugiej poukładane. Na samym wierzchu Vivaldi. Prym wiodą książki o różnej tematyce. W oczy rzuca się Wojciech Eichelberger oraz książki o zdrowym odżywianiu. Jasny kapelusz na szafie czeka na wiosnę, wraz z nim sztaluga oparta o ścianę. Należą do osoby, co mnóstwo ma w głowie pomysłów, estetki i artystki co do szczegółów przywiązuje wagę. Pełnej delikatności, szukającej nowych miejsc, kiedy poprzednie się znudzą. Przez życie wiara ją prowadzi i ciekawość świata. Obieżyświat pełen ciepła i życiowych doświadczeń.
Wsłuchuję się w spokojną muzykę dobiegającą z pobliża. Szybko wprowadza w stan rozleniwienia. W powietrzu zapach kadzideł miesza się z zapachem olejków. Błogo mi. Kilka minut potem czuję przesuwające się po moich plecach przedramiona. Miły delikatny docisk po jednej stronie kręgosłupa dopełniają lekkie ruchy dłońmi po drugiej stronie. Od czasu do czasu czuję jakby muskanie. Wszystko zgrane i ma swoją kolejność. Płynność od początku do końca. Wszystko przypomina mi dotyk matki, która tuli swoje dziecko.
W powietrzu czuje się energię masującego. To podstawa w Lomi Lomi. Słyszę spokojny oddech. Wraz z wydychanym powietrzem jakby intencja płynęła i dobre słowo. Jakby pomagała uwolnić się nam od przykrych wspomnień. Szybko zapominam, o tym, co było. Przestaję gdybać. Liczy się tu i teraz. W ulotce czytam: Lomi Lomi pomaga w zjednoczeniu umysłu i ciała. Ulotka nie kłamie.
Lomi Lomi to szacunek, zaangażowanie i pełne zainteresowanie. Dlatego tak ważne kto go robi i z jakim nastawieniem. Ja trafiłam idealnie. Było bosko. Zasnęłam na chwilę.

PożegnaniaDSCF9564
Wyjeżdżam z ośrodka pełna optymizmu, spokojna i dotleniona. Wymasowana, poprzytulana z mega dawką dobrej energii. Mądrzejsza o nowe doświadczenia i to nie tylko te warsztatowe. Dowiedziałam się, że lubię grać na bębnach, chociaż tutaj bębnów nie ma. Usłyszałam również, że kiedy się wkurwisz, można się tym cieszyć. Sprawdziłam. Działa. Zatańczyłam do słów: Dancing to the end of love, a na koniec rozbawiła mnie informacja, że męski penis działa jak GPS. Coś w tym jest. Nawet całkiem sporo.
Od cudownych pań, które dbały o nasze brzuchy, dowiedziałam się jak zrobić naprawdę smaczną pastę słonecznikową oraz gdzie kupić najlepszy jogurt, jaki jadłam. Nazwa Horeca z Macro warta jest zapamiętania. Do tego dostałam na drogę domowe wegańskie gołąbki.
Rozklejam się na czas pożegnań. Łzy w oczach stają. Ręce splecione i bose stopy to mój ulubiony widok. Nie wszystkich była okazja poznać bliżej, a ja zawsze powtarzam, że warto. Bledną wtedy domysły i znikają oceny. Cóż mi pozostaje na koniec powiedzieć? Na wyjazdach pięknych doświadczeń z cudownymi ludźmi wszystkim życzę.

DSCF9605 DSCF9635DSCF9592 DSCF9589 DSCF9566 DSCF9560   DSCF9506DSCF9504DSCF9542DSCF9532

Opowieści dziwnej treści, czyli o warsztatach innych niż wszystkie i życiodajnym oddechu 3/4

Wstaję rano. Patrzę na mój brzuch. Zadowolony. Oj przeponka się napracowała. Całe to skakanie tutaj, zabawy, tupanie nogami, śmichy hichy, których dużo podczas pracy z ciałem przekładają się na brzuch i resztę ciała. Zakładam się, że 3 tygodnie pracy z oddechem, a pojawi się „kaloryfer” czy jak kto woli płaski brzuszek. Będzie przypominał brzuch gladiatora. No, chyba że brzuch jest bojlerkiem czy jak również nazywają brzuchem piwnym, wtedy nieco dłużej. Ale się rozgadałam. Przechodzimy do konkretów.

Co tu się w ogóle dzieje?
Wszystko, czego można doznać na tych warsztatach to procesy, tak ważne w naszym życiu i tak potrzebne. To praca ze samym Sobą. Ja jestem tutaj uczniem, a moim nauczycielem przez te kilka dni Govind Pushan.

Kto to jest ten Pushan?
Przede mną siedzi wysoki, szczupły Hiszpan w jego flotowym ubraniu. Ma na Sobie czarną dopasowana bluzkę z długimi rękawami i czarne dresowe spodnie, czarny pasek u zegarka i czarne majtki, bo jakby mogło być inaczej. Kiedy świętuje czarny zamienia na biały. Celebrowanie radości ma dla niego duże znaczenie. Przedstawia się: My name is Pushan. Uśmiecha się co rusz i co jakiś czas wydaje z Siebie dźwięczne: A ja ja! Czasami mijamy się wzrokiem. Emanuje z nich spokój, bezpieczeństwo i zaangażowanie. Daleko przed nim widzę jego duże bose stopy. Większość tu obecnych kocha stąpać na boso, więc ogólnie stóp jest dużo więcej. Pushan siedzi zabawnie w rozkroku i nóżkami od czasu do czasu przebiera. Jak dziecko. Szybko ekscytuje się, gdy zaczyna mówić o tym, co go kręci.
Szczupły o dość ostrych rysach twarzy. Na brązowe oczy czasami opada dłuższa bujna kręcona frywolna czupryna. Oczy często szukające i ciekawskie. Lekki kilkudniowy zarost taki jak obecnie w modzie. „Banan” na twarzy oraz kilka sympatycznych i pozytywnych zmarszczek mimicznych. Nie ma co się dziwić, bo on cały czas na wszystkie strony buzią rusza. Długie palce u rąk również nie usiedzą spokojnie. Pokazują i gestykulują bez zbytniego pośpiechu. Ciepły człowiek i co najważniejsze o oddychaniu wie prawie wszystko.
Mówi o Sobie romantyk i dramaturg, co w śmieciach ludzkiej osobowości lubi poszperać. Dużo bardziej przepada za pomaganiem niż szperaniem. Znawca technik, które potrafią uwolnić nasze ciało od traum i tego, co nas gryzie.
Każdy dzień z Pushanem przynosi coś nowego. Żeby to poczuć trzeba tu być, tak po prostu. Z zewnątrz często wygląda to, jak forma zabawy. W rzeczywistości ciekawa praca, której w ogłoszeniu nie znajdziecie.

Sposób na uważność
Wyobraź Sobie, że chwilę czasu, który uważasz za tak cenny,poświęcasz zwykłemu chodzeniu na bosaka, Ćwiczysz uważnie, przyglądasz się co dzieje się z Twoimi stopami i pod nimi. Zapomnij na chwilę o gotowaniu obiadu, sprzątnięciu butów sprzed wejścia, czy zaglądaniu na portal społecznościowy. Doświadczaj, co czujesz, jakie emocje temu towarzyszą, jak zachowa się ciało. Rozglądaj co dzieje się dookoła, w górze, w dole i po bokach. Wolno i bez poganiania samego Siebie. Kiedy ostatnio tak chodziłeś spokojnie? Zazwyczaj w biegu i w biegu, bo biegają inni, a nasza głowa podpowiada: Rytmu dotrzymaj, nie możesz inaczej. Nie możesz być inny, bo stracisz, bo będziesz gorszy. Wyjdź na śnieg, pochodź na bosaka po chodniku, póki jeszcze nikt nie postawił znaków zakazu chodzenia na bosaka. Nasze stopy lubią zmiany, lubią ciepło, zimno i dotykać różne nawierzchnie.

Nasza prawdziwa twarz
Kiedy stoisz przed lustrem rano, popatrz na swoją twarz, Pomiń stwierdzenia: O znowu jakiś pryszcz. Nie przyglądaj się nowym zmarszczkom, które właśnie się pojawiły. To przecież naturalne procesy. Oswój się z nimi. Zostaw to. Na twarzy odczytaj Twoje życiowe radości i smutki. Nie przykryjesz ich makijażem. Golenie również nie pomoże. Jeśli będziesz to dostrzegał, to pierwszym krokiem do zmiany, będzie ocena sytuacji i pozytywne nastawienie się na resztę dnia.
Poruszaj buzią. Przyglądnij się swojej mimice. Mimika jest taka bogata. Rozruszaj mięśnie twarzy. Naucz się nią kręcić na prawo i lewo. Masz dziecka w pobliżu? Pobaw się z nim w lustra. Ty emocje na twarzy pokazujesz, a on naśladuje. Zazdrość, niedowierzanie, proszenie o coś, brak zaufania, miłość, strach. Potem zerknij w oczy. Sprawdź, ile kryją w sobie ekspresji. Oczy nigdy nie kłamią. Naucz się w nie patrzeć.

Czarne contra białe po raz drugi
Podczas jednego z dzisiejszych ćwiczeń wcieliłam się w dziką czarną panterę. Stwierdzam, że fajnie być czarną, bo ja na co dzień blondyna. Chodziłam czujna nisko nad podłogą. Wypatrywałam niebezpieczeństwa i ostrzegałam zwierzęta, że to ja jestem tu panem i władcą. Robiłam przy tym spokojne ruchy. Oddychałam głęboko, a mój oddech niósł się daleko. Czasami pokazywałam swoją siłę. Warto pamiętać, że wszyscy ją mamy. Potem byłam czaplą. Długimi nogami brodziłam po wodzie w poszukiwaniu jedzenia. No i jeszcze szczeniaczkiem co szybko z radości dyszy. Bawiłam się oddechem i ciałem. Jakie wyciągnęłam dla Was i dla siebie wnioski?

Chcesz poprawić jakość swojego życia? Uwierz w swoją siłę, doszukaj się w Sobie delikatności lub przeciwnie — wojownika. Popraw swoje słabe strony poprzez zabawę. Staniesz się pewny siebie, uwierzysz we własne możliwości, wzmocnisz ciało i nauczysz się obserwować Siebie.
Chcesz na chwilę poczuć się zupełnie wolny? Zamień się w orła lecącego nad modrą wodą do swojego gniazda na wysokim szczycie.
Chcesz poczuć siłę i dzikość? Przyjmij postawę, gesty oraz wydaj odgłosy goryla pokazującego swoją wyższość. Wzorców doszukuj się w przyrodzie.
Znajdź więc bezpieczny kąt. Tam, gdzie nikt Cię nie widzi i nikt nie usłyszy. Kto odważniejszy niech uprzedzi sąsiadów. Zamknij oczy i baw się dobrze. Życzę dużo nowych zaskakujących wrażeń. Jak będziesz potrzebował towarzystwa, wiesz gdzie mnie szukać.

Opowieści dziwnej treści, czyli o warsztatach innych niż wszystkie i życiodajnym oddechu 2/4

Tym razem troszkę wiedzy zebranej dzisiaj oraz tej z wcześniejszych doświadczeń. Będzie o medytacji, co ją dynamiczną nazywają. Opowiem, jak to faktycznie jest z tym naszym oddechem, przypomnę o śmiesznym stworze zwanym przeponą. Będzie też o naszych stopach i o tym, co wspólnego mają z oddychaniem. A na koniec co się robi na tak nietypowych warsztatach.

Medytacja dynamiczna
Wyobraź Sobie krople potu powoli spływającą od karku wzdłuż kręgosłupa. Taką witającą się z każdym jego kręgiem i podążającą dalej w kierunku jak podpowiada jej grawitacja. W odcinku krzyżowym nieco zwalnia, bo ma troszkę trudniej, potem obiera ciekawą drogę po pośladkach. Przez chwilę popieści w miejscu ich łączenia. Spływa po udzie, aby zatrzymać się w zgięciu kolana. Jest chłodna i wydaje się całkiem nieduża. Przeźroczysta w środku a na zewnątrz z lekką poświatą. Wygląda jak kropla rosy. Pozostawia po Sobie ślad w postaci cieniutkiej smugi jak ślimak pełzający po gładkiej nawierzchni. Odczuwasz w tym miejscu lekki chłód pojawiający się na rozgrzanym ciele. Czujesz kropli kształt. Nie da się przeoczyć. Na niej się tylko jesteś w stanie skupić, tak Twoją uwagę przyciąga. I co? Czujesz, jak Cię łaskocze?
Doznałam dzisiaj tego uczucia.
Tak wiem, że medytacja kojarzy się z siedzeniem i gapieniem się w jeden punkt. Takie tam nic nierobienie. Rodzajów medytacji jednak jest niezliczona ilość. Dzisiaj doświadczam tej, która ma w sobie masę dynamiki. Energetycznej, która z rana sił dodaje witalnych. Pozwala również wyrzucić z siebie negatywne emocje. Po pracy z nieregularnym głębokim oddechem potem skakaniu jak piłeczka z rękami w górze, następnie staniu w bezruchu dłuższą chwilę w niewygodnej pozycji oraz ekspresyjnym tańcu, poczułam się jak nowo narodzona. Dziękowałam ciału, że tak mi służy, a życiu za to, że go dostałam.

Jak to jest z tym oddechem
Pierwsze moje spostrzeżenia, pojawiły się dawno temu. Podczas ćwiczeń z jogą. Zauważyłam, że wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy po prostu pozwolili ciału na oddech. Nie przeszkadzali i nie blokowali. Na co dzień oddychamy płytko, nie wykorzystując pełnych możliwości naszych płuc, które przecież zostały stworzone, żeby dotleniać naszą krew. Nie wspomnę o przeponie.
Co więcej, dzięki wszystkim negatywnym emocjom, które kolekcjonujemy przez lata typu złość, strach, żal czy chociażby smutki wszelakie, nasze nieuwalniane napięcia sięgają zenitu. Zaciskamy klatkę piersiową. Stajemy się spięci i mało elastyczni. Twarz coraz rzadziej się śmieje, więc widać na niej jedną z oznak powracających wyzwań w postaci opadających końcówek ust. Zaciskamy mocno szczękę, a kiedy chcemy otworzyć szeroko buzie, to boli, szczypie i skóra piecze. Sprawdź sam. Spinamy się cali, gdy tylko ktoś chce nas dotknąć. Ograniczamy swój ruch. To wszystko ma wpływ na oddech.
Pamiętasz, kiedy ostatnim razem zrobiłeś, chociaż kilka głębokich wdechów i wydechów? Takich ja mówią pełną piersią? Tak dla zdrowotności i dobrego samopoczucia? Wiedz, że kiedyś Twoje ciało robiło to z automatu. Dzisiaj warto mu o tych dobrych nawykach przypomnieć.

Przepona
Wielu z nas o niej zapomniało. Niektórym trudno ją zlokalizować. Jak jest ważna, wie śpiewak, pływak, nurek i każdy, kto na przeponie pracuje. To ona napełniana powietrzem masuje chociażby nasze jelita. Ruch jelit uwalnia ciepło, a ciepło to energia. Ta znowu pobudza nasz układ do działania, a to już kroczek do małych i wielkich radości. Pierwsza mała radość? Wymasowane jelita to lepsza perystaltyka.
Czy czułeś kiedyś głos, który rodzi się w przeponie? Dźwięk, który nie wychodzi z gardła, a z Twojego brzucha? Czy tak się da? Oczywiście. Czy czułeś kiedyś powietrze, w brzuchu, które powoduje, że możesz bawić się nim jak pompowanym ciągle na nowo balonem? Czasami takie zabawy spotkasz, idąc na jogę.
Powiecie oj taka tam, przepona. Drobiazg. Mało to rzeczy, o których zapominamy albo mówią: Bez tego da się żyć? Figa z makiem. Każda nasza część jest po coś, ktoś tak wymyślił. Warto to sobie uzmysłowić.
Przeponka niepozorna jednak się przydaje. Chociażby po to, aby mieć w życiu przyjemność, o której niejeden marzy. Taką prawdziwą, nie ot tak po łepkach. Blokowana przepona dzieli nasze ciało na pół. Spójrz na swój pępek. Nad nim się umiejscowiła. Połóż rękę w tym miejscu, nabierz powietrza, aby nie zatrzymało się w płucach, a przeponę poczujesz. Pod nią i pępkiem wszystko, co wzmaga największe nasze odczucia, Tam ukryte są emocje i więzi, chociaż większość myśli, że w głowie. Owszem myśli kreują emocje, ale nie w małej główce jest emocji miejsce.
Wróćmy do przyjemności. Zapominając o przeponie, odcinamy naszą seksualność umiejscowioną poniżej brzucha. A potem dziwimy się, że seks nie wychodzi. No i gdzie ta przyjemność co na filmach się człowiek naogląda z zazdrością? Kochani, czas oczy otworzyć i poznać nasze ciało. Po pierwsze przestać wstydzić, się mówić o rzeczach naturalnych przyjętych za wstydliwe. Zaraz potem nad seksualnością popracować.

Uziemienie, czyli stopy lubią ziemię
Było o głowie, płucach i przeponie. Jedziemy na sam dół naszego ciała. Stopy. Przyglądałeś się kiedyś swoim stopom? Zwróć na nich przez chwilę uwagę. Od rana do wieczora podążasz za nimi. Poświęcasz im chwilkę, gdy paznokcie trzeba obciąć, bo już za długie a co z resztą? Stopy są częścią naszego ciała tak jak my istotą tego świata. Mocno stąpają po ziemi. Dzięki nim trzymasz równowagę. Codziennie uszczęśliwiamy ich na siłę. Wkładamy buty. Będąc u mamusi czy babci, ta również nie pozwoli im na chwilę radości, bo papucie podsuwa, bo podłoga zimna, chociaż na podłodze dywany. Zapamiętajcie: Stopy lubią być bose. Lubią czuć, co jest pod nimi. Lubią dotyk różnych rodzajów podłoża, tak jak Ty lubisz dotyk bliskiej Ci osoby. Są wrażliwe podobnie jak dłonie. No i dodam, że ładnie wychodzą na zdjęciach. Spróbuj ich masować, przesuwając delikatnie i powoli całą dłoń po podbiciu. Możesz to zrobić podczas oglądania filmu. Daj im 10 minut, a zobaczysz, jakie zrobią się pulchniutkie. Spróbuj się przejść. Poczuj różnicę.
Zapytacie: Co stopy mają wspólnego z oddechem? Jedno i drugie należy do skomplikowanego układu scalonego. Napędzają się nawzajem lub uspokajają.

Nauka oddychania w grupie
Jestem w miejscu bezpiecznym. Zadbali o to już na samym początku, dlatego mogę zaufać. Zaufanie to podstawa w wielu aspektach naszego życia Wśród ludzi, którzy na czas warsztatów deklarują się pomagać, wspierać w różnych procesach i wspólnie radować. Gdzie nie ma ocen i nikt z nikogo się nie śmieje, za to wszyscy potrafią się śmiać razem. Za oknem zimno i ponuro, nikt nie zwraca na to uwagi. Gwiazdek hotelowych tutaj nie ma nad wejściem, ale nie dla wyszukanych baterii w łazienkach przyjeżdża się w to miejsce. Tutaj ceni się inne wartości. Spokój oraz ciekawych ludzi o ciepłych serduchach, których nigdy za wiele w bliskim nam otoczeniu. W przyjaznym miejscu i wśród tych życzliwych zaczynam pracę z oddechem.
Nauka oddychania. Na pierwszy rzut oka można ocenić że: Nuda. Pierwsze wyobrażenie to: Siedzę, nabieram i wypuszczam powietrze. I tak w kółko kilka dni. A jaka jest rzeczywistość? Nudy nie ma. Oddechem można się bawić lub odwrotnie w zabawie poznawać różne rodzaje oddechów. Było więc na sali naśladowanie pociągu w postaci zabawy: Była jazda — puf, puf. To był oczywiście tradycyjny pociąg na węgiel. Żaden tam Pendolino. Wcielałam się również w groźnego warczącego psa broniącego posesji. Na czterech łapach, nie inaczej. Potem zabawa w przemiłe kotki i naśladowanie dziecięcych zabaw w przedszkolu. Szkoda, że tego nie widzieliście. Trochę nabałaganiliśmy i narobiliśmy rabanu. W końcu przecież byliśmy szczęśliwymi dzieciakami, takimi co mówią: tra la la i bawią w berka.

To był dzień pełen wrażeń. Była terapia śmiechem i płacz dla równowagi. W przerwach zabawa własnym stopami, potem celebracje radości oraz mnóstwo tańca. Wszystko to może wydawać się dziwne czy zabawne, ale jest w tym ukryty cel. Wszystkie te ćwiczenia to przykrywka mocnej pracy mentalnej.
Kiedy opowiadam o takich rzeczach, ludzie mówią: Nauka oddychania. To takie mało poważne. Nie zachowuj się jak dziecko. Nie wypada. To nic nie daje. Pytają: Po co to wszystko? Odpowiadam. Bo kiedy zaczynasz odpowiednią pracę nad sobą, oczy otwierają się na nowe. Zrzucasz to co Cię dusi, gryzie i boli, bo jest Ci z tym niewygodnie. Ponieważ to nie jest Twoje. Jakbyś z więzów uwalniał się powoli. Praca z oddechem to jeden ze sposobów. Ty możesz poszukać swojego na poprawę jakości życia.